Ciemność ustępowała powoli. Na wschodzie niebo jaśniało sinym, zimnym światłem, ale pod sklepieniem drzew wciąż panowała noc. Wbiegli w nią w popłochu – splątani, mokrzy, oblepieni błotem i krwią. Gałęzie haczyły o płaszcze, smagały twarze. Miękka ziemia zapadała się pod stopami, jakby sam las próbował ich zatrzymać.
Z tyłu, gdzieś daleko, wciąż słychać było stłumione echo bitwy: pojedynczy krzyk, zgrzyt metalu, potem już tylko wiatr. W końcu wszystko ucichło.
Davrel biegł ostatni, co chwilę oglądając się za siebie. Z każdą minutą hałas za jego plecami słabł, aż w końcu całkowicie zniknął, wchłonięty przez gęstą jak dym ciszę. Nie wiedział ile czasu minęło, odkąd przekroczyli skraj puszczy, ale czuł, że nie powinni już iść dalej. Zwolnił, a po chwili uniósł rękę.
– Stójcie! – Jego głos zabrzmiał głucho, jakby odbił się od niewidzialnej ściany.
Przy akompaniamencie końskich parsknięć i ciężkich oddechów ludzi, oddział zatrzymał się pospiesznie. Nikt nic nie mówił. Słychać było tylko kapanie wody z liści i trzask łamanych gałązek. Kilku rebeliantów odwróciło się w panice, jakby bało się, że żołnierze Rose’a są tuż za nimi.
Markus podjechał bliżej, twarz miał umazaną błotem, a oczy podkrążone.
– Jesteś pewien, że to dobry pomysł? – zapytał, ścierając pot z czoła. – Skąd pewność, że nie ruszą za nami?
Davrel rozejrzał się po drzewach dookoła. Ich splątane konary tworzyły nad głowami sklepienie gęstsze niż chmury. Z daleka dobiegł głos sowy albo czegoś, co tylko próbowało ją naśladować.
– Nawet w Karthalion słyszeli o tej puszczy – powiedział w końcu cicho. – A Rose nie pośle ludzi tam, skąd nikt nie wraca. Będzie liczył, że nie wyjdziemy stąd żywi.
Markus rozejrzał się niespokojnie. W świetle poranka jego zbroja połyskiwała wilgocią, jakby las oblepił ją od środka.
– To nie wygląda jak zwykły bór.
– Bo nim nie jest – odparł szlachcic. – I dlatego nie pójdziemy głębiej. Trzymamy się zachodniego skraju.
Za nimi słychać było jeszcze pojedyncze głosy, jakieś spóźnione kroki, potem znów zrobiło się cicho. Wydawało się, że nawet wiatr przestał wiać.
Przez chwilę stali w milczeniu, próbując złapać oddech. W puszczy mimo dnia panował półmrok. Światło słońca ledwo przenikało przez korony drzew, rozbijając się o nie na świetliste smugi. Mgła unosiła się nisko, leniwie snując się między pniami. Panujący wokół zapach był ciężki, ziemisty, z nutą czegoś stęchłego, jakby od dawna nikt tędy nie przechodził.
Davrel rozejrzał się i przeszedł kilka kroków naprzód. Ziemia była miękka, miejscami przypominała torf. Klęknął, dotknął jej dłonią – zimna, przesiąknięta wodą, ale dziwnie pulsująca, jakby pod powierzchnią coś się poruszało.
– Tu odpoczniemy – oznajmł po chwili. – Nie za długo.
Markus spojrzał na niego z powątpiewaniem.
– Myślisz, że to bezpieczne miejsce?
– Teraz nigdzie już nie jest bezpiecznie. Ale tu przynajmniej nie będą nas szukać.
W oddali ponownie rozległo się stłumione pohukiwanie. Kilku ludzi odruchowo chwyciło za broń. Szlachcic uniósł rękę.
– Spokojnie. To tylko echo.
Zerknął na swoich ludzi. Wyglądali jak cienie tego, kim byli zaledwie dzień wcześniej. Twarze mieli brudne, oczy puste. Niektórzy szli pieszo, prowadząc zmęczone konie. Inni trzymali w ramionach rannych towarzyszy. Oprócz ran, bitwa odcisnęła też na nich inne piętno – zabrała im pewność, że wciąż mają dokąd wracać.
– Markus – zwrócił się do przyjaciela. – Policz, ilu nas zostało.
Cieśla skinął głową i ruszył między rebeliantów, wydając krótkie rozkazy. Davrel patrzył w głąb lasu, gdzie światło dnia nikło jak za zasłoną. Jeszcze kilka kroków, a Puszcza pochłonęłaby ich całkowicie. Wciąż jednak miał wrażenie, że coś ich obserwuje – nie wrogo, ale uważnie. Jak drapieżnik, który cierpliwie czeka, aż jego zdobycz się zmęczy.
Po dłuższej chwili jego przyjaciel powrócił.
– Czterdziestu czterech – powiedział cicho. – Ze stu pięćdziesięciu…
Szlachcic spuścił wzrok. Markus odsunął się kilka kroków. Przez chwilę obaj stali w milczeniu.
– Połączcie się w trójki – rozkazał w końcu Davrel. – Przeczesać okolice. Może komuś jeszcze udało się uciec. Ranni zostają ze mną.
Zielone Opończe spojrzały po sobie niepewnie. W ich oczach widać było zmęczenie i lęk. Las zdawał się ich przygniatać. Przy każdym ruchu powietrze gęstniało, jakby nie chciało wypuścić intruzów.
– I nie oddalać się więcej niż na odległość wzroku – dodał. – Jeśli stracicie kontakt z inną grupą, cofacie się natychmiast.
Kilku z nich skinęło w milczeniu i ruszyło między drzewa. Dźwięk ich kroków szybko zniknął, pochłonięty przez gęsty mech. Mężczyzna patrzył za nimi chwilę, potem odwrócił się do Markusa.
– Trzeba będzie opatrzyć rannych – powiedział cicho. – Widziałem, że Thoren ledwo się trzyma.
– Dostał w ramię. Rana nie wygląda źle, ale on sam chyba ma gorączkę.
– Zajmę się nim.
Słońce stało już wysoko, ale jego blask nie przebijał się przez gąszcz. W Przeklętej Puszczy panował wieczny półmrok. Powietrze przesycone było zapachem żywicy oraz rozkładających się liści. Kiedyś, pomyślał Davrel, ten las musiał być piękny. Teraz był cieniem samego siebie. Jak coś, co dawno obumarło, ale nadal nie przestało istnieć.
W miarę jak upływał dzień, na miejsce postoju znów zaczęli schodzić się ludzie. Jedni w trójkach, inni parami, a kilku samotnie. Niektórzy prowadzili rannych, niosąc ich na plecach lub prowadząc konia ze zranionym człowiekiem w siodle. Wśród nich trafiali się też tacy, których można było już tylko położyć w cieniu drzew. Z każdym powrotem szlachcic odczuwał to samo – krótką iskrę nadziei, natychmiast dławioną ciężarem rzeczywistości.
Pod wieczór ponownie podszedł do niego Markus.
– Sześćdziesięciu siedmiu – powiedział ściszonym głosem. – Tylu naliczyliśmy.
– Mniej niż połowa – mruknął Davrel, nie patrząc na przyjaciela.
Wiatr poruszył gałęziami. Z wysoka spadły pojedyncze krople wody, choć niebo było bezchmurne. Spojrzał w górę, na korony drzew.
– Rozstaw ludzi – powiedział w końcu. – Co dziesięć kroków. Małe grupy. Bez ognisk. Nie chcę, żeby cokolwiek zwróciło na nas uwagę.
– Nawet zwierzęta nie wychodzą tutaj z zarośli – odparł cieśla. – Może… jesteśmy bezpieczni.
Szlachcic spojrzał na niego krótko.
– Wątpię. W takich miejscach jak to cisza rzadko oznacza spokój.
Wkrótce wśród drzew zapadła noc. Nie słychać było jednak żadnych rozmów, nie błyskały płomienie. Tylko szept wiatru i drżące światło księżyca przesączały się przez liście. Rebelianci, porozrzucani pośród mroku, próbowali odpocząć, ale sen nie przychodził. Leżeli więc przykryci płaszczami, nasłuchując odgłosów lasu. Każdy trzask wydawał im się głośniejszy niż powinien, a każdy cień zbyt ruchliwy.
Davrel siedział oparty o pień sosny, z mieczem na kolanach. Gdzieś z oddali dobiegało wycie samotnego wilka. Wspomnienia doliny wracały jak upiorny sen. Błoto, krew, krzyki, potem ucieczka w głąb lasu. W duchu czuł ciężar odpowiedzialności, w ciele – opadających powiek. Uporczywie starał się nie zasnąć.
Spojrzał w ciemność przed sobą. W dali zaszeleściły liście. Zbyt cicho, by mógł uznać, że to wiatr. Przez głowę przemknęła mu myśl, że puszcza nie tylko ich ukrywa, ale też obserwuje. I że prawdziwa próba dopiero przed nimi.
†
Świt przychodził bez radości.
W Przeklętej Puszczy światło słońca nie niosło ciepła – sączyło się między konarami drzew jak woda przez sitowie, rozbite na blade pasma. Nad ziemią wisiała mgła, ciężka i nieruchoma, jakby las sam nie chciał dopuścić, by nowy dzień naprawdę się zaczął.
Ludzie budzili się powoli, z trudem, jakby coś przygniatało im serca. Twarze mieli szare, oczy podkrążone, a ruchy ociężałe. Kilku klęczało przy rannych, zmieniając opatrunki; inni milczeli, wpatrzeni w ziemię. Ciszę przerywało jedynie rżenie koni i towarzyszący krokom chrzęst zbroi. Z głębi puszczy nie dolatywał żaden głos.
Davrel wstał, otrzepał płaszcz z igliwia i ruszył ku niewielkiej polanie, gdzie czekali Markus, Thoren, Martin i Corrin. Wszyscy wyglądali, jakby w jedną dobę postarzeli się o kilka lat. Nawet Markus, zwykle prosty i pewny, stał z pochyloną głową, opierając się na wbitym w ziemię mieczu.
– Ilu rannych? – zapytał Davrel.
– Dwudziestu pięciu, ośmiu ciężko – odparł Corrin. – Dwóch może nie dożyć wieczora.
Szlachcic skinął głową.
– A żywność?
– Na dwa, może trzy dni, jeśli rozdzielimy racje – powiedział Markus. – Większość prowiantu została na wzgórzu.
Thoren prychnął.
– To prędzej umrzemy z głodu niż od miecza.
Martin spojrzał na niego z ukosa.
– To w końcu las. Znajdziemy coś do jedzenia.
– Mam nadzieję. – Davrel odwrócił się do Thorena. – Jak twoja ręka?
– Krwawienie ustało, ale nie podniosę jej wyżej niż do barku.
Zapadła cisza. Wydawało się, że sama puszcza przysłuchuje się ich rozmowie.
– Rose nas przechytrzył – oświadczył Markus. Cicho, bez wyrzutu.
– Tak – przyznał szlachcic. – Ale to jeszcze nie znaczy, że wygrał. Wciąż żyjemy.
Spojrzał na południe, gdzie między drzewami bielała mgła.
– Nie możemy tu zostać. Jeśli dotrzemy do Arven, nie wszystko stracone.
– Chcesz przejść puszczą? – mruknął Thoren. – Wiesz, co o niej mówią.
– Wiem. Ale nie mamy wyboru. Rose i jego ludzie na pewno już czekają na traktach. To jedyna droga.
