Aamoniańskie rusznice wystrzeliły gdzieś pośrodku zawieruchy, kolejny raz zalewając pole bitwy tumanami dymu. Znowu ledwo, co widział, dyszał ciężko. Był pewien, że skądś sączy mu się krew. Gdzie go ugodzono? Nie wiedział. Zmęczony, styrany, i na wskroś sfatygowany zmusił się do uniesienia buzdyganu. Kurz unosił się zewsząd, dym targany wiatrem smagał twarz, z każdej strony świata dobiegały krzyki, a pot spływał mu do oczu. Nie mógł wiedzieć, skąd nadejdzie kolejny atak, jednak pewnym było, że nie będzie musiał długo na niego czekać.
Ciało instynktownie ruszyło, zanim mózg dobrze zdążył przetworzyć to, co ukazało się jego oczom. Włócznia o trzy palce minęła jego szyję i ześlizgnęła się po naramienniku. Jednocześnie on walnął z niewyobrażalną mocą, swoją bronią w ramię przeciwnika, potem tarczą w jego hełm, żeby na koniec raz jeszcze z całej siły trzepnąć go obuchem w ciemię. Zanim ferlerski wojownik zdążył upaść na glebę śliską od krwi, rycerz poczuł jak ogromna siła naciera na jego plecy i rzuca go na ziemię. Poturlał się kawałek, a buzdygan wyleciał mu z ręki. Mokry kurz przebił się przez wizjer i zlepił mu powieki. Nie widział nic, ale trzeba było działać. Obrócił się szybko i podniósł tarczę, by osłonić głowę, a ciężki, stalowy topór już leciał w jego stronę. Głownia z impetem spadała na drewno, raz po raz roztrzaskując kolejne jego połacie.
Gdy At w końcu zorientował się w sytuacji, z jego tarczy prawie nic już nie zostało. Aamoniański najemnik raz jeszcze zamachnął się, tym razem jeszcze mocniej, co dało wojownikowi Selesa na tyle czasu by walnąć go w brzuch tym, co zostało z jego tarczy. Wykorzystując tę odrobinę czasu, którą sobie kupił szybko stanął na nogi. Nie dość szybko jednak, by uniknąć następnych ciosów. Zbroja robiła swoje, ale impet i tak był ogromny, i to na tyle, że gdyby przyjął choć jeden cios więcej w hełm, z pewnością padłby na ziemię i jeśli w ogóle by się po tym ocknął, to już tylko w niewoli. Jednocześnie unikając zaskakująco szybkich ciosów i starając się nie potknąć, zajął się dobywaniem miecza. Gdy w końcu mu się to udało, szybko i sprawnie sparował atak topora, a następnie przeszedł do półmiecza i zaczął przeciwnikowi oddawać. Szarpanina chwilę trwała, ale gdy aamoniański trep dostał z jelca w głowę, zamroczyło go na tyle, że rycerz precyzyjnym ruchem dźgnął go w szyję, na której, jak się okazało, nie było kolczugi. Wojownik złapał się za szyję, po czym upadł na glebę i wykrwawiając się, dostarczył ziemi kolejną dawkę posoki.
At stał nad nim chwilę, łapiąc każdy oddech, jakby miał to być jego ostatni. Gdzieś w oddali, na zachodzie, zamajaczały sztandary Aamonii. Rozbrzmiał tętent kopyt i zgrzyt stali. Rycerz zapatrzył się na szybko mknące po polu bitwy płótno z tą cholerną ćmą, licząc na choćby chwilę wytchnienia, ale nie dane mu było odpocząć. Zza jego pleców poszła kolejna salwa z broni. Cudem jakimś, żaden pocisk go nie trafił. Chciał się odwrócić i zobaczyć skąd dobiegły strzały, choć w głębi serca wiedział, że jedyne, co zobaczy, to dym. Starał się zerwać, jednak mięśnie odmówiły mu posłuszeństwa. Z ledwością już trzymał miecz, więc niczym kulejący dziadyga postąpił chwiejnie parę kroków. Obejrzał się za siebie. Przeciwnik był jeden, a przynajmniej jednego widział. Nawet nieźle wyposażony, poza brygantyną i paroma elementami płytowymi dzierżył krótki pistolet, którym właśnie mierzył w stronę Ata. Mięśnie, które odmawiały mu do tej pory posłuszeństwa, nagle zerwały się do walki. Trzymając miecz uniesiony wysoko, puścił się biegiem w stronę oponenta. Nagły huk dał mu do zrozumienia, że przeciwnik strzelił. Nie był pewien czy trafił, czy nie. Wiedział jedynie, że mógł dalej biec. Aamonianin rzucił w niego pistoletem, po czym sięgnął po swój nadziak. Samo dobycie broni było wprawdzie szybkie, jednak jej użycie taką samą prędkością już nie mogło się poszczycić. Zanim zdążył się zasłonić, At walnął go głowicą w czerep, po czym wykonał serię szybkich ciosów, zakończonych wypadem do przodu i pchnięciem prosto w dłoń. Cios głowicą długiego, ciężkiego miecza wystarczył, by całkowicie wybić Aamonianina z rytmu, a każde kolejne cięcie, mimo, iż zatrzymywane przez zbroję, dało czuć się w mięśniach. Gdy czubek atwerskiej stali, fartem, niczym z nadania bogów, przeszył mu dwa palce, trafiając tuż pod rękawicę, walka skończyła się dla złotookiego. Odruchowo puścił broń, natomiast At nie przepuścił tej okazji. Naparł na niego całym ciałem, obalając na ziemię, po czym raz jeszcze spuścił głowicę miecza, jak młot, wprost na jego głowę. Szybko, niczym żmija przystąpił do energicznego szukania jakiegokolwiek otwarcia, niechronionej części ciała, czy choćby słabego fragmentu kolczugi. Długo się szamotali, jednak przewaga Ata była niekwestionowana. Ilekroć Aamonianin próbował odeprzeć jakiś atak, podnieść się, dobyć broni, czy jakkolwiek się zasłonić, rycerz walił go zakutą w stal pięścią, trzepał jelcem, głowicą i ponownie prowadził czubek ostrza w stronę szyi i pach, czemu rozpaczliwie starał się zapobiec złotooki wojownik.
Walka dobiegła końca. Zimna stal trafiła wreszcie na miękką tunikę i przeszła przez nią na wylot, wchodząc w zmęczone mięśnie. Wojownik nie wydał żadnego dźwięku, nie szarpnął się, ani nie spróbował w żaden sposób zaatakować. Złapał tylko lekko ostrze dłonią, jakby starając się je zatrzymać. Na próżno. Ostrze szło dalej, coraz głębiej, a Aamonianin w końcu je puścił. Jego dłoń opadła bezwładnie na ziemię, a on sam wyzionął ducha. At siedział chwilę na zwłokach, łapiąc oddech, po czym wstał. Obejrzał się pobieżnie, aż zatrzymał wzrok na kirysie. Na samym jego środku znajdowało się małe, kuliste wgniecenie, które z pewnością byłoby teraz dziurą, gdyby strzał padł choć odrobinę bliżej.
Stał i zaczął się śmiać. Śmiał się mimo bólu. Z jednej strony zmuszał się do tego ciężkiego, niewyraźnego, urywanego śmiechu. Z drugiej strony, nie mógł się powstrzymać. Cała jego dusza się śmiała, a ciało nawet mimo tego bólu i wysiłku, po prostu musiało się dołączyć. Kochał wojnę. Naprawdę ją kochał. Nawet teraz, gdy brzuch zdawał się płonąć żywym ogniem, zarówno z wysiłku, jak i tego cholernego śmiechu, którego za nic w świecie nie mógł powstrzymać. Rozejrzał się, czy gdzieś nie leży jakaś tarcza i coś obuchowego, po czym po lekkim odsapnięciu, ponownie skierował się w stronę walczących.
Krajobraz był paskudny. Rozdeptane pole, bez choćby jednej kępki trawy. Nieliczne drzewa, całkowicie zwęglone. Zwłoki tak liczne, że gdyby nie cały ten kurz, dym i krew, to z każdej strony człowieka oślepiałby blask stali. Ryki koni i huk broni waliły po uszach, w nos wkręcał się wszechobecny i na bezmiar tragiczny smród fekaliów, juchy i spalanego prochu, którego receptury Aamonianie tak zacięcie strzegli. To wszystko właśnie dominowało nad całym tym porzuconym przez bogów miejscem. Sam odór mógłby niejednego zwalić z nóg, ale Atowie mieli na takie rzeczy pewną odporność, żeby nie powiedzieć, że mieli do nich słabość.
Kroczył do reszty już niemal zrujnowaną krainą, stawiając stopy tam, gdzie już tak wielu przed nim. Starał się, jak mógł, unikać ciał, zostawionych na pastwę losu tuż pod murami Nissy, bramy do całej Starej Aamonii i jednego z piękniejszych miast całego Atwer, a zarazem drugiego najpiękniejszego jakie było dane oglądać, staremu wojownikowi. Dekady niekończących się walk, niszczących ziemię i czerwieniących dotykające je wody, wypędziły znaczną część populacji miasta, ale jego mury, strzeliste wieże i wysokie kamienice, wciąż miały w sobie piękno, którego nie zdołały przyćmić nawet te gorejące pola i niekończące się kłęby dymu. Po każdej kolejnej wojnie, nieważne, kto wracał razem z tarczą, a kto na niej, Nissa stała, jak stała, a wielka marmurowa świątynia, poświęcona Bogu Zmian, wciąż wybijała się ponad mury, jakby chcąc sięgnąć chmur. Rzucała długi, dumny cień, na poległych i zwycięzców zarazem.
Kiedyś niezdobywalne miasto musiało się teraz znowu bronić, a dzwony na jego wysokich, jasnych wieżach już nieraz musiały bić na alarm, nie pozwalając poległym nigdy do końca odpocząć, ani zapomnieć. Jednak mimo tego, miasto wciąż kusiło i wciąż nęciło. Wciąż wzywało do siebie cały świat. Atów, Aamonian, najemników wszelkich nacji i wszystkich, którym starczało odwagi, by spróbować je zdobyć. A jest rzeczą bezsprzeczną, że Nissa była warta zdobywania.
– Odzyskamy cię. Na pewno – wydyszał At, uśmiechając się z wysiłkiem.
Jego obolałe, rozpalone mięśnie, dźwigające ciężką stal, już miały go ponieść w stronę małego wzniesienia, dalej do bitwy, gdy nagle rycerza sparaliżowało. Stał jak wryty i wpatrywał się w młodego człowieka, dosiadającego czarnego jak noc rumaka. Był piękny, zadbany, jego cera była nienaganna, a na czole nie było nawet kropli potu. Nie nosił zbroi, a jedynie lekki czarny ubiór, a w dłoni zamiast siekiery, kiścienia czy tasaka miał hak. Spoglądał na Ata nieobecnymi, czarnymi, nieludzkimi oczami, które nie należały do tego świata. Jego aksamitna, czarna szata targana była wiatrem z innej rzeczywistości, przesuwając się bez konkretnej reguły to w jedną, to w drugą stronę. Wyraźnie, a jednak z pewną lekkością, gracją i oderwaniem od wszystkiego dookoła. Wrzaski i strzały ucichły, a wokół zrobiło się jakby wyraźniej. Dym i kurz ustąpiły niemal momentalnie, a jego bolące mięśnie nagle zdolne były do większego wysiłku, do ucieczki, do szaleńczego biegu, choćby i niosąc wory z kamieniami, a jednak nie mógł się ruszyć. Pierwszy raz w swoim życiu chciał uciec, ale nie mógł. Całe ciało spinało się do skoku, uniku, biegu, ale on po prostu stał. Patrzył w czarne oczy, a myśli i wspomnienia, o których istnieniu nawet nie zdawał sobie sprawy zaczęły kotłować mu się w głowie.
– Młodzieniec? To niemożliwe, zbroja zatrzymała pocisk! – Pomyślał, a jego serce wbrew wszelkim oczekiwaniom zaczęło bić jeszcze szybciej i ciężej niż dotychczas.
Nie odrywając od niego wzroku, w końcu ruszył, jednak było już za późno. Poczuł, jak całe jego ciało zajmuje się ogniem. Z wizjera wyskoczyły płomienie, a jego masywne cielsko, obleczone kolczugą i płytą, zaczyna się dymić. Padł na ziemię i mimo ciężkich metalowych płyt i wszystkich potyczek, z których każda kolejna wycieńczała go jeszcze bardziej, zaczął rzucać się we wszystkie strony. Wierzgając w błocie, desperacko próbował ugasić płomienie, ale jego starania okazały się daremne. Płomienie nie ustawały, a żar wzrastał. Skwiercząc tak w agonii, usłyszał jedynie rechot samasańskiego maga, który wraz z całym oddziałem rzucił się w wir kolejnej walki. Walki, w której dzielny atwerski rycerz, nie będzie już mógł wziąć udziału.