Brzdęk uderzającej o posadzkę metalowej rury odbija się echem od ścian opuszczonych zakładów farmaceutycznych. Musiałam o coś zahaczyć idąc tu w pośpiechu. Zamieram w bezruchu. Czy mnie usłyszeli? Czy zaraz tu przybiegną pokracznie pędząc po żwirowej drodze prowadzącej do głównego wejścia budynku? Próbuję wyostrzyć zmysły, czuję, że po plecach spływa mi pot, tępy ból głowy powoduje, że mam ochotę już nie stać bezczynnie, ale jak najszybciej dostać się do miejsca, które nazwałam laboratorium. To tam znajdę ukojenie. Tam będę bezpieczna przed monstrami, które niczym wirus rozpanoszyły się na naszej planecie. Zaraza, która prędzej, czy później, zniszczy wszystko, co pozostało na Ziemi.
Coś mignęło w polu widzenia. Ostrożnie przemieszczam się do celu. Jeszcze tylko parę kroków i będę bezpieczna. Czuję za sobą ich obecność. Nie zastanawiając się dłużej doskakuję do półki, na której rozstawione są szklane buteleczki z substancją, zdecydowanym ruchem wyciągam z bocznej kieszeni kurtki plastikowy kubek i odkręcam zakrętkę butelki. Biała ciecz szybko wypełnia naczynie. Nie oglądając się za siebie wypijam całą jego zawartość. Czuję, że śledzące mnie potwory powoli znikają, słyszę dobiegające z tyłu dźwięki przypominające charczenie. Tak ginie zło, myślę sobie i powoli się odwracam. Ku mojemu zdziwieniu na końcu korytarza pojawia się kolejny stwór. Kompletnie zaskoczona obserwuję, jak niezgrabnie idzie w moim kierunku. Jak to, co się stało? Przecież lek powinien zadziałać! W panice nalewam nową porcję cieczy. Wypijam ją duszkiem. Monstrum po chwili znika. Jestem trochę zdezorientowana. Siadam na podłodze i trzęsącymi się rękami obejmuję kolana. Kiwam się w przód i w tył. Powoli ogarnia mnie spokój. Opieram się o ścianę i zamykam oczy.
Nie wiem, dlaczego musiałam dzisiaj zwiększyć dawkę leku. Wcześniej się nad tym nie zastanawiałam. Czyżby potwory obrosły w siłę? Może ich sojusznicy pomagają przeprowadzić kolejną inwazję? Na samą myśl po plecach przechodzą mi ciarki. Za mało im zła, które wyrządzili? Tylu ludzi przez nich zginęło, a tak wielu odebrali godność, zabrali im najcenniejszą wartość, jaką może posiadać człowiek, bycie wolnym.
Z dumą myślę, jak dużo wysiłku kosztowało mnie znalezienie tego zniszczonego zakładu. Wcześniej brałam lek z opuszczonych aptek, podkradałam się do budynków i cichaczem wchodziłam do środka. Trzeba było uważać, żeby potwory mnie nie zobaczyły. Krążyły gdzieś tam w pobliżu, czając się, by zaatakować z ukrycia.
Dobrze, że jeszcze pozostali ludzie, którzy nie poddali się reżimowi obcych i chowają się pod ziemią, w tunelach lub opuszczonych budynkach, tak jak ja próbują przeżyć. Nawet nie wiem, jaki jest dzień, jaki miesiąc, ile czasu upłynęło od inwazji. Zostałam tu sama, jak przez mgłę pamiętam, że oddzielono mnie od przyjaciółmi, pamiętam, że ktoś mnie wołał, a ja wybrałam tułacze życie, zamiast kapitulacji. Zostawili mnie tu, bliskie mi osoby wolały poddać się niż podjąć ryzyko przetrwania. Wybrały stan niebytu niż życie w strachu, przemykanie z miejsca na miejsce niczym szczury biegające w kanałach żebrzące o każdy kawałek pożywienia. My, buntownicy musimy wciąż uciekać również przed tymi, którzy poprzysięgli potworom posłuszeństwo.
Wspomnienie budzi żal i chyba tęsknotę? Z trudem nazywam budzące się emocje. To dziwne, już dawno nic nie czułam. Te monstra zniszczyły nie tylko mój świat, ale i mnie. Chowam się tutaj niczym jakiś zbieg, a przecież to nie ja jestem winna zagłady mojej planety.
***
– Na dzisiaj wystarczy, chyba wszyscy jesteśmy zmęczeni – Mevlinn ociera ręką pot z czoła i z głośnym westchnieniem siada na trawie. Pozostałe osoby idą w jej ślady.
– Szkoda, że jeszcze tyle nam zostało do ogarnięcia. – Wysoki mężczyzna z czerwonymi włosami dosiada się do niej. – Wygląda to coraz bardziej obiecująco, ale jeszcze sporo pracy przed nami.
– Możesz o tym nie wspominać? – Mevlinn szturcha go lekko w ramię. – Choć przez chwilę chcę cieszyć się z tego, co osiągnęliśmy, a nie katować się wizją dalszej ciężkiej pracy.
– Dobra, ale wiesz, że dzięki temu nie odmienisz rzeczywistości? – Iben opiera się o drzewo i spogląda w niebo. – Chyba zbiera się na burze. – Dodaje z niechęcią.
– Jaheira nigdy nie lubiła burzy. – Mevlin patrzy ze smutkiem na Ibena. -Ciekawe, czy tam gdzie teraz jest też zbiera się na burze? Czy nadal się jej boi, czy uciszyła lęk i się uodporniła zważywszy na te wszystkie okropności, które jej się przydarzyły?
