W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34651
W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34651
Wstał poranek bliźniaczo podobny do poprzednich. Ten sam chłód, ten sam dym z ogniska i ten sam smak mdłej zupy z brukwi. Monotonia, dawniej przerażająca, wyznaczała rytm dnia – kotwiczyła ich w tym świecie.
Nad wspólną misą Agnieszka przyglądała się łykowym uchwytom wiader.
– W workach ziarno nie przetrwa długo. Łapie wilgoć od ziemi i pleśnieje – przerwała ciszę. – Potrzebujemy dużych koszy i paneli ściennych do nowej chaty. Bez tej technologii tutaj nie przetrwamy. Muszę ją opanować.
– Dobry plan. – Skinął głową. – Myślisz, że któraś z kobiet zechce cię uczyć?
– Zaraz się przekonam – ucięła krótko.
Robert ruszył po składniki na glinę, Gniewko pobiegł na łąkę, ona skierowała się ku wiosce. Spotkała ją seria odmów. Jedna wykręciła się brakiem czasu, inna zbyła ją machnięciem ręki. Traciła nadzieję, gdy na skraju osady dostrzegła staruszkę. Kobieta siedziała samotnie na ławie, a jej pomarszczone palce z niewiarygodną zręcznością zdejmowały pasma łyka z lipowej gałęzi.
Przystanęła obok. Zawahała się.
– Chciałabym się nauczyć… – zaczęła cicho.
– Wiem, czego chcesz – przerwała jej staruszka, nie podnosząc wzroku. – Inne cię odegnały, co? Bo strach je obleciał albo lenistwo bierze. Ja cię przyuczę.
– Czym ci zapłacę?
– Mnie samotność mierzi. Siadaj. Patrz i się ucz. Zapłatą mi będzie pogwarka. Zwą mnie Jagna.
Rzuciła przed nią garść giętkich witek.
– Od tego zaczniesz. Łyko jest trudniejsze, najpierw musisz nauczyć ręce słuchać wierzby.
Jednym, płynnym ruchem pokazała podstawowy splot. Dłonie przywykłe do precyzji skalpela i pipety, teraz bezradnie mocowały się z żywym, opornym materiałem. Witki pękały, splot nie trzymał kształtu, a pierwsze podejście do dna koszyka przypominało gniazdo splątanych węży. Jagna zerkała tylko od czasu do czasu, rzucając krótkie uwagi:
– Nie tak. Mocniej. Wierzba musi czuć, kto tu rządzi.
Westchnęła. – Spokojnie, dziecko, spokojnie. Każde ziarno swój czas na kiełek czeka. Twoje palce też muszą dojrzeć do tej roboty. A teraz spróbuj jeszcze raz, wolniej.
Pracowały w milczeniu. Ciszę przerywał trzask łamanych gałązek. Słońce prażyło z zenitu. Piekły ją dłonie. Uniosła głowę i napotkała badawcze spojrzenie staruszki.
– Skądżeście się tu naprawdę wzięli, dziewczyno? – zapytała nie przerywając pracy.
Wstrzymała oddech, spokojne pytanie ugodziło w sam środek jej obaw. Prawda wydawała się zbyt niedorzeczna. Musiała utkać kłamstwo równie giętkie jak witki w dłoniach.
– Z daleka – szepnęła, wbijając wzrok w ziemię. – Płynęliśmy rzeką na kupieckiej łodzi. Z towarami. Mój mąż czyta z gwiazd i map. Prowadził łódź.
– Kupcy rzadko zapuszczają się tak daleko w górę rzeki – staruszka ucięła krótko.
– Płynęliśmy ku wielkiemu grodowi, o którym krążyły wieści… – Słyszała łomot własnego serca. – Zbóje wypadli z lasu nocą, na postoju. Ograbili nas ze wszystkiego. Darowali życie, sama nie wiem dlaczego. – Błąkaliśmy się po kniei całymi dniami. Straciliśmy szlak. Potem… oślepił nas błysk, ogłuszył huk. Ocknęliśmy się tutaj, na łące.
Staruszka milczała. Jej zwinne palce tańczyły wokół witek. Ważyła każde słowo.
