- Opowiadanie: melendur88 - Ostatni Gryf | Pięć Stosów

Ostatni Gryf | Pięć Stosów

Wrze­śniem ubie­głe­go roku tu do­łą­czy­łem i od razu wrzu­ci­łem kie­dyś pewną 100k-zna­ko­wą cegłę. Nikt nie prze­czy­tał tego poza Ro­ber­tem Rak­sem i po­ło­wicz­nie przez reg.

Do tek­stu mimo wszyst­ko mam ogrom­ny sen­ty­ment co jest pew­nie tego wiel­ką wręcz wadą. Mimo to, chce się z nim jakoś po­że­gnać. Ktoś mądry ostat­nio mi po­wie­dział, że trze­ba cza­sem zabić to co się kocha :)

Skró­ci­łem Upió­ra z Velen. Pro­log który był na siłę wrzu­co­ny i nie po­wią­za­ny z głów­ną fa­bu­łą na dobrą spra­wę wi­nien być osob­nym szor­tem, które ni­niej­szym go pre­zen­tu­ję. Po­sta­no­wi­łem go też roz­wi­nąć.

Same opo­wia­da­nie “Upiór z Velen” które po­now­nie wrzu­cę, może na świę­ta tutaj, jest dłu­gie. Dla­te­go zde­cy­do­wa­łem się wrzu­cić pierw dwa, moim zda­niem naj­cie­kaw­sze frag­men­ty. Co też uczy­nię w naj­bliż­szym cza­sie, bo prze­kra­cza 80k.

To krót­kie opo­wia­da­nie jest kom­plet­nie ina­czej na­pi­sa­ne niż po­przed­nio upu­bli­ko­wa­ne opka Ostat­nie­go Gryfa. Na dobrą spra­wę – naj­bar­dziej in­wer­syj­ny tekst jaki na­pi­sa­łem. Kosz­to­wał mnie wiele ner­wów.  Pi­sa­łem go z pół roku temu i kilka razy za­sta­na­wia­łem czy zmie­niać formę z iro­nicz­nym nar­ra­to­rem i wstaw­ka­mi sty­li­stycz­ny­mi czy nie. 

Zde­cy­do­wa­łem się za­cho­wać po­przed­ni styl, pier­wot­ny w któ­rym pisać po­cząt­ko­wo chcia­łem. 

Chcia­łem za­cho­wać tro­chę de­ka­den­cji i smut­ku, gdyż sam Upiór z Velen jest opo­wia­da­niem de­pre­syj­nym i sta­no­wi moją wer­sję “Jądra ciem­no­ści”. I na­pi­sa­ny jest w po­dob­nym tonie.

Wrzu­cam też gra­fi­kę, którą zro­bi­łem chyba z pół roku temu w Ge­mi­ni. Wiem że to tylko fan­fic. Ale wla­łem w to na­praw­dę dużo trudu i ener­gii, by stwo­rzyć tą po­stać, za­pro­jek­to­wać tak, by była zgod­na z Lore a jed­no­cze­śnie ab­so­lut­nie roz­wi­nąć swoje mi­kro­uni­wer­sum. Jak wspo­mnia­łem – roz­wi­jam wątki, które były liź­nię­te, wspo­mnia­ne.


Szko­ła Gryfa u Sap­kow­skie­go zo­sta­ła je­dy­nie wspo­mnia­na. Ja ob­ra­zu­bur­czo po­sta­no­wi­łem to zmie­nić.

 

Chro­no­lo­gia mo­je­go mini cyklu:

Ten szort

Ostat­ni Gryf | Upiór z Velen (nie­dłu­go re­print)

Ostat­ni Gryf | Ma­te­ria Prima

Ostat­ni Gryf | Skrzy­niarz

Ostat­ni Gryf | Ko­en­rad z Mirtu

 

 

Tekst ce­lo­wo bez bety świa­dom ry­zy­ka i ewen­tu­al­nej ła­pan­ki.

Sam mu­sia­łem się z tym tek­stem zmie­rzyć.

 

Lam­bert w tek­ście używa raz słowa po­wszech­nie­nie uzna­ne jako ob­raź­li­we.

 

Mu­zy­ka która to­wa­rzy­szy­ła mi pi­sząc to opko i każde wiedź­miń­skie któe pi­su­ję.

 

https://youtu.be/hLFqg8mhqs0?list=RDhLFqg8mhqs0​

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Ostatni Gryf | Pięć Stosów

Z okre­su mło­do­ści pa­mię­tał nie­wie­le.

 

Kaer Seren, wy­brze­że Po­viss

Wspo­mnie­nie wra­ca­ło, na­tręt­ne jak ból w źle zro­śnię­tej ranie, za­wsze przy­no­sząc ze sobą ten sam chłód ka­mien­nych płyt pod bo­sy­mi sto­pa­mi. W pa­mię­ci miał echo kro­ków w wil­got­nych cze­lu­ściach pod­zie­mi sta­rej wa­row­ni, gdzie mistrz Kel­dar pro­wa­dził go ku prze­zna­cze­niu każ­de­go dziec­ka tre­nu­ją­ce­go na wiedź­mi­na.

Tym prze­zna­cze­niem była śmierć.

Miał wtedy dwa­na­ście lat. A może dzie­więć? Było ich sze­ściu z tego rocz­ni­ka. Ko­en­rad szedł jako trze­ci. Nie pa­mię­tał wiele z tego okre­su. Za­le­d­wie prze­bły­ski.

Do Kaer Seren przy­by­ła jakiś czas wcze­śniej Ona. Fi­lip­pa Eil­hart, cza­ro­dziej­ka z Ka­pi­tu­ły. Jej obec­ność w wiedź­miń­skim sie­dlisz­czu bu­dzi­ła nie­po­kój. Nie­licz­ni wiedź­mi­ni, któ­rzy zje­cha­li tedy na zi­mo­wa­nie do twier­dzy, rzu­ca­li jej wro­gie spoj­rze­nia, nie ro­zu­mie­jąc, czego ar­cy­mi­strzy­ni szuka wśród „od­mień­ców". Wia­do­mo było tylko, że za­pro­sił ją Rey­hard, tu­tej­szy mag, czło­wiek o wiel­kich am­bi­cjach, który chciał przy­wró­cić chwa­łę szko­ły.

Fi­lip­pa zaś pa­trzy­ła.

Ob­ser­wo­wa­ła tre­nin­gi, po­świę­ca­jąc szcze­gól­ną uwagę za­ję­ciom ze zna­ków. Stała w cie­niu kruż­gan­ków, nie­ru­cho­ma, a jej ciem­ne oczy, by­stre i dra­pież­ne, zda­wa­ły się prze­świe­tlać chłop­ców na wylot, od­dzie­lać ziar­no od plew z chłod­ną, nie­mal nie­ludz­ką pre­cy­zją. Ko­en­rad czuł na sobie ten wzrok. Spoj­rze­nie, w któ­rym nie było cie­pła, a je­dy­nie chłód, kal­ku­la­cja i coś, co przy dużej dozie wy­obraź­ni można by na­zwać cie­ka­wo­ścią ba­da­cza po­chy­lo­ne­go nad rzad­kim oka­zem żuka.

Inni chłop­cy go nie ak­cep­to­wa­li. Bo gdy oni, spo­ce­ni i czer­wo­ni z wy­sił­ku, z tru­dem kre­śli­li w po­wie­trzu ko­śla­we runy, jego palce skła­da­ły się w skom­pli­ko­wa­ne formy same, płyn­nie, a magia słu­cha­ła go z ła­two­ścią, która bu­dzi­ła lęk i brak zro­zu­mie­nia wśród chło­pa­ków, szcze­gól­nie tych sil­niej­szych i star­szych. Ci uzna­wa­li go za od­mień­ca, na przy­kład Ulfrich, star­szy od niego, który do­rów­ny­wał wzro­stem do­ro­słym, oraz zwin­ny Nils, od­gry­wa­li się na nim przy każ­dym tre­nin­gu szer­mier­czym na placu. W fech­tun­ku ustę­po­wał wielu.

Na­sta­ły Próby Traw.

Pa­mię­tał uścisk Si­grid. Je­dy­nej przy­ja­znej duszy i je­dy­nej dziew­czyn­ki, jaka była w Kaer Seren. Ostat­nie, de­spe­rac­kie przy­tu­le­nie w ciem­nym ko­ry­ta­rzu, w któ­rym było wię­cej stra­chu niż dzie­cię­cej czu­ło­ści. Postawna była jak na swój wiek, pra­wie ni­czym Ulfrich, a trzę­sła się jak osika.

– Ulfrich to był wielki jak tur – szep­ta­ła mu do ucha, dła­wiąc łzy, a słowa rwały się ner­wo­wo. – Nils szybki i zwinny jak wiatr. Wzię­li ich rano. I cisza. Nikt nie wró­cił, Ko­en­rad.

– Może śpią? – pró­bo­wał sobie tłu­ma­czyć, choć sam już w to nie wie­rzył.

– Nie – prze­rwa­ła mu gwał­tow­nie, wbi­ja­jąc pa­znok­cie w jego ramię. – Pod­słu­cha­łam pod drzwia­mi la­za­re­tu. Star­si mó­wi­li szep­tem. O wy­no­sze­niu ciał. O tym, że żaden nie wy­trzy­mał pierw­szej go­dzi­ny. Ro­zu­miesz? Oni nie żyją. Ty idziesz trze­ci. Mu­sisz prze­żyć, Ko­en­rad. Za nas wszyst­kich. Bo ja… ja będę na­stęp­na.

Spoj­rzał na nią. Ta wiel­ka, silna dziew­czy­na, która po­tra­fi­ła po­wa­lić ró­wie­śni­ków w błoto, teraz po pro­stu pła­ka­ła. Łzy żło­bi­ły jasne ścież­ki na jej brud­nych po­licz­kach. Ko­en­rad nie był turem ani wi­chrem. Ale wi­dząc jej strach, prze­łknął gulę w gar­dle i mocno ści­snął jej zimne dło­nie.

– Prze­ży­je­my – po­wie­dział cicho, pa­trząc jej pro­sto w oczy. – Wiem, że tak bę­dzie. Zo­ba­czysz.

Był pewny, że kto jak kto, ale Si­grid ze Skel­li­ge, silna dziew­czy­na, prze­ży­je.

Potem były już tylko drzwi la­bo­ra­to­rium, otwie­ra­ją­ce się ze zgrzy­tem, i za­pach. Woń, któ­rej nie da się za­po­mnieć – mie­sza­ni­na zgni­li­zny, ostrych od­czyn­ni­ków, de­kok­tów i me­ta­licz­ne­go smro­du krwi. Rey­hard, szczu­pły ni­czym tycz­ka, odzia­ny w gra­na­to­wą szatę, wy­glą­dał jak zmora o mar­twych, cał­ko­wi­cie obo­jęt­nych oczach. Pa­trzył na niego jak na ko­lej­ny skład­nik w re­tor­cie, numer trze­ci na li­ście eks­pe­ry­men­tu.

