- Opowiadanie: Sarmant - Kot odwrócony ogonem

Kot odwrócony ogonem

To opo­wia­da­nie z akcją w nie­da­le­kiej przy­szło­ści o Oli­wii, która żyje za­mknię­ta w swoim miesz­ka­niu z kotem. Z sa­mot­no­ści po­sta­na­wia wy­pró­bo­wać za­strzyk uczło­wie­cza­ją­cy Hu­man­Pet na uko­cha­nym pu­pi­lu. Efek­ty eks­pe­ry­men­tu nie są jed­nak takie, jak ocze­ki­wa­ła.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

AdamKB, Użytkownicy V, GalicyjskiZakapior

Oceny

Kot odwrócony ogonem

Był tak nie­sa­mo­wi­ty, że aż miała ocho­tę pła­kać na jego widok.

Oli­wia ko­cha­ła swo­je­go kotka Gra­fi­ta bar­dziej niż ko­go­kol­wiek na świe­cie. Nie, nie kotka. Ko­ci­sko. Ten czar­ny maine coon (wiek: trzy lata, waga: dzie­więć ki­lo­gra­mów, w kłę­bie: trzy­dzie­ści dzie­więć cen­ty­me­trów, dłu­gość: sto pięt­na­ście cen­ty­me­trów) zaj­mo­wał po­ło­wę jej łóżka. Cza­sem ustę­po­wa­ła mu w nocy miej­sca, gdy już uło­żył się wy­god­nie, nie miała bo­wiem serca wy­bu­dzać go, prze­sta­wiać, a tym bar­dziej wy­ga­niać. W końcu tak roz­kosz­nie spał! Tym razem jed­nak przy­tu­la­ła się do niego mocno, bo sa­mot­ność tego wie­czo­ru nie­zno­śnie do­ło­wa­ła, nawet ta­blet­ki szczę­ścia nie wy­star­cza­ły.

Wszy­scy nie­licz­ni zna­jo­mi byli za­ję­ci – albo pracą, albo ży­ciem w wir­tu­al­nym świe­cie, albo jed­nym i dru­gim. Każdy eg­zy­sto­wał w swo­ich czte­rech ścia­nach. Ona do­pie­ro zbie­ra­ła na wła­sny ze­staw VR, bo tego z pracy mogła uży­wać tylko pod­czas pro­jek­to­wa­nia wir­tu­al­nych świa­tów. Jak do­brze, że miała Gra­fi­ta! Bez niego chyba by się za­bi­ła.

Opie­ra­jąc głowę na jego mięk­kim grzbie­cie i de­lek­tu­jąc się mru­cze­niem po­rów­ny­wal­nym do drże­nia sil­ni­ka spa­li­no­we­go, prze­glą­da­ła ze znu­że­niem sta­re­go iPho­ne’a 28, scrol­lu­jąc ko­lej­ne za­jaw­ki fil­mi­ków. „Tech­no­lo­gia 10D w Twoim miesz­ka­niu”, „Rand­ka on­li­ne jak na żywo”, „Uczło­wiecz swo­je­go pu­pi­la”… Uczło­wiecz swo­je­go pu­pi­la? Oli­wia szyb­ko zwi­zu­ali­zo­wa­ła fil­mik na wy­świe­tla­czu.

 – Czy twój zwie­rzak zna­czy dla cie­bie wszyst­ko? – mówił ko­ją­cym gło­sem lek­tor, pod­czas gdy na­gra­nie przed­sta­wia­ło psy, koty i inne zwie­rzę­ta ba­wią­ce się z ludź­mi. – Spę­dzasz z nim więk­szość czasu, Oli­wia? A może chcia­ła­byś, by kot Gra­fit stał się twoim naj­lep­szym przy­ja­cie­lem, praw­dzi­wym naj­lep­szym przy­ja­cie­lem? Na pewno ma­rzysz, by z nim po­roz­ma­wiać.

Au­to­ma­tycz­nie per­so­na­li­zo­wa­ne re­kla­my za­zwy­czaj nie wy­wie­ra­ły na nią wpły­wu, a jed­nak teraz przy­ła­pa­ła się na tym, że przy­ta­ku­je i nawet mam­ro­cze pod nosem od­po­wie­dzi. Fil­mik sku­pił się na ko­tach.

– Twój kot Gra­fit może stać się rów­nym tobie, Oli­wia! Pre­zen­tu­je­my cał­ko­wi­tą no­wość na rynku. Oto za­strzyk uczło­wie­cza­ją­cy Hu­man­Pet! Wy­star­czy, że przy­je­dziesz z kot Gra­fit do na­szej kli­ni­ki i po­zwo­lisz wy­ko­nać za­bieg. Tak, Oli­wia, Gra­fit spra­wi, że już nigdy nie po­czu­jesz się sa­mot­na! Spójrz tylko, co wspa­nia­łe­go może was spo­tkać.

Oli­wii moc­niej za­bi­ło serce, gdy zo­ba­czy­ła ko­lej­ne sceny w akom­pa­nia­men­cie emo­cjo­nal­nej mu­zy­ki. Za­strzyk dla kota sy­jam­skie­go, jego wy­bu­dze­nie, ro­zum­ny wzrok, pod­ro­śnię­cie i zmia­na po­stu­ry, cho­dze­nie na dwóch ła­pach w ubra­niu, picie ze szklan­ki, gra­nie na Play­Sta­tion, a nawet sprzą­ta­nie, go­to­wa­nie – wszyst­ko to razem z uśmiech­nię­tym wła­ści­cie­lem. Aż wresz­cie finał: mu­zy­ka się wy­ci­sza, kot, a może już koci czło­wiek, zbie­ra się w sobie i cie­niut­kim gło­si­kiem mówi: „Ko­cham cię, przy­ja­cie­lu”, co po­wo­du­je u wła­ści­cie­la łzy wzru­sze­nia.

To nie­moż­li­we. Oli­wia prze­tar­ła oczy. Czy to są praw­dzi­we fil­mi­ki?

– To wszyst­ko praw­dzi­we fil­mi­ki, Oli­wia – po­wie­dział jak na za­wo­ła­nie pre­zen­ter. – Za­strzyk jest po­da­wa­ny w wielu kra­jach. Cena to je­dy­ne pięt­na­ście ty­się­cy zło­tych. Po­śpiesz się, bo zo­sta­ło tylko kilka dawek Hu­man­Pet! To jak, Oli­wia, kiedy zo­ba­czy­my cie­bie i kot Gra­fit?

Ogło­sze­nie się skoń­czy­ło. Po­zo­stał je­dy­nie pul­su­ją­cy, neo­no­wy link do for­mu­la­rza.

Pięt­na­ście ty­się­cy zło­tych? I co teraz? Oli­wia opar­ła się moc­niej o Gra­fi­ta, a ten za­miau­czał nie­za­do­wo­lo­ny. Spoj­rza­ła na niego z czu­ło­ścią i przez kilka minut wpa­try­wa­ła się w jego ma­je­sta­tycz­ny pysz­czek. Ja­sno­nie­bie­skie oczy wy­ra­ża­ły pełne za­ufa­nie. Miała już na­zbie­ra­ne dwa­na­ście ty­się­cy na VR, a jutro na kon­cie po­win­na po­ja­wić się wy­pła­ta. Star­czy­ło­by jej.

Naj­wy­żej tro­chę po­gło­du­je.

– Zro­bi­ła­bym dla cie­bie wszyst­ko, Gra­fit – po­wie­dzia­ła. – I zro­bię. Będę szczę­śli­wa. I ty też bę­dziesz.

*

Gra­fit war­czał, miau­czał i sy­czał, gdy je­cha­li do kli­ni­ki For your pet, a potem wy­ry­wał się pod­czas cze­ka­nia na przy­ję­cie. Oli­wia stre­so­wa­ła się jesz­cze bar­dziej.

Po pierw­sze nie pa­mię­ta­ła, kiedy ostat­nio wy­cho­dzi­ła z miesz­ka­nia; nawet brak kie­row­cy w au­to­no­micz­nej tak­sów­ce nie po­ma­gał opa­no­wać lęku. Po dru­gie bała się o Gra­fi­ta. Choć prze­cze­sa­ła in­ter­net w po­szu­ki­wa­niu in­for­ma­cji o Hu­man­Pet, nie zna­la­zła żad­nych ne­ga­tyw­nych opi­nii. Ale też nie­wie­le do­brych. Mimo to wszyst­ko pre­zen­to­wa­ło się bar­dzo wia­ry­god­nie, a fil­mi­ki z uczło­wie­czo­ny­mi zwie­rza­ka­mi były ucie­le­śnie­niem jej ma­rzeń. I Gra­fi­ta oczy­wi­ście. A jed­nak nie­pew­ność, gdy od­da­wa­ła go na łaskę i nie­ła­skę ły­se­go pra­cow­ni­ka w bia­łym kitlu i wiel­kich oku­la­rach, była ogrom­na. Naj­chęt­niej po­szła­by za nim, ale ka­za­no jej cze­kać. Po trze­cie nie­po­ko­ił ją strach kota. Co chwi­lę spo­glą­dał na nią z wy­rzu­tem. Prze­cież chcia­ła dla niego jak naj­le­piej…

– Wszyst­ko się ułoży, ko­cha­ny – szep­nę­ła do szpi­cza­ste­go ucha, gdy go za­bie­ra­no.

Pod­czas pół­go­dzin­ne­go, peł­ne­go stre­su ocze­ki­wa­nia nie mu­sia­ła na szczę­ście z nikim roz­ma­wiać. Dwie inne osoby miały za­ło­żo­ne go­go­le VR, poza tym kli­ni­ka była pusta. Pew­nie za­li­cza­ła się do jed­ne­go z ostat­nich klien­tów, któ­rzy zdą­ży­li za­ła­pać się na Hu­man­Pet.

Wresz­cie łysy pra­cow­nik wszedł do po­cze­kal­ni z trans­por­te­rem. Oli­wia ze­rwa­ła się na równe nogi.

– I jak? I jak? – do­py­ty­wa­ła.

– Pro­ce­du­ra prze­bie­gła pra­wi­dło­wo – od­parł męż­czy­zna, co rusz po­pra­wia­jąc oku­la­ry. Nawet nie pa­trzył jej w oczy. – Pani kot po­trze­bu­je kilku go­dzin, by się wy­bu­dzić. Na­stęp­nie musi pani pomóc mu sta­nąć na nogi, do­słow­nie oczy­wi­ście. To bę­dzie jak przy­spie­szo­ny pro­ces wy­cho­wy­wa­nia dziec­ka. W razie kło­po­tów pro­szę dzwo­nić. Kli­ni­ka For your pet życzy spę­dze­nia wielu szczę­śli­wych chwil z pu­pi­lem. Do wi­dze­nia.

– Kło­po­tów…? – za­czę­ła, ale pra­cow­nik już szedł w prze­ciw­nym kie­run­ku.

I tyle? Oli­wia zaj­rza­ła do trans­por­te­ra przez otwo­ry. Gra­fit spał słod­ko i nic nie wska­zy­wa­ło na to, że coś mu do­le­ga. Nieco uspo­ko­jo­na, uśmiech­nę­ła się do sie­bie. Miała rację, wszyst­ko się ułoży.

*

Gra­fit nie obu­dził się przez na­stęp­ne dzie­więć go­dzin.

Oli­wia czuła, że jest na gra­ni­cy pa­ni­ki. Krą­ży­ła w kółko po po­ko­ju, pró­bu­jąc wy­rów­ny­wać od­dech. Co z nią bę­dzie, jeśli jej uko­cha­ny to­wa­rzysz już się nie obu­dzi? Czy po­stą­pi­ła­by jak oj­ciec? A może ra­czej jak matka? Przy­sta­nę­ła, pa­trząc na Gra­fi­ta.

– Bła­gam, nie każ mi sta­wać przed takim dy­le­ma­tem – jęk­nę­ła.

Być może Gra­fit to usły­szał, bo po­ru­szył się nie­mra­wo. Po chwi­li jego oczy z wolna za­czę­ły się otwie­rać. Oli­wia krzyk­nę­ła cicho.

Oczy Gra­fi­ta były jak ludz­kie – z okrą­gły­mi źre­ni­ca­mi i bielą gałek ocznych wokół tę­czó­wek. Tego na fil­mi­kach nie wi­dzia­ła. Błę­kit, który z nich bił, prze­szy­wał chło­dem. Wzrok kota z każdą se­kun­dą sta­wał się coraz bar­dziej ro­zum­ny. Mru­gał po­wo­li, uno­sząc łepek i roz­glą­da­jąc się do­oko­ła. Oli­wia otrzą­snę­ła się z pierw­sze­go szoku. To prze­cież mój kot, upo­mnia­ła się w duchu.