– Wiele zła czyha na szlakach – mruknęła w końcu. – Los z kądzieli Mokoszy, czasem rwie się, czasem plącze. Wasz zamotał się mocno.
Odetchnęła. Kłamstwo, choć utkała je z cienkich nici, nie pękło.
– Ten twój chłop – szarpnęła oporną witkę. – Tych dziwów… to w wielkim świecie się nauczył?
Zwolniła ruchy. Wyczuła pułapkę.
– Bystry jest – odparła i wzruszyła ramionami. – Widzi robotę i bierze, co ma pod ręką. Wiedza zza gór na nic by się tu zdała. Tutejszą ziemię trzeba poznać od początku.
Jagna skwitowała to powolnym skinieniem. Odpowiedź trafiła do niej.
– Uczyć się na nowo… – powtórzyła cicho. Uciekła wzrokiem w dal. – Ojciec mój niegdyś także zaczynał od niczego. My nie stąd, dziecko. Nasze korzenie ostały nad wielkim jeziorem, kędy brzegów nie dojrzysz, a ziemia czarna, tłusta i rodna. Słodką wodę z tej toni piliśmy.
Westchnęła.
– Spor nam błogosławił. Ojciec mój, Domasław, mądrze gospodarzył, a matka Kalina najpiękniej w całym siole przędła. – Pochodził od Gościrada, u którego gość zawsze drzwi otwarte zastał on zaś był synem Trzebiesława.
Na to imię oczy jej rozbłysły.
– Pradziada Trzebiesława wciąż pomnę, choć ledwiem wtedy od ziemi odrosła – wyszeptała. – Stał wysoki niczym dąb, mlecznobiałą brodę splatał w dwa warkocze. On to pierwszy źreb puszczy wyrwał, a prababka Żywia w mowie ziół tak biegła była, że te same do kosza lgnęły.
Zamilkła. Jej dłonie znów miarowo zaplatały łyko.
– Pradziadowie naszych pradziadów – ściszyła głos – z ognia i wiecznej drogi zrodzeni. Nie znali stałych domostw. Gdy głód zaglądał im w oczy, puszczali kura w puszczę. Ogień Swarożyca trawił drzewa, w żyzny popiół sypali ziarno. Zraniona Mokosz dawała plon.
– Jeśli ziemia dawała, zostawali i na dziesięć żniw. Ale w końcu zatyrana stawała się pusta i głucha. Kłosy rzedły. Troczyli dobytek, rzucali chaty i szli w głąb kniei, by znów puścić kura.
– Ciężki to los. Wieczna droga, walka. Nigdy nie było wiadomo, czy nowa rola nakarmi.
– A co sprawiło, że osiedliście nad jeziorem? – szepnęła Agnieszka.
– Dobrzy bogowie dostrzegli nasz trud – uśmiechnęła się blado. – Weles wyjawił ojcu pradziada wielką tajemnicę.
Zamilkła. Zacisnęła usta, a jej czoło przecięły głębokie bruzdy. Próbowała sobie przypomnieć, ale pamięć uciekła.
– Wybaczcie, przodkowie, starej kobiecie – szepnęła, wbijając wzrok w spracowane dłonie.– Umknęły mi wasze imiona, co kiedyś niosły się pod strzechą. Tyle wiosen, tyle zim… Zatarły się jak ślady na śniegu. Moje miano też się rozwieje…
Łza spłynęła jej po policzku.
– Jaką tajemnicę? – Agnieszka przysunęła się bliżej.
– Ojciec Trzebiesława szukał ziemi pod nowy źreb. Błądził trzy dni i trzy noce, aż padł u stóp starego kurhanu. We śnie przemówił doń Weles głosem ziemi, szumem korzeni. „Czemu dręczycie Mokoszę, aż dech w niej zamiera? Porzucacie ją jak plewy, gdy z sił opadnie? Moc jej nie jest wieczna. Trzewia matki powoli chłoną dary niebios”.
Jagna nachyliła się do ucha dziewczyny.
– Weles rzekł mu: „Poniechajcie tułaczki. Osiądźcie w jednym miejscu. Dajcie matce co drugi rok wytchnienie. Jedną połowę orzcie i obsiewajcie, druga niech odpoczywa. Niech porasta trawą dla bydła. Niech śpi i zbiera moce, by hojniej obdarować was latem.”
