- Opowiadanie: Agroeling - Placówka

Placówka

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Placówka

PLACÓWKA

 

 

Stracili oni życie,

A znaleźli istnienie

 Mistrz Eckhart

 

 

1.

To nie do wiary, że mija już dwudziesty dzień na Tantalu. A dnie są tutaj długie, bardzo długie. Kapitan Wiggs czuł, jak jego rozprzężony zegar biologiczny wywija harce i łamańce. Raz zdawało mu się, że właśnie nastał poranek, gdy tymczasem miało się ku wieczorowi, a kiedy indziej odnosił wrażenie, iż powoli nadciąga noc, choć słońce akurat stało w zenicie, tyle że przesłonięte tarczą Anubisa.

Dnie na Tantalu wodziły za nos nawet kosmicznych wyjadaczy. I nic dziwnego – jego dwadzieścia sześć księżyców, kolorowych tułaczy rozrabiaków sprawiało, że tutejszy kalendarz ogarniały jedynie zaawansowane algortytmy komputerowe. Czas na tej planecie był jakiś nierzeczywisty, pomyślał Wiggs; niewykluczone, że winę za to ponosiła najzwyklejsza nostalgia. Wszak tura jego jednostki miała trwać niewyobrażalne cztery miesiące, czyli prawie ziemski rok. Jednak przyczyna kiepskiego samopoczucia kapitana leżała zgoła gdzie indziej.

Uważał, że nic tu po nim. Podlegało mu szesnastu żołnierzy, będących załogą niewielkiej reduty, położonej nieopodal wioski tubylców. Albowiem sztab Szóstej Floty Imperium postanowił założyć placówkę na skraju nieomal bezludnego superkontynentu. Tantal odkryto przypadkiem. Ot, nieciekawa planeta na peryferiach Galaktyki, gdzie rutynowe misje badawcze odbębniały tylko swą powinność. Żadnych cennych złóż surowców. Nieliczna populacja kilku ras ludzkich na wczesnym etapie rozwoju zajmowała sie hodowlą bydła, uprawą zbóż oraz rzadką odmianą lnu. I właśnie ta ostatnia roślina najbardziej zainteresowała speców od handlu i wymiany kulturowej. Len na Tantalu odznaczał się pewnymi właściwościami, odróżniającymi go od innych gatunków, i to sprawiło, iż wylądowała tu ekspedycja Gildii Kupieckiej w asyście kilkuset imperialnych żołnierzy. Ci – jak się okazało – nie byli do niczego potrzebni – pokojowo nastawieni tuziemcy powitali przybyszów z nieba chlebem i solą. Bez żadnych przeszkód przystali też na handel wymienny, notabene mało dla nich korzystny.

Gildia założyła bazę na jedynym kontynencie planety. Była to właściwie faktoria, połączona z małym garnizonem, stacją łączności i lądowiskiem. Potocznie nazywano ją fortem Tenhart, od nazwiska dowódcy krążownika, który wówczas patrolował ten rejon Galaktyki. Dowództwo pomyślało jednak, że dobrze byłoby mieć w pewnym oddaleniu od bazy niewielką placówkę wojskową, pełniącą rolę…właśnie, jaką? Przecież nikt nie musiał pilnować tubylców, gdyż ci byli potulni jak baranki. Początkowo zakładano, że z placówki będą wyruszać ekspedycje naukowe, ale ostatecznie nie dotarla tu żadna ekipa jajogłowych. Pozostał ino wymóg strategiczny. Utrata faktorii i garnizonu niosłaby poważne konsekwencje. W takim przypadku cała planeta wypadłaby spod kontroli Imperium. Niewielka placówka miała być pewnego rodzaju wentylem bezpieczeństwa, domykać system obronny, zapewniać awaryjną łączność z Szóstą Flotą i stanowić punkt ewakuacyjny.

Naukowców deprymowała jeszcze jedna kwestia. Ekosystem planety stwarzał idealne warunki dla licznych form życia, jednakże występowała na niej nadzwyczaj skromna bioróżnorodność i do tego znikoma wręcz populacja ludzi. Obliczono ich liczbę na około pięć milionów, tymczasem gigantyczny obszar nadający się do zasiedlenia mógłby wyżywić nawet sto miliardów osobników. A przecież nie zaobserwowano tutaj żadnych waśni, zabójczych epidemii czy naturalnych kataklizmów, które by hamowały rozwój tutejszych społeczności.

