Michał szybko nauczył się trzech rzeczy. Po pierwsze: w Gravemont Hottel kurz nie pada, on lewituje w oczekiwaniu na lepsze czasy. Po drugie: jeśli słyszysz za plecami kroki, to prawdopodobnie idziesz ty sam, tylko z wczoraj, więc nie warto się odwracać, żeby nie zrobić sobie wstydu fryzurą. Po trzecie: najgorszą porą dnia nie jest reset pętli, ale moment, w którym Grażyna puszcza z głośników „The Best of Pan Flute” w zwolnionym tempie.
Michał stał właśnie przy recepcji, polerując mosiężną barierkę, która w dotyku przypominała ludzką skórę (Kierownik twierdził, że to „eko-skóra z recyklingu genetycznego”). Zegar nad recepcją, zgodnie z tradycją, wskazywał 23:47.
– Młody – odezwała się Grażyna, nie odrywając wzroku od pasjansa ułożonego z kart tarota. – Przygotuj się. Mamy gościa z „listy sentymentalnej”.
– Co to znaczy? Ktoś z przyszłości?
– Gorzej. Z przeszłości. Ale takiej, o której wszyscy wolelibyśmy zapomnieć. Rok 1996. Wiesz, co się wtedy działo na pierwszym piętrze?
Michał zerknął na rozpiskę pięter, którą dostał przy zatrudnieniu. – „Piętro 1: Rok 1996 – hotel działa normalnie, początek manifestacji”.
– „Normalnie” to pojęcie względne – mruknęła Grażyna. – W 1996 odbył się tu I Przegląd Kabaretów Niskich Lotów „Grave-Śmiech”. Poziom żartów był tak niski, że naruszył fundamenty i prawdopodobnie to on obudził demony w piwnicy, a nie żaden eksperyment naukowy.
W tym momencie drzwi obrotowe wydały dźwięk przypominający czknięcie wieloryba i do lobby wpadł człowiek-orkiestra. Dosłownie i w przenośni.
Był to mężczyzna w wieku, który można określić jako „późny dancing”. Miał na sobie marynarkę w kolorze wściekłej limonki, krawat z motywem Kaczora Donalda i fryzurę „na czeskiego piłkarza”, która opierała się wiatrowi historii. W jednej ręce trzymał mikrofon na kablu (kabel ciągnął się w nieskończoność za drzwiami), a w drugiej walizkę z napisem „REKWIZYTY / KIEŁBASA”.
– Dobry wieczór Państwu! – ryknął, a echo w lobby odpowiedziało mu z trzydziestoletnim opóźnieniem. – Czy są tu jacyś miłośnicy dobrego humoru?! Bo widzę, że publiczność trochę sztywna!
Wskazał na doktora Vossa, który akurat przechodził przez lobby, niosąc próbówkę z antymaterią i wyglądając jak człowiek, który właśnie pochował całą swoją rodzinę oraz kota.
– Panie! Uśmiechnij się pan! Jutro może być koniec świata! – zarechotał przybysz.
Voss zatrzymał się, a jego twarz przybrała kolor popiołu. – Koniec świata był w 2064 roku. Jesteśmy w post-rzeczywistości. Pańska egzystencja jest błędem statystycznym.
Gość zignorował to i podszedł do recepcji, wykonując przy tym krok taneczny, który w 1996 roku uchodził za zabawny, a w 2147 kwalifikował się jako atak padaczki.
– Waldemar „Wesoły Waldi” Pompka! – przedstawił się, kładąc na ladzie wizytówkę wielkości talerza deserowego. – Miałem rezerwację na występ. W 1996 roku. Trochę się spóźniłem, bo na trasie Warszawa-Kłodzko były korki. I chyba wpadłem w dziurę czasową pod Radomiem. Ale jak to mówią: lepiej późno niż wcale, co nie, szefowo?
Grażyna spojrzała na niego z taką obojętnością, że w promieniu metra zamarzła woda w szklance Michała. – Panie Waldemarze – powiedziała. – Pana rezerwacja… przeterminowała się o sto pięćdziesiąt lat.
– E tam, szczegóły! – Waldemar machnął ręką. – Widzę, że hotel po remoncie! Taki styl… industrialny? Ruina-chic? – popukał w pękniętą kolumnę, z której wyciekała czarna maź. – O, nawet efekty specjalne macie! To pewnie do skeczu o teściowej, co? Że taka toksyczna! Hahaha!
