W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34617
W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34617
Poranek przygniótł ich ciężarem. Noc nie przyniosła ukojenia; zakwasy i ból nie pozwalały odpocząć.
Ciało protestowało przy każdym drgnieniu. Podrażniona skóra paliła dłonie.
– Idę do Kwiecisza – rzucił, chwytając siekierę. – Jeszcze pomyśli, że nie zamierzam mu jej oddać.
Patrzyła za nim z troską. Wstał z wysiłkiem, ruszył sztywno przed siebie, niczym rekonwalescent stawiający pierwsze kroki po ciężkiej chorobie.
Starzec siedział przed chatą. Spojrzał nie na twarz, lecz na poranione dłonie z trudem zaciskające się na trzonku. Zlustrował postawę przybysza. Milczał. Przejąwszy siekierę i oceniwszy ostrze, skinął głową z surowym szacunkiem.
– Dobra robota – mruknął tylko i wrócił do swoich zajęć.
W tych słowach zamknął całe uznanie.
Widok potężnego zwału kory odebrał im resztki wiary. Spojrzeli na pokaleczone palce. – Tymi dłońmi jej nie udźwigniemy – powiedziała cicho.
Lustrował stertę w milczeniu, mrużąc oczy w skupieniu. – Nie będziemy ich nosić rękami – odparł w końcu. – Zrobimy to mądrzej.
Wróciwszy ze spichlerza z pękiem sznurów i pustymi workami, chwycił jedną z żerdzi leżących przy chacie. – Zrobimy nosidło – zarządził.
Przełożyli żerdź przez dwa rulony. Na jej końcach przywiązał poskładane worki, tworząc miękką wyściółkę pod ramiona.
– Dłonie odpoczną – rzucił krótko.
Ustawili się na końcach nosidła, na komendę dźwignęli ładunek. Powoli, krok za krokiem, ruszyli w stronę rzeki. Dłonie, choć piekące przy każdym wstrząsie, odpoczywały. Służyły teraz jedynie do utrzymywania równowagi.
Chodzili w milczeniu, zsynchronizowani we wspólnym wysiłku. Gdy ostatnia partia kory zniknęła pod wodą i kamieniami, zmęczenie ustąpiło cichej dumie.
– Teraz czas na mydło – oznajmiła. – Potrzebuję stałego żaru, nie wysokich płomieni. Spojrzała na jego dłonie. – Sama nazbieram opał w obejściu. Proces potrwa dzień.
– Wystrugasz mi czerpak? – dodała, wskazując na kawałek drewna.
Wstawiła do ogniska garnek z odpadkami zebranymi w osadzie. Podtrzymywała mały ogień, łagodny żar rozpuszczał tłuszcz bez przypalania. Powietrze przesycił ciężki, mdły zapach. Kawałkiem drewna cierpliwie zgarniała z powierzchni szumowiny i skwarki. Wkrótce w naczyniu lśnił jedynie czysty, złocisty tłuszcz.
Struganie nabierki poranionymi dłońmi wymuszało walkę z każdym włóknem drewna. Wyciąwszy z lipowego konara fragment z odnogą, wyskrobał nożem głęboką czaszę. Dumny z efektu, podszedł do naczynia z ługiem przetestować wynalazek.
– STÓJ! – krzyknęła.
Zastygł z czerpakiem zawieszonym w pół ruchu nad ciemną cieczą.
– To żrący ług – wyjaśniła ciszej, dostrzegłszy jego zdumienie. – Zniszczysz go przy pierwszym kontakcie.
– Po co więc kazałaś mi go strugać? – mruknął z nutą frustracji.
– Lubię patrzeć, jak tworzysz. Twoje skupienie sprawia, że świat przestaje dla ciebie istnieć… Uśmiechnąwszy się, puściła do niego oko. – Pomóż mi. Zdejmijmy tłuszcz, postawmy ług w żar. Niech nabierze temperatury.
Zanurzyła czerpak w misie z ciepłym tłuszczem.
– Aaaa, rozumiem. Będziesz wlewała tłuszcz do ługu… – zaczął.
– Nie – przerwała mu. – Wleję ług do tłuszczu, ty zaś będziesz mieszał. Najpierw zaimpregnuję drewno. Kiedy czerpak nasiąknie tłuszczem, nie podda się tak szybko żrącej mocy.
Uznawszy moment za właściwy, zaczęła alchemię.
– Teraz najważniejsza chwila – szepnęła bardziej do siebie, niż do niego.
