- Opowiadanie: Czesio - Coś o Alchemii. Część druga

Coś o Alchemii. Część druga

Druga część historii. Tym razem przybliżam postać Kassandry.

Oceny

Coś o Alchemii. Część druga

Ina obudziła się z pulsującym bólem głowy. Spróbowała się poruszyć, ale nogi i ręce miała skrępowane. Twarz napuchła jej tak bardzo, że widziała niewiele. Usłyszała głos, dobiegający z bliska, ale w ciemnym pomieszczeniu nie była w stanie dostrzec osoby, która do niej mówi. Nie rozumiała znaczenia wypowiadanych słów, w ogóle nie rozumiała, gdzie jest i co tu robi.

– No rusz się, bo nasza księżniczka się sama nie ocknie. – Na słowa czarnowłosej kobiety, stojący pod ścianą mężczyzna podszedł do Iny, podsunął jej pod nos mały flakonik. Dziewczyna, porażona ostrym zapachem, próbowała się odsunąć. Przytrzymał jej głowę po czym wymierzył mocny policzek i wrócił pod ścianę.

– No? Już? Czy trzeba ci poprawić? – Buty kobiety zastukały o kamienną podłogę, gdy podchodziła do dziewczyny. Kucnęła przed nią i pogłaskała po zlepionych krwią włosach. – Przypomniałaś sobie, gdzie mieszka ten cały Snyd?

Ina rozpoznała głos, wróciła też pamięć. Powiedziała przecież wszystko co wiedziała. Czego jeszcze od niej chcą? Czując jak dłoń Kes zaczyna zaciskać się na jej karku, nie wytrzymała i zsikała się ze strachu.

– O ty jędzo! – Kassandra odskoczyła gwałtownie. – Zobacz, Mun, ta dziwka się znowu zeszczała! Ja już nie mam cierpliwości, zabiję ją zaraz! – Kobieta kopnęła dziewczynę, na co mężczyzna parsknął śmiechem. Złapała ją za włosy i poderwała głowę do góry. – Jeszcze raz. Mężczyzna o imieniu Snyd nie istnieje, nie może mieć żadnego domu. „Snyd” nie figuruje w żadnych dokumentach, w żadnym archiwum.

– Przesadzasz – powiedział Mun. – „Figuruje”, „archiwum”? skąd takie brudne coś ma znać i rozumieć takie słowa?

– Nie mam siły, ty dokończ. – Kobieta wstała i przetarła czoło. – Ma powiedzieć wszystko.

– A ty?

– Najpierw kąpiel. Nie czujesz? Śmierdzi jak w chlewie.

– Co z nią zrobić po wszystkim? Kanały? – Na te słowa Ina zaskomlała.

– Nie – odparła Kes – Anor potrzebuje żywych obiektów. – Mun chciał o coś jeszcze zapytać, ale uprzedziła go machnięciem ręki i wyszła.

Droga do łaźni nie była daleka. Poleciła wcześniej przygotować czysty komplet ubrań, broń i wypchany mieszek. Niestety nie mogła rozkoszować się w pełni ciepłą wodą i dotykiem myjącej jej posługaczki. Czekała ją robota, i to ta żmudniejsza jej część. Przesłuchiwana dziewczyna powtarzała w kółko jedno słowo, jak mantrę: Snyd. Tylko że nikt nie potrafił wskazać człowieka o takim imieniu. Nawet Kes go nie znała, a znała przecież wszystkich. 

Kąpiel pozwoliła Kassandrze na krótką chwilę relaksu i wytchnienia. Praca dla Gildii była czasami wymagająca i…brudna. Zanim wyszła z wody, zniknęła jeszcze na krótką chwilę w gęstej pianie. Służka podała jej miękki ręcznik. Ubierając się, schowała w cholewce buta sztylet, a do uda przymocowała drugi, nieco większy. Zarzuciła na plecy długi ciemny płaszcz, na głowę naciągnęła kaptur. Po chwili mijała Bramę Akolitów, pozdrawiając pilnujących przejścia strażników. W pierwszej kolejności skierowała się w stronę Ratusza. Chciała sprawdzić jeszcze raz księgi ławnicze i podatkowe. Nudna robota, której nie lubiła. Wiedziała przy tym, że jeśli coś musi być zrobione dobrze, to musi to zrobić sama. Na szczęście znała miejskiego pisarza, nie powinno być tym razem kłopotów z dostępem do archiwum. W razie co, był jeszcze Kulme.