A potem na­stał ból. I tylko to za­pa­mię­tał. 

Nie ból nawet, lecz żywy ogień, wle­wa­ny w żyły wrzą­cym stru­mie­niem, trzask ła­ma­nych kości, które potem zra­sta­ły się na nowo, wedle nie­ludz­kie­go, wy­na­tu­rzo­ne­go planu.

Wrzesz­czał.

Wył tak, że zdarł gar­dło do krwi, a jego krzyk splótł się z echem, które wciąż wi­bro­wa­ło w tych mu­rach po Ulfri­chu, Nil­sie i wszyst­kich tych, któ­rzy tutaj umar­li. W go­rącz­ko­wych ma­ja­kach za­le­wa­ją­cych jego umysł, wi­dział ob­ra­zy z prze­szło­ści – dom tra­wio­ny po­ża­rem, matkę wo­ła­ją­cą jego imię, pio­no­we źre­ni­ce ja­kie­goś wiedź­mi­na, który po­sa­dził go na konia i rzekł:

Zo­sta­niesz wiedź­mi­nem, chłop­cze.

Serce tłu­kło mu o żebra jak ptak w klat­ce, od­dech się rwał, a ciem­ność, gęsta i lepka, za­ci­ska­ła się wokół oczu. Czuł, że to ko­niec. Że ko­stu­cha już po niego sięga, by do­łą­czyć go do tych, co ode­szli rano.

I wtedy, przez czer­wo­ną mgłę ago­nii, zo­ba­czył ją. Fi­lip­pa Eil­hart po­chy­li­ła się nad sto­łem ope­ra­cyj­nym. Jej głos, wbrew cha­oso­wi do­oko­ła, był spo­koj­ny, sta­now­czy, wręcz roz­ka­zu­ją­cy.

– Spo­koj­nie, Ko­en­rad. Wszyst­ko bę­dzie do­brze.

Do­tknę­ła jego roz­pa­lo­ne­go czoła dło­nią zimną jak mar­mur, a w tym do­ty­ku była magia. Przy­jem­ny chód roz­lał się po ciele, uspo­ka­ja­jąc roz­sza­la­łe serce, od­py­cha­jąc mrok.

Prze­żył.

Pa­mię­tał to drgnię­cie serca, gdy na­za­jutrz, po dłu­gich go­dzi­nach po­twor­nej ciszy, usły­szał w końcu kroki w la­za­re­cie. Wy­biegł na ko­ry­tarz. Wstrzy­mał od­dech. Na­iw­nie cze­kał, aż zza cięż­kich drzwi wy­ło­ni się Si­grid – wy­cień­czo­na, blada, lecz żywa. Za­miast niej z la­bo­ra­to­rium wy­szli star­si, wy­no­sząc drob­ne ciało przy­kry­te za­krwa­wio­nym płót­nem.

Jego dzie­cię­cy umysł po pro­stu od­rzu­cił ten widok. Uchy­lił usta w nie­mym nie­do­wie­rza­niu, ucze­pio­ny go­rącz­ko­wej myśli, że to po­mył­ka. To na­ pew­no ktoś z in­nych chło­pa­ków. Po­mył­ka! Że pod ma­te­ria­łem leży ktoś inny. Stał w zim­nym ko­ry­ta­rzu i pa­trzył, z ca­łych sił wie­rząc, że ktoś zaraz za­prze­czy tej śmier­ci.

Kel­dar stał w drzwiach la­bo­ra­to­rium. Wzrok sta­re­go mi­strza był po­waż­ny i smut­ny. Wes­tchnął. Wie­dział, co to ozna­cza.

– Po­dejdź tu, chłop­cze – po­wie­dział tylko stary wiedź­min.

 

Dwa ty­go­dnie póź­niej stał na kli­fie, sma­ga­ny wia­trem nio­są­cym za­pach spa­le­ni­zny. Pa­trzył na pięć sto­sów. Na ten ostat­ni, gdzie ogień z łap­czy­wo­ścią tra­wił ciało Si­grid. Jesz­cze nie­daw­no śmia­li się z sie­bie, gdy Si­grid nie ra­dzi­ła sobie ze Zna­ka­mi, nie po­tra­fiąc wy­cza­ro­wać cho­ciaż jed­ne­go ogni­ka za po­mo­cą Znaku Igni. Pa­mię­tał jak Ulfrich znę­cał się nad nim, wkła­da­jąc mu głowę do becz­ki z lo­do­wa­tą wodą, a Si­grid go przed nim obro­ni­ła.

Teraz leżał na sto­sie razem z nią i po­zo­sta­ły­mi. Zaraz się staną pro­chem. I nikt ich nie za­pa­mię­ta.

Zo­stał sam. Ostat­ni Gryf ze swo­je­go rocz­ni­ka.

W ręku trzy­mał me­da­lion z wi­ze­run­kiem Gryfa z otwar­tym dzio­bem. Żółte śle­pia be­stii prze­szy­wa­ły go su­ro­wym osą­dem i bez­li­to­śnie przy­po­mi­na­ły, kim się stał i co jest teraz jego prze­zna­cze­niem.

Za­ci­snął dłoń na me­da­lio­nie tak mocno, że ostre kra­wę­dzie sre­bra wbiły się w skórę. Za­darł głowę. Tra­wił w sobie to wszyst­ko w be­zru­chu, w ciszy prze­ry­wa­nej tylko mo­no­ton­nym szu­mem fal i z wolna za­czy­na­ją­cym padać desz­czem. Za­pach dymu po­wo­li ustę­po­wał mor­skiej bry­zie.

Z drżą­cej dłoni, po łań­cusz­ku ze ści­śnię­te­go me­da­lio­nu spły­nę­ła struż­ka krwi.

– Ko­en­rad! – szcze­kli­wy głos Kel­da­ra prze­ciął mrok. – Ru­szaj się, nie mamy czasu!

Młody wiedź­min cięż­ko wy­pu­ścił po­wie­trze. Potarł grzbie­tem dłoni twarz, ukry­wa­jąc ze­szklo­ne oczy przed su­ro­wym wzro­kiem mi­strza. Po­wia­da­no, że wiedź­mi­ni nie pła­ka­li, bo mu­ta­cje wy­pa­la­ły im ka­na­ły łzowe i po­zba­wia­ły uczuć. 

Lecz on wciąż był tylko zmu­to­wa­nym chłop­cem.

 

***

Kaer Seren, dwa lata póź­niej

Kel­dar, wbrew chłod­ne­mu prag­ma­ty­zmo­wi wpi­sa­ne­mu w wiedź­miń­ski fach, z upo­rem wpa­jał wy­cho­wan­kom ry­cer­skie ide­ały Er­lan­da z La­rvi­ku. Ów le­gen­dar­ny za­ło­ży­ciel cechu wie­rzył ongiś głę­bo­ko, że wiedź­min wi­nien ma­lucz­kich osła­niać wła­sną pier­sią, a o mo­ne­cie w sa­kiew­ce dumać za­le­d­wie w osta­tecz­no­ści.

Przy­swa­ja­nie etosu miało jed­nak w sobie su­ro­wość wła­ści­wą murom Kaer Seren, wy­zu­tą z ja­kie­go­kol­wiek ro­man­ty­zmu. Jeśli któ­ryś z chłop­ców, zła­ma­ny cię­ża­rem tre­nin­gu, po­wąt­pie­wał w sens bez­in­te­re­sow­ne­go nad­sta­wia­nia karku, Kel­dar nie ucie­kał się do gład­kich kazań. Baty rze­mie­niem ucho­dzi­ły wów­czas za re­pry­men­dę nader po­błaż­li­wą; praw­dzi­wa lek­cja obo­wiąz­ku po­le­ga­ła na ca­ło­do­bo­wym ster­cze­niu boso na ośli­zgłych ska­łach u pod­nó­ża twier­dzy. Lo­do­wa­ty wi­cher znad Po­viss i mrocz­ny, spie­nio­ny ryk morza w dole uczy­ły po­ko­ry sku­tecz­niej niż słowa.

Przy­szła jed­nak osta­tecz­na próba.

Wybór był pro­sty.

Kel­dar, mistrz o twa­rzy jak posąg, cio­sa­nej su­ro­wo ni­czym me­da­lion, który wi­siał na jego pier­si, sta­wiał spra­wę jasno: albo idziesz w góry, by wy­drzeć gry­fi­cy jajo z gniaz­da, ry­zy­ku­jąc, że cię roz­szar­pie na strzę­py, albo re­cy­tu­jesz z pa­mięci Liber Te­ne­bra­rum. Całą.

Nikt przy zdro­wych zmy­słach nie wy­bie­rał księ­gi. Nawet Gryfy, wiedź­mi­ni w magii naj­le­piej szko­lo­ne, wo­le­li ry­zy­ko walki niż tę tor­tu­rę in­te­lek­tu­al­ną. Ale nie Ko­en­rad. Dla niego Liber Te­ne­bra­rum nie była, jak dla in­nych, „nudną cegłą pełną bzdur". Była klu­czem do zro­zu­mie­nia pra­wi­deł tego świa­ta. Mę­czą­ca, ow­szem, na­pi­sa­na ar­cha­icz­nym żar­go­nem, trak­to­wa­ła o po­two­rach, klą­twach, a nawet o ko­niunk­cji sfer. Po­chło­nął ją w dwa ty­go­dnie.

Kiedy sta­nął przed Kel­da­rem, stary wiedź­min zadał le­d­wie tuzin pytań, choć Ko­en­rad gotów był cy­to­wać całe roz­dzia­ły o ryt­mie do­bo­wym en­driag.

– Zda­łeś – wy­char­czał Kel­dar, a w jego gło­sie brzmia­ło nie­do­wie­rza­nie zmie­sza­ne z sza­cun­kiem. – Je­steś pierw­szym, który to zro­bił, odkąd pa­mięć sięga.

Ko­en­rad wstał, otrze­pu­jąc ko­la­na z kurzu.

– To nie wszyst­ko – rzu­cił, a w ką­ci­ku ust błą­kał mu się ten jego cha­rak­te­ry­stycz­ny, za­wa­diac­ki uśmiech. – Teraz pójdę po jajo.

Nie do­szedł.

Był le­d­wie staję drogi od murów, gdy niebo roz­darł huk, jakby pękł sam fir­ma­ment. Szczyt nad Kaer Seren roz­bły­snął świa­tłem tak ja­skra­wym, że aż bo­le­snym, a potem góra ru­nę­ła. Biała śmierć, ścia­na lodu, skał i śnie­gu, pchnię­ta w dół czy­stą, nisz­czy­ciel­ską mocą. Stał i pa­trzył, jak po­tęż­na, biała pięść boga – lub mści­we­go cza­ro­dzie­ja – ude­rza w jego dom, grze­biąc go na za­wsze.