Martin przełknął ślinę.
– Mówisz poważnie?
– Tak. Wymarsz zaraz po śniadaniu. Zabierzcie rannych na konie. Reszta pieszo.
Nie było sprzeciwu. Jedynie westchnienia, skrzypienie uprzęży i brzdęk metalu.
Gdy wyruszyli, światło poranka gasło z każdym krokiem. Drzewa rosły gęściej, cienie się pogłębiały. Nie było ścieżek, tylko wilgotny mech i powalone konary przypominające kości pradawnych stworzeń.
Davrel szedł przodem. Jego zielona peleryna niemal zlewała się z mrokiem. Za nim Markus, Thoren, Corrin, Martin i reszta niedobitków. Nikt nic nie mówił. Nie było o czym. Wkrótce nawet odgłosy ich kroków zaczęły milknąc, jakby ziemia wchłaniała każdy dźwięk.
Las zamknął się za nimi – wilgotny, obcy, złowrogi.
Po kilku godzinach marszu szlachcic zarządził postój. Zarośla gęstniały, a ścieżka, jeśli kiedykolwiek istniała, znikła całkowicie. Ziemia była grząska, a każdy, stawiany ostrożnie, krok kończył się głuchym mlaśnięciem.
Nagle, idący przodem, Martin zamarł.
– Dav… – Jego głos zadrżał. – Lepiej spójrz na to.
Davrel podszedł. Między korzeniami powalonego pnia leżało ciało jednego z Zielonych Opończy. Twarz miał siną, oczy otwarte, a w jego gardle tkwiła strzała.
Davrel wysunął grot. W słabym słońcu błysnęło srebro.
– To nie robota ludzi Rose’a – powiedział Markus, podchodząc bliżej. – Ich strzały są toporne. A ta… spójrz – cienka, smukła, z nacięciami.
Davrel obejrzał trzymany w dłoniach przedmiot. Metal lśnił zielonkawym blaskiem,
a trzonek był tak gładki, że ledwie przypominał drewno. Widział już coś podobnego – dawno temu, gdy po raz pierwszy przekroczył granicę Przeklętej Puszczy.
– Nie ich – potwierdził.
– Więc czyja? – spytał cieśla. – Co, do diabła, czai się w tym lesie?
Szlachcic nie odpowiedział. Puszcza trwała nieruchomo, jakby wstrzymała oddech.
– Idziemy dalej – powiedział tylko. – I nie zatrzymujcie się.
Zostawili ciało. Ruszyli w milczeniu, każdy pogrążony we własnych myślach.
Im głębiej wchodzili, tym bardziej drzewa zdawały się ich odpychać. Pnie rosły gęsto, a ich korzenie tworzyły splątane struktury, o które co chwila się potykali. Od czasu do czasu coś zaszeleściło w zaroślach.
Po kolejnych kilku godzinach natrafili na rozpadlinę – ciemną szczelinę o stromych ścianach, z której unosił się zapach wilgoci. Jej dno ginęło w ciemności. Wrzucony kamień nie wydał echa. Próbowali znaleźć przejście, ale każde obejście kończyło się zawaliskiem lub kolejnym uskokiem.
– Tędy nie przejdziemy – stwierdził Markus. – Trzeba zawrócić.
– Nie ma dokąd – odparł Davrel, spoglądając na mapę, która w tym miejscu była już tylko ciemną plamą atramentu. – Obejdziemy wyrwę od wschodu.
– Od wschodu? – powtórzył Thoren z niedowierzaniem. – Chcesz wejść głębiej w las?
Szlachcic skinął głową.
– Nie mamy wyboru.
Ruszyli więc w głąb, a powietrze z każdym krokiem gęstniało, jakby wypełniała je niewidzialna mgła. Coraz trudniej było oddychać, a dźwięki ich własnych kroków odbijały się dziwnie. Cicho, nienaturalnie, jakby ktoś inny szedł tuż za nimi, w tym samym rytmie.
Corrin kilkukrotnie oglądał się przez ramię, Martin nerwowo ściskał drzewce włóczni, a Thoren mamrotał coś pod nosem – krótkie modlitwy albo przekleństwa.
Choć nikt nie wypowiedział tego na głos, wszyscy coraz silniej czuli, że ktoś – lub coś – ich obserwuje.
Droga stawała się coraz trudniejsza, a las – o ile to jeszcze było możliwe – coraz gęstszy. Gałęzie splatały się nad ich głowami w gęsty baldachim, przez który nie przedzierał się już ani jeden promień słońca. Przesiąknięte wilgocią powietrze przywodziło Davrelowi na myśl zapach starych, gnijących korzeni. Każdy oddech był jak świętokradcze naruszenie panującej dookoła ciszy.
Z czasem marsz zamienił się w przedzieranie. Musieli usuwać konary z drogi, a nawet ciąć je mieczami, choć ostrza szybko tępiały od wyglądającego jak ciemna krew soku. Ptaki nie śpiewały. Żadne owady nie brzęczały, a każdy dźwięk wydawał się obcy i niepożądany.
Davrel szedł pierwszy, w dłoni trzymając miecz, a drugą przesuwając po korze drzew – zimnej, gładkiej, jakby zrobionej nie z drewna, lecz z kamienia. Gdy jego dłoń zetknęła się z jednym z pni, miał wrażenie, że ten… drgnął. Jakby pod powierzchnią przepłynęło coś żywego. Odruchowo cofnął rękę.
– Dav… – usłyszał zza pleców szept Corrina. – Nie masz może wrażenia, że te drzewa… się ruszają?
Mężczyzna nie odpowiedział.
Tymczasem las zdawał się zamykać wokół nich. Ścieżka, którą teraz szli, rozdzielała się i znikała, by po kilku krokach pojawić się znów, ale prowadząca już w innym kierunku. Kilka razy Markus musiał zatrzymać ludzi, bo ci, idąc zbyt wolno, gubili się między drzewami. Gdy wracali, byli bladzi, milczący, nie potrafili powiedzieć, którędy przeszli, jak gdyby puszcza oszukała ich zmysły.
– To miejsce nie jest normalne – powiedział w końcu cieśla. – I już rozumiem, czemu nazywają je Przeklętą Puszczą. Kręcimy się w kółko.
– Wiem – odparł Davrel, nie przerywając marszu. – Ale nie możemy się teraz zatrzymać.
Jednak w miarę jak zbliżał się wieczór, zmęczenie coraz bardziej dawało im się we znaki. Ludzie szli powoli, w milczeniu powłócząc nogami, wciąż z uczuciem, że ktoś ich śledzi. Raz czy dwa szlachcic był niemal pewien, że wśród drzew dostrzegł ruch.
– Davrel… – Thoren zatrzymał się, oddychając ciężko. – Ktoś tam jest.
– Możliwe – odpowiedział, starając się nadać swojemu głosowi jak najspokojniejsze brzmienie. – Dlatego idźmy dalej.
Zanim kowal zdążył zapytać o coś więcej, z pobliskich zarośli rozległ się cichy dźwięk – jakby szelest liści, ale uporządkowany, rytmiczny. Potem drugi. I trzeci. A po nich znów nastała cisza.
Davrel uniósł rękę, dając znak do zatrzymania. Wokół nich nie było nic oprócz drzew. Otaczały ich jedynie duszny półmrok i chłód, który przenikał prosto do kości.
– Jesteśmy obserwowani – powiedział cicho. – I chcą, żebyśmy o tym wiedzieli.
Nikt nie odpowiedział. Po chwili wszyscy po prostu ruszyli dalej. Powoli, ostrożnie, jak ludzie idący nie przez las, lecz przez coś świadomego i nieprzyjaznego.
†
Dzień chylił się ku końcowi. Słońce, choć niewidoczne za gęstą kopułą liści, zostawiało na mchu nikłe smugi światła. Niebo gdzieś wysoko różowiało, ale pod drzewami trwał niezmienny półmrok. Mgła znów zaczęła się snuć, gęsta i ciężka, jakby las próbował ukryć przed nimi swoje tajemnice.
Z każdym krokiem cisza stawała się bardziej nienaturalna. Słychać było już tylko monotonne szuranie butów po wilgotnym poszyciu i od czasu do czasu skrzypnięcie zbroi. Ludzie szli powoli, zgarbieni, zmęczeni, jakby sama ziemia odbierała im siły.
Markus szedł obok Davrela, milczący od dłuższego czasu.
W końcu, kiedy wiatr poruszył gałęziami i coś zaszeleściło po lewej stronie, szepnął:
– Ludzie mają już dość. – Jego głos był cichy, ale twardy. – Zaczynają się buntować. Boją się, Dav… I nie chcą iść dalej.
Szlachcic spojrzał na niego, nie przerywając marszu.
– Buntują się?
– Jeszcze niezbyt mocno, ale to kwestia czasu. – Cieśla rozejrzał się na boki, jakby bał się, że ktoś ich podsłuchuje. – To prości chłopi, nie żołnierze. Słyszeli historie o tym miejscu… O duchach. O cieniach, które wciągają ludzi w głąb puszczy.
– I ty w to wierzysz?
– Ja wierzę w strach. – Markus wzruszył ramionami. – A strach potrafi wyrządzić większe szkody niż miecz.
Przez chwilę obaj milczeli. Z tyłu ktoś potknął się o korzeń, padło kilka przekleństw, potem znów zapadła cisza. Las trwał niewzruszony, ciemny i budzący grozę.
Davrel widział, że jego przyjaciel ma rację. Ludzie szli z opuszczonymi głowami, niektórzy odwracali się co chwila, jakby spodziewali się, że ktoś idzie za nimi. Inni szeptali coś między sobą – krótkie modlitwy, zaklęcia, słowa, które miały chronić przed złymi duchami. Ich twarze wyglądały jak maski – blade, napięte, pozbawione nadziei.
– Dobrze – powiedział wbrew sobie. – Zrobimy postój na nocleg.
Markus skinął z ulgą.
– Może uda się trochę rozładować napięcie.
Po chwili szlachcic uniósł dłoń, dając znak do zatrzymania. Obozowisko powstało bez słów. Ludzie legli ciężko na ziemię. Niektórzy padli na kolana, jakby przygnieceni ciężarem ostatnich doświadczeń. Nikt się nie śmiał, prawie nikt nie rozmawiał.
W powietrzu wisiała teraz cisza tak gęsta, że nawet szelest liści zdawał się głośny jak krzyk. Ktoś przysiągł, że widział cień, ktoś inny, że słyszał śmiech dziecka. Corrin próbował obrócić to w żart, lecz jego głos zabrzmiał zbyt nerwowo.
Davrel obserwował to wszystko w milczeniu. Wiedział, że jeśli w jakiś sposób nie przerwie nakręcającej się spirali strachu, to nawet jeśli uda im się wyjść z puszczy, życie tych ludzi nie będzie już takie samo. Zamknął oczy.
Zmierzch przyszedł nagle.
Światło zgasło tak, jakby ktoś przykrył las płaszczem. Cienie wydłużyły się i zlały w jedno, a wiatr – ten sam, który jeszcze chwilę wcześniej poruszał liście – nagle ucichł.
Szlachcic siedział przy pniu starego dębu. Czuł panujące wokół napięcie – gęste, elektryczne, nieuchronne. Przeklęta Puszcza wyczekiwała.
Miał teraz graniczące z pewnością wrażenie, że coś naprawdę ich obserwuje – z ciemności, z wysokości konarów, z samego wnętrza ziemi.
Kiedy ktoś z ludzi po raz kolejny przysiągł, że widział w oddali postać, Davrel wstał. Markus chciał coś powiedzieć, ale on tylko uniósł dłoń.
