- Opowiadanie: dawidiq150 - Kosmiczna przygoda

Kosmiczna przygoda

Napisanie tego tekstu było próbą stworzenia rasowego science-fiction. Próbowałem trochę naśladować Lema. :)

W czasie pisania pojąłem jednak, że mam słabą wiedzę na temat maszyn, fizyki, biologii itp. Zapraszam do czytania :)))

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Kosmiczna przygoda

– Hej! Kris! Natrafiłem na gniazdo! – powiedział do mikrofonu niewolnik, który na monitorze ujrzał kilkanaście czerwonych, wijących się linii.

– Przyjąłem – odparł jego kolega – Wysyłam cystę.

 

Pierwszy z niewolników obsługiwał maszynę, która przy pomocy długiego wiertła wwiercała się w porowatą skałę, poszukując żyjących wewnątrz glist, ponieważ gdzie były te glisty, tam był bardzo cenny gaz „MXC35” (zwany gazem perfumowym z uwagi na jego bardzo przyjemny zapach). Robaki potrzebowały tego gazu do życia.

Wiertło, na diamentowym końcu miało miniaturową kamerkę z czujnikiem wykrywającym ciepło, która przekazywała obraz do maszyny.

Po zlokalizowaniu gniazda, co nie zdarzało się często, do kopalni wysyłano cystę. Zaawansowane technologicznie urządzenie, które wciągało MCX35 niczym odkurzacz i magazynowało go, by potem bezpiecznie przetransportować.

Niewolnik obsługujący maszynę z wiertłem, włączył wsteczny bieg i wycofał się, robiąc miejsce dla cysty. Bardzo się cieszył, miał bowiem teraz wolne do końca dniówki. Wyciągnął pudełko, w którym były nadziewane dżemem rogale, przysmaki upieczone przez jego babcię. Jedząc, zaczął czytać najnowsze wiadomości na komputerze, znajdującym się w kokpicie.

Tytuł artykułu głosił: „Dzisiaj budowa Wieży Transetacyjnej została ukończona”.

 

&&&

 

Jerald, szef największego w historii projektu naukowego o nazwie „Pierwsza podróż” był tak podekscytowany, że w nocy nie zmrużył oka. Gdy tylko zaczęło świtać, zszedł z łóżka i nie jedząc nawet śniadania wsiadł do niewielkiego stateczku używanego głównie do prac przy Wieży Transetacyjnej i chwyciwszy dżojstik kierujący, zaczął okrążać olbrzymią budowlę. Cieszył się przy tym jak dziecko.

„Ci architekci, którzy zaprojektowali wygląd Wieży, są doprawdy geniuszami” – myślał. Była bowiem piękna. Srebrzystoczarna z zielonym zwieńczeniem u samej góry. Miała kształt magicznej, sękatej laski druida, z klasycznych opowieści fantastycznych, czytanych dzieciom na Panexie.

 

&&&

 

Planetę Panex zasiedlały dwie rasy rozumnych istot. Panexanie, których było około szesnaście miliardów i Mortowie, ludność zniewolona w liczbie nieco przekraczającej dwa miliardy.

Rasy te znacznie się od siebie różniły. Mortowie byli wyżsi i potężniej zbudowani, lecz posiadali dużo mniejszą inteligencję. Ich skóra była zielona. Mieli długi, cienki ogon. Samice posiadały dwoje, a samce czworo oczu umieszczonych na kilkunastocentymetrowych mięśniach w taki sposób, że mogły poruszać się jak kończyny. Dodatkowa para oczu samców miała zdolność dobrego widzenia w ciemności. Bardzo dawno temu, kiedy Mortowie żyli jeszcze na wolności, widzenie po zmroku pomagało im w polowaniach. Ich dwoje rąk, wyposażonych było w dłonie o siedmiu chwytnych palcach każda.

Panexan natomiast charakteryzowała niebieska, pomarszczona, zrogowaciała, twarda skóra i wątła sylwetka. Ich czaszka była znacznie większa niż Mortów i mieściła większy mózg. Posiadali oni skrzydła, jednak nie za bardzo rozwinięte. Mogli przelecieć najwyżej pół kilometra bez odpoczynku.

Planetę Panex otaczały w odległości około pięciu tysięcy kilometrów magnetyczne pierścienie. I mimo, że technologia była na tyle rozwinięta, by polecieć w kosmos, nie potrafili od dawna pokonać tej przeszkody. Dopiero teraz miało się to zmienić.

