- Opowiadanie: ośmiornica - Ocean pamięta

Ocean pamięta

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Finkla, Ambush

Oceny

Ocean pamięta

Kobieta przybyła z głębi lądu. Stąpała lekko, nie łamiąc żadnej z suchych traw porastających wydmy. Nie naruszyła również kopczyków w białym piasku, do których skryły się spłoszone kraby. Weszła w wodę i stanęła przy srebrnej smudze księżycowego blasku.

Ocean ucichł. Czekał.

Ostrożnie rozwinęła zawiniątko, które trzymała w ramionach. Z materiału wysunęły się rączki i nóżki pokryte pęcherzami. Twarz martwego dziecka była zapadnięta i szara. Kobieta przez chwilę patrzyła na nią w milczeniu, potem podniosła głowę i spojrzała w czarną taflę.

– Bracie. – Głos miała twardy jak spękana ziemia podczas suszy. – Ty, który słyszysz i pamiętasz wszystko. Dlaczego milczysz? Dlaczego się nie budzisz? Zobacz, co mi zrobili. Zobacz, co zrobili nam wszystkim.

Położyła drobne ciało na powierzchni wody; fala cofnęła się, unosząc dziecko w ciemność.

Kobieta patrzyła dłuższą chwilę w miejsce, gdzie zniknęło. Coś w jej ciele napięło się gwałtownie; niemy skurcz, ostry jak ból. W końcu, gdy nocna bryza targnęła jej włosami, odwróciła się i ruszyła w stronę wydm. Po kilku krokach opadła na kolana.

Jej sylwetka zadrżała i zaczęła się zmieniać. Plecy wygięły się nienaturalnie. Zniknęło wyblakłe guntino, a skórę pokryła cętkowana sierść. Na plaży nie było już kobiety. Hiena odbiegła w noc.

 

*** 

 

Upał i palmy w grudniu wciąż trochę wybijały Łukasza z rytmu. Nie żeby narzekał. Seszele były piękne; pocztówkowy raj z plażami i turkusową wodą.

W Łodzi jest pewnie zimno jak cholera, pomyślał. Wypuścił powietrze przez usta i oczami wyobraźni zobaczył obłoczek pary, który pojawiłby się, gdyby został w kraju. Po wojsku próbował wrócić do zwyczajnego życia. Praca, ludzie, wszystko było niby w porządku, a jednak coś ciągle go uwierało. Dopiero tutaj w końcu odpuściło.

Uśmiechnął się do siebie i zerknął na telefon. Miał jeszcze czas na piwo, choć dziś powinien się wyspać – jutro kończyła się jego kilkudniowa przerwa między tranzytami i zaczynał kolejny rejs. Wszedł do knajpy niedaleko mieszkania wynajmowanego przez firmę. Minął stoliki z rattanowymi fotelami i zatrzymał się przy barze.

Siedział tam już gość, którego Łukasz czasem tu widywał. Zawsze zajmował to samo miejsce, zawsze był sam, zawsze pił whisky. Przypominał tych facetów z misji pokojowych. Takich, co widzieli za dużo i pili, żeby nie pamiętać.

Łukasz zamówił SeyBrew. Uniósł butelkę w geście powitania, gdy przypadkiem złapał spojrzenie tamtego.

– Cheers.

Mężczyzna odwzajemnił gest.

– Amerykanin? – zapytał.

– Polak.

– Solidarność…

– Tak. A ty?

– Włoch.

– Watykan i mafia.

– Najlepsza pizza i wino.

Łukasz zaśmiał się cicho. O jednym i drugim nasłuchał się już tyle od Marco, że w końcu będzie musiał sam spróbować.

– Długo już pływasz? – zapytał. Gość nie wyglądał na turystę, a w porcie Victoria każdy był w ten czy inny sposób związany z morzem.

– Parę lat. Jeden sezon, nawet nie wiem kiedy, zamienił się w sporą część życia. – Spojrzał na niego uważniej. – Ty nie wyglądasz na marynarza. Prędzej na żołnierza.

Łukasz przejechał dłonią po krótkich włosach i uśmiechnął się krzywo.

– Rozstałem się z wojskiem. Teraz pilnuję statków przed piratami.

Włoch parsknął bez uśmiechu.

– Wszyscy tu jesteśmy piratami.

Łukasz uniósł pytająco brew. Mężczyzna machnął tylko ręką i się napił.

– Dla kogo robisz? – zagadnął po chwili.

– Dla Włochów, Schifco. Może znasz?

– Taa… – Ramiona mężczyzny zgarbiły się bardziej. Zamieszał lodem w whisky. – Kiedyś dla nich pływałem.

Łukasz przymrużył oczy; coś w tonie Włocha nie grało.

Przy stoliku w głębi sali ktoś zamówił kolejną rundę. Szkło stuknęło o szkło, męski głos zafałszował: „Tonight we are young…”. „Tonight!” podchwyciły dwa inne i zaraz się urwały, zduszone śmiechem.

Włoch zerknął tam na moment, po czym wrócił wzrokiem do blatu.

– Nie byłeś zadowolony ze współpracy? – zagadnął Łukasz.

– Płacili nam, jeśli o to pytasz.

– Czyli coś się wydarzyło?

Mężczyzna poruszył szklanką whisky aż zagrzechotał lód. Milczał, choć coś wyraźnie go gryzło.

Łukasz spoglądał na niego spod przymróżonych powiek.

– Mam z nimi trochę popływać – powiedział. – Dobrze byłoby wiedzieć, czy nie pakuję się na minę.

Włoch uniósł szklankę do ust, ale zatrzymał się w pół ruchu. Powolnym ruchem odstawił ją na stół.