– Cząsteczki muszą mieć tę samą energię, by się połączyć – rzuciła. Pozbawiona termometru, polegała wyłącznie na zmysłach. – Obie fazy wymagają tej samej temperatury – oznajmiła.
Rozgarnęła żar.
– Ostrożnie! – ostrzegła raz jeszcze. – Nie pochylaj się nad garnkiem; kropla ługu spali ci skórę.
Wlewała cienką strużkę ciemnego ługu do złotego tłuszczu, skinęła, by zaczął mieszać. W miarę jak ług znikał w tłuszczu, dolewała kolejną porcję. Mieszał emulsję, czując w ramionach narastający opór. Mieszanina mętniała i gęstniała, przybierając barwę jasnego brązu. Kolejne dawki ługu zmieniały tłuszcz w gęstą, lepką masę. Powietrze przesycił ostry, chemiczny zapach – aromat rodzącego się mydła.
– Jaki los go czeka? – przerwała ciszę. – Jest silny, zaradny, garnie się do pracy. Ale…
Zerknął na nią, nie ustając w jednostajnym ruchu dłoni. – Przetrwa. Z nami zyskał większe szanse… o ile sami podołamy.
– Nie mówię o samym przetrwaniu. Karmimy go, a co z jego głową?– zapytała, nie odrywając wzroku od garnka. – Należy do tego świata, tkwi w tutejszych przesądach, drży przed każdym cieniem w kniei.
Wzruszył ramionami. – I co w tym złego? To jego rzeczywistość. Nie mamy prawa burzyć jego świata.
– Brak nam prawa. A czy nie ciąży na nas obowiązek darowania mu czegoś więcej? – przemówiła głosem drżącym z pasji. – Nie odbierając mu bogów, wyposażę go w narzędzia pozwalające lepiej rozumieć świat. Niech wiara przestanie wyrastać wyłącznie z lęku.
Zastygł, porażony trafnością tych słów. – Sugerujesz… – odezwał się powoli, obserwując kiełkujący w myślach plan – zasypanie go pytaniami… – Wpoimy mu podstawowe zasady krytycznego myślenia.
– Dokładnie! – Rozpromieniła się. – Oszczędzimy mu negowania Leszego. – Jeśli wróci z lasu, twierdząc, że słyszał głosy, zapytamy: „Co przypominały? Szum wiatru w gałęziach? Sowie hukanie? Chodźmy jutro sprawdzić, czy te ptaki gnieżdżą się w tamtej gęstwinie”. Wpoimy mu nawyk zadawania pytań. Nauczymy obserwacji.
– I eksperymentowania – dokończył. – Sam zobaczy, że po dodaniu moczu do jałowej ziemi brukiew urośnie większa. Wnioski wyciągnie sam.
Wymienili spojrzenia. Wypracowali plan – konkretny i pełen szacunku dla zastanego świata. Świata nie zamierzali zmieniać. Pragnęli jedynie wyposażyć chłopca w narzędzia ułatwiające przetrwanie i rozwój.
Odebrała mu mieszadło. Gęsta masa spływająca z drewna znaczyła powierzchnię wyraźną smugą.
– Gotowe – szepnęła z ulgą. Uzyskała „ślad” – masa osiągnęła stabilność, przestała grozić rozwarstwieniem.
Ostrożnie wypełniła przygotowane foremki.
– Kiedy nadadzą się do użytku? – zapytał, z podziwem lustrując gęstniejącą masę.
– Mydło wymaga dojrzewania. Procesy trwają; ług musi stracić żrącą moc, by nie poparzył nam skóry. Myślę, że przynajmniej miesiąc… im dłużej, tym lepiej. Podała mu czerpak. Drewno wyginało się przy każdym ruchu niczym cienka witka. – Bez impregnacji rozmiękłby już przy pierwszej próbie – wyjaśniła.
* * *
Gniewko wracał z łąki, niosąc worek z trawą. Z oddali obserwował ich pracę. Na co im to? Po co czas trwonić?
Nie rozumiał ich dziwów. Od wielu wschodów słońca lali pot nad robotą nieprzynoszącą ni strawy, ni odzienia.
On skoro świt gnał bydło na trawę; niech nabiera sił, niech brzuchy pęcznieją. Tak wygląda praca – owoc ukazujący się w pełnej krowiej słabiźnie. Rżnął trawę i suszył na słońcu, chroniąc stado przed zimą. To była dobra robota.
