- Opowiadanie: Paradoks - GRAVEMONT HOTTEL ROZDZIAŁ III: PROCEDURY REKLAMACYJNE I TAKTYCZNE ŚCIELENIE ŁÓŻEK

GRAVEMONT HOTTEL ROZDZIAŁ III: PROCEDURY REKLAMACYJNE I TAKTYCZNE ŚCIELENIE ŁÓŻEK

Oceny

GRAVEMONT HOTTEL ROZDZIAŁ III: PROCEDURY REKLAMACYJNE I TAKTYCZNE ŚCIELENIE ŁÓŻEK

Jeśli piekło istnieje, to Michał był pewien, że wygląda ono jak korytarz na trzecim piętrze hotelu Gravemont. Nie dlatego, że było tam gorąco czy śmierdziało siarką. Piekło polegało na tym, że dywan miał wzór w psychodeliczne romby, które – gdy się na nie zbyt długo patrzyło – zaczynały układać się w napis: „TWOJA UMOWA NIE PRZEWIDUJE PRZERWY NA LUNCH”.

Był trzeci dzień pracy (lub czwarty wiek, w zależności od tego, jak liczyć dylatację czasu). Michał właśnie próbował odetkać toaletę w pokoju 304. Toaleta nie była zatkana papierem. Była zatkana „nieliniowym przepływem informacji”. Kiedy spuszczało się wodę, ta wracała, niosąc ze sobą echa rozmów z 1998 roku.

– Panie Michale! – Głos Grażyny z walkie-talkie zabrzmiał jak trzask łamanego kręgosłupa. – Kod Brązowy w Lobby! Powtarzam: Kod Brązowy!

– Czy to znaczy, że szambo wybiło? – zapytał Michał z nadzieją. Sprzątanie szamba wydawało się sensowniejsze niż użeranie się z fizyką kwantową.

– Gorzej. Mamy Gościa Premium z roszczeniem. I wzywamy wsparcie taktyczne. Zgłoś się do Komendantki Kessler. Bez odbioru.

Michał westchnął, zostawił toaletę (która zabulgotała do niego na pożegnanie) i ruszył do windy.

Wejście Smoka (Właściwie: Wejście Kapitan Pokojówki)

W lobby panowała atmosfera, którą można by kroić nożem, gdyby nóż nie wyginał się od zakrzywienia czasoprzestrzeni. Na środku sali stała Kobieta. Nie była to zwykła kobieta. To była Pani Halina. Miała fryzurę na „chcę rozmawiać z kierownikiem”, torebkę z imitacji krokodyla i aurę, która sprawiała, że kwiatki w doniczkach więdły ze strachu.

Naprzeciwko niej stała Mara Kessler.

W oryginalnej dokumentacji Mara Kessler była oficerem dowodzącym operacją ratunkową, weteranem i ekspertem od taktyki. W Gravemont Hottel Mara Kessler była Szefową Ochrony Mienia i Czystości Powierzchni Płaskich.

Nosiła mundur, który był hybrydą stroju oddziałów specjalnych GROM i fartuszka francuskiej pokojówki. Na pasie taktycznym, zamiast granatów, miała zawieszone butelki z Domestosem, Cifem i wodą święconą. Na plecach nosiła odkurzacz przemysłowy marki „Turbo-Tornado 3000”, który wyglądał jak miotacz ognia.

– Proszę Pani! – krzyczała Halina, wymachując paragonem. – To jest skandal! W moim pokoju nie ma widoku na morze!

– Jesteśmy w Sudetach, proszę pani – odpowiedziała Kessler głosem twardym jak przeterminowany suchar wojskowy. – Najbliższe morze było tu w okresie Kredy. Jeśli poczeka Pani około 60 milionów lat, mogę zagwarantować widok na rafę koralową.

– Nie będę czekać! Mąż zapłacił za pakiet „All Inclusive”! A w ogóle to gdzie jest mój mąż?! Poszedł do łazienki godzinę temu i nie wrócił!

Kessler zmrużyła oczy. – Poszedł do łazienki na drugim czy czwartym piętrze?

– Na czwartym!

Kessler zaklęła siarczyście pod nosem. – Michał! – warknęła, dostrzegając nadbiegającego stażystę. – Mamy cywila w strefie zero. Kod: „Zagubiony w Czasoprzestrzeni”. Bierz mopa taktycznego. Idziemy na patrol.

– Ale… pani Halina… – zaczął Michał.

– Panią Haliną zajmie się Dział Obsługi Trudnego Klienta. Grażyna! Uruchom procedurę „Darmowa Kawa i Ciastko”!

Grażyna wcisnęła guzik pod ladą. Z sufitu zjechała klatka z pączkiem w środku. Pani Halina, zdezorientowana, zaczęła krzyczeć na pączka.

Patrol: Polowanie na Męża

Michał i Kessler ruszyli w stronę schodów (windy bały się Kessler i odmawiały otwierania drzwi w jej obecności).

– Słuchaj, młody – rzuciła Mara, przeskakując po dwa stopnie. Jej buty wydawały dźwięk, jakby podkute były stalą hartowaną w ogniu Mordoru. – To nie są ćwiczenia. Piętro 4 to dawne laboratoria ChronoDyne. Tam nie ma żartów. Tam kurz gryzie.

– Gryzie? Metaforycznie?

– Nie. Tamtejsze roztocza wyewoluowały pod wpływem promieniowania GCT. Mają kły i domagają się praw wyborczych. Ale gorsze jest co innego. Jeśli mąż tej kobiety wszedł do strefy generatora, to mógł zostać rozszczepiony.

– Rozszczepiony? To znaczy, że nie żyje?

– To znaczy, że jego góra jest w 2064 roku, a nogi w 1994. I spróbuj to potem zameldować w systemie hotelowym. Dwa pokoje trzeba liczyć. Koszmar logistyczny.

Dotarli na Piętro 4. W przeciwieństwie do przytulnego (choć upiornego) lobby, tutaj panował chłód. Ściany były wykonane z metalu, a oświetlenie stanowiły migoczące jarzeniówki, które buczały w tonacji depresyjnej. To tutaj w 2064 roku odbył się eksperyment, który wszystko zepsuł.

– Mąż Haliny! – ryknęła Kessler. – Wychodź pan! Doba hotelowa się kończy!

Z głębi korytarza dobiegł cichy pisk. Ruszyli w tamtą stronę. Michał trzymał mopa jak włócznię, Kessler odbezpieczyła odkurzacz.

Znaleźli go. Mąż pani Haliny, pan Janusz, stał przy wielkim, metalicznym pierścieniu (Generatorze GCT), który unosił się w powietrzu. Janusz trzymał w ręku śrubokręt. – Ja to naprawię! – krzyczał do maszyny. – Ja jestem inżynierem budownictwa! To się da wyklepać!

– Niech pan to zostawi! – krzyknęła Kessler. – To jest reaktor czaso-grawitacyjny, a nie spłuczka w Gebericie!

– Ale buczy! – Janusz uderzył śrubokrętem w obudowę z wolframu.

BŁYSK. Fasada rzeczywistości pękła. Z generatora wylała się fioletowa mgła. Ze ścian zaczęły wychodzić postacie. Nie były to jednak duchy. Były to… myśli. Zgodnie z dokumentacją, na tym piętrze pojawiają się „projekcje myśli badaczy utrwalone w polu”. Tyle że myśli badaczy z 2064 roku były dość specyficzne.

– „Czy wyłączyłem żelazko?” – zapytała mglista postać, przelatując przez Michała. – „Gdzie jest moja kanapka z serem?” – zapytała inna zjawa, dryfując pod sufitem. – „Nienawidzę poniedziałków” – jęknął trzeci duch, wyglądający jak wielki, smutny kot.

– Cholera! – Kessler włączyła odkurzacz. – Mamy wyciek egzystencjalny! Młody, zaganiaj ich do rury! Nie możemy pozwolić, żeby te depresyjne myśli dostały się do wentylacji, bo wszyscy goście zaczną pisać wiersze samobójcze!

Michał machał mopem, próbując popychać mgliste postacie w stronę Kessler. – Panie Januszu! Proszę odsunąć się od reaktora!

– Ale ja już prawie dokręciłem! – Janusz, typowy polski majsterkowicz, nie poddawał się. – Tu trzeba dać uszczelkę!

Wtedy pojawił się On. Dr Elias Ortega.

Medykamenty i Placebo: Wejście Doktora Ortegi

Drzwi windy otworzyły się z sykiem i wypadł z nich niski, nerwowy mężczyzna w białym kitlu, który był poplamiony czymś zielonym (prawdopodobnie algami z przyszłości). Miał na nosie okulary, które powiększały jego oczy trzykrotnie, nadając mu wygląd przerażonego lemura.

W oryginale dr Ortega był analitykiem biologicznym i neurofizjologiem. W Gravemont Hottel pełnił funkcję Hotelowego Higienisty i Baristy.

– Stop! Nie oddychać! – krzyknął Ortega, psikając w powietrze sprayem do nosa. – Wykryłem anomalię biologiczną! Ktoś tu wniósł obce bakterie! Panie Januszu, czy pan jadł cebulę przed wejściem do strefy kwantowej?!

– Jadłem hot-doga na stacji! – przyznał się Janusz.

– Katastrofa! – Ortega złapał się za głowę. – Molekuły parówki weszły w reakcję z polem Higgsa! To grozi mutacją! Panie Januszu, panu wyrośnie trzecia ręka, a co gorsza – ta ręka będzie miała własną wolę i będzie kradła napiwki!

– Eliasz, nie histeryzuj! – warknęła Kessler, wciągając ducha „Gdzie jest moja kanapka” do odkurzacza. – Zabezpiecz cywila!

Ortega podbiegł do Janusza i przyłożył mu do czoła termometr bezdotykowy (który w rzeczywistości był czytnikiem kodów kreskowych z Biedronki, ale Ortega wierzył w jego moc). – 36 i 6… w skali Kelvina! Pan zamarza! Szybko, potrzebna transfuzja kofeiny!

Ortega wyciągnął z kieszeni strzykawkę wypełnioną czarnym płynem. – To moje autorskie espresso. Robione na wodzie z czwartego wymiaru. Budzi nawet umarłych. Dosłownie. Wczoraj obudziłem nieboszczyka z pokoju 212, strasznie marudził, że chce śniadanie.

Wbił strzykawkę w ramię Janusza (oczywiście przez marynarkę, bo sterylność w tym hotelu była umowna). Janusz dostał drgawek, jego oczy zaświeciły na niebiesko, a potem nagle uspokoił się.

– O… – powiedział Janusz. – Ale mam jasność umysłu. Widzę… widzę równania matematyczne na ścianach. I widzę, że ten hotel to tak naprawdę wielka pułapka na turystów.

– Działa! – ucieszył się Ortega. – Mamy stabilizację neuro-kwantową!

– Dobra, bierz go! – zarządziła Kessler. – Michał, ty bierzesz nogi, Eliasz bierze głowę, ja osłaniam tyły. Wracamy do lobby, zanim generator zorientuje się, że go naprawialiśmy śrubokrętem i strzeli focha.

Powrót i Konfrontacja (Finał Rozdziału)

Zjechali windą na dół. Janusz był w stanie błogostanu, recytując tabliczkę mnożenia do tysiąca. W lobby Pani Halina kończyła pączka. – No wreszcie! – krzyknęła, widząc męża. – Janusz! Gdzieś ty był?! I dlaczego świecisz?!

– Kochanie – powiedział Janusz głosem mędrca. – Czas jest iluzją. A my jesteśmy tylko cieniem na ścianie jaskini Platona.

– Coś ty pił?! – Halina powąchała go. – Kawę? Znowu ci skoczy ciśnienie!

– Proszę pani – wtrąciła się Kessler, wyłączając odkurzacz. – Mąż został poddany procedurze SPA „Oświecenie Inżynierskie”. To usługa dodatkowo płatna. Doliczymy 500 złotych do rachunku.

– 500 złotych?! – Halina zbladła.

– Plus VAT – dodał Michał, ucząc się szybko. – VAT temporalny. Wynosi 23% obecnego czasu życia.

Halina złapała Janusza za rękę. – Wychodzimy! To złodziejstwo! Nigdy tu nie wrócimy! Napiszę wam taką opinię na Google, że wam się serwery spalą!

– Proszę bardzo – powiedziała Grażyna z recepcji. – Nasze serwery spaliły się w 2003 roku. Powodzenia.

Małżeństwo wybiegło z hotelu. Janusz wciąż recytował liczby pierwsze. Gdy drzwi się zamknęły, w lobby zapadła cisza.

Kessler usiadła ciężko na schodach i wyjęła papierosa. – Ortega, masz ogień?

– Maro, palenie zabija – pouczył ją Ortega, ale pstryknął palcami. Z jego kciuka wydobył się mały, niebieski płomyk (efekt uboczny picia radioaktywnej kawy).

– Tutaj śmierć to tylko awaria systemu – mruknęła Kessler, zaciągając się. Spojrzała na Michała. – Młody. Nie zesikałeś się w majtki na widok duchów. Dobrze.

– Dziękuję, pani Kapitan.

– Ale trzymasz mopa jakbyś chciał z nim tańczyć. Jutro o 6:00 rano trening na poligonie. Będziemy ćwiczyć walkę wręcz z pościelą, która próbuje udusić gości.

– O 6:00 rano? – jęknął Michał.

– Ciesz się. O 7:00 mamy inwazję mrówek-gigantów z paleozoiku w kuchni. Kucharka Krystyna robi z nich kotlety, ale trzeba je najpierw złapać.

Michał oparł się o ladę recepcji. Czuł, że jego normalność powoli wycieka uszami. – Pani Grażyno… – zapytał cicho. – Czy pan Janusz naprawdę widział nieskończoność?

– E tam – machnęła ręką Grażyna. – Po prostu dostał kofeinę od Ortegi. Ostatnio jak ją wypiłam, to posprzątałam całe lobby w trzy sekundy, a potem przez tydzień widziałam dźwięki. Idź spać, Michał. Jutro znowu jest ten sam dzień, ale musisz być wypoczęty.

Michał ruszył do kanciapy. Przechodząc obok lustra, zerknął na swoje odbicie. Odbicie uśmiechnęło się do niego smutno i pokazało mu kciuk w górę. Ale Michał trzymał ręce w kieszeniach.

– Świetnie – mruknął do siebie. – Zaczynam się przyzwyczajać. I to mnie przeraża najbardziej.

Za oknem słońce zaszło, a potem wzeszło z powrotem, bo ktoś na górze pomylił włączniki. Zegar wybił 23:47. Kolejny dzień w raju dobiegł końca. A może dopiero się zaczął? W Gravemont to i tak nie miało znaczenia. Liczyło się tylko to, czy przelew wpłynie na konto, zanim konto przestanie istnieć.

Koniec
Nowa Fantastyka