Pokój zasłaniają ciężkie kotary. Mimo to słońce przedziera się przez szczeliny. Z wielkiego łoża, przykrytego baldachimem, starzec widzi kształty mebli. Drży pod pierzyną. Poduchy wetknięte pod odleżyny ranią miękkością. Pomarszczone dłonie ściskają w palcach materiał. Wrzeszczy. Krzyk w głowie rozbrzmiewa z mocą walącej się katedry. Pokój jest cichy, ciemny. Jeśli można poczuć kolor, to czerń jest zimna.
W drzwi staje Arrieta. Doktor podchodzi. W półmroku nie widać ruchu warg, ale twarz wyraża współczucie i irytację. Marszczy czoło, ale próbuje przywołać coś na kształt uśmiechu. Wyciąga naczynie. „Tak! Tak!” – starzec wrzeszczy w myślach na doktora. Szkło dotyka warg. Pacjent pije, a z każdym łykiem palce rozluźniają chwyt, pozostawiając zmiętą pościel. Arrieta wychodzi, w ciszy.
Język ściąga z warg lepką ciecz. Ból, zimno, nawet ciemność zaczynają znikać. Tak jak i on – pomału.
Powieki już nie trzepoczą niczym skrzydła nietoperzy. Opadają i podnoszą się pomału, jak nagie piersi Mai. Tej, która już nic nie ma do ukrycia. Obnażona rumieni się mniej niż w ubraniu.
Widzi ruch warg – kobiecych. Dolna pełna, górna cienka, zmysłowa. Czyta z nich, że śmierdzi. Wstręt i piękno w jednym miejscu. Nawet robiąc pod siebie, starzec ma prawo do zachwytu. Chciałby zobaczyć Josefę. Kochaną Pepę. Ale to nie ona wychodzi z cienia. María w koronkowej czerni, ze złotymi rękawami, z żądzą w oczach i drwiną na ustach. Stoi i patrzy pożądliwie, nawet na starca, który nie potrafi przywołać wspomnienia o żonie.
Promień przenika ciemność. Razi oczy, grzeje skórę.
Słońce wisi nad miastem. Tłum wstaje, krzyczy, śmieje się i bluzga. Upał wyciska pot z ludzi. Byk wierzga, kopie. Zielonobiałe banderillas sterczą z grzbietu. Czerwień ścieka po czarnej sierści. Na arenę lecą kwiaty. Oszalałe zwierzę dostrzega muletę. Rusza. Wyrzuca piach spod kopyt. Tłum zamiera. Ostrze espady błyszczy w słońcu. Muleta wisi nisko. Byk pochyla łeb. Miecz wchodzi w ciało po rękojeść, rogi haczą o ziemię, a masywne cielsko wylatuje w powietrze. Zwala się ciężko na piach. Matador idzie wśród kwiatów. Złote nici i cekiny lśnią w słońcu. Chwyta rękojeść i wyciąga ostrze. Z byczego karku tryska światło, którego nie przyćmiewa blask barwnych szmat.
W ciemności dostrzega ruch. Dwie postacie ciągną suknie po zakurzonej podłodze. Szepczą, obejmując się, po chwili siadają na krzesłach. Patrzą rybim wzrokiem. Unoszą suche wargi, prezentują bezzębne dziąsła. Kosztowności tkwią w naciągniętych uszach. Pomarszczone twarze tulą się do siebie, dłonie ściskają nawzajem. „Potrzebuję modlitwy”. Szepcze w myślach starzec. “Może wtedy odejdą”
Osły. Idą jeden za drugim. Tłum uformował z ciał wąski korytarz, którym prowadzą zwierzęta. Głupcy na ich grzbietach kołyszą się na boki. Capirote górują nad zbiegowiskiem, ostre czubki przyciągają innych. Nagie ciała zakrywa szmata założona przez głowy. Ozdobiona płomieniami i krzyżami. Fekalia, resztki jedzenia ściekają po głupcach pod ośle kopyta. Tłum się już zmęczył obrzucaniem skazańców. Ustępuje miejsca tym, którzy dopiero przybyli. Kobieta jadąca na przedzie płacze, mężczyzna za nią coś tłumaczy – nie wiadomo komu i co. Grubas patrzy spod capiroty w słońce wiszące nad miastem. Ostatni się modli – cóż więcej mu pozostało? Majątek został zagrabiony. W zgiełku nikt go nie usłyszy. Można tylko czytać z warg mężczyzny. O co prosi Boga? By ojciec pożarł własne dzieci. A po takich modłach trudno pojąć, czy to osioł niesie głupca, czy głupiec osła.
Staruchy śledzą wędrówkę Arriety w stronę pacjenta – ten skarży się, jęczy, przeklina. Lekarz, tak jak pacjent, jest głuchy na skargi. Wyciąga dłoń starca i otwiera żyłę. Krew ścieka po ręce i kapie do naczynia. Staruchy odprowadzają doktora spojrzeniem do wyjścia – drzwi bezgłośnie trzaskają. Starzec dostrzega w ciemności nagi tors, tuż za kobietami. Szerokie ramiona obejmują panie. Dłonie przejeżdżają po pomarszczonych dekoltach i wpełzają pod koronki. A między roześmiane twarze wciska się kozi łeb, ozdobiony laurowym wieńcem.
Wyzwolenie wpadło do miasta gwałtem, wylało się na ulicę wraz z trzewiami mieszkańców.
Dwóch żołnierzy przywiązało linę do jarzma dzwonu. Na jej drugim końcu mężczyzna chciał coś powiedzieć – nie zdążył. Pchnięty kolbą poleciał w dół dzwonnicy. Ciałem naprężył linę. Jarzmo rozbujało czarę. Wisielec, pociągnięty w górę, opadł po chwili. Serce dzwonu odchylone od korpusu z impetem uderzyło w wargę. Brzdęk wypłoszył spod dachu nietoperze. Wisielec ciągnie za linę, dzwon bije, a żołdactwo rozrabia nieopodal kościoła, przy łysym drzewie. Ozdobili gałęzie członkami. Nagi korpus mężczyzny nadziali na gałąź, która gładko weszła dołem i brzydko wyszła pod karkiem. Nie taki był zamysł, ale zmęczeni wojacy nie mieli siły, by coś zmieniać w kompozycji. Położyli się pod dziełem i rozważali, czy pójdą odwiedzić gospodarstwo, które stało pod miastem, czy najpierw coś zjedzą. Z rozważań wyrwał ich huk wystrzałów.
W mieście młody Korsykanin zamarł z uniesioną bronią. Pluton egzekucyjny wciąż stał w szyku. Z panewek jeszcze unosił się dym. Jeden z powstańców wystąpił tuż przed rozkazem i rozłożył ręce, gdy towarzysze zaciskali powieki, stłoczeni pod ścianą. Zdążył krzyknąć, nim uciszyła go salwa. Młody żołnierz zastygł z palcem na spuście. Usłyszał i zrozumiał słowa powstańca: „Nad każdym oprawcą także stoi kat!”. Nieopodal słońce oświetliło ciemny zaułek, gdzie muchy latały nad psim łbem wystającym z piachu.
W nogach łóżka zobaczył małpę przeglądającą się w lusterku. Wykrzywiała pysk i szczerzyła kły. Powykręcane twarze wyłaziły z baldachimu – lizały poduchy przesiąknięte od krwi. Osioł stał nad łóżkiem i szeptał coś do ucha doktora.
Staruchy rechotały.
Szatan je pieścił.
A życie pomału ulatywało z Goyi.