Z okresu młodości pamiętał niewiele.
Kaer Seren, wybrzeże Poviss
Wspomnienie wracało niechciane, natrętne jak ból w źle zrośniętej ranie, zawsze przynosząc ze sobą ten sam chłód kamiennych płyt pod bosymi stopami. W pamięci miał echo kroków w wilgotnych czeluściach podziemi starej warowni, gdzie stary mistrz Keldar prowadził go ku przeznaczeniu każdego dziecka trenującego na wiedźmina.
Tym przeznaczeniem była śmierć.
Miał wtedy dwanaście lat. A może dziewięć? Było ich sześciu z tego rocznika. Koenrad szedł jako trzeci. Nie pamiętał wiele z tego okresu. Zaledwie przebłyski.
Do Kaer Seren przybyła jakiś czas wcześniej Ona. Filippa Eilhart, czarodziejka z Kapituły. Jej obecność w wiedźmińskim siedliszczu pasowała jak pięść do nosa i budziła niepokój. Nieliczni wiedźmini, którzy zjechali tedy na zimowanie do twierdzy, rzucali jej wrogie spojrzenia, nie rozumiejąc, czego arcymistrzyni szuka wśród „odmieńców". Wiadomo było tylko, że zaprosił ją Reyhard, tutejszy mag, człowiek o wielkich ambicjach, który chciał odtworzyć chwałę szkoły.
Filippa zaś patrzyła.
Obserwowała treningi, poświęcając szczególną uwagę zajęciom ze znaków. Stała w cieniu krużganków, nieruchoma, a jej ciemne oczy, bystre i drapieżne, zdawały się prześwietlać chłopców na wylot, oddzielać ziarno od plew z chłodną, niemal nieludzką precyzją. Koenrad czuł na sobie ten wzrok. Spojrzenie, w którym nie było ciepła, a jedynie zimna analiza, kalkulacja i coś, co przy dużej dozie wyobraźni można by nazwać ciekawością badacza pochylonego nad rzadkim okazem żuka.
Inni chłopcy go nie akceptowali. Bo gdy oni, spoceni i czerwoni z wysiłku, z trudem kreślili w powietrzu koślawe runy, jego palce składały się w skomplikowane formy same, płynnie, a Moc słuchała go z łatwością, która budziła lęk i brak zrozumienia wśród chłopaków, szczególnie tych silniejszych i starszych. Ci uznawali go za odmieńca, na przykład Ulfrich, starszy od niego, który dorównywał wzrostem dorosłym, oraz zwinny Nils, odgrywali się na nim przy każdym treningu szermierczym na placu. W fechtunku ustępował wielu.
Nastały Próby Traw.
Pamiętał uścisk Sigrid. Jedynej przyjaznej duszy i jedynej dziewczynki, jaka była w Kaer Seren. Ostatnie, desperackie przytulenie w ciemnym korytarzu, w którym było więcej strachu niż dziecięcej czułości. Wysoka była jak na swój wiek, postawna prawie jak Ulfrich, a trzęsła się jak osika.
– Ulfrich był silny jak tur – szeptała mu do ucha, dławiąc łzy, a słowa rwały się nerwowo. – Nils szybki jak wiatr. Wzięli ich rano. I cisza. Nikt nie wrócił, Koenrad.
– Może śpią? – próbował sobie to tłumaczyć, choć sam już w to nie wierzył.
– Nie – przerwała mu gwałtownie, wbijając paznokcie w jego ramię. – Podsłuchałam pod drzwiami lazaretu. Starsi mówili szeptem. O wynoszeniu ciał. O tym, że żaden nie wytrzymał pierwszej godziny. Rozumiesz? Oni nie żyją. Ty idziesz trzeci. Musisz przeżyć, Koenrad. Za nas wszystkich. Bo ja… ja będę następna.
Spojrzał na nią. Ta wielka, silna dziewczyna, która potrafiła powalić rówieśników w błoto, teraz po prostu płakała. Łzy żłobiły jasne ścieżki na jej brudnych policzkach. Koenrad nie był turem ani wichrem. Był tak samo przerażony. Ale widząc jej strach, przełknął gulę w gardle i mocno ścisnął jej zimne dłonie.
– Przeżyjemy – powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. – Wiem, że tak będzie. Zobaczysz.
Był pewny, że kto jak to, ale Sigrid ze Skellige, silna dziewczyna, przeżyje.