Cóż, naukowcy odlecieli z rozkazu dowództwa ze względu na "nierentowność planety", pozostawiając zagadkę nierozwiązaną.

2.

Na horyzoncie przesuwał się punkcik. To łazik rozpoznawczy sierżanta Tachovskiego zbliżał się do placówki, podskakując na nierównej, szutrowej drodze. W oddali majaczyła sciana pradawnej puszczy. Pojazd zdawał się umykać przed nią, niezdarnie pokonując drogę pełną oleistych kałuż. Sierżant znów zabawił stanowczo zbyt długo w wiosce tubylców. Choć Wiggsa irytował ten brak dyscypliny, przymykał na to oko. Rozumiał dobrze, że jego ludzie muszą mieć margines swobody. Jednakże fraternizowanie się z rdzenną ludnością nie było najlepszym pomysłem. Zwykle wynikały z tego kłopoty, na razie co prawda tylko natury lingwistycznej. Powiedzieć, że język autochtonów należał do trudnych, to nic nie powiedzieć. Trudność ta jednak nie polegała na leksyce, co się najczęściej zdarzało na innych zamieszkanych planetach, a na pokrętnej semantyce, logice i dziwacznej, odjechanej filozofii. W praktyce nigdy nie można było mieć pewności, czy translator właściwie przetlumaczył dane słowo, czy zupełnie na opak.

O czym więc sierżant Tachovski tak gawędził z tubylcami, Wiggs wolał nawet nie wiedzieć. Tak samo jak wolał nie wiedzieć o tutejszej "wymianie kulturowej" z płcią niewieścią, a nie chciał niczego zabraniać znudzonym żołnierzom. Tym bardziej, że i sam kapitan miał już w tej kwestii pewne doświadczenia. Poznał miłą i atrakcyjną tuziemkę o imieniu Anea-nu. Przynosiła mu tutejsze specjały w zamian za drobne imperialne towary, ale tak naprawdę mogło wyniknąć z tego przecież coś więcej…

Zamyślony wyglądał przez owalne okno blockhausu. Z dołu dobiegł go szorstki głos sierżanta i po chwili ujrzał jego masywną sylwetkę w drzwiach swego gabinetu.

 – Nie znaleźliśmy tego, panie kapitanie – zameldował podoficer.

 – Czego? – Rozkojarzony Wiggs zrazu nie mógł sobie przypomnieć, jakie właściwie zadanie zlecił Tachovskiemu.

 – No, tych podzespołów. Nie ma ich nigdzie. Na bank gwizdnął je ktoś z miejscowych.

 – Ale po diabła im one? No dobra, miej oczy szeroko otwarte i każ żołnierzom jeszcze raz przeszukać teren.

– Tak jest, panie kapitanie.

Sierżant odszedł bez zasalutowania. Cóż, niewątpliwie dyscyplina się nieco posypała. Dowodzenie maleńką jednostką w gnuśnej atmosferze, na krańcu galaktyki wcale nie okazało się łatwym zadaniem. Wiggs czuł się jak rozbitek, wyrzucony wraz z mało rozgarniętymi kompanami na brzeg nieznanej wyspy.Jedynym szczęściem w nieszczęściu było właśnie to, że trafił mu się taki wojak swojak, jak sierżant Tachovski, który jakoś ogarniał specyfikę tego miejsca.

3.

Później kapitan się zastanawiał, co mogło być pierwszym znakiem ostrzegawczym. Ostatecznie uznał, że właśnie kradzież podzespołów w magazynie. Tyle że to nie miało sensu. Nikogo nie złapano za rękę, nikt się też nie przyznał. A wątpił, by to byli tutejsi. Na co im zaawansowana technologia, której nie rozumieli? Niemniej coś się działo. Jeden z żołnierzy spostrzegł dziwne zachowanie mieszkańcow sąsiadującej z nimi wioski. Wszyscy tubylcy wyszli ze swych stożkowatych domów i stanęli nieruchomo, obróceni w stronę nieodległej, masywnej ściany drzew. Po kilku godzinach ocknęli się i jak gdyby nigdy nic wrócili do swoich zajęć. Gdy spytano ich o te nietypowe zachowanie, nabrali wody w usta, choć zazwyczaj wcale nie stronili od rozmów.