– Tak tułaczka dobiegła końca – dokończyła. – Usłuchali rady. Osiedli nad jeziorem. Ich los się odmienił. – Pojęli, ziemia to nie niewolnica, którą wolno zamęczyć na śmierć, lecz członek rodziny łaknący wytchnienia.
– To jest równowaga. Rok pracy i brania, rok odpoczynku i dawania.
Zamilkła na moment.
– Za moich młodych lat, tam nad wielką wodą, ludzie żyli w spokoju i sytości. Aż pewien chłop zapragnął więcej. Kmieć ów ślepiotę i wiciądzów zebrał, z wolnych ludzi porabów czynić począł. Plony zabierał, ludzi do budowy grodu pędził. Siał grozę, trwoga pętała ludziom wolę. Ale kiedy głód zajrzał w oczy, coś w nich pękło.
Dłonie zwolniły, jakby tkały na nowo tamte dni.
– Ludzie zebrali się. Otoczyli gród. Żadnej walki. Tylko czekanie. Długie czekanie. Nikogo nie wypuścili. Czekali. Gdy cisza zaległa za palisadą, weszli. Obaczyli jeno trupy. Prawili co głód ich zabrał… – Jagna zniżyła głos do szeptu. – …ale ojciec rzekł, że myszy poszarpały wszystkich. Nie głód ich wybił, a mysia plaga za pychę i chciwość.
– Co stało się potem?
– Ludzie świętowali – Jagna mówiła coraz ciszej, znużona opowieścią. – Ale wyrósł kolejny, któremu zachciało mu się grodu i władzy. – Ojciec nie czekał, aż nowy kmieć zacznie grabić nasze sypńce. Uznał tamte strony za przeklęte. Zgarnął nas, popędził bydło i ruszyliśmy ku zachodowi. Długie dnie szliśmy przez knieję. Sypialiśmy pod gołym niebem, aż trafiliśmy tutaj. Kwiecisz już tu wtedy gospodarzył. Tryskał młodością i krzepą… – uśmiechnęła się do własnych myśli. – Siostry uganiały się za nim, lecz on wybrał Rzepichę; widno urok nań jaki rzuciła.
Głos Jagny ucichł. Agnieszka milczała, przygnieciona tym, co usłyszała. Tkwili w świecie przed pństwem. W gęstej mgle, która jeszcze nie stała się historią.
– Znaleźliśmy tutaj spokój. – Jagna splotła palce.
– A teraz? Bezpiecznie tutaj?
– Zbójcy tu nie zaglądają. Nikt ziarna nie odbiera, nikt grodów stawiać nie każe. Każdy żyje na swoim.
Spojrzała spod zmarszczonych brwi.
– Kupcy czasem zaglądną po ziarno i miód. I dobrze. Obcy wlecze za sobą niepokój. Tu nikt siłą nie bierze, do roboty nie goni.
– Przeżyłam wiele zim. Swoje wiem. Wszystko opiera się na krzepie Kwiecisza. Na jego słowie. On już stary. Gdy go zabraknie… – Jagna urwała. – …ujrzysz, jak prędko w sercach kiełkuje chciwość. Niejeden zapragnie ludzi niewolić.
– Taka już ludzka natura – szepnęła Agnieszka.
– Jedni pragną siać i budować, jak ten twój chłop. Haruje, byście coś mieli. – Inni dybią na gotowe. Wiecznie im mało. Im więcej mają, tym mocniej pali ich chciwość. Takie choróbsko toczy niektóre dusze, gorsze od wszelkiej zarazy. – Roiło się niektórym, że wysokie dyle uczynią ich panami świata. A kończyli jako strawa dla myszy. Na każdego pyszałka znajdzie się bat. Zawsze!
Staruszka umilkła. Agnieszka analizowała. – Dwa pokolenia po mysiej pladze. Bez dat, bez map, w samym środku baśni, która okazała się prawdą.
– Dość tych bajań – ucięła Jagna. – Patrz na splot. Znowu ci się rozłazi.
Wróciła do roboty. Palce jej drżały przy każdej witce.
Splotła brzeg kosza byle jak. Chciała już tylko biec do męża.