Do pomieszczeń kancelarii dotarła bez żadnych problemów. Chudy, łysiejący urzędnik podniósł na nią wzrok, wyglądając zza sterty papierów.

– Witaj Kes.

– Jak zawsze chłodna życzliwość. – Kassandra położyła na stole dwie złote monety. – Bardzo mi się spieszy, a muszę przejrzeć całe archiwum.

– Całe? – Mężczyzna był szczerze zdziwiony. – Wasi już je przejrzeli.

– Tak całe. Jak mi pomożesz to podwoję stawkę. Chyba to – wskazała na stos dokumentów – może poczekać?

Na twarzy urzędnika pojawił się uśmiech. Podniósł się z krzesła. Pod ścianą znajdowała się armaria – masywna, z porządnymi, żelaznymi okuciami. Mężczyzna wyjął z kieszeni pęk kluczy i niezgrabnie szukał właściwego.

– Mam! – zawołał z wyraźną ulgą. Ta kobieta budziła w nim grozę, nie lubił, gdy Anor przysyłał właśnie ją. Zamek zaskrzypiał i oczom Kes ukazały się półki i przegródki, pełne rulonów, ksiąg i tub z których zwisały kolorowe pieczęcie… Aż jęknęła.

– Dużo tego – powiedziała, krzywiąc się lekko. Zapach wosku, starych woluminów i drewna drażnił jej nozdrza.

– To tylko z ostatnich dwóch lat. Archiwum znajduje się tam. – Wskazał drzwi do sąsiedniego pomieszczenia. – Więc… czego szukamy?

Poddała się po kilku godzinach. Nie znalazła w papierach żadnej informacji, choćby wzmianki o nim. Snyd według miasta nie istniał. Jak ma zatem znaleźć człowieka – widmo.  Znudzona i zrezygnowana podniosła się z ławy, pożegnała z urzędnikiem i wyszła.

Przed Ratuszem czekało na nią oczko.

 – Pani – dziewczynka skłoniła się. – Pan Mun czeka z pilną sprawą.

– Gdzie?

– Jest tam, gdzie go zostawiłaś. – Nie czekając na odpowiedź, skłoniła się i odbiegła. Gildia utrzymywała gęstą sieć takich szpiegów i donosicieli. Skutecznych i… tanich. Każda ulica miała swoje oczko.

Mun stał oparty o studnię, wycierając z krwi dłonie.

– Powiedz mi, że coś masz. – Spojrzała na ubabranego na czerwono olbrzyma.

– A mam. Ale nie będziesz zadowolona.

– Bo? – Zmarszczyła czoło.

– Bo się jej… zmarło. – Wzruszył ramionami jakby to nie była jego wina.

–  Kurwa mać! I po to mnie wzywałeś? Bo zamęczyłeś więźnia?

– No nie.

– No to gadaj wreszcie.

– Zdążyła powiedzieć, że ten Snyd to brał od nich różne rzeczy, i sprzedawał.

– Paser?

– Ano paser. Coś w końcu mamy. – Prawie się uśmiechnął. – W papierach coś znalazłaś?

– Nie.

– Cudnie. Zarobiłem trochę srebra. – Teraz już naprawdę się roześmiał.

– Hę?

– Nie, nic. Co robimy teraz? – Zmienił temat, po co miała wiedzieć, że znowu się zakładał.

– Idę do starego z raportem. Zbierz chłopaków. Wieczorem powęszymy po karczmach.

– Jasne.

Znalazła Anora w pracowni. Stary Arcymistrz był w doskonałym humorze i, o zgrozo! coś sobie podśpiewywał! Pierwszy raz go takiego widziała.