Niewykluczone, że zaszła tylko pomyłka w inwentaryzacji. Ktoś źle policzył i tyle. Wiggs chciał już machnąć na to ręką, jednakże tajemnicze zachowanie autochtonów sprawiło, że kazał trochę podkręcić tempo śledztwa. Nawet jeśli był to jakiś ezoteryczny folklor. A niezwykłe przypadki zaczęły się mnożyć. Najczęściej coś ginęło. Coś odnajdywano w innym miejscu, niekiedy w stanie nie nadającym się do dalszego użytkowania. I pewnie na takie drobiazgi nikt by nie zwrócił uwagi, gdyby nie to, że w końcu zaginął żolnierz. Po prostu rozpłynął się w powietrzu. Wiggs natychmiast wysłał czteroosobowy oddział, aby spenetrował obrzeża lasu. Kapitan czuł, że to stamtąd nadchodzi zagrożenie. Nie sądził, by sprawcami zniknięcia szeregowca byli pacyfistycznie nastawieni mieszkańcy wioski. Aczkolwiek możliwe, że coś wiedzieli. Znali każdą piędź tutejszej ziemi. I także to, co po niej stąpało.

Język okazał się pewną barierą. Wprawdzie mowa autochtonów była dość nieskomplikowana, ale antropologom i lingwistom coś się nie zgadzało. Badaczom korzystającym z uniwersalnych translatorów umykały końcowki fleksyjne, chociaż najprostsze słowa przekładano bez problemu. Jednakże sens co poniektórych wyrazów gubily nawet najbardziej zaawansowane procesory. Wtenczas translator wpadał w "szał". Wyrzucał z siebie niezrozumiały belkot, niemożebnie irytując tym bezradnego operatora urządzenia.

Nazajutrz po zaginięciu żołnierza Wiggs zwołał naradę. Trudno byłoby ją uznać za burzę mózgów. Prócz kapitana stawili się sierżant, łącznościowiec Keiso oraz kapral Karl Winter.

 – To na pewno sprawka tych sukinsynów! – srożył się Tachovski. Miał rzecz jasna na myśli tubylców.

 – Sierżancie, na to potrzeba dowodów – powiedział nieprzekonany Wiggs

 – Dowody, dowody… – Stary trep rozeźlił się, nerwowo skubiąc okazałego wąsa. – Przejadę się tam Centaurem, to ręczę, że dowody podadzą nam jak na tacy.

 – Panie kapitanie… – odezwał się z wahaniem Keiso. – Mamy krótkie nagranie z odpowiedzią wieśniaka, którego nagabywaliśmy o zaginięciu Luthera. Powtarzał w kółko jedno słowo, które brzmiało jak "tsagi – ga". I wiecie, co ono znaczy?

 – Myslę, że nas oświecisz – rzekł kapral Winter.

 – Znaczy nic – triumfalnie odparł Keiso. – Albo wszystko i nic. To po prostu ciąg przypadkowych słów. A przynajmniej tako rzecze translator.

 – Jednakże translator zawsze podaje pierwsze w kolejności domniemane tłumaczenie – zaoponowal Wiggs.

 – No niby zgadza się – odpowiedeział z lekka zafrapowany łącznościowiec. – Zawsze jest, jak to się mówi, jakieś pierwsze słowo.

 – No więc? Jakie to słowo? – zapytał Winter.

Po krótkiej chwili ciszy Keiso odrzekł:

 – Bestia. – I szybko dodał – następnie idą poświęcenie, nabożeństwo, odrodzenie, szpieg, towarzysz, i tak dalej. Czyli kompletnie bez sensu.

 – Ale co to ma kurwa znaczyć? – Sierżant jak zwykle nie przebierał w słowach. Nikt nie zareagował. Kapitan postanowił zakończyć dyskusję.