Staruszka dźwignęła się z wysiłkiem. Spojrzała na koślawe dzieło i uśmiechnęła się kącikiem ust.
– Przyjdź jutro – rzuciła na odchodne. – Zabierz nóż, pokażę ci, kędy rżnąć witki. A teraz wracaj do swoich. Nocą pełnia.
Podziękowała za naukę i pobiegła do chaty.
Robert układał trzcinę nad cegłami. Wymienili zmęczone spojrzenia, w których błyszczała satysfakcja.
Szykowała kolację. Już miała wykrzyczeć słowa Jagny, gdy z ugoru wypadł Gniewko.… Pędził przed sobą krowę i kozy.
– Coś się wydarzyło? – spytała z troską. – Słabość cię dopadła, tak wcześnie wracasz do zagrody?
* * *
Chłopiec pokręcił głową. Zatrzasnął furtkę i spojrzał im prosto w oczy.
– Czas do gaju.
Chwycił ich za dłonie. Pociągnął ku wiosce. W blasku łuczyw stał już tłum.
Osada przycichła. Krzątanina ustała. Ludzie mówili szeptem, poruszali się wolno. Kobiety niosły w chustach kołacze, mężczyźni dźwigali dzbany z miodem. Na przedzie stał Kwiecisz z długim łuczywem.
Chłopiec wprowadził ich w tłum. Nikt ich nie zagadał, ale nikt też nie odepchnął.
Weszli w mrok. Uderzyła ich wyjątkowość Świętego Gaju. Prastare dęby splatały się nad głowami, niemal zasłaniając niebo. Konary wiły się nisko, jakby chciały ich dotknąć. Własne oddechy wydawały się tu zbyt głośne. Na środku polany leżał wielki, płaski głaz porośnięty mchem.
Kwiecisz wystąpił przed tłum. Położył na kamieniu bochen chleba i postawił dzban miodu.
– Oto dary z tego, co urosło. Przyjmijcie sytość i słodycz, byście pola nie opuścili.
Zaczął śpiewać, a tłum natychmiast podchwycił melodię. Głosy uderzyły w korony dębów, niskie i twarde.
O, nasz Chorsie, Srebrny Panie,
Święty ogniu, święty gaju.
Tarczo nocy, cichy stróżu.
Oto nasze jest wołanie,
Tarcza srebrna blaskiem świeci,
Nam ku snom otwierasz wrota.
Cześć składamy w święte dni,
Racz wysłuchać nasze modły.
Srebrzysz ścieżki w leśnej głuszy,
Blaskiem wodę w rzece kruszysz.
Wilk, co w mroku cicho kroczy,
Do Twej tarczy wznosi oczy.
Sowa, Twój posłaniec ciemny,
Głos jej płynie w las tajemny.
Tyś jest świadkiem wiecznej drogi,
Znasz śmiertelnych strachy, trwogi.
Gdy Twa moc na ziemię spływa,
Cieńsza jest zasłona światów.
Słychać szepty naszych dziadów,
Których Nawia pieczą skrywa.
Wskaż nam znaki i symbole,
Byśmy znali swoją dolę.
Niech Twój blask nas obroni,
Przed złą mocą, co nas goni.
Przyjmij, Panie, nasze dary,
Miód lipowy, chleb i sadło.
Daj urodzaj polom naszym,
By dojrzało każde ziarno
Daj nam jasność w naszej myśli,
Niechaj umysł bies opuści.
Chroń nasz ród i całe sioło,
Oddal od nas moce mroczne.
Twoje światło w nas zostanie,
Gdy Twa tarcza zacznie maleć.
Dziękujemy Ci, nasz Panie,
Drogę w mroku pomóż znaleźć.
Gaśnie ogień na polanie,
Niechaj ład Twój wiecznie trwa.
Cześć Ci, Srebrny, wielki Panie,
Uchroń nas od mocy zła.
Do ołtarza, dumnym krokiem, podszedł Dobrogost. Położył strzałę z metalowym grotem.
Srebrny Rogu, las rozświetlasz,
Widzisz tropy, mi je dajesz.
Łuk mój często strzałę donosi,
W chacie ciepło, jadła staje.
Wzrok mi wyostrzasz jak u sokoła,
I dłoń mi nie drży, gdy puszczam strzały.