– Rozładowywaliśmy statek. Kontenery – powiedział. – Dwa tygodnie później zobaczyłem, co zostawiliśmy.

Wypuścił powietrze i jakby zapadł się w sobie. Barman wycierał kieliszki powolnym, mechanicznym ruchem. Z tyłu znów rozległ się pijany śpiew: „Let’s set the world on fire, tooonight.”

Włoch skrzywił się, jakby coś go ukłuło. Wolno przesunął palcem po szkle. W górę i w dół. W górę i w dół.

– W Bosaso jest tylko jeden szpital – powiedział cicho. – Kolejka była tam jak cholera. Kobiety, dzieci z pęcherzami na skórze. Widziałem niemowlę, które darło się wniebogłosy. Chwyciło matkę za włosy i zostały mu w ręce. Cały pęk.

Łukasz poczuł, jak mimo tropikalnego gorąca przebiega go zimny dreszcz. Beztroska, którą Seszele pozwoliły mu poczuć pierwszy raz po tak długim czasie, rozpłynęła się bez śladu. Uniósł butelkę do ust i napił się piwa.

Włoch pokręcił głową.

– Wiesz, Somalia… nikogo to nie obchodziło. Wyładowaliśmy towar, zapłacili nam. Koniec.

– Co było w tych kontenerach? – zapytał Łukasz, trochę wbrew sobie. Chyba nie chciał znać odpowiedzi.

Mężczyzna jednym haustem opróżnił szklankę i przesunął ją po blacie.

– Odpady radioaktywne.

Łukasz usiadł prosto, włoski stanęły mu na karku.

– Schifco? – upewnił się.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Oni, inni… nieważne. – Pokręcił głową. – Gdzie jest wojna, tam zawsze ktoś zarabia.

Łukasz podważył paznokciem etykietę na butelce piwa; zebrane na niej krople wody spłynęły po szkle.

– Próbowałeś coś z tym zrobić?

– Próbowałem. – Włoch przyjął od barmana szklankę i uśmiechnął się krzywo do nowej porcji whisky. – Umorzyli sprawę.

Przekrzywił głowę i spojrzał Łukaszowi prosto w oczy. 

– Róg Afryki połknie cię i strawi. A potem wypluje twoje resztki.

 

 

***

 

Metalowy kubek, pianka i ten aromat… włoska kawa. Najlepsze, co ta cholerna łajba miała do zaoferowania. 

Łukasz na moment przestał wystukiwać stopą szybki rytm zdradzający irytację i upił łyk. Mijał właśnie trzeci z czterech tygodni na morzu. Tygodni wpatrywania się w horyzont i ciągłego bujania. 

Płacili nieźle, fakt. Tyle że słońce prażyło, pot spływał po plecach, a powietrze stało w miejscu. I to ciągłe napięcie. Łukasz łapał się na tym, że nawet podczas przerwy nasłuchuje wycia silnika.

– Dobrze, że jesteś z nami, polacco – pierwszy oficer, Antonio, wszedł do mesy i wielką łapą klepnął Łukasza po plecach. Zajął wolne krzesło i z marsową miną spojrzał przez okno. – Rano zaatakowali hiszpański trawler.

Łukasz poruszył kubkiem i przez chwilę patrzył na wirującą w nim kawę. Była już chłodna.

– Dzisiaj zarzucamy sieci?

– Ta. Trzeba wypełnić ładownię.

– Dalej od brzegu byłoby bezpieczniej.

– Dalej nie ma ryb. Albo łowimy tu, albo wracamy do portu. A po coś was wzięliśmy, nie?

Łukasz pogładził palcem po rączce od kubka; przypominała mu kabłąk spustu bez cyngla.

– I tak ryzyko jest spore.

Antonio westchnął ciężko.

– Luca… tobie zapłacą tak czy siak. My zarabiamy, tylko jak coś wyciągniemy z wody. – Zawahał się na moment. – Każdy ma kogoś do wykarmienia.

– Tak, wiem.

Łukasz wiedział też coś jeszcze: to, co robili, nie było do końca legalne. Tylko że to była Somalia. Tu każdy coś kombinował i nikt nie zadawał pytań. Zresztą nie jego problem, miał pilnować statku. Nic więcej.

– Uwierz – mruknął Antonio – nikomu z nas się to nie podoba. Ale takie życie.

Łukasz dopił kawę i odstawił kubek. Za kilka minut znowu stanie na pokładzie z lornetką przyklejoną do twarzy. Cztery godziny patrzenia w fale. W szaro-niebieski ocean, który wyglądał na pusty. Niestety małe łodzie motorowe nie pojawiały się na radarze. Wyskakiwały nagle zza grzbietu fali i wtedy nie było już czasu na myślenie.

Pożegnał się z Antonio i wyszedł z mesy. Na pokładzie rybacy uwijali się między grubymi linami nawiniętymi na bębny i skrzyniami ze sprzętem. Robili swoje, ale co chwilę zerkali na wodę. Kiedy zacznie się połów, przez prawie dwie godziny będą zakotwiczeni na sieci. Łatwy cel. Jeśli pirackie skiffy ruszą w ich stronę, zostanie im tylko przeciąć liny i uciekać… albo strzelać.

Łukasz wspiął się po wąskich metalowych schodach i pchnął drzwi mostka.

– Buongiorno – rzucił krótko.

Kapitan uniósł tylko rękę znad radaru. Marco na chwilę odsunął lornetkę od oczu i puścił Łukaszowi szeroki uśmiech. Przesunął w ustach miętówkę; zawsze ssał miętówki.