 – Trzeba tam jeszcze raz pojechać.

 – Tak jest! – Tym razem Tachovski regulaminowo zasalutował i wyszedł wraz z Winterem, zanim Wiggs zdążył podać mu szczegółowe wytyczne. Cała ta cholerna zagadka przyprawiala go o ból głowy. Najchętniej napiłby się kawy i położył do łóżka z książką w ręce, tym staroświeckim nośnikiem, przywołującum urok dawnych czasów.Zawsze sądził, ze co jak co, ale tutaj będzie miał na to dość dużo czasu. Mylił się.

 – Panie kapitanie, jest problem – odezwał się nagle Keiso, ciągle wpatrzony w tablet jak sroka w gnat.

 – Co się stało?

 – Nie mamy zasięgu. Stracilismy też sygnał transgalaktyczny – odparł technik i dodał kwaśno – Jesteśmy teraz ślepi i głusi. Jeśli w forcie Tiggs jest tak samo, to nikt ze sztabu Floty o niczym się nie dowie.

 – A niech to diabli – zaklął Wiggs. Sytuacja powoli wymykała się spod kontroli. Porywczy sierżant najpewniej odjechał już Centaurem wraz z połową żołnierzy. W tej chwili placówka była niemal bezbronna. A Tachovski mógł robić wszystko według własnego widzimisię, mając do wyłącznej dyspozycji potężny pojazd bojowy. Nie wróżyło to nic dobrego. Kapitan wyszedł na zewnątrz. Musiał zaczerpnąć świeżego powietrza. Spojrzał na klockowaty budynek z prefabrykatów. W razie zagrożenia nikt by im nie pomogł.

Ranek przyniósł powiew bryzy z wielkiego, nie nazwanego morza, odległego stąd o dwadziescia kilometrów.. Wiggs wstał odrętwiały, przeczuwając, że wydarzyło się coś złego. Skontaktował się z Keiso. Ten faktycznie nie miał dobrych wieści. Powiedział, że Tachovski nie wrócił. Kapitan, czując w sercu niepokój, postanowił wziąć połowę swoich ludzi i pojechać do wioski. Sprawdzić, co też porabia pan sierżant. Wszak ten, w razie niebezpieczeństwa, nie miał żadnego wsparcia. Chociaż cóż też moglo stać się Centaurowi? Pojazdy te, praktycznie niezniszczalne, były złowieszczymi wizytówkami Imperium. Ale Tachovski pojechał na wariata, a to zawsze stwarza ryzyko. W świecie, którego nikt tak naprawdę dobrze nie poznał.

4.

Wioska rozłożyła się w zakolu niewielkiej rzeczki, która nawadniała starannie pielęgnowane pola lnu. Dojechali do pierwszych niekształtnych, przypominających smardze domków. Wokół nich ani żywej duszy. Od razu też zobaczyli Centaura. Ośmiokołowiec stał na poboczu drogi lekko przychylony. Wiggs wysiadł z łazika i przyjrzał się pojazdowi uważniej. Dopiero z bliska zauważył nieznacznie pogięte wachlarzowato płyty kompozytowego pancerza.

 – To niemożliwe – podchodząc, powiedział jeden z żołnierzy. Pozostali też wysiedli i spoglądali na wrak oniemiali, mimowolnie poszukując wzrokiem kolegów z załogi, żywych bądź martwych. Jednakże nigdzie nie było ciał.

 – Wracamy natychmiast – po krótkim przeczesaniu terenu wydał rozkaz kapitan. Wrócili na posterunek, nie wymawiając ani jednego słowa. Wiggs ponownie jako pierwszy wysiadł z łazika i skierował się od razu do punktu radiolokacyjnego, gdzie urzędował Keiso.

 – Słuchaj, jeśli się da, przełącz na międzygwiezdną i nadaj SOS do krążownika "Canberra" – bez wstępów rzekł do niego dowódca.

 – Jest pan pewny, kapitanie?

 – Tak. Wykonać.

 – Odebrali – po chwili powiedział łącznościowiec. – Będą za cztery dni.

 – Dziękuję.