– Rzeczywiście, to co ją spotkało, było bardzo niesprawiedliwe, – młoda dziewczyna z wielkimi tunelami w uszach siada koło nich – ale kogo z nas nie doświadczyła inwazja obcych? Wszyscy jesteśmy naznaczeni piętnem wojny. Na szczęcie dla nas nie trwała długo, ale Jaheira się zatraciła i pewnie nadal wierzy w te brednie, które wciąż powtarzała o kosmicznym spisku, który zamydlił nam oczy i manipulacji, której jesteśmy ofiarami. – Dziewczyna otwiera termos i pije z niego herbatę. Po chwili dodaje. – Też mi jej żal, kiedyś była mi bliska, nie myślcie, że o niej zapomniała, ale…
– Nikt o niej nie zapomniał! – Iben przerywa jej i wstaje. – Może w końcu uda nam się ją odnaleźć, dzięki tobie Mevlinn, nie tracę nadziei. Myślisz, że nie wiem, że wybór terenów które proponujesz Liderowi do oczyszczenia jest podyktowany chęcią odnalezienia Jahiery? -Iben uśmiech się do przyjaciółki. – Od początku wiem, że zgłosiłaś nas jako wolontariuszy, żeby przeczesywać miejsca, gdzie mogłaby się znajdować. Wszystkie w pobliżu jakiejś apteki lub zakładu farmaceutycznego. – Iben spuszcza wzrok. – Dla mnie też to jest trudne. – Podchodzi do Mevlinn i obejmuje ją. – Nie poddamy się. Jeżeli nadzieja jest matką głupich, to jestem największym kretynem na świecie. – Śmieje się ze smutkiem.
– Po prostu – po policzkach Mevlinn zaczynają płynąć łzy – nie umiem pogodzić się z tym, że odeszła. Może gdyby nie przydzielono jej do innej grupy ochotników pomagającej w poszukiwaniu rannych, miałabym ją na oku, mogłabym pilnować tego co robi, byłabym blisko niej. Trzeba było się sprzeciwić, postawić na swoim, przecież wszyscy wiedzieliśmy, że ma problem, że nie poradzi sobie w grupie z obcymi osobami, niech to szlag trafi! – Mevlinn gwałtownie wstaje. Jest zdenerwowana.
– Czuję się odpowiedzialna za to ci się stało, oprócz tego jestem wściekła, że nie miałam na tyle odwagi i siły, żeby zaprotestować przeciwko przeniesieniu Jaheiry.
– Przecież ona tego chciała, kompletnie nic nie zrobiła, żeby z nami zostać. –Dziewczyna robi zaciętą minę, jakby chciała udowodnić, że ma rację. – Człowiek sam musi zdecydować, że chce się zmienić, nikt za niego tego nie zrobi, a ty się ciągle obwiniasz. Mam wrażenie, że zaczynasz się nad sobą użalać! Uważaj, bo wpadniesz w taki sam rytm jak Jaheira.
Dziewczyna widzi, że Mevlinn patrzy na nią coraz bardziej zdziwiona, ale mimo to kontynuuje. – Wszyscy wiele wycierpieliśmy, ale mam wrażenie, że ty i Jaheira najbardziej to wszystko przeżywacie, jakbyście chciały stać się męczenniczkami. Jaheira wręcz obnosiła się ze swoim bólem, nic dziwnego, że się pogrążyła. A ty chcesz chyba pójść na dno razem z nią, żeby też cię wszyscy żałowali! Iben chce zaprotestować, ale Mevlinn uprzedza go.
– Zamknij się Imen! –Trzęsą jej się ze złości ręce. – Pierdolisz, co ci ślina na język przyniesie, tylko po co? Uważasz, że jesteś cudownie szczera i mówisz to co myślisz, dzięki czemu zbawisz cały świat i otworzysz wszystkim oczy…
– A ty jesteś złośliwa! – Imen podnosi głos. – Ironiczna jak zawsze, bo na nic innego cię nie stać!
– Ale w przeciwieństwie do ciebie stać mnie na współczucie względem przyjaciółki!
Iben staje między kobietami, jakby chciał je rozdzielić. – Dziewczyny, przestańcie już! To nie czas ani miejsce na takie kłótnie. Każda z was ma swoje racje i nie ma sensu się przegadywać, tym bardziej teraz, gdy wszyscy jesteśmy już zmęczeni tą sytuacją. Mamy wystarczająco dużo problemów, żeby jeszcze sobie jakieś z własnej woli dokładać. – A ty Imen, na drugi raz zastanów się, co mówisz, naucz się być bardziej empatyczna. – Bez słowa odwraca się do niej tyłem, obejmuje Mevlinn za ramiona i prowadzi przed siebie.
– Nie przejmuj się nią, ona zawsze musi wygłaszać te swoje mądrości. Znajdziemy Jaheirę, zobaczysz.
***
Nie mogłam w nocy zasnąć, przewracałam się z boku na bok próbując uspokoić się i wyciszyć umysł. Teraz czuję, jakbym całą noc spędziła na zakrapianej alkoholem imprezie. Boli mnie głowa i jest mi niedobrze. Całe ciało mam roztrzęsione i napięte. Może potem jeszcze uda mi się przespać, ale teraz muszę zabrać się za urządzanie prowizorycznego miejsca do zamieszkania.
Postanowiłam przenieść się do fabryki, żeby mieć laboratorium pod ręką. Snuję się więc bez życia po opuszczonym zakładzie szukając czegoś, co przypominałoby stolik i krzesła. Po dłuższym czasie znajduję wszystko, co zapewni mi minimalny komfort – szafki na ubrania, krzesła, nawet fotel obrotowy, stół, którego przesunięcie kosztowało mnie sporo wysiłku oraz lampę w stylu futurystycznym. W końcu kiedyś pracowali tu naukowcy i inżynierowie, a ci cenią sobie wysokie standardy. Gdyby większość mebli i wnętrza pomieszczeń nie została zniszczona, byłoby tu całkiem przyjemnie. Zamieszkałabym w biurze jakiegoś pracownika administracji i byłabym tu raczej bezpieczna, bliskość półki z lekami dodaje mi otuchy.
Szkoda tylko, że nie ma tu żadnych ludzi, myślę ze smutkiem. Samotność zaczyna mi doskwierać, coraz częściej wracają wspomnienia o rodzinie i przyjaciołach. Nawet nie wiem, czy te wspomnienia są prawdziwe. Trudno, teraz najważniejsze jest, żeby przeżyć. Od inwazji żyję z dnia na dzień, nie wybiegam myślami w przyszłość, liczy się tylko to, żeby potwory mnie nie dopadły. A to zapewnia mi substancja. Miałam szczęście, że wzięłam ze sobą wielki zapas Tramdeiny, wystarczył mi na długo. Z wdzięcznością myślę o dniu, w którym podczas wędrówki natrafiłam na ten zakład farmaceutyczny. Na razie nie muszę obawiać się, że lek się skończy, laboratorium, mimo że opuszczone jest bardzo dobrze zaopatrzone. Jestem pozytywnie zaskoczona, że potworom nie udało się zniszczyć tak wielkiego zapasu tego specyfiku. Dzięki temu mogę się przed nimi bronić.