– Dzień dobri – powiedział z dumą. Wciąż brzmiało koślawo, ale niech mu będzie.

– No, robisz postępy.

– Dzienkuje, kurwa!

Łukasz parsknął śmiechem. Przy Marco trudno było długo zachować powagę. Wiecznie wyluzowany drań, zachowujący się, jakby wszystko było żartem. To on wciągnął go w tę robotę.

Łukasz otworzył metalową skrzynię przykręconą do grodzi i wyciągnął jeden z karabinów. Stary, porysowany AKM. Dużo gorsza liga niż Beretta AR70 należąca do Marco. Łukasz sprawdził komorę, wsunął magazynek i zarzucił broń na ramię, po czym podszedł do konsoli.

– Co mamy? – zapytał.

Kapitan stuknął w ekran radaru.

– Trzy statki. Ten idzie na północ. Ten drugi trzyma kurs na wschód. – Przesunął palec po zielonym śladzie – A ten właśnie stanął. Pewnie zarzucają sieci.

– Któryś może być statkiem matką?

– Tutaj każdy może.

– Miejmy nadzieję, że to tylko łodzie rybackie. 

Kapitan mruknął coś pod nosem i zerknął na wyblakły obrazek świętego Franciszka z Paoli, przyklejony do ściany taśmą. Łukasz podniósł z parapetu ciężką lornetkę. Przednia ściana mostka była niemal w całości przeszklona. Ocean za nią wyglądał spokojnie.

– Kiedy rzucamy?

– Jak znikną sygnały w promieniu czterdziestu mil.

– To może się nie zdarzyć – rzucił Marco. – Roi się tu od łódek.

– Zobaczymy.

Zielona kreska radaru obracała się spokojnie. Trzy punkty powoli odsuwały się na północ. Obok echosonda pokazywała gęstą ławicę.

Kapitan spoglądał raz tu, raz tu.

– Idą w swoją stronę – mruknął w końcu. – Luca, na pokład. Zaraz rzucamy.

Łukasz skinął głową i ruszył na zewnątrz; metalowe schody zadźwięczały pod jego butami.

Na rufie panował już ruch. Rybacy krążyli między bębnami z linami i stertą sieci ułożonej w grubych, zielonych fałdach. Na jej krawędzi błyszczał rząd plastikowych pływaków.

Przy relingu stał Fabio, trzeci z ochroniarzy. Opierał się o metalową skrzynię i wpatrywał przez lornetkę w ocean.

– Będziemy zarzucać sieci – oznajmił mu Łukasz.

Fabio oderwał na moment wzrok od fal i puścił mu szybkie spojrzenie.

– Co na radarze?

– Trzy statki. Oddalają się.

Fabio poprawił pasek karabinu i znów skupił się na obserwacji.

Wzdłuż burty rozwinięto już węże przeciwpożarowe. Ktoś sprawdzał zawory. Przy relingu ciągnął się prowizoryczny pas drutu kolczastego, mający utrudnić piratom wdarcie się na pokład.

Horyzont był pusty, tylko piana za rufą przecinała szarą taflę. Na mostku rozległ się krótki sygnał dzwonka. Silnik zwolnił, a statek zaczął powoli zataczać szeroki łuk.

– Via! – krzyknął ktoś.

Pierwsze pływaki wpadły do wody. Sieć zsuwała się z pokładu, sunąc przez prowadnice z metalicznym zgrzytem. Kolejne metry zielonego materiału znikały w oceanie, ciągnąc za sobą długą linię białych boi.

Łukasz praktycznie nie opuszczał lornetki. Każdy ciemniejszy punkt na wodzie sprawiał, że serce przyspieszało. Napięcie wgryzało się w mięśnie karku i ramion. Czas wlókł się niemiłosiernie.

Za jego plecami pokład żył własnym rytmem. Rybacy pokrzykiwali do siebie po włosku. Słyszał syk hydrauliki i ciężkie szuranie lin po rolkach, kiedy kolejne fragmenty sieci wyłaniały się z oceanu. Woda pluskała o stalowy pokład.

Ocean był cichy, niemal bez fal, woda wydawała się nienaturalnie ciemna. 

Pewnie ławica. Albo nie…

Łukasz wzdrygnął się mimowolnie, gdy przypomniał sobie słowa starego rybaka z portu: „Jeśli morze milczy, coś się pod nim ukrywa.”

Stary był gadatliwy. Pytał, skąd Łukasz pochodzi i rzucał nazwiskami, których ten nie spodziewał się usłyszeć w tej części świata. A na koniec, już na odchodnym, rybak spojrzał na niego dziwnie.

– Ocean niczego nie zatrzymuje na zawsze – powiedział. – Ale to, co oddaje, nie jest już tym samym.

Łukasz wciągnął głębiej powietrze i wypuścił je powoli. Pieprzenie. Na szczęście horyzont wciąż pozostawał pusty.

– Obfity połów! – zawołał po angielsku ktoś za jego plecami.

Łukasz przesunął językiem w suchych ustach. Im więcej ryb w sieci, tym dłużej będą tu sterczeć. Dwie godziny mogły właśnie zamienić się w trzy.

Gdzieś za nim otworzyła się pokrywa ładowni. Na chwilę uderzył go chłodny zapach solanki zmieszany z rybim śluzem i dieslem. Tuńczyki zsuwały się do środka i dalej do chłodzonych kadzi. Niektóre jeszcze podskakiwały, tłukły ogonami o stal. Rybacy uwijali się szybko, lecz i tak co rusz zerkali na wodę.

Fabio pierwszy to zobaczył.

– Barca! – krzyknął.