Teraz nie było odwrotu. Zbyt pochopne ściągnięcie jednego z wielkich krążownikow Floty wiązałoby się z raczej niebłachymi konsekwencjami. Wiggs postawił wszystko na jedną kartę, ale uważał, iż podjął słuszną decyzję.

Ranek nastał niby uwertura do mrocznej symfoni budzącego się, nieznanego świata.

 – Panie kapitanie! – wrzask starszego szeregowego Tanaki rozdarł ciszę.

 – Co się stało?

 – Przyszedł jeden z nich.

 – To znaczy kto? – Zniecierpliwiony dowódca spojrzał na swego tymczasowego zastępcę.

 – No, ktoś z wioski. I coś ma najpewniej do przekazania. – odparł żolnierz.

 – Przyślijcie po Keiso – rozkazał Wiggs. – I dawać mi tu tego tubylca.

 – Ee, Keiso już się tym zajął.

 – I cóż?

 – To – odparł zamiast Tanaki łącznościowiec, który właśnie wszedł, trzymając w wysuniętej dłoni zapisaną kartkę. Podał ją dowódcy. Ten szybko potoczył po niej wzrokiem. W końcu odczytał ją na głos.

 – Bestia znika. Las przebudzić. Drzewa głodne. Ofiara czekać.

 – Oto co miał do przekazania nasz tubylec – rzekł Keiso.

 – Ależ to nonsens! – wykrzyknął Wiggs.

 – Owszem. Wygląda mi to na jakieś szamańskie gusła.

 – No dobra, ale co to tak naprawdę znaczy? – zapytał kapitan.

 – Przypuszczalnie gdzieś tutaj grasuje jakiś endemiczny zwierz. I żeby go udobruchać, należy złozyć mu ofiarę albo po prostu nakarmić. – Keiso wzruszył ramionami, chcąc zaznaczyć, ze to nie jego wymysły, tylko najbardziej prawdopodobne rozwiązanie zagadki.

 – A czemuż nasi etnobiolodzy go nie odnaleźli? – zapytał Tanaka. Nikt mu nie odpowiedział.

Las był gęsty, ciemny. Ze smukłych, łuskowatych drzew zwisały czerwone, nabrzmiałe pąkle. Inne drzewa obrósł gąszcz pałąkowatych ciemnobrązowych epitifów. Wszędzie wielkie kłujące liście. I wieczny cień, niekiedy zabarwiony upiornym, księżycowym światłem. Wiggs nie widzial sensu, aby dalej przedzierać się przez ten splątany buszobór, jak go nazywał w myślach. Zarządził odwrót. Nawet znacznie liczniejsza ekspedycja niż jego czteroosobowy oddział nie zdołałaby niczego odnaleźć w tym dzikim, złowieszczym lesie.

Kapitan czuł bezsilność. Będzie musiał teraz zamienić placówkę w bastion. Gdy wrócili, zastanowił się, co począć z przetrzymywanym tubylcem. Wezwał Keiso. Gdy ten się stawił, Wiggs powiedział:

 – Musimy go przycisnąć.

 – Niestety jest jak niemowa. Albo to głupi wiesniak, albo nie chce puścic pary z ust – odparł łącznościowiec.

 – Hmm, w takim razie jesteśmy udupieni. Stracilismy połowę ludzi. I nie mamy pojęcia, co tu jest grane.

 – Spokojnie, szefie – Keiso podszedł do kapitana. – Przyrzekam, że wyduszę z tego sukinkota wszystko, co wie.

Po pełnej oczekiwania chwili wrócił niezawodny techniczny. Podał zapisaną kartkę kapitanowi, mówiąc:

 – No i wszystko wyjawił jak na spowiedzi. Tyle że to Milton.

 – Że kto?

 – Wybitny poeta angielski z dawnych eonów. Napisal wiekie dzielo "Raj Utracony".

Wiggs powiódł oczyma po kilku linijkach tekstu.

A jeśli gwiazda wieczorna i miesiąc

Przybiegną, by móc wysłuchać ciebie

Noc z sobą ciszę przywiedzie, sen będzie

Słuchał czuwając, lub go uprosimy

By odszedł, póki nie ukończę pieśni.

 – I to powiedział dziki, niepiśmienny tubylec?

 – Tak. I nie – Keiso zawahał się chwilę. – Sekwencja słów była nieco inna, ale przepusciłem to przez synchronizator IA. Nie sądziłem, by sztuczna inteligencja coś wskórała, jednak taki jest właśnie rezultat. Choć ma pan rację, kapitanie. Na pewno nikt z tutejszych autochtonów nie czytał "Raju utraconego". Przypuszczam, że nasz tuziemiec symbolicznie chciał nam coś podobnego przekazać, zaś nasz translator wybrał autonomicznie ustęp z Miltona.

 – Może i tak – Wiggs pokiwał głową. – Ale cokolwiek się tu wyprawia, jedno nie ulega kwestii. Nasi mądralińscy poprzednicy z renomowanych galaktycznych uniwersytetów pokpili sprawę – stwierdził.

Następny dzień wstał szary, nieprzyjemny. Gdy Wiggs przebudził sie, nie zobaczył za oknem nawet mglistego cienia żadnego z księżyców. Pobliska puszcza skryta była w mroku, przyczajona, groźna, tajemnicza.

Przed budynkiem rozstawiono warty, każdy miał broń gotową do strzału. Ale kapitan zdawał sobie sprawę, że to nie wystarczy. Dlaczego "Raj Utracony", ten zabytek literacki z ich macierzystej Ziemii? Może należało oddzielić te dwa słowa – raj i utracony, uzmysłowił sobie. Najpierw się coś traci, a potem odzyskuje. Czy oni, obywatele Imperium, utracili coś, co dopiero na tej planecie bedą mogli odzyskać? Gubił się w domysłach. Wezwawszy jeszcze raz Keiso, polecił z desperacją w głosie:

 – Zadaj temu tubylcowi dwa pytania. Pierwsze, czy istnieje Bóg. Drugie, czy tym Bogiem jest bestia, czy tam ich tsagi-ga.

 – Robi się, szefie – odrzekł Keiso. Wrócił po godzinie. Stał przez chwilę, nic nie mówiąc.

 – I co? – niecierpliwie zapytał dowódca.

 – Nic. Milczał jak zaklęty.

 – Okey. Zaprowadź mnie w takim razie do niego.

Poszli do izby, służącej za areszt. Tubylec był jej pierwszym lokatorem. Śniady, niepozorny, o rysach mongoidalnych nie sprawiał wrażenia nadmiernie inteligentnego. Nikt by go nie posądził o rozkoszowanie się zabytkami ziemskiej poezji. Kapitan wpatrywał się w niego intensywnie. W końcu tknięty niezrozumiałym impulsem zadał pytanie:

 – Gdzie jest Tachovski?

Tubylec coś zabulgotał, coś dziwnie znajomego, na granicy zrozumienia. ale dopiero translator dał klarowną odpowiedź.

 – To ja jestem Tachovski.

5.

Czas zwinął się w kłębek. Tak to odczuwał Wiggs, czekając na przybycie krążownika oraz zastanawiając się nad losem sierżanta. Z tubylca nie dało się nic więcej wycisnąć. To wszystko nie miało sensu. Kapitan rozkazał zabunkrować placówkę. Choć i tak jedyna nadzieja w odcieczy Imperium. Byle tylko wyrwać się z tej przeklętej planety. Zostały dwa dni. Na razie zdani na siebie, nerwowo ściskali broń w rękach.

Noc była kolorowa. Kilka księżyców odbijało światło słoneczne, które spektralnym blaskiem padało na Tantala. Ze swojego posterunku zadumany Wiggs spoglądał na barwne lica tajemniczych satelitów, gdy wtem dobiegł go krzyk jednego z żołnierzy.

 – Ktoś idzie!

Z błękitnosinej mgły wyłoniła się smukła kobieca sylwetka. Kiedy podeszła bliżej, kapitan wyglądajacy przez wykusz okienny, rozpoznal w niej Anea-nuu. Poczuł ulgę. I strach.

 – Wpuście ją! – zawolał.

Tubylka, zupełnie nie zważając na wycelowane w nią lufy giwer, przeszła przez bramę reduty. Wiggs dał ręką znak, by opuścili broń. Zaprosił kobietę do środka. Weszli do jego gabinetu.