Michał poczuł, jak Kierownik materializuje się tuż za jego plecami. – Panie Michale – szepnął Kierownik. – Proszę go obsłużyć. To klient VIP. Jego żarty są tak czerstwe, że mają wysoką gęstość materii. Mogą nam posłużyć do uszczelnienia wyrwy w czasoprzestrzeni na czwartym piętrze.
– Ale on chce występować…
– To niech występuje! Publiczność mamy. Symulakra na trzecim piętrze i tak nie mają mózgów, więc to idealny target dla kabaretu z lat 90.
Michał westchnął i zwrócił się do gościa. – Panie Waldemarze, oczywiście. Pana apartament jest gotowy. Czy potrzebuje pan pomocy z… rekwizytami?
– Oczywiście, młody człowieku! Uważaj tylko na gumowego kurczaka, to pamiątka rodowa!
Scena w Windzie: Kabaret w Czasach Zarazy
Wsiedli do windy. W środku był już doktor Voss, który mamrotał do swojego notatnika coś o „złamaniu symetrii czasu” i „kolapsie funkcji falowej”.
– O, kolega też artysta? – zagadnął Waldemar, wciskając się w kąt z wielką walizką. – Widzę, że monolog przygotowujesz. „Być albo nie być”, co? Klasyka. Ja tam wolę skecz „Chłop w urzędzie”. Znasz to? Wchodzi chłop do urzędu, a tam baba je kanapkę! Hahaha!
Voss powoli podniósł wzrok. Jego oczy były puste, widziały rzeczy, których ludzki umysł nie powinien przetwarzać. – Czas nie jest linią – powiedział cicho. – Czas jest pętlą, która zaciska się na naszej szyi. Każda chwila jest powtarzalnym aktem agonii.
Waldemar klepnął go w ramię. – Ty, dobre! Mocne! Taki czarny humor, co? Lubię to! „Pętla na szyi” – to o kredycie we frankach, co? Zgadłem?
Winda zgrzytnęła. Światełka na panelu sterowania zaczęły mrugać, układając się w napis „POMOCY”. Zatrzymali się na Piętrze 1. Drzwi otworzyły się.
Piętro 1 wyglądało dokładnie tak, jak Waldemar je pamiętał. Rok 1996. Muzyka, światła, recepcjonistka w beżowym uniformie. – O! Moje klimaty! – ucieszył się Waldemar. – Tu wysiadam! Młody, bierz walizki!
Michał spojrzał na Vossa. Fizyk patrzył na korytarz z 1996 roku z przerażeniem. Dla Vossa to była tylko „rekonstrukcja pamięci materii”, iluzja stworzona przez generator. Dla Waldemara – to był dom.
Wyszli na korytarz. Na środku lobby z 1996 roku stała scena. Mikrofon sprzęgał. W powietrzu unosił się zapach tanich papierosów i lakieru do włosów.
– Panie Waldemarze – szepnął Michał. – Muszę pana ostrzec. Publiczność może być nieco… martwa.
– E tam, nie takich się rozruszało! W '94 w Ciechocinku grałem dla sanatorium kardiologicznego. Połowa zeszła w trakcie bisów, a i tak klaskali!
Waldemar wbiegł na scenę. Reflektor zapalił się, oświetlając go trupim światłem. Na widowni siedziały postacie. Były to „Echa” – ludzie, którzy utknęli w pętli. Niektórzy byli półprzezroczyści. Inni, jak goście z Piętra 3, byli Symulakrami, które tylko udawały, że piją kawę.
– Dobry wieczór Gravemont! – ryknął Waldemar. – Jak się bawicie?!
Cisza. Tylko jeden Symulakr w trzecim rzędzie zaczął klaskać, ale jego dłonie przenikały przez siebie, nie wydając dźwięku.
– Słabo! – ocenił Waldemar. – No to na rozgrzewkę! Przychodzi baba do lekarza, a lekarz też baba! Hahaha!
Nagle stało się coś dziwnego. Rzeczywistość zadrżała. Żart był tak płaski, że naruszył lokalne pole grawitacyjne.