Na horyzoncie pojawiła się cienka kreska. Mała łódź. Płynęła szybko, zostawiając za sobą biały ślad piany.

Łukasz syknął przez zaciśnięte zęby; serce zaczęło tłuc się w piersi. Skiff płynął dokładnie w ich stronę. A trawler wciąż stał w miejscu, przywiązany do połowu jak pies do budy.

Łukasz opuścił lornetkę tylko na sekundę i ściągnął z ramienia karabin. Łódź była już bliżej. Jedna mila. Może trochę więcej. Przy tej prędkości będą tu za kilka minut.

W lornetce pojawiły się sylwetki ludzi. Trzech. Miał wrażenie, że widzi długą, ciemną linię w rękach jednego z nich.

Jeśli mają RPG, podejdą do dwustu metrów, pomyślał. Na kałasznikowy wystarczy trzysta.

Łódź była już wyraźna, silnik wył wysoko. Coś błysnęło. Broń, to musiała być broń. Łukasz nacisnął spust, krótka seria rozdarła powietrze.

Na skiffie ktoś szarpnął się gwałtownie i runął do tyłu. Krzyki poniosły się po wodzie. Łódź nadal płynęła.

Łukasz znowu podniósł lornetkę i… zobaczył twarz. Chłopak. Mógł mieć z czternaście lat. Leżał nieruchomo na dnie łodzi, krew lała się na rybacką sieć. Po takim trafieniu musiał zginąć na miejscu. A może wciąż konał?

Łukasz poczuł podchodzący do gardła żołądek, dłonie zaczęły mu się trząść. Chłopak był nieuzbrojony.

O Boże…

Obok niego pojawił się Marco, podniósł swój karabin i spokojnie wycelował. Pociski uderzyły w rufę skiffa. Jeden z nich poszedł w silnik.

– Co ty robisz do cholery? – wrzasnął Łukasz. – Przestań.

Marco nawet na niego nie spojrzał, poprawił tylko chwyt i ponownie nacisnął spust. Łódź podskoczyła, silnik zgasł, a po chwili spod rufy zaczęła rozlewać się na wodzie ciemna plama paliwa. Kadłub nabierał wody, krzyki zmieniły się w paniczne wrzaski.

Marco opuścił karabin.

– Piraci – powiedział spokojnie. – Mieli granatnik.

– To rybacy – wyszeptał Łukasz. – Nie widziałem broni.

– Wyrzucili ją – odparł Marco. – Zawsze tak robią.

Łukasz spojrzał na niego jak na idiotę.

– Kiedy mieliby ją wyrzucić?

Marco odwzajemnił spojrzenie. Znów się uśmiechał, ale spojrzenie pozostawało zimne, jak u mordercy.

Łukaszowi zrobiło się niedobrze.

– To piraci – powiedział dobitnie Marco.

Ocean, dziwnie w tym miejscu ciemny i nienaturalnie spokojny, łapczywie połykał tonącą łódź.

 

***

 

Łukasz siedział na krawędzi łóżka i wpatrywał się w wygaszony telefon. Czarna szybka odbijała jego twarz. Twarz człowieka, który jeszcze niedawno wierzył, że złapał swoją szansę i trzyma ją mocno w garści. Teraz wydawało mu się, że te przekrwione oczy i nieogolone policzki należą do kogoś obcego.

Od kilku dni było mu niedobrze. Prawie nie spał, a kiedy udało mu się zapaść w drzemkę, budził się zlany potem. Najgorsze były te chwile zaraz po przebudzeniu, kiedy przez ułamek sekundy wierzył, że to był tylko sen. A potem wszystko wracało: twarz tamtego chłopaka, jego rozrzucone ramiona. Krew rozlewająca się z piersi.

Zapach prochu i ryb.

Powinien komuś o tym powiedzieć, zgłosić się na policję. Tylko że Marco twierdził, że to piraci, a załoga powtórzy dokładnie tę samą wersję. Nikt nie chciał kłopotów. Jeszcze przed wejściem do portu na Seszelach Marco wyjaśnił mu półgłosem, że gdyby ktoś zaczął za dużo gadać, firma rozwiąże problem. Ostatecznie.

Zmęczenie szczypało pod powiekami, ale na samą myśl o łóżku żółć podchodziła do gardła. Łukasz sprawdził godzinę, brakowało kilku minut do pierwszej w nocy. 

Wstał, wsunął buty i wyszedł z wynajmowanego przez firmę apartamentu. Na zewnątrz uderzyło go ciepłe, wilgotne powietrze. Od oceanu szła lekka bryza, w oddali szumiały fale. Nocne owady cykały szaleńczo. 

Łukasz wsunął dłonie głęboko w kieszenie spodni. Jeszcze tydzień temu wszystko tu wydawało mu się nierealnie piękne. Teraz nie widział w tym nic. Palmy, światła barów, biały piasek plaż, wszystko to przygniatał ciężki, duszny cień.

Z lokali sączyła się muzyka, ktoś śmiał się głośno, pachniało grillowaną rybą, tytoniem i rumem. Dolatywały do niego słowa po angielsku, francusku, włosku: mieszanina ludzi z całego świata.

Łukasz wszedł do miejsca, do którego zwykł zaglądać. Mroczny kąt przy barze był już zajęty przez siedzącego samotnie mężczyznę.

Łukasz usiadł obok niego bez słowa. Zamówił białą Takamakę i gdy tylko ją dostał, wypił większość cięgiem. Włoch spojrzał znacząco na jego rum i uniósł szklankę whisky w milczącym powitaniu. 

W jego oczach było pęknięcie. Podobne do tego, które Łukasz od kilku dni nosił w sobie.