Znali się co nieco. Własciwie od razu wpadła mu w oko, kiedy tylko objął dowództwo placówki. Zamierzał jak najlepiej ją poznać. Anea-nu samą mową ciała sprawiała, że kapitan nie mógł przestać o niej myśleć. Jak gdyby związała ich nić przeznaczenia. Ale teraz autochtonka znów była obcą mieszkanką innej planety.

 – Powiedz, co tu się dzieje? Co się stało z moimi żołnierzami? – zapytał niecierpliwie, wiedząc, że w miarę dobrze nauczyła się uniwersalnego języka.

 – Przykro mi, ale już ich tu nie ma – odparła. – Wszyscy są teraz tsagi-gaa.

 – Co to znaczy? – Wiggs wpatrywał się zdezorientowany w tuziemkę, którą nieomal uważał za swoją przyjaciółkę.

 – Tsagi-gaa w waszym ubogim języku oznacza bestię – odrzekła łagodnie, patrząc mu w oczy. – Ale to niezupelnie tak. My rozumiemy to inaczej. Bestia czai się wszędzie, w każdej chwili może wyłonić się z mroku. Nigdy nie przestanie cię ścigać, starając się dopaść swą ofiarę w najbardziej niespodziewanym momencie. Zawsze będzie ci dyszeć w kark. Nie można przed nią uciec. Jednakże zawsze można stawić jej czoło.

 – Ale jak? Jak można sie jej przeciwstawić? I kim lub czym jest właściwie ta bestia?

Anea-nu podeszła do siedzącego na szezlongu Wiggsa. Smukłymi dłońmi dotknęła jego twarzy. Powiedziala współczująco.

 – Twoi towarzysze, których uważasz za zaginionych, doznali naa-on. Czyli w waszym języku istoty rzeczy. Nad naa-on pieczę sprawuje tsagi-gaa. Jeśli się go pokona…sam rozumiesz. Twoi przyjaciele stanęli z nim twarzą w twarz. Stawili mu czoło. I doznali łaski. Łaski tej planety. Wciąż są tutaj. Patrzą na ciebie. Musisz więc wybrać. Zostać lub wrócić tam, skąd przybyłeś.

Gdy tuziemka odeszła, kapitan zarządził zebranie. Nie miał wiele do powiedzenia.

 – Cóż, mam złe wieści. Obawiam się, że jesteśmy w Raju.

 – Proszę nie żartować, panie kapitanie – rzekł Keiso.

Zgromadzeni żołnierze rozeszli się w milczeniu.

6.

Raport Komandora Cecila Wondwortha, dowódcy krążownika "Canberra".

Po otrzymaniu sygnału od placówki na Tantalu natychmiast skierowałem okręt w tamtą stronę. Próbowaliśmy się też połączyć z główną bazą na tej planecie, ale nadaremnie. Nie wiedzieliśmy, co tam się stało. Po trzech dniach byliśmy na miejscu. Opuściliśmy lądownik nieopodal placówki, która nie miała nawet osobnej nazwy, a tylko sygnaturę wojskową. Weszlismy do umocnionego bydynku, ale nie znaleźliśmy w nim nikogo. Na podjeździe nie było rownież żadnych maszyn ani pozostawionej broni. Nigdzie nie zauważyliśmy też Centaura, jedyną znacząca jednostkę bojową personelu placówki. Ażeby ustalić, co się wydarzyło, polecieliśmy do Tenhart, głównej bazy na Tantalu. Zastaliśmy tam podobną sytuację. Wszystkie zabudowania okazały się opuszczone. Załoga garnizonu także wyparowała. W sumie z całej planety ubyło kilkaset osób, żołnierzy i cywilów. Nie wiedząc, co o tym sądzić, natychmiast przybiliśmy z powrotem do krążownika "Canberra". Poziom zagrożenia uznałem za zbyt wysoki, byśmy samodzielnie podejmowali śledztwo i wysyłali ekipy ratunkowe. Krążownik "Canberra" wszedł zatem na orbitę Tantala i czeka na dyspozycje z Naczelnego Dowództwa Imperium.