Doktor Voss, który stał przy drzwiach windy, spojrzał na swój licznik. Wskazówka oszalała. – Niewiarygodne… – szepnął. – Jego poziom żenady generuje pole anty-entropijne. On… on stabilizuje pętlę swoją ignorancją!
– Co pan mówi? – zapytał Michał.
– Słuchaj! – Voss wskazał na scenę.
Waldemar zakładał właśnie perukę i udawał pijanego szwagra. – „Zdzisiu, polej, bo sucho!” – krzyczał do pustego krzesła.
W rogu sali zmaterializował się Cień – demoniczna anomalia z Piętra 5. Byt, który normalnie pożerał światło i wywoływał lęk pierwotny. Cień zbliżył się do sceny. Wyglądał na zdezorientowanego. Cień wyciągnął mackę w stronę Waldemara, gotów do ataku.
– A ty co, kolego? – Waldemar zauważył demona. – Nie umyłeś się? Czy to przebranie kominiarza? Hahaha! Chodź na scenę, zrobimy skecz „Kominiarz i Bladziowa”!
Cień cofnął się. Nie był przygotowany na taką dawkę absurdu. Algorytm ewolucji bytu nie przewidywał interakcji z polskim kabaretem.
– Patrz – Voss był w szoku. – Demon ulega dekoherencji. Nie może wchłonąć umysłu, który jest tak… prosty. To jest genialne. Michał! Musimy dać mu kontrakt na stałe!
– Panie Waldemarze! – krzyknął Michał. – Bis! Prosimy o bis!
Waldemar ukłonił się. – Dla takiej publiczności wszystko! A teraz piosenka finałowa: „Majteczki w kropeczki”!
Gdy Waldemar zaczął śpiewać, Cień rozpłynął się w powietrzu z cichym jękiem zażenowania. Symulakra na widowni zaczęły rytmicznie uderzać głowami w stoliki.
Michał oparł się o ścianę. – Uratował nas – powiedział z niedowierzaniem. – Facet w limonkowym garniturze uratował nas przed anihilacją.
Voss notował coś gorączkowo w swoim dzienniku. „Odkrycie nr 42: Pola temporalne są podatne na fale akustyczne o częstotliwości 'Disco Polo'. Możliwe zastosowanie w systemach obronnych.”
Epilog w Lobby (Godzina 23:47)
Wrócili do recepcji. Waldemar był spocony, ale szczęśliwy. – Dobra robota, młody! – klepnął Michała w plecy, prawie wybijając mu kręgosłup. – Ale publiczność trochę drętwa. Następnym razem więcej światła! I załatwcie mi tego czarnego z mackami do duetu, ma potencjał komediowy.
Kierownik wyszedł z biura, zacierając ręce. – Panie Waldemarze! Fenomenalny występ! Mamy dla Pana propozycję nie do odrzucenia.
– Jakaś trasa?
– Rezydencja! – Kierownik uśmiechnął się szeroko. – Będzie Pan naszą stałą atrakcją. Codziennie. Wieczność. W zamian oferujemy wyżywienie i… nieśmiertelność.
– Nieśmiertelność? Brzmi nieźle! A ZUS opłacacie?
– W naszym wymiarze ZUS nie istnieje. To raj, panie Waldemarze. Raj.
Waldemar podpisał aneks do umowy na plecach Michała. – No to gra muzyka! A teraz idę do barów. Macie tu jakieś darmowe drinki dla gwiazd?
– Oczywiście – powiedziała Grażyna, podając mu szklankę z wodą, w której pływała kostka lodu z 2021 roku. – To jest „Drink Schrödingera”. Może zawierać alkohol, a może nie. Zależy, jak bardzo Pan wierzy.
Waldemar wypił duszkiem. – Dobre! Kopie! No, to do jutra!
Odszedł w stronę schodów, nucąc pod nosem. Michał patrzył za nim. – On nie wie, prawda? Że jutro znowu będzie dzisiaj? – zapytał.
– Nie wie – odparła Grażyna, wracając do krzyżówki. – I dzięki temu jest najszczęśliwszym człowiekiem w tym budynku. Zazdroszczę mu.
Zegar wybił 23:47. Światło mrugnęło. Ale tym razem, gdzieś w oddali, zamiast szumu statycznego, słychać było ciche, zapętlone: „Jesteś szalona, mówię ci…”
– Nienawidzę tej roboty – westchnął Michał i poszedł po mopa.