 

***

 

Słońce dopiero wychodziło znad wyspy, kiedy w czwórkę zeszli na pomost. Oprócz Marco byli z nimi dwaj ochroniarze, z którymi Łukasz dotąd nie pracował. Jeden, Włoch dobiegający trzydziestki, z tatuażem wychodzącym spod rękawa; drugi, ponury Rosjanin z posiwiałą brodą i twarzą spaloną słońcem.

Na widok zbliżającego się pontonu Marco wyrzucił do wody tlący się niedopałek papierosa i wyciągnął z kieszeni pudełko miętówek. Podsunął je Łukaszowi.

– Chcesz? Dobrze robią na oddech.

Łukasz pokręcił głową. Marco wzruszył ramionami i wrzucił jedną do ust. Przez chwilę żuł ją z zadowoleniem.

– Powinieneś się wyspać – powiedział, przyglądając się Łukaszowi. – Kiepsko wyglądasz. Chi pensa troppo dorme poco.

Co to znaczy?

To znaczy, że myślenie nie sprzyja zdrowiu, amico.

Uśmiechnął się promiennie, ale oczy pozostały nieruchome i zimne jak u węża. Łukasz wzdrygnął się mimo ciepłego, porannego wiatru.

Ponton dobił do pomostu. Stojący przy sterze marynarz w czapce z daszkiem rzucił im cumę. 

– Buongiorno, ragazzi.

Marco złapał ją i przyciągnął ponton bliżej nabrzeża.

– Buongiorno.

Przytrzymywał linę, dopóki Łukasz i reszta nie weszli do środka. Dopiero wtedy odrzucił cumę na pokład, chwycił się relingu i sprawnie zeskoczył za nim.

Marynarz przesunął manetkę gazu. Silnik zawarczał głośniej, a ponton ruszył w stronę otwartego morza.

Statek stał na kotwicy jakieś pół mili od brzegu i nawet z daleka nie wyglądał zachęcająco. Wyblakłą farbę kadłuba miejscami pokrywała rdza, nazwy na dziobie niemal nie dawało się odczytać. Znajdujące się na nim kontenery przypominały klocki, które już dawno powinny wylądować w śmietniku.

Kiedy podpłynęli bliżej, Łukasz dostrzegł zwisającą z burty linową drabinę. Silnik zwolnił.

– No – powiedział Marco. – Czas do pracy.

Pierwszy wspiął się jeden z nowych ochroniarzy. Łukasz ruszył za nim. Z plecakiem i karabinem przewieszonym przez ramię wspinaczka nie należała do najprzyjemniejszych. Mokre szczeble ślizgały się pod butami, a drabinka kołysała przy każdym ruchu.

Kiedy przerzucił nogę przez reling i stanął na pokładzie, przez chwilę tylko oddychał.

Pokład ciągnął się przed nim jak wąski, stalowy zaułek. Tu również farba spłowiała od słońca, a wzdłuż spawów wyłaziła rdza. Między kontenerami piętrzyły się skrzynie i zaspawane stalowe beczki bez oznaczeń.

– Buongiorno. – Marynarz w niebieskim kombinezonie poczekał, aż wszyscy dotrą na górę, po czym machnął dłonią w stronę nadbudówki. – Pokażę wam, gdzie będziecie spać, nie zmieścicie się na mostku z całym tym sprzętem.

Okazało się, że w kajucie też ledwo się mieścili. Z trudem wpasowały się w nią wąskie łóżka i metalowa szafa na broń. Marco zajrzał do środka i kiwnął głową.

– W porządku. Rozpakujcie się, ja idę do kapitana.

Łukasz rzucił plecak, zabezpieczył karabin i wyszedł na pokład. Wciąż dolatywały do nich odgłosy portu, a po bezchmurnym niebie krążyły mewy. Napotkani członkowie załogi witali go przyjaźnie. Każdy cieszył się z obecności uzbrojonej ochrony.

Ta łajba nie wygląda jak obietnica milionowego okupu. Może nie będzie źle, Łukasz próbował pocieszyć się tą myślą, choć dłonie miał wilgotne od potu. 

Nie był pewien, czy gdyby przyszło co do czego, znowu byłby w stanie pociągnąć za spust. Niestety w najbliższym czasie nie będzie mógł koić nerwów rumem. Czekały ich cztery dni rejsu na północ, rozładunek gdzieś w Somalii i powrót. Chyba wytrzyma.

Zawibrowały silniki statku i wkrótce zaczęła się rutyna. Krótka kawa w mesie, potem dyżury. Jeden z nich stał z lornetką na mostku, drugi na pokładzie. Cztery godziny i zmiana. Krótkie drzemki, które przynosiły więcej zmęczenia niż wypoczynku. Upał lał się z nieba, kamizelka i karabin ciążyły coraz bardziej.

Zmęczenie na szczęście przytępiało myśli, usypiało demony i na chwilę było łatwiej. Przynajmniej do momentu, kiedy Łukasz zauważył na jednej z beczek fragment symbolu ostrzegawczego, w większości przykrytego świeżą farbą.

Rozejrzał się, a kiedy upewnił się, że nikt go nie obserwował, podszedł bliżej. Miał rację – wciąż dało się rozróżnić zarys czaszki i piszczeli. 

– Ja pierdolę – syknął.

W trakcie wachty przyjrzał się dokładniej pozostałym beczkom; były grubo pospawane, ciężkie, pozbawione oznaczeń. Zrobiło mu się zimno, pomimo upału. Wiedział, że pisze się na nielegalne połowy, ale nie na coś takiego.

Pieprzony Marco!