A oni? Trwonili dzień na deptanie błota, z którego nie wyrosło nic prócz… mazi. Skarmili ogień górą drew, grzejąc wodę, którą ona i tak wylała w popiół. W jego świecie praca musiała rodzić strawę, dawać żar lub chronić życie. Tu i teraz. Ich dziwy nie niosły pożytku a stratę.
Porzucił worek z trawą i podszedł bliżej. Twarz rozsadzała dziecięca frustracja przemieszana z ciekawością. Stanął przed nią.
– Na co to bełtacie? – zapytał prosto, celując palcem w misy. – Woda mętna, cuchnie złem. Drwa trwonicie moc, choć trza za nimi w lesie grzbiet zginać.
Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Próba ich nowej metody nadeszła szybciej, niż zakładali.
– Słusznie mówisz. Ta paskudna woda śmierdzi i parzy – przyznała kucając przy nim. – Ten tłuszcz dawno zjełczał. Do niczego się nie nadaje. Ale spójrz. Nabrała na czubek patyka kroplę ciemnego ługu, zbliżyła go do lepkiego tłuszczu. Na styku obu cieczy momentalnie wykwitł białawy, mydlany kłaczek.
– Widzisz? Dwie złe rzeczy, złączywszy się, rodzą trzecią, zupełnie nową. Coś, czym zmyjemy brud skuteczniej niż piaskiem. Lekarstwo na mór, którego oko nie dostrzeże. Czy taki cud nie zasługuje na kilka polan?
Wpatrywał się w białą grudkę z fascynacją. Prawdziwe dziwy, istne gusła, rozgrywające się tuż przed jego nosem.
– A ty? – zwrócił się do Roberta. – Norałeś się w błocie cały dzień, a pożytku z tego żadnego.
Mężczyzna zaśmiał się pod nosem. Schylił się i podniósł bryłkę gliny, którą słońce zdążyło już ściąć na krawędzi dołu. Podał ją chłopcu. – Skrusz ją.
Gniewko bez trudu skruszył glinę w palcach.
– A teraz spójrz na naszą chatę. Wiatr ją chłodzi, a deszcz rozmaka. A co, jeśli ta glina, po zabawie z ogniem, stanie się twarda jak kamień, którego nie da się zgnieść? Czy z takich kamieni moglibyśmy zbudować ścianę, której wiatr nie przewieje?
Chłopiec milczał. Patrzył na pył z gliny w dłoni, potem na misę Agnieszki, a na końcu na ich twarze. Dostrzegł ład; ich dziwne działania skrywały własny porządek, wciąż mu obcy.
Robert parsknął, widząc jego reakcję. Śmiech pozbawiony kpiny, pełen zrozumienia dla logiki dziecka, rozładował napięcie. Kucnął przed nim.
– Wiem, co myślisz. Marnuję siły na próżna zabawę – zaczął spokojnie. – Powiedz mi jednak: gdy orzesz pole, czy od razu kładziesz chleb na stole?
Chłopiec zmarszczył brwi. – Nie.
– No właśnie – kontynuował, a jego głos zyskał cichy, obrazowy ton. – Widząc oracza, pomyślałbyś: „Po co niszczysz darń dla bydła? Po co męczysz wołu, skoro pożytku brak?”. Prawda?
Chłopiec przytaknął powoli, chłonąc każde słowo.
– Moja praca niczym się nie różni. Znosiłem glinę i piasek, mieszając je dla zyskania mocy. Oto moja orka. – Zawiesił głos, widząc skupienie w oczach dziecka.
– Później mógłbyś zapytać: „Po co rzucać ziarno w błoto? Lepiej je zjeść, nie marnować go”. Ja z tej gliny ulepię cegły. To moje sianie.
Zaczerpnął tchu, szukając w oczach dziecka zrozumienia.
– Dopiero kiełkujące ziarno, pnące się ku słońcu w pełne kłosy, ukazuje sens trudu. Orka i siew dają chleb.
– Moje cegły przypominają na razie kupę gruzu; zabrakło mi namysłu – zaśmiał się, przesyłając żonie rozbawione spojrzenie. – Ale nowe, wyschną na słońcu niczym zboże. Potem nadejdą żniwa. Postawię z nich piec. Ogrzeje nas w srogie mrozy, dając Agnieszce ogień do pieczenia chleba i warzenia strawy. I… – tu zniżył głos do szeptu, powierzając chłopcu największą tajemnicę – …co najważniejsze, dym przestanie dusić nas w izbie. Ucieknie prosto do nieba.