– Zostań z nimi – wyszeptał.
Ruszył przed siebie na skraj polany. Tam, gdzie drzewa były najgęstsze a ciemność wydawała się najbardziej nieprzenikniona. Kroki stawiał cicho, jakby bał się, że obudzi coś, co jeszcze śpi. Mrok gęstniał z każdym przebytym metrem. Drzewa rosły coraz bliżej siebie, ich konary splatały się nad głową w gęsty baldachim. Światło księżyca ledwie przeciskało się między nimi, rozsypując się na ziemi w nikłe, srebrne plamy.
Zatrzymał się na skraju cienia.
Wciągnął głęboko powietrze. Pachniało wilgocią, mchem i czymś jeszcze. Czymś, co przypominało mu inne lasy. Te, które widział jeszcze na Wschodzie, w miejscach, gdzie nigdy wcześniej nie stanęła ludzka stopa.
Położył dłoń na pniu najbliższego drzewa. Kora była szorstka, chłodna, ale pod palcami czuł puls. Powolny, miarowy, jak bicie serca.
– Pokażcie się – rozkazał stanowczo, w języku, którego jego towarzysze nie zrozumieli.
Siedzący w kręgu ludzie spojrzeli na niego zalęknieni.
Dźwięk wypowiadanych słów był miękki i melodyjny, ale w powietrzu rozszedł się niczym echo dzwonu. Liście zadrżały. Gdzieś w ciemności odpowiedział mu szmer – jakby setki szeptów naraz.
– Nae’thal reni saelthir – powtórzył.
Cofnął rękę. Mgła podniosła się z ziemi, otulając drzewa jak płaszcz. W ciemności coś się poruszyło. Pojawił się pojedynczy cień. Potem drugi. A za nim kolejne.
Z ciemności zaczęła wyłaniać się sylwetka – cicha, uważna, jakby wrośnięta w tkankę lasu.
Davrel stał nieruchomo, serce waliło mu w piersi. Wiedział już, że jego słowa zostały wysłuchane.
†
Mgła rozstępowała się powoli, jakby coś rozsuwało ją od środka.
Najpierw była cisza. Głęboka, lepka, nienaturalna. Potem szmer. Tak subtelny, że Davrel nie wiedział, czy naprawdę go słyszy, czy tylko sobie wyobraża. Ktoś z ludzi drgnął, koń parsknął niespokojnie. Gdy liście zaszeleściły po raz kolejny, Markus zacisnął dłoń na rękojeści miecza.
Z mroku między drzewami wyłoniła się postać.
Szła bez pośpiechu, lekko, prawie bezszelestnie.
Z początku widać było tylko się zarys sylwetki. Wysokiej, smukłej, z łukiem w ręku. Gdy mgła rozstąpiła się zupełnie, Davrel dostrzegł szczegóły: włosy w kolorze orzechowego brązu, splecione na plecach w długi warkocz, twarz o ostrych rysach, a także oczy – jasne i przenikliwe, jakby widziały więcej, niż powinny.
Uszy nieznajomego były długie i szpiczaste.
Wśród rebeliantów przeszedł szmer. Ktoś cofnął się, ktoś inny uniósł włócznię. Kilku ludzi z trudem powstrzymało konie, które zaczęły wiercić się i prychać. To, czego lękali się od momentu wbiegnięcia do puszczy, przybrało wreszcie fizyczną postać.
Elf zatrzymał się w odległości kilku kroków od Davrela. Wycelował swój długi łuk prosto w pierś mężczyzny. Przez moment milczał, jakby ważył każde słowo. Gdy wreszcie przemówił, jego głos był miękki i czysty, niósł jednak w sobie stalowy ton rozkazu.
Mówił w języku, którego zgromadzeni na polanie ludzie nie rozumieli. Słowa były płynne, melodyjne, przypominały śpiew wiatru między gałęziami.
Davrel zrobił krok naprzód i odpowiedział. Krótko, pewnie.
Przybysz uniósł brwi, nie kryjąc zdziwienia.
– Nie pamiętam – powiedział po chwili w języku ludzi – bym spotkał kiedykolwiek człowieka, który zna naszą pradawną mowę. – Jego spojrzenie było spokojne, lecz czujne. – Gdzie się jej nauczyłeś, przybyszu z zachodu?
– To bez znaczenia – odparł szlachcic. – Nie szukamy walki. Jeśli nam pozwolisz, odejdziemy. Jeszcze dwa dni marszu i nie będzie nas w tym lesie.
Elf przez chwilę nie odpowiadał. Przechylił głowę, jakby próbował ocenić, czy ma przed sobą szaleńca, czy kogoś, kto naprawdę rozumie, z kim rozmawia.
Potem rozległ się trzask – jeden, drugi, trzeci.
Z gęstwiny wokół wyszły kolejne postacie. Ciche, lekkie, z łukami naciągniętymi i skierowanymi w stronę rebeliantów.
W jednej chwili Zielone Opończe znalazły się w potrzasku. Dookoła, w półmroku, pojawiały się kolejne cienie – na drzewach, między pniami, na skałach.
Cięciwy drżały w gotowości, błysk ostrzy mignął w ciemności.
Markus instynktownie podniósł miecz. Davrel gestem nakazał mu zachować spokój.
– Opuść broń – powiedział cicho. – Nie wiemy jakie mają intencje.
Elf obserwował ich w milczeniu. Przez krótką chwilę w jego oczach błysnęło coś, co mogło oznaczać uznanie – lub litość.
Potem powiedział spokojnie:
– Macie odwagę, jakiej nie widuje się u ludzi. Ale odwaga nie zawsze równa się mądrości.
Po tych słowach znów zapadła cisza.
Słychać było tylko oddechy, skrzypienie uprzęży i miękkie dźwięki leśnej ściółki pod nogami elfów, które coraz ciaśniej zamykały pierścień wokół ludzi.
Elf spojrzał na Davrela uważnie, jakby chciał zajrzeć głębiej – poza oczy, poza maskę opanowania. Potem powoli opuścił łuk, choć jego palce wciąż spoczywały na cięciwie.
– Jestem Illi’rin, syn Halanora, tropiciel i dowódca Szarego Zastępu – powiedział. – To ziemie królowej Galanei, ludzie nie mają tu wstępu.
W jego głosie nie było gniewu, raczej chłodna pewność, z jaką wypowiada się prawo starsze niż pamięć.
– Szary Zastęp… – powtórzył szlachcic, jakby rozpoznając echo dawnej legendy. – Elitarny oddział łowców. Słyszałem o was.
– Opowieści rzadko oddają prawdę – odparł Illi’rin. – A ludzie lubią wyolbrzymiać to, czego nie rozumieją. Wy zaś jesteście intruzami w miejscu, które nie należy do waszego świata.
Z lasu rozległ się krótki gwizd. Cienie poruszyły się wokół, elfy zacieśniły krąg. Łuki uniosły się znów, groty błysnęły zielonkawym światłem.
Wśród rebeliantów zapanował popłoch. Ktoś odruchowo chwycił za włócznię, ktoś inny zrobił krok w tył. Markus szepnął ostrzegawczo:
– Zrób coś, Dav, inaczej wystrzelają nas jak kaczki.
Davrel powoli uniósł dłoń, nie odrywając wzroku od Illi’rina.
– Mówiłem prawdę. Nie szukamy zwady. Jedynie bezpiecznej drogi do domu.
– Wasze zamiary nie mają znaczenia. – Elf zrobił krok naprzód, tak lekki, jakby płynął w powietrzu. – Liczy się to, że przekroczyliście granicę, której ludziom nie wolno przekraczać. Wasze życie nie należy już do was… Ani do mnie – dodał po chwili namysłu.
– Co zatem zamierzasz z nami zrobić?
– Pójdziecie ze mną do Szmaragdowych Źródeł. Tam Królowa sama zadecyduje o waszym losie.
– A jeśli odmówimy?
W odpowiedzi Illi’rin dał ledwie dostrzegalny znak dłonią.
W tej samej chwili wokół rozległ się cichy dźwięk naciąganych cięciw. Las grotów ponownie skierował się w stronę Zielonych Opończy.
W powietrzu zawisło niemal namacalne napięcie.
Szlachcic zrozumiał, że nie mają żadnych szans.
Spojrzał na swoich ludzi – wycieńczonych, przemoczonych, zbyt zmęczonych, by znów stanąć do walki. Widział Markusa, który tylko czekał na rozkaz. A także Thorena, który z trudem utrzymywał się na nogach. I Corrina, skulonego z przerażenia za plecami kompanów. Pierwszy raz od dawna poczuł jak ogarnia go bezsilność.
Milczał przez dłuższą chwilę, po czym skinął głową.
– Dobrze – powiedział spokojnie, choć dłonie lekko mu drżały. Odwrócił się do swoich ludzi i nakazał: – Złóżcie broń.
Markus chciał protestować, ale Davrel powstrzymał go krótkim gestem.
Dowódca Szarego Zastępu obserwował to bez emocji, choć w jego oczach pojawił się jakby cień ulgi.
– Mądrze postąpiłeś – rzekł cicho. – Nie wszyscy ludzie potrafią wyzbyć się dumy, by zachować życie.
Kiedy rebelianci zaczęli kłaść broń na ziemi, elfy rozluźniły szyk. Ich łuki pozostały jednak w gotowości. Łowcy nie tracili czujności. Cisi i nieruchomi, sprawiali wrażenie jakby byli częścią samego lasu.
Illi’rin odwrócił się i wskazał na północny-wchód, gdzie wśród mgły majaczyła wąska, ledwie widoczna ścieżka.
– Ruszamy – powiedział. – Szmaragdowe Źródła czekają.
Davrel jeszcze przez chwilę stał w miejscu, patrząc na leśne elfy – istoty, o których słyszał tylko w opowieściach, na własne zmęczone oddziały oraz na mgłę, która powoli znikała w gęstwinie.
Potem odetchnął głęboko, uniósł głowę i bez słowa ruszył za Illi’rinem.
Las zamknął się za nimi, jakby nic nigdy nie zakłóciło jego spokoju.

†
Puszcza nie była już taka sama.
Wcześniej zdawała się groźna, mroczna i czujna, teraz – jakby spokojniejsza. Milcząca, ale już nie wroga. Gdy ruszyli za Illi’rinem, rebelianci po raz pierwszy od bitwy w dolinie Amrath nie czuli na karkach oddechu śmierci. Zastąpiło go coś innego, nowego – niepokój pomieszany z osobliwą ciekawością.
Elfy prowadziły ich wąską, wijącą się ścieżką, której ludzkie oczy nie potrafiłyby same odnaleźć. Ich kroki były ciche, niemal bezgłośne, a ruchy płynne jak wiatr między liśćmi. Każdy z nich zdawał się częścią lasu – tak naturalną, że Davrel miał wrażenie, iż zniknęłyby, gdyby tylko odwrócił na chwilę wzrok.
Wokół panował półmrok. Gdzieś wysoko błyszczały nitki pajęczyn, jakby utkane ze szkła. Mech pod stopami był sprężysty i wilgotny, pachniał żywicą i ziemią po deszczu. Czasem z oddali dobiegał odgłos wody – może potoku, może czegoś innego.
Zielone opończe szły w milczeniu, z opuszczonymi głowami. Nikt nie miał odwagi się odezwać. Ktoś tylko szeptał modlitwę, ktoś inny patrzył w górę, próbując dojrzeć niebo. Niektórzy, mimo strachu, nie mogli oderwać wzroku od eskortujących ich elfów – od ich zdobnego w roślinne motywy ubioru, od broni, która zdawała się być nie wykuta, lecz uformowana przez samą naturę.