– O, jesteś. – Przywitał ją uśmiechem. – Nie stój w drzwiach, usiądź proszę.

Usiadła na wskazanym krześle. „Anor zadowolony? Upił się, czy jak?”

– Muszę ci podziękować, moja droga, za prezent.

– Prezent? – Nic mu przecież nie dała.

– No, te dzieci. Były bardzo użyteczne. – Mrugnął do niej. – A teraz mów z czym przyszłaś, mam sporo pracy.

To, co miała do powiedzenia jakby go nie interesowało. Nie była pewna czy jej w ogóle słucha. Pokiwał głową, gdy skończyła.

– Posłuchaj Kes bardzo uważnie – powiedział. –  Po pierwsze – Kulme. Odeślesz do tej sprawy trzy oczka. Całodobowo. Jedno za nim, po jednym przy pałacyku i Ratuszu. I może jeszcze kogoś za Burmistrzem.

– Będzie, jak mówisz, Mistrzu. – Skłoniła głowę.

– Kulme odebrał zamówienie, musimy wiedzieć kto będzie celem – to priorytet. Po drugie, wybierzesz pięciu ludzi. Dobrych w mieczu i w siodle. Wysyłam zaufanego do Naabis. Ma mieć silną obstawę.

– Kiedy mają być gotowi? –  zapytała.

– Bez pośpiechu, za trzy dni. – Klepnął ją w udo. – No dziewczyno, to wszystko. Zmykaj.

 Nie podniosła się jednak. Anor zmarszczył brwi.

– No? Co jeszcze?

– Co z kamieniem?

– A co ma być? Zrobił swoje, zabił dzieciaka. Teraz nie ma dla Gildii żadnej wartości.

– Prawie mnie zabili… – Kes była rozgoryczona słowami Arcymistrza.

– I co chcesz zrobić?

– Sprawa reputacji. Nie mogę odpuścić. – Głos miała zimny i spokojny.

– A, to – odparł. – Dobra, masz tu wolną rękę, o ile nie zaniedbasz obowiązków. Właściwie to małe zamieszanie na ulicach może pomóc Gildii.

– Dziękuje Mistrzu. – Wstała, skłoniła się i chciała odejść, ale chwycił jej rękę.

– Jesteś mi wierna, Kassandro? – Pytanie było tak zaskakujące, że na chwilę ją zamurowało. Na krótki moment.

Było już blisko północy, gdy do Pijanego Rozbitka weszła piątka ludzi. Zsunęli kaptury. Kobieta i czterech mężczyzn. Rozmowy przycichły. Wszyscy ich znali. W jednej chwili znalazł się wolny stół. Usiedli. Na piwo nie musieli czakać.

– Długo będziemy się tak jeszcze szlajać? Zaliczymy dziś każdą dziurę w tym mieście? – Mun był już lekko wstawiony. W zasadzie nie przeszkadzało mu takie „węszenie”. To była już ósma karczma tej nocy.  Siedzieli w milczeniu. Kes w końcu nie wytrzymała. Uderzyła kuflem w drewnianą ławę i wstała.

– Szukam kogoś. Snyd! Kto go zna? – Nikt się nie odezwał. Ludzie unikali jej spojrzenia. Opadła z powrotem na ławę.  Siedzieli tak i narzekali. Zamówili drugą kolejkę. Jakiś mężczyzna podniósł się z sąsiedniej ławy i ruszył w kierunku wyjścia.

– Młody – Kassandra szturchnęła go łokciem i wskazała podbródkiem wychodzącego. – Zobacz, gdzie pójdzie.

Zobaczył. Krzyknął, że ucieka. Jak na komendę zerwali się ze swoich miejsc, przewracając kufle z niedopitym piwem.  Rzucili się w kierunku drzwi, potrącając przeklinających ich ludzi. Gdy wypadli na zewnątrz, dojrzeli w słabym świetle miejskich latarni, biegnącego w kierunku doków Młodego. Pobiegli w tamtym kierunku.  Dogonili go po kilkudziesięciu krokach.

– Czego stoisz? – zapytała Kes. – Nawiał ci?

– A w życiu. Co to ja łapać ludzi nie umiem? – Młody był z siebie bardzo zadowolony. – Wychowałem się tu. To ślepa uliczka. – Wskazał głową ciemny zaułek. – Ściany magazynów, wysokie na cztery metry, żadnych drzwi, nic.

Na twarzy Kes pojawił się uśmiech. Podeszła kilka kroków.

– Wyłaź! – zawołała. Cisza. – Wyłaź, mówię! Chcemy tylko pogadać.

– A już ci! Czego mnie gonicie? – Głos mężczyzny był drżący, ale donośny. – Nic wam nie zrobiłem. Sakiewkę też mam pustą. Na mnie nie zarobicie.

– Wyłaźże. Chcę pogadać. Nic ci nie zrobimy.

– A jak nie wyjdę?

– To cię wywleczemy i nie będę już miła.

Wyszedł. Był skulony, oczy miał rozbiegane. Ubranie miał czyste schludne; aż za bardzo. Dopiero teraz ją rozpoznał. Chciał się cofnąć, ale nie zdążył.

– Tak lepiej. – powiedziała. – Mun?

Osiłek wyrżnął z całej siły w brzuch uciekiniera, ten zwalił się na bruk tracąc oddech.

 – Bierzemy go. No, ruszać się chłopcy. Mamy dziś jeszcze sporo roboty.

Podnieśli go, skrępowali mu ręce i zakneblowali usta. Poprawili jeszcze raz, pod mostek. Żeby mu wybić z głowy głupie pomysły. Wszystko w kilkadziesiąt sekund. Zawodowcy. Mun zarzucił go sobie na ramię. Jak kukłę. Po chwili zniknęli w ciemnych uliczkach Udu.

***

Gdyby był nieco mniej ostrożny, wpadłby prosto na nich. Zatrzymał się w ostatniej chwili. Ciemne uliczki i bramy to zarazem najlepsze i najgorsze miejsca w każdym mieście – zależnie od intencji człowieka. Przywarł plecami do ściany. Obserwował. Wiedział kim są. Znał też człowieka, który wyszedł do nich z zaułka. Miał się tu z nim dziś spotkać. Zaklął w duchu, gdy jeden z dryblasów uderzeniem zwalił kupca z nóg. Na czole pojawiły mu się krople potu. Śledził ich wzrokiem, gdy odchodzili. Jeszcze długo bał się poruszyć. „Są blisko.”  W końcu się ruszył. Musiał wracać do Nel.

***

– Jeszcze raz, dlaczego uciekałeś? – Kassandra nie była agresywna. Jeńca rozwiązano, posadzono na krześle. Dostał nawet wodę. – Dlaczego wyszedłeś z Rozbitka?

– Już mówiłem. Bałem się.

– Kogo?

– Was, pani. – Na te słowa uniosła brwi.

– Jeszcze raz. Mój przyjaciel – wskazała na Muna – ma ciężką rękę. To już wiesz. Odpowiadaj na pytania. Konkretnie, ja nie mam czasu. Albo on z tobą pogada. Rozumiesz? – Pokiwał głową. Napił się, ręka lekko drżała.

– Co tam robiłeś? Za bogato wyglądasz na takie speluny.

– Byłem tam w interesach – odparł.

– Na kogo czekałeś?

– Nie wiem.

– Mun? – Mężczyzna ruszył w stronę kupca.

– Nie wiem, przysięgam! – zawołał. – Miałem tam być o północy! Pachołek przyszedł z propozycją! Nie wiem kto… Ja naprawdę… – Zamilkł, kiedy Mun położył mu rękę na ramieniu.

– Ciii. Już dobrze. Wierzę ci. – powiedziała Kes. – Padam, zaraz zasnę. Dokończymy rano? – Kupiec, ze łzami w oczach, pokiwał głową. Kobieta uśmiechnęła się do niego, a Mun szybkim uderzeniem w głowę pozbawił go przytomności.

– Rób z nim co chcesz. Ma mówić. Wrócę rano. – Wstała i wyszła.

Koniec
Nowa Fantastyka