Potem były już tylko drzwi laborator ium, otwierające się ze zgrzytem, i zapach. Woń, której nie da się zapomnieć – mieszanina zgnilizny, ostrych odczynników, dekoktów i metalicznego smrodu krwi. Reyhard, szczupły jak tyczka, odziany w granatową szatę, wyglądał jak zmora o martwych, całkowicie obojętnych oczach. Patrzył na niego nie jak na dziecko, lecz jak na kolejny składnik w retorcie, numer trzeci na liście eksperymentu.
A potem nastał ból. I tylko to zapamiętał.
Nie ból nawet, lecz żywy ogień, wlewany w żyły wrzącym strumieniem, trzask łamanych kości, które potem zrastały się na nowo, wedle nieludzkiego, wynaturzonego planu.
Wrzeszczał.
Wył tak, że zdarł gardło do krwi, a jego krzyk splótł się z echem, które wciąż wibrowało w tych murach po Ulfrichu, Nilsie i wszystkich tych, którzy tutaj umarli. W gorączkowych majakach zalewających jego umysł, widział obrazy z przeszłości – dom trawiony pożarem, matkę wołającą jego imię, pionowe źrenice jakiegoś wiedźmina, który posadził go na konia i rzekł:
Zostaniesz wiedźminem, chłopcze.
Serce tłukło mu o żebra jak ptak w klatce, oddech się rwał, a ciemność, gęsta i lepka, zaciskała się wokół oczu. Czuł, że to koniec. Że kostucha już po niego sięga, by dołączyć go do tych, co odeszli rano.
I wtedy, przez czerwoną mgłę agonii, zobaczył ją. Filippa Eilhart pochyliła się nad stołem operacyjnym. Jej głos, wbrew chaosowi dookoła, był spokojny, stanowczy, wręcz rozkazujący.
– Spokojnie, Koenrad. Wszystko będzie dobrze.
Dotknęła jego rozpalonego czoła dłonią zminą jak marmur, a w tym dotyku była magia. Przyjemny chód rozlał się po ciele, uspokajając rozszalałe serce, odpychając mrok.
Przeżył.
Pamiętał to drgnięcie serca, gdy nazajutrz, po długich godzinach potwornej ciszy, usłyszał w końcu kroki w lazarecie. Wstrzymał oddech. Naiwnie czekał, aż zza ciężkich drzwi wyłoni się Sigrid – wycieńczona, blada, lecz żywa. Zamiast niej z laboratorium wyszli starsi, wynosząc drobne ciało przykryte zakrwawionym płótnem.
Jego dziecięcy umysł po prostu odrzucił ten widok. Uchylił usta w niemym niedowierzaniu, uczepiony gorączkowej myśli, że to pomyłka. To napewno ktoś z innych chłopaków. Pomyłka! Że pod materiałem leży ktoś inny. Stał w zimnym korytarzu i patrzył, z całych sił wierząc, że ktoś zaraz zaprzeczy tej śmierci.
Keldar stał w drzwiach. Wzrok starego mistrza był poważny i smutny. Wiedział, co oznacza.
– Podejdź tu, chłopcze – powiedział tylko.

Dwa tygodnie później stał na klifie, smagany wiatrem niosącym zapach spalenizny. Patrzył na pięć stosów. Na ten ostatni, gdzie ogień z łapczywością trawił ciało Sigrid, która poszła po nim. Jeszcze niedawno śmiali się z siebie, gdy Sigrid nie radziła sobie ze Znakami, nie potrafiąc wyczarować chociaż jednego ognika za pomocą Znaku Igni. Jeszcze niedawno Ulfrich znęcał się nad nim, wkładając mu głowę do beczki z lodowatą wodą, a Sigrid go przed nim obroniła.
Teraz leżał ten gnojek na stosie razem z nią i pozostałymi. Zaraz się staną się prochem. I nikt ich nie zapamięta.
Został sam. Ostatni Gryf ze swojego rocznika.
W ręku trzymał medalion z wizerunkiem Gryfa z otwartym dziobem. Żółte ślepia bestii przeszywały go surowym osądem, jakby go oceniały i bezlitośnie przypominały, kim się stał i jakie jest jego przeznaczenie.
Zacisnął dłoń na medalionie tak mocno, że ostre krawędzie srebra wbiły się w skórę. Zadarł głowę. Trawił w sobie całe to wszystko w absolutnym bezruchu, w ciszy przerywanej tylko monotonnym szumem fal i z wolna zaczynającym padać deszczem.
Z drżącej dłoni, po łańcuszku ze ściśniętego medalionu spłynęła stróżka krwi.
– Koenrad! – szczekliwy głos Keldara przeciął mrok. – Ruszaj się, nie mamy czasu!
Młody wiedźmin ciężko wypuścił powietrze. Szorstkim ruchem grzbietu dłoni potarł twarz, ukrywając zeszklone oczy przed surowym wzrokiem mistrza. Powiadano, że wiedźmini nie płakali, bo mutacje wypalały im kanały łzowe i pozbawiały uczuć.
Lecz on wciąż był tylko zmutowanym chłopcem.
***
Kaer Seren, dwa lata później
Keldar, wbrew chłodnemu pragmatyzmowi wpisanemu w wiedźmiński fach, z uporem wpajał wychowankom rycerskie ideały Erlanda z Larviku. Ów legendarny założyciel cechu wierzył ongiś głęboko, że wiedźmin winien maluczkich osłaniać własną piersią, a o monecie w sakiewce dumać zaledwie w ostateczności.
Przyswajanie etosu miało jednak w sobie surowość właściwą murom Kaer Seren, wyzutą z jakiegokolwiek romantyzmu. Jeśli któryś z chłopców, złamany ciężarem treningu, powątpiewał w sens bezinteresownego nadstawiania karku, Keldar nie uciekał się do gładkich kazań. Baty rzemieniem uchodziły wówczas za reprymendę nader pobłażliwą; prawdziwa lekcja obowiązku polegała na całodobowym sterczeniu boso na oślizgłych skałach u podnóża twierdzy. Lodowaty wicher znad Poviss i mroczny, spieniony ryk morza w dole uczyły pokory skuteczniej niż słowa.
Przyszła jednak ostateczna próba.
Wybór był prosty.
Keldar, mistrz o twarzy jak posąg, ciosanej surowo niczym medalion który wisiał na jego piersi, stawiał sprawę jasno: albo idziesz w góry, by wydrzeć gryficy jajo z gniazda, ryzykując, że cię rozszarpie na strzępy, albo recytujesz z pamięci Liber Tenebrarum. Całą.
Nikt przy zdrowych zmysłach nie wybierał księgi. Nawet Gryfy, wiedźmini w magii najlepiej szkolone, woleli ryzyko walki niż tę torturę intelektualną. Ale nie Koenrad. Dla niego Liber Tenebrarum nie była, jak dla innych, „nudną cegłą pełną bzdur". Była kluczem do zrozumienia prawideł tego świata. Męcząca, owszem, napisana archaicznym żargonem, traktowała o potworach, klątwach, a nawet o koniunkcji sfer. Pochłonął ją w dwa tygodnie.
Kiedy stanął przed Keldarem, stary wiedźmin zadał ledwie tuzin pytań, choć Koenrad gotów był cytować całe rozdziały o rytmie dobowym endriag.
– Zdałeś – wycharczał Keldar, a w jego głosie brzmiało niedowierzanie zmieszane z szacunkiem. – Jesteś pierwszym, który to zrobił, odkąd pamięć sięga.
Koenrad wstał, otrzepując kolana z kurzu.
– To nie wszystko – rzucił, a w kąciku ust błąkał mu się ten jego charakterystyczny, zawadiacki uśmiech. – Teraz pójdę po jajo.
Nie doszedł.
Był ledwie staję drogi od murów, gdy niebo rozdarł huk, jakby pękł sam firmament. Szczyt nad Kaer Seren rozbłysnął światłem tak jaskrawym, że aż bolesnym, a potem góra runęła. To nie była lawina. To była biała śmierć, ściana lodu, skał i śniegu, pchnięta w dół czystą, niszczycielską Mocą. Stał i patrzył, jak potężna, biała pięść boga – lub mściwego czarodzieja – uderza w jego dom, grzebiąc go na zawsze.
Potężna Lawina pogrzebała resztki Kaer Seren.
Wiedział, że natura nie bywa aż tak precyzyjna.
***
Kaer Morhen, Północne Rubieże Kaedwen
Po zniszczeniu warowni Keldar został z chłopcem zupełnie sam. Pozostali wiedźmini z ich cechu byli na szlaku, rozsiani po świecie, a w zrujnowanym siedliszczu nie ocalał nikt, kto mógłby dokończyć szkolenie. Stary mistrz wiedział, że nie zdoła samemu nauczyć Koenrada finezji walki mieczem, z którym chłopak – mimo wybitnego talentu do Znaków – wciąż radził sobie marnie. Zdesperowany, zwrócił się o pomoc do Wilków z Kaer Morhen. Tam tliło się jeszcze wiedźmińskie życie.
Vesemir wyszedł im na spotkanie w Głównej Sali. W kamiennej twarzy starego wiedźmina coś drgnęło. Wysłuchawszy w milczeniu opowieści o zagładzie twierdzy Gryfów, położył ciężką dłoń na ramieniu Keldara.
– W Kaer Morhen zawsze znajdzie się miejsce dla Gryfa. Przyjmę go do terminu. I wyszkolę. Daję słowo. Wychowam jak swojego.
***
Rok trzeci uczył się tańczyć z wilkami. A była to nauka bolesna, składająca się głównie z leżenia na plecach i patrzenia w chmury, podczas gdy Vesemir i inni wiedźmini – najczęściej Lambert czy Eskel sprowadzali go do parteru z regularnością godną lepszej sprawy.
Wiedział o potworach więcej niż oni, a jego Znaki miały moc, która ich zaskakiwała, lecz w szermierce – w tym morderczym, wilczym balecie – wciąż popełniał błędy.
Pamiętał ten dzień, gdy frustracja sięgnęła zenitu.
– Ruszaj się, kurwa! – warczał Lambert, a jego miecz śmigał w powietrzu z wściekłym świstem. – Wsadź se w rzyć te swoje iskierki! Gówno ci dadzą, jak ci zaraz gnaty połamię!
– Koenrad, garda! To nie czas na posti di finestra, do cholery! – krzyczał z krużganka Vesemir.
Tego dnia nie walczył o zwycięstwo. Walczył o przetrwanie, parując ciosy z desperacją.
TRZASK!
Drewniany miecz Lamberta z łoskotem uderzyła w zastawę, aż Koenradowi zdarło skórę z dłoni.
Unik.
STUK!
Półobrót.
ŁUP!
Młody Gryf dwoił się i troił, dorównując Wilkowi szybkością, ale to Lambert miał przewagę siły i brutalnego doświadczenia. Bezlitośnie punktował każdy błąd. Uderzał krótko, lecz twardo, wybijając go z rytmu. Zniecierpliwiony biernością młodzika i jego kurczową obroną, Wilk zrobił gwałtowny odskok, po czym wziął szeroki, miażdżący zamach znad głowy, by jednym, potężnym ciosem na zawsze przełamać zastawę.
I wtedy Koenrad zrobił coś, czego w podręcznikach szermierczych próżno by szukać. Nie zrobił uniku. Nie zbił ciosu. Wystawił lewą dłoń, składając palce w Znak Quen. Ale nie rozproszył Mocy, nie stworzył bańki. Skupił ją. Skondensował całą energię w jednym punkcie, tworząc tarczę małą, twardą i wibrującą, wielkości ledwie talerza.
Drewniany miecz Lamberta rąbnął w magiczny puklerz z trzaskiem, jakby kto orzech zgniótł, i rozsypał się w drzazgi. Koenrad nie czekał. Wykorzystał impet – jego prawica wystrzeliła jak kobra chcąca ukąsić ofiarę. Sztych trzymanego drewnianego trafił weń idealnie. W splot. Lambert zgiął się wpół, łapiąc powietrze jak karp wyjęty z wody, purpurowy na twarzy.
Vesemir zaś pokręcił głową z niedowierzaniem, choć w oczach miał iskry rozbawienia.
– Widzieliście? Użył Quen jak puklerza! – parsknął pod nosem, po czym z miejsca spoważniał i wlepił w niego zimny wzrok. – Ale za użycie Znaków w czystym fechtunku zapłacisz, Gryfku. Pięć karnych okrążeń wokół dolnych murów. Biegiem!
Nigdy nie był Wilkiem, ale tego dnia udowodnił, że potrafi walczyć po swojemu. Gdy po piątym okrążeniu padł na kolana, charcząc i wypluwając żółć z wycieńczenia, poczuł na karku twardą dłoń Lamberta, który mruknął tylko szorstkie:
-Nieźle, młody.
Dławiąc się chłodnym powietrzem, patrzył tępym wzrokiem na dziedziniec. Przez pot i sól zalewającą oczy, na zmurszałych kamieniach Kaer Morhen majaczyło mu dokładnie pięć płonących stosów.
Wiedział, że to majaki.
Ale wiedział też, że ogień pięciu stosów nie zgaśnie w nim nigdy.
Spojrzał na srebrnego Gryfa na swojej szyi.
Nadal patrzył surowo i tak samo bez emocji, jak zawsze.
Chędożony kawał metalu.
Przypominał, co jest jego powołaniem. Ochrona ludzi przez potworami.