Po urządzeniu sobie względnie wygodnego lokum, postanawiam wyjść na zewnątrz. Trochę boję się, że znajdą mnie obcy, ale mam jeszcze tabletki, dzięki temu mogę swobodnie się poruszać bez obawy, że w razie niebezpieczeństwa nie zdążę pobiec do pracowni farmaceutycznej. Wychodzę przed budynek. Słońce słabo świeci, w końcu jest jesień sądząc po kolorowych liściach na drzewach. Dobrze przynajmniej, że te potwory nie niszczą już roślin. Na początku dewastowały wszystko, co stanęło im na drodze. A największą przeszkodą był człowiek.
Nagle coś mignęło mi na skraju pola widzenia, jakby ktoś rzucił przelotny cień. Odruchowo kucam i chowam się za krzakami. Serce bije mi jak szalone, kurczowo ściskam w kieszeni blister z tabletkami, w każdej chwili gotowa, by je połknąć lub rozgryźć.
Cudowna tramdeina początkowo miała być tylko lekiem na schorzenia górnych dróg oddechowych, a okazało się, że w jakiś osobliwy sposób odstrasza potwory. Już nawet nie pamiętam, kiedy odkryto, że jest skuteczną bronią przeciwko obcym. Czasami wydaje mi się, że to mnie inni zawdzięczają to odkrycie. Wtedy czuję dumę, staję się kimś wyjątkowym, odkrywcą i wynalazcą w jednym. Po chwili jednak przychodzi zwątpienie i żal, że ludzie nie wykorzystali leku w walce z potworami, woleli zginąć, niż stawić opór.
Na razie panuje cisza. Ostrożnie wychylam głowę i wyostrzam wzrok, żeby przekonać się, czy coś tam rzeczywiście jest, czy w oddali czai się potwór, czy to tylko wyobraźnia spłatała mi figla.
Po dłuższej chwili słyszę trzask gałęzi, to na pewno te przeklęte monstra zakradają się, żeby mnie dopaść. Niewiele myśląc biorę cztery tabletki do ust i rozgryzam je. Zawsze noszę przy sobie wodę, ale tym razem połknięcie ich trwałoby zbyt długo. Liczy się każda sekunda. Czuję głód, rozdzierający mnie od wewnątrz, jakąś pustkę, której nie sposób wypełnić. Nie widzę potworów, ale mimo to tym razem biorę kolejnych pięć pigułek, połykam jedna po drugiej popijając wodą. Czekam, aż zaczną działać. Nagle widzę w znacznej odległości przed sobą jakiś zbliżający się kształt, po chwili otaczają go potwory. W panice rzucam się do ucieczki. Pędzę do laboratorium po ratunek. Najwyraźniej najskuteczniejsza jest płynna forma leku. Potykam się, przewracam, chyba stłukłam sobie obydwa kolana, mimo bólu wstaję i zataczając się biegnę przed siebie. Jeszcze kilka kroków i jest moje wybawienie! Odkręcam korek nie otwartej wcześniej butelki i nalewam ciecz do plastikowego kubka, wypijam wszystko do dna i kładę się na podłodze. Zwijam się w kłębek, myśląc, że jak to nie pomoże, to jestem zgubiona.
***
– Paradoksalnie to jej wredne gadanie jeszcze bardziej mnie zmobilizowało do poszukiwań Jaheiry. – Mevlinn krząta się po mieszkaniu podtrzymując przy uchu ramieniem telefon komórkowy. – Tak, jeszcze muszę spakować parę rzeczy do walizki i będę gotowa. Zabieram też plecak do noszenia go na co dzień. Cieszę się, że Lider zgodził się, żebyśmy z Ibenem dołączyli do grupy osób przeszukujących opuszczone zakłady farmaceutyczne w Toksyku. – Mevlinn idzie do łazienki i sięga po kosmetyki w opakowaniach podróżnych. – Nie, nie biorę za dużo, jakby co wszystko mogę sobie dokupić, tamtejsze sklepy już są dobrze zaopatrzone, to nie to co u nas. Toksyk to w końcu stolica Metropolii. – Kobieta śmieje się i zamyka kosmetyczkę. Ktoś dzwoni do drzwi. – Wiesz co zadzwonię do ciebie, jak już będziemy na miejscu. Chyba przyszedł Iben i czeka pod drzwiami. Dzięki, będę uważać i informować na bieżąco. Trzymaj się, pa! – Mevlinn odkłada telefon i szybkim krokiem podchodzi do drzwi. Iben stoi oparty o framugę i spogląda na nią podejrzliwie. – Ale na ciebie trzeba długo czekać. Mam nadzieję, że nie spakowałaś tabunu walizek i że jakoś się zabierzemy z tym twoim oby niegigantycznym bagażem. – Mówiąc to puszcza do Mevlinn oko i wchodzi do mieszkania. Przyniesiony ze sobą plecak kładzie w przedpokoju.
– Nie przesadzaj, od razu ci otworzyłam, po co się czepiasz, a co do bagażu…
– To był żart. – Iben z troską przygląda się przyjaciółce. – Źle wyglądasz, jesteś drażliwa, a z tego wniosek, że potrzebujesz odpoczynku. Możemy zmienić termin wyjazdu, poczekać, aż poczujesz się lepiej, wystarczy jeden telefon do Lidera i wszystko załatwię. – Iben wyciąga z kieszeni telefon komórkowy i odblokowuje go. Zaczyna wystukiwać numer, ale Mevlinn chwyta go za rękę.
– Nie, musimy tam pojechać jak najszybciej. To prawda, czuję się chujowo, bo całą noc nie spałam. Ciągle myślałam o Jaheirze. – Iben z powątpiewaniem przygląda się przyjaciółce.