Po­tęż­na La­wi­na po­grze­ba­ła reszt­ki Kaer Seren.

Wie­dział, że na­tu­ra nie bywa aż tak pre­cy­zyj­na.

 

***

 

Kaer Mor­hen, Pół­noc­ne Ru­bie­że Ka­edwen

Po znisz­cze­niu wa­row­ni Kel­dar zo­stał z chłop­cem zu­peł­nie sam. Po­zo­sta­li wiedź­mi­ni z ich cechu byli na szla­ku, roz­sia­ni po świe­cie, a w zruj­no­wa­nym sie­dlisz­czu nie oca­lał nikt, kto mógł­by do­koń­czyć szko­le­nie. Stary mistrz wie­dział, że nie zdoła sa­me­mu na­uczyć Ko­en­ra­da fi­ne­zji walki mie­czem, z któ­rym chło­pak – mimo wy­bit­ne­go ta­len­tu do Zna­ków – wciąż ra­dził sobie mar­nie. Zde­spe­ro­wa­ny, zwró­cił się o pomoc do Wil­ków z Kaer Mor­hen. Tam tliło się jesz­cze wiedź­miń­skie życie.

Ve­se­mir wy­szedł im na spo­tka­nie w Głów­nej Sali. W ka­mien­nej twa­rzy sta­re­go wiedź­mi­na coś drgnę­ło. Wy­słu­chaw­szy w mil­cze­niu opo­wie­ści o za­gła­dzie twier­dzy Gry­fów, po­ło­żył cięż­ką dłoń na ra­mie­niu Kel­da­ra.

– W Kaer Mor­hen za­wsze znaj­dzie się miej­sce dla Gryfa. Przyj­mę go do ter­mi­nu. I wy­szko­lę. Daję słowo. Wy­cho­wam jak swo­je­go.

 

***

Rok trze­ci uczył się tań­czyć z wil­ka­mi. A była to nauka bo­le­sna, skła­da­ją­ca się głów­nie z le­że­nia na ple­cach i pa­trze­nia w chmu­ry, pod­czas gdy Ve­se­mir i inni wiedź­mi­ni – naj­czę­ściej Lam­bert czy Eskel spro­wa­dza­li go do par­te­ru z re­gu­lar­no­ścią godną lep­szej spra­wy.

Wie­dział o po­two­rach wię­cej niż oni, a jego Znaki miały moc, która ich za­ska­ki­wa­ła, lecz w szer­mier­ce – w tym mor­der­czym, wil­czym ba­le­cie – wciąż po­peł­niał błędy.

Pa­mię­tał ten dzień, gdy fru­stra­cja się­gnę­ła ze­ni­tu.

– Ru­szaj się, kurwa! – war­czał Lam­bert, a jego miecz śmi­gał w po­wie­trzu z wście­kłym świ­stem. – Wsadź se w rzyć te swoje iskier­ki! Gówno ci dadzą, jak ci zaraz gnaty po­ła­mię! 

– Ko­en­rad, garda! To nie czas na posti di fi­ne­stra, do cho­le­ry! – krzy­czał z kruż­gan­ka Ve­se­mir.

Tego dnia nie wal­czył o zwy­cię­stwo. Wal­czył o prze­trwa­nie, pa­ru­jąc ciosy z de­spe­ra­cją.

TRZASK!

Drew­nia­ny miecz Lam­ber­ta z ło­sko­tem ude­rzył w za­sta­wę, aż Ko­en­ra­do­wi zdar­ło skórę z dłoni.

Unik.

STUK!

Pół­ob­rót.

ŁUP!

Młody Gryf dwoił się i troił, do­rów­nu­jąc Wil­ko­wi szyb­ko­ścią, ale to Lam­bert miał prze­wa­gę siły i bru­tal­ne­go do­świad­cze­nia. Bez­li­to­śnie punk­to­wał każdy błąd. Ude­rzał krót­ko, lecz twar­do, wy­bi­ja­jąc go z rytmu. Znie­cier­pli­wio­ny bier­no­ścią mło­dzi­ka i jego kur­czo­wą obro­ną, Wilk zro­bił gwał­tow­ny od­skok, po czym wziął sze­ro­ki, miaż­dżą­cy za­mach znad głowy, by jed­nym, po­tęż­nym cio­sem na za­wsze prze­ła­mać za­sta­wę.

I wtedy Ko­en­rad zro­bił coś, czego w pod­ręcz­ni­kach szer­mier­czych próż­no by szu­kać. Nie zro­bił uniku. Nie zbił ciosu. Wy­sta­wił lewą dłoń, skła­da­jąc palce w Znak Quen. Ale nie roz­pro­szył mocy magicznej, nie stwo­rzył bańki. Sku­pił ją. Skon­den­so­wał całą ener­gię w jed­nym punk­cie, two­rząc tar­czę małą, twar­dą i wi­bru­ją­cą, wiel­ko­ści le­d­wie ta­le­rza.

Miecz Lam­ber­ta rąb­nął w ma­gicz­ny pu­klerz z trza­skiem, jakby kto orzech zgniótł, i roz­sy­pał się w drza­zgi. Ko­en­rad nie cze­kał. Wy­ko­rzy­stał impet – jego pra­wi­ca wy­strze­li­ła jak kobra chcą­ca uką­sić ofia­rę. Sztych trzy­ma­ne­go drew­nia­ne­go mie­cza tra­fił weń ide­al­nie. W splot. Lam­bert zgiął się wpół, ła­piąc po­wie­trze jak ryba wy­ję­ta z wody, pur­pu­ro­wy na twa­rzy.

Ve­se­mir zaś po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem, choć w oczach miał iskry roz­ba­wie­nia.

– Wi­dzie­li­ście? Użył Quen jak pu­kle­rza! – par­sk­nął pod nosem, po czym z miej­sca spo­waż­niał i wle­pił w niego zimny wzrok. – Ale za uży­cie Zna­ków w czy­stym fech­tun­ku za­pła­cisz, Gryf­ku. Pięć kar­nych okrą­żeń wokół dol­nych murów. Bie­giem!

Nigdy nie był Wil­kiem, ale tego dnia udo­wod­nił, że po­tra­fi wal­czyć po swo­je­mu. Gdy po pią­tym okrą­że­niu padł na ko­la­na, char­cząc i wy­plu­wa­jąc żółć z wy­cień­cze­nia, po­czuł na karku twar­dą dłoń Lam­ber­ta, który mruk­nął tylko szorst­kie:

-Nie­źle, młody.

Dła­wiąc się chłod­nym po­wie­trzem, pa­trzył tępym wzro­kiem na dzie­dzi­niec. Przez pot i sól za­le­wa­ją­cą oczy, na zmur­sza­łych ka­mie­niach Kaer Mor­hen ma­ja­czy­ło mu do­kład­nie pięć pło­ną­cych sto­sów. 

Wie­dział, że to ze zmęczenia.

Ale wie­dział też, że ogień pię­ciu sto­sów nie zga­śnie w nim nigdy.

Spoj­rzał na srebr­ne­go Gryfa na swo­jej szyi.

Nadal pa­trzył su­ro­wo i tak samo bez emo­cji, jak za­wsze.

Chę­do­żo­ny kawał me­ta­lu.

Przy­po­mi­nał, co jest jego po­wo­ła­niem. Ochro­na ludzi przez po­two­ra­mi.

 

Koniec

Komentarze

Siema,

czytało mi się to wybornie. Jest to jedno z nielicznych opowiadań opublikowanych tutaj, gdzie naprawdę chciałem czytać dalej i szkoda mi było, że to już koniec. Na pocieszenie mam, że jest tego więcej :D

Bohater jest dobrze poprowadzony → mamy ułomność, są więzi emocjonalne (które choć krótko opisane mówią więcej o nim, aniżeli 2 strony maszynopisu). No i mamy jego rozwój – od melepety do kogoś, kto tworzy nowy styl walki.

Kibicowałem mu przez cały czas czytania, z pewnością przeczytam kolejne części. I chociaż uwielbiam twoje stylizacje, to ten styl w twoim wykonaniu o wiele bardziej mi się podoba.

Kliknąć póki co nie mogę, ale zastanowię się nad nominacją.

Poniżej uwagi:

 

I echo kroków w wilgotnych czeluściach podziemi starej warowni, gdzie stary mistrz Keldar prowadził go ku przeznaczeniu każdego dziecka trenującego na wiedźmina.

błąd składniowy?

 

budziła niepokój, niczym kamień rzucony w gładką taflę jeziora

Ładna metafora jako brzmienie, ale nie pasuje mi do bohatera.

 

Wiadomo było tylko, że zaprosił ją Reyhard, tutejszy mag, człowiek o wielkich ambicjach, który chciał odtworzyć chwałę szkoły. → Wiadomo było tylko, że zaprosił ją Reyhard – tutejszy mag, który chciał odtworzyć chwałę szkoły. ( chęć odtworzenia chwały szkoły wskazuje na ambicje, ale to tylko moje czepialstwo :D).

 

– Podsłuchałam pod drzwiami lazaretu. Starsi mówili szeptem. O wynoszeniu ciał. O tym, że żaden nie wytrzymał pierwszej godziny. Rozumiesz? Oni nie żyją. Ty idziesz trzeci. Musisz przeżyć, Koenrad. Za nas wszystkich. Bo ja… ja będę następna. 

przeszło do kolejnego akapitu

 

– Może śpią? – próbował, choć sam już w to nie wierzył. →

próbował co?

 

Wiedźmini, nawet Gryfy, wiedźmini w magii najlepiej szkolone, woleli ryzyko walki niż tę torturę intelektualną. → Nawet Gryfy, wiedźmini w magii najlepiej szkolone, woleli ryzyko walki niż tę torturę intelektualną.

 

Twarz starego wiedźmina, jak zawsze kamienna, skruszała na widok ich nędzy.

Super show, don’t tell

czytało mi się to wybornie. Jest to jedno z nielicznych opowiadań opublikowanych tutaj, gdzie naprawdę chciałem czytać dalej i szkoda mi było, że to już koniec. Na pocieszenie mam, że jest tego więcej :D

 

It was my honor :)

 

Pozostałe – wyprostowane. Niedróbki albo po prostu kombinacje jak jeszcze szlfiowałem tekst, zastanawiałem się nad wariantami. Nietrafione materofy sobie darowałem.

 

Kliknąć póki co nie mogę, ale zastanowię się nad nominacją.

Nie namawiam :) W końcu to tylko fanfic :) A miesiac jeszcze długi :) Mimo wszystko to miło, że tekst wszedł. 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Witaj. :)

Dzięki za uprzedzenie o wulgaryzmach. :)

 

Uwagi, sugestie i wątpliwości odnośnie strony językowej (zawsze – tylko do przemyślenia):

Inni chłopcy go nie akceptowali. Bo (przecinek?) gdy oni, spoceni i czerwoni z wysiłku, z trudem kreślili w powietrzu koślawe runy, jego palce składały się w skomplikowane formy same, płynnie, a Moc słuchała go z łatwością, która budziła lęk i brak zrozumienia wśród chłopaków, szczególnie tych silniejszych i starszych. Ci uznawali go za odmieńca, na przykład Ulfrich, starszy od niego, który dorównywał wzrostem dorosłym, oraz zwinny Nils, odgrywali się na nim przy każdym treningu szermierczym na placu. – powtórzenia?

 

Wysoka była jak na swój wiek, postawna prawie jak Ulfrich, a trzęsła się jak osika.

– Ulfrich był silny jak tur – szeptała mu do ucha, dławiąc łzy, a słowa rwały się nerwowo. – Nils szybki jak wiatr. – i tu?

 

– Może śpią? – próbował sobie to tłumaczyć, choć sam już w to nie wierzył. – i tu?

 

Łzy żłobiły jasne ścieżki na jej brudnych policzkach. Koenrad nie był turem ani wichrem. Był tak samo przerażony. Ale widząc jej strach, przełknął gulę w gardle i mocno ścisnął jej zimne dłonie.

– Przeżyjemy – powiedział cicho, patrząc jej prosto w oczy. – i tu?

 

Ta wielka, silna dziewczyna, która potrafiła powalić rówieśników w błoto, teraz po prostu płakała. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?

 

Potem były już tylko drzwi laborator ium, otwierające się ze zgrzytem, i zapach. – czy tu jest celowy neologizm – spacja w środku znanego powszechnie wyrazu?

 

W gorączkowych majakach (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) zalewających jego umysł, widział obrazy z przeszłości – dom trawiony pożarem, matkę wołającą jego imię, pionowe źrenice jakiegoś wiedźmina, który posadził go na konia i rzekł: (…) – powtórzenia?

 

To napewno ktoś z innych chłopaków. – ortograf – osobno?

 

Stał w zimnym korytarzu i patrzył, z całych sił wierząc, że ktoś zaraz zaprzeczy tej śmierci.

Keldar stał w drzwiach. – powtórzenie?

 

Pamiętał (przecinek?) jak Ulfrich znęcał się nad nim, wkładając mu głowę do beczki z lodowatą wodą, a Sigrid go przed nim obroniła. – powtórzenia?

Zaraz się staną się prochem. – tu omyłkowe

 

Żółte ślepia bestii przeszywały go surowym osądem, jakby go oceniały i bezlitośnie przypominały, kim się stał i jakie jest jego przeznaczenie. – powtórzenia?

Keldar, mistrz o twarzy jak posąg, ciosanej surowo niczym medalion (przecinek?) który wisiał na jego piersi, stawiał sprawę jasno: albo idziesz w góry, by wydrzeć gryficy jajo z gniazda, ryzykując, że cię rozszarpie na strzępy, albo recytujesz z pamięci Liber Tenebrarum.

 

Nikt przy zdrowych zmysłach nie wybierał księgi. Nawet Gryfy, wiedźmini w magii najlepiej szkolone, woleli ryzyko walki niż tę torturę intelektualną. – tu posypała się składnia zdania? – do czego/kogo odnosi się słowo: „szkolone” w rodzaju żeńskim lub nijakim?

Poprzednio napisałeś o lawinie małą literą, zaraz potem piszesz ten wyraz wielką, czy to jakiś termin/pojęcie?:

To nie była lawina. (…) Potężna Lawina pogrzebała resztki Kaer Seren.

Podobnie mam wątpliwość co do wyrazu „W/wilki” w znaczeniu tych z Kaer Morhen:

Zdesperowany, zwrócił się o pomoc do Wilków z Kaer Morhen. Tam tliło się jeszcze wiedźmińskie życie. (…) Rok trzeci uczył się tańczyć z wilkami. (…) Młody Gryf dwoił się i troił, dorównując Wilkowi szybkością, ale to Lambert miał przewagę siły i brutalnego doświadczenia.

 

Wychowam (przecinek?) jak swojego.

 

A była to nauka bolesna, składająca się głównie z leżenia na plecach i patrzenia w chmury, podczas gdy Vesemir i inni wiedźmini – najczęściej Lambert czy Eskel (myślnik kończący wtrącenie?) sprowadzali go do parteru z regularnością godną lepszej sprawy. – do końca nie zrozumiałam, o jakie „sprowadzania do parteru” chodziło – co znaczy „regularność godna lepszej sprawy”?

– Ruszaj się, kurwa! – warczał Lambert, a jego miecz śmigał w powietrzu wściekłym świstem. – ze?

 

Drewniany miecz Lamberta rąbnął w magiczny puklerz z trzaskiem, jakby kto orzech zgniótł, i rozsypał się w drzazgi. Koenrad nie czekał. Wykorzystał impet – jego prawica wystrzeliła jak kobra chcąca ukąsić ofiarę. Sztych trzymanego drewnianego trafił weń idealnie. W splot. Lambert zgiął się wpół, łapiąc powietrze jak karp wyjęty z wody, purpurowy na twarzy. – o czym mowa w wytłuszczonym fragmencie zdania?

-(brak spacji?) Nieźle, młody.

 

Znowu mam dylemat, bo pojawiają się pojęcia (ta księga z tytułem i treścią, endriagi, nazwy geograficzne itp.) żywcem wzięte z Wiedźmina… I mam wątpliwości, na ile to są Twoje własne, wymyślone tylko przez Ciebie treści, a na ile – wzorowane na znanych już wcześniej dziełach innych autorów…

Fajnie przedstawiasz fabułę, za każdym razem jest wciągająca i ciekawa, zatem daję za nią klik. :) Choć, przyznam – prócz niepewności, na ile jest to Twoje opowiadanie – znowu jest odczucie przeczytania zaledwie fragmentu/przedmowy/wstępu. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia przy tworzeniu kolejnych części. :)

Pecunia non olet

Ciekawe opowiadanie. Tym bardziej, że informacji na temat tego jak przebiegały wiedźmińskie próby jest znikoma ilość. W pierwszej części, próbowałeś je delikatnie opisać, omijając drastyczne szczegóły. Z tego co wiemy z gier, były one tak brutalne, że nawet wiedźmini nie chcieli o nich mówić. Miałam nadzieję, że sypniesz jakimiś informacjami ty jednak bardziej skupiłeś się na historii i emocjach bohatera. Jego relacji z Sygrid i kolegami. To robi klimat i można nawiązać więź z Konreadem.

Drugą część to zniszczenie twierdzy i moim zdaniem zasługuje ono na szczególne dopieszczenie. Tak samo brakowało mi opisu przepytywania przez Keldara. Z drugiej strony suche fakty to takie typowe dla wiedźmińskich opowieści i to według mnie jest też niezłym zabiegiem, bo skupiamy się tylko na głównym bohaterze.

I oczywiście wisienka na torcie. Keldar i Konread w Kaer Morhen byli tu wiedźmini ze Szkoły Wilka, co samo w sobie jest plusem bo podobała mi się nakreślona tu relacja. Lambert był chamski, a Vesemir wymagający, czyli tak ma być.

Czytało się płynnie, mogłam wczuć się w historię :)

Dlatego kliczek.

 

 

Ps: Każdy wiedźmin powiedziałby ci, że pięść do nosa pasuje idealnie. Bo pięść jest twarda, a nos miękki.

prócz niepewności, na ile jest to Twoje opowiadanie

Jest moje. Historia ukazana tutaj jest moja. Świat nie jest mój. 

Opowieści fanowskie mają to do siebie, że są robione przez fanów na podstawie historii w ksiązkach.

Natomiast zapewniam cię, że Koenrad z Mirtu jest całkowicie mój, a Czarna wyżej zaświadczy, że większość historii przeze mnie wykreowanych pochodzą ode mnie.

Postać Koenrada jest w pełni moja. Rozumiem twoje wątpliwości, zwłaszcza jak nie czytałaś książek więc możesz czuć poplątanie.

Tak jak ty opowiadasz znane historie z innej perspektywy ja uzywam innego świata do opowiadania swoich. Lenistwo? Być może. Ale to czyni moją opowieść nie moją? Albo twoje historie nie twoimi bo użyłaś znanej historii?

Nie. Jest moje :) Tak samo Twoje ciekawostki historyczne, pisane w bardzo fajny sposób są dziełem TWOJEJ wyobraźni i nikt nie ma zamiaru ci podważać tego.

Ja nie podważam :)

Podobnie jest tutaj :) W przedmowie zawarłem uczciwie co było wspomniane. Może powinienem wysyłać linki do wiki.wiedzmin.com z informacjami ? Jak sądzisz?:) Mogę wrzucać linki. Będzie uczciwiej :)

 

Co do kliczka, bardzo ci za niego dziekuję :) I jak zwykle już udaję się do poprawiania, bo większość powtórzeń i pierdół trzeba wyeliminować. Jak zwykle można na ciebie liczyć.

 

@CZARNA2

 

Zdecydowanie w tej kwestii nie chciałem…iść w rozszerzanie swoich rzeczy narazie tutaj, z uwagi na to, że mam plan w nastepnym opowiadaniu jak napiszę. Nie dlatego, że go porzucę, ale dojrzewam powoli do własnej historii.

 

Co twierdzy – historia twierdzy w książkach i grach i RPG jest tak niejasna, że większość rzeczy sprzeczna a co więcej wszystko polega na jednym zdaniu “zostało zniszczone przez magów”. i to tylko tyle. Zostawiłem to i na tym zbudowałem tutaj narrację.

 

I jak zwykle obu damom:

 

Wesołych świąt :)

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Melendurze88, ja wiem to wszystko, oczywiście, dyskutowaliśmy już o tym wielokrotnie; jak najbardziej sama mam podobny dylemat odnośnie własnych tekstów, ilekroć piszę coś z “historią w roli głównej” – na ile ona jest alternatywną, czyli moją, a – na ile nie… Zaznaczam przecież tagi o historii “autentycznej” i tej alternatywnej, a i tak zawsze ta niepewność we mnie tkwi… Kiedyś nawet uważałam, że – czerpiąc z historii – przynajmniej o te teksty jestem spokojna, że – mimo wplatania sporych dawek fantastyki – nigdy nie będą nominowane, bo “główną autorką” fabuły mimo wszystko jest historia, a nie ja. Tak “mocno” uważałam te teksty za “nie moje”, bo – oparte na historii, nie zaś – na stuprocentowo własnym pomyśle. :) I tu się, o dziwo, myliłam. :)

Linków absolutnie nie zamieszczaj, nie! Muszę po prostu zawsze podejść do Twojego cyklu w sposób logicznie uzasadniony: “opierasz prace na znanym powszechnie schemacie, tworząc stuprocentowo własne opowieści”. :) Ok. :)

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

OK, jest sympatyczna historia, można poczuć więź z bohaterem.

Czytało się całkiem przyjemnie, nowy sposób fechtowania interesujący.

Z drżącej dłoni, po łańcuszku ze ściśniętego medalionu spłynęła stróżka krwi.

Sprawdź w słowniku, co znaczy stróżka. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

 

OK, jest sympatyczna historia, można poczuć więź z bohaterem.

Dziękuję Finklo!

 

Sprawdź w słowniku, co znaczy stróżka. Możesz się zdziwić.

 

I za to też :) 

 

Wesołych świąt życzę :)

 

 

@bruce

 

Ok. Jak coś zawsze możesz dopytać. Zawsze odpowiem. Dopowiem tylko, że jestem zdania, że cokolwiek jest zrodzone w twojej głowie i twojej wyobraźni, pochodzi od ciebie jest twoje i nikt ci tego nie zabierze.

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

A dzięki. I nawzajem – zdrowych i wesołych. :-)

Babska logika rządzi!

Nastrój jest, emocje są, czyta się dobrze, z komentarzy i samego tekstu wnoszę, że włożyłeś sporo serca i wysiłku w tworzenie własnych historii osadzonych w świecie Sapkowskiego. Efekt – godny uwagi.

 

Mógłbyś staranniej dobierać słowa, bo nie zawsze się zazębiają i odpowiednio komponują.

Przykłady:

człowiek o wielkich ambicjach, który chciał odtworzyć chwałę szkoły.

Przywrócić?

Spojrzenie, w którym nie było ciepła, a jedynie zimna analiza, kalkulacja i coś, co przy dużej dozie wyobraźni można by nazwać ciekawością badacza pochylonego nad rzadkim okazem żuka.

Zbyt dookoła, wysilone, niezręczne.

Moc słuchała go z łatwością

Zapewne manipulował nią z łatwością, ale czy – tak w ogóle – można słuchać kogoś z łatwością? Można słuchać chętnie, karnie, bez oporu, to na pewno.

Żółte ślepia bestii przeszywały go surowym osądem, jakby go oceniały

Warto by się pozbyć go-go. Jeśli “przeszywały osądem”, to wiadomo, że oceniały (i to nie jakby).

Szorstkim ruchem grzbietu dłoni potarł twarz

Jak dla mnie – przekombinowane. Dlaczego nie po prostu “grzbietem dłoni”?

 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Ok. Jak coś zawsze możesz dopytać. Zawsze odpowiem. Dopowiem tylko, że jestem zdania, że cokolwiek jest zrodzone w twojej głowie i twojej wyobraźn, pochodzi od ciebie jestem twoje i nikt ci tego nie zabierze.

 

Jestem ZA! :)

Pozdrawiam świątecznie. :) 

Pecunia non olet

człowiek o wielkich ambicjach, który chciał odtworzyć chwałę szkoły.

Biorę na klatę. Przywrócić jest znacznie bardziej pasujące i lepiej się komponuje ;)

 

Spojrzenie, w którym nie było ciepła, a jedynie zimna analiza, kalkulacja i coś, co przy dużej dozie wyobraźni można by nazwać ciekawością badacza pochylonego nad rzadkim okazem żuka.

Ja lubię takowe :) Wielokrotne złożone mam świadomość, że rządzą się swoimi prawami i trochę stanowi jakiś kolejny poziom poprzeczki do przeskoczenia, ale to element trochę mojego stylu też. Ale…jeszcze pomyślę jak można to jeszcze zrobić. Narazie lekko skróciłem.

 

Warto by się pozbyć go-go. Jeśli “przeszywały osądem”, to wiadomo, że oceniały (i to nie jakby)

Wydawało mi się, że to już poprawiiłem. A widzę że nie :) Ale już poprawione, sprawdziłem 3-4 razy :) Dzięki za zwrócenie uwagi.

 

Jak dla mnie – przekombinowane. Dlaczego nie po prostu “grzbietem dłoni”?

No ale to był szorstki, szybki ruch :) Przemyślę.

 

Ale mimo to wszystko bardzo ci dziękuje za komentarz. Pewne rzeczy mi dały do myślenia :)

 

@bruce

 

Pozdrawiam świątecznie. :) 

 

Ja również!

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Cześć,

 

Ktoś mądry ostatnio mi powiedział, że trzeba czasem zabić to co się kocha

Ciekawe, kto? :P Mądre słowa!

 

Jak to u mnie bywa, trochę czepialstwa i łapanki :)

 

a jej ciemne oczy, bystre i drapieżne, zdawały się prześwietlać chłopców na wylot, oddzielać ziarno od plew z chłodną, niemal nieludzką precyzją. Koenrad czuł na sobie ten wzrok. Spojrzenie, w którym nie było ciepła, a jedynie chłód, kalkulacja i coś, co przy dużej dozie wyobraźni można by nazwać ciekawością badacza pochylonego nad rzadkim okazem żuka.

Dotknęła jego rozpalonego czoła dłonią zminą jak marmur, a w tym dotyku była magia.

To napewno ktoś z innych chłopaków.

Na pewno

 

Na ten ostatni, gdzie ogień z łapczywością trawił ciało Sigrid, która poszła po nim.

To dopowiedzenie jest niepotrzebne, bo wiemy o tym z fabuły. Wydaje mi się, że masz tendencję, aby dopowiadać to, co już jest oczywiste.

 

Przez pot i sól zalewającą oczy, na zmurszałych kamieniach Kaer Morhen majaczyło mu dokładnie pięć płonących stosów. 

Wiedział, że to majaki. 

No, my też to wiemy z pierwszego zdania ;)

 

Trawił w sobie to wszystko w cbezruchu

 

Ów legendarny założyciel cechu wierzył ongiś głęboko, że wiedźmin winien maluczkich osłaniać własną piersią, a o monecie w sakiewce dumać zaledwie w ostateczności.

Utrzymujesz pewną wyważoną stylistykę, która pasuje do opowiadanej całości, ale to zdanie jest przestylizowane i trochę wybija z rytmu, zwłaszcza że pojawia się w otwarciu drugiej części, gdy jesteśmy już przyzwyczajeni do prezentowanego języka.

 

Keldar, mistrz o twarzy jak posąg, ciosanej surowo niczym medalion który wisiał na jego piersi

Przecinek

 

Ok, tyle z uwag, ale znasz mnie, nie mają na celu wyzłośliwiać się, tylko wskazuję te kwestie, które jakoś mnie zatrzymały w trakcie czytania :)

 

Co do historii – ciekawa. Wiedźmińśkie uniwersum nie jest mi specjalnie bliskie, lore świata nie znam jakoś bardzo dobrze, ale wplotłeś to na tyle zgrabnie, że nie musiałam znać szczegółów, aby odnaleźć się w opowieści. Dobre wprowadzenie bohatera, co pewnie wybrzmi lepiej w kolejnych częściach, które oczywiście przeczytam.

 

I na koniec –> doceniam kawał historii i zagłębienie w tym świecie, ale nie ukrywam, że z niecierpliwością czekam na coś w innych klimatach, bo myślę, że dopiero wtedy, gdy wyjdziesz poza ramy Wiedźmina, Twoja kreatywność najlepiej wybrzmi :) 

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Hej, całkiem dobrze się czytało, chociaż całość bardziej przypominała streszczenie przeszłości bohatera niż samodzielne opowiadanie. Brakowało mi trochę zwolnienia tempa narracji w ważniejszych momentach, jak sama próba i śmierć przyjaciółki. Fajnie byłoby też zobaczyć więcej emocji bohatera. Mimo tego czytało się przyjemnie, bez potknięć, i chętnie poczytałabym jeszcze o przygodach Koenrada.

Hej, całkiem dobrze się czytało, chociaż całość bardziej przypominała streszczenie przeszłości bohatera niż samodzielne opowiadanie. Brakowało mi trochę zwolnienia tempa narracji w ważniejszych momentach, jak sama próba i śmierć przyjaciółki. Fajnie byłoby też zobaczyć więcej emocji bohatera. Mimo tego czytało się przyjemnie, bez potknięć, i chętnie poczytałabym jeszcze o przygodach Koenrada.

@ośmiornica 

Mogłem jeszcze dokładniej to rozwinąć :) Emocje – patrz w przedmowę, dla mnie i tak było to dość dużo :) Ale mimo wszystko bardzo dziekuje za nomen omen miły komentarz, dużo dla mnie to znaczy.

Co do Koenrada– w odnośnikach jest więcej historii :)

 

 

@OldGuard

Ciekawe, kto? :P Mądre słowa!

Chociaż myślę, że jak to bywa z początkujacymi pisarzami – oni czasem mają takie mądrzejsze rzeczy do powiedzenia niż niejedni znani pisarze ;P Więc zapewne…początkująca pisarka ;P 

 

 

 

Utrzymujesz pewną wyważoną stylistykę, która pasuje do opowiadanej całości, ale to zdanie jest przestylizowane i trochę wybija z rytmu, zwłaszcza że pojawia się w otwarciu drugiej części, gdy jesteśmy już przyzwyczajeni do prezentowanego języka.

Tak, bo napisałem ten fragment już później. Jak chcesz to to prv ci podeślę starszą pierwotną wersję. Tekst ten przerabiałem X razy :) Ale mimo to uznałem, że stylizowany fragment zostawię. Wybija z rytmu, co?

 

Ok, tyle z uwag, ale znasz mnie, nie mają na celu wyzłośliwiać się, tylko wskazuję te kwestie, które jakoś mnie zatrzymały w trakcie czytania :)

To nie są złośliwości :) Precyzyjna krytyka to oznaka dobrego przeczytania tekstu :) Za co jestem jak zwykle ci bardzo wdzięczny. 

 

I na koniec –> doceniam kawał historii i zagłębienie w tym świecie, ale nie ukrywam, że z niecierpliwością czekam na coś w innych klimatach, bo myślę, że dopiero wtedy, gdy wyjdziesz poza ramy Wiedźmina, Twoja kreatywność najlepiej wybrzmi :) 

To be continued :) Myślę, że jeszcze zaskoczę tematyką :)

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Serwus,

Skoro już wywołałeś mnie w przedmowie, to jakżebym mógł nie przeczytać także teraz.

Fajnie, że odsłaniasz kolejne karty z życia Koenrada – powoli tworzy się z tego większa narracja.

Opowiadanie jest ciekawe pod względem fabularnym, choć zapewne lepiej wybrzmiewa, gdy zna się pozostałe przygody Gryfa. Wtedy widać pełniejszy kontekst.

Pozdrokilk

Czołem melendurze!

 

Na wstępie znów zaznaczę – nie znam się dobrze na świecie wiedźmina, stąd pewnych elementów mogę nie doceniać aż tak bardzo jak inni. Naturalnie poniższe to sugestie, być może błędne, a wszelkie żarty-żarciki nie są naśmiewaniem się, a wyrazem mojego wybitnego humoru jedynie takimi o wstawkami humoru dla ubogich laugh

Wspomnienie wracało, natrętne jak ból w źle zrośniętej ranie, zawsze przynosząc ze sobą ten sam chłód kamiennych płyt pod bosymi stopami.

No i to jest dobry początek opowiadania! Często zwracam ludziom uwagę na pierwsze zdania, tutaj jest ono intrygujące, metafora niezła, podmiot nieznany. Jedyne ale – ból łączy mi się z ciepłem (śmierć z chłodem), a ty użyłeś go wraz z chłodem do opisu jednego uczucia. Pytanie też, czy wspomnienie może “przynosić chłód”, czy raczej może “wracać wspomnienie chłodnej posadzki pod bosymi stopami” lub “wracać uczucie chłodnej posadzki pod bosymi stopami”. Do rozważenia, ale podoba mi się taki początek!

W pamięci miał echo kroków w wilgotnych czeluściach podziemi starej warowni, gdzie stary mistrz Keldar prowadził go ku przeznaczeniu każdego dziecka trenującego na wiedźmina.

Stary mistrz w starej warowni robił różne stare rzeczy ;p. Dobrze, że starych dzieci nie trenował!

Jej obecność w wiedźmińskim siedliszczu pasowała jak pięść do nosa i budziła niepokój

Nie wiem, czy obecność może pasować jak pięść do nosa. Bo to raczej wrażenie wizualne, a obecność takim nie jest. Jej np. elegancka postać, już bardziej, w mojej ocenie.

Stała w cieniu krużganków, nieruchoma, a jej ciemne oczy, bystre i drapieżne, zdawały się prześwietlać chłopców na wylot, oddzielać ziarno od plew z chłodną, niemal nieludzką precyzją. Koenrad czuł na sobie ten wzrok. Spojrzenie, w którym nie było ciepła, a jedynie chłód, kalkulacja i coś, co przy dużej dozie wyobraźni można by nazwać ciekawością badacza pochylonego nad rzadkim okazem żuka.

Powtórzonko. Po drugie, nie wiem, czy spojrzenie badacza pochylonego nad okazem żuka jest chłodne i zdystansowane – raczej wyobrażam sobie je pełne fascynacji i zainteresowania. Może rozważyłbym zmianę metafory.

Bo gdy oni, spoceni i czerwoni z wysiłku, z trudem kreślili w powietrzu koślawe runy, jego palce składały się w skomplikowane formy same, płynnie, a magia słuchała go z łatwością, która budziła lęk i brak zrozumienia wśród chłopaków, szczególnie tych silniejszych i starszych. Ci uznawali go za odmieńca, na przykład Ulfrich, starszy od niego, który dorównywał wzrostem dorosłym, oraz zwinny Nils, odgrywali się na nim przy każdym treningu szermierczym na placu.

Jakoś wydało mi się dużo zaimków, plus pierwsze zdanie się ciągnie i ma średni rytm.

Ostatnie, desperackie przytulenie w ciemnym korytarzu, w którym było więcej strachu niż dziecięcej czułości.

W korytarzu, czy w przytuleniu? Bo wychodzi, że w korytarzu.

Wysoka była jak na swój wiek, postawna prawie niczym Ulfrich, a trzęsła się jak osika.

Oj, po co ta inwersja tutaj? Niezrozumiałe zdanie.

– Może śpią? – próbował sobie to tłumaczyć, choć sam już w to nie wierzył.

To-to (Africa)

Koenrad nie był turem ani wichrem. Był tak samo przerażony. Ale widząc jej strach, przełknął gulę w gardle i mocno ścisnął jej zimne dłonie.

Powtórzonka.

Był pewny, że kto jak to, ale Sigrid ze Skellige, silna dziewczyna, przeżyje.

Kto jak to? Czy może kto jak kto?

Zamiast niej z laboratorium wyszli starsi, wynosząc drobne ciało przykryte zakrwawionym płótnem.

Drobne? Czy ona nie była mocno zbudowana i wysoka?

Teraz leżał ten gnojek na stosie razem z nią i pozostałymi.

Po cóż inwersja?

Trawił w sobie to wszystko w cbezruchu, w ciszy przerywanej tylko monotonnym szumem fal i z wolna zaczynającym padać deszczem.

cbezruch :)

Szorstkim ruchem grzbietu dłoni potarł twarz, ukrywając zeszklone oczy przed surowym wzrokiem mistrza

Jakiż to ruch jest szorstki? W sensie być może taki ruch jest, ale naprawdę nie wiem jakiż to.

Była kluczem do zrozumienia prawideł tego świata. Męcząca, owszem, napisana archaicznym żargonem, traktowała o potworach, klątwach, a nawet o koniunkcji sfer. Pochłonął ją w dwa tygodnie.

Podkreśliłbym proces. Pochłonąć w dwa tygodnie – tak, zapamiętać w całości w dwa tygodnie – nie, nawet wiedźmin, nie.

 

Ogólne przemyślenia. 

Momentami wciąż rwiesz narrację. Nie chodzi o samą fabułę, a o sposób konstruowania zdań, zdarza Ci się wybijać czytelnika z rytmu. Zaimkoza niedoleczona, acz leczona, widzę. Metafory to narzędzie, którym umiesz się posługiwać, choć nie zawsze wyjdzie Ci w punkt, a czasami warto zastanowić się nad logicznym sensem. Ale niektóre są za to ojoj piękne i celne! Zdecydowanie to dobra droga!

Opko trochę obarczone czymś ala “Koenrad – początek”. Jak prolog do zbioru opowiadań wypadałoby znakomicie, jako samodzielny tekst wypada po prostu nieźle.

Brawo za scenę walki, fajna! Najlepsza z dotychczasowych. Trochę fachowych pojęć z szermierki by nie zaszkodziło, ale naprawdę dobrze się ją czytało. Krótkie zdania, pojedyncze słowa – tak się pisze walkę, super.

No i zakończenie. Bez niego powiedziałbym, że tekst jest “ok”. Ale po nim, śmiało mówię, że jest “niezły”. Klamra kompozycyjna oraz wytyczenie dla bohatera drogi na przyszłość – świetne. Oczywiście, trudno nam żałować poległych kolegów i koleżanki, skoro ich nie poznaliśmy poza scenami próby. Inna sprawa, że jestem uzależniony od klamr kompozycyjnych, więc kupiłeś mnie jak wiedźmina za mieszek miedziaków, czy też jak paczkę żelków. Lub też żelków w kształcie wiedźmina.

Jak na trudną i właściwie w części skazaną na niepowodzenie w takim tekście, kronikarską narrację, to wypadła ona prawidłowo. Można było ciekawiej, pewnie tak, ale obroniłeś ten styl. Nie ma infodumpów, czego się trochę po tym spodziewałem.

Usterek się trochę trafiło, część Ci jeszcze została po poprawkach niezawodnej bruce (zakładam, że z przeoczenia, sam nigdy nie naniosę wszystkiego, zawsze coś przegapię).

Popraw, to będziemy klikać (szantaż emocjonalny muhahaha). Chyba że nie potrzebujesz już klika, no to wtedy przestrzeliłem, jak niegdyś Michał Kucharczyk z Ajaxem (if You know what I mean).

 

Pozdrawiam serdecznie!

 

PS: też zrobiłem kiedyś “stróżkę”. Tylko mi to wytknęła Reg :)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Nieważne, kto wytyka stróżki. Grunt, żeby zacząć je odróżniać od strużek. :-)

Babska logika rządzi!

Wytykają Stróżki Strużek (uwaga, skrót może być niebezpieczny) ;)

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Jeszcze swego czasu na portalu furorę robiło żądzą/rządzą. :-)

Babska logika rządzi!

Kurde. Co tu się stało się :)

PS: też zrobiłem kiedyś “stróżkę”. Tylko mi to wytknęła Reg :)

Błędy się zdarzają każdym :)

 

@beecki Usterki część się trafiła jak ludzie zaczęli wytykać błędy co im nie leży. A zauważyłem, że robiąc na szybko, wtedy popełnię inny błąd :)

Błedy bruce są już dawno poprawione. Nie wszystkie powtórzenia w 100% bylem w stanie poprawić, by nie psuło mi wizji czy pełnego zdania lub nie potrafiłem takowych znaleść. Ale z grubsza wszystko wyeliminowane.

 

To co ty wychwyciłeś – owszem, zrobione :)

 

Odnosząc się do podsumowania.

 

Po pierwsze – jestem rad jak zwykle, żeś zajrzał do mnie. Humor podszyty ironią kupuję w całej okazałości :) 

Co do ironii i humoru:

Sam mam czasem mocniejszy niż zwykle. Musi tylko zostać odpowiednio striggerowany. 

Z ironią jest jak winem. Trzeba się nią degustować, nigdy nie za wiele…Podawana odpowiednio wpływa na zdrowie i nie traktuje sie wszystkiego poważnie.

I oczywiście..najlepiej smakuje podana na zimno :) 

 

Wracając do meritum.

 

Tak, również staram się robić klamry, ale nie w każdym opowiadaniu. Jak zapewne zauważyłeś, mimo tematyki, trochę staram się testować różne fabuły. Chociaż i z tematyką, niedługo zaskoczę :) A ten tekst nie jest pożegnaniem, a zapowiedzią pewnie przerwy – co napisałem w przedmowie.

Klamry kompozycyjna własnie wydała mi się idealna na ten schemat. Wersja z początkami i tak mi wyglądają. Dojdzie za niedługo Upiór z Velen który tam może mieć podobnie ;) Też je lubię.

Fajnie, że się spodobało. Szczególnie smakuje taka opinia, jak ktoś uczciwie oceni a i się spodoba.

 

Popraw, to będziemy klikać (szantaż emocjonalny muhahaha). Chyba że nie potrzebujesz już klika, no to wtedy przestrzeliłem, jak niegdyś Michał Kucharczyk z Ajaxem (if You know what I mean).

Chyba już mam, bo Robert mnie uraczył niezawodnym pozdroklikiem :) Ale i tak poprawiłem, bo nawet wirtualny jest ważny :)

 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Kurde. Co tu się stało się :)

Nabijamy Ci komentarze, ot co laugh

@beecki Usterki część się trafiła jak ludzie zaczęli wytykać błędy co im nie leży. A zauważyłem, że robiąc na szybko, wtedy popełnię inny błąd :)

Klasyczek. Nanosimy poprawki, a przecież nie sczytujemy całości na nowo. Warto sobie czasem rzucić oko na zdanie wokół zmienianego słowa albo na akapit wokół zmienianego zdania. Ale wszystkiego i tak nie unikniemy, taki los autorów.

Jak zapewne zauważyłeś, mimo tematyki, trochę staram się testować różne fabuły

Widzę zdecydowanie i doceniam kreatywność. Mi się mniej chce testować różne fabuły w tym samym świecie. Na konkurs, czy w jakimś szorcie, to co innego :)

Chociaż i z tematyką, niedługo zaskoczę :)

Nie wiedźmin i nie dzikie pola? Niemniej, podziwiam płodność literacką.

A ten tekst nie jest pożegnaniem, a zapowiedzią pewnie przerwy – co napisałem w przedmowie.

Cykl wyszedł udanie. A myślę, że też sporo się nauczyłeś, widać progres w wielu elementach (choć kimże jestem, by go oceniać).

Wersja z początkami i tak mi wyglądają. Dojdzie za niedługo Upiór z Velen który tam może mieć podobnie ;) Też je lubię.

Ja to przeważnie na osi z klamry kompozycyjnej opieram tekst. Co też nie zawsze jest dobre, bo otwarte zakończenia mają mnóstwo plusów (klamra ich nie wyklucza, ale ogranicza).

Chyba już mam, bo Robert mnie uraczył niezawodnym pozdroklikiem :) Ale i tak poprawiłem, bo nawet wirtualny jest ważny :)

No bezczelne :). Cóż, masz tego wirtualnego, zadowól się i nie wydaj na głupoty.

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Czytało się bardzo dobrze, to niewątpliwa zaleta, aczkolwiek jako samodzielne opowiadanie brakuje mi czegoś więcej, większy twist, stawka. Czasu jednak nie straciłem :)

 

– "napewno" → "na pewno"

– "zminą jak marmur" – literówka

Tymczasowy lakoński król

Nie wiedźmin i nie dzikie pola? Niemniej, podziwiam płodność literacką.

Mam w głowie mam DP, ale tym razem już serię z jednym bohaterem.

więc świat, ze tak to ujmę już niby “mój”. Więc o fanfica mnie nikt nie posądzi :P

Plus coś kompletnie innego. W wyzwaniach tych od marzana, z nieznajomym mogłeś już przeczytać próbkę, że nie tylko wiedźminem i dp stoję :P

 

Cykl wyszedł udanie. A myślę, że też sporo się nauczyłeś, widać progres w wielu elementach (choć kimże jestem, by go oceniać).

Wiesz, odstawię go na razie nie półkę :) Zaciąłem się w “Grze o Dominację” i potrzebuję czegoś nowego. Na chwilę się żegnam, ale u mnie żegnam nigdy nie oznacza pożegnania na stałe ;)

Ja to przeważnie na osi z klamry kompozycyjnej opieram tekst. Co też nie zawsze jest dobre, bo otwarte zakończenia mają mnóstwo plusów (klamra ich nie wyklucza, ale ogranicza).

Na pewno jest to fajne, bo jednak jest to spójne z narracją. W tej kwestii trzeba przyznać, że to fajny zabieg. Miałem trochę pomysłów na inny motyw, ale do tego to tego opka aż się prosiło to zrobić.

 

@OneTwo – dzięki za wyłapanie. @OldGuard mi już to wyłapała ale w moim roztrzepaniu tego nie poprawiłem.

Fixed :)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Wiesz, odstawię go na razie nie półkę :) Zaciąłem się w “Grze o Dominację” i potrzebuję czegoś nowego. Na chwilę się żegnam, ale u mnie żegnam nigdy nie oznacza pożegnania na stałe ;)

Na razie w krótkim czasie napisałeś więcej niż ja przez półtora roku, a przecież przyszedłem tu też pisać serię, więc nie idzie Ci źle ;p

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Hejka!

Jeśli chodzi o styl, to jest naprawdę ładny, plastyczny, ale chwilami aż za bardzo. Były zdania, które brzmiały pięknie, tylko że przez ich nagromadzenie czytało się ciężej, jakby tekst czasem bardziej miał być ładny niż naturalny. Tekst ma fajny klimat i kilka bardzo mocnych scen. Koenrad jest ciekawy, ale trochę zbyt szybko wyjątkowy, brakuje jakichś porażek, żeby całość uwiarygodnić. Widać duży potencjał.

Pozdrawiam! 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Hej Betweenthelines:)

 

ale chwilami aż za bardz

Na przykład?:) Z chęciią się dowiem gdzie, bo fakt, lubię plastyczność ozdbniki, ale wskazanie takowych mogłyby pomóc :)

 

tylko że przez ich nagromadzenie czytało się ciężej, jakby tekst czasem bardziej miał być ładny niż naturalny

Rozumiem. No taki mam styl, fajniej mi się w nim pisze, ja też mam określone gusta, ale jak widzisz co, co można poprawić nie zmieniając stylu, jestem otwarty na propozycje :)

Koenrad jest ciekawy, ale trochę zbyt szybko wyjątkowy, brakuje jakichś porażek, żeby całość uwiarygodnić

Trochę nie rozumiem tego zarzutu. Akurat stworzony został jako postać mocno niedoskonała, w większości opkach, które stworzyłem, jest `power` jest mocno limitless. W nowszej dodatkowo to będzie wskazane.

 

Dziękuję ci mimo wszystko za przeczytanie i miłe słowa :)

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Skrócona wersja tego, co prezentowałeś już wcześniej, ale nie narzekam, bo była to niezła „powtórka z rozrywki”, choć wykonanie mogło być lepsze. :)

 

Nie­licz­ni wiedź­mi­ni, któ­rzy zje­cha­li tedy na zi­mo­wa­nie do twier­dzy… → Nie­licz­ni wiedź­mi­ni, któ­rzy zje­cha­li wtedy na zi­mo­wa­nie do twier­dzy

Sprawdź znaczenia słów tedywtedy.

 

 …je­dy­nej dziew­czyn­ki, jaka była w Kaer Seren. → …je­dy­nej dziew­czyn­ki, która była w Kaer Seren.

 

– Ulfrich to był wiel­ki jak tur – szep­ta­ła mu do ucha, dła­wiąc łzy, a słowa rwały się ner­wo­wo… → To nie dziewczyna dławiła łzy, łzy mogły dławić ją, utrudniając mówienie.

Proponuję: – Ulfrich to był wiel­ki jak tur – szep­ta­ła mu do ucha, połykając dła­wiące ją łzy, a słowa rwały się ner­wo­wo

 

Łzy żło­bi­ły jasne ścież­ki na jej brud­nych po­licz­kach. Ko­en­rad nie był turem ani wi­chrem. Ale wi­dząc jej strach, prze­łknął gulę w gar­dle i mocno ści­snął jej zimne dło­nie. → Czy wszystkie zaimki są konieczne? Wiadomo, czyje policzki są brudne

Proponuję: Łzy żło­bi­ły jasne ścież­ki na brud­nych po­licz­kach. Ko­en­rad nie był turem ani wi­chrem. Ale wi­dząc jej strach, prze­łknął gulę w gar­dle i mocno ści­snął zimne dło­nie dziewczyny.

 

W go­rącz­ko­wych ma­ja­kach za­le­wa­ją­cych jego umysł, wi­dział ob­ra­zy z prze­szło­ści… → Zbędny zaimek.

 

Że ko­stu­cha już po niego sięga, by do­łą­czyć go do tych, co ode­szli rano. → Drugi zaimek jest zbędny.

Proponuję: Że ko­stu­cha już po niego sięga, by do­łą­czył do tych, którzy ode­szli rano.

 

To na­ pew­no ktoś z in­nych chło­pa­ków. → To na­ pew­no któryś z in­nych chło­pa­ków.

 

Na ten ostat­ni, gdzie ogień z łap­czy­wo­ścią tra­wił ciało Si­grid. → A może: Na ten ostat­ni, którego ogień łapczywie tra­wił ciało Si­grid.

 

Z drżą­cej dłoni, po łań­cusz­ku ze ści­śnię­te­go me­da­lio­nu spły­nę­ła struż­ka krwi. → Nie wydaje mi się, aby łańcuszek był ze ściśniętego medalionu.

Proponuję: Z drżą­cej dłoni, po łań­cusz­ku ści­skanego me­da­lio­nu, spły­nę­ła struż­ka krwi.

 

Po­tarł grzbie­tem dłoni twarz, ukry­wa­jąc ze­szklo­ne oczy… → Zeszklone mogą być warzywa po przesmażeniu ich na patelni, ale nie oczy.

Pewnie miało być: Po­tarł grzbie­tem dłoni twarz, ukry­wa­jąc zaszklo­ne oczy

 

-Nie­źle, młody. → Brak spacji po dywizie, zamiast którego powinna być półpauza.

 

na zmur­sza­łych ka­mie­niach Kaer Mor­hen ma­ja­czy­ło… → Murszeje drewno. Kamienie nie murszeją.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć,

Dobrze napisane opowiadanie. Tak, wiem, że trochę niedoskonałości językowych zostało już wylistowane, ale to nie zmienia mojej oceny. Tekst jest poukładany i dobrze osadzony w zaproponowanym przez Ciebie universum.

Gdyby to była całość, uznałbym, że jest zbyt statyczna, że za mało się w niej dzieje. Ale jako, że to właściwie prolog, to rozumiem, że chciałeś tylko nakreślić “tło historyczne “ i przyczyny późniejszych wydarzeń, więc skróty były konieczne. Jeśli tak na to spojrzeć, wszystko jest OK.

Styl utrzymujesz konsekwentnie. Tak, jak wyjaśniłeś w przedmowie, jest trochę “dekadencji i smutku” Ja preferuję rzeczy lżejsze i dla mnie jest momentami zbyt patetycznie, ale obiektywnie rzecz biorąc, realizację założeń należy docenić :)

O ile Twój świat mnie przekonuje całkowicie, to bohater wydaje mi się trochę zbyt szablonowy. Kładę to jednak na karb wspomnianej wcześniej skrótowości i liczę, że później jednak czymś zaskoczy. Na razie zaskoczył mnie tylko tym “zawadiackim uśmieszkiem”. Dalibóg, nic wcześniej nie wskazywało na to, że z Koenrada jest taki zawadiaka, z błąkającym się na wargach charakterystycznym uśmieszkiem :) 

Druga rzecz, na którą zwróciłbym uwagę to “powołanie” w ostatnim zdaniu. Wokacja to głos wewnętrzny, własna potrzeba i przekonanie o wyborze drogi, a z tego co pamiętam i o czym sam zresztą wspominasz, dzieci do wiedźmińskiego terminu to raczej po prostu zabierano, nie pytając czy chcą, czy nie, więc tu raczej w grę wchodzi raczej “przeznaczenie”.

To chyba wszystkie uwagi. Jako ocenę ogólną , niech posłuży stwierdzenie, że tekst zachęca do przeczytania dalszego ciągu.

 

 

 

 

melendur,

zajrzałam, przeczytałam i podoba mi się taka kara ;P

Jednej tylko rzeczy się przyczepię. Zniszczenie Kaer Seren było strasznie nagłe i krótkie. 

Pozdrawiam :)

Hej,

Całkiem ciekawe, ale muszę Ci szczerze wyznać już na samym początku – nie lubię fanowskich opowiadań, zawsze miałem poczucie, że to (zazwyczaj) marne naśladowanie pierwowzoru. Ale odbierz to czysto subiektywnie. 

Natomiast sam tekst prowadzisz bardzo sprawnie, Koenrad jest ciekawą postacią, ze smutną historią i dobrze się to czyta. 

Zgodzę się trochę, że kilka zdań jest zbyt ozdobnych – albo inaczej, ich natężenie jest spore. Wiem, że lubisz stylizację, zdania wielokrotnie złożone i ładne ozdobniki. Nie przeszkadza mi to, wręcz szanuję, ale rzeczywiście czasem mnie to zatrzymało, jak: Ów legendarny założyciel cechu wierzył ongiś głęboko, że wiedźmin winien maluczkich osłaniać własną piersią, a o monecie w sakiewce dumać zaledwie w ostateczności. Kiedy jest ozdobnych zdań za dużo, czasem czytelnik może się pogubić i zatrzymac na kilka sekund. Wierzę, że o to chodziło betweenthelines, chociaż nie będę się wypowiadał za kogoś. Ale dlaczego się odnoszę do innego komentarza? Bo zdziwiło mnie, że napisałeś to:

Trochę nie rozumiem tego zarzutu. Akurat stworzony został jako postać mocno niedoskonała, w większości opkach, które stworzyłem, jest `power` jest mocno limitless. W nowszej dodatkowo to będzie wskazane.

Ja też nie znam innych przygód Koenrada, bo mimo że czytam Twoje teksty, to tak jak wspomniałem, fanowskie treści raczej omijam, więc wstawiając tę jako osobne opowiadanie musisz mieć na uwadze, że nie każdy zna treść wszystkich części. 

Może też dlatego nie czułem do niego przywiązania, jak inni użytkownicy, bo nie znam jego inncyh upadków i wzlotów. Szkoda, że scena zniszczenia szkoły Gryfów była tak krótka, szczerze nie do końca zrozumiałem co było przyczyną.

Co nie zmienia faktu, że czytało mi się bardzo dobrze, opko jest napisane sprawnie, bohaterów da się lubić, nawet jeśli pojawiają się na chwilę. Dobry wybór z tym, że nasz bohater jest bliżej Znaków niż miecza. Spodobało mi się to. Dialogi typowo wiedźmińskie, więc nie mogę pochwalić oryginalności, ale to nie zmienia faktu, że są napisane fajnie. Dobra robota, gdybyś potrzebował klika, klikałbym. 

Odbijając lekko piłeczkę, też czekam na inne treści niż ze świata Wiedźmina, żadnych schematów haha! Żartuję oczywiście, pisz co sprawia Ci przyjemność.

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Całkiem ciekawe, ale muszę Ci szczerze wyznać już na samym początku – nie lubię fanowskich opowiadań, zawsze miałem poczucie, że to (zazwyczaj) marne naśladowanie pierwowzoru. Ale odbierz to czysto subiektywnie. 

Nie wszyscy lubią:) Nie musisz się bać, wiem jak ludzie myślą o fanfikach :)

 

Odbijając lekko piłeczkę, też czekam na inne treści niż ze świata Wiedźmina, żadnych schematów haha! Żartuję oczywiście, pisz co sprawia Ci przyjemność.

Zaczynasz mi się podobać – jakbym rzekł w grze cRPG.

 

No tak, ten tekst generalnie trochę był próbą wrzucenia trochę innej narracji, też Prolog był stary ale nie chciałem tej narracji zabijać tym co nie dawno napisałem.

 

Ogółem jak pisalem w prologu z wiedźminem będe sie może nie żegnał, ale napewno na tym portalu odkładał go już na półkę. Chyba od dokładnie – od 15 lat w końcu napiszę coś swojego, w swoim świecie.

 

W końcu chyba do tego dorosłem, a paradoksalnie te fanfiki i poznanie ludzi tutaj pomogło mi bardzo w pisaniu i innym spojrzeniu.

Może też dlatego nie czułem do niego przywiązania, jak inni użytkownicy, bo nie znam jego inncyh upadków i wzlotów. Szkoda, że scena zniszczenia szkoły Gryfów była tak krótka, szczerze nie do końca zrozumiałem co było przyczyną

Hm… W zamyśle w “Koenradzie z Mirtu” jest to bardziej opisane i teoretycznie w nieskończonej “Grze o Dominację” którą pewnie wrzucę n wattpad (bo sie szykuje na coś dłuższego) to wrzucę to tam. Wiedźmin powoli odejdzie na emeryturę. Ale może tamto skończę, bo w przeciwieństwie do Martina, mówię B :) Dlatego nie czułem potrzeby, opowiadać tej historii od nowa.

 

Jak się komuś spodoba, to zaglądnie, jak nie – to trudno :) I tak sie cieszę, że przeczytałeś tego fanfica, mimo, że całkowicie rozumiem, że masz prawo ich nie lubić.

 

Dzięki za odwiedziny, znaczą na mnie dużo :) I za miłe słowo do twojego opka też przyjdę, czas jeno znaleść muszę:)

 

@Unabomba

zajrzałam, przeczytałam i podoba mi się taka kara ;P

Jednej tylko rzeczy się przyczepię. Zniszczenie Kaer Seren było strasznie nagłe i krótkie. 

Pozdrawiam :)

 

Fajnie że wpadłaś! :) I fajnie, że jesteś aktywna. Piszesz dobrze i szkoda, żeby twoje opka nie poznało więcej osób, a niestety tutaj to trochę barter – ty czytasz mnie, ja ciebie. W sumie na wattpad skąd przylazałem tutaj to jest podobne. Ale za tu tu jest fajniej. Kameralniej :) Więc dzięki za zajwienie się 

co do kear seren – patrz wyżej, napisalem MB :)

 

 

@czeke

 

MIło cię widzieć znowu :) I Dziękuje za miłe słowa!

 

To tak zbiorczo. Pierw – minusy.

 

No tak, tutaj jest szablonowy, ale w dalszych opkach, po kolei ukazuje jego…unikalność. Unikalna mutacja, znaki no i sam fakt tego, że nie standardowo szkołą wilka, a gryfa ;) Po za grami nigdzie nie opisana na dobrą sprawę. W dalszych opkach – dowiemy się, że ten dotyk Filippy spowodował dość niestandardowe zmiany w jego organizmie, z któymi sie będzie zmagał, niekontrolowaną moc znaków no i ten zawiadiacki uśmieszek, który starałem się w kilku miejscach poprzednich opkach pokazać.

Tak wiem, piszę trochę do tyłu, wybierająć różne fragmenty okresu, co utrudnia orientacje ;)

Co do Wokacja – świetny pomysł, jak bedę poprawiał zmiany @reg, to napewno zwrócę na to uwagę!

Skrócona wersja tego, co prezentowałeś już wcześniej, ale nie narzekam, bo była to niezła „powtórka z rozrywki”, choć wykonanie mogło być lepsze. :)

Tak, to jak pisałem w prologu wersja osobna prologu którego wyciągnąłem z tamtego opko.

 

Reg, obiecuje, że poprawię jak tylko znajdę czas, bo piszęna ostatnim tchu ten komentarz ;) 

 

 

 

 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Melendurze, wiem, że poprawisz. I nie zamęczaj się, spokojnie odpocznij. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale może tamto skończę, bo w przeciwieństwie do Martina, mówię B

I słusznie!

Chyba od dokładnie – od 15 lat w końcu napiszę coś swojego, w swoim świecie.

O wow, no to koniecznie! Czekam.

Dzięki za odwiedziny, znaczą na mnie dużo :)

Przychodzisz do mnie, to i ja do Ciebie. A, że piszesz fajnie, to i robie to z przyjemnością.

Pozdro!

You cannot petition the Lord with prayer!

Cześć,

 

Wrześniem ubiegłego roku tu dołączyłem i od razu wrzuciłem kiedyś pewną 100k-znakową cegłę. Nikt nie przeczytał tego poza Robertem Raksem i połowicznie przez reg.

Kto z nas nigdy nie wrzucił cegły na forum, niech pierwszy rzuci… cegłą? :P

 

Tekst celowo bez bety świadom ryzyka i ewentualnej łapanki.

Sam musiałem się z tym tekstem zmierzyć.

I dobrze. Do odważnych świat należy :]!

 

którzy zjechali tedy na zimowanie do twierdzy, rzucali jej wrogie spojrzenia,

Anachronizm, czy literówka?

 

 wynosząc drobne ciało przykryte zakrwawionym płótnem

A ona nie była postawna? 

 

monecie w sakiewce dumać zaledwie w ostateczności.

Ok, tu na 100% jest anachronizm. Imho w narracji nie pasuje, od biedy mogłoby iść w dialogu, jako maniera postaci.

 

Nawet Gryfy, wiedźmini w magii najlepiej szkolone,

 Szkoleni? Tylko inwersja w tym miejscu zupełnie nie pasuje. Niepotrzebnie próbujesz wplatać staropolski styl. 

 

– Wsadź se w rzyć te swoje iskierki! Gówno ci dadzą, jak ci zaraz gnaty połamię! 

Tutaj pasuje bez pudła :].

 

-Nieźle, młody.

dywiz

 

Tyle z łapanki ;]. Generalnie czytało się łatwo i przyjemnie. Jedynie te anachronizmy w narracji wydają mi się nie na miejscu. W dialogach jak najbardziej pasują. To, co mi zgrzytnęło, to niektóre przekombinowane zdania, np. w pierwszym akapicie, gdzie natłok różnorakich informacji, odnoszących się do niepowiązanych aspektów tekstu, powoduje, że Czytelnikowi ciężko jest się nie zgubić, a przede wszystkim – zapamiętać, o czym był… he he – tak to trochę brzmi :P. Proponuję krócej, a dosadniej. 

 

Sama historia, jak rozumiem, ma być wstępem do dłuższej fabuły. Jak na razie jest ciekawie. Zakolejkuję sobie następne i zobaczę co będzie dalej ;]. 

 

Pozdro

M.

Jestem bandzior! Świr! Sadysta! Niepoprawny optymista!

Nowa Fantastyka