Poznali się w Kosowie, na misji NATO. Marco był wtedy kontraktowym ochroniarzem i ze swoim luzem potrafił rozładować napięcie nawet po najgorszych dniach. Zaprzyjaźnili się, a kiedy Łukasz oznajmił, że wraca do domu, Marco zaproponował mu pracę na statkach.

– Wynudzisz się, ale kasa jest dobra – mówił. – Jeden sezon i jesteś ustawiony przez resztę roku.

Wtedy brzmiało to świetnie. Cholera. Łukasz powinien był wiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak łatwe pieniądze. Nie bez ujebania sobie rąk.

Wrócił do obserwowania oceanu. Musiał poukładać sobie wszystko w głowie, ale im bardziej próbował, tym większy robił się tam chaos. Tylko jedno było pewne. Chrzani tę robotę. Dokończy rejs, zerwie kontrakt i wraca do kraju.

Zapach miętówek wyrwał go z ponurych myśli.

– Jutro wieczorem powinniśmy dotrzeć do celu – odezwał się Marco. Zatrzymał się obok i niedbale oparł o reling.

Łukasz odsunął na moment lornetkę i zerknął na niego z ukosa.

– Co my właściwie przewozimy?

– A co cię to obchodzi? Cokolwiek to jest, mamy na to papiery podpisane przez Abdullahi Yusufa.

– Przecież to prezydent rządu, którego nawet nie ma teraz w Mogadiszu.

– Szczegóły. Prezydent to prezydent. Sprawa jest oficjalna. Rozładowujemy się tam, gdzie nam kazali i zawijamy z powrotem.

– Jeśli przewozimy to, o czym myślę, ludzie zaczną chorować. Może nawet umierać.

Marco wzruszył ramionami.

– I tak cały czas umierają. To tylko biznes. Ludzkie zdrowie czy życie nigdy nie było ważne.

Po chwili dodał zniżonym głosem:

– I lepiej, żeby tak zostało. Bo ktoś mógłby zacząć opowiadać o tych rybakach, których zastrzeliłeś.

Łukasz opuścił lornetkę i odwrócił się w jego stronę. Wściekłość zaczęła buzować mu w żyłach.

– Ty też do nich strzelałeś.

Marco uśmiechnął się tym swoim promiennym uśmiechem, który nie sięgał oczu.

– Naprawdę? Nie przypominam sobie.

Klepnął Łukasza w ramię i odszedł w stronę nadbudówki, nucąc: „Don’t worry, be happy”.

– Jebany skurwiel – syknął Łukasz po polsku.

Znalazł się w gównie po uszy i czuł, jak powoli w nim grzęźnie. W Kosowie wierzył, że należy do tych dobrych. Tutaj za długo przymykał oczy. Wystarczył jeden błąd i znalazł się po przeciwnej stronie. Przetarł wierzchem dłoni pot spływający po skórze. Karabin na ramieniu ciążył bardziej niż kiedykolwiek.

Kiedy jego zmiana dobiegła końca, padł na koję. Przewracał się z boku na bok, słuchał pracy silnika i czekał, aż zmęczenie go przygniecie. Nie przygniotło. Po czterech godzinach zwlókł się półprzytomny i zalał zmęczenie kubkiem mocnej kawy.

Nocna wachta przypadła mu na mostku. Radar obracał się jednostajnie, co kilka sekund przesuwając jasną kreskę przez zielony ekran. Kilka statków sunęło powoli po zielonkawej mapie, każdy oznaczony nazwą i kursem. Ich jednostka była tylko pustą kropką. Płynęli z wyłączonym systemem AIS, co Łukasz przyjął już bez zdziwienia.

Podniósł lornetkę i zaczął obserwować ocean. Na horyzoncie dostrzegł kilka słabych świateł. Reszta była czarna. Jeśli podpłyną do nich skiffy, zobaczy je z odległości kilkuset metrów, maksymalnie kilometra. 

Towarzyszący mu oficer wpatrywał się w radar z ponurą intensywnością i w milczeniu przesuwał w ustach wykałaczkę. Czas mijał wolno i ociężale, wgryzał się zmęczeniem w kark, usypiał jednostajnym buczeniem wentylatorów.

– Widzisz to? – Głos oficera zabrzmiał tak głośno, że Łukasz niemal podskoczył.

Mężczyzna wyjął wykałaczkę i puknął palcem w radar. Na ekranie pojawił się nieopisany znak. Nie szedł prosto na nich, ale jeśli to statek matka, zbliżał się wystarczająco, żeby wypuścić skiffy.

– Dwadzieścia… może trzydzieści metrów – powiedział. – Dhow albo stary trawler.

Zielona kreska radaru przeszła przez punkt jeszcze raz. Ślad był bliżej. W żołądku odezwał się znajomy ciężar.

Łukasz znów podniósł lornetkę. Nic. Tylko czarne morze i pojedyncze gwiazdy odbijające się w wodzie. W pewnym momencie drzwi mostka skrzypnęły cicho i do środka wszedł Rosjanin.

– Jak sytuacja? – zapytał zaspanym głosem.

Łukasz nawet nie zauważył, kiedy minęła jego wachta. Skinął w stronę radaru.

– Tam – powiedział. – Idzie na przecinkę. Bez AIS.

Rosjanin pochylił się nad ekranem i przez chwilę milczał.

– Widać go?

– Nie. Jeszcze nie. Poczekam, aż nas minie, potem pójdę spać.

– W porządku.

Łukasz zabrał ze sobą lornetkę i wyszedł z mostka. Na pokładzie uderzyło go chłodniejsze powietrze. Oparł się o reling i zaczął obserwować miejsce, z którego według radaru powinien nadpłynąć tamten statek. Woda była dziwnie spokojna; czarna pusta tafla.