– Wiesz, co jest w tym wszystkim najtragiczniejsze? – Mevlinn wbija w niego wzrok. – Najgorsze jest to, że zdradziłam ją, nie pomogłam, kiedy najbardziej mnie potrzebowała. Ona zawsze była przy mnie. A ja? Ja pozwoliłam, żeby jej słowa i zachowanie odsunęły nas od siebie, a przecież zdawałam sobie sprawę, że nie jest sobą, że to nie jej wina. Powinnam była jej pomóc. – Kobieta gorączkowo wyrzuca z siebie kolejne słowa. – Nie zważać na to, że mnie zraniła, przecież ona zawsze była dobrą przyjaciółką. Pomimo że potrzebowała atencji, godziła się z tym, że często mnie przy niej było, że nie odpisywałam na wiadomości, że byłam zajęta swoimi sprawami, że po prostu ją czasem olewałam. Tak, olewałam ją, nie próbuj zaprzeczać, tak czuję. – Odwraca się do Ibena tyłem.
W mieszkaniu panuje cisza przerywana jedynie odgłosami pracujących na zewnątrz maszyn.
– To już nie ma znaczenia. – Pierwszy odzywa się Iben. – Najważniejsze, że teraz chcesz działać. Ja to widzę tak, każda z was miała i ma nadal inny styl bycia i inaczej okazuje przyjaźń.
To, że ktoś nie odpisuje na wiadomości, nie oznacza, że o nas nie myśli, że nie jesteśmy najważniejszymi osobami w jego życiu. – Mężczyzna spuszcza wzrok. – Czasem w milczeniu i ciszy kryje się najwięcej.
Mevlinn podchodzi do okna. Przez chwilę obserwuje grupę ludzi oczyszczających teren z resztek gruzu wciąż walających się pod blokiem mieszkania, w którym spędziła całą swoją młodość i który jak wszystko ucierpiał podczas inwazji. Kilku mężczyzn steruje maszynami wykonującymi pracę zbyt ciężką dla człowieka. Wciąż jest dużo do zrobienia, każda para rąk się liczy. Na szczęście ludzie potrafią zjednoczyć się w krytycznym momencie, w obliczu katastrofy chęć przeżycia jest silniejsza niż podziały.
-Nienawidzę ich. – Mevlinn zaciska pięści. – Oni są wszystkiemu winni. Zawsze tak jest, że agresor powoduje chaos, a ci, którzy próbują się bronić tracą najwięcej i popadają w zamęt. Przez to ponoszą klęskę. – Zaczyna nerwowo kompletować bagaż. – Nigdy im nie wybaczę. Ci, którzy siedzą w azylach i uważają, że zostali zmuszeni do walki, pierdolą ohydne kłamstwa, a rząd im wierzy. Przecież nawet nie wyglądają, jak istoty myślące, a co dopiero empatyczne.
Iben podchodzi do przyjaciółki i kładzie rękę na jej ramieniu.
– Pamiętaj, kim jesteś, nie pozwól, żeby złość i żal zaczęły cię niszczyć. Zawsze byłaś otwarta na innych, akceptująca odmienność, wierzyłaś ludziom…
– Dorze powiedziane ludziom, nie tym monstrum. – Mevlinn żachnęła się. – Koniec tej rozmowy, na dzisiaj wystarczy, mamy zadanie do wykonania. – Bez dalszych wyjaśnień obraca się na pięcie, zabiera bagaże i wychodzi z mieszkania. Iben z westchnieniem podąża za nią. Czeka, aż zamknie drzwi na klucz i razem wychodzą z budynku.
***
Czy mi się to tylko zdawało? Czy rzeczywiście widziałam człowieka?. A może to był tylko wytwór mojej wyobraźni? Nie wiem, wszystko mi się miesza. Chwytam się za głowę i siadam przy wejściu do zakładów. Postanowiłam być odważna i dlatego opuściłam laboratorium, mimo wahania i wątpliwości. Czuję się jakbym stała na warcie, tylko moich towarzyszy tu nie ma. Myśl o dawnych przyjaciołach sprawia mi przykrość. Zawiedli mnie, opuścili, nic dla nich nie znaczyłam. Może zrobili to ze strachu? Nie, na pewno nie, zrobili to, bo dbają tylko o siebie, wszyscy bez wyjątku są egoistami!
W głowie pojawia się wspomnienie z dzieciństwa. Widzę siebie z siostrą mamą i tatą, gdy jeszcze żył. Jesteśmy nad morzem. Słyszę szum fal, dosłownie widzę, jak chłodzi nas morska bryza. Wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Do czasu. Jak widać nie potrzeba inwazji obcych, żeby odebrać mi ukochanego człowieka, myślę z lekkim uczuciem żalu. Kiedyś zastanawiałam się, czemu odszedł. Wyobrażałam sobie różne scenariusze, w których tata nadal żyje. Dawało mi to ukojenie, teraz zaczynam mieć pustkę w głowie. Zalewają mnie same negatywne widma z przeszłości, oprócz tego jednego żadnych pozytywnych wyobrażeń. Same gnioty, dosyć tego. Skoro pamiętam wydarzenia z przeszłości przed inwazją, to czemu to co działo się w trakcie jawi mi się jakby przez mgłę? Co się ze mną dzieje?
Wstaję i nerwowo chodzę tam i z powrotem. Czuję, że moje ciało sztywnieje, wszystko w nim wibruje, jakby chciało doprowadzić mnie do szaleństwa. Nie pomaga napinanie i rozluźnianie mięśni. Nie pomaga ruch. Mam ochotę krzyczeć. Gdyby ktoś tu ze mną był, na pewno bym go pobiła. Ta myśl bardzo mnie cieszy. A najchętniej wpierdoliłabym Mevlinn! A i jeszcze fałszywy Iben. Ten wstrętny lizus, który zawsze kopał pode mną dołki. Co z tego, że tego nie pamiętam, na pewno tak było, czuję to. Mevlinn udawała, że tego nie widzi, a potem razem obgadywali mnie po kątach. Wredne skurwysyny. Nienawidzę ich.
Zaczynam nerwowo oddychać. Rozglądam się w panice dookoła. Czyżby to był znak, że za chwilę przybędą obcy. Bez sensu, pojawiają się, kiedy chcą i gdzie chcą, bez zapowiedzi. Na wszelki wypadek jednak idę do laboratorium. Przyspieszam, gdy orientuje się, że nie mam przy sobie tabletek. Jeszcze tylko kawałek i będę na miejscu. Pech chce, że w połowie drogi natykam się na monstra. Patrzą na mnie swoimi ohydnymi ślepiami i wyciągają w moim kierunku włochate łapska. Odruchowo cofam się, chcąc szukać innej drogi. Niestety nie ma innego sposobu dostania się do pracowni, pozostaje mi jedno, muszę walczyć.
Podnoszę z ziemi metalową rurę, swoją drogą, skąd ona się tu wzięła? Widzę, jak jeden z potworów na mnie szarżuje. Biorę zamach i z całej siły rozwalam mu pysk. Następnego trafiam w brzuch, z wrzaskiem pada na ziemię. Ile ich tu jest? Na pewno za dużo. Kolejnemu uderzeniem odrywam głowę od reszty ohydnego cielska, jestem zmęczona, walka kosztuje mnie sporo wysiłku. Pomimo to nie poddaję się, toruję sobie drogę do celu. One również nie zamierzają odpuścić, skaczą wokół mnie wydając przeraźliwe dźwięki, jakby chciały mnie ogłuszyć. Jeden powala mnie na ziemię. Szarpiemy się ze sobą. Udaje mi się przewalić go na plecy, siadam na nim okrakiem i jednym uderzeniem w głowę pozbawiam go życia. Moja radość nie trwa długo. Potwory są wszędzie, pojawiają się nie wiadomo skąd. Nie mam siły już się bronić. Czołgam się po podłodze, a one okładają mnie pięściami, jeden z nich wgryza się w moją nogę, inny szarpie ręce. To już koniec, myślę obojętnie i tracę przytomność.
***
Mevlinn siedzi na balkonie wynajętego specjalnie dla niej i Ibena dwupokojowego mieszkania. Znajduje się na trzecim piętrze w bloku usytuowanym na jednym z osiedli na obrzeżach Toksyku. Pali nerwowo papierosa, i pomimo, że jest już wieczór małymi łyczkami pije kawę z filiżanki. Standard mieszkania, które im przydzielono jest naprawdę wysoki. A ona pewnie śpi w jakiejś piwnicy lub innej melinie, głodna spragniona i samotna, beze mnie, Mevlinn obejmuje rękoma głowę. Wbija paznokcie w skórę, tak mocno, że aż bieleją jej palce. Kiwa się w przód i w tył w poczuciu kompletnej bezradności.
– Przestać. – Iben kuca przy niej i chwyta ją za ręce. – Zrobisz sobie krzywdę.
– Zasłużyłam! – Mevlinn podnosi głos. – Być może użalam się nad sobą, jak twierdzi ta pizda Imen, ale inaczej nie potrafię. Ciągle prześladuje mnie myśl, że zawiodłam, że to wszystko moja wina. – Kobieta gwałtownie wstaje odpychając od siebie przyjaciela. – Ty zawsze jesteś przy mnie, ty byś mnie nie zostawił. – Zaczyna chodzić tam i z powrotem po prostokątnym balkonie ciągnącym się przez całą długość mieszkania. – To dzięki tobie dostaliśmy to lokum. O wszystkim pomyślałeś, nawet o tym, żeby w mieszkaniu były filiżanki, bo wiesz, że tylko z nich pita kawa naprawdę mi smakuje. – Podchodzi do Ibena i przytula się do niego. – Gdybym nie wiedziała, że jesteś gejem, pomyślałabym, że się we mnie podkochujesz. – Przybliża twarz do jego twarzy i dotyka jej obiema rękami. – Jesteś dla mnie jak brat, najwspanialszy przyjaciel, dziękuję ci za wszystko. – Po czym całuje go w policzek.
Iben przygląda jej się z troską.
– Nie patrz tak na mnie. Po prostu – zniża głos – postanowiłam sobie, że będę doceniać swoich bliskich, będę im mówić, co czuje i że są dla mnie ważni. Potem może być już za późno. Wszystko może się skończyć, w każdej chwili mogę stracić każdego, na kim mi zależy. – Podchodzi do balustrady i patrzy na osiedle powoli rozświetlane blaskiem latarni i zapalających się w oknach świateł. – Popatrz, jak tu jest pięknie. – Uśmiecha się do Ibena. – Dopiero niedawno zrozumiałam, co oznaczają te wszystkie frazesy, żeby żyć chwilą, docenić, to co się ma, żeby kochać ludzi, bo tak szybko odchodzą i takie tam. Dotarło do mnie, że nie są wyrazem desperacji i pesymizmu, ale wręcz przeciwnie są iskrą nadziei. Są podpowiedzią, żeby realnie, ale z ufnością patrzeć na rzeczywistość i osadzić się w niej. Nadzieja nie jest głupią mrzonką, która zamiast dawać ukojenie, krzywdzi, bo napełnia człowieka marzeniami i zostawia z niczym. Tak mówią ci, którzy wolą nie otwierać się na możliwości, którzy nie widzą pozytywów bieżącego dnia. To wszystko się ze sobą łączy. – Spogląda na Ibena, jakby nagle ocknęła się z amoku. – Czy ja gadam bez sensu? Czy to wszystko to stek bzdur?
– Każdy ma prawo wygłaszać bezsensowności, ale tym razem mówisz całkiem do rzeczy. – Mężczyzna uśmiecha się. – Nie wiem, dlaczego znowu w siebie wątpisz? Do czego jest ci potrzebne moje potwierdzenie? Zaufaj sobie, kochana. Wszystko, co powiedziałaś płynęło z serca, było autentyczne. Z resztą zawsze jesteś autentyczna, nikogo nie udajesz, nie zakładasz masek, ale boisz się, że ktoś cię za to oceni.
Mevlinn wyciąga kolejnego papierosa i zapala go głośno wydmuchując dym.
– Do takiej rozmowy potrzebny jest drink. – Żartuje. – Owszem, – przytakuje po chwili – zawsze liczyła się dla mnie ta cholerna opinia innych ludzi. Przynajmniej nauczyłam się z nią oswajać, a do tego nie walczyć z tym, że się niepotrzebnie przejmuję, tylko przyjąć to i puścić. I wiesz co? – rzuca zawadiacko – kurewsko dobrze mi to wychodzi. – Waha się przez chwilę i dodaje – Chociaż dzisiaj, jak przyjechaliśmy do obozu i weszliśmy do namiotu tutejszego Lidera, miałam wrażenie, że pozostałe osoby dziwnie na mnie patrzą. – Odchrząkuje nerwowo i mówi. – A jak okazało się, że nie znam topografii Toksyku i że nie zrozumiałam durnowatego żartu, wszyscy się ze mnie śmiali, nie, oni wyśmiewali się ze mnie, szydzili, uważają, że jestem mało bystra, więc nic dziwnego, że przyjaciółka ode mnie odeszła. Mają mnie za głupka i ….
Dosyć! – Iben przerywa jej. – Znowu się dołujesz. Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to wszystko są tylko wymysły. Nikt na ciebie dziwnie nie patrzył, nikt się z ciebie nie wyśmiewał, a już na pewno nikt nie uważa cię za głupią. Skąd ten pomysł? – Mężczyzna bierze Mevlinn za rękę i prowadzi do mieszkania. – Skoro już dopaliłaś cygareta, czas się położyć i odpocząć. Jesteś przemęczona, zestresowana i popadasz w paranoje. Widzę to tak – jesteś zbyt słaba, żeby brać udział w poszukiwaniach. Zakłady są bardzo rozległe, część z nich jest zawalona, część gruntu osunęła się i tworzy niebezpieczne zapadliska. – Iben zmusił przyjaciółkę do położenia się na łóżku. – Zajmę się wszystkim, a ty będziesz tu czekać. – Mevlinn chce coś powiedzieć, ale nie pozwala jej. – Bez dyskusji, widzę, co się z tobą dzieje. Nie chce stracić kolejnego przyjaciela. – Iben robi się smutny i wbija wzrok w podłogę. – Martwię się o ciebie Mevlinn.
– Wiem, – kobieta odpowiada cicho– ale nie gwarantuje, że będę tu cały czas siedzieć. Skoro chcesz mnie uziemić, musisz się streszczać.
– Jasna sprawa. – Mężczyzna podchodzi do niej i gładzi ją po policzku. – Zrobię wszystko, żeby ją odnaleźć, nie tutaj, to gdzie indziej. Jest częścią naszej rodziny. Nie poddam się. – Zaciska pięść, jakby chciał uspokoić narastający gniew. Przyjaciele jeszcze przez chwilę patrzą na siebie w milczeniu, po czym Iben życzy Mevlinn dobrej nocy i udaje się do swojego pokoju.
***
Czuję, jak czyjeś ręce chwytają mnie i chyba podnoszą z ziemi. Nie wiem, wszystko dzieje się jakby za mgłą, jakby nie dotyczyło mnie. Co chwilę zapadam w sen, a może tracę już zmysły. Nie wiem, co jest rzeczywistością, a co wytworem wyobraźni. Jasność jeszcze przed chwilą wypełniająca przestrzeń ustępuję miejsca szarości. Jest zima. Idę za trumną. Obok mnie powoli kroczy starsza o dwa lata siostra, po drugiej stronie mama, która wzięła mnie pod ramię. Już nigdy potem nie szłyśmy obok siebie w ten sposób. Załadowana do karawanu trumna przesuwa się w kierunku miejsca pochówku. Za chwilę znajdzie się w wykopanym dole, zostanie przysypana ziemią i wiązankami kwiatów. Zawsze podobał mi się zamówiony przez mamę pomnik. Może dlatego tak bardzo lubię czarny kolor. Zabrali mi tatę na zawsze. Po chwili jestem w mieszkaniu przy ulicy Byczyńskiej. Babcia siedzi w kuchni i rozwiązuję krzyżówki, Dziadek siedzi w dużym pokoju i słucha przez słuchawki muzyki. Uśmiecha się. Pojawia się choinka, jest pięknie przystrojona, czuję zapach cynamonu i goździków. Piję wodę z sokiem różanym i jem ciasto jo-jo. Po latach dużo bym dała, żeby jeszcze raz poczuć te smaki, żeby zjeść pyszne babcine pierogi. Lepiła je chociaż miała chore ręce. Pamiętam, jak siadała na fotelu i ręką zakrywała usta, żeby nie krzyczeć z bólu. Pomimo to zawsze, gdy przyjeżdżałyśmy, było przygotowanych mnóstwo smakołyków. Dziecko nie umie docenić trudu bliskiej osoby. Teraz doceniam, tak doceniam! Krzyczę z całych sił, choć nikt mnie nie słyszy. Chcę tam zostać, nie zabierajcie mnie stąd, chcę im powiedzieć, jak bardzo ich kocham, że nigdy o nich nie zapomnę. Za późno. Jestem w kamienicy przy ulicy Jordana. Babcia, tym razem mama mojej mamy, siedzi na krześle i zażywa tabletki. Na stole stoi zrobiony przez nią kompot. Na talerzyku leży przepyszny kawałek sernika wiedeńskiego. Najlepsze ciasto, jakie kiedyś jadłam.
Uśmiecha się do mnie. Ma starannie ułożoną fryzurę i mocno przyczernione brwi, jak zawsze, wtedy, gdy wracała od fryzjera. Przytulam ją. Pachnie kremem Nivea. Chyba chce mnie o coś zapytać, ale nie słyszę dźwięku, widzę jedynie, że otwiera usta i coś mówi. Po chwili oddala się, robi się coraz mniejsza, wygląda teraz jak mała laleczka, a je chcę ją zatrzymać. Biegnę w jej kierunku, ale wciąż stoję w miejscu. Mam ociężałe ciało. Coś mną wstrząsa, nabieram swobodniej powietrza i widzę ją, moją przyjaciółkę, nie, widzę osobę, która kiedyś była dla mnie bliska, nawet słyszę dźwięk jej głosu, dochodzi do mnie jakby z oddali, przerywany otaczającym nas zgiełkiem, hałasem miasta, który tak lubię, którego normalnie nie rejestruję, bo traktuję go jak szum. Teraz zagłusza jej słowa. Coś do mnie mówi, a może do kogoś innego? Nie wiem, nie chcę jej słuchać, chcę wrócić tam, gdzie byłam bezpieczna, do rodzinnego domu, chcę przytulić babcie i dziadków, chcę, żeby wiedzieli, że o nich pamiętam. Chcę porozmawiać z tatą… Potem ogarnia mnie ciemność.
***
– Tak, to jest ten syf. – Mevlinn z obrzydzeniem wypluwa na podłogę łyk cieczy, którą przed chwilą nalała sobie do papierowego kubka. – Fuj, to jest obrzydliwe, jak ona mogła to pić? – Mówi cicho sama do siebie, bo nikt w tej chwili nie towarzyszy jej w laboratorium. Rozgląda się po pomieszczeniu. Widzi prowizorycznie urządzone miejsce do spania, na podłodze leży materac, obok stoi obrotowy fotel i stół. Na stole leży plecak Jaheiry. Poznaje tę charakterystyczną naszywkę, którą sama dla niej zrobiła. No i oczywiście ona, półka z lekami góruje nad wszystkim, jakby chciała powiedzieć, że jest najważniejsza, że ona tu rządzi.
– Pewnie tak było, niestety…– Mevlinn zaczyna przeszukiwać pomieszczenie. Pod materacem znajduje puste opakowania po Tramdeinie. – Zabrała ze sobą sporo tego cholerstwa. – Mruczy pod nosem. – Jakżeby inaczej, – zaciska dłonie w pięści, z furią bierze do ręki kartonik i rozdziera go na strzępy. – Ohydny plugawy syf! – Krzyczy na całe gardło.
– Mówiłem ci, żebyś została w domu. – Za jej plecami rozlega się głos. – Prosiłem, żebyś zaczekała na wyniki poszukiwań, ale nie, ty oczywiście musiałaś zrobić po swojemu. – Iben staje tuż przed nią i spogląda jej głęboko w oczy. – Dlaczego? Powiedz, dlaczego tu jesteś? Co tu do cholery robisz?
– A jak myślisz geniuszu? – Mevlinn warczy na przyjaciela. – Miałam bezczynnie czekać, aż ktoś mnie zawiadomi, że ją znaleźliście? I co, sama muszę na siebie liczyć. Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć?
– Skro już wiesz, to po co tu przyszłaś? – Iben taksuje ją wzrokiem. – Tu jej nie ma. – Dodaje po chwili. – A tak w ogóle, skąd o wszystkim wiesz?
– Przyszłam, bo yyy, bo – Mevlinn zacina się – bo chciałam zobaczyć, chciałam przekonać się, że to prawda.
-Prawda, że ją znaleźliśmy? Kto ci o tym powiedział? – Iben zaczyna drążyć temat. Mevlinn zawsze uważała, że jak się do czegoś przyczepi to nie popuści, póki nie dowie się prawdy, póki nie dotrze do sedna sprawy.
– Nieważne. – Mevlinn usiłuje przejść obok niego, ale przyjaciel zatrzymuję ją.
– Kto puścił parę z gęby? – Nie daje za wygraną. – Skąd wiesz, że tu znaleźliśmy Jaheirę?
– Nieważne! – Kobieta podnosi głos. – To jest w ogóle nie istotne. Powiedz mi, gdzie teraz jest?
– To jest dla mnie bardzo istotne. – Iben chwyta ją za ramiona i zmusza do spojrzenia mu w oczy. – Powiedz prawdę, proszę. – Cedzi przez zęby. Jest zdenerwowany, widać po nim zmęczenie.
– Dobra – Mevlinn daje za wygraną. Jest jakby zakłopotana, przez chwilę milczy. – Na pewno się wściekniesz, ale trudno, chcesz poznać prawdę, to proszę bardzo. Ty kazałeś mi siedzieć w mieszkaniu, a ja już nie mogłam wytrzymać tej bezcynności. Nikt mi o niczym nie musiał mówić, sama się dowiedziałam. Cały czas śledziłam z ukrycia wasze poszukiwania. Byłam na tyle ostrożna, że się niczego nie domyśliłeś. Obserwowałam was z daleka. Widziałam, że kogoś znaleźliście, że wynosicie jakąś osobę na noszach i podpiętą do kroplówki załadowujecie do karetki. Ale to było wczoraj, a ty nic mi nie powiedziałeś. – Mevlinn przygląda się Ibenowi ze złością. – Wróciłeś do domu i zachowywałeś się jak gdyby nigdy nic. A ona, teraz już jestem w stu procentach pewna, że to Jaheira, już była w jakimś szpitalu i mogłam ją odwiedzić, ale ty z nieznanej mi przyczyny postanowiłeś zachować ten fakt dla siebie. Mogłeś zrobić to dzisiaj, też nie kwapiłeś się, żeby poinformować mnie, że moja najlepsza przyjaciółka się odnalazła! – Podniesiony ton przechodzi w krzyk. – Więc nie stój tu teraz wkurwiony o nie wiadomo co i nie przesłuchuj mnie, jakbym to ja była winowajcą! Przecież szukaliśmy jej razem, to była nasza wspólna sprawa! Kiedy zamierzałeś mi powiedzieć? A może w ogóle? – Mevlinn wymachuje rękami, jakby to miało pomóc jej w pozbyciu się napięcia. – No tak, milczysz, to był twój niecny plan. Nie powiedzieć mi o tym. Tylko ja pierdole, nie wiem, dlaczego podjąłeś taką wredną decyzję?
– Przepraszam. – Iben spuszcza na chwilę głowę. Widać, że bije się z myślami. – Naprawdę Cię przepraszam Mevlinn. – Sytuacja się odwróciła, teraz Iben jest tym, który czuje się niezręcznie, jakby przyłapany na gorącym uczynku. Przeciera ręką twarz.
– Jak cię tu zobaczyłem, poczułem strach, zdenerwowałem się, bo … – przerywa na moment, po czym kontynuuje – bo, nie chciałem, żebyś dowiedziała się w ten sposób, sam chciałem ci powiedzieć. Chciałem cię to tego przygotować.
– Od początku jestem na to gotowa, co ty w ogóle mówisz? – Kobieta zaczyna nerwowo chodzić tam i z powrotem.
– Jaheira jest w złym stanie…
– Nie przypuszczam, że w dobrym. – Mevlinn wpada mu w słowo. – To było oczywiste, że będzie w kiepskiej kondycji, chyba nie łudziłeś się, że będzie inaczej.
– Nie, nie łudziłem się, ale myślałem, że nie będzie, aż tak fatalnie.
– Co masz na myśli? – Mevlinn wbija w niego wzrok.
– Po prostu źle na wszystkich reaguje. – Iben omija przyjaciółkę wzrokiem. – Teraz lepiej zostawić ją w spokoju.
– Ani myślę! Jeżeli ty nie powiesz mi, w jakim szpitalu leży, dowiem się od kogoś innego. – Kobieta odwraca się na pięcie i kieruje do wyjścia z budynku.
– Zaczekaj, – Przyjaciel zrównuje z nią krok – na pewno chcesz tam jechać? – Pyta, choć wie, jaka będzie odpowiedź. – Zawiozę cię. – Dodaje nie czekając, na to, co opowie Mevlinn.
***
Pielęgniarka zamyka na klucz drzwi do jeden z sali. Głęboko wzdycha i kieruje się do dyżurki. Ma zatroskaną minę. Gdy dostrzega siedzącą nieopodal Mevlinn, zatrzymuje się i szybko odwraca, żeby pójść w przeciwnym kierunku. Na próżno. Kobieta wstaje z krzesła i szybkim krokiem podchodzi do niej. Gdy ta nie zatrzymuje się, zagradza jej drogę. Pielęgniarka jest wyraźnie zakłopotana.
– I jak ona się czuję? – pyta Mevlinn i wbija w kobietę wzrok.
– Jak się czuje, kto? – Gra na zwłokę.
– Ja pierdole! – Mevlinn wybucha. – Przecież wiadomo, o kogo mi chodzi! – Szybko opanowuje się. – Jak się czuje, oczywiście Jaheira, chyba pani wie, o kim mówię? Przed chwilą wyszła Pani z jej sali, do której z resztą nie chcecie mnie wpuścić. – Patrzy wyczekująco na pracowniczkę służby zdrowia.
– No cóż, trudno powiedzieć, pewnie z czasem będzie lepiej, ale na razie nie wolno jej przeszkadzać i …
– Chcę ją zobaczyć. – Przerywa jej Mevlinn.
– To niemożliwe, – odpowiada stanowczo kobieta – jeszcze nie teraz.
– Nie wytrzymam, ja już tego nie zniosę! – Mevlinn wybucha. – Wszyscy gadacie to samo, jeszcze nie teraz, nie jest gotowa, trzeba poczekać. Chyba nikt z was nie rozumie, jakie to ważne nie tylko dla mnie, ale i dla niej. Widok bliskiej osoby na pewno dobrze jej zrobi.
Kobieta omija Mevlinn wzrokiem. Jest wyraźnie zażenowana, nie wie, co odpowiedzieć. Po chwili wyjaśnia.
– Musisz wiedzieć, że ja wykonuję tylko polecenia lekarza.
Mevlinn patrzy na nią ze zdziwieniem. Nie pamięta, żeby mówiły sobie po imieniu. To już przesada.
– Jak wy mnie wszyscy traktujecie? – Zaczyna podnosić głos. – Jak traktujecie też ją? Trzymacie Jaheirę w izolacji i nikogo do niej nie puszczacie. Chyba, że – dodaje podejrzliwie – tylko mi nie pozwalacie się z nią spotkać. Tylko dlaczego? Skąd ten idiotyczny pomysł, żeby zamykać sale na klucz? Przecież ona się tam czuję jak w pułapce.
– Zapewniam cię, że robimy wszystko, żeby wróciła do zdrowia. – Pielęgniarka ma już dosyć tej rozmowy. – A teraz przepraszam, musze wracać do pracy. – Próbuje wyminąć Mevlinn, ale ta nie daje za wygraną.
– Musze ją zobaczyć! – Zaczyna krzyczeć. Podchodzi do drzwi i uderza w nie pięściami. – Jaheira, kochanie, jestem tu, nie chcą mnie do ciebie wpuścić, ale ja jestem przy tobie, pamiętaj!
– Dosyć tego! – Pielęgniarka jest zdenerwowana. – Jak masz robić taką aferę, to proszę bardzo, wchodzisz na własną odpowiedzialność, tylko nie miej potem do mnie pretensji!
Przez krótką chwilę Mevlinn nachodzi złe przeczucie, ale szybko odgania je. Nie pozwoli, żeby ją zmanipulowali, wpłynęli na jej relację z najlepszą przyjaciółką.
Sanitariuszka otwiera drzwi i bez słowa oddala się. Mevlinn powoli wchodzi do sali. Przez moment ma wrażenie, że na łóżku leży obca osoba, ktoś zupełnie nie przypominający tej pogodnej i zawsze zadbanej dziewczyny, którą zna od podstawówki. Jaheira przygląda jej się z nienawiścią w oczach. Mevlinn nie zwraca na to uwagi, ignoruje ten ostrzegawczy sygnał i prawie podbiega do łóżka.
– Kochana, wreszcie cię odnaleźliśmy. – Po policzkach zaczynają spływać jej łzy. – Tak bardzo się o ciebie martwiłam, to znaczy nie tylko ja, wszyscy się martwiliśmy. – Chce ją pocałować w czoło, ale przyjaciółka odwraca głowę. Po chwili znienacka uderza ją w twarz. Mevlinn jest zaskoczona, wyprostowuje się i wtedy Jaheira chwyta ją za bluzkę i przyciąga do siebie.
– Naprawdę? – Syczy ze złością. – Mam uwierzyć, że mnie szukałaś?
Mevlinn chce się odsunąć, ale uścisk jest zaskakująco mocny jak na osobę w tak krytycznym stanie.
– Zdrajczyni! – Jaheira chwyta ją za włosy i szarpie z całych sił. – Zasrana zdrajczyni! Ile ci zapłacili, żebyś mnie tu ściągnęła, ty przekupna pindo! – Szarpie ją coraz mocniej.
Mevlinn jest jak w transie, nie potrafi się ruszyć, pozwala, żeby przyjaciółka wyładowywała na niej swoją złość.
– Nienawidzę cię! – Jaheira krzyczy coraz głośniej. – Ciebie i tego zasrańca w czerwonych włosach! To wszystko wasza wina! – Po chwili puszcza Mevlinn i z całej siły wymierza jej kolejny policzek. Mevlinn wykorzystuje to i próbuje się wycofać. Wtedy Jaheira wyskakuje z łózka i zaczyna okładać ją pięściami. Wrzeszczy przy tym niezrozumiałe słowa.
-Szybko! W tamtej Sali! – Do przerażonej Mevlinn dociera z oddali