- Opowiadanie: maciekzolnowski - Ale kino, dziewczyno

Ale kino, dziewczyno

Fantastyka symboliczna, ale jest. 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ale kino, dziewczyno

Nie mówiliśmy o dziewczęcości ani o kobiecości. Nie znaliśmy takich słów. Mówiliśmy: „ale kino”. To wystarczało. W tym jednym okrzyku mieściło się wszystko – zdziwienie, rozbawienie, coś na kształt pierwszego zachwytu, który jeszcze nie wiedział, czym jest.

Przedszkolne dni rozgrywały się między żywopłotami, przy drzewach z małymi, cierpkimi jabłkami, które czasem migotały złotym światłem, jakby skrywały w sobie maleńkie, uśpione wróżki. Chowaliśmy się tam całymi godzinami, znikaliśmy sobie z oczu, wracaliśmy po śladach śmiechu, które czasem zamieniały się w delikatne echo innych światów. Wszystko wydawało się proste i naturalne, nawet wstyd miał w sobie więcej niewinności niż ciężaru. Świat był blisko, na wyciągnięcie ręki, a rzeczy działy się jak gdyby same – bez nazw, bez znaczeń, tylko jako obrazy, czasem unoszące się lekko ponad ziemią.

Niekiedy ktoś znikał za krzakami na chwilę dłużej. Ktoś inny coś zobaczył, albo tylko mu się wydawało, i nagle padało to jedno zdanie: „ale kino”. I wszyscy wiedzieli, że wydarzyło się coś ważnego, choć nikt nie umiał powiedzieć co.

Najlepsze kino było jednak w ruchu.

Huśtawki, które czasem zawisały w powietrzu o ułamek sekundy dłużej niż mogłyby w rzeczywistości.

Skakanka, która rysowała w powietrzu świetliste smugi.

Gra w klasy, gdzie pole stawało się lekko wypukłe, jakby ziemia chciała nas unieść.

Rytm, który wracał. Nogi odbijające się od ziemi i na moment lżejsze niż powietrze. Materiał, który na chwilę unosił się wyżej niż powinien i światło łapiące się na rajstopach – gładkich, napiętych, czasem matowych, czasem błyszczących – puszczające je zaraz potem, jakby świat miał własną świadomość. Wszystko działo się szybko, w krótkich ujęciach, które znikały nim zdążyło się je dobrze zobaczyć.

Siadało się gdzieś z boku i patrzyło.

Nie na coś jednego. Na całość.

Na ruch. Na powtarzalność. Na to, że coś odsłania się i zaraz znika, jakby świat bawił się z nami w chowanego.

Uwielbiałem rajstopy. Nie wiedziałem jeszcze, dlaczego. Wiedziałem tylko, że kiedy się pojawiały – napięte na kolanach, rozciągnięte w skoku, łapiące światło – wszystko inne przestawało mieć znaczenie. To nie były jeszcze myśli, raczej przyciąganie. Coś, co kazało patrzeć dłużej niż wypadało.

W domu stał telewizor. Ciężkie pudło, które udawało okno. Odbierało Czechy, więc świat przychodził trochę przesunięty, trochę nie nasz i czasem postacie z tego ciężkiego telewizora zdawały się wychylać poza ramy ekranu, próbując nas obserwować. Siadałem na podłodze, bardzo blisko, i patrzyłem, jak kobiety poruszają się w rytmie muzyki – rajstopy, nogi, powtarzające się układy aerobiczne, a każdy ruch zostawiał za sobą ledwo widoczną świetlistą smugę. Fantastyka?

Próbowałem to przechytrzyć.

Podchodziłem bliżej.

Zaglądałem z boku. Z dołu.

Wydawało mi się, że jeśli zmienię perspektywę, zobaczę więcej. Że obraz się uchyli, zdradzi coś, czego nie widać z daleka, czego nie widać w ogóle.

Nic z tego.

Obraz pozostawał taki sam – jak spojrzenie Mony Lisy, które trafia w ciebie, gdziekolwiek staniesz. Ale czasem, gdy bardzo długo patrzyłem, świat wokół migotał, jakby chciał mi pokazać dodatkową warstwę, niewidzialną dla innych.

Do szkoły poszedłem już z tym doświadczeniem patrzenia – uważnego, trochę natrętnego. Schody, korytarze, boisko. Najwięcej działo się tam, gdzie ruch wracał w rytmie, a świat lekko się uginał, by wzmocnić nasze skoki. Skakanka sprawdzała się najlepiej. Wystarczyło usiąść gdzieś z boku. Reszta działała sama.

Skok.

Powrót.

Skok.

Materiał napinał się i rozluźniał. Światło ślizgało się po powierzchni, czasem pozostawiając po sobie ledwo widzialne iskry. Kolory migały, znikały, wracały. Wszystko było na granicy widzenia – trochę za szybko, trochę za krótko – i właśnie dlatego tak mocno zostawało w pamięci. Obrazy zapadały w pamięć nie dlatego, że były zakazane, ale dlatego, że były nowe.

To było małe kino, małe dziecięce kino.

Bez słów, bez fabuły. Złożone z ułamków sekund i rzeczy, których nie potrafiliśmy jeszcze nazwać.

Myślę, że to nie jest historia o tym, na co wtedy patrzyłem, tylko o samym patrzeniu. O chwili, w której ciekawość wyprzedza język, a ciało wie coś wcześniej niż głowa. O świecie, który odsłania się fragmentami – i nigdy do końca.

Zanim ktokolwiek usłyszał o Tarantino – ech, ten rym do „kino” – my już dawno mieliśmy swoje.

Bez wielkich słów.

Bez efektów specjalnych.

Wystarczał ruch.

Światło.

Rajstopy.

I już leciał film.

Najpiękniejszy na świecie.

Mały, cichy, trochę wstydliwy erotyk.

A potem przyszła miłość.

Platoniczna.

Cielesna.

Szczęśliwa.

Nieszczęśliwa.

No i jeszcze zdrada.

Ale to już materiał na zupełnie inną opowieść.

Koniec

Komentarze

Chciałoby się powiedzieć, że wszystkiemu winne te rajstopy, człowiek to jednak dziwna istota… Momentami czułam ten klimat, słowa fajnie prowadzą, ale od razu przychodzi na myśl porównanie… u nas, skąd pochodzę, bo to niemalże inna epoka, chyba wszystko było prostsze, dzieciaki sie tłukły, bawiły i znowu tłukły, a co działo się za krzakami? Wiadomo, jadło się agrest garściami:) 

Nowa Fantastyka