Niech bór da zwierza, a strzała trafi,
By ród nasz syty pozostał zawsze.
Po nim stara kobieta złożyła motek wełny.
O, Panie Jasny, spójrz z wysokości,
Jak w starych dłoniach brakuje mocy.
Ból w kościach drąży niczym żmija,
A z palców wątła nić się wywija.
Zabierz ten chłód, co stawy skuwa,
Daj dłoniom ciepło, bym wełnę snuła.
Daj palcom dawną zwinność i siłę,
Na te zimowe, okrutne chwile.
Gniewko puścił ich dłonie. Podszedł do głazu powoli, wyprostowany jak dorosły. Nachylił się blisko, jakby zdradzał kamieniowi największą tajemnicę.
Wielki Chorsie, nie mam nic więcej,
To piórko sokół zgubił na łące.
Moi rodzice poszli do Nawi,
Wiem, że ich żaden dar nie wybawi.
Lecz ci, co przyszli do mnie do chaty,
Ich serca dobre, jak chleb i kwiaty.
Spraw, by ich ogień życia nie wygasł,
Bym w samotności znów nie zasypiał.
Szept przygasł. Wargi chłopca poruszały się jeszcze przez chwilę, bezgłośnie. Gniewko cofnął się od głazu. Odszukał ich w mroku i mocno chwycił ich za ręce.
Kwiecisz uniósł ramiona. Jego głos uderzył o pnie dębów.
– Welesie, panie kniei i rogacizny! Przyjmij ofiarę i dozwól łowić w twoich puszczach!
– Mokoszo, Matko Ziemi! Dzięki składamy za plon i błagamy, by rola nie zasnęła na wieki!
– Chorsie, srebrny panie nocy! Rozświetlaj drogi i chroń od złych mar!
Gdy umilkło ostatnie słowo, chmury przepuściły jaśniejące oko Chorsa.
Kwiecisz ułamał chleb, a resztę posłał w tłum. Bochen wędrował z rąk do rąk.
Podeszła do nich Rzepicha. Wyciągnęła dłoń z pajdą. Wzięli swój kęs. Smakował mąką, popiołem i… wspólnotą.
Z boku uderzył pierwszy bęben. Głuchy, miarowy huk. Wtórowały mu dłonie. Ludzie splotli ręce i ruszyli wokół głazu.
Krąg się kręci, ogień płonie,
Srebrny Panie, chylę skronie.
Przyjmij dary, prośby nasze,
Niech Twa łaska nas namaże.
Stanęli z boku, patrząc na wirujące cienie. Nagle Gniewko szarpnął ich za ręce. Chłopiec śmiał się, a w jego źrenicach odbijał się ogień. Ciągnął ich prosto w tłum.
Agnieszka dała się porwać. Jej dłoń splotła się z szorstką ręką jakiejś kobiety. Stopy same odnalazły rytm. Robert, wciągnięty przez Bogumiłę, stawiał opór sztywnymi ruchami, aż w końcu i on poddał się fali. Zniknęło wyobcowanie, został tylko bęben, ogień i dłonie sąsiadów.
Wracali w milczeniu. Podrzucali Gniewka za ręce, a on wybijał się wysoko, śmiejąc się wniebogłosy.
Przy każdym skoku prężył się, jakby chciał odlecieć niczym sokół.
Położyli się. Gdy oddech Gniewka wyrównał się w ciemności, Robert szepnął:
– To było… niesamowite. Perfekcyjny mechanizm. Rytuał, chleb, taniec… Wszystko, by trzymać ich razem.
Przytuliła się do niego. – To było coś więcej – szepnęła. – Tam, w kręgu… czułam, jakbyśmy oddychali jednym płucem. Poczułam, że już nie jesteśmy tu obcy. Że nas przyjęli.
Już wcześniej postaci ze słowiańskiej mitologii coś sugerowały. Imiona też podszeptywały. Teraz staje się, myślę, jasne, gdzie i kiedy opowieść się toczy.
Pozdrawiam.
Tak, już możemy bliżej wskazać region Kujaw, ale czas pozostaje zagadką…
dzięki za odwiedziny. Jesteś stałym czytelnikiem?
radosnych Jarych Godów, smacznego jajka i mokrego dyngusa.