– G-gra­fit? – Kuc­nę­ła obok kojca. – Już do­brze, nic się nie dzie­je. – Mó­wiąc to, za­czę­ła gła­skać go de­li­kat­nie po czar­nej, ak­sa­mit­nej sier­ści. Cia­łem kota wstrzą­snę­ły spa­zmy, gdy tylko go do­tknę­ła. – Ej, no co ty. To ja. Już po wszyst­kim, je­steś bez­piecz­ny…

Gra­fit po raz pierw­szy spoj­rzał jej pro­sto w oczy. Źre­ni­ce zmniej­szy­ły się mak­sy­mal­nie do ma­leń­kich, czar­nych kó­łe­czek. Prze­szły ją ciar­ki. Śle­pia kota wy­ra­ża­ły przede wszyst­kim głę­bo­kie za­cie­ka­wie­nie. Ale i oschłość. Jakby była mu obo­jęt­na. Jakby… Za­bra­ła rękę.

– Nie po­zna­jesz mnie? – spy­ta­ła cicho.

Pa­trzył na nią i ani drgnął. Ta chwi­la bez­ru­chu prze­dłu­ża­ła się, a Oli­wia czuła, że to już dla niej za wiele. Nie tak to miało wy­glą­dać! Usia­dła na pod­ło­dze i opar­ła się o ścia­nę, za­kry­wa­jąc oczy. Tylko spo­koj­nie, on po pro­stu musi dojść do sie­bie…

Wy­buch­nę­ła gło­śnym pła­czem.

Nagle po­czu­ła, jak coś mięk­kie­go ocie­ra się o jej nogi. Gra­fit wsko­czył na nią i z od­le­gło­ści kilku cen­ty­me­trów znów zaj­rzał jej w oczy, ale tym razem to spoj­rze­nie wy­ra­ża­ło coś zu­peł­nie in­ne­go. En­tu­zjazm, czu­łość, za­do­wo­le­nie. Mo­gła­by przy­siąc, że się uśmie­cha. Ach, jaka ulga! Przy­tu­li­ła go mocno, łka­jąc ze szczę­ścia.

Nie ro­zu­mia­ła tylko, dla­cze­go nie mru­czy.

*

Oli­wia opu­ści­ła na­stęp­ny dzień w pracy, całą uwagę po­świę­ca­jąc Gra­fi­to­wi. Ależ on był teraz wy­ma­ga­ją­cy! Wszyst­ko in­te­re­so­wa­ło go ze zdwo­jo­ną siłą. Mó­wi­ła do niego nie­ustan­nie, ob­ja­śnia­jąc różne przed­mio­ty, zja­wi­ska i po­ję­cia. Nie była pewna, czy ją ro­zu­mie, jed­nak mo­gła­by przy­siąc, że pa­trzy na nią wzro­kiem coraz to po­jęt­niej­szym. Słu­chał uważ­nie, nie­ru­cho­my ni­czym posąg. Nawet ogo­nem nie mer­dał. Jesz­cze nigdy nie czuła się dla ni­ko­go tak ważna.

Dzień zle­ciał szyb­ko. Nocą Gra­fit po­ło­żył się na jej łóżku, a ona po­sta­no­wi­ła spać na ma­te­ra­cu. Długo nie mogła za­snąć, roz­e­mo­cjo­no­wa­na prze­glą­da­jąc ubran­ka, które mo­gły­by pa­so­wać na jej ulu­bień­ca.

Punkt szó­sta usły­sza­ła bu­dzik. Na wpół żywa, prze­tar­ła oczy i aż krzyk­nę­ła. Gra­fit stał tuż nad nią, wpa­trzo­ny w jej twarz ludz­ki­mi ocza­mi. Czy on urósł?

– Głod­ny, co?

Za­śmia­ła się ner­wo­wo. Zdało jej się, że ski­nął głową. Uczy­ła go wczo­raj wy­ra­ża­nia „tak” i „nie”; naj­wy­raź­niej lek­cje po­skut­ko­wa­ły. Zwle­kła się z ma­te­ra­ca i po­spie­szy­ła na­sy­pać mu ulu­bio­ną karmę. Tyle że Gra­fi­to­wi ani wi­dzia­ło się jej jeść. Wy­raź­nie po­ki­wał łeb­kiem w ra­mach sprze­ci­wu.

– Już ci nie sma­ku­je? To co byś chciał? Mię­sko? – Gra­fit przy­tak­nął. – Mam chyba jesz­cze tro­chę kur­cza­ka… – Tym razem sprze­ciw. – Nie? To co in­ne­go? Cie­lę­ci­nę? Mu­sia­ła­bym za­mó­wić… – Apro­ba­ta. Oli­wia wes­tchnę­ła i uśmiech­nę­ła się po­tul­nie. – Mój mały żar­łok. Na­le­ży ci się.

Za­mó­wi­ła więc je­dze­nie na zapas, jak zwy­kle z do­sta­wą przez ro­bo­ta. Nie­dłu­go póź­niej po­da­ła Gra­fi­to­wi drogą, pod­go­to­wa­ną cie­lę­ci­nę. Tyle że i teraz mu nie od­po­wia­da­ła.

– O co cho­dzi? Nie­przy­pra­wio­na? – Oli­wia po­wie­dzia­ła to z pew­nym sar­ka­zmem, ale Gra­fi­to­wi nie było do śmie­chu. Po­ki­wał głową i spoj­rzał na stół. – Aha, chcesz jeść tak jak ja! Już się robi.

Że też wcze­śniej na to nie wpa­dła. Po­ło­ży­ła mu miskę na stole, spraw­dza­jąc ze­ga­rek. Już dawno po­win­na za­cząć pracę. Za­gry­za­jąc suchy chleb, ru­szy­ła do swo­je­go po­ko­ju. Gra­fit znów zna­lazł się przy niej, pa­trząc na nią wy­cze­ku­ją­co.

– Co tym razem? Mam ci pomóc jeść? – Przy­tak­nął. – Skar­bie, nie mam czasu – mruk­nę­ła ostrzej, niż by chcia­ła.

Gra­fit za­war­czał.

Aż pod­sko­czy­ła. Za­gry­zła wargi; rze­czy­wi­ście po­win­na mu pomóc. Łysol w kitlu tłu­ma­czył, że pro­ces uczło­wie­cza­nia po­dob­ny jest do wy­cho­wy­wa­nia dziec­ka. Usia­dła więc z Gra­fi­tem przy stole. Za jego niemą na­mo­wą prze­ło­ży­ła mięso na ta­lerz. Przez na­stęp­ne pół go­dzi­ny po­ka­zy­wa­ła mu, jak jeść z po­mo­cą wi­del­ca. Jego łapy nie były do tego przy­sto­so­wa­ne, ale Oli­wia wie­dzia­ła, że to kwe­stia czasu. Już teraz ra­dził sobie świet­nie, obej­mu­jąc wi­de­lec obie­ma łap­ka­mi.

Osta­tecz­nie i w ten dzień wzię­ła urlop na żą­da­nie. Po­pro­si­ła też o wolne na ko­lej­ny ty­dzień. Jej uko­cha­ny to­wa­rzysz po­trze­bo­wał wspar­cia, a ona nie mogła go za­wieść. Byli dla sie­bie wszyst­kim. Tro­chę pracy i staną się naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi, praw­dzi­wy­mi naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi!

*

Każdy ko­lej­ny dzień był wiel­kim kro­kiem w przód dla Gra­fi­ta. Ważył już dwa­na­ście ki­lo­gra­mów! Oli­wia nie mogła się na­dzi­wić, jak wspa­nia­le dzia­ła serum Hu­man­Pet. Coraz czę­ściej chwy­ta­ła się za głowę, wi­dząc, jak ludz­kie za­cho­wa­nia prze­ja­wia jej kot. Na­gry­wa­ła go na bie­żą­co i wsta­wia­ła na so­cial media, pu­sząc się jak paw na pełne za­zdro­ści ko­men­ta­rze.

„No pięk­nie. Jest cu­dow­ny. Wresz­cie bę­dziesz miała kogoś do roz­mo­wy” – na­pi­sa­ła Pa­try­cja, je­dy­na ko­le­żan­ka, z którą wi­dy­wa­ła się na żywo raz na jakiś czas.

Choć Gra­fit na razie nie wy­po­wia­dał ani słowa, po­tra­fił świet­nie ko­mu­ni­ko­wać swoje po­trze­by. Nie tylko bły­ska­wicz­nie na­uczył się roz­róż­niać słowa, ale też za­czy­nał skle­cać zda­nia na dużej kla­wia­tu­rze wir­tu­al­ne­go wy­świe­tla­cza z te­le­fo­nu. Jego łapy rze­czy­wi­ście sta­wa­ły się coraz bar­dziej chwyt­ne i do­kład­ne. Ku­we­ta po­szła w za­po­mnie­nie, karma rów­nież – Gra­fit za­ła­twiał się w to­a­le­cie i jadł przy stole to samo, co ona. Oli­wia po­mo­gła mu na­uczyć się cho­dzić na dwóch ła­pach; opa­no­wał to w kilka go­dzin. Razem wy­bra­li dla niego kilka ze­sta­wów ubrań. Na­mó­wił ją też na dro­gie ko­sme­ty­ki do futra i grę o zwie­rzę­tach, w którą gry­wał na kom­pu­te­rze.

Wy­star­czył jed­nak ty­dzień po­dob­nych wy­dat­ków, by na jej kon­cie po­zo­sta­ły reszt­ki pie­nię­dzy. To wła­śnie wtedy po­sta­no­wi­ła po­roz­ma­wiać ze swoim to­wa­rzy­szem. Sie­dział wła­śnie na ka­na­pie z nogą za­ło­żo­ną na nogę, w uro­czej, bia­łej ko­szu­li i musz­ce oraz ma­te­ria­ło­wych spoden­kach. Oglą­dał jakiś film przy­rod­ni­czy o ty­gry­sach.

– Po­słu­chaj, Gra­fit… – za­czę­ła nie­pew­nie. Nie ra­czył na nią nawet spoj­rzeć. Wy­łą­czy­ła więc te­le­wi­zor.

I znów za­war­czał. Krót­ko, ostro. Po­czu­ła na­ra­sta­ją­cy stres, jed­nak tym razem się nie ugię­ła.

– Bra­ku­je nam pie­nię­dzy – wy­pa­li­ła pro­sto z mostu. – Jeśli mam utrzy­mać to miesz­ka­nie, mu­si­my tro­chę przy­sto­po­wać z za­ku­pa­mi. Poza tym od jutra wra­cam do pracy i nie będę już mogła po­świę­cać ci tyle czasu. Tak mi przy­kro… Chyba mnie ro­zu­miesz?

Gra­fit wbi­jał w nią ana­li­tycz­ny wzrok. Odkąd do­stał serum, nie za­miau­czał ani nie za­mru­czał ani razu. Rzad­ko też mru­gał, jakby nie chciał, aby co­kol­wiek mu umknę­ło. Przy­zwy­cza­iła się do tego. Mimo to ile by teraz dała, żeby ze­sko­czył z ka­na­py i otarł się po­ciesz­nie o jej nogi, z tym ko­ją­cym war­ko­tem sil­ni­ka spa­li­no­we­go…

Cisza się prze­dłu­ża­ła. Oli­wia ob­li­za­ła ner­wo­wo wargi.

– Prze­pra­szam cię, ko­cha­ny. To moja wina. Po­win­nam to prze­wi­dzieć. Chyba nie je­steś zły?

Dla­cze­go nie re­ago­wał? Czy na­praw­dę pa­trzył na nią z wy­rzu­tem? Znie­chę­ce­niem? Po­li­to­wa­niem? Łzy na­pły­nę­ły jej do oczu. Po­bie­gła do ła­zien­ki. To nie tak miało wy­glą­dać! Nie chcąc, by Gra­fit usły­szał, jak pła­cze, wzię­ła prysz­nic i tam wy­la­ła wszyst­kie łzy do od­pły­wu. Ulży­ło jej.

Jakoś sobie po­ra­dzą. Weź­mie nad­go­dzi­ny.

Gdy wy­szła z ka­bi­ny do za­pa­ro­wa­nej ła­zien­ki, stra­ci­ła na chwi­lę od­dech. Omal się nie po­śli­zgnę­ła, w ostat­nim mo­men­cie uchwy­ciw­szy drzwi prysz­ni­co­we. Gra­fit stał na­prze­ciw niej na dwóch no­gach, po­śród pary, jak gdyby nigdy nic.

– O Boże, Gra­fit! Co ty ro­bisz? – krzyk­nę­ła.

Trzę­są­cy­mi się dłoń­mi zła­pa­ła za ręcz­nik i za­kry­ła nagie ciało. Czy wła­śnie za­wsty­dzi­ła się przed wła­snym kotem? Gra­fit jed­nak nie wy­da­wał się ani tro­chę zmie­sza­ny. Ba, nawet uśmie­chał się ser­decz­nie. Włą­czył gło­so­we­go asy­sten­ta, a gdy ona słu­cha­ła na­pi­sa­nej przez niego wia­do­mo­ści, przy­tu­lił się do jej kolan. Głową się­gał do jej biu­stu. Gęsta, czar­na sierść przy­kle­iła się do ręcz­ni­ka i mo­kre­go ciała.

– Ty nie bój się. My po­ra­dzi­my sobie. Ty mo­żesz praca wię­cej. Ja mogę pro­wa­dzić te­le­fon. Zbie­rać pie­nią­dze za po­pi­sy, zdję­cia. Ja nie martw się i ty nie martw się.

To była jego naj­dłuż­sza i za­ra­zem naj­czul­sza wy­po­wiedź. Choć nadal skrę­po­wa­na, Oli­wia ze wzru­sze­niem od­da­ła uścisk.

– Pew­nie, po­ra­dzi­my sobie, ko­cha­ny, bar­dzo ci dzię­ku­ję! – za­wo­ła­ła. – Za­mru­czysz dla mnie?

Nie za­mru­czał.

*

Mie­siąc póź­niej coraz trud­niej było można mówić o Gra­fi­cie jak o kocie.

Szes­na­sto­ki­lo­wa waga nie ro­bi­ła na Oli­wii tak du­że­go wra­że­nia jak jego łapy, które ewo­lu­owa­ły – przed­nie wy­dłu­ży­ły się nieco i roz­ca­pie­rzy­ły, przy­bie­ra­jąc po­stać czte­rech gru­bych pal­ców, tylne na­to­miast stały się ma­syw­niej­sze i coraz czę­ściej Gra­fit za­kła­dał na nie pan­to­fel­ki. Zęby uro­sły, nosek lekko się wy­dłu­żył. Oli­wia nie są­dzi­ła, że Hu­man­Pet za­dzia­ła do ta­kie­go stop­nia; ro­bi­ła wszyst­ko, by ode­gnać od sie­bie nutę nie­po­ko­ju na widok wręcz baj­ko­we­go ko­ta-czło­wie­ka. Ale tego prze­cież chcia­ła, czyż nie? Poza tym Gra­fit nadal miał szpi­cza­ste uszy i dłu­gie, he­ba­no­we wło­sie oraz pu­szy­sty ogon wy­sta­ją­cy ze spode­nek. Nadal był jej uko­cha­nym to­wa­rzy­szem, bez któ­re­go życie nie miało sensu.

– Ależ się z cie­bie zro­bił wiel­ki kocur – po­wie­dzia­ła raz, pa­trząc, jak suszy swoje fu­ter­ko przed lu­strem po ką­pie­li. Za­war­czał na nią wów­czas. Robił to rzad­ko, mimo to za każ­dym razem prze­cho­dzi­ły ją ciar­ki. Szyb­ko zro­zu­mia­ła, że cho­dzi o słowo „kocur”. – Dżen­tel­men – po­pra­wi­ła się zaraz, a on uśmiech­nął się na swój ludz­ko-ko­ci spo­sób.

Gra­fit ofi­cjal­nie prze­jął jej łóżko. Wła­ści­wie nie było dys­ku­sji. Na razie nie po­zo­sta­ło jej nic in­ne­go, jak spa­nie na ma­te­ra­cu.

Poza tym jak mo­gła­by nie ustą­pić ta­kie­mu gwiaz­do­ro­wi? Długo uczy­ła Gra­fi­ta, jak funk­cjo­nu­ją media spo­łecz­no­ścio­we. Przez pierw­sze dwa ty­go­dnie ro­bi­ła mu zdję­cia, na­gry­wa­ła fil­mi­ki i po­ma­ga­ła two­rzyć posty. Aż w końcu pojął, na czym to wszyst­ko po­le­ga i sam za­czął się tym zaj­mo­wać. Choć po­cząt­ko­wo po­pra­wia­ła po nim dzi­wacz­ne opisy, szyb­ko za­uwa­ży­ła, że lu­dziom nie cho­dzi o ide­al­ne posty, tylko o sam fakt, że to kot sa­mo­dziel­nie pro­wa­dzi so­cial media. Wprost go uwiel­bia­li. Duma ją roz­pie­ra­ła, że ma pod da­chem taką sławę.

Za pierw­sze za­ro­bio­ne pie­nią­dze na kilku współ­pra­cach in­flu­en­cer­skich Gra­fit kupił sobie, oczy­wi­ście z jej po­mo­cą, wła­sny te­le­fon.

– Chyba się cie­szysz, co, Gra­fit? Je­steś szczę­śli­wy, praw­da?

Nie od­po­wie­dział. Nigdy nie od­po­wia­dał. Bo nadal nie mówił.

Oli­wia nie mogła tego pojąć – był tak in­te­li­gent­ny, a nie po­tra­fił wy­po­wie­dzieć ani słowa? Tak bar­dzo chcia­ła­by usły­szeć jego głos! By­wa­ło, że zwie­rza­ła mu się na temat swo­jej pracy, świa­tów po­sta­po­ka­lip­tycz­nych, które two­rzy­ła, i tego, jak Pa­try­cja jest nim za­uro­czo­na, a ra­czej – Oli­wia z sa­tys­fak­cją to wy­czu­wa­ła – o niego za­zdro­sna. A gdy po­pi­ła wię­cej lub po­mi­nę­ła dawkę ta­ble­tek szczę­ścia, za­czy­na­ła opo­wia­dać o sa­mot­no­ści, śmier­ci matki, która przedaw­ko­wa­ła an­ty­de­pre­san­ty, i ojcu, który zde­cy­do­wał się na życie w wir­tu­al­nym świ­cie z pro­jek­cją zmar­łej żony, przez co ona sama nie miała z nim kon­tak­tu od czte­rech lat. Gra­fit słu­chał uważ­nie, cza­sem nawet chwy­tał ją za rękę, dawał się gła­skać, do­le­wał wina, nigdy jed­nak nie sko­men­to­wał jej zwie­rzeń choć­by miauk­nię­ciem. Lecz był przy niej za­wsze, gdy go po­trze­bo­wa­ła. Może nie po­win­na wy­ma­gać od niego zbyt wiele?

Raz zda­rzy­ło się, że wy­szła z nim na spa­cer. Bar­dzo na­le­gał, wie­dział bo­wiem, że sam nie może cho­dzić uli­ca­mi mia­sta – lu­dzie szyb­ko by się nim za­in­te­re­so­wa­li. To była je­dy­na za­sa­da po­sta­wio­na przez Oli­wię i zda­wa­ło się, że wziął ją sobie do serca. Po­ka­za­ła mu więc naj­bliż­szą oko­li­cę, ze­stre­so­wa­na obec­no­ścią nie­licz­nych prze­chod­niów. Każdy, kto za­uwa­żył Gra­fi­ta, robił mu zdję­cia i pytał, czy może do­tknąć „tego prze­ro­śnię­te­go kota”. Ależ na nich war­czał! Mimo to wy­da­wał się nie­zwy­kle za­cie­ka­wio­ny ze­wnętrz­nym świa­tem, w oczach Oli­wii po­nu­rym i strasz­nym, a w jego róż­no­rod­nym, dy­na­micz­nym, peł­nym in­te­re­su­ją­cych pro­jek­cji na każ­dym kroku i im­po­nu­ją­cych, wy­so­kich na około ki­lo­metr bu­dyn­ków.

– Na­stęp­nym razem wyj­dzie­my do­pie­ro w przy­szłym mie­sią­cu – oznaj­mi­ła mu po tym spa­ce­rze, gdy już do­szła do sie­bie. Prze­by­wa­nie po­śród in­nych ludzi za­wsze ją wy­kań­cza­ło. Gra­fit tylko wzru­szył ra­mio­na­mi, po czym usiadł na sofie i jak zwy­kle za­czął prze­glą­dać sieć. Co on tam spraw­dzał? Czy robił coś jesz­cze poza do­da­wa­niem no­wych po­stów na so­cial media i od­po­wia­da­niem na ko­men­ta­rze? Nie miała po­ję­cia. Za­wsze trzy­mał te­le­fon przy sobie, a ostat­ni­mi dnia­mi rzad­ko ko­rzy­stał z ze­wnętrz­ne­go wy­świe­tla­cza.

Cza­sem Oli­wia za­tra­ca­ła się w wir­tu­al­nym świe­cie, mając na oczach gogle VR przez kilka go­dzin z rzędu. Mu­sia­ła nad­ra­biać pracę, szef bo­wiem za­gro­ził jej zwol­nie­niem. Gdy zdej­mo­wa­ła gogle, by­wa­ło, że wpa­da­ła w pa­ni­kę – Gra­fi­ta ni­g­dzie nie było! Szu­ka­ła go po całym miesz­ka­niu, a ten nagle wy­cho­dził z dru­gie­go po­ko­ju jak gdyby nigdy nic, za­spa­ny i zdzi­wio­ny, że go nie za­uwa­ży­ła. Ona była zdzi­wio­na jesz­cze bar­dziej.

Gdy nie mogła za­snąć, za­sta­na­wia­ła się za­zwy­czaj, co dalej. Tempo, w jakim Gra­fit się uczło­wie­czał, było za­wrot­ne. Czy po­win­na pójść do urzę­du i po­pro­sić o nada­nie mu nu­me­ru PESEL? Brzmia­ło to po pro­stu śmiesz­nie! A jed­nak… Co, jeśli Gra­fit nie bę­dzie już chciał z nią miesz­kać? Odej­dzie? Sama myśl o tym, że zo­sta­nie sama, bez niego, spra­wia­ła, że łzy mi­mo­wol­nie pły­nę­ły jej po po­licz­kach. Na razie była to jed­nak zbyt od­le­gła kwe­stia. Poza tym ta­kich jak on wła­ści­wie nie było. Homo Ani­mal? Homo Felis Catus? Nie, lu­dzie nie byli go­to­wi na nowy ga­tu­nek czło­wie­ka. Do­cho­dząc do ta­kie­go wnio­sku, za­pa­da­ła w spo­koj­ny sen, lecz nie wolny od kosz­ma­rów.

*

Trzy mie­sią­ce po wstrzyk­nię­ciu Hu­man­Pet Gra­fit nadal nie wy­po­wie­dział ani słowa.

– Je­ste­śmy naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi, praw­da? – spy­ta­ła go póź­nym po­po­łu­dniem, gdy oglą­da­li film Czar­ny ła­będź. To­wa­rzysz, ubra­ny w szla­frok i z kie­lisz­kiem wina w łapie (ostat­nio po­zwa­la­ła mu na nie­wiel­ką dawkę), przy­tak­nął, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od ekra­nu. – To dla­cze­go nie mó­wisz?

Gra­fit roz­ło­żył bez­rad­nie łapy, omal nie wy­le­wa­jąc wina.

– Bar­dzo chcia­ła­bym z tobą po­roz­ma­wiać.

Ten wes­tchnął i po­kle­pał ją po ple­cach.

– Mo­żesz mi po­wie­dzieć wszyst­ko – prze­czy­tał jego wia­do­mość asy­stent z te­le­fo­nu.

To nie to samo, chcia­ła od­po­wie­dzieć, ale osta­tecz­nie się nie ode­zwa­ła, uśmie­cha­jąc się je­dy­nie z wdzięcz­no­ścią. Nadal mie­wa­ła od­ru­chy, by w ta­kich chwi­lach po­dra­pać go za uchem albo po­gła­skać po gło­wie, wie­dzia­ła jed­nak, że uznał­by to za ob­ra­zę. I tym razem po­wstrzy­ma­ła się, by nie wy­cią­gnąć w jego stro­nę ręki.

Już od dłuż­sze­go czasu my­śla­ła o tym, by za­dzwo­nić do kli­ni­ki i spy­tać, czy to nor­mal­ne, że wciąż nie mówi. Tylko pewna myśl krą­ży­ła jej po gło­wie, skry­wa­na głę­bo­ko, lecz na­wra­ca­ją­ca: póki Gra­fit nie miał głosu, była mu po­trzeb­na. Nic by bez niej nie za­ła­twił. Ale gdyby po­tra­fił mówić, mo­gli­by cho­ciaż po­roz­ma­wiać o tym, co dalej…

Teraz albo nigdy, po­my­śla­ła nie­spo­dzie­wa­nie. Gra­fit był sku­pio­ny na tań­czą­cej Na­ta­lie Port­man.

– Idę do ła­zien­ki – oznaj­mi­ła mu. Nie zwró­cił na nią uwagi.

Po cichu wy­szła przez głów­ne drzwi. Opie­ra­jąc się o ścia­nę na ciem­nym ko­ry­ta­rzu, wy­bra­ła numer do kli­ni­ki. Ledwo przy­ło­ży­ła te­le­fon do ucha, a już usły­sza­ła ko­mu­ni­kat: „Nie ma ta­kie­go nu­me­ru”. Po­czu­ła ukłu­cie lęku w brzu­chu.

– Stacy, wy­szu­kaj mi stro­nę kli­ni­ki For your pet – po­pro­si­ła asy­stent­kę AI.

– Kli­ni­ka For your pet nie ist­nie­je – stwier­dził po paru se­kun­dach głos z te­le­fo­nu. – W sieci nie ma żad­nych in­for­ma­cji na jej temat.

– Że co? – Oli­wii za­czę­ło moc­niej bić serce. – Znajdź in­for­ma­cje na temat Hu­man­Pet.

– Zo­sta­ło wy­co­fa­ne z użyt­ku dwa mie­sią­ce temu przez wzgląd na licz­ne skut­ki ubocz­ne. Nie­któ­re zwie­rzę­ta umie­ra­ły, inne nie po­tra­fi­ły przy­sto­so­wać się do no­we­go życia lub wy­ka­zy­wa­ły au­to­de­struk­cyj­ne za­cho­wa­nia. W sieci znaj­du­je się nie­wie­le in­for­ma­cji na ten temat.

– Czy wszyst­kim zwie­rzę­tom po za­bie­gu coś się stało? – wy­szep­ta­ła Oli­wia.

– Nie, zgod­nie z da­ny­mi na całym świe­cie nadal żyje kil­ka­dzie­siąt zwie­rząt po za­strzy­ku, w tym co naj­mniej trzy w tym wo­je­wódz­twie. Praw­do­po­dob­nie są po dawce z kli­ni­ki For your pet.

– Czyli ist­nie­je szan­sa, że ta kon­kret­na seria Hu­man­Pet była bez­piecz­na?

– Można wy­su­nąć taki wnio­sek.

Oli­wia od­dy­cha­ła cięż­ko. Może je­dy­nym skut­kiem ubocz­nym dla Gra­fi­ta było to, że nie mówi? Po­win­na z nim pójść do we­te­ry­na­rza? Albo do le­ka­rza? Nic mu nie jest? Prze­ży­je?

We­szła z po­wro­tem do miesz­ka­nia. Chcia­ła na­tych­miast po­biec do sa­lo­nu, ale… Czy tylko się jej zda­wa­ło, czy też sły­sza­ła… głos? Wy­ła­niał się nie­mra­wo spo­śród dźwię­ków z te­le­wi­zo­ra. Był dziw­nie skrze­kli­wy, dość cien­ki, ale jed­no­cze­śnie sta­now­czy. Na kilka se­kund Oli­wia po­czu­ła się spa­ra­li­żo­wa­na. To było nie­moż­li­we.

Wresz­cie od­zy­ska­ła pa­no­wa­nie nad cia­łem i szyb­kim kro­kiem ru­szy­ła w stro­nę sa­lo­nu. Z im­pe­tem od­su­nę­ła drzwi.

Gra­fit sie­dział w tej samej co wcze­śniej po­zy­cji na fo­te­lu i oglą­dał jakiś fil­mik na te­le­fo­nie. Spoj­rzał na nią z za­cie­ka­wie­niem. To stąd ten do­dat­ko­wy głos! A ona my­śla­ła… Ręce drża­ły jej mocno, gdy na­le­wa­ła sobie wina.

– Coś się stało? – spy­tał asy­stent z te­le­fo­nu.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku – od­par­ła aż za szyb­ko. – Oglą­da­my dalej?

Jej to­wa­rzysz odło­żył te­le­fon i po­now­nie sku­pił się na fil­mie. Choć Oli­wia czuła nie­po­kój, jed­ne­go była pewna – brak głosu Gra­fi­ta dawał jej po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, że nie bę­dzie sama. I niech tak po­zo­sta­nie.

*

Tej nocy nie mogła za­snąć, pró­bu­jąc zna­leźć po­twier­dzo­ne in­for­ma­cje na temat Hu­man­Pet, nie­ste­ty bez­sku­tecz­nie. Od ja­kie­goś czasu spała na nowej roz­kła­da­nej ka­na­pie w sa­lo­nie. Teraz mieli z Gra­fi­tem od­dziel­ne po­ko­je. Może to i do­brze. By­wa­ło, że się przy nim krę­po­wa­ła. A i jemu po­win­na za­gwa­ran­to­wać nieco pry­wat­no­ści. Fakt, że był pół-ko­tem, pół-czło­wie­kiem, nie­wie­le zmie­niał. Na­le­żał mu się wła­sny kącik.

Zmę­czo­na po­szu­ki­wa­nia­mi, wpa­try­wa­ła się wła­śnie w okno, z któ­re­go było widać ko­lej­ne wy­so­kie bloki i nie­wiel­ki skra­wek nieba. Sierp księ­ży­ca wy­jąt­ko­wo ją uspo­ka­jał, w prze­ci­wień­stwie do tych wszech­obec­nych wie­żow­ców, peł­nych za­mknię­tych w swo­ich miesz­ka­niach ludzi. Nagle jej uwagę mi­mo­wol­nie przy­ku­ła jakaś parka z go­gla­mi VR na oczach, wi­docz­na w prze­ciw­le­głym oknie. Wy­star­czy­ła chwi­la, by Oli­wia zo­rien­to­wa­ła się, że upra­wia­ją seks z gło­wa­mi w ja­kimś wir­tu­al­nym świe­cie. Za­ru­mie­ni­ła się. Sama nigdy z nikim nie była. Przy­naj­mniej nie w realu. Uzna­ła, że czas za­su­nąć ro­le­tę.

Gdy pod­cho­dzi­ła do okna, za­uwa­ży­ła jakiś ruch. Przez se­kun­dę świa­tło z te­le­fo­nu od­bi­ło się w dwóch śle­piach na wy­so­ko­ści pa­ra­pe­tu, żół­tych, prze­ni­kli­wych. Ludz­ko-zwie­rzę­cych. Wrza­snę­ła gło­śno. Zaraz po­świe­ci­ła w tę stro­nę. Ni­ko­go tam nie było. Z tru­dem zro­bi­ła dwa kroki w przód i otwo­rzy­ła okno. Wiatr roz­wiał jej włosy, gdy roz­glą­da­ła się do­oko­ła. Pusto! Do jej uszu do­szedł jed­nak jakiś świst. Nie, gwizd. Gwizd jak w sta­rych fil­mach, gdy męż­czy­zna prze­cho­dził koło atrak­cyj­nej ko­bie­ty. To pew­nie z te­le­wi­zo­ra pię­tro wyżej.

Szyb­ko za­mknę­ła okno i za­su­nę­ła ro­le­ty. Serce biło jej jak osza­la­łe. Może to ta­blet­ki na­sen­ne po­wo­do­wa­ły zwidy?

Ze­stre­so­wa­na, za­sta­na­wia­ła się, czy krzy­kiem obu­dzi­ła Gra­fi­ta. Po­de­szła do jego po­ko­ju na pal­cach. Tyle że nie za­sta­ła go w łóżku. Włą­czy­ła wszyst­kie świa­tła i prze­szu­ka­ła całe miesz­ka­nie, każdy kąt czy skryt­kę – i nic.

Nie ma go, nie ma go, nie ma go!

Atak pa­ni­ki, który nią owład­nął, był jed­nym z naj­więk­szych, jakie kie­dy­kol­wiek prze­ży­ła. I nie chciał prze­cho­dzić. Ledwo dy­sząc, le­ża­ła na pod­ło­dze, pewna, że zaraz umrze. Ucisk w klat­ce pier­sio­wej był ni­czym przy­szpi­la­ją­cy ją do ziemi głaz. Cze­ka­ła, aż silne leki uspo­ka­ja­ją­ce za­czną dzia­łać.

Czy po­win­na wyjść go po­szu­kać? Co, jeśli ktoś go po­rwał? A może na­le­ża­ło za­dzwo­nić na po­li­cję? Nie. Le­piej, by sama się tym za­ję­ła. Tylko zaraz, za chwi­lę…

Po go­dzi­nie za­czę­ła po­wo­li pa­no­wać nad cia­łem i głową. Ulga była nie­sa­mo­wi­ta. Nie umar­ła. Teraz znów li­czył się tylko Gra­fit. Uzna­ła, że jest go­to­wa, by go po­szu­kać. I wła­śnie wtedy ten jak gdyby nigdy nic wszedł do sa­lo­nu.

– O Boże, o Boże! – wo­ła­ła Oli­wia, przy­tu­la­jąc go do sie­bie. Łkała jak małe dziec­ko. – Ty ży­jesz! Co się stało? Gdzie byłeś?

– Ni­g­dzie, ja spa­łem – usły­sza­ła asy­sten­ta. – O co cho­dzi?

Po­czu­cie eu­fo­rii na widok uko­cha­ne­go to­wa­rzy­sza za­czę­ło prze­ra­dzać się w złość. Po tym, co prze­szła… Oli­wia po raz pierw­szy za­czę­ła na niego krzy­czeć.

– Prze­stań kła­mać! Wy­sze­dłeś, nie było cię! Prze­cież wiesz, że nie mo­żesz, do cho­le­ry! Dla­cze­go mi to ro­bisz? Pra­wie po­stra­da­łam zmy­sły!

Trzę­sła się, nie mogąc opa­no­wać emo­cji. Gra­fit naj­pierw wy­ra­ził jawną złość na te krzy­ki. Ale po chwi­li, słu­cha­jąc jej ko­lej­nych skarg, za­czął… chi­cho­tać.

– Co w tym śmiesz­ne­go? – Oli­wia czuła, jak pieką ją po­licz­ki. – Śmie­szy cię, że tak się o cie­bie mar­twię? Wszyst­ko bym dla cie­bie zro­bi­ła, a ty co?

Gra­fit nagle wyjął te­le­fon i włą­czył na­gry­wa­nie, nadal się pod­śmie­wu­jąc.

– Prze­stań! Jak mo­żesz?

Spró­bo­wa­ła wy­rwać mu iPho­ne’a, ale Gra­fit z ła­two­ścią od­sko­czył.

– Od­da­waj! Nie rób! Je­steś… je­steś okrop­ny! Nie­wdzięcz­ny!

Się­gnę­ła znów, krzy­cząc coś bez ładu i skła­du, ale on bawił się do­sko­na­le, ro­biąc uniki i ucie­ka­jąc przed nią ra­do­śnie. Był zwin­ny jak kot i spryt­ny jak czło­wiek. Na­krę­ca­ła się coraz bar­dziej. Łkała i po­msto­wa­ła na prze­mian, czu­jąc, że zaraz tego nie wy­trzy­ma. Nie wie­dząc już, co robi, rzu­ci­ła się w jego stro­nę na oślep. Prze­pa­dła przez wła­sne buty. Ra­miącz­ka ko­szul­ki zsu­nę­ły jej się, ledwo zdą­ży­ła się za­kryć i za­ło­żyć je na nowo. To tylko wy­wo­ła­ło ko­lej­ną salwę chi­cho­tu Gra­fi­ta.

 Tego było już za wiele. Upo­ko­rzo­na, z tru­dem wsta­ła i, ku­le­jąc, za­mknę­ła się w to­a­le­cie. Nie miała nawet siły pła­kać. Czuła cał­ko­wi­cie wy­cień­cze­nie. Nawet nie wie­dzia­ła, kiedy za­snę­ła na zim­nych płyt­kach.

Obu­dzi­ły ją na­tar­czy­we wi­bra­cje te­le­fo­nu. Obo­la­ła, na wpół żywa, zer­k­nę­ła na wy­świe­tlacz. Wia­do­mość od szefa: „Le­piej, żebyś miała dobre wy­tłu­ma­cze­nie, dla­cze­go nie pra­cu­jesz”. Było po­łu­dnie! Ze­rwa­ła się na równe nogi. Już miała od­pi­sać sze­fo­wi, że zła­pa­ła ją jakaś pa­skud­na cho­ro­ba, gdy za­uwa­ży­ła kil­ka­dzie­siąt wia­do­mo­ści.

„Po­trze­bu­jesz le­ka­rza, psy­chol­ko?”.

„Zo­staw Gra­fi­ta w spo­ko­ju, suko!”.

„Jesz­cze raz go tak bę­dziesz nękać, a cię zgło­szę!”.

„Jaka ty je­steś brzyd­ka! Gdzie twoje cycki?”.

„Weź się zabij i zrób Gra­fi­to­wi przy­słu­gę!”.

Wspo­mnie­nia z nocy po­ra­zi­ły ją jak prąd. Ledwo pa­nu­jąc nad od­de­chem, spraw­dzi­ła media Gra­fi­ta. Fil­mik, który wsta­wił, był od­ra­ża­ją­cy. Ona była od­ra­ża­ją­ca. Na­puch­nię­ta od pła­czu, włosy po­tar­ga­ne, zla­tu­ją­ca pi­ża­ma, która zdo­ła­ła od­sło­nić na pół se­kun­dy jej pła­ski biust… Opis fil­mi­ku brzmiał: „Z nią jest coraz go­rzej. Ja boję się o nią. Ja boję się jej”.

Usu­nąć to. Na­tych­miast!

Oli­wia nadal miała do­stęp do kont Gra­fi­ta. Nie cze­ka­jąc ani se­kun­dy dłu­żej, spró­bo­wa­ła się za­lo­go­wać. Wy­sko­czy­ła in­for­ma­cja o nie­po­praw­nym haśle. Zmie­nił je. Zmie­nił!

Cho­ciaż ciem­nia­ło jej przed ocza­mi, wy­bie­gła z to­a­le­ty, wo­ła­jąc Gra­fi­ta po imie­niu. Głos jej drżał, był za­chryp­nię­ty, ale pełen gnie­wu i roz­pa­czy, ja­kich jesz­cze w życiu nie za­zna­ła.

Tyle że i teraz nie było go w miesz­ka­niu.

Ko­lej­ny po­tęż­ny atak pa­ni­ki skoń­czył się wy­mio­ta­mi. To było nie do wy­trzy­ma­nia.

Chcia­ła umrzeć.

Po dwóch go­dzi­nach za­czę­ła do­cho­dzić do sie­bie. Teraz le­ża­ła spo­koj­nie, wpa­tru­jąc się pu­stym wzro­kiem w sufit. Wszyst­ko za­czy­na­ło tra­cić sens. Jak on mógł? Prze­cież byli naj­lep­szy­mi przy­ja­ciół­mi… Czy to wszyst­ko wy­da­rzy­ło się na­praw­dę? Gdzie on był?

Ma­rzy­ła tylko o tym, by przy­szedł i ją prze­pro­sił. By wszyst­ko wró­ci­ło do normy. Po­roz­ma­wia­ją, wy­ja­śnią to sobie, po­sta­wią gra­ni­ce. Bez niego była nikim. Żaden z jej zna­jo­mych nie sta­nął w jej obro­nie. Tylko Pa­try­cja spy­ta­ła w wia­do­mo­ści pry­wat­nej, co ta­kie­go się stało, że od­sta­wi­ła takie cyrki w sto­sun­ku do słod­kie­go Gra­fit­ka. Oli­wia wsty­dzi­ła się wy­znać jej praw­dę. Zresz­tą, co by miała po­wie­dzieć? Że jest uza­leż­nio­na od Gra­fi­ta? Że nie po­tra­fi już trzy­mać go w ry­zach? Że się boi, bo Hu­man­Pet może po­wo­do­wać nie­zna­ne skut­ki ubocz­ne?

Gra­fit wró­cił przed pół­no­cą. Za­ta­czał się. Oli­wia ze zgro­zą po­my­śla­ła, że coś mu się stało. Szyb­ko jed­nak zo­rien­to­wa­ła się, że jest po pro­stu pi­ja­ny. Już od progu za­ję­ty był pi­sa­niem wia­do­mo­ści na te­le­fo­nie. Sama nie wie­dzia­ła, czy chce na niego na­wrzesz­czeć, czy przy­tu­lić się do niego z ulgą. Była nie­sa­mo­wi­cie zmę­czo­na i chyba miała go­rącz­kę. Po chwi­li usły­sza­ła wia­do­mość:

– Ja byłem nie­do­bra. Ale. Ja się zde­ner­wo­wał. Em. Ty nie po­win­naś tak. Mmnie kon­tro­lo­wać? Ja umiem! Sobie po­ra­dzić. Ja je­stem duży. Ty. Je­steś nie­do­bra! Też! Zgda?

Oli­wia ledwo zro­zu­mia­ła, o co mu cho­dzi. Zdu­si­ła w sobie złość. Mętne oczy Gra­fi­ta wi­ro­wa­ły po jej ciele, a on sam kiwał się na prawo i lewo, ocze­ku­jąc re­ak­cji. Czuła się winna. Chyba tro­chę wy­ol­brzy­mi­ła spra­wę. To ona do­pro­wa­dzi­ła go do ta­kie­go stanu.

– Wiem, prze­sa­dzi­łam – ode­zwa­ła się w końcu słabo. – Prze­pra­szam. To przez to, że tak cię ko­cham i tak się o cie­bie boję. Wiem, że już je­steś duży. – Gra­fit uśmiech­nął się na te słowa. Wes­tchnę­ła i do­da­ła mniej pew­nie, niż by chcia­ła: – Ale nie mo­żesz mnie tak trak­to­wać. I nie mo­żesz wsta­wiać ta­kich na­grań do in­ter­ne­tu. To jest złe. Nawet nie wiesz, jaką przy­krość mi spra­wi­łeś. Usuń ten fil­mik i wtedy bę­dzie zgoda.

Gra­fi­to­wi mina zrze­dła, za­ci­snął nawet pię­ści. Oli­wia po­czu­ła lęk. Co, jeśli znów za­cznie ją na­gry­wać? Co, jeśli…? Ten jed­nak jakby się opa­mię­tał i po­ki­wał głową na znak, że ro­zu­mie. Uff.

– A teraz chodź, po­mo­gę ci się ogar­nąć. Nie mo­żesz pić. I nie mo­żesz tak wy­cho­dzić. Mu­si­my o tym jutro po­roz­ma­wiać. Gdzie ty zna­la­złeś al­ko­hol, co?

Nim zdą­ży­ła się do­wie­dzieć, Gra­fit usnął.

*

Ko­lej­ne dwa ty­go­dnie Oli­wia czuła się źle, jed­nak miała tak dużo pracy – pre­mie­ra no­we­go wir­tu­al­ne­go świa­ta po­sta­po­ka­lip­tycz­ne­go zbli­ża­ła się nie­uchron­nie – że nie mogła wziąć L4. Ledwo udało jej się wy­łgać z ostat­niej nie­obec­no­ści. Praca szła wolno, błędy na­ra­sta­ły i osiem go­dzin prze­cią­ga­ło się do czter­na­stu. Two­rzy­ła wła­śnie po­pro­mien­ne be­stie, ła­piąc się na tym, że mają albo kocie twa­rze, albo żółte śle­pia. Wpy­cha­ła w sie­bie różne ta­blet­ki – za­rów­no te na głowę, jak i prze­ciw­go­rącz­ko­we, o któ­rych po­sia­da­niu nawet nie pa­mię­ta­ła. Cza­sem dzień mylił jej się z nocą, noc z dniem, a świat wir­tu­al­ny ze świa­tem rze­czy­wi­stym.

Gra­fit na­to­miast za­czął się uspo­ka­jać. Ba, to mało po­wie­dzia­ne. Stał się grzecz­ny jak anio­łek. Usta­li­ła z nim, że będą wy­cho­dzić wspól­nie raz na ty­dzień, oczy­wi­ście gdy już wy­zdro­wie­je. Przy­stał na to od razu, co nieco ją zdzi­wi­ło, ale i ucie­szy­ło – może na­resz­cie do­rósł do tego, by zro­zu­mieć, że to wszyst­ko dla jego dobra. Co wię­cej, wy­glą­da­ło na to, że chce zre­kom­pen­so­wać złe za­cho­wa­nie – już trze­ci dzień z rzędu ugo­to­wał obiad, może nie ide­al­ny, ale li­czy­ły się chęci. Nawet w sprzą­ta­niu ją wy­rę­czał. To było wręcz nie­sa­mo­wi­te. Oli­wia wie­rzy­ła, że wszyst­ko się w końcu ułoży.

Iry­to­wa­ło ją je­dy­nie, że Gra­fit do­ku­men­tu­je ich życie w me­diach. Cza­sem robił sobie z nią sel­fie, gdy le­ża­ła zmar­no­wa­na na ka­na­pie. Za­zwy­czaj zga­dza­ła się, by dodał zdję­cie (od ostat­nie­go in­cy­den­tu za­wsze ją pytał), jed­nak póź­niej czy­ta­ła opisy w stylu: „Ona chora. Jest z nią coraz go­rzej. Ale ja jej po­ma­gam”. Mimo że tam­ten nie­szczę­sny fil­mik zo­stał usu­nię­ty, setki ob­ser­wa­to­rów pa­mię­ta­ły o nim do­sko­na­le. Czy­ta­ła ko­men­ta­rze w stylu: „Dla mnie ona jest już skoń­czo­na” czy „Zaraz jej od­bi­je na dobre i bę­dzie świę­ty spo­kój”.

– Gra­fit, je­steś taki przy­stoj­ny, może wró­cisz do do­da­wa­nia swo­ich zdjęć? – spy­ta­ła go w końcu, gdy jedli na ko­la­cję przy­go­to­wa­ne­go przez niego tuń­czy­ka z ma­ka­ro­nem (twar­da­wym, ale to bez zna­cze­nia). Ona wła­ści­wie tylko dłu­ba­ła w je­dze­niu. Nie miała ape­ty­tu.

Gra­fit odło­żył wi­de­lec, prze­wra­ca­jąc ocza­mi.

– Ty na­praw­dę przej­mu­jesz się ko­men­ta­rza­mi? – mówił asy­stent. – Ja myślę, że to dzie­cin­ne. Mi na tobie za­le­ży, dla­te­go cie­bie do­da­ję. Ty je­steś ładna.

Za­ru­mie­ni­ła się.

– Dzię­ku­ję – bąk­nę­ła, nie pa­trząc mu w oczy. – Ale lu­dzie mnie nie cier­pią. Nie chcę być po­śmie­wi­skiem.

– Ja my­śla­łem, że po tym, co ja dla cie­bie robię, ty bę­dziesz dla mnie mil­sza. Ja lubię do­da­wać cie­bie. Ale ja ro­zu­miem. Ja już prze­sta­nę, skoro ty tak to prze­ży­wasz.

Oli­wia wes­tchnę­ła. Cała drża­ła; go­rącz­ka da­wa­ła jej się we znaki. Może fak­tycz­nie po­win­na być mu bar­dziej wdzięcz­na. Ale te ko­men­ta­rze… Spu­ści­ła głowę, nie od­po­wia­da­jąc.

Gra­fit wstał od stołu – był już nie­mal jej wzro­stu – i nie­ocze­ki­wa­nie objął ją od tyłu mocno, długo. Po chwi­li po­ło­żył ła­po-rę­kę na czole.

– Ty je­steś roz­pa­lo­na. Ty chodź się po­ło­żyć.

Zgo­dzi­ła się. Gra­fit od­pro­wa­dził ją na ka­na­pę i przy­krył kocem, a potem przy­niósł szklan­kę wody i podał leki, które łyk­nę­ła au­to­ma­tycz­nie. Na ko­niec po­gła­skał ją po wło­sach i… po­ca­ło­wał w czu­bek głowy. Ze­sztyw­nia­ła. Nie wie­dząc, jak za­re­ago­wać, po­sła­ła mu wdzięcz­ny uśmiech.

– Ty śpij do­brze – po­wie­dział asy­stent, po czym Gra­fit zga­sił świa­tło i wy­szedł z sa­lo­nu. Pięć minut póź­niej Oli­wia była pewna, że usły­sza­ła dźwięk za­my­ka­nych drzwi do miesz­ka­nia. Za­snę­ła, nim zdo­ła­ła zmu­sić się, by to spraw­dzić.

A może nie za­snę­ła?

Pa­trzy­ła wła­śnie na księ­życ za­glą­da­ją­cy na nią przez okno. Był pięk­ny. Taki sa­mot­ny, a jed­nak do­ce­nia­ny przez mi­liar­dy… Obraz znów zmą­ci­ła jej ta parka. Pró­bo­wa­li się ca­ło­wać, ale gogle VR im to unie­moż­li­wia­ły. Zaraz, zaraz, czy męż­czy­zna nie był cza­sem jej ojcem? Ojcem, który wy­naj­mu­je pro­sty­tut­ki, a sam pa­trzy w oczy pro­jek­cji swo­jej żony? Oli­wia za­ci­snę­ła pię­ści. Prze­tar­ła oczy. Nie, to tylko są­siad.

Usły­sza­ła gwizd. Jej wzrok za­trzy­mał się w oko­li­cy pa­ra­pe­tu. Oczy, żółte, te same co wtedy. Ga­pi­ły się na nią bez­czel­nie. Oli­wia scho­wa­ła się pod kocem. Dresz­cze wstrzą­sa­ły jej cia­łem. To ha­lu­cy­na­cje, po­wta­rza­ła sobie, to tylko ha­lu­cy­na­cje.

Dźwięk otwie­ra­ne­go okna spra­wił, że pa­ni­ka za­czę­ła przej­mo­wać nad nią kon­tro­lę. Wstrzy­ma­ła od­dech i wyj­rza­ła zza koca, bojąc się, co za­sta­nie. Pusto. Okno było za­mknię­te. Ode­tchnę­ła z ulgą i od­wró­ci­ła się na drugi bok.

Za­mar­ła.

Za­ro­pia­łe, żółte śle­pia znaj­do­wa­ły się parę cen­ty­me­trów od jej twa­rzy. To był bul­te­rier. Czło­wie­ko-pies. O Boże. O Boże.

Sie­dział po tu­rec­ku, w brud­nej ko­szul­ce i dziu­ra­wych spodniach. Śmier­dzia­ło od niego śmiet­ni­kiem i al­ko­ho­lem.

– Ład­niut­ka je­steś, tro­chę za chuda – po­wie­dział prze­dziw­nym gło­sem, głę­bo­kim, szorst­kim, lekko za­chryp­nię­tym. – Ale miesz­kan­ko masz fajne, kotku. A może ra­czej: ko­ci­co. Wi­dzia­łem, jak pa­trzysz na tych dwóch. No, no. – Bul­te­rier za­śmiał się szcze­kli­wie. A potem ła­po-rę­ką do­tknął jej roz­pa­lo­ne­go po­licz­ka.

Oli­wia wresz­cie od­zy­ska­ła głos i zro­bi­ła je­dy­ne, co w tej chwi­li przy­cho­dzi­ło jej do głowy.

– Gra­aafiiiit! Po­oomo­oocy­yy!

– Och, ci­chut­ko, pu­pil­ku, prze­cież ty ma­ja­czysz. – Bul­te­rier za­krył jej usta. – Poza tym on ci nie po­mo­że, za­ję­ty jest uga­nia­niem się za tą rag­dol­l­ką. To mój kum­pel, nie miał­by nic prze­ciw­ko, chyba ro­zu­miesz… – Drugą ręką od­su­nął ko­smyk wło­sów kle­ją­cych się do jej czoła. – Chy­tre z niego ko­ci­sko. W końcu to on to wszyst­ko uknuł. Ale beze mnie ni­cze­go by nie osią­gnął, mówię ci. On jest jesz­cze za młody. Nie ro­zu­mie, jak dzia­ła świat i jak za­ła­twiać to i owo. Roz­pu­ści­łaś go, wiesz? Mnie też roz­pu­ścisz?

Bul­te­rier dwoił się przed ocza­mi, a jego słowa ledwo do niej do­cho­dzi­ły. Nie mogła się po­ru­szyć ze stra­chu. Za­czął od­su­wać koc, któ­re­go tak kur­czo­wo się trzy­ma­ła.

Wtedy usły­sza­ła dźwięk otwie­ra­nych drzwi. Bul­te­rier wark­nął ze zło­ścią.

– Jesz­cze bę­dzie­my mieć oka­zję, o to się nie martw, ko­ci­co – po­wie­dział, wsta­jąc. Oli­wia ni­czym przez mgłę wi­dzia­ła, jak pod­cho­dzi do okna i spraw­nie wy­do­sta­je się na ze­wnątrz. W mo­men­cie gdy znik­nął, do po­ko­ju wpa­ro­wał Gra­fit.

Za­czę­ła szlo­chać spa­zma­tycz­nie. Gra­fit zaraz się przy niej zna­lazł.

– Był tu… ten… wstręt­ny pies – wy­du­ka­ła. – To… to twoja wina! Coś ty na­ro­bił? – Gra­fit po­ło­żył jej rękę na gło­wie, ale ode­pchnę­ła go gwał­tow­nie. – Nie do­ty­kaj mnie! Co chcesz mi zro­bić? Co knu­jesz z tym psi­skiem? – Oli­wia mru­gnę­ła dwa razy. Unio­sła brwi. Ko­bie­ta-rag­doll stała tuż za ple­ca­mi Gra­fi­ta. – To ona! Do niej teraz wy­cho­dzisz, co? Czego jesz­cze nie wiem?!

Nie mogła się uspo­ko­ić ani zła­pać od­de­chu. Ból roz­ry­wał jej głowę. Nie, to nie była ko­bie­ta-kot, tylko jej matka! Z sze­ro­kim uśmie­chem ły­ka­ła ta­blet­ki, jedna za drugą, pew­nie pa­trząc jej w oczy. Ty też tak mo­żesz, mó­wi­ła. Jak na razie świet­nie ci idzie.

Nawet nie wie­dzia­ła, kiedy sama po­pi­ła po­da­ny przez Gra­fi­ta lek. To wszyst­ko ci się przy­wi­dzia­ło, mówił do niej głos asy­sten­ta, masz bar­dzo wy­so­ką go­rącz­kę, je­steś cięż­ko chora.

– Nie, nie, nie – wy­sa­pa­ła. – To nie­praw­da. Już po mnie! – Za­mknę­ła oczy. – Mamo, jak mo­głaś mnie zo­sta­wić, tak bez słowa, co? A ty, tato? Masz gdzieś, że twoja córka umie­ra! Że wy­kań­cza ją wła­sny kot! O nie… To znów ten pies! Gra­fit, weź go, pro­szę…

Na widok żół­tych ślepi w oknie skry­ła się pod kocem. Była skraj­nie wy­czer­pa­na i chyba za­czy­na­ła już od­pły­wać. Po­czu­ła, że Gra­fit kła­dzie się koło niej. Objął ją jedną ręką, a drugą za­czął gła­skać po wło­sach, po ple­cach, po brzu­chu… Jak kota. Jak zwie­rząt­ko. Jak swoją wła­sność.

– Wszyst­ko się ułoży, ko­cha­na. – Czy jej się zda­wa­ło, czy wła­śnie do jej uszu do­tarł głos Gra­fi­ta, lekko skrze­kli­wy, ale tak ko­ją­cy…? – Ty się mę­czysz, ty masz złe życie, ty je­steś chora. Ja zro­bił­bym dla cie­bie wszyst­ko. I ja zro­bię. Ja będę szczę­śli­wy. I ty bę­dziesz szczę­śli­wa. My bę­dzie­my…

Ostat­nie­go zda­nia już nie usły­sza­ła. Lub nie zdą­ży­ła go sobie wy­obra­zić. Od­pły­nę­ła. 

*

To, co dzia­ło się potem, pa­mię­ta­ła jak przez mgłę. Ko­ja­rzy­ła SMS-a od szefa, który in­for­mo­wał ją o zwol­nie­niu. Ko­ja­rzy­ła, że Gra­fit kar­mił ją i kazał po­pi­jać ta­blet­ki. Ko­ja­rzy­ła, że miała na­pa­dy szału, ataki pa­ni­ki. I że Gra­fit ją wtedy na­gry­wał. Ale potem od­kła­dał te­le­fon i ją uspo­ka­jał, gła­skał, przy­tu­lał. A ona na mo­ment za­po­mi­na­ła o wszyst­kim, co złe. Było jej tak do­brze… Nie mu­sia­ła się ni­czym przej­mo­wać.

Ko­ja­rzy­ła też, że bul­te­rier leżał koło niej. Ko­ja­rzy­ła, że na­wie­dza­ły ją na­pro­mie­nio­wa­ne be­stie ze świa­ta po­sta­po­ka­lip­tycz­ne­go, świa­ta, który sama two­rzy­ła. Be­stie miały twa­rze Gra­fi­ta i bul­te­rie­ra z ludz­ki­mi cia­ła­mi, inne zaś twa­rze jej ro­dzi­ców z cia­ła­mi zwie­rzę­cy­mi. Każda jedna chcia­ła ją za­mor­do­wać.

Za­czy­na­ła ro­zu­mieć ojca. Naj­chęt­niej sama za­ło­ży­ła­by teraz gogle i na za­wsze za­mknę­ła się w świe­cie z daw­nym Gra­fi­tem, zwy­kłym kotem, z któ­rym była szczę­śli­wa.

Za­czy­na­ła też ro­zu­mieć matkę. Jeśli jej życie miało tak wy­glą­dać, wo­la­ła­by już łyk­nąć stos ta­ble­tek. Od­pły­nąć w ni­cość i za­po­mnieć o bólu.

Nikt by za nią nie tę­sk­nił.

Nikt.

*

Obu­dzi­ła się, prze­mę­czo­na do gra­nic moż­li­wo­ści. Ale nie tak, jak dzie­siąt­ki ostat­nich razy. Tym razem obu­dzi­ła się świa­do­ma. Nie sły­sza­ła Gra­fi­ta – pew­nie wy­szedł. Kiedy ostat­nio wzię­ła lek? Lek… a może tru­ci­znę?

Wresz­cie do jej świa­do­mo­ści po­wo­li za­czę­ły do­cho­dzić fakty, które z tru­dem przyj­mo­wa­ła. Utra­ta pracy zda­wa­ła się naj­mniej­szym pro­ble­mem. Była w nie­bez­pie­czeń­stwie. Nie miała po­ję­cia, co pla­nu­je Gra­fit i jak wiele jej się przy­wi­dzia­ło, ale mo­gła­by przy­siąc, że bul­te­rier był praw­dzi­wy. Wy­star­czył też rzut oka na media Gra­fi­ta. Szloch wstrzą­snął nią, gdy zo­ba­czy­ła swoją bladą twarz i pod­krą­żo­ne oczy wy­ra­ża­ją­ce obłęd, gdy usły­sza­ła wła­sne krzy­ki. Kto­kol­wiek na nią spoj­rzał, mógł wy­su­nąć tylko jeden wnio­sek – była sza­lo­na.

„Co ci się dzie­je, ko­bie­to? Pomóc ci jakoś?” – py­ta­ła ją kil­ku­krot­nie Pa­try­cja.

Zdra­da Gra­fi­ta ude­rzy­ła w nią nagle z taką siłą, że za­wi­nę­ła się w koc i za­czę­ła wrzesz­czeć z nie­mo­cy, do­pó­ki gar­dło nie od­mó­wi­ło jej po­słu­szeń­stwa.

Lęk, mdło­ści, ból brzu­cha, ko­ła­ta­nie serca, skraj­ne wy­czer­pa­nie – wszyst­ko to unie­moż­li­wia­ło jej trzeź­we my­śle­nie. Nie mogła jed­nak wziąć ta­ble­tek. Nie miała po­ję­cia, czy Gra­fit nie pod­mie­nił opa­ko­wań.

Stra­ci­ła pracę, za­czę­ła po­pa­dać w sza­leń­stwo, dała się prze­chy­trzyć i otu­ma­nić wła­sne­mu kotu, wie­rząc, że nie mówi i że ni­cze­go bez niej nie zrobi. Czy mogło być go­rzej?

Była piąta rano. Po­win­na za­dzwo­nić do le­ka­rza? A może na po­li­cję? Tylko jak co­kol­wiek udo­wod­ni? Wezmą ją za wa­riat­kę. Je­dy­nie Pa­try­cja mo­gła­by ją zro­zu­mieć. Bo kto inny? Ale mu­sia­ła tu przyjść. Przez te­le­fon jej nie uwie­rzy.

Trza­snę­ły drzwi wej­ścio­we. Wró­cił.

Trzę­są­cy­mi się dłoń­mi chwy­ci­ła te­le­fon. Dwa pro­cent ba­te­rii. Szyb­ko, szyb­ko! Wy­szu­ka­ła kon­takt. Na­ci­snę­ła ikon­kę wia­do­mo­ści. Drzwi do sa­lo­nu jed­nak już się od­chy­la­ły.

Oli­wia na­tych­miast udała, że śpi. Chwi­lę póź­niej po­czu­ła ugi­na­nie się ka­na­py. Gra­fit siadł obok niej. Cisza się prze­dłu­ża­ła, aż w końcu usły­sza­ła szept. Jego szept.

– Ja to robię dla two­je­go dobra. Ja będę się tobą opie­ko­wał. A oni będą dla cie­bie mili, obie­cu­ję.

Oli­wia za­drża­ła. Parę se­kund póź­niej po­czu­ła cią­gnię­cie za ramię. Gra­fit po­da­wał jej ta­blet­kę i wodę do po­pi­cia. Udała, że pa­trzy nie­wi­dzą­cym wzro­kiem do­oko­ła, że nie wie, co się dzie­je. I udała, że po­pi­ja. Gra­fit po­gła­skał ją po gło­wie.

– Muszę się wy­ką­pać – po­wie­dzia­ła cicho. Muszę na­pi­sać Pa­try­cji, do­da­ła w my­ślach. Muszę, teraz, zaraz!

– Ja po­mo­gę ci. – To był głos asy­sten­ta. Że też nadal chcia­ło mu się uda­wać.

– Dzię­ku­ję, po­ra­dzę sobie.

Gra­fi­to­wi wy­raź­nie się to nie spodo­ba­ło. Mimo to przy­tak­nął. Zanim od­su­nę­ła koc, szyb­ko scho­wa­ła te­le­fon do kie­sze­ni. Gra­fit po­mógł jej wstać. Był czuły, de­li­kat­ny, ko­cha­ny. Oczy jej się za­szkli­ły. To nie­moż­li­we, że knuł za jej ple­ca­mi. Nie­moż­li­we! Tyle razem prze­szli. Była dla niego taka dobra. A jed­nak…

Po­czła­pa­ła do ła­zien­ki z Gra­fi­tem, który za­trzy­mał się przed drzwia­mi, pa­trząc na nią uważ­nie. I wtedy wła­śnie wtedy te­le­fon za­wi­bro­wał od ja­kie­goś po­wia­do­mie­nia. W oczach Gra­fi­ta po­ja­wi­ło się zro­zu­mie­nie. Za­trza­snę­ła drzwi, zanim zdą­żył co­kol­wiek zro­bić, i prze­krę­ci­ła klucz.

Te­le­fon w dłoni. Nie ma na co cze­kać. Wy­bie­ra­nie nu­me­ru.

– Ja… ja mówię. Ty mi otwórz. – Gra­fit mówi swoim gło­sem. – My po­roz­ma­wiaj­my w końcu, tak jak za­wsze chcia­łaś.

Pierw­szy sy­gnał, drugi, ko­lej­ny, roz­łą­cze­nie. Po­no­wie­nie po­łą­cze­nia.

– Ja tyle dla cie­bie robię, opie­ku­ję się tobą…

– Od­bierz to w końcu! – wy­rwa­ło się Oli­wii.

Strasz­li­wy wrzask po­łą­czo­ny z miauk­nię­ciem i sy­kiem do­tarł do jej uszu. A potem usły­sza­ła wa­le­nie w drzwi.

– Ty mi otwórz, otwórz mi!

SMS: „Sorry, nie mogę roz­ma­wiać. Co się z tobą dzie­je?”. Jeden pro­cent ba­te­rii.

Szar­pa­nie drzwia­mi. Miau­kli­we wrza­ski.

„Po­mo­cy! Przyjdź do mnie! Szyb­ko!”. Wy­sy­ła­nie.

– Ty nie wiesz, co ro­bisz! Oni zaraz tu będą!

Te­le­fon się wy­łą­czył. Czy SMS do­szedł? Oli­wia nie mogła od­dy­chać.

– Alarm. Trze­ba roz­po­cząć akcję. Wy tu bądź­cie jak naj­szyb­ciej.

Słowa Gra­fi­ta były skie­ro­wa­ne do kogoś in­ne­go. Oli­wia była pewna, że cho­dzi o bul­te­rie­ra, może też o tego rag­dol­la. Co pla­no­wa­li? Serce wa­li­ło jej jak mło­tem. Okno. Dla­cze­go w tej cho­ler­nej ła­zien­ce nie ma okna?!

– Ty mi nie ufasz! – Znów wa­le­nie w drzwi. – Ty wszyst­ko ze­psu­łaś! Teraz ja nie wiem, co bę­dzie! Teraz to się dzie­je za szyb­ko! Źle, źle!

Oli­wia za­czę­ła szu­kać cze­goś ostre­go, cze­go­kol­wiek. Je­dy­ne, co wy­da­ło się jej sen­sow­ne, to małe no­życz­ki do pa­znok­ci. Chwy­ci­ła je kur­czo­wo.

Krzy­ki Gra­fi­ta były nie do znie­sie­nia. Sku­li­ła się pod prysz­ni­cem i za­tka­ła uszy. To się nie dzie­je na­praw­dę. To się nie dzie­je na­praw­dę. Ki­wa­ła się w przód i w tył, cią­gle, cią­gle, cią­gle, cze­ka­jąc na naj­gor­sze. A może by tak roz­wa­lić głowę o me­ta­lo­wy kurek i w ten spo­sób oszczę­dzić sobie cier­pie­nia?

Wtedy usły­sza­ła dwa razy gło­śniej­sze ło­mo­ta­nie o drzwi. Łup. Łup.

– Mała ko­ci­ca skry­ła się w swoim bez­piecz­nym pu­deł­ku?

To był bul­te­rier.

Łup. Łup.

Za­wia­sy pu­ści­ły.

Gwizd.

Czło­wie­ko-pies sta­nął nad nią i za­cmo­kał z nie­za­do­wo­le­niem.

– Ład­nie to tak cho­wać się przed go­ść­mi?

Oli­wia z wrza­skiem rzu­ci­ła się na niego, pró­bu­jąc tra­fić swoją pry­mi­tyw­ną bro­nią w jego pysk. A potem ko­lej­ne łup, tym razem w jej głowę. I czerń.

*

– …to nie­bez­piecz­ne, serum jest jesz­cze nie­skoń­czo­ne. – Do jej uszu do­tarł nie­wy­raź­ny obcy głos. A może nie obcy?

– Stul gębę i wstrzy­kuj. Za­słu­ży­ła sobie na to. – To był bul­te­rier.

– No pro­szę, księż­nicz­ka za­czy­na się bu­dzić.

Dam­ski, ja­do­wi­ty głos. Oli­wia z tru­dem otwo­rzy­ła oczy, a ostry ból prze­szył jej głowę. Jęk­nę­ła prze­cią­gle. Zaraz rzu­cił się jej w oczy biały rag­doll. Ko­ci­ca. Pięk­na i prze­ra­ża­ją­ca za­ra­zem. Oli­wia chcia­ła się po­ru­szyć, ale ręce miała przy­wią­za­ne do ramy łóżka. O Boże. O Boże.

– Czy ją to bę­dzie bo­la­ło?

Tym razem Gra­fit. Stał przy ko­ci­cy. Spoj­rzał na Oli­wię ze smut­nym, ale po­błaż­li­wym uśmie­chem. Tak jakby chciał po­wie­dzieć: już do­brze, wy­ba­czam ci twój wy­bryk, a teraz mi za­ufaj.

– Nie, uśpi­my ją. Może to po­trwać kilka go­dzin, zanim się wy­bu­dzi. Ale…

Oli­wia otwo­rzy­ła sze­rzej oczy. To mówił łysy pra­cow­nik w oku­la­rach z kli­ni­ki For your pet, wy­stra­szo­ny i za­wsty­dzo­ny. Zła­pał jej wzrok.

– Zmu­si­li mnie do tego! – za­czął się go­rącz­ko­wo tłu­ma­czyć. – Po­wie­dzie­li, że wy­da­dzą nas i nasze eks­pe­ry­men­tal­ne ba­da­nia rzą­do­wi, jeśli nie stwo­rzę dla nich serum, a wcze­śniej po­ła­mią kości i…

– I ode­rwą palce. – Ko­lej­ny czło­wie­ko-pies, pit bull. Niski, umię­śnio­ny. Strasz­ny. Bul­te­rier, z piwem w ręku, za­śmiał się szcze­kli­wie.

– Ja­kie­go… serum? – zdo­ła­ła wy­du­kać Oli­wia. Gula w gar­dle uro­sła do nie­bo­tycz­nych roz­mia­rów i spra­wia­ła, że po­wie­trze nie do­cho­dzi­ło do płuc.

– Jak to: ja­kie­go? Ta­kie­go… na od­mia­nę. Teraz ty sta­niesz się kot­kiem, kotku – oznaj­mił z dumą bul­te­rier. – To zna­czy: bied­ną, chorą dziew­czy­ną, którą zaj­mu­je się grupa tro­skli­wych hy­bryd. To chyba jasne, co? No, dalej, dok­tor­ku, bo zaraz nam tu kit­nie i wszyst­kie plany na nic. Na kogo bę­dzie konto ban­ko­we?

Serce Oli­wii zna­la­zło się w gar­dle, swoim bi­ciem na­cie­ra­jąc na gulę.

– Gra… Gra­fit… bła­gam – szep­ta­ła. – Nie po­zwól im…

– Ojej, ojej, dama chce, by czar­ny ry­cerz ją ura­to­wał. – Ko­bie­ta-rag­doll za­chi­cho­ta­ła.

– Ty bę­dziesz szczę­śli­wa i ja będę szczę­śli­wy – od­parł na to Gra­fit, siląc się na spo­kój. – My bę­dzie­my szczę­śli­wi. Ja wiem, że tego chcesz.

– Prze­my­śl­cie to, zwie­rza­ki, serum jest nie­do­koń­czo… – za­czął raz jesz­cze łysy pra­cow­nik, ale pit bull wal­nął go w brzuch. To wy­star­czy­ło, by bez słowa wyjął z wa­liz­ki sprzęt me­dycz­ny.

– Po­mo­cy! Po­mo­cy! – wrzesz­cza­ła Oli­wia roz­pacz­li­wie. Czuła, że wła­śnie sika ze stra­chu. Pit bull zbli­żył się z pię­ścią i do niej.

– Ty ją zo­staw – wark­nął Gra­fit. – Ona zaraz zro­zu­mie, jaką przy­słu­gę dla niej robię. Tak jak ja zro­zu­mia­łem, co ona zro­bi­ła dla mnie.

– Nu­dziarz. Po­pra­cu­je­my nad tym – ode­zwa­ła się słod­kim gło­sem ko­bie­ta-rag­doll.

Łysy na­uko­wiec już pod­cho­dził do Oli­wii.

– Gra­fit, ja nie chcę, bła­gam! – po­wta­rza­ła, szar­piąc się jak osza­la­ła. – Nie rób mi tego! Zro­bię dla cie­bie wszyst­ko! Nie chcę, nie chcę!

– Ja też nie chcia­łem. Ale wszyst­ko się ułoży, ko­cha­na – szep­nął Gra­fit.

A potem ukłu­cie – i za­nie­po­ko­jo­na twarz Gra­fi­ta za­czę­ła się roz­ma­zy­wać.

*

Oli­wia czuła się bar­dzo senna. Otwie­ra­nie po­wiek spra­wia­ło jej wiele bólu. A jed­nak to zro­bi­ła, po­wo­li. Nad nią stała Pa­try­cja z pełną wąt­pli­wo­ści miną na pu­co­ło­wa­tej twa­rzy.

– Oli­wia, ży­jesz? Co się dzie­je?

Oli­wia spo­glą­da­ła na nią, ale nie mogła się ode­zwać. Wspo­mnie­nia za­czę­ły na­pły­wać do głowy.

– Ten twój kot – kon­ty­nu­owa­ła nie­pew­nie Pa­try­cja – czy tam czło­wiek, mówi, że zwa­rio­wa­łaś i że le­karz nie mógł nic zro­bić. Że się tobą zaj­mie, on i te inne zwie­rzę­ta. Że ja też mogę wpa­dać. Ponoć po­wta­rza­łaś, że nie chcesz iść do psy­chia­try­ka. Czy to praw­da?

Oli­wia nadal mil­cza­ła. Czuła się, jakby mgła opla­ta­ła jej umysł. Spró­bo­wa­ła otwo­rzyć usta, ale z jej gar­dła wy­do­był się skrzek. Za­uwa­ży­ła gdzieś z tyłu zmar­twio­ne­go Gra­fi­ta.

 – Boże, Oli­wia. Co ci się stało. Czemu wcze­śniej nie mó­wi­łaś, że coś nie gra? Te fil­mi­ki Gra­fi­ta były nie­po­ko­ją­ce, ale żeby aż tak? Miał rację… Bied­ny kot, co on tu mu­siał z tobą przejść. Nawet oczy masz ja­kieś nie­swo­je.

Oli­wia nie była w sta­nie wy­do­być z sie­bie choć­by słowa. Myśli umy­ka­ły jej szyb­ko. Chcia­ła wrzesz­czeć, bła­gać o pomoc. Znów skrzek. Spró­bo­wa­ła się pod­nieść, ale na­tych­miast opa­dła z sił. Gra­fit już się przy niej zna­lazł. Z tyłu uśmie­chał się wstręt­nie bul­te­rier. Ko­bie­ta-rag­doll po­sy­ła­ła jej pełne po­li­to­wa­nia spoj­rze­nia.

– Wiesz co, widzę, że z tobą dziś źle, mu­sisz od­po­cząć – po­wie­dzia­ła Pa­try­cja, chwy­ciw­szy na mo­ment jej dłoń pulch­ny­mi pa­ca­mi. Oli­wia chcia­ła od­wza­jem­nić uścisk i już nie pu­ścić, ale nie miała siły. – Przyj­dę znów. Jak­byś cze­go­kol­wiek po­trze­bo­wa­ła, daj znać. Je­steś w do­brych rę­kach.

Nie zo­sta­wiaj mnie! Bła­gam! Pa­try­cja! – chcia­ła wołać. Przy­naj­mniej przez chwi­lę. Bo gdy Pa­try­cja wy­szła z po­ko­ju, szyb­ko o niej za­po­mnia­ła. Bar­dziej za­in­te­re­so­wa­ły ją bo­wiem dwa sznur­ki wy­sta­ją­ce z kie­sze­ni Gra­fi­ta. Do­tknę­ła ich raz i drugi. Za­czę­ła nimi ma­chać. Uśmiech­nę­ła się ra­do­śnie. Głu­pie to może, ale po­do­ba­ła jej się ta za­ba­wa.

– Już po wszyst­kim, je­steś bez­piecz­na – szep­nął Gra­fit ze łzami w oczach.

Przy­tak­nę­ła. Rze­czy­wi­ście. Wszyst­ko się teraz ułoży.

 

 

Koniec

Komentarze

Był tak niesamowity, że aż chciało jej się płakać na jego widok.

Dużo zaimków i to tak na otwarciu opowiadania. 

 

Cyfry zapisujemy słownie. 

 

 – Czy twój zwierzak znaczy dla ciebie wszystko? – mówił kojącym głosem lektor, podczas gdy nagranie przedstawiało psy, koty i inne zwierzęta bawiące się z ludźmi. – Spędzasz z nim większość czasu, Oliwia? A może chciałabyś, by kot Grafit stał się twoim najlepszym przyjacielem, prawdziwym najlepszym przyjacielem? Na pewno marzysz, by z nim porozmawiać. – Automatycznie personalizowane reklamy zazwyczaj nie wywierały na nią wpływu, a jednak teraz przyłapała się na tym, że przytakuje i nawet mamrocze pod nosem odpowiedzi. Filmik skupił się na kotach. – Twój kot Grafit może stać się równym tobie, Oliwia! Prezentujemy całkowitą nowość na rynku – zastrzyk uczłowieczający HumanPet! Wystarczy, że przyjedziesz z kot Grafit do naszej kliniki i pozwolisz wykonać zabieg. Tak, Oliwia, Grafit sprawi, że już nigdy nie poczujesz się samotna! Spójrz tylko, co wspaniałego może was spotkać.

Unikałabym wielu wtrąceń diaskaliów, bo treść robi się mało czytelna. Tym bardziej unikałabym półpauz, oddzielających cokolwiek innego w dialogu, bo wtedy robi się jeszcze większe zamieszanie.

 

– To wszystko prawdziwe filmiki, Oliwia – jak na zawołanie mówi prezenter. – Zastrzyk jest podawany w wielu krajach. Cena to jedyne piętnaście tysięcy złotych. Pośpiesz się, bo zostało tylko kilka dawek HumanPet! To jak, Oliwia, kiedy zobaczymy ciebie i kot Grafit?

Zapisałabym Jak na zawołanie z kropką po Oliwii. Może Jak na zawołanie powiedział, bo to jednak jest relacjonowane.

 

A czemu nie odmienione kota Grafita?

 

Spojrzała na niego z czułością i wpatrywała się tak w jego majestatyczny pyszczek przez kilka minut.

Wolałabym: wpatrywała się przez kilka minut w jego majestatyczny pyszczek.

 

 A jednak niepewność, gdy oddawała go na łaskę i niełaskę łysego pracownika w białym kitlu i wielkich okularach, był ogromny.

 

Była ogromna.

 

Grafit spał sobie słodko i nic nie wskazywało na to, że coś mu dolega. Nieco uspokojona, uśmiechnęła się do siebie. Miała rację, wszystko się ułoży.

Bez sobie i tam jest za dużo zaimków. Również lepiej bez do siebie.

 

– Już ci nie smakuje? To co byś chciał? Mięsko? – Grafit przytaknął. – Mam chyba jeszcze trochę kurczaka… – Tym razem sprzeciw. – Nie? To co innego? Cielęcinę? Musiałabym zamówić… – Aprobata. Oliwia westchnęła i uśmiechnęła się potulnie. – Mój mały żarłok. Należy ci się.

To jest taki dziwny dialog, gdzie ona cały czas mówi sama do siebie. 

Może te frazy z “odpowiedziami” Grafita warto dać do kolejnego akapitu.

 

Niedługo później już podała Grafitowi do miski drogą, podgotowaną cielęcinę. Tyle że i teraz mu nie odpowiadało.

Wywaliłabym już i do miski. Ale jak podgotowaną?

Skoro cielęcina, to odpowiadała. 

 

Siedział i oglądał jakiś film przyrodniczy o tygrysach.

Już przed chwilą siedział. 

 

Nie ma słowa puchowata;)

 

Okropna historia, aż mi się włos zjeżył. Pies by mi tego nie zrobił! ;)

 

 

delulu managment

Ambush, dzięki za uwagi! :)

Co do odmiany imienia Grafit – chodzi o to, że to są automatycznie personalizowane reklamy, które wstawiają jedynie imiona/nazwy (pisane kursywą) w luki, ale nie potrafią ich odmieniać. Celowo miało to wyjść nienaturalnie, być może jednak nie wybrzmiewa to tak, jak zamierzałam.

Nigdy nie przepadałem za potrzaskanymi psychicznie bohaterami i już ich nie polubię, ale zdarzają się wyjątki, ,,wymuszone’’ przez sposób, styl opisu ich przypadłości i przez scenografię, pod którą rozumiem również inne postacie, otaczające bohatera / bohaterkę. Takim wyjątkiem jest Twoje opowiadanie. Udanie, moim zdaniem, rozmyłaś granice miedzy wirtualem a rzeczywistością i to uważam za główny atut Twojego opowiadania.

Pozdrawiam.

AdamKB, dziękuję! smiley

Sarmant, przykryłaś wszystko przemianą kota, a tak naprawdę opisałaś koszmarne życie Oliwii uzależnionej od „najlepszego przyjaciela”, który po „zabiegu” okazał się być czymś najgorszym, co mogło ją spotkać, zwłaszcza że wszystko stało się na życzenie Oliwii. Kot by tego nie wymyślił.

Bardzo poruszające opowiadanie.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia, ale mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

zbie­ra­ła na wła­sny ze­staw VR, bo ten z pracy mogła uży­wać… → …zbie­ra­ła na wła­sny ze­staw VR, bo tego z pracy mogła uży­wać

 

cho­dze­nie na dwóch ła­pach w ubra­niach… → …cho­dze­nie na dwóch ła­pach w ubra­niu

Ubrania wiszą w szafie, leżą w szufladach i na półkach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

 

wpa­try­wa­ła się w jego ma­je­sta­tycz­ny pysz­czek . → Zbędna spacja przed kropką.

 

Te ja­sno­nie­bie­skie oczy wy­ra­ża­ły pełne za­ufa­nie. → Zbędny zaimek. Bo nie przypuszczam, aby Grafit miał także tamte oczy.

 

Oli­wia spoj­rza­ła przez otwo­ry do trans­por­te­ra. → Czym są otwory do transportera? A może miało być: Oli­wia zaj­rza­ła do transportera przez otwo­ry.

 

że cos mu do­le­ga. → Literówka.  

 

Źre­ni­ce zwę­ża­ły mu mak­sy­mal­nie do ma­leń­kich, czar­nych ku­le­czek. → Co kotu zwężały źrenice?

A może miało być: Źre­ni­ce zmniejszyły się mak­sy­mal­nie do ma­leń­kich, czar­nych kółeczek.

 

Usia­dła na ziemi i opar­ła się o ścia­nę… → Rzecz dzieje się w mieszkaniu, więc: Usia­dła na podłodze i opar­ła się o ścia­nę

 

Wy­bu­chła gło­śnym pła­czem. → Wy­bu­chnęła gło­śnym pła­czem.

http://okiem-filolozki.blogspot.com/2013/06/zniko-czy-znikneo-wybucho-czy-wybuchneo.html

 

Nocą Gra­fit wy­ło­żył się na jej łóżku… → Czy kot na pewno wyłożył się? A może raczej: Nocą Gra­fit po­ło­żył się na jej łóżku

 

Po­ło­ży­ła mu miskę na stół… → Po­stawiła miskę na stole

 

Fakt, że był pół kotem, pół czło­wie­kiem, nie­wie­le zmie­niał. → Fakt, że był pół-kotem, pół-czło­wie­kiem, nie­wie­le zmie­niał.

 

jakaś parka z go­gla­mi VR na oczach, wi­docz­na z prze­ciw­le­głe­go okna. → …jakaś parka z go­gla­mi VR na oczach, wi­docz­na w przeciwległym oknie.

 

Za­świe­ci­ła wszyst­kie świa­tła… → Nie brzmi to najlepiej. Proponuję: Włączyła wszyst­kie świa­tła

 

Ścisk w klat­ce pier­sio­wej… → Ścisk może panować w autobusie. Proponuję: Ucisk w klat­ce pier­sio­wej

 

Spró­bo­wa­ła wy­rwać mu iPho­ne’a, ale ten z ła­two­ścią od­sko­czył. → Czy dobrze rozumiem, że iPho­n od­sko­czył?

 

Się­gnę­ła znów, wo­ła­jąc coś bez ładu i skła­du… → Raczej: Się­gnę­ła znów, krzycząc coś bez ładu i skła­du

 

Na­puch­nię­ta od pła­czu, włosy roz­ca­pie­rzo­ne… → Nie wydaje mi się, aby włosy mogły być rozcapierzone. Proponuję: Na­puch­nię­ta od pła­czu, włosy potargane

 

setki ob­ser­wa­to­rów pa­mię­ta­ło o nim do­sko­na­le. → …setki ob­ser­wa­to­rów pa­mię­ta­ły o nim do­sko­na­le.

 

Pa­trzy­ła wła­śnie na księ­życ za­glą­da­ją­cy na nią zza okna. → Można zaglądać do kogoś, ale nie na kogoś. Proponuję: Pa­trzy­ła wła­śnie na księ­życ za­glą­da­ją­cy przez okno.

 

Ale beze mnie niczego by osiągnął… → Pewnie miało być: Ale beze mnie niczego by nie osiągnął

 

Wy­star­czył też rzut okiem na media Gra­fi­ta. → Wy­star­czył też rzut oka na media Gra­fi­ta.

Nie można rzucać okiem, a zwrot „rzut oka” to związek frazeologiczny, czyli forma ustabilizowana, utrwalona zwyczajowo, której nie korygujemy, nie dostosowujemy do współczesnych norm językowych ani nie adaptujemy do aktualnych potrzeb piszącego/ mówiącego.

 

Trzę­są­cy­mi się dłoń­mi chwy­ci­ła te­le­fon do ręki. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy mogła chwycić telefon, nie używając ręki?

 

Gra­fit po­da­wał jej ta­blet­kę do po­pi­cia i wodę. → Raczej: Gra­fit po­da­wał jej ta­blet­kę i wodę do po­pi­cia.

 

Zanim od­kry­ła koc, szyb­ko scho­wa­ła te­le­fon do kie­sze­ni. → Koc nie był przykryty, koc przykrywał Oliwię, więc: Zanim odsunęła/ odchyliła koc, szyb­ko scho­wa­ła te­le­fon do kie­sze­ni.

 

Chwy­ci­ła się ich kur­czo­wo. → Raczej: Chwy­ci­ła je kur­czo­wo.

 

to nie­bez­piecz­ne, serum jest jesz­cze nie­skoń­czo­ne. → Zbędna spacja po wielokropku.

 

odezwała się słodkim kobieta-ragdoll. → Pewnie miało być: …odezwała się słodkim głosem kobieta-ragdoll.

 

Otwie­ra­nie po­wiek spra­wia­ło jej wiele nie­przy­jem­no­ści. → A może: Otwie­ra­nie po­wiek spra­wia­ło jej wiele bólu. Lub: Otwie­ra­nie po­wiek było bardzo przykre/ nieprzyjemne.

 

z pełną wąt­pli­wo­ści miną na pu­co­wa­tej twa­rzy. → …z pełną wąt­pli­wo­ści miną na pu­co­łowa­tej twa­rzy.

 

– Wiesz co, widzę, że z tobą dziś cięż­ko, mu­sisz od­po­cząć… → – Wiesz co, widzę, że z tobą dziś źle/ nie najlepiej, mu­sisz od­po­cząć

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję za trafne uwagi, wszystko poprawione. Za głowę się chwytam, jak mogłam przeoczyć niektóre błędy… Cieszę się, że tak odbierasz to opowiadanie! :) 

Bardzo proszę, Sarmant, miło mi, że mogłam się przydać. A skoro dokonałaś poprawek, mogę udać się do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Regulatorzy, dziękuję!

Bardzo proszę, Sarmant. Cała przyjemność po mojej stronie. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam :]

 

No fajny tekst. Od początku czujemy, że z przemianą kotka coś po prostu musi pójść nie tak, a pozornie lekki ton tylko potęguje to wrażenie. Przedstawienie toksycznej relacji mocno tu przemawia.

 

Jeśli miałbym się czegoś czepiać, to albo bym to opowiadanie ciut skrócił, albo przemyślał decyzję o małomówności Grafita – jesteśmy przez 50k znaków z jedną bohaterką i właściwie cały czas w tej samej sytuacji (choć oczywiście atmosfera cały czas się zagęszcza), co w pewnych momentach trochę nużyło.

 

Pod kreseczką kilka uwag językowych.

 

Pozdrawiam i klik z przekonaniem :)

 


Tyle że Grafitowi ani widziało się ją jeść

Raczej ‘jej jeść’.

 

brak głosu Grafita to jej poczucie bezpieczeństwa, że nie będzie sama.

Raczej “dawał” jej poczucie, niż nim był.

 

który ją owładnął

Owładnąć kim/czym, czyli tutaj ‘nią’.

 

Ja boję się o nią. Ja boję się jej

W polszczyźnie takie ‘ja’ raczej się pomija, chyba że mówiący bardzo chce podkreślić, że chodzi właśnie o niego (’ja, ja i nikt inny’) co tu raczej nie ma miejsca.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

GalicyjskiZakapior, dziękuję za komentarz, rzeczywiście – opowiadanie mogłoby być trochę krótsze. Błędy poprawiłam. Jedynie co do ostatniego – celowo zastosowałam to “ja”, żeby podkreślić, że Grafit wyraża się w inny sposób, dzięki tym zaimkom pomaga sobie dostosować końcówkę czasownika, a język polski trudny jest, jak wiadomo. ;) Ale dzięki za uwagę, może to nie wybrzmiewa tak, jak chciałam.

I oczywiście niezwykle mi miło za klik! 

GalicyjskiZakapior, dziękuję za komentarz, rzeczywiście – opowiadanie mogłoby być trochę krótsze. Błędy poprawiłam. Jedynie co do ostatniego – celowo zastosowałam to “ja”, żeby podkreślić, że Grafit wyraża się w inny sposób, dzięki tym zaimkom pomaga sobie dostosować końcówkę czasownika, a język polski trudny jest, jak wiadomo. ;) Ale dzięki za uwagę, może to nie wybrzmiewa tak, jak chciałam.

I oczywiście niezwykle mi miło za klik! 

Nowa Fantastyka