– Jeśli morze milczy, coś się pod nim ukrywa – wymamrotał.

Dłonie zwilgotniały mu od potu. Opuścił je i wytarł w spodnie.

Na dziobie dostrzegł Marco, którego zmieniał właśnie czwarty ochroniarz z ich grupy. Nagle obaj znieruchomieli. Łukasz poderwał lornetkę do oczu. Nie zobaczył niczego, ale chwilę później usłyszał niski, zdławiony dźwięk, który szybko narósł do wściekłego ryku silników.

Pierwsza łódź wyskoczyła z ciemności; niska i wąska, pędziła jak pocisk. Za nią mknęła druga.

– Skiffy! – krzyknął Marco.

Na mostku zawył alarm, który natychmiast poderwał statek do życia. Światła rozbłysły. Z głośników rozległ się komunikat alarmowy:

– Piraci na prawej burcie! Wszyscy na stanowiska!

Eksplozja wbiła się w burtę kilkanaście metrów od dziobu. Granatnik. Powietrze wypełnił huk, fragment farby i rdzy spadł na pokład jak deszcz.

Odpowiedzieli natychmiast seriami z karabinów. Łukasz zorientował się, że też strzelał, nawet nie pamiętał, kiedy zaczął. Z pokładu uruchomiły się armatki wodne. Strumień pod ciśnieniem przeciął powietrze i uderzył w nadpływającą łódź, zmuszając ją do korekty kursu.

– Musimy trzymać ich z dala! – wrzasnął Marco.

Łukasz skinął tylko głową. Nagle, kątem oka dostrzegł cień sunący cicho nad wodą.

Trzeci skiff. Krzyknął ostrzegawczo i puścił w jego stronę szybką serię, która zaraz umilkła z charakterystycznym kliknięciem. Zaklął pod nosem. Automatycznie sięgnął po magazynek, wsunął go, uderzył dłonią, przeładował.

Łódź była już tak blisko, że widział twarze. Serce zaczęło walić mu w piersi, dzikim, nierównym rytmem, gdy rozpoznał jedną z nich. Tę, która wracała do niego w koszmarach.

– Nie. To niemożliwe… – wyszeptał chrapliwie.

Podniósł broń, lecz zamarł z palcem na spuście.

Metal rzuconych haków zadźwięczał o burtę. Lina napięła się, drabinka poszła w górę. Ktoś krzyczał, wokół rozbrzemiewały strzały. Łukasz wreszcie się ocknął, zmusił do ruchu; kule trafiły chłopaka w pierś. Szarpnęło nim, lecz zamiast krwi, polała się woda.

Łukasz patrzył oniemiały, jak postrzelony dzieciak wciąga się po burcie. Kolejne serie nic nie dawały. Chłopak dotarł na górę, sięgnął. Palce, zimne i nienaturalnie silne, zamknęły się na przedramieniu. Łukasz się szarpnął, lecz nie zdołał wyswobodzić. Stracił równowagę. Reling uderzył go w biodro. Przez ułamek sekundy zobaczył jeszcze pokład. Światła. Marco. Krew.

To nie tak miało być.

Leciał w dół. Krzyk wyrwał mu się z gardła, ale natychmiast zdławiła go woda. Łukasz kopał rozpaczliwie nogami, szarpał się w stronę świateł statku. Coś, co nie było już dzieckiem, wciągało go w mroczną głębię. Daleko od powierzchni, daleko od życia. Panika przyćmiła umysł, płuca paliły ogniem.

Na jeden ostatni moment zobaczył kuchnię. Mały stół. Parę unoszącą się znad kubka. I matkę, która odwraca się w jego stronę, jakby miał zaraz coś powiedzieć.

Potem wszystko zgasło.

 

***

 

Hiena biegła lekko po białym piasku plaży, nie zostawiając na nim śladów łap. Zbliżyła się do beczki wyrzuconej na ląd przez tsunami. Metal był wyżarty, farba łuszczyła się płatami. Spaw puścił. Przez szczelinę sączyło się coś ciemnego, co nie wsiąkało w piasek. W oddali leżały inne rzeczy. Drewno. Strzępy sieci. Kształty, które kiedyś miały imiona.

Hiena zadrżała. Z jej gardła wyrwało się coś ostrego. Chichot, a może szloch? Odwróciła się gwałtownie i odbiegła w głąb lądu, nie oglądając się za siebie.

 

***

 

26 grudnia 2004 roku trzęsienie ziemi na Oceanie Indyjskim wywołało tsunami, w wyniku którego zginęło ponad 200 000 osób.

Na wybrzeżach Somalii fale odsłoniły i wyrzuciły na ląd beczki zawierające nielegalnie składowane odpady. Zgodnie z raportami ONZ część z nich zawierała substancje toksyczne oraz odpady przemysłowe i medyczne.

Koniec

Komentarze

Cześć, ośmiornica

Najpierw sprawy techniczne.

 

oczmi wyobraźni ---> oczami wyobraźni

Uśmiechnął siędo ---> się do 

musiał sam je spróbować ---> musiał sam spróbować

Czyli coś się wydarzył ---> – Czyli coś się wydarzyło

Milczął, choć coś wyraźnie go gryzło

Łukasz obserwował go ---> powtórzenia?

Nie pakuje ---> Nie pakują?

Była już niemal chłodna ---> Co to znaczy niemal chłodna? Trudno mi sobie wyobrazić, że coś jest prawie chłodne. Jest albo chłodne, albo ciepłe. Rozumiem, że to sprawa indywidualna.