Z czasem zaczęli dostrzegać więcej szczegółów otaczającej ich puszczy. Po bokach ścieżki pojawiały się znaki – zwisające z gałęzi symbole wyrzeźbione z drewna, drobne posążki ułożone z kamyków, a nawet drzewa o korze lśniącej jak metal. Z każdym krokiem Davrel miał wrażenie, że idą nie tyle przez las, co przez coś żywego, co od wieków żyło własnym rytmem.
Powoli, mimo zmęczenia, ludzie zaczynali szeptać. Nie ze strachu, lecz z niedowierzania.
Markus raz po raz oglądał się za siebie, jakby chciał sprawdzić, czy droga za nimi wciąż istnieje. Corrin szedł wpatrzony w elfy, jak dziecko w bajkę, która nagle ożyła. Nawet Thoren, zazwyczaj twardy i nieufny, miał twarz wyrażającą mieszaninę lęku i fascynacji.
Davrel milczał, krocząc obok Illi’rina. Czuł ciężar spojrzeń swoich ludzi, ich niewypowiedziane pytania, narastające z każdym krokiem. Wiedział, że słowa, które od dawna wisiały w powietrzu w końcu padną.
I tak też się stało. Gdy słońce zniknęło za koronami drzew, a ścieżka zwęziła się tak bardzo, że musieli iść jeden za drugim, Thoren wcisnął się przed Davrela. Szlachcic spojrzał na niego, nie przerywając marszu. Na twarzy przyjaciela malowało się zmęczenie, ale i coś więcej. Nieufność. Jakby nagle zdał sobie sprawę, że jego dowódca zna tajemnice, o których nigdy nie wspominał.
Gdy się odezwał, jego głos był chrapliwy, ściszony, jak gdyby bał się, że echo zaniesie go elfom:
– Wiedziałeś?
Przez chwilę Davrel nie odpowiedział. Przeszedł jeszcze kilka kroków, wpatrzony w plecy idącego przed nim Illi’rina. Potem westchnął i skinął głową.
– Tak. – odpowiedział cicho, ale pewnie. – Wiedziałem.
– I nic nam nie powiedziałeś? – kowal syknął z niedowierzaniem. – Od początku wiedziałeś, że oni tu są?
– Nie byłem pewien – odparł szlachcic spokojnie. – Puszcza jest ogromna, a ja ostatni raz byłem w niej piętnaście lat temu. Ale czułem, że jeśli ktoś tu jeszcze żyje, to mogą to być leśne elfy.
– Dlaczego więc milczałeś? – Thoren zatrzymał się na moment, zmuszając towarzysza, by również stanął. Kilku ludzi z tyłu przystanęło, spoglądając na nich z niepokojem.
Davrel przez chwilę patrzył w ziemię, jakby ważył każde słowo. – Bo złożyłem przysięgę, że zachowam to w tajemnicy.
– Przysięgę? Komu? – zapytał idący tuż za nim Markus.
Szlachcic podniósł wzrok.
– Nyrsilowi.
Cisza, która zapadła po jego słowach, była niemal namacalna.
W oczach Markusa i Thorena błysnęło zdumienie. Corrin tylko zamrugał, jakby próbował przypomnieć sobie, czy kiedyś słyszał to imię.
– Kto to? – spytał w końcu Thoren.
Davrel odwrócił się i znów ruszył przed siebie. Dopiero po kilku krokach odpowiedział:
– Mężczyzna, którego uratowałem wtedy w puszczy.
– Czyli on też był elfem?
– Tak, księciem. Dalekim krewnym Najwyższego Króla.
– Księciem? – powtórzył Markus, jakby nie dowierzał. – Chcesz powiedzieć, że uratowałeś księcia elfów?
Szli teraz wolniej. Elfy przed nimi milczały, jakby udawały, że nie słyszą rozmowy, ale Davrel był pewien, że każde słowo dociera do ich uszu.
– To było wtedy, kiedy zniknąłem – ciągnął cicho. – Z rozkazu króla, Nyrsil podróżował z misją do Szmaragdowych Źródeł. Po drodze został jednak zdradzony i zaatakowany przez leśne elfy. Wszyscy jego ludzie zginęli… on sam został ciężko ranny. Resztę już znacie.
Zamilkł na chwilę. Pomiędzy drzewami przesunął się cień. Może zwykły podmuch wiatru, może coś więcej. Pamiętał tamten dzień – zapach krwi i dymu, błysk jasnych oczu księcia w półmroku lasu.
– Pomogłem mu wydostać się z puszczy – powiedział w końcu. – W zamian za uratowanie życia obiecał dać mi o co tylko poproszę. Poprosiłem więc, żeby przyjął mnie na służbę. A kiedy wreszcie zdecydowałem się wrócić do domu, złożyłem obietnicę, że nikomu nie powiem o tym, co naprawdę mnie spotkało.
Markus milczał, a Thoren jedynie potrząsnął głową z niedowierzaniem. Ciszę przerwał Corrin:
– Czyli teraz idziemy w to samo miejsce, w które ten książę nigdy nie dotarł? Z elfami, które zabiły jego ludzi?
– Na to wygląda – odpowiedział cicho Davrel.
Thoren zamrugał, spojrzał w bok, jakby chciał coś powiedzieć, lecz w końcu tylko mruknął:
– Obyśmy tylko nie podzielili ich losu.
Ruszyli dalej w głąb puszczy. Wokół nich szumiały drzewa, a między liśćmi przemykały blade smugi światła. Elfy poruszały się przed nimi i za nimi, niemal bezdźwięcznie, jak duchy lasu.
Z każdym krokiem powietrze stawało się chłodniejsze, zaś z oddali dolatywał już ledwie słyszalny szmer wody. Zapowiedź miejsca, do którego zmierzali.

†
Wchodzili w dolinę pośród szeptów i blasków, które nie przypominały niczego, co znali. Szmaragdowe Źródła nie były miastem w ludzkim rozumieniu – raczej żywym organizmem, utkanym z roślin, światła i wody.
Mosty z winorośli rozciągały się nad przejrzystymi stawami, w których odbijało się więcej niż tylko niebo. Z głębi wód biła łagodna, lecz przesycona mocą, poświata. Pnie drzew wyrastały z ziemi w regularnych odstępach, a ich korony tworzyły sklepienie tak wysokie, że światło księżyca sączyło się przez nie niczym przez ciemnozielone szkło.
Rebelianci milczeli. Szli gęsiego, pilnowani przez elfy, które poruszały się cicho. Każdy ich krok był tak lekki, jakby dotykały ziemi tylko z uprzejmości wobec grawitacji. Dla Zielonych Opończy – zmęczonych, brudnych i obdartych, kontrast był niemal nie do zniesienia.
Idący tuż za Davrelem, Markus szepnął niepewnie:
– To chyba sen.
– Jeśli tak, to nie chcę się budzić – odpowiedział mu Corrin.
Spojrzeli w bok. Pień drzewa, który właśnie mijali, pulsował miękkim światłem, jakby pod korą krążyła żywica zrodzona wprost z gwiazd.
Kiedy wyszli na szeroką polanę, otoczoną przez wodospady i kolumny drzew, powietrze zgęstniało. Cisza nie napawała jednak grozą. Miała w sobie raczej coś ceremonialnego. Każdy dźwięk, każde westchnienie zdawało się tu nie na miejscu. W centrum polany wznosił się płaski krąg z kamieni, a po jego środku wirowała woda, tworząc świetlisty lej. To właśnie tam Illi’rin zatrzymał się i odwrócił do Davrela.
– Zaczekaj tu – powiedział. – Królowa zaraz przybędzie.
Szlachcic skinął głową. W jego geście nie było jednak pokory, przypominał on bardziej akceptację nieuniknionego losu. Przez chwilę mężczyzna czuł, jak jego ludzie przesuwają się niespokojnie, a ich oddechy splatają z rytmem wodospadów. Wszyscy wpatrywali się w srebrzystą mgłę unoszącą się nad źródłem.
I wtedy powietrze jakby zadrżało.
Najpierw przyszło światło – delikatne, zielonkawe, przypominające blask liścia w słońcu. Potem dźwięk, cichy jak oddech. A wreszcie ona.
Wyszła z wirującej wody tak naturalnie, jakby to samo źródło właśnie wydało ją na świat.
Miała długie, ciemnorude włosy, które spływały po zgrabnych ramionach i połyskiwały płomienną miedzią. Jej oczy – zielone i błyszczące – odbijały w sobie światło starsze niż czas. Odziana była w suknię barwy lasu – tak lekką i zwiewną, jakby utkaną z cienia i wiatru. Wokół niej powietrze zdawało się wibrować, wprawione w ruch samą tylko obecnością tak niezwykłej istoty. A jednak w jej spojrzeniu czaił się cień niepokoju – jakby desperacko poszukiwała rozwiązania jej tylko znanej zagadki.
Stojący najbliżej Davrela, Corrin przełknął ślinę.
– Czy to… czary? – wyszeptał z niedowierzaniem.
Galanea spojrzała na niego. Nie gniewnie, lecz z lekkim rozbawieniem. Gdy przemówiła, jej głos przypominał muzykę. Miękką, a jednak poruszającą do głębi.
– Królowa elfów nie ucieka się magicznych sztuczek, chłopcze – powiedziała w ich własnym języku. – A już zwłaszcza wobec ludzi.
Zrobiła krok naprzód. Światło wokół niej przygasło, jakby nawet księżyc ustępował jej miejsca.
– Pochodzę z rodu, który nosi w sobie światło gwiazd – dodała. – Nie potrzebuję czarów, by być tym, czym jestem.
Wśród ludzi zapanowała cisza. Davrel stał nieruchomo, a jego wzrok wyrażał coś, co nie było ani strachem, ani zachwytem. Raczej czymś pomiędzy. Jak u śniącego, który jeszcze nie jest pewien czy chce się obudzić.
Galanea zatrzymała się w odległości kilku kroków naprzeciw mężczyzny. Na polanie nie było tronu, zdobnych chorągwi ani oznak dworskiego ceremoniału. A jednak w obliczu jej majestatu szlachcic poczuł się przytłoczony jak nigdy wcześniej.
– Po co przyszliście do mojej puszczy? – zapytała chłodno, bez gniewu, lecz ze spokojną wyższością. Nie potrzebowała unosić głosu.
Davrel wyprostował się, nie spuszczając z niej wzroku.
– Szukaliśmy schronienia – odpowiedział. – Uciekaliśmy przed żołnierzami Północy. Nie pragniemy twojego gniewu.
– To się jeszcze okaże – odparła. – Jeśli jednak uciekacie przed wojną, to źle trafiliście. – Jej oczy błysnęły ostrzej. – Nie chcę mieć nic wspólnego z waszymi konfliktami, ani z cierpieniem, które ze sobą niosą.
Przez chwilę milczeli i tylko szmer wody z głębi źródeł przypominał, że czas wciąż płynie. Davrel czuł na sobie jej wzrok – badawczy, przenikliwy, jakby patrzyła nie na niego, lecz przez niego, do samej istoty jego wspomnień.
Wtedy przemówił w języku elfów – powoli, wyraźnie, z akcentem, który dawno już uleciał z ludzkich ust:
– Shae’lor ithil.
Słowa rozeszły się echem po polanie. Kilku elfów drgnęło, Illi’rin uniósł brwi, a wśród dworzan przetoczył się cichy szept. Galanea zmrużyła oczy.
