W 1982 roku w kokpicie samolotu, lecącego z Londynu do Nowej Zelandii, pojawił się otoczony błękitnym blaskiem duch chrześcijańskiego męczennika.
– Eryku, oto próba! – wychrypiał do pilota, demonstrując dłonie z wbitymi pod paznokcie gwoździami.
Obok zaskrzypiała antyczna korba i wnętrzności torturowanego przed wiekami biskupa zaczęto na nią nawijać. Krzycząc z niewymownego bólu, zalany krwią święty skonał.
Po chwili rozwarł oczy i zapytał dowódcę:
– Eryku, jesteś gotów?
– Pomóż nam, święty Elmo – błagał kapitan.
– Nie złorzeczysz, że jesteście w mych „ogniach”? – zdumiał się męczennik.
– Wierzę w ocalenie – odrzekł Moody.
Odczytując druzgocące dane ze wskaźników, spokojnie zwrócił się do pasażerów:
– Mamy niewielki problem. Wszystkie cztery silniki przestały działać. Staramy się je ponownie uruchomić. Mam nadzieję, że nie są państwo zaniepokojeni.
Błyskawicznie tracili wysokość.
Nagle samolot zniknął. W jego miejscu pojawiła się czarna chmura.
– Ratuj, Elmo! – zawołał kapitan.
– Zaraz wylądujecie – odpowiedział biskup.
– Bez silników?
Usłyszeli rytmiczną pracę uszkodzonych jednostek.
– Naprawiłeś je! – ucieszył się drugi pilot. – Lecz wszędzie jest ciemno! To piekło?! Umarliśmy i drwisz z nas?
– Niemożliwe – uciął Moody. – Święty Elmo nie zdradza.
– Indonezyjski diabeł z wulkanu Galunggung pogrążył świat w chaosie i czerni. Poprowadzę – zapewnił duch, manewrując maszyną.
– Nie zwątpiłem w ciebie. – Kapitan wylądował bezpiecznie w Dżakarcie.
– A wiara to cud – odparł święty, znikając.

(Eric Moody i wszyscy trzej piloci samolotu British Airways Flight 9 w czerwcu 1982 roku, facebook.com)