Gniewko trwał w milczeniu, ważąc każde usłyszane słowo. W jego głowie świat zaczął układać się w nowy, zrozumiały ład. Orka i siew prowadziły do chleba. Mieszanie gliny i formowanie cegieł obiecywało ciepłą chatę. Dostrzegł to: wysiłek sięgający daleko w przyszłość i upór wykuwający pożytek z brudu.
Wzrok chłopca powędrował ku rzece. – Ta kora… na sznury? – zapytał, wyzbywszy się drwiny na rzecz autentycznego głodu wiedzy.
– Tak. Powiążę nią trzcinę. Stworzę nową strzechę – wyjaśnił Robert, czując szybsze tętno.
– Przewyższa ziemię rzuconą na gałęzie? – dociekał chłopiec.
– Pytaj zawsze, Gniewko. Pozory rzadko niosą prawdę. – Robert wskazał zapadnięty dach ziemianki. – Widzisz to błoto? Ciężar gniecie belki, aż pękają. Lekka trzcina oszczędzi drewno. Posłuży nam przez wiele zim.
Agnieszka dołączyła do rozmowy. – Widziałeś wydrę wychodzącą z rzeki? Woda spływa po jej futrze, zostawiając skórę suchą. Nasza trzcina zadziała tak samo. Ułożona gęsto, odepchnie każdą kroplę deszczu. – Ziemia nad głową przypomina zimowy kożuch. Póki suchy, grzeje. A gdy nasiąknie?
Gniewko wzdrygnął się. – Lodowaty. Ciężki tak, że ledwo krok postawisz – wyszeptał.
– Co lepiej grzeje w mróz: jeden mokry kożuch czy kilka suchych giezieł?
– Kilka giezieł – odparł bez namysłu.
Gniewko trwał w milczeniu. W szuwarach nad rzeką nie widział już zwykłej trawy. Dostrzegł futro bobra i ciepłe koszule. Poczuł spokój; jego dorośli nie postradali zmysłów. Patrzyli dalej niż reszta wsi. Myśleli o jutrze. A on, pierwszy raz w życiu, zapragnął pojąć tę sztukę.
* * *
Z cienia, niemal bezszelestnie, wyłoniła się stara kobieta. – Witajcie. Żonam Cisa, zwą mnie Bogumiła.
– Dobry wieczór, Bogumiło – ukłonili się jej.
– Połowa sioła zachodzi w głowę, co tu warzycie – zachrypiała. – Któraż to robota znaczy więcej niźli dach nad głową? Reszta drży przed gusłami, które z tych waszych swądów wyczytuje.
Agnieszka, zbita z tropu, wykrztusiła: – To… to na mydło.
Kobieta prychnęła, krzywiąc usta w kpiącym uśmiechu. – Mydło. Mniemasz, dziewko, żem rozumu pozbyta? Każda we wsi zna sposób na brud. I każda rzecze: wasze bełtanie z mydłem wspólnego nie dzieli nic. Po co ten dym i smród? Przecież nie dla czystości to czynicie!
Stała oszołomiona. – Co mówisz? Wszystkie we wsi robicie mydło? Innym sposobem niż my!? Jak? Z czego?!
Zamiast wyjaśnień, sąsiadka pokuśtykała na skraj łąki. Wyrwała dużą roślinę. Cisnęła ją pod nogi.
– To mydlnica. Utłuczesz korzeń, wodą zlejesz i piana sama wykwitnie. Myjem się tym i pierzem od pradziadów. Gadaj teraz, co tu naprawdę warzycie?
Biolożka powoli podniosła roślinę. Delikatne, bladoróżowe kwiaty chybotały się na sztywnej włochatej łodydze. Zamknęła oczy, wciągnęła powietrze. Pachniały słodko, niemal mdło. Przesunęła palcami w dół, ku grubemu, umazanemu ziemią korzeniowi. Ściśnięte włókna trzasnęły. Pęknięta skórka uwolniła lepki, mętny sok. Chłodna, śliska, kremowa piana nawilżała jej podrażnioną skórę, przynosząc natychmiastową ulgę.
Saponaria officinalis. Saponiny. Glikozydy… Podniosła wzrok na kobietę.
– Naprawdę warzymy mydło. Inne, o większej mocy. Twoje służy dobrze przy praniu czy myciu włosów; moje zaś tłuszcz pokona, rany oczyści, chorobie zapobiegnie.
Bogumiła milczała, patrząc to na Agnieszkę, to na formy ze stygnącym mydłem. Choć słowa brzmiały obco, ton niosł jasny przekaz. W oczach przybyszki dostrzegła nie arogancję, lecz pewność płynącą z nieznanej wiedzy.
– Obaczym – mruknęła opuszczając obejście.
– Za miesiąc mydło dojrzeje – zawołała za nią. – Przyniosę ci kawałek; sama osądzisz.
– Dobrze. Przyniosę wtedy dzban mojego, sprawdzimy obie moce – odparła, nie odwracając się.
Dwie wiedźmy, władające odmienną mocą, w milczeniu uznały swoją siłę.
Trwała w bezruchu długo po zniknięciu starej kobiety za węgłem sąsiedniej chaty.
Wpatrywała się w korzeń – twardy, niepozorny, uwalany ziemią. Potem przeniosła wzrok na własne dzieło: foremki wypełnione gęstniejącą, szarą masą. Oto owoc dwudniowej, ryzykownej harówki. Tymczasem staruszka osiągała podobny cel, rozbijając kamieniem kawałek rośliny.
Uderzyła ją własna pycha. Nowoczesność i rozwój straciły nagle swoją oczywistą przewagę. Ci, których w porywie dumy brała za prostaczków, skrywali głęboką, zrodzoną z wieków obserwacji wiedzę o naturze. Wiedzę, która w jej świecie wyparowała, zdławiona przez dymiące kominy i sterylne laboratoria.
Zacisnęła dłoń na korzeniu. Widziała w nim kartę wydartą z potężnej, spalonej biblioteki, w której przez tysiąclecia spisywano prawa natury. Wiedza uleciała z wygody lub zginęła na stosach. Kobiety władające tajemnicami roślin przezywano szeptuchami, a ich doświadczenie okrzyknięto czarami.
– Postęp… – pomyślała z gorzką ironią. Kto w tym starciu wygrał? My, potrzebujący reaktorów do pojmowania świata, czy oni, potrafiący go po prostu słuchać?
Podniosła wzrok na Roberta. Nie widziała już w nim wyłącznie inżyniera walczącego z materią. Dostrzegła drugiego ucznia w tej zapomnianej lekcji trwania.
Ustawili formy pod ścianą, zabezpieczając je płótnem. Stygnąca masa niosła namacalny dowód: ich wiedza zyskała sprawczą moc.
* * *
Spoczęli, wciąż drżały w nich resztki emocji. Ciszę chaty mącił jedynie miarowy oddech Gniewka.
– Robercie? – szepnęła w ciemności.
– Hm?
– Mam dla ciebie dwie informacje.
Uśmiechnął się w mroku. – Dobrze. Zacznij od tej złej.
Po krótkim milczeniu odpowiedziała cicho. – Obie są złe.
Miała jego pełną uwagę.
– Pierwsza: nie zostaniesz ojcem – szepnęła z mieszanką ironii i czułości.
Sekundę trawił te słowa, aż uderzyła w niego fala zrozumienia – brutalnie praktyczna.
– Druga – kontynuowała – właśnie uświadomiłam sobie, że muszę pilnie znaleźć jakiś zamiennik podpasek.
Kolejne wyzwanie domagało się pilnego rozwiązania.
Czytałem ,,Cuiavię’’ 009, przeczytałem teraz 010.
Jeśli krytykuję, to zawsze z przykrością, więc nie bierz mi za złośliwość stwierdzenia, że te dwa fragmenty to niestety nudy na pudy. Rozumiem intencję autorską, ale… Te detaliczne opisy każdego podejmowane działania nie porywają, jedynie rozciągają tekst.
Na deser coś w rodzaju pozytywów. Pierwszy – skojarzenie z progresorami z twórczości Strugackich. Inny poziom przedstawianych światów, lecz jednak paralela dość wyraźna. Drugi – ,,Jankes na dworze króla Artura’’ się przypomina.
Pozdrawiam.
taki mam zamysł, żeby wprowadzenie pokazywało trud, wysiłek i budowanie. z upływem dni i rozwojem akcji pojawią się również inne wątki…
Strugackich nie czytałem, z “Jankesem” punktem wspólnym może być tylko gatunek, u niego wiarygodność historyczna leży a ja staram się oddawać ją wiernie.
dzięki za opinię, każdą biorę na klatę.
Nie czytałeś? Sporo straciłeś. Z tym, że ich wczesnych tekstów nie polecam.
Dlatego tylko się przypomina.
Pozdrawiam.
zerknąłem w notatki. “Trudno być bogiem” mam na liście do przeczytania, ale to do odległej fabuły.
Może zerkniesz na początek. to jednak powieść, akcja jest liniowa a ty wskoczyłeś w rozpędzający się pociąg.
dzięki za odwiedziny.