– Wojny ludzi… – powtórzyła cicho w tym samym języku. – Tak nazywamy wasze walki o władzę, które nastały po tym jak nasz lud odszedł na Wschód, w czasach, gdy strumień magii wciąż płynął wartko. Skąd znasz to określenie?
Szlachcic zawahał się, jakby niepewny jak dużo może jej powiedzieć. W końcu uznał jednak, że elfka i tak dowie się prawdy. Uniósł dłoń i odsłonił wiszący na szyi srebrny łańcuszek. Na jego końcu błyszczał pierścień z czarnym opalem, mieniący się intensywnie szlachetnym blaskiem.
– Skąd go masz? – zapytała królowa, choć ton jej głosu nie był już chłodny, lecz ostrożny.
Davrel wyczuł, że rozpoznała ten symbol.
– Od księcia Nyrsila – odpowiedział. – To prezent za uratowanie życia…
Galanea drgnęła, a jej spojrzenie na moment straciło surowość. Wśród elfów rozległ się szmer, brzmiący niczym powiew wiatru w koronach drzew.
– Mówiono mi, że mój kuzyn zawdzięcza życie człowiekowi – rzekła powoli. – Lecz miałam to za bajkę, jakich pełno wśród waszego gatunku.
Ich spojrzenia spotkały się – chłodne, ale pełne wzajemnego zrozumienia.
W końcu elfka skinęła głową.
– Muszę się zastanowić, co z wami uczynić – oznajmiła. – Do tego czasu pozostaniecie moimi gośćmi w Szmaragdowych Źródłach.
Słowo goście zabrzmiało miękko, lecz Davrel dobrze wiedział, co naprawdę oznacza.
Wśród jego ludzi przeszedł cichy pomruk. Dało się w nim wyczuć zarówno ulgę jak i niepokój.
Galanea już miała odejść, gdy w tłumie elfów ponownie rozległ się szmer. Tym razem innego rodzaju. Illi’rin przecisnął się przez dworzan i klęknął przed królową, trzymając w dłoniach owinięty w płótno przedmiot. Gdy rozwinął materiał, oczom zgromadzonych ukazało się należące do Davrela czarne ostrze.
Królowa zastygła.
W jej oczach błysnął gniew.
– Skąd masz tę broń? – zapytała ostro, a jej głos, choć cichy, wibrował niczym napięta struna.
Elf ruchem głowy wskazał na szlachcica. Galanea spojrzała na niego pytająco.
– To mój miecz – odezwał się mężczyzna. – Dostałem go w prezencie.
Elfka spojrzała na ostrze – czarne jak turmalin, zimno połyskujące w świetle źródeł.
– Wiesz, co to za oręż? – spytała chłodno. – Taki miecz mogły wykuć tylko mroczne krasnoludy. Czy słyszałeś o wojnach, które mój lud toczył kiedyś z ich królestwem? Czy wiesz, że blizna, którą na twarzy nosi król Bael’dunn pochodzi od mojego miecza? – Zmrużyła oczy. – Zastanów się dobrze zanim odpowiesz na moje kolejne pytanie – dodała powoli. – Czy jesteś sojusznikiem mrocznych krasnoludów?
Na polanie nastała cisza.
– Jestem tylko człowiekiem – odpowiedział w końcu Davrel. – Zbyt słabym, by być czyimkolwiek sojusznikiem.
Jego słowa zawisły w powietrzu. Na ustach królowej pojawił się cień uśmiechu – krótki i pozbawiony ciepła.
– Przynajmniej znasz swoją wartość – powiedziała z lekkim rozbawieniem. – Audiencja zakończona. Powiadomię was o mojej decyzji. – Po czym dodała – Illi’rin, odprowadź proszę naszych gości do ich kwatery.
Po tych słowach odwróciła się powoli, a światło wokół niej znów przygasło. Gdy odchodziła, jej suknia poruszyła się lekko na wietrze.
Dowódca Szarego Zastępu skinął głową i dał znak swoim łowcom. Elfy otoczyły rebeliantów, prowadząc ich w głąb leśnego miasta.
Davrel przez chwilę patrzył jeszcze na królową, której sylwetka znikała w świetle źródeł. W jej ruchach było coś niepokojącego. Tajemniczy wdzięk, który mógł być zarówno zapowiedzią łaski, jak i czegoś znacznie bardziej okrutnego. Potem odwrócił się do reszty i ruszył za Illi’rinem. Las znów ich pochłonął. Jednak tym razem już nie jak wrogów, lecz niepewnych swego losu wędrowców.

†
Wielka sala, w której zamknięto Zielone Opończe, nie przypominała więzienia. Przynajmniej nie na pierwszy rzut oka. Ściany zrobione były ze splątanych pni i konarów, a przez cienkie błony liści sączyło się blade, zielone światło. Podłoga, miękka od mchu i wilgotna, pachniała lasem. Wszystko wyglądało, jakby wyrosło samo z siebie – bez cegieł, bez gwoździ i bez niczyjej pomocy.
A jednak, mimo piękna, w powietrzu unosiło się coś niepokojącego.
Pomieszczenie przypominało klatkę z żywego drewna.
Rebelianci siedzieli w ciszy. Kilku próbowało spać, opierając się o ściany, inni krzątali się bez celu, jakby ruch pomagał im się uspokoić. W powietrzu unosił się ciężar bezczynności, która dla wielu z nich była dużo trudniejsza do zniesienia niż wszystko inne czego doświadczyli w ciągu ostatnich dwóch dni.
Davrel siedział osobno, przy jednym z korzeni, który wyrastał z podłoża niczym łuk. Wzrok miał wbity w ziemię, a dłonią przesuwał po szorstkiej korze. Myślał o królowej, o jej przenikliwych szmaragdowych oczach, miękkim głosie oraz wewnętrznym konflikcie, który, jak mu się zdawało, wyczuł pod jej chłodną wyniosłością.
Wtem usłyszał kroki.
Markus podszedł i z westchnieniem przysiadł obok. Wyglądał jak człowiek, który zbyt długo dźwiga ciężar własnej frustracji.
– Ile czasu twoim zdaniem będą nas tu trzymać? – spytał półgłosem.
– Nie wiem.
– Nie wiesz czy nie chcesz powiedzieć?
Davrel spojrzał na przyjaciela. Oczy miał zmęczone, przekrwione z niewyspania. Markus nie spuszczał z niego wzroku.
– Może tobie tu dobrze? – ciągnął. – Wyglądasz, jakbyś cieszył się z towarzystwa elfów. Ale reszta… – Machnął ręką w stronę ludzi. – Oni nie śpią, nie jedzą, siedzą jak w potrzasku. Boją się.
– Wiem.
– To zrób coś. Przemów do nich. Powiedz cokolwiek.
Szlachcic jednak milczał. Wiedział, że Markus ma rację, ale w głowie miał pustkę. A słowa, które mogłyby przynieść jego ludziom tak wyczekiwane ukojenie, uporczywie nie chciały się w niej pojawić. Mężczyzna czuł rosnącą bezsilność.
Ciszę przerwał dopiero Corrin. Leżał oparty o pień, z dłońmi splecionymi za głową i patrzył w półprzezroczysty sufit z liści.
– A ja powiem wam jedno – rzucił z uśmiechem. – To miejsce jest… magiczne. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego.
Markus prychnął.
– Magiczne? Raczej przeklęte.
– Nie, mówię poważnie – odparł pomocnik młynarza. – Spójrz tylko. To nie jest zwykły las. Tu nawet powietrze inaczej pachnie. Jakby było żywe.
Kilku ludzi uniosło głowy. Słuchali, nie z ciekawości, lecz z tęsknoty za czymś znanym. Za czymś, co nie budziłoby w nich lęku. Nawet Markus zamilkł, a Davrel po raz pierwszy od dawna pozwolił sobie na cień uśmiechu.
– Może masz rację – powiedział cicho. – Może to miejsce rzeczywiście jest żywe.
– Myślisz, że to magia elfów? – zapytał Corrin z błyskiem w oczach. – Że potrafią sprawić, żeby las im służył?
Davrel przez chwilę nic nie mówił. Jego spojrzenie skierowane było gdzieś daleko, poza ściany sali, jakby widział coś, czego inni nie potrafili dostrzec.
– Nie tylko elfy władają magią – odpowiedział w końcu spokojnie. – Każda istota nosi ją w sobie. Różnimy się tylko tym, jak bardzo jesteśmy na nią czuli.
– A ty? – zapytał nagle Corrin. – Skoro każdy ma w sobie trochę magii… to ty też? Potrafisz jej użyć?
Szlachcic spuścił wzrok.
Przez chwilę milczał, niepewny, a potem usiadł po turecku. Dłonie złożył tak, że stykały się jedynie opuszkami. Jego oddech zwolnił, spojrzenie stało się puste – nieobecne, jakby na moment przeniósł się gdzieś daleko, w inne miejsce i czas.
Kilku ludzi, zbliżyło się odruchowo. Markus skrzyżował ramiona, a Corrin przysunął bliżej, jak dziecko czekające na opowieść.
Powietrze między dłońmi Davrela lekko zadrżało.
Z początku nic się nie działo – tylko delikatne drganie, jak od gorąca. A potem pośrodku pojawiła się błyszcząca kropla wody. Zawiśnięta między palcami, obracała się powoli, odbijając w sobie zielonkawe światło sali.
– Udało ci się! – wykrzyknął Corrin.
---
– Udało ci się – powiedział cichy, kobiecy głos.
Davrel podniósł głowę i zobaczył przed sobą młodą elfkę o włosach tak jasnych, że niemal białych. Uśmiechała się szeroko, z radością czystą jak poranny blask.
Siedzieli na kamiennym brzegu fontanny, w samym sercu rozświetlonego słońcem ogrodu. Powietrze pachniało kwiatami, a woda w sadzawce lśniła błękitem.
– Udało ci się – powtórzyła. – Widzisz? Twoją magią jest woda, tak samo jak u Elthana.
– Gdyby nie ty, Dara’lano, nigdy bym tego nie dokonał – odpowiedział meżczyzna z uśmiechem.
Patrzył na nią tak, jak człowiek patrzy na coś, czego nie rozumie, ale za wszelką cenę nie chce utracić. Jej błękitne oczy były jak niebo odbite w źródle, jasne i przejrzyste.
– Każdy ma w sobie magię – mówiła Dara’lana. – Trzeba tylko cierpliwości. U ludzi to trudniejsze, bo wasz żywot jest krótki. Ale magia jest w każdym.
Mężczyzna skinął głową, patrząc jak elfka zanurza dłoń w wodzie. Na powierzchni pojawiły się kręgi, które rozchodziły się rytmicznie, jak oddech świata.
– Opowiedz mi o magii – poprosił.
– Przez świat przepływa jej dziesięć głównych rodzajów – zaczęła. – A choć dla nas wszystkie są równe, to wy, ludzie, wprowadziliście rozróżnienia. I tak, tych którzy mają w sobie magię ognia, wody, lodu lub powietrza nazywacie czarodziejami. Ziemi albo natury – druidami lub szamanami. Gdy ktoś nosi w sobie magię gwiazd, mówicie o nim jasnowidzący, światła – paladyn. Władających magiami cienia lub śmierci zwiecie zaś czarnoksiężnikami.
– A twoja magia? – zapytał po chwili. – To też woda?
– Nie – uśmiechnęła się lekko. – Moją magią są gwiazdy. Potrafię widzieć ich ścieżki i przywidywać przyszłość oraz wpływać na sny. Kiedyś byłam tym rozczarowana. Chciałam mieć dar lodu jak ojciec, książę Nyrsil, albo jak mój najstarszy brat, Aelthar. Ale z czasem zrozumiałam, że każda magia ma swój cel. I doceniłam swój dar.
– Ale chyba twoi pozostali bracia też nie władają lodem?
– To prawda. Magią Elthana, jak wiesz, jest woda, a Kaela – ziemia. A choć każde z nas jest inne, wszyscy czerpiemy z tego samego źródła.
Spojrzała na Davrela z powagą.
– Chcesz kontynuować naukę? – zapytała cicho.
– Tak – odpowiedział bez wahania. – Chcę.
Światło w ogrodzie rozjarzyło się mocniej, a woda w fontannie rozbłysła błękitnym płomieniem.
---
Davrel mrugnął i wspomnienie zniknęło.
Kropla między jego dłońmi jeszcze przez sekundę trwała w zawieszeniu, po czym rozprysła się cicho, jakby nigdy jej nie było.
Corrin patrzył na niego z otwartymi ustami.
– To było… niesamowite – powiedział cicho. – Potrafisz coś jeszcze?
Szlachcic odetchnął głęboko i uśmiechnął się krzywo.
– Nie. To wszystko, czego nauczyłem się przez piętnaście lat wśród elfów. Obawiam się, że nie byłem najlepszym uczniem…
W sali wybuchł śmiech. Szczery, krótki, ale wystarczający, by rozproszyć nagromadzone uprzednio napięcie. Nawet Markus uśmiechnął się pod nosem.
– Opowiedz coś jeszcze o magii – zaproponował Corrin. – Jeśli chciałbym kogoś zmienić w owce, to jaki to byłby rodzaj?
Pytanie wyraźni rozweseliło zebranych wokół mężczyzn.
– Ty już jesteś baran, Corrin – rzucił ktoś w tłumie.
– Zmiana kształtu to magia cienia, gdyż skrywa prawdziwą naturę rzeczy – odpowiedział mu szlachcic. – Jednak gdybyś chciał potem odczynić zaklęcie, potrzebowałbyś maga światła. Światło rozprasza cień i ukazuje rzeczy takimi, jakimi są naprawdę.
Pomocnik młynarza chciał zapytać o coś jeszcze, ale w tym momencie do komnaty wszedł strażnik.
– Królowa Galanea wzywa waszego dowódcę – oznajmił chłodno.
Davrel podniósł się powoli. Spojrzał na swoich ludzi – zmęczonych i wciąż nieufnych, ale teraz choć na chwilę spokojniejszych. Potem ruszył w stronę wyjścia.
†
Światło w pomieszczeniu było blade, chłodne i przezroczyste, jak poranna mgła zawieszona między drzewami. Z sufitu zwisały długie pasma liści, z których spływały krople wody, ściekające wąskimi strużkami po krawędziach ścian. Wszystko tu żyło – oddychało i poruszało się w rytmie, którego źródła nie sposób było odgadnąć. Wydawało się, że nawet powietrze reaguje na wolę pani tego miejsca.
Dwóch elfów wprowadziło Davrela do środka i bez słowa zniknęło, jakby rozpłynęli się w powietrzu.
Komnata nie przypominała sal tronowych, jakie znał ze świata ludzi. Była ciepła, a jednak surowa. W centrum owalnego pomieszczenia stał niski drewniany stół, na którym spoczywały naczynia o delikatnym połysku. W misach ułożono jasne owoce o gładkiej skórce – z wyglądu przypominały morele, lecz ich miąższ mienił się srebrem. Obok leżały cienkie placki z ziołami, pieczone na kamieniu, oraz ciemne, lepkie konfitury o zapachu fig i miodu.
W wysokiej czarze połyskiwał napój koloru porannego nieba.
Galanea siedziała przy stoliku. Jej suknia miała barwę omszałego jadeitu, a włosy, splecione w luźny warkocz, opadały na prawe ramię. Wokół niej unosił się zapach tuberozy, dzikich ziół i wilgotnych liści – świeży, a zarazem ciężki.
– Usiądź, człowieku z Południa – powiedziała. – Nie każ królowej jeść samej.
Nie był pewien, czy to zaproszenie, czy rozkaz, ale posłusznie zajął miejsce naprzeciw niej. Ręce oparł o stół, czując ciepłe, jakby pulsujące życiem drewno. Galanea sięgnęła po owoc i przekroiła go delikatnym nożem. Srebrzysty sok spłynął po jej palcach; otarła go ruchem tak powolnym, że gest ten wydawał się niemal rytuałem.
– Niewielu śmiertelników ma okazję spróbować śniadania w Szmaragdowych Źródłach – powiedziała, spoglądając na niego spod rzęs. – Ciekawa jestem, czy zasmakuje ci bardziej niż wasze potrawy z popiołu i zboża.
Davrel skłonił lekko głowę, nie sięgając jeszcze po jedzenie.
– Różnica nie zawsze tkwi w smaku – odparł.
Na ustach królowej pojawił się cień uśmiechu.
– O, więc umiesz nawet mówić zagadkami. To dobrze. – Ujęła czarę i upiła łyk błękitnego napoju. – Milczący wojownicy są pożyteczni, ale nudni. Jak cię zwą?
– Davrel Gris, pani.
Nie odpowiedziała.
Mężczyzna patrzył, jak poranne światło przesącza się przez liście, rozlewając po jej twarzy miękki połysk. Królowa odłożyła kielich, a jej spojrzenie zatrzymało się na siedzącym przed nią szlachcicu dłużej, niż wymagała tego kurtuazja.
– Widzę to w twoich oczach – rzekła z cichym rozbawieniem. – Ludzie nie potrafią ukrywać podziwu, nawet jeśli się starają.
Zerknęła na jego dłonie, potem znów na twarz.
– Ale nie bój się. Nic ci za to nie grozi. Nieczęsto bywam w towarzystwie kogoś, kto ma odwagę patrzeć mi w oczy.
Przesunęła palcem po krawędzi misy z owocami.
– Powiedz zatem, Davrelu Gris – podjęła po chwili – o co chciałbyś mnie zapytać.
Mężczyzna przez chwilę milczał. Wpatrywał się w delikatny ruch pary unoszącej się nad naczyniem, w którym lśnił jasnoniebieski napój. Pomiędzy nimi znów zapanowała cisza – nieprzyjemna, choć nie wroga. Królowa Szmaragdowych Źródeł zdawała się czekać, aż gość powie coś, co potwierdzi jej przypuszczenia.
– Chciałem zapytać – powiedział w końcu – o księcia Nyrsila.
Uniósł wzrok.
– Czemu twoi ludzie go zaatakowali?
Galanea roześmiała się cicho. Dźwięk ten nie był jednak wesoły – choć lekki i melodyjny, przypominał odgłos trzaskającego lodu.
– Moi ludzie? – powtórzyła. – Ach, rozumiem. Zatem mój kuzyn ci tego nie wyjaśnił. Nie, Davrelu z Południa. Ci, którzy napadli na księcia, nie byli moimi ludźmi.
Jej oczy błysnęły.
– To byli słudzy mojego brata.
Davrel nie drgnął. Milczał, czekając na ciąg dalszy.
W powietrzu dało się wyczuć zmianę – delikatne napięcie, jak w ciszy poprzedzającej burzę.
– Zbuntował się – wyjaśniła Galanea, sięgając po owoc, który przecięła wcześniej. – Chciał przejąć władzę i poprowadzić nas ku wojnie. Nyrsil przybywał z rozkazu Najwyższego Króla, aby umocnić pokój, ale został napadnięty, zanim dotarł do Szmaragdowych Źródeł. Nigdy nie zobaczył tego miejsca.
Odgryzła kawałek miąższu, jakby mówiła o czymś odległym, niewartym emocji.
– A co stało się z twoim bratem? – zapytał Davrel.
Królowa uniosła wzrok. Jej spojrzenie było teraz zimne, nieprzeniknione.
– Mój brat jest martwy – powiedziała spokojnie. – Zabiłam go.
Jej słowa zawisły w powietrzu. Echo tego wyznania rozeszło się po komnacie powoli, niemal z namacalnym napięciem.
Galanea odłożyła nóż i przez chwilę przyglądała się Davrelowi, jakby badała jego reakcję.
– Interesujące – stwierdziła z lekkim uśmiechem. – Żadnego drżenia dłoni, żadnego mrugnięcia? Ludzie zwykle oblewają się potem, gdy tylko ktoś mówi im, że zabił własnego brata. A ty… Ty tylko patrzysz.
Przesunęła się lekko, pochylając przez stół. Jej palce musnęły jego dłoń – chłodne, gładkie, jakby pozbawione ciężaru.
– Może pociąga cię niebezpieczeństwo – powiedziała półgłosem.
Szlachcic nie odpowiedział. Czuł na skórze jej dotyk. Ani pieszczotliwy, ani wrogi – raczej sondujący, jakby za jego pomocą chciała poznać jego myśli.
Po chwili elfka odsunęła się, jak gdyby nic się nie stało, i wróciła do posiłku.
– Przejdźmy do rzeczy – rzekła po krótkiej przerwie. – Zastanawiałam się nad losem twoim i twoich ludzi.
Jej ton znów nabrał wyniosłej, chłodnej pewności.
– W północnej części tego, co wy nazywacie Przeklętą Puszczą, my zaś Półcienistym Lasem, pojawiło się pewne stworzenie. Lodowy wilk. Atakuje nasze osady, porywa zwierzynę, zabija strażników.
Zerknęła na Davrela.
– Jeśli ty i twoi ludzie zdołacie go zabić, pozwolę wam odejść. Jeśli nie… cóż, przynajmniej zginiecie w słusznej sprawie.
Przez chwilę trwała w bezruchu, obserwując jego twarz.
– Zgadzasz się? – spytała w końcu, spokojnie, jak ktoś, kto i tak zna odpowiedź.
Mężczyzna skinął głową.
– Nie mam innego wyjścia.
– To prawda, nie masz. – Galanea uśmiechnęła się lekko. – W takim razie udanych łowów, człowieku z Południa.
Powoli wstała od stołu, a jej ruch przypominał kołysanie gałęzi na wietrze. Jadeitowa suknia poruszyła się z cichym szelestem, jakby była częścią lasu.
Królowa zbliżyła się do Davrela i zatrzymała na wyciągnięcie ręki. Przez moment nic nie mówiła – tylko patrzyła, z tą samą nieodgadnioną mieszaniną ciekawości i chłodu, która towarzyszyła jej poprzedniego dnia.
– Zaskakujesz mnie – powiedziała w końcu cicho. – Nie boisz się mnie, nie klękasz, nie błagasz o życie. Ludzie w twoim świecie padają na twarz przed kapłanami, królami, a nawet własnym cieniem. Ty nie.
Przechyliła głowę, jakby próbowała uchwycić w jego twarzy coś, co wymykało się jej rozumieniu.
– Może właśnie dlatego mój kuzyn ci zaufał.
Zanim zdążył odpowiedzieć, wyciągnęła dłoń i dotknęła jego ramienia. Ruch ten pozbawiony był czułości. Przypominał raczej gest władczyni, która udziela swojego przyzwolenia.
– Nie zawiedź mnie, Davrelu Gris – powiedziała. – I nie próbuj uciekać. Półcienisty Las nie zna litości. Nawet dla tych, którzy potrafią posługiwać się mową elfów.
Odwróciła się, a jej włosy zaiskrzyły płomienną czerwienią.
– I jeszcze jedno – dodała, nie patrząc już na niego. – Jeśli przetrwasz, chciałabym, żebyś znów ze mną zjadł. Może wtedy przekonamy się kto naprawdę skrywa się pod kamienną maską, którą nosisz na twarzy.
Nie czekając na odpowiedź, odeszła ku wyjściu prowadzącemu na taras. Jej kroki były ciche, prawie nierealne. Tylko zapach tuberozy i chłód, który po sobie zostawiła, świadczyły, że jeszcze przed chwilą była obok.
Davrel przez chwilę stał w milczeniu. Światło przesączało się przez liście, malując na jego dłoniach zielonkawe refleksy. Dopiero gdy drzwi za królową zamknęły się bezszelestnie, odetchnął głęboko.
Nie wiedział, co bardziej mu ciążyło – oddech śmierci na karku, czy fakt, że uśmiech królowej zapamięta lepiej niż jej wyrok.
†
Davrel wszedł do sali, w której trzymano jego ludzi.
W powietrzu czuć było stęchliznę i ciężki zapach potu. Gdy tylko przekroczył próg, rozmowy ucichły. W dziesiątkach wbitych w niego, milczących oczu mieszały się oczekiwanie, strach i nadzieja.
Zatrzymał się pośrodku, w świetle sączącym się przez liściaste sklepienie.
Markus podniósł się i stanął naprzeciwko niego.
– I? – rzucił krótko.
– Królowa podjęła decyzję – odpowiedział spokojnie Davrel. – Mamy zadanie.
Przez salę przebiegł ledwie słyszalny szmer.
– Jakie? – zapytał ktoś z końca pomieszczenia.
Davrel uniósł wzrok.
– W północnej części puszczy grasuje bestia. Lodowy wilk. Jeśli uda nam się go zabić, odzyskamy wolność.
Na krótką chwilę zapadła cisza, po czym sala ożyła. Ktoś parsknął śmiechem, ktoś inny klasnął w dłonie.
– Jedno zwierzę? To wszystko? – zawołał Rob, kuzyn karczmarza Gerda.
– Polowanie, zamiast walki. Uda nam się! – dodał ktoś inny.
Wśród Zielonych Opończy zapanował niemal radosny nastrój. Jakby ciężar niepewności wreszcie opadł z ich barków . W około rozbrzmiewał nerwowy, lecz zarazem pełen ulgi gwar.
– Wreszcie coś konkretnego! – dało się słyszeć w tłumie.
– Lepiej mierzyć się z wilkiem niż z głodem! – dobiegło z drugiej strony.
Tylko Markus i Thoren nie śmiali się razem z resztą. Obaj milczeli. Pierwszy, oparty o ścianę, obserwował Davrela z niepokojem, drugi siedział przy jednym z korzeni, ściskając ranną rękę.
– Lodowy wilk… – mruknął cieśla pod nosem. – To nie może być takie proste.
Kowal skinął głową.
– Elfy nie prosiłyby nas o pomoc w sprawie, z którą same mogą sobie poradzić.
Davrel udał, że nie słyszy ich słów.
– Potrzebuję ochotników – powiedział głośno, przekrzykując gwar.
Kilka dłoni uniosło się natychmiast.
– Ja pójdę – zgłosił się Markus. – W końcu ktoś musi mieć na ciebie oko.
– I ja – dodał Martin.
– Nie będę siedział bezczynnie, kiedy inni walczą. – Thoren wstał, ale Davrel pokręcił głową.
– Ty zostajesz. Z ranną ręką za wiele nam nie pomożesz.
Mężczyzna chciał zaprotestować, ale widząc stanowcze spojrzenie dowódcy, zamilkł.
– Dobrze – odezwał się Rob. – Jeśli to naprawdę tylko jeden wilk, to policzymy się z nim szybko. Idę z wami.
– Ja też idę – dodał Adam Wallace z wioski nieopodal Arven. – Jako myśliwy miałem już w życiu do czynienia z niejednym drapieżnikiem. A w lesie czuję się jak w domu.
Davrel obrzucił ich spojrzeniem. Stali przed nim – prości, zmęczeni, ale lojalni. Skinął głową.
– Wyruszamy jutro o świcie. Przygotujcie broń, sprawdźcie pancerze. Reszta zostaje tu i czeka na nasz powrót.
Gdy po chwili zjawiły się elfy i oddały im broń, zapanowała krzątanina. Ktoś ostrzył strzały, ktoś wiązał pas, ktoś modlił się półgłosem. Szlachcic przez chwilę patrzył, jak z nadzieją i naiwnością przygotowują się do wyprawy. W ich ruchach było coś z ludzi, którzy dawno przestali wierzyć w szczęśliwe zakończenia, a mimo to wciąż próbowali na nie liczyć.
– A jak właściwie wytropimy to stworzenie? – zapytał Markus, kiedy przygotowania powoli ucichły.
Davrel nie zdążył odpowiedzieć.
Z ciemności po drugiej stronie sali wyłoniła się znajoma sylwetka.
– Nie będziecie musieli – odezwał się spokojny, melodyjny głos. – Ja się tym zajmę.
Zaskoczeni mężczyźni odwrócili się. Illi’rin powoli wyszedł z cienia, jakby pojawił się tam znikąd. Światło przesączało się przez jego włosy, a na ramieniu błyszczał łuk o srebrzystej cięciwie.
– Zgłosiłem się na ochotnika, żeby iść z wami – oznajmił. – A królowa wyraziła zgodę.
Gdy wypowiadał te słowa, na jego twarzy nie zarysował się nawet cień emocji.
– A może raczej na strażnika? – rzucił Markus.
Elf uśmiechnął się lekko.
– Gdybym miał was pilnować, nie potrzebowałbym pytać o zgodę. – Zrobił krok naprzód, a jego spojrzenie zatrzymało się na Davrelu. – Przygotujcie się dobrze. Lodowy wilk nie zna litości.
Szlachcic skinął głową. Wiedział, że teraz nie mają już odwrotu.
Słońce wzeszło, ale w powietrzu nadal unosiła się mgła – gęsta i chłodna. Z oddali dobiegało ciche kapanie wody, odgłos, który wydawał się wieczny.
Drużyna ruszyła o świcie. Davrel i Illi’rin szli przodem, za nimi Markus, Martin i pozostali dwaj ochotnicy – Rob oraz Adam Wallace. Elf poruszał się bezgłośnie, niemal zlewając się z otoczeniem. Każdy jego krok był tak płynny, że nawet mech nie drżał pod stopami.
Początkowo wędrówka przebiegała spokojnie. Mężczyźni szeptali między sobą półgłosem, żartami rozładowując napięcie. Jednak z każdą godziną las gęstniał, tłumiąc echo ich głosów. Wokół coraz silniej roznosił się ciężki zapach mchu i igliwia.
W końcu Martin, który szedł tuż za Illi’rinem, odezwał się:
– Powiedz mi jedno – zaczął, przełamując ciszę. – Skoro elfy są tak potężne, czemu nie wygrały wojen z ludźmi? Czemu wycofaliście się na wschód?
Przewodnik nie odwrócił głowy.
– Bo nasz czas przemija – odpowiedział spokojnie. – Jeszcze zanim ludzie przybyli na te ziemie, pojawił się inny problem. Dzieci… Najpierw zaczęły rodzić się rzadziej, potem prawie wcale. A cywilizacja, który nie wydaje nowych istnień, zaczyna gasnąć.
Zatrzymał się na chwilę, dotykając palcami kory drzewa.
– Kiedy natrafiliśmy na ludzi, wielu z nas uznało to za dar. Myśleliśmy, że może… razem uda się przedłużyć istnienie naszego rodzaju. Były małżeństwa, a z nich pierwsze dzieci półelfy, które łączyły w sobie krew obu ras. Niektóre z nich zostały nawet ludzkimi królami, ale ta era nie trwała długo.
Spoglądając na Davrela, dodał:
– Ludzie zapragnęli naszej mocy. Ale magia nie jest czymś, co mogliśmy im tak po prostu dać. Nie rozumieli tego. Myśleli, że chcemy zatrzymać ją dla siebie. Przyszły więc wojny. Aby przetrwać, wycofaliśmy się na wschód, za góry i za granicę Półcienistego Lasu. Tam, gdzie nie byli w stanie nas znaleźć.
– A królowa? – zapytał cicho Davrel. – Też nie ma dzieci?
Illi’rin spojrzał w dal, jakby szukał odpowiednich słów.
– Miała – powiedział. – Syna. On i jego ojciec zginęli, gdy jej brat wzniecił bunt. To był dla niej duży cios. Ale nie załamała się. Po stłumieniu powstania, Galanea dała pokonanym wybór: mogli odejść z Półcienistego Lasu albo zostać i żyć z piętnem zdrajcy wypalonym na twarzy. – Illi’rin zawahał się na chwilę. – Mój ojciec był jednym z tych, którzy zostali – dodał po namyśle.
– Ale ty nie masz nic na twarzy – zauważył Markus.
Elf skinął głową.
– Gdy wybuchł bunt byłem na misji, z dala od Szmaragdowych Źródeł. O hańbie mojego rodzica dowiedziałem się dopiero po powrocie. Od tego czasu służę królowej najlepiej jak umiem. Chcę odkupić winy ojca i przywrócić naszemu rodowi dobre imię.
Przez chwilę szli w milczeniu. Jedynie echo kroków mieszało się z szumem liści.
– A czy ty też władasz magią? – spytał w końcu Markus.
– Moją magią jest cień – odpowiedział Illi’rin. – Ale jej strumień jest słaby. Pomaga mi kryć się w mroku, ale nie wystarczy, by uczynić z tego oręż.
– A królowa? – wtrącił Adam Wallace. – Jaka jest jej moc?
Elf spojrzał na niego z lekko uniesionymi brwiami.
– To chyba oczywiste – odparł. – Jej magią jest natura. Puszcza słucha jej głosu. Korzenie sięgają tam, gdzie każe, woda płynie, gdzie spojrzy. Niektórzy mówią, że w Półcienistym Lesie nic nie dzieje się bez jej wiedzy.
Po tych słowach nikt się już nie odezwał. Maszerowali dalej w milczeniu.
Śnieg – lub coś, co wyglądało jak śnieg – pojawił się nagle.
Z początku był to tylko delikatny połysk na gałęziach, jakby ktoś rozsypał drobinki lodu między liśćmi, ale im dalej szli, tym wyraźniej czuć było chłód. Powietrze stawało się cięższe, ostrzejsze, niosło w sobie zapach żelaza.
Illi’rin uniósł dłoń, dając znak do zatrzymania.
Między zmarzniętymi paprociami leżał niedźwiedź. Olbrzymi samiec. Jego ciało było poszarpane w sposób, który przeczył naturze. Skóra na karku była rozerwana, a pysk zastygł w grymasie bólu. Na futrze połyskiwał lód, cienką warstwą pokrywający rany, jakby zwierzę zamarzło od środka.
– Na bogów – szepnął Martin, cofając się o krok.
– Wilki nie polują na niedźwiedzie – drżącym głosem dodał Adam Wallace.
Illi’rin skinął głową.
– Ten jak widać poluje. I nie dlatego, że jest głodny. – W jego tonie nie było cienia wątpliwości. – Bądźcie czujni. Nasz cel jest blisko.
Zapadła długa i gęsta cisza.
Powietrze wokół nich parowało, choć nie czuć było ciepła. Davrel pochylił się nad ciałem i dotknął lodu, który natychmiast przykleił się do jego skóry. Cofnął rękę, czując piekący chłód.
– Czym… czym właściwie jest ten lodowy wilk? – zapytał Martin.
Elf spojrzał na niego z góry, a w jego oczach pojawił się błysk.