 

*"Raj utracony" John Milton

przeklad Maciej Słomczyński

Koniec

Komentarze

To moje opowiadanie, które poległo w konkursie “NF”.

Witaj. :)

Zerkam do profilu i widzę, że jesteś z nami kilkanaście lat, do tego – jako Piórkowicz (wielkie gratulacje), ale pojawiają się usterki dość nietypowe, zatem je wypiszę jako sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia), licząc na dokładne przejrzenie i „podszlifowanie” całości:

 

Tytułu już nie powtarzamy.

 

To moje opowiadanie, które poległo w konkursie “NF”. – taki komentarz może lepiej dać do Przedmowy?

 

 Pojawiają się usterki interpunkcyjne, np.:

– Sierżancie, na to potrzeba dowodów – powiedział nieprzekonany Wiggs – tu brak kropki (albo części zdania)?

 

Są też pomyłki w zapisie dialogów, np.:

 – No, ktoś z wioski. I coś ma najpewniej do przekazania. – odparł żolnierz.

 – Spokojnie, szefie – Keiso podszedł do kapitana. – Przyrzekam, że wyduszę z tego sukinkota wszystko, co wie.

 – Może i tak – Wiggs pokiwał głową.

 

Zdarzają się literówki, np.:

 – No, ktoś z wioski. I coś ma najpewniej do przekazania. – odparł żolnierz.

 

Są także aliteracje – czy celowe? – np.:

Ekosystem planety stwarzał idealne warunki dla licznych form życia, jednakże występowała na niej nadzwyczaj skromna bioróżnorodność i do tego znikoma wręcz populacja ludzi.

 

Występują również powtórzenia, np.:

Przypuszczam, że nasz tuziemiec symbolicznie chciał nam coś podobnego przekazać, zaś nasz translator wybrał autonomicznie ustęp z Miltona.

 

Są i niepoprawne odmiany wyrazów, tworzące ortograficzne błędy, np.:

Dlaczego "Raj Utracony", ten zabytek literacki z ich macierzystej Ziemii?

 

Sam pomysł na fabułę jest ciekawy, lecz liczne usterki językowe uniemożliwiają jej uważne śledzenie.

 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Bruce – dzięki za szybki komentarz. No cóż, faktycznie nowy tu nie jestem, a nawet komentowałaś kiedyś jakieś moje teksty.

Opowiadanie jest w wersji konkursowej, niczego nie zmieniałem, zresztą cały czas było w innym komputerze i nie miałem do niego wglądu. Dlatego ciekaw jestem wszelkich opinii, i oczywiście później dokładnie je jeszcze przejrzę.

I ja dziękuję, też tak właśnie kojarzyłam Twój nick, który wydawał mi się znany… smiley

Rozumiem, czyli chodzi najpierw o ogólne wrażenie, bez wskazywania kwestii językowych, czy tak? :) A co to za konkurs? Jakie były jego założenia? Co mu zarzucono? 

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Bruce – tak, z grubsza chodziło mi o ogólne wrażenie czy popełnione błędy merytoryczne. Bo napisałem opowiadanie hard SF, z czego jestem dumny, z drugiej strony– mam znikomą wiedzę z nauk ścisłych, dlatego rzadko tworzyłem coś w tym gatunku, jeśli już, to we wczesnej młodości, kiedy nie miałem żadnej wiedzy z niczego…

Chodzi o ten konkurs z papierowej NF, na który przyszło ponoć 1300 prac. Myślałem, ze wszyscy z tego forum coś na niego napisali i potem wrzucili by tutaj, oczywiście oprócz tych kilkunastu nagrodzonych. Fajnie by było porównać…

A, rozumiem. :) 

Nauki ścisłe to raczej nie moja bajka, zasad wspomnianego konkursu nie znam, nie pisałam i udziału nie brałam. :) 

Merytorycznie zatem raczej nie pomogę. :) Mamy na Portalu sporo Genialnych Ścisłych Umysłów, pewnie niebawem do Ciebie zajrzą i porządnie zopiniują. :) 

Pozdrawiam serdecznie i świątecznie. ;) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka