- Opowiadanie: Paradoks - GRAVEMONT HOTTEL ROZDZIAŁ IV: TERAPIA GRUPOWA W BUNKRZE I TAJEMNICA ZAGINIONEGO ZSZYWACZA

GRAVEMONT HOTTEL ROZDZIAŁ IV: TERAPIA GRUPOWA W BUNKRZE I TAJEMNICA ZAGINIONEGO ZSZYWACZA

Oceny

GRAVEMONT HOTTEL ROZDZIAŁ IV: TERAPIA GRUPOWA W BUNKRZE I TAJEMNICA ZAGINIONEGO ZSZYWACZA

Poranek w Gravemont Hottel zawsze zaczynał się tak samo. Niezależnie od tego, czy był to „wtorek A”, „wtorek B” czy „ten wtorek, kiedy grawitacja działa w poziomie”, Michał budził się z poczuciem, że przejechał go walec drogowy marki „Egzystencja”.

Leżał na pryczy w kanciapie dla personelu (oficjalnie nazwanej „Apartamentem Wypoczynkowym HR”). Sufit nad nim pokryty był zaciekami, które układały się w mapę Półwyspu Iberyjskiego, a z wentylacji dobiegał cichy szept: „Termin płatności faktury minął wczoraj…”.

Michał wstał, strzelił kręgosłupem (dźwięk ten został natychmiast skopiowany przez echo i odtworzony trzy razy głośniej) i podszedł do lustra. – Dzień dobry – powiedział do swojego odbicia.

Odbicie, zgodnie z opóźnieniem kwantowym, wciąż jeszcze spało. Michał poczekał dwie sekundy, aż lustrzany sobowtór otworzy oczy i kiwnie mu głową. – To będzie długi dzień – mruknął Michał.

– To będzie długi dzień – powtórzyło odbicie, ale jego ruch warg był niepokojąco szybszy od dźwięku.

Śniadanie Mistrzów (i Ofiar)

W stołówce pracowniczej panował nastrój stypy połączonej z oczekiwaniem na wyrok. Przy stoliku siedział Pan Mietek, dłubiąc widelcem w czymś, co przypominało jajecznicę, ale miało kolor fioletowy. – Co to jest? – zapytał Michał, siadając naprzeciwko.

– Jajecznica z jajek nielokalnych – wyjaśnił Mietek. – Kura zniosła je jutro, ale kucharka usmażyła wczoraj. Dlatego smakuje jak kurczak, który jeszcze się nie narodził. Fizyka, panie kolego. Sól chcesz?

– Nie, dzięki. Sól w tym hotelu czasem przyspiesza upływ czasu, a nie chcę się zestarzeć przed kawą.

Do stolika dosiadła się Pani Basia. Wyglądała na zmęczoną, co w jej przypadku oznaczało, że jej aura bojowa przygasła z „Berserker” na „Lekko Zirytowana Walkiria”. – Ciężka noc? – zapytał Michał.

– Tragiczna – westchnęła Basia, mieszając herbatę śrubokrętem (łyżeczki zniknęły w 2005 roku). – Pokój 308. Mamy tam „efekt pętli akustycznej”. Gość chrapie, ale echo nakłada się na siebie i wzmacnia. O trzeciej nad ranem szyby pękły w całym skrzydle zachodnim. Musiałam zaklejać okna taśmą, bo Cienie zaczęły wchodzić, żeby się ogrzać.

Wtedy do sali wpadła Grażyna. Nie szła. Ona sunęła, napędzana czystą furią biurową. – Michał! – krzyknęła, a jajecznica Mietka zadrżała. – Masz wezwanie.

– Do Managera?

– Gorzej. Do Psychologa. Dr Hayden Cole chce cię widzieć. Procedura wdrażania nr 47: „Ocena stabilności psychicznej w warunkach podwyższonego ryzyka paradoksu”.

– Mamy psychologa? – zdziwił się Michał.

– Mamy kogoś, kto ma dyplom i kozetkę – sprostowała Grażyna. – A czy leczy, czy szkodzi, to już zależy od tego, w której fazie księżyca jesteśmy. Idź. Piętro 3, pokój konferencyjny „Depresja”.

Gabinet Doktora Cole’a: „Czy ten Rorschach mnie atakuje?”

Dr Hayden Cole w dokumentach ChronoDyne figurował jako wybitny psychiatra wojskowy i obserwator misji. W wersji hotelowej był człowiekiem, który zamienił medycynę na korporacyjny coaching, ale zapomniał pozbyć się traumy wojennej.

Gabinet był ciemny. Jedynym źródłem światła była lampa solna, która – jak wszystko tutaj – mrugała. Dr Cole siedział za biurkiem, układając wieżę z opakowań po lekach uspokajających. – Wejść – powiedział głosem, który brzmiał jak zwiastun filmu katastroficznego. – Zamknąć drzwi. Nie, nie te. Te mentalne.

Michał usiadł. Fotel był wygodny, ale miał dziwną właściwość dopasowywania się do kształtu ciała tak mocno, jakby chciał je wchłonąć. – Dzień dobry, doktorze. Grażyna mówiła…

– Grażyna mówi dużo – przerwał Cole, nie podnosząc wzroku. – Ale czy Grażyna słucha? Czy wszechświat słucha? Czy czas nas słyszy, czy tylko śmieje się, tykając?

– Yyy… chyba tyka.

– Dobrze. Pierwszy test zdany. Słyszysz tykanie. To znaczy, że nie jesteś jeszcze martwy. Martwi słyszą tylko szum.

Cole wyciągnął kartkę z plamą atramentu (test Rorschacha). – Co tu widzisz, Michale?

Michał przyjrzał się. Plama poruszała się. Czarne kształty wiły się jak robaki. – Widzę… dwa niedźwiedzie przybijające piątkę?

– Kłamiesz – stwierdził Cole beznamiętnie. – Widzisz anihilację własnych marzeń. Ale to dobrze. Niedźwiedzie to mechanizm wypierania. Wpisuję: „Zdolny do ignorowania grozy”. To kluczowa cecha na stanowisku bagażowego.

Cole wstał i podszedł do okna (które było namalowane na ścianie, bo pokój był wewnątrz budynku). – Michale, powiedz mi… czy czujesz się tu samotny?

– Czasami. Zwłaszcza jak sprzątam korytarz, który nie ma końca.

– To nie korytarz nie ma końca. To twoja percepcja nie ma granic. Wiesz, co jest najgorsze w tym hotelu? Nie potwory. Nie pętla. Nie to, że kawa w automacie kosztuje 5 złotych, a smakuje jak błoto. Najgorsza jest pamięć.

Cole wyciągnął spod biurka stary, zakurzony notatnik. – Widzisz to? To mój dziennik. Prowadzę go od… nie wiem. Od zawsze. Piszę tu rzeczy, żeby nie zapomnieć. Ale ostatnio zapomniałem, gdzie położyłem klucz do Sejfu.

– Sejfu?

– Tak. Piętro -2. Strefa Schronienia. Jedyne miejsce, gdzie czas stoi w miejscu i nie udaje, że biegnie. Musisz tam iść, Michale.

– Ja? Dlaczego ja?

– Bo ja mam lęk wysokości, a Piętro -2 jest bardzo nisko. Poza tym… zgubiłem tam coś ważnego. Mój Zszywacz.

– Zszywacz?

– To nie jest zwykły zszywacz! – Cole wpadł w histerię, jego oczy rozszerzyły się. – To Zszywacz Kwantowy. Jeśli nie zepnę nim raportów do jutra, to kartki z poniedziałku wymieszają się z kartkami z piątku i księgowość nam się zapadnie w czarną dziurę! Musisz go znaleźć. Jest w Sejfie. Kod to 23-47. Idź!

Wyprawa do Podziemi: Piętro -2

Michał wyszedł z gabinetu, czując, że potrzebuje terapii po tej terapii. Ale rozkaz to rozkaz. Zjechał windą na sam dół.

Panel w windzie kończył się na „-1” (Laboratorium/SPA). Ale pod panelem, ktoś (pewnie Mietek) wydrapał scyzorykiem strzałkę w dół i napis: „PIWNICA / DOOM”. Michał nacisnął wydrapaną strzałkę. O dziwo, zadziałało. Winda szarpnęła i zaczęła zjeżdżać w dół z dźwiękiem łańcuchów ciągniętych po betonie.

Drzwi otworzyły się na Piętro -2. Według dokumentacji była to „Strefa Schronienia / Krypta Czasu”, miejsce o niskim suficie, pełne żelbetowych łuków i starych tuneli technicznych. W rzeczywistości wyglądało to jak piwnica w bloku z wielkiej płyty, tylko powiększona razy tysiąc.

Panował tu chłód i specyficzny zapach – mieszanka wilgoci, starych ziemniaków i ozonu. Na ścianach wisiały tabliczki z 1993 roku: „UWAGA! WYSOKIE NAPIĘCIE CZASOWE” i „NIE KARMIĆ SZCZURÓW PO PÓŁNOCY”.

Michał ruszył korytarzem. Jego kroki dudniły nienaturalnie głośno. W mijanych wnękach leżały sterty przedmiotów. Było to cmentarzysko rzeczy zgubionych przez gości i personel przez ostatnie 150 lat. – Parasolka… walizka… opona od Żuka… szkielet dinozaura? – Michał mijał kolejne sterty. Wszystko tu było „statyczne”. Kurz nie unosił się w powietrzu. Kropla wody wisząca na rurze nie spadała. Czas tu nie płynął. To było idealne miejsce na magazyn.

W końcu dotarł do głównego pomieszczenia. Na środku stał potężny, metalowy sześcian. Sejf. Zgodnie z instrukcją obsługi wszechświata, Sejf mieścił tylko cztery przedmioty. Ale Mietek i reszta załogi najwyraźniej traktowali tę zasadę jako luźną sugestię, bo wokół Sejfu walały się setki gratów.

– Dobra – mruknął Michał. – Zszywacz. Czerwony, biurowy, o właściwościach magicznych.

Zaczął grzebać w stercie papierów na stole roboczym. Nagle usłyszał dźwięk. Klik. Odwrócił się. Na stole stał stary, szpulowy magnetofon. Szpule zaczęły się obracać same z siebie. – „Test, raz, dwa…” – dobiegł z głośnika głos.

Michał zamarł. To był jego głos. – „Tu Michał. Dzień pracy numer… nie wiem. Chyba setny. Jeśli to słuchasz, to znaczy, że znowu cię tu wysłali. Nie szukaj zszywacza. Zszywacz to kłamstwo. Cole wysyła tu każdego nowego, żeby sprawdzić, czy wrócą. To inicjacja. A, i najważniejsze: nie otwieraj lodówki w rogu. Tam jest kanapka z 1996 roku. Ona ewoluowała. Ma już własną cywilizację.”

Taśma zatrzymała się. Michał poczuł dreszcz. Nie pamiętał, żeby to nagrywał. Ale w Gravemont pamięć była towarem deficytowym.

– Świetnie – powiedział do magnetofonu. – Dzięki za ostrzeżenie, ja z przeszłości. Ale jeśli nie przyniosę zszywacza, Cole wpisze mi naganę do akt personalnych, a Grażyna nie da mi przepustki na obiad.

Podszedł do Sejfu. Wybił kod 23-47. Drzwi syknęły i otworzyły się. W środku unosiły się cztery przedmioty, otoczone błękitną poświatą:

Złoty zegarek kieszonkowy (zatrzymany).

Zdjęcie uśmiechniętego zespołu ChronoDyne (zanim wszyscy zginęli).

Czerwony zszywacz marki „Rexel”.

Gumowa kaczuszka kąpielowa.

– Jest! – Michał sięgnął po zszywacz.

Gdy tylko jego palce dotknęły przedmiotu, poczuł uderzenie prądu. W głowie usłyszał głos. Nie był to głos Cole’a, ani Heliosa. To był głos zszywacza. „Czy chcesz spiąć rzeczywistość? Czy chcesz połączyć kartki dni w jeden tom?” – Chcę tylko, żeby Kierownik się odczepił! – krzyknął Michał i wyszarpnął zszywacz z pola siłowego.

Alarm zaczął wyć. Ale nie był to zwykły sygnał. Był to dźwięk budzika nastawionego na 6:00 rano, wzmocniony przez megafony stadionowe. – Naruszenie równowagi informacyjnej! – krzyknął automatyczny system (głosem Pani Grażyny). – Zabrano przedmiot numer 3! Entropia rośnie!

Ucieczka i Spotkanie z Strażnikiem (Który wcale nie był straszny)

Michał rzucił się do ucieczki. Ale drogę zagrodziła mu postać. Z cienia wynurzył się… Żołnierz z Pustki (The Hollow Trooper). Wyglądał przerażająco: mundur Wehrmachtu, maska gazowa, błękitne światło w oczach.

Michał pisnął jak mała dziewczynka i zasłonił się zszywaczem. – Nie zabijaj mnie! Mam umowę na czas nieokreślony!

Żołnierz zatrzymał się. Przekrzywił głowę w masce. Z rury wydechowej wydobył się syk. – Haben Sie… ein Feuerzeug? (Macie ognia?) – zapytał Żołnierz stłumionym głosem.

Michał zamrugał. – Co?

– Ogień. Zapalniczka. Moja zgasła w 1944. A tu, na dole, wilgoć taka, że zapałki nie działają. – Żołnierz wskazał na niedopałek papierosa, który trzymał w dłoni w rękawicy.

Michał, zgnębiony absurdem sytuacji, przeszukał kieszenie. Znalazł zapalniczkę (którą ukradł Mietkowi, bo Mietek kradł mu czas). – Proszę.

Żołnierz odpalił papierosa. Zaciągnął się głęboko (dym wyleciał przez filtry maski). – Danke. – Żołnierz oparł karabin o ścianę. – Ty jesteś ten nowy, tak? Michał?

– Tak… a ty nie powinieneś mnie… no wiesz… anihilować?

– Dzisiaj mam przerwę – wzruszył ramionami upiór. – Poza tym, Cole dzwonił. Mówił, że jak zejdziesz, to mam cię nastraszyć, ale bez przesady, bo potrzebują kogoś do mycia okien. Zszywacz masz?

– Mam.

– To idź. Tylko uważaj na schodach. Trzeci stopień jest obluzowany w czasoprzestrzeni.

Michał minął nazistowskiego upiora, który palił papierosa w bunkrze pod hotelem w Sudetach w 2147 roku. – To miejsce nie ma sensu – powiedział do siebie Michał.

– Ja, natürlich – zgodził się Żołnierz. – Sens to burżuazyjny wymysł. Auf Wiedersehen.

Powrót do Biura: Biurokracja Wygrywa z Fizyką

Michał wpadł do gabinetu Cole’a, dysząc ciężko. – Mam! – Rzucił czerwony zszywacz na biurko. – Mam ten cholerny artefakt! Prawie zginąłem! Rozmawiałem z nazistą o paleniu tytoniu! Słuchałem własnego głosu z przeszłości!

Dr Cole spojrzał na zszywacz. Potem na Michała. – To jest zszywacz do papieru formatu A4 – powiedział spokojnie. – A ja potrzebowałem do A3.

– Co?!

– Żartuję – Cole uśmiechnął się, co wyglądało przerażająco. – To dobry zszywacz. Dzięki niemu będę mógł spiąć twoją teczkę personalną.

– Moją teczkę?

– Tak. Zanim tu przyszedłeś, twoja teczka była luźnym zbiorem kartek, które fruwały po całym biurze. Teraz, dzięki tobie, twoja egzystencja w firmie jest… uporządkowana.

Cole wziął zszywacz. KLIK. Zszył kartki. W momencie zszycia Michał poczuł dziwne ukłucie w boku. Jakby ktoś zszył mu duszę. – Gratuluję – powiedział Cole. – Przeszedłeś test. Jesteś teraz oficjalnie odporny na biurokratyczny absurd poziomu czwartego.

– Czy to znaczy, że dostanę podwyżkę?

– Nie. To znaczy, że dostaniesz klucz do magazynu ze środkami czystości. Idź do Grażyny.

Michał wyszedł z gabinetu. Czuł się lżejszy. Może dlatego, że zostawił w piwnicy resztki zdrowego rozsądku. W windzie spotkał Mietka. – Byłeś na minus dwójce? – zapytał konserwator.

– Byłem.

– Widziałeś Hansa?

– Tego żołnierza? Tak. Pożyczyłem mu ognia.

– Dobry chłopak – pokiwał głową Mietek. – Tylko trochę sztywny. Od siedemdziesięciu lat stoi na warcie. Ale wiesz co? Lepiej z nim nie graj w karty.

– Dlaczego? Oszukuje?

– Nie. Ale zawsze wie, jakie masz karty, bo widzi je z przyszłości.

Winda zatrzymała się na parterze. Zegar w lobby wskazywał 23:47. Michał wziął głęboki oddech. Powietrze pachniało ozonem i starym dywanem. – Grażyna! – zawołał. – Gdzie jest ten klucz do magazynu? I czy mamy jakiś płyn do mycia okien, który zmywa ektoplazmę?

Grażyna spojrzała na niego znad krzyżówki. Uśmiechnęła się. Był to uśmiech kogoś, kto widzi, że ofiara przestała walczyć i zaczęła akceptować swój los. – Szafka numer 4. Płyn nazywa się „Egzorcysta w płynie”. Tylko używaj rękawiczek, bo szczypie w duszę.

Michał poszedł po płyn. W końcu, pomyślał, to tylko praca. A przynajmniej owocowe czwartki były… interesujące. Choć nadal nie wiedział, jak zjeść jabłko, które gnije w locie.

Koniec
Nowa Fantastyka