– Magia jest w każdej istocie – powiedział cicho. – Także w zwierzętach. Ale rzadko się w nich budzi. Ten wilk jest wyjątkiem. A że nie potrafi nad nią zapanować, to magia trawi od środka, doprowadzając do szaleństwa.
– To niby jak mamy go zabić? – spytał Wallace.
Stojący z boku Markus rzucił krótko:
– Zaraz się przekonamy.
Z głębi lasu dobiegł dźwięk – niski, przeciągły, jakby sam wiatr zawył ze strachu. A potem pojawił się wilk.
Bestia wyszła spomiędzy drzew niemal bezszelestnie, ogromna jak koń, o futrze tak jasnym, że odbijało każdy błysk światła. Jej oczy lśniły bladym błękitem, a z pyska unosiła się para. Tam, gdzie stawiała łapy, ziemia pokrywała się cienkim lodem.
Rob zrobił krok naprzód, uniósł włócznię, ale był zbyt wolny. Wilk skoczył – błysk srebra i błękitu. Chwilę później ciało mężczyzny runęło bez życia na ziemię. Z przegryzionej krtani wytrysnął strumień krwi.
Stojący najbliżej Markus rzucił się w bok. Tarcza uniosła się w porę, ale cios był tak potężny, że cisnął nim o drzewo. Broń pękła, a cieśla padł nieprzytomny.
– Rozproszyć się! – krzyknął Davrel, wyciągając miecz.
Strzała Illi’rina świsnęła w powietrzu, wbijając się w grzbiet bestii. Wilk zawył, ale nie cofnął się nawet o krok.
Martin pchnął włócznią, celując w pierś, jednak ostrze ześlizgnęło się po zmrożonym futrze.
Davrel dopadł zwierzę od boku. Czarny miecz przeciął powietrze i trafił w łapę potwora. Lód pękł, a z rany wypłynęła krew – zimna i lśniąca jak płynny kryształ.
Wilk odwrócił się w jego stronę. Jego oczy błysnęły mętnym światłem. Kolejna strzała Illi’rina wbiła się w udo bestii, lecz nie spowolniła jej ani o krok.
Adam Wallace napiął cięciwę i wycelował w okolice żeber. Trafił celnie, ale w tej samej chwili wilk rzucił się na niego. Łuk pękł z suchym trzaskiem, a martwe ciało strzelca osunęło się na zmarznięty grunt.
– Nie! – krzyknął Illi’rin, wypuszczając kolejną strzałę.
Potwór odwrócił się ku niemu.
Davrel dopadł do elfa, popychając go w bok tuż przed tym, jak bestia skoczyła w ich kierunku. Cios łapy rozciął mu ramię, a czarny miecz wypadł z dłoni. Ciało mężczyzny przeszył lodowaty ból.
Korzystając z okazji, Martin naparł całym ciężarem ciała. Wbił włócznię z boku, głęboko pod żebro. Wilk zawył tak, że echo jego głosu poniosło się pomiędzy drzewami. Najbliższe z nich pękło od mrozu.
Davrel zareagował błyskawicznie. Zdrową ręką podniósł miecz i nim potwór rzucił się na Martina, wykonał jedno czyste pchniecie. Czarne ostrze ze świstem przecięło powietrze i zatopiło się w szyi wilka.
Na sekundę wszystko zamarło – nawet wiatr.
A potem potwór runął.
Z pyska bestii uniósł się ostatni obłok srebrzystej pary, który szybko rozpłynął się w powietrzu. Pozostał tylko zapach krwi i metalu.
Illi’rin powoli podniósł się z ziemi.
– Udało się – wyszeptał, choć w jego głosie nie było tonu zwycięstwa.
Davrel oddychał ciężko, czując, jak krew z rany na ramieniu powoli przesiąka przez tunikę. Spojrzał na martwego potwora, następnie na ciała swoich ludzi. W ich oczach odbijał się blask zimnego księżyca, przebijającego się przez korony drzew. Potem zauważył leżącego pod drzewem Markusa. Podbiegł do klęczącego przy nim Martina.
– Jest nieprzytomny, ale będzie żył – powiedział rachmistrz. – Rob i Adam nie mieli tyle szczęścia.
Po jego słowach, szlachcic obrócił się w stronę Illi’rina.
Elf skinął głową, a w jego oczach błysnął cień uznania.

†
W Szmaragdowych Źródłach panowała cisza innego rodzaju niż zwykle – cięższa, głębsza, niemal sakralna. Powietrze było nieruchome, nasycone zapachem dymu i wilgotnego drewna.
U podnóża potężnych drzew, których korzenie oplatały skały niczym macki starożytnego potwora, wzniesiono dwa stosy. Uplecione z gałęzi, liści i bluszczu, wyglądały jak część samego lasu. Jakby nawet Przeklęta Puszcza chciała oddać cześć zmarłym.
Okryte prostymi płótnami, leżały na nich ciała Roba i Adama Wallace’a. Leśne elfy stały w półkolu. Ich twarze były nieruchome, skupione. Gdy zaintonowały pieśń, głosy uniosły się miękko nad polaną. Melodia była cicha, pozbawiona żałobnego ciężaru, bardziej przypominała kołysankę – uspokajała duszę i koiła w bólu.
Zielony płomień zapłonął bez dźwięku. Wyszedł spod palców elfki, która uniosła dłonie ku niebu. Ogień był jasny, ale nie oślepiający, pulsował rytmicznie, jakby oddychał. Kiedy objął ciała, nie rozszalał się, lecz płonął spokojnie, jakby nie był z tego świata.
Zielone Opończe przyglądały się rytuałowi w milczeniu.
Davrel tępo spoglądał w płomienie. Obok niego stali Markus, Thoren, Corrin i Martin, a także Illi’rin. Patrzyli, jak ogień wspina się po gałęziach, jak bluszcz więdnie, a wiatr unosi pierwsze smugi popiołu.
– Las przyjął dusze waszych kompanów – powiedział cicho elf. – Tak jak matka przyjmuje swoje dzieci.
Nikt nie odpowiedział. Nie było potrzeby.
Pieśń elfów powoli ucichła. Wiatr poruszył liście wysoko nad nimi, jakby sama natura chciała zamknąć ceremonię.
Illi’rin odwrócił się do Davrela. Na jego twarzy nie było dumy ani chłodu, jedynie wdzięczność.
– Dziękuję ci za moje życie – powiedział.
Szlachcic spojrzał na niego i uśmiechnął się krótko, bez złośliwości.
– Ratowanie elfów zaczyna wchodzić mi w krew.
Dowódca Szarego Zastępu odwzajemnił uśmiech – ledwie widoczny, ale szczery. Sięgnął do kieszeni i wyjął z niej trzy naszyjniki. Na każdym z nich wisiał biały wilczy kieł. Gładki i błyszczący w świetle źródeł.
– Symbole odwagi – powiedział, wręczając je po kolei Davrelowi, Markusowi i Martinowi. – I pamięci.
Davrel ujął talizman w dłoń. Był chłodny, jakby zatrzymał w sobie echo lodowego oddechu bestii, którą zgładzili. Spojrzał na płonące jeszcze resztki stosów i przez moment wydawało mu się, że płomienie odbijają się w kle, tworząc w nim maleńkie, drżące ogniki.
Nikt już nic nie mówił. Tylko woda w źródłach szemrała cicho, jakby śpiewała swoją własną pieśń o tych, którzy odeszli. Oraz o tych, którzy wciąż żyli.
Komnata królowej tonęła w półmroku i zielonym blasku bijącym od źródeł za oknami. Na tarasie słychać było delikatny szmer wody, a powietrze pachniało słodkim, niemal odurzającym, aromatem kwitnących pnączy.
Davrel wszedł bez słowa.
Czekała na niego – siedziała na tym samym miejscu, przy którym poprzedniego dnia podawała mu śniadanie.
Galanea uniosła głowę, a gdy ich spojrzenia się spotkały, uśmiechnęła się lekko.
– Lareth’en Elynar – powiedziała. – Tak będą cię tu odtąd nazywać.
– Przyjaciel elfów? – zapytał szlachcic.
– Albo sojusznik. Jednak nie jesteś tak słaby, za jakiego się podawałeś.
Wstała i podeszła do niego, trzymając w dłoni małe pudełko z jasnego drewna. Otworzyła je. W środku połyskiwał srebrny pierścień ze szmaragdem. Kamień nie był zwykły. W jego wnętrzu zdawało się pulsować światło, jakby zamknięto w nim kroplę żywej zieleni.
– Ten pierścień otworzy przed tobą las – rzekła. – Żaden leśny elf nie podniesie na ciebie ręki, póki będziesz go nosił.
Davrel wyjął klejnot. Czuł, że bije od niego delikatne ciepło, pulsujące w rytmie jego własnego serca. Bez słowa wsunął go na palec.
– A moi ludzie? – zapytał po chwili. – Czy teraz możemy odejść?
Królowa skinęła głową.
– Tak, ale pod jednym warunkiem. Wszyscy twoi ludzie złożą przysięgę. Taką samą, jak ta, którą ty złożyłeś kiedyś Nyrsilowi.
Davrel uniósł wzrok.
– A jeśli odmówią?
– Wtedy las sam zdecyduje o ich losie – odparła spokojnie.
Zapadła cisza. Wieczorne światło zmieniało się powoli, przebijając przez korony drzew i tańcząc na jej rudych włosach. Galanea przyglądała mu się uważnie – nie jak królowa, lecz jak ktoś, kto próbuje odkryć tajemnicę.
– Jesteś pewien? – spytała nagle.
– Czego?
– Czy na pewno chcesz odejść? – wyjaśniła. A po chwili milczenia dodała: – Nie pasujesz do nich, Davrelu. Wiesz o tym. Ich marzenia są proste. Chcą pić, jeść, wyspać się. Ale ty… ty jesteś inny.
Szlachcic milczał.
Zrobiła krok naprzód. Jej głos stał się łagodny, niemal przeszedł w szept, ale w jego głębi pobrzmiewało coś niepokojącego.
Mężczyznę przeszedł dreszcz.
– Widzę w twoich oczach siłę – oznajmiła. – I głód. Możesz mieć, co tylko zechcesz. Wystarczy, że znajdziesz w sobie dość odwagi, by po to sięgnąć.
Zatrzymała się tak blisko, że czuł zapach jej skóry – świeży, drzewny, przesycony czymś pierwotnym. Jej oddech muskał jego policzek. Powietrze zgęstniało, jakby cała komnata wibrowała od niewidzialnej energii.
Przez chwilę żadne z nich się nie poruszyło. Gdzieś za oknami las ucichł, jakby sam wstrzymał oddech.
Davrel drgnął. Zawahał się na sekundę, a potem przysunął usta do ust królowej. Gdy zetknęły się w pocałunku, poczuł chłód i coś jeszcze. Coś, co przypominało pierwszy powiew nadciągającej burzy. Jakby w jego ciało wdzierała się nagle jakaś dzika, starożytna i potężna moc. Taka, której większości śmiertelników nie dane było skosztować.
Galanea nie cofnęła się. Wręcz przeciwnie – pchnęła go lekko, a w ruchu tym kryła się siła niepasująca do jej smukłej sylwetki. Plecy mężczyzny dotknęły aksamitnego poszycia łoża. Blask źródeł drżał na nagich ramionach królowej, gdy z zagadkowym spojrzeniem zrzuciła suknię i pochyliła się nad nim. Jej włosy płonęły żywym ogniem. Davrel miał wrażenie, że cały las zamilkł, by obserwować, jak dwoje istot przekracza granicę, zza której dla żadnej z nich nie ma już powrotu.