Często stosujesz imię bohatera, gdzie wiadomo w domyśle, że o nim mowa. 

opowiadać o tych rybaków ---> o tych rybakach

 

Najbardziej podobały mi się plastyczne opisy żeglugi. W sposób przekonujący pokazujesz życie na pokładzie, używając fachowego słownictwa. 

Wątki fantastyczne rozpoczynają i kończą opowiadanie, komponując się dobrze w całości.

Klik!

Pozdrawiam

Hej Hesket, dzięki za klika i łapankę. Poprawiłam. Cieszę się, że nie wyłożyłam się na technicznych opisach, trochę musiałam się podowiadywać ;)

Witaj. :)

Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

Coś w jej ciele napięło się gwałtownie; niemy skurcz, ostry jak ból. W końcu, gdy nocna bryza targnęła jej włosami, odwróciła się i ruszyła w stronę wydm. Po kilku krokach opadła na kolana.

Jej sylwetka zadrżała i zaczęła się zmieniać. – powtórzenia?

 

Łukasz spoglądał na niego spod przymróżonych powiek. – ortografiak

Włoch uniósł szklankę do ust, ale zatrzymał się w pół ruchu. Powolnym ruchem odstawił ją na stół. – powtórzenie?

– Dobrze, że jesteś z nami, polacco – pierwszy oficer, Antonio, wszedł do mesy i wielką łapą klepnął Łukasza po plecach. – błędny zapis dialogu?

– Trzy statki. Ten idzie na północ. Ten drugi trzyma kurs na wschód. – Przesunął palec po zielonym śladzie – A ten właśnie stanął. Pewnie zarzucają sieci. – i tu też?

– Dalej od brzegu byłoby bezpieczniej. – czy ta aliteracja (i inne) jest celowa?

Łukasz wspiął się po wąskich (przecinek?) metalowych schodach i pchnął drzwi mostka.

 

Łukasz opuścił lornetkę tylko na sekundę i ściągnął z ramienia karabin. Łódź była już bliżej. Jedna mila. Może trochę więcej. Przy tej prędkości będą tu za kilka minut. W lornetce pojawiły się sylwetki ludzi. Trzech. Miał wrażenie, że widzi długą, ciemną linię w rękach jednego z nich. – tu nie mam pewności, więc dopytam (przepraszam, ale nie znam się zupełnie) – chodziło o linię, czy o linę?

 

– Co ty robisz (przecinek?) do cholery? – wrzasnął Łukasz. – wykrzyknik przy wrzasku?

Może nie będzie źle, Łukasz próbował pocieszyć się tą myślą, choć dłonie miał wilgotne od potu. 

Nie był pewien, czy gdyby przyszło co do czego, znowu byłby w stanie pociągnąć za spust. Niestety w najbliższym czasie nie będzie mógł koić nerwów rumem.– powtórzenia?

 

Brawa za fachowe nazwy, świetny klimat opowieści i – nade wszystko – emocje Łukasza. Czuje się, że to tylko symbol – takich, jak on, są tysiące. I ten fakt przytłacza oraz przygnębia. Znakomicie to pokazałaś. :)

Klik, pozdrawiam ciepło i świątecznie. :)

Pecunia non olet

Mnie się podobało przede wszystkim jako literatura akcji. Prezentacja postaci, dialogi, opisy, budowanie napięcia, walka – wszystko dobre, wyważone i na swoim miejscu. Od strony researchu też nie widzę braków. Odrobina fantastyki na początku i na końcu oraz nawiązanie do historycznego tsunami korzystnie przyprawia opowiadanie, nadając mu subtelny posmak. Fabuła raczej prosta, ale w końcu to krótka forma i – tak czy inaczej – tekst zdecydowanie jest ponadprzeciętny. 

Total recognition is cliché; total surprise is alienating.

Ciekawa historia. Bohater stacza się w przepaść bez specjalnego wyboru. Ale w sumie mógł pamiętać, że “there is no free lunch”.

Mam nadzieję, że na końcu nie tylko on stracił życie. IMO, bardziej odpowiedzialni powinni być faceci, którzy to wszystko zorganizowali.

Babska logika rządzi!

Bruce, rzeczywiście trudno było mi wyważyć Łukasza, żeby nie był zupełnie bez wyrazu, a jednocześnie prezentował dość typowe postawy. Fajnie, że się udało.

Jeroh, dziękuję za miłe słowa, cieszę się, że się podobało :)

Finkla, niestety zazwyczaj płacą niewinni, a takie gnojki potrafią utrzymać się na powierzchni. Nie mogę obiecać, że tutaj skończyło się inaczej, ale kto wie, może coś jednak wciągnęło ich pod wodę.

Jeśli nie wciągnęło, to niech chociaż mają świadomość, że nigdy w życiu nie mogą wejść do morza, bo wciągnie. Takie uwięzienie na lądzie, to zawsze coś. Zwłaszcza, jeśli jest to ląd w pobliżu Somalii.

Babska logika rządzi!

To byłaby już niestety czysta fantastyka ;) Kiedy robiłam research do tego opowiadania, najbardziej przytłoczył mnie właśnie brak jakiejkolwiek sprawiedliwości.

Ej, ale to w końcu fantastyka! Możemy wymyślać bardziej sprawiedliwe światy niż nasz.

Babska logika rządzi!

Chyba że będzie to dark fantasy ;)

Mroczna i mocna opowieść. Bohater zapada się w śmierci, mimo że z początku wydaje się, że to tylko męska przygoda. 

Biedna hiena ;(

delulu managment

Nowa Fantastyka