 

&&&

 

– Panowie – powiedział Jerald, który oprócz tego, że był szefem projektu był też najbardziej cenionym naukowcem – Wieża Transetacyjna jest ukończona. Musimy rozstrzygnąć kwestię kto pierwszy poleci poza magnetyczne pierścienie. Jakie macie propozycje?

Jeden z mężczyzn podniósł rękę i Jerald udzielił mu głosu:

– Trudno oszacować prawdopodobieństwo sukcesu. Proponowałbym bezpieczny lot bezzałogowy.

– Na pewno ktoś zgłosi się na ochotnika. – odezwał się inny naukowiec.

– Jestem za! Trzeba mieć na uwadze, że każdy lot zużywa ogromne zasoby gazu MXC35, a nie mamy go nieograniczoną ilość – dodał jeszcze inny i naukowcy zaczęli się kłócić.

Ktoś powiedział głośno:

– Ja bym proponował wysłać zwierzę!

Jerald słysząc tę ostatnią propozycję, powiedział głośno:

– Cisza! – i wskazał palcem na mężczyznę, który zaproponował wysłanie zwierzęcia. – To jest pomysł. Jakie zwierzę?

– Myślałem o Gargaczu Skalnym. Z uwagi na jego wytrzymały organizm.

Gargacze Skalne były drapieżnymi zwierzętami żyjącymi na wielkiej Skalnej Pustyni. Potrafiły długo wytrzymać bez pobierania pokarmu. Również wytrzymywały termalne burze, kiedy temperatura bardzo spadała albo rosła.

– Trzeba by najpierw go złapać. – powiedział Jerald.

– Nie – odparł naukowiec, który podsunął pomysł – cztery lata temu przeprowadzaliśmy eksperymenty dotyczące transferu umysłu. Umieszczaliśmy świadomość morderców skazanych na śmierć w mózgach zwierząt. Okazało się to sukcesem w przypadku właśnie Gargacza Skalnego. On nadal żyje i ma się dobrze.

– W takim razie poddajmy ten pomysł głosowaniu.

Zrobiono głosowanie i pomysł przeszedł.

 

&&&

 

Gdy wszyscy się rozchodzili, Jerald podszedł do naukowca, który zaproponował wysłać w kosmos zwierzę, poklepał go po ramieniu i powiedział:

– Chciałbym zobaczyć tego Gargacza, gdzie go trzymacie?

– Szefie – odparł naukowiec – już dawno skończyliśmy na nim badania. Trzymamy go w klatce w uniwersyteckiej stołówce. Jest naszą maskotką.

– Jeden z morderców?

– No… tak.. wszyscy już się do niego przyzwyczaili.

– I jak on funkcjonuje? Rzeczywiście transfer umysłu się powiódł?

– W stu procentach! Zrobiliśmy wiele eksperymentów. Jego świadomość nie poniosła najmniejszego uszczerbku.

– Dobrze, to udajmy się tam.

Wyszli na płaski dach budynku, gdzie stało pięć identycznych w budowie latających wehikułów. Maszyny te używane były przez zamożnych obywateli do komunikacji.

Kilkanaście minut później, gdy dotarli na miejsce, wysiedli i ruszyli w stronę parterowego budynku umieszczonego między kilkoma czteropiętrowymi. W tych wyższych mieściły się odrębne naukowe działy. W parterowym natomiast była stołówka dla studentów i nauczycieli.

Będąc w środku, przeszli krótkim korytarzem, aż trafili do bardzo obszernego pomieszczenia ze stołami i krzesłami. Był tu też rząd okienek, gdzie wydawano posiłki. O tej porze wszystko świeciło pustkami.

W rogu znajdowała się pokaźnej wielkości klatka zbudowana z solidnych metalowych prętów.

– Jesteśmy na miejscu – powiedział naukowiec.

Podeszli blisko i Jerald ujrzał w klatce zamkniętą teraz drewnianą chatkę. Obok niej był stół i krzesło. Na ścianie klatki wisiał duży telewizor.

W zasięgu rąk naukowców, przytwierdzony był niewielki przyrząd z czerwonym przyciskiem. Naukowiec, który przyprowadził tu Jeralda wcisnął go i rozległ się głośny dzwonek.

Czekali chwilę i nagle drzwi chatki otwarły się i na zewnątrz wyszedł Gargacz Skalny.

Jerald poczuł fascynację. Było to dwuipółmetrowe zwierzę o szarej sierści służącej do kamuflażu w naturalnym środowisku. Jego łapy zakończone były długimi zakrzywionymi pazurami. Głowa miała dziwny jajowaty kształt z wydłużonym czołem, na którym znajdowało się oko, znacznie większe, niż dwoje oczu umieszczonych po bokach solidnego nosa. Zwierzę chodziło na dwóch nogach jak Panexanie i Mortowie. Zdziwiło to Jeralda.

– Myślałem, że ten gatunek porusza się na czworakach – powiedział.

– Bo tak jest, ale jednym z warunków jakie postawił ten przestępca w zamian za wykorzystanie go do eksperymentu, było wszczepienie sztucznego kręgosłupa i stawów umożliwiających właśnie takie poruszanie się.

– Rozumiem – odparł Jerald.

Zwierzę zainteresowało się wizytą osoby, którą widziała tutaj pierwszy raz. Podeszło, usiadło na krześle i zaczęło przyglądać się naukowcom.

– Mój zboczony kolego – powiedział Jerald, który był w dobrym humorze – lecisz w kosmos!

Następnie zwrócił się do swojego towarzysza:

– Musimy przedyskutować szczegóły. Przygotujcie żywność, która starczy na co najmniej kilkanaście dni. Pojutrze, o dziesiątej rano poddacie Gargacza narkozie i wtedy zostanie umieszczony w statku. Wszyscy już niecierpliwie czekają, by sprawdzić nasz wielki projekt i jak da Bóg, zacząć odkrywać kosmos.

 

&&&

 

W dniu, kiedy statek nazwany „Panex01” z Gargaczem na pokładzie miał przelecieć poza magnetyczną przeszkodę otaczającą planetę, ogłoszono dzień wolny od pracy. Panexanie w swoich domach z niecierpliwością wpatrywali się w telewizory mające za chwilę przekazać transmisję startu. To samo robili Mortowie, gdyż mimo, że mieszkali w dużo gorszych warunkach mieli dostęp do telewizorów.

Na otwartej przestrzeni wokoło Wieży Transetacyjnej zgromadziło się mnóstwo osób. Wszyscy oczekiwali na to co się wydarzy. Szczególnie podnieceni byli naukowcy, którzy zdawali sobie doskonale sprawę ile możliwości może się pojawić, gdyby projekt wypalił.

Wreszcie z najbliższego budynku wyłoniło się dwoje Panexan. Na wózku służącym do wywozu śmieci, wieźli uśpionego Gargacza. Podprowadzili wózek pod platformę, gdzie znajdował się statek „Panex01”. Następnie wsadzili zwierzę do środka.

Statek mierzył sobie około siedemnastu metrów długości. Jego średnica natomiast wynosiła dziewięć, a jedną piąta maszyny zajmował silnik.

Gdy Gargacz był już w środku zatrzaśnięto klapę. Potem nałożono jeszcze dodatkową osłonę. Wreszcie platforma zaczęła wznosić się w górę, by następnie przy pomocy dźwigu umieścić statek na samym czubku Wieży.

Włączono zasilanie olbrzymiego urządzenia, wieża zaczęła powoli kręcić się wokół własnej osi. Chwilę później, na różnych wysokościach z rur zaczęła wydobywać się para. Powstawała ona z wody ochładzającej rozgrzewające się silniki i ogniwa.

Wieża kręciła się coraz szybciej, a wydobywającej się pary wodnej było teraz dużo więcej. Można było już zauważyć, jak akumulatory naokoło statku z Gargaczem ładują się. Najpierw zrobiły się pomarańczowe, potem żółte i ostatecznie oślepiająco białe. Trwało to dokładnie dwanaście minut i sześć sekund.

W końcu akumulatory, które były jednorazowego użytku, eksplodowały, wystrzeliwując białe promienie, tworzące jakby tunel, w środku którego miał lecieć statek. Tak naprawdę promienie składały się z milionów malutkich magnesów.

Kilka sekund później wystartował statek otoczony przez magnesy. Wyglądał jak olbrzymi pocisk.

Jerald pierwszy pojął, że wszystko poszło dobrze.

– Udało się!!! – krzyknął uradowany.

Wszyscy zaczęli cieszyć się i wiwatować. Był to jednak dopiero pierwszy etap eksperymentu. Za około czterdzieści minut miało okazać się czy statek pokona magnetyczną powłokę.

Panexanie porozchodzili się do swoich mieszkań. Telewizja, dzięki latającym dronom wyposażonym w kamery, pokazywała co będzie działo się dalej.

Widać było jak statek otoczony białym światłem mknie w stronę przeszkody. Spiker komentował:

– Jeszcze sześć minut i dwanaście sekund i dowiemy się czy odbijemy się od magnetycznej powłoki, jak to zawsze się działo… dwie minuty… trzydzieści sekund… siedem, sześć, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden…

Widać było wyraźnie, że statek nie odbił się tylko wszedł w powłokę. Po kilku sekundach magnesy eksplodowały, uszkadzając przyrządy radiowe. Jednak sam statek brnął dalej w nieznane.

Minęło kilka chwil i podniecony spiker znowu komentował:

– Mamy wspaniałą informację. W powłoce został zrobiony wyłom. Zaraz to państwu pokażemy.

I na ekranie, w żółtym kolorze wyświetlono magnetyczną barierę, a w białym niewielką dziurę wewnątrz niej.

– Tak, niewątpliwie udało się! To przełomowa chwila. Od teraz możemy badać kosmos!

Jeszcze tego dnia, fabryki rozpoczęły dawno zaplanowaną budowę większych statków, zdolnych pomieścić kilkanaście osób.

A „Panex01” może nie został zapomniany, ale nie interesowano się już nim z prostego powodu. Odbiorniki radiowe zostały zniszczone podczas eksperymentu. Leciał sobie teraz w nieznane.

 

&&&

 

Narkoza mordercy przestała działać. Uwięziony w ciele zwierzęcia rozglądnął się. Był świadomy, że wysłano go w kosmos, lecz nie znał szczegółów przedsięwzięcia. Nie miał kompletnie pojęcia czego ma teraz oczekiwać. W statku nie było wiele miejsca. Na drugim jego końcu znajdowała się żywność, zamknięta w przeźroczystych torbach, które wystarczyło rozerwać pazurem. Były też zbiorniki z wodą, posiadające kranik.

Czas mijał. Morderca tracił rachubę. Mógł jedynie szacować, ile dni upłynęło dzięki łaknieniu. Robił się głodny po około ośmiu godzinach, wtedy jadł. Posilał się szesnaście razy, wiedział to, bo za każdym razem robił pazurem rysę na ścianie. Zrobił obliczenia i wyszło mu, że minęło około pięć dób.

Niestety żywność się skończyła. Wtedy całkiem stracił rachubę. Wiedział, że może wytrzymać bez jedzenia i picia nawet przez pięć, sześć miesięcy.

Głód już zaczął mu doskwierać, dodatkowo był też lęk przed śmiercią. Podejrzewał, że dryfuje w kosmosie. Śmierć głodowa nie była ciekawą perspektywą.

Minęły trzy miesiące, czas okropnego łaknienia i bolesnej pewności, że umrze. Nie spodziewał się, że miał wielkie szczęście, gdyż leciał w stronę planety, na której było życie.

Spał, gdy statek zaczął wchodzić w atmosferę ziemską. Obudziło go gorąco, po kilku minutach nastąpiło nagłe zderzenie, uderzył się w głowę i stracił przytomność.

Gdy się ocknął była noc. Na niebie świeciły gwiazdy i niewielki księżyc. Mimo, że był dość obolały, poczuł fascynację. Wstał i rozglądnął się wokoło. Zauważył, że osłona statku prawie całkiem się stopiła. Znajdował się na jakimś gruzowisku. Leżały tu wielkie twarde płyty i rury. Statek po zderzeniu z nimi, rozłupał się na kilka części.

Tak jak stał, po jednej stronie, były w oddali jakieś światła, a po drugiej ciemność. Zaczął biec w ciemność. Dopiero po chwili zrozumiał, że przecież nikt go nie będzie ani szukał, ani gonił.

Opuściwszy gruzowisko, szedł dalej. Podekscytowany, kucnął by przyglądnąć się trawie po której stąpał.

Pół kilometra dalej rósł las. Wszedł w niego i zaczął szukać czegoś co mógłby zjeść, choć zdawał sobie sprawę, że tutejsza żywność może być dla niego trująca. Znalazł trochę jagód. Miały one przyjemny słodko-kwaśny smak, lecz ich ilość była zbyt mała, by zaspokoić ogromny głód, który odczuwał. W międzyczasie zaczęło świtać.

Szedł przed siebie. W pewnym momencie natrafił na niewielkie zielone zwierzątko, którą ze smakiem zjadł. Było już całkiem widno, kiedy nagle usłyszał natarczywy, powtarzający się odgłos. Schował się w krzakach.

Odgłos wydawało zabawne, małe zwierze, poruszające się na czterech nogach.

„Fantastycznie. Wreszcie się najem” – pomyślał.

Już miał opuścić swoją kryjówkę, kiedy ujrzał idącą postać. Potrzeba mordu, którą miał zawsze, lecz dawno o niej zapomniał, nagle wróciła z ogromną siłą, zbyt dużą by się jej sprzeciwić. Choć nie chciał się jej sprzeciwiać, o tym nigdy nie było mowy.

Zrozumiał, że widzi tubylca tego nowego świata. Odczekał aż się zbliży i wtedy skoczył na niego z wysuniętymi pazurami…

 

&&&

 

– Musisz jechać z Maćkiem do szpitala – powiedziała kobieta do swojego męża, który właśnie wrócił z pracy.

– Co się stało?

– Na całym ciele pojawiła mu się jakaś wysypka i źle się czuje. Z pewnością ma też gorączkę. Położył się do łóżka. Bartek od Nowaków ma dokładnie to samo. Prosili byś też go wziął przy okazji.

Chwilę później w trójkę jechali do najbliższego szpitala.

– Jak się czujecie? – mężczyzna zapytał dzieciaków.

– Na początku tylko swędziała mnie skóra, teraz boli mnie klatka piersiowa i kręci mi się w głowie. – odparł Maciek.

– Ja mam tak samo – dodał Bartek.

– Jedliście coś poza domem?

– Nie! – razem odparli chłopcy.

Będąc już w szpitalu, nagle Maciek i Bartek zaczęli trząść się na całym ciele. Interwencja była szybka i po chwili lekarz badał ich w pokoju zabiegowym.

– W życiu z czyś takim się nie spotkałem – nie dowierzając powiedział lekarz do ojca Maćka. – byliście na jakiejś wycieczce? Gdzie mogli to złapać?

– Ponad miesiąc temu byliśmy nad Bałtykiem. Natomiast oni i wiele dzieciaków z osiedla chodzą codziennie bawić się na porzuconym placu budowy.

Chłopcy przysłuchiwali się rozmowie dorosłych i w pewnym momencie Maciek powiedział:

– Krystian Krzacki z bloku 152 żartował, że w nocy rozbiło się tam UFO.

Słysząc to lekarz i ojciec Maćka otwarli bezwiednie usta i popatrzyli na siebie zszokowani.

– O mój Boże! – powiedział lekarz.

 

&&&

 

Tylko kwestią czasu było jak na miejsce, gdzie rozbił się pozaziemski statek, przybyli dziennikarze i naukowcy, a także zwykli ciekawscy. Bardzo szybko rozgoniono towarzystwo, zabezpieczono teren i rozpoczęto badania.

Naukowcy założyli zabezpieczające kombinezony i maski tlenowe. Nie ulegało bowiem wątpliwości, że miejsce jest źródłem nowej, bardzo niebezpiecznej choroby. Wieczorem, w dniu kiedy odkryto kraksę, chorych było już dziesiątki ludzi i zwierząt. Zdarzyły się też już pierwsze zgony.

Całe miasto objęto kwarantanną. Nie powstrzymało to jednak epidemii. Choroba zaczęła się błyskawicznie rozprzestrzeniać, po tygodniu chorych było już setki tysięcy. Ludzie zaczęli padać jak muchy, ale nie wszyscy w takim samym czasie od zakażenia. Szybko udało się naukowcom wyodrębnić dziwny wirus. I biolodzy na całym globie rozpoczęli walkę o ludzkie życia. Bardzo rzadko zdarzało się, że ktoś był odporny na zachorowanie. Odkryto też, że jedzenie dużych ilości czekolady spowalnia degradację organizmu przez wirus. Kakao okazało się tutaj zbawienne. Gdy ta wiadomość się rozeszła ludzie rzucili się do sklepów i w jeden dzień wykupili wszystkie słodycze zawierające kakao.

Fabryki na całym świecie rozpoczęły zmasowaną produkcję gorzkiej czekolady.

W tym samym czasie, polscy naukowcy badali szczątki rozbitego statku. Niezwykle fascynujące raporty były rozsyłane na cały glob.

Fragment Raportu Michała Kurowskiego z dnia 14 czerwca 2026 roku:

„..nie ulega wątpliwości, że badane szczątki pochodzą z pozaziemskiego statku. Powłoka otaczająca rozbite części obiektu jest zrobiona z niewystępujących na Ziemi pierwiastków. Jest niezwykle twarda jednak łatwo topi się pod wpływem wysokiej temperatury. Wnętrze statku zrobione jest ze stopu tytanu, małej ilości żelaza i kilku innych nieznanych pierwiastków, jest świetnym izolatorem cieplnym…

…spróbuję na komputerze zrobić wizualizację wyglądu statku. Podejrzewam, że miał on około piętnastu metrów długości i był w kształcie walca o podstawie ze średnicą sześciu metrów. W środku było dość wolnego miejsca i jestem przekonany, że posiadał on załogę, jedną lub dwie osoby. Znaczy to nic innego jak to, że obce formy życia wydostały się i hasają na wolności…

…silnik maszyny został zgnieciony ale istnieje szansa na skopiowanie jego budowy. Zagadką zostaje użyte paliwo…

…wszystko tu bardzo ładnie pachnie…

Fragment Raportu Roberta Zaleskiego z dnia 14 czerwca 2026 roku.

„…w środku rozbitego statku znalazłem fragmenty organiczne: wodę, oraz ekskrementy. Świadczy to o tym, że wehikuł miał pasażera albo nawet pasażerów. Znalazłem też dziwny śluz, który mógł pełnić rolę krwi, a także kępkę włosów. Obcy organizm musiał zranić się podczas kraksy. Są też worki pochodne plastikowi, w którym najprawdopodobniej była żywność. Jest zgnieciona butla służąca jako magazyn wody…”

 

&&&

 

Rozpoczęto poszukiwania pasażerów rozbitego statku. Sprawa miała najwyższy – po przeciwdziałaniu epidemii priorytet, dlatego zaangażowano w to mnóstwo osób. Trzeciego dnia znaleziono zwłoki podstarzałej kobiety i jej psa. Morderstwo było absurdalnie brutalne. Na pierwszy rzut oka wyglądało jakby padli ofiarą niedźwiedzia. Jednak autopsja wykazała, że prawie na pewno morderca nie może pochodzić z ziemi. Ewentualną opcją byłoby tylko morderstwo rytualne dokonane przez kilka osób.

– Okazuje się, że przybysze z kosmosu prawdopodobnie nie są nastawieni do nas przyjaźnie – ogłosił prezydent podczas wystąpienia.

Minęło kolejne kilka dni i epidemia rozpowszechniła się już na kraje sąsiadujące z Polską zbierając obfite żniwo. Natomiast poszukiwania morderców jak na razie były bezowocne.

 

&&&

 

Tymczasem na Panexie.

 

Żeby wysyłać większe statki należało przebudować Wieżę Transcetacyjną. Zabrano się do tego niezwłocznie. Tak samo od razu zaczęto konstruowanie według już dawno stworzonych planów wieloosobowe statki.

Pierwsza czynność została ukończona po niecałych dwóch miesiącach. Natomiast sześcioosobowy statek gotowy był półtora tygodnia później.

Potrzeba było teraz ustalić pewne sprawy. Dlatego Jerald zwołał zebranie.

– Tak jak poprzednio, musimy wybrać kto poleci w kosmiczną podróż. Ja na pewno polecę, zostaje więc jeszcze pięć miejsc. Proszę o podniesienie ręki kto jest ochotnikiem. – powiedział najbardziej szanowany naukowiec.

Z pięćdziesięciu czterech osób rękę podniosło czterdziestu dziewięciu.

– Tak jak myślałem – powiedział Jerald – trzeba będzie zrobić losowanie.

Potem kiwną głową, na znak, że ta sprawa jest ustalona. I mówił dalej:

– Zastanawiam się, w którą stronę polecimy. Statek musi wystartować dokładnie kursem na wyłom w magnetycznym pierścieniu. Powiększy go i już więcej nie będzie problemu, który istniał przez niemal trzysta lat. Gdy znajdziemy się dalej już tylko od nas zależy, w którą stronę się skierujemy. Słucham waszych propozycji.

Tym naukowcom, którzy mieli coś do powiedzenia Jerald po kolei udzielał głosu. Jedna wypowiedź okazała się dosyć ciekawa:

– Proponuję – zaczął nieco starszy mężczyzna – lecieć w tym samym kierunku co „Panex01”. Możemy podążać dokładnie jego kierunkiem, gdyż spalony gaz MCX35 zostawia po sobie ślad. Wystarczyłoby tylko zamontować specjalne urządzenie. Odnalezienie statku z Gargaczem dałoby nam trochę ważnych informacji z różnych dziedzin.

Wszyscy zgodzili się na tą opcje. Było jeszcze kilka mniej ważnych spraw do przedyskutowania, potem zamknięto zebranie.

 

&&&

 

Nie minęło wiele czasu do startu statku, który nazwano „Drugi”. Wszyscy starali się jak najszybciej wykonać swoją robotę. Cały kosmos przecież czekał na zbadanie.

I udało się. Setki tysięcy małych magnesów otaczających „Drugiego” znowu dobrze wykonało swoją robotę. Zrobiono teraz dużo większy wyłom w magnetycznym pierścieniu. Eksplozja nie uszkodziła radia, gdyż zamontowano na nie schowek. Urządzenie ukryto bezpiecznie, a potem z powrotem wysunięto.

Statek leciał za pozostawionym śladem swojego poprzednika. Jego silnik był większy i dużo bardziej wydajny, dlatego poruszali się niemal czterokrotnie szybciej.

Jakaż wielka była radość pasażerów, gdy ujrzeli przed sobą błękitną planetę, na której musiało być życie. Przekazali tę informację do bazy. Wszyscy od dłuższego czasu byli w doskonałych humorach, bo w czasie lotu „Drugiego” w kosmos wyleciały już trzy kolejne statki.

Do samego końca trzymali się resztek zostawionego gazu MCX35 i wylądowali w pobliżu miejsca, gdzie robił się „Panex01”.

 

&&&

 

– Skład powietrza jest podobny do naszego – powiedział naukowiec o imieniu Frael odczytując dane z ekranu komputera – Możemy bezpiecznie opuścić statek.

Szóstka podekscytowanych do granic możliwości naukowców wyszła na zewnątrz. Był dzień. Rozglądnęli się dookoła. Bardzo blisko znajdowało się coś co ich ogromnie zainteresowało.

– Patrzcie – powiedział Badles celując palcem – przyrządy pokazały, że dokładnie tam rozbił się „Panex01”

Ludzie zrobili tutaj porządek. Usunęli betonowe płyty i rury. Przywieźli masę różnego sprzętu. Kawałek dalej stały ciężarówki i samochody osobowe.

– Dlaczego nikogo tu nie ma? – rzucił Jerald.

Podeszli bliżej i każdy zaczął interesować się czymś innym.

– Wszystko wydaje się opuszczone. – dalej dziwił się najbardziej ceniony naukowiec.

Jeden z szóstki przybyłych na Ziemię o imieniu Zarrel, miał za zadanie sterowanie dronami, nagrywającymi wszystko. Po opuszczeniu statku wysłał cztery, które poleciały w różne strony. Przyrządy nagrywały, ale także przekazywały na bieżąco obraz do podręcznego komputerka, jaki naukowiec miał przypięty do pasa.

Co chwilę patrzył na ekran komputerka. Teraz krzyknął na towarzyszy:

– Popatrzcie!

Wszyscy prędko do niego podeszli, a on pokazał im obraz z drona. Ujrzeli miasto. Budynki mieszkalne, ulice, samochody, kioski, znaki drogowe, latarnie… lecz nie było tu ani jednej żywej osoby.

Frael powiedział:

– Co tu się do diabła stało? Wszystko jest porzucone.

– Dowiemy się tego – powiedział Jerald – Fraelu wróć do statku i przekaż wiadomość do Panexa, że wylądowaliśmy na przyjaznej planecie i możemy bez problemu wybudować bazę. Niech przysyłają inżynierów, biologów, chemików nawet lingwistów, bo chyba są tu inteligentne formy życia, potrzeba także komponentów do budowy bazy, surowców i żywności.

 

&&&

 

Morderca z daleka obserwował jak zajęto się badaniem wraku jego statku. Był bardzo podekscytowany widząc pracujących ludzi. Jednak minęło kilka dni i wszystko zostało porzucone. Nie wiedział dlaczego. W końcu odważył się podejść bliżej. Było tu mnóstwo sprzętów, których przeznaczenia się nawet nie domyślał.

Jednak chciał więcej. Ruszył tam gdzie w nocy świeciły się światła. Gdy zaszedł w pożądane miejsce ujrzał budynki, ulice i chodniki, a także wiele różnych rzeczy, których oglądanie go fascynowało. Wszystko jednak było porzucone.

Rozbił szybę w jednym budynku i wszedł do środka. Znalazł tam ku swojej olbrzymiej radości artykuły spożywcze. Było tego mnóstwo. Większość miała cudowny smak. Otwierał paczkę za paczką. Jadł kruche, słone płatki, jadł ciasta, jadł mięso, które wcześniej musiał otworzyć z celofanu i popijał je napojami z butelek. Raz miał problem z defekacją, po tym jak zjadł wędzoną rybę i popił białym płynem z butelki.

I tak egzystował chodząc po mieście, w ogóle się nie nudząc, gdyż cały czas spotykał nowe przedmioty i badał je.

Nocował blisko miejsca gdzie rozbił się jego statek. Znajdowała się tam łąka, na której ludzie rozbili namioty. W środku namiotu można było wygodnie przespać noc.

 

EPILOG

 

Pewnego dnia, gdy rano wyszedł z namiotu i ruszył w stronę miasta ujrzał na niebie lecący statek. Statek wylądował w pobliżu miejsca jego kraksy. Uważnie obserwował go z daleka. Minęło kilka minut i otworzyła się klapa, następnie wysunęły schodki. Potem na zewnątrz wyszło sześć osób. Rozpoznał jedną z nich. To był ten, który z niego drwił, który pierwszy oznajmił mu, że poleci w kosmos.

Cóż za ironia losu, że dostał szansę by się zemścić.

Naukowcy rozmawiali ze sobą przez chwilę, potem rozeszli się, każdy zaciekawiony czymś innym. Morderca okrążył plac by zajść wroga od tyłu. Gdy Jerald schylał się nad jakimś przedmiotem, ruszył biegiem i skoczył na niego przygwożdżając go do ziemi. Potem jedną łapą chwycił za włosy i pociągnął do góry, a pazurami drugiej rozdarł mu gardło tak, że z rany chlusnęła krew. Morderstwo było ciche i szybkie.

Przez chwilę zastanawiał się czy nie zaatakować pozostałych naukowców. Pokusa była ogromna, ale to umniejszyłoby jego zemstę. Dlatego prędko ruszył do opuszczonego miasta.

Wcześniej odkrył jeden sklep z torbami, walizkami i plecakami. Tam się skierował. Będąc w środku zaczął wybierać to co było najbardziej poręczne. Zdecydował się na duży plecak. Następnie poszedł do miejsca z żywnością. Wziął tyle ile tylko mógł, potem założył plecak i ruszył śladem za ludźmi.

Koniec

Komentarze

OK, jest historia zdobywania kosmosu. Jednak widać, że brakło Ci wiedzy w paru dziedzinach.

Pierwszy lot w kosmos i od razu dolecieli do Ziemi. W kilka miesięcy. Hmmm, tyle czasu chyba nie wystarczy, żeby dotrzeć na Marsa, a co dopiero do jakiegoś obcego układu słonecznego.

Po co wysyłali to zwierzę ze świadomością? I tak stracili kontakt ze statkiem, żadnych informacji z tego nie czerpali, w ogóle stracili kontakt. Wygląda to na niepotrzebne okrucieństwo. Potem polecieli jego śladem i nie spodziewali się żadnego zagrożenia? Chociaż wiedzieli, że mają przed sobą wkurzonego, inteligentnego, silnego przeciwnika? Powinni sobie wyliczyć, że przeżył podróż.

Masz byłozę.

Wiertło, na diamentowym końcu miało miniaturową kamerkę z czujnikiem wykrywającym ciepło, która przekazywała obraz do maszyny.

Czyli wierci się kamerą? A po co w ogóle kamerka, skoro chodzi o ciepło?

Niewolnik mieszkał razem z babcią? Godna szacunku troska o więzi społeczne wśród niewolników. No, ale jeśli to zniewolona inna rasa, to pewnie jest to możliwe.

Było to dwu i pół metrowe zwierzę

Dwuipółmetrowe łącznie.

ubrali maski tlenowe.

Masek się nie ubiera.

Babska logika rządzi!

Hej Finkla!!!

 

Z tą byłozą to jestem w szoku!!! Tyle razy sprawdzałem tekst. Nie wiem jak mogłem przeoczyć.

 

Pierwszy lot w kosmos i od razu dolecieli do Ziemi. W kilka miesięcy. Hmmm, tyle czasu chyba nie wystarczy, żeby dotrzeć na Marsa, a co dopiero do jakiegoś obcego układu słonecznego.

W moim zamyśle przez pierścienie magnetyczne planeta Panex była niewidoczna dla ludzi i znajdowała się wystarczająco blisko. Tylko mogłem to napisać.

 

Po co wysyłali to zwierzę ze świadomością?

Bazowałem na tym, że ludzie też w kosmos wysłali, chyba psa o ile pamiętam.

 

Dzięki za przeczytanie i komentarz!!!

Jestem niepełnosprawny...

Witaj, Dawidzie. ;)

Pomijając kwestie techniczne – zapis dialogów, ortografię, styl i interpunkcję (bo te są do generalnej poprawy i Finkla już o nich wspomniała) opowiadanie znowu zachwyca pomysłem. :)

Nieustannie gratuluję Ci wyobraźni oraz chęci do tworzenia nowych tekstów. ;)

Trzymam kciuki za dalszą twórczość, pozdrawiam serdecznie, klik. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka