- Opowiadanie: jerry_gainer - Krowonado

Krowonado

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Krowonado

Sierżant Malik Awad Alla szedł przez wioskę, każdym krokiem manifestując siłę i autorytet. Strzelał kiepsko, maczetą rąbał słabo, ale nikt w Siłach Szybkiego Wsparcia nie dorównywał mu w chodzeniu. Ćwiczył odkąd pamiętał. Najpierw pod surowym okiem ojca, tancerza mieczy. Od dwunastego roku życia pod jeszcze surowszymi, czasem kpiącymi spojrzeniami dowódców.

Efektownemu chodowi zawdzięczał nie tylko długie życie, ale i awanse. Kilkukrotnie wystąpił w filmach Majora, dokumentujących sprawność bojową i bohaterstwo jego podkomendnych. Niestety, jego właśni podkomendni chodzili jak chore zwierzęta w rui. Jakby Allach dał im nogi za karę. Dlatego zostali na obrzeżach wioski, przy ciężarówce. Malik nie chciał, żeby skomplikowali sprawy pożałowania godną dreptaniną czy tupotaniem.

Maszerował wyprostowany, ale nie usztywniony. Wypychanie piersi i zadzieranie głowy robiło wrażenie na defiladach, ale między chatami wystawiłoby go na niebezpieczną śmieszność. Szedł prosto, jak od linijki, choć kosztowało go to wiele trudu. Przestępowanie nad flakami i kawałami mięsa przychodziło mu naturalnie. Ignorowanie aromatu smażonej wołowiny, buchającego z każdego mijanego okna, wymagało świadomego wysiłku.

Prawą dłoń trzymał na kolbie przewieszonego przez ramię karabinu. Na tyle daleko od spustu, żeby nie prowokować mieszkańców, ale i na tyle blisko, żeby pozbawić ich złudzeń co do możliwości rozbrojenia go bez rozpętania strzelaniny.

Szedł szybko, ale lekko. Nie pozwalał, by podeszwy zagłębiały się w przesiąkniętej juchą ziemi. W całym Sudanie trudno było o bardziej znienawidzony dźwięk niż miarowy stukot kamaszy. Rozglądał się, wypatrując zagrożeń, ale bez kręcenia głową i strzelania oczami na boki. Wystarczyło odwracać się ku każdemu z mijanych mieszkańców, żeby objąć wzrokiem całą okolicę.

Kłaniał się wioskowym, pilnując, żeby nie patrzeć im w oczy, a oni odwzajemniali uprzejmość, nie rzucając mu się na plecy. Starsza kobieta, ogryzająca resztki mięsa z kości grubszej niż jej ręka, obdarzyła go nawet uśmiechem. W normalnych okolicznościach uznałby to za objaw szaleństwa lub znak, że wchodzi w pułapkę. Jako że okoliczności normalne nie były, odpowiedział uśmiechem. Kiepsko mu to wyszło, bo mięśnie twarzy ćwiczył na innych grymasach.

Wioska zasypana była mięsem. Raporty wspominały o deszczu, ale rzeczywistość sugerowała bombardowanie. Część chat zawaliła się pod impetem zwierzęcych korpusów, wciąż wystających z ruin. Bydlęce nogi i głowy sterczały z dachów. Flaki walały się wszędzie, a jelita zwisały z drzew i słupów, niczym kilkudziesięciometrowe girlandy.

Malik widywał wioski zasypane dronami, ostrzelane z moździerzy i zalane karabinowym ogniem. Żadna z nich nie wyglądała tak źle. Gdyby mylił krok od makabrycznych widoków, zginąłby zanim został kapralem. Pewnie parł przed siebie, gotów krążyć między chatami i szałasami, tak długo, aż ktoś zastąpi mu drogę.

Mógł, rzecz jasna, kazać prowadzić się do szejcha, albo wrzaskiem domagać się, żeby szejch przyszedł do niego. Możliwe, że zaoszczędziłby trochę czasu, ale pewne, że wyszedłby na awanturnika. Wolał dać szejchowi czas na poukrywanie wszystkiego, co miał do ukrycia, przemyślenie sytuacji i rozpoczęcie rozmowy na jego warunkach.

Drogę zastąpiono mu w centrum wioski, obok jedynego murowanego budynku. Mężczyzna w sile wieku czekał na niego ze stopą ustawioną na głowie krowy, której jakimś trafem udało się nie rozpaść na kawałki po kontakcie z podłożem. Albo kochał dramatyczne pozy, albo postradał rozum, bo w jednej dłoni trzymał maczetę, a drugą gładził jej ostrze. Malik z irytacją poczuł, że jego własny palec nie spoczywa już na gładkim drewnie, a na chłodnym metalu.

Zatrzymał się kilka kroków przed szejchem i cielskiem. Poły munduru zafurkotały, gdy gwałtownie wytracił impet. Zakołysał się na rozstawionych nogach, lekko wysunął szczękę, a lewą dłoń schował w kieszeni spodni. Jakby stanął wyłącznie z własnego kaprysu, żeby krytycznie ocenić okolicę.

– Pochyl głowę przed świętym mężem, którego żarliwe modły zostały wysłuchane! – ryknął szejch.

Malik nie odpowiedział. Sam zwrócił się do bogów, by podziękować za mądrość, dzięki której kazał oddziałowi pozostać na obrzeżach wioski. Przy podkomendnych nie mógłby sobie pozwolić na puszczenie mimo uszu ani bezczelnych żądań, ani świętokradztwa.

– Kimże jesteś, że uzurpujesz prawo do odbierania boskich darów, ty, który przelewasz ludzką krew? – kontynuował perory szejch.

Malik otworzył usta do spokojnej i wyważonej odpowiedzi, ale zanim wymówił choćby sylabę, szejch zamachnął się maczetą, uderzając w kark truchła. I drugi raz. Potem trzeci, czwarty i piąty. Przy szóstym uderzeniu demonstracja straciła resztki dramaturgii. Po dziesiątym była już żałosna. Dowiodła tyle, że nawet silny mężczyzna może zasapać się przy odrąbywaniu głowy masywnemu zwierzęciu.

– Nie ma między nami waśni, bracie. – oznajmił Malik. – Allach w swej miłości zesłał wam dary i przyjęliście je godnie. Dużo mięsa wciąż jednak leży w prażącym słońcu. O wiele więcej niż zdołacie przejeść. Czy sądzisz, że wolą najwyższego było, żeby jego dary poszły na zatracenie w trzewiach padlinożerców i much? Czy w swej łaskawości nie wolałby, aby zaspokoiły głód innych wiernych?

Szejch zdążył otrzeć twarz z krwi, ale nie wyrównać oddech.

– Możesz… wziąć połowę – wysapał.

– Schowaliście już pewnie więcej niż połowę. Weźmiemy tyle, ile zdołamy, zanim ścierwo się popsuje. Ale nie będziemy zaglądać do chat. Ruszymy tylko to, co na widoku.

– To, co na widoku, poza moją majestatyczną bestią. – Szejch dźgnął maczetą zdekapitowaną krowę.

Malik przyjrzał się zwierzęciu. Tylko po to, żeby nie przystać na warunki zbyt szybko. Krowa była dziwna. Bardzo masywna, długonoga, ale pozbawiona garbu.

– Dobrze, ustalone – oznajmił.

– Oby tak było.

Szejch wsunął maczetę za pas, po czym wyciągnął oblepioną krwią rękę, żeby dobić targu. Malik zrobił dwa miękkie, epatujące spokojem kroki i uścisnął dłoń. Energicznie, ale ostrożnie, nie brudząc mankietów.

– Trofeum godne wielkiego szejcha – oznajmił, żeby móc oswobodzić dłoń i wskazać nią odrąbany łeb.

Zauważył, że w uchu krowy tkwił masywny kolczyk. Matowy, w kształcie kostki, z wystającymi łebkami śrubek.

– Co to? – spytał.

– Nic cennego. Mogę ci to wydłubać i wręczyć.

Malik wyrwał kolczyk, po czym obrócił go w dłoniach. Widywał podobne ustrojstwa w bebechach dronów.

– Wiesz co to jest? – spytał, po raz pierwszy patrząc rozmówcy w oczy.

– Nadajnik GPS – Szejch zniżył głos do szeptu. – Wiem więcej: kto go zainstalował.

– Kto?

– Powiem, i to bez zapłaty, ale nie tutaj. Zaszczycisz moje skromne domostwo wizytą?

Malik skinął głową. Gdyby szejch wabił go w pułapkę, nie wymachiwałby wcześniej maczetą. A żeby go zabić, nie potrzebował nawet zastawiać pułapek.

Przekroczyli próg murowanego domu, po czym zapanował chaos. Dzieci biegały, kobiety śpiewały, starzec chrapał. Izba była pełna ludzi i gwaru, bardziej niż koszary po przejęciu kontrabandy toombaku. Meandrowali po wnętrzu i nawet Malikowi nie starczyło wdzięku, żeby nie obić się o nic i nikogo. Dotarli do kąta ze stolikiem, laptopem oraz dwoma krzesłami. Sierżant nie zdążył wygodnie usiąść, a już ktoś pchał mu się na kolana, a kto inny podtykał mu pod nos gorącą herbatę. Nie zwrócił na to uwagi, skoncentrowany wyłącznie na komputerze.

– Rozebrałem jeden nadajnik – powiedział szejch. – Od wewnątrz ktoś wyrył adres strony internetowej. Zaraz ją włączę żebyś na własne oczy przekonał się, o co chodzi z krowami z nieba. To trochę potrwa, bo sprzęt ledwo działa.

Stary, poobijany laptop z dostępem do Internetu wyprowadził Malika z równowagi. Nogi zaczęły mu mimowolnie podrygiwać z ekscytacji. W bazie mieli dwa komputery, ale korzystać z nich można było tylko pod okiem łącznościowca, a i do tego trzeba było przekupić któregoś z oficerów.

– Póki czekamy – podjął szejch – przepraszam za nieuprzejmość i dziękuję, że mnie nie zastrzeliłeś. To przedstawienie było pożałowania godne, ale konieczne. Nagła obfitość mięsa zachwiała moją pozycją.

Malik uszczypnął się w udo, bólem odrywając myśli od komputera.

– Ryzykowałeś życie, żeby popisać się przed twoimi ludźmi?

– Tak. Ale to był bezpieczny zakład. Obserwowałem cię. Wiedziałem, że wszedłeś do wioski sam. Wyglądałeś… Wyglądałeś jak syty lew.

– Dziękuję.

– Jeszcze raz, to ja dziękuję. – Szejch otworzył przeglądarkę i przewijał karty zakładek. – Także za to, że wszedłeś do mojego domu. To zniechęci starszyznę do rycia pode mną dołów.

Blok drobnego tekstu wypełnił ekran. Malik zamrugał. Szejch ustąpił mu miejsca przed laptopem, uśmiechając się zachęcająco. Zrozumiał swój nietakt, jak tylko sierżant zamrugał po raz drugi.

– To manifest – wyjaśnił. – Spisany przez grupę naukowców-renegatów, pracujących nad wojskowym wykorzystaniem efektów pogodowych. Porzucili kariery dla ratowania świata przed głodem oraz nadmiarem metanu. Porwali te krowy i zrzucili nam je na głowy tornadem.

Malik pokiwał głową. O ile krowy nie zostały zatrute, a później zrzucone przez siły reżimu, nie interesowało go skąd i dlaczego się wzięły. Ciekawiło go coś innego.

– Możesz na tym komputerze włączyć filmy? – spytał.

– Nie znalazłem żadnych nagrań z tornadami, które porywałyby całe…

– Nie. Filmy z pokazów mody. Jakichś europejskich.

Szejch drgnął.

– Rozumiem uwielbienie dla piękna – wycedził – ale dom pełen kobiet i dzieci to nie…

– Nie, nie. Filmy z męskich pokazów mody.

Szejch spąsowiał. Otworzył usta do krzyku, ale pojął, że źle zrozumiał zainteresowania gościa, zanim wyryczał sprzeciw. Włączył nagrania, po czym odszedł od stolika. Wrócił, gdy herbata Malika była już zimna.

– Twoi ludzie zaczynają się niepokoić – powiedział.

Sierżant wstał, skłonił się i wyszedł.

Tona wołowiny mogła przysporzyć mu zaszczytów. Może nawet zrobić z niego oficera. Mistrzostwo w asymetrycznej pracy przedramion, delikatnych wychyleniach miednicy i minimalistycznych ćwierćpiruetach oferowało więcej. Szansę dożycia starości. O ile, rzecz jasna, żadna krowa nie spadnie mu na głowę.

Koniec

Komentarze

Cześć Jerry, 

przyznam, że z niecierpliwością wyczekiwałem Twojego tekstu. Jak na osobę, która prawie do każdego tekstu ma zarzuty, sam piszesz przeciętnie. Przez bardzo długi czas przeglądając komentarze, zastanawiałem się czy jesteś wybitnym literaturoznawcą, czy też najzwyklejszym trollem internetowym.

Występują powtórzenia, zdania są schematyczne, a sama historia od samego początku nie porywa. Tekst posiada luki logiczne oraz nielogiczne metafory. Osobiście short mnie nie porwał, wręcz czytałem go na siłę, ale się poświeciłem z w/w przyczyny :)

Cześć,

 

przyznam, że czekałam na jakieś Twoje opowiadanie, bo na podstawie komentarzy można było założyć, że wiesz co nieco o pisaniu. Byłam zatem ciekawa, jak to się przekłada na Twoje teksty. Wiem też, że łatwiej zauważyć mankamenty u kogoś w tekście niż u siebie i to chyba ten przypadek :)

 

Jakby Allach dał im nogi za karę

“Ch” zamierzone? Obie wersje są niby ok, ale “h” rekomendowana. 

 

– Nie ma między nami waśni, bracie. – oznajmił Malik.

bez kropki

 

Wiesz co to jest? –

Przecinek

 

Nadajnik GPS – Szejch zniżył głos do szeptu.

Kropka

 

Wiem więcej: kto go zainstalował.

to bym trochę przeredagowała, bo to wypowiedź, a w niej nie czuć tego dwukropka, więc może coś w stylu “wiem też, kto..” “wiem nawet, kto” itd

 

Meandrowali po wnętrzu i nawet Malikowi nie starczyło wdzięku, żeby nie obić się o nic i nikogo. Dotarli do kąta ze stolikiem, laptopem oraz dwoma krzesłami. Sierżant nie zdążył wygodnie usiąść, a już ktoś pchał mu się na kolana, a kto inny podtykał mu pod nos gorącą herbatę. Nie zwrócił na to uwagi, skoncentrowany wyłącznie na komputerze.

Dużo tych “nie” się tutaj zebrało i przynajmniej jedno, to pierwsze, można by usunąć (np. nawet Malikowi zabrakło wdzięku)

 

Zaraz ją włączę żebyś na własne oczy przekonał się, o co chodzi z krowami z nieba

Przecinek

 

Są fragmenty naprawdę dobre, jak chociażby tutaj: jelita zwisały z drzew i słupów, niczym kilkudziesięciometrowe girlandy i obrazowo jest to niezły kawałek. Klimat przez to mi się nawet podobał. I motyw z chodzeniem też… do pewnego momentu, bo jest to obrabiane cały czas, jako różne wariacje tej samej informacji – bohater ma jedną cechę podkreśloną do maksimum.

Warsztatowo dobrze pomimo braku kilku przecinków. 

 

Jestem ciekawa jakiejś dłuższej formy. Tu całość ok, ale bez efektu “wow”, którego oczekiwałam po Twoich komentarzach pod innymi opowiadaniami :) 

Witaj. :)

Przybywam jako dyżurna. :)

Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

Ćwiczył (przecinek?) odkąd pamiętał.

Kilkukrotnie wystąpił w filmach Majora, dokumentujących sprawność bojową i bohaterstwo jego podkomendnych. Niestety, jego właśni podkomendni chodzili jak chore zwierzęta w rui. – powtórzenie?

Wypychanie piersi i zadzieranie głowy robiło wrażenie na defiladach, ale między chatami wystawiłoby go na niebezpieczną śmieszność. Szedł prosto, jak od linijki, choć kosztowało go to wiele trudu. – i tu?

Pewnie parł przed (alteracja – celowa?) siebie, gotów krążyć między chatami i szałasami, (zbędny przecinek?) tak długo, aż ktoś zastąpi mu drogę.

– Nie ma między nami waśni, bracie. – oznajmił Malik. – błędny zapis dialogu?

O wiele więcej (przecinek?) niż zdołacie przejeść.

– Wiesz (przecinek?) co to jest?

– Nadajnik GPS – Szejch zniżył głos do szeptu. – błędny zapis dialogu?

A (przecinek?) żeby go zabić, nie potrzebował nawet zastawiać pułapek.

Zaraz ją włączę (i tu?) żebyś na własne oczy przekonał się, o co chodzi z krowami z nieba.

W bazie mieli dwa komputery, ale korzystać z nich można było tylko pod okiem łącznościowca, a i do tego trzeba było przekupić któregoś z oficerów. – powtórzenie?

O ile krowy nie zostały zatrute, a później zrzucone przez siły reżimu, nie interesowało go (przecinek?) skąd i dlaczego się wzięły. Ciekawiło go coś innego. – powtórzenie?

 

W całym szorcie wybija się na pierwszy plan humor – fajnie zakamuflowany, dyskretny i równocześnie bardzo pomysłowy. :) Ciekawa opowieść z oryginalnym głównym bohaterem i – takim samym – tytułem. :)

 

Pozdrawiam serdecznie, klik. :)

Pecunia non olet

Tekst przeczytałem z mniejszym zainteresowaniem, z uwagi że sci-fi nie moja zbyt tematyka na tą chwilę. Mimo to zdecydowałem się na tę lekturę, bo jesteś dość…aktywny na forum, że tak to ujmę i zdajesz się wyjątkowo poinfromowany i światły w sztuce pisania i czytania.

 

Pierw – Gratuluję debiutu i z checią bym zagrał rolkę bruce gdzie znajdziesz poradniki, bo początkującemu pisarzowi, którymi jak mniemam – wszyscy w wiekszości jesteśmy – się przydadzą :)

[EDIT: NIESTETY BRUCE jak zwykle mnie wyprzedziła :P]

 

Co się zaś tyczy tekstu:

 

Jak to z debiutami bywa– szału nie ma , ale też nie ma tragedii.

Zatrzymał się kilka kroków przed szejchem i cielskiem. Poły munduru zafurkotały, gdy gwałtownie wytracił impet. Zakołysał się na rozstawionych nogach, lekko wysunął szczękę, a lewą dłoń schował w kieszeni spodni. Jakby stanął wyłącznie z własnego kaprysu, żeby krytycznie ocenić okolicę.

 

Trochę przekombinowany opis. Jedno z danie mniej (np to ostatnie).

 

Powtarzający sie schemat opisów z “ale”.

 

Maszerował wyprostowany, ale nie usztywniony.​

Szedł szybko, ale lekko

Energicznie, ale ostrożnie, nie brudząc mankietów.

 

Wspomniane to zostało chyba przez rozmówców. 

 

Przyznaję, że nie do końca kupiłem fabułę tego szorta. Warsztatowo nie jest jednak źle. Jest trochę też potknięć logicznych.

 

Najważniejszy z nich to tak, że Sierżant Malik zostawia swoich ludzi poza wioską, bo… brzydko chodzą. Jasne, to buduje jego charakter i podkreśla komizm postaci, ale z wojskowego punktu widzenia to czyste samobójstwo w strefie wojny.

 

Mam jednak świadomość, że szorty rządzą się innymi prawami i ja też osobiście nie do końca za nimi przepadam. W tym sensie, że ciężko mnie nimi zachwycić. Stworzyłeś jaką tam scenkę w Sudanie w klimacie wojennym, gdzie ziomek urywa się ze swojego oddziału, napotyka na dziwną sytuację i jakiegoś lokalnego zbzikowałego warloda. Naotmiast na plus – sam wybór miejsca fajny, niektóre opisy rozwalonej wioski ci się bardzo udały. Widać, że potrafisz takie rzeczy pisać.

Zastanawia mnie jakbyś napisał dłuższą wersję tej historii, bo być moze miałaby inny wydźwięk. 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :)

@lugosi

Sprawiłeś mi wiele radości. Warto było opublikować tę historyjkę dla samego twojego komentarza. “Piszesz przeciętnie” i “zdania są schematyczne” to najwyższe pochwały, dla kogoś, kto przez większość życia walczył z tendencjami do barokowych zdań złożonych w szyku przestawnym i udziwniania. Fakt, że moje słowa z komentarzy poruszyły Cię na tyle, żebyś wbrew sobie przebrnął przez słowa opowiadania, to już czereśnia na torcie.

 

@OldGuard

Dziękuję, za wytknięcie ortów i ekscesów z nie. Nigdy nie potrafiłem pojąć reguł stawiania przecinków i zapisów dialogów i nawet już nie próbuję, twoje uwagi są więc tym cenniejsze. Poprawki naniosę, choć chyba dopiero po łikendzie.

Ciekawość to pierwszy stopień do literackiego piekła. Dłuższe formy piszę o wiele, wiele gorzej. Namiętnie, bo grafomanem jestem już chyba nawet w ujęciu klinicznym, ale gorzej. Ale zapamiętam sobie twoje zainteresowanie, i jak zdarzy mi się napisać i wrzucić jakieś opowiadanie, to potem będę się pod nim bronił pisząc, że OldGuard mi kazała!

 

@bruce

Przecinki poprawię, wierząc Ci na słowo. Nad powtórzeniami się zastanowię, bo, z jednej strony, nie wszystkie są zamierzone, ale z drugiej, lubię powtarzać powtórzenia.

Humor! Nie cierpię humoru. Spróbuj napisać horror albo dramat psychologiczny, jak wszędzie wciska Ci się ten przeklęty humor ;)

 

@melendur88

Dzięki za oficjalne powitanie, ale wstydliwa prawda jest taka, że debiut na tym forum miałem już jakieś piętnaście lat temu. Doceniam jednak gest!

Co logicznych dziur, z reguły staram się je łapać i łatać na bieżąco. Tutaj nie trzymałem rygoru, bo już główne założenie historyjki jest wielką logiczną dziurą. To napisawszy, samodzielne wchodzenie do wioski jest do wybronienia. Raz, że Siły Szybkiego Wsparcia to nie jest regularne wojsko, dwa że wioska znajduje się na terenach przez Siły kontrolowane i nie dysponuje własną milicją, trzy że niestandardowa sytuacja wymagała niestandardowego podejścia. W sumie, pewnie powinienem coś z tego zasygnalizować, ale nie chciałem ani rozpychać tekstu ekspozycją, ani rozwadniać absurdu wyjaśnieniami.

Nie potrafiłbym rozpisać tej historii w dłuższej wersji: materiału ledwo starczyło na szorta, a i to wymęczonego i męczącego. 

Cześć Gary…. yyy, znaczy Jerry :) 

Jak widzisz, krytykując innych można zostać forumowym debiutantem po piętnastu latach. Poradniki dla żółtodziobów już Ci zasugerowano, to może idźmy siłą rozpędu i od razu czytanki dla pierwszoklasistów – jak to było? “Ala ma kota”? Nie wiem, dawno to czytałem :D

Ogólnie cieszę się, że się pojawiłeś, bo Twoje teksty były jednymi z niewielu, które ze mną zostały. Jakimś zbiegem okoliczności dziś wspominałem ten tekst, gdzie bohater, własność AI, rozmawiał z kobietą wyhodowaną jako “mądra rasa”, czytaj – z wielkim łbem. I był przepełniony radością, po swojej niekoniecznie upragnionej reinkarnacji :)

Ten short powyżej jest inny niż to co pamiętam. Moim zdaniem bardziej literacki. Taki bez obowiązującego na tym forum przytupu. Fajnie się to czytało, ale tekst zdecydowanie nie forumowy ;) No, usterki są, ale ogólne odczucie solidnie na plus. Ale wiem, że dopiero się rozgrzewasz, więc wyciągam popcorn i czekam na więcej.

Mam taką zasadę, że jeśli ktoś zajrzy do mnie, zawsze może liczyć, że pojawie się przy jakimś jego opowiadaniu. Więc jestem. Osobiście opowiadanie tego typu, to niestety nie moje klimaty. I mimo naszego poprzedniego spięcia postaram się podejść tutaj obiektywnie.

Kilka uwag, do których nie musisz się odnosić wcale:

  1. Tancerz miecza – totalnie mnie zaskoczył. Czy chodziło ci o fechmistrza, czy zwykłego tancerza mającego przywiązane szarfy do rękojeści.
  2. Chodzą jak chore zwierzęta w rui – tzn jak? Można by troszkę dopracować ten opis, żeby był bardziej czytelny. Zazwyczaj czytelnik nie wie, co się dzieje w głowie autora podczas pisania i czasem trzeba dokładniej wyjaśnić. Jest jeszcze trochę takich potknięć ale może na tym poprzestanę.

Nie musisz odpisywać.

@silver_advent

Kopę lat silver :) Akurat mam pod ręką Elementarz Falskiego (z 57 roku!). “Ala ma kota” nie dorasta do pięt “Można orać konikiem. Ale jest lepiej i prędzej, i lżej orać traktorem”.

W ogóle zapomniałem o tekście, o którym wspomniałeś! Bardzo miło, że o nim pamiętasz. To chyba jedno z najmilszych literackich doświadczeń, jakich przyszło mi doznać. Brrr, aż się przesłodziłem. Mam tylko nadzieję, że tekst nie wyszedł mi proroczy.

Co do sensowności wyciągania popkornu… Nostalgia i kryzys wieku średniego skłoniły mnie do otworzenia folderu z pomysłami na opowiadania i szorty. Okazuje się, że trochę mi ich zostało do realizacji. W dodatku okazało się, że rozpisywanie ich wciąż daje mi sporo frajdy. Zobaczymy czy wszechświat pozwoli.

 

@CZARNA2

Miło Cię widzieć, do twoich uwag odniosę się z przyjemnością. Taniec miecza to rodzaj tradycyjnego tańca Sudańskiego. Co do opisywania tego, jak chodzą chore zwierzęta w rui, to właściwie powtórka z naszej poprzedniej wymiany zdań, tyle że zamieniamy się rolami. Nie cierpię zbędnych opisów i wychodzę z założenia, że czytelnik nie potrzebuje wiedzieć, co mam w głowie (bo odbiór tekstu i tak bardziej zależy od tego, co w głowie ma czytelnik). Jakiekolwiek ruchy wyobrazisz sobie czytając hasło “chore zwierzęta w rui” będzie właściwe. Po prawdziwe, nie musisz nawet sobie tego wyobrażać i możesz potraktować to wyłącznie jako figurę stylistyczną służącą charakteryzacji głównego bohatera. Albo jako nielogiczną metaforę.

Cieszę się, że Jerry nie pisze gorzej niż Gary. Pomysłowe, nietuzinkowe, wykonane z inwencją i pazurem. Osobliwa sytuacja okazała się mieć racjonalne (nawet jeśli trochę zwariowane) wyjaśnienie, i to w momencie, gdy już się spodziewałem jakichś kosmitów albo magii. Ale to właśnie dobrze.

Dodałbym jeszcze jedną lub dwie uszczypliwe uwagi, żebyś nie poczuł się zbyt komfortowo i miał motywację do rośnięcia wyżej ponad poziomy, tylko że akurat nic nie przychodzi mi do głowy.  

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

@jeroh

Myślę, że: “Tytuł zerżnięty z Szarknado, ale w przeciwieństwie do Szarknada: zupełnie bez zębów” byłoby odpowiednio uszczypliwe.

Cieszę się, że spodobał Ci się pomysł. Byłem prawie pewien, że zardzewiałem. Przy okazji, historia inspirowana prawdziwymi wydarzeniami: deszczem mięsa w Kentucky sprzed stu pięćdziesięciu lat. Tyle, że tam winni byli nie naukowcy-renegaci, a rzygające sępy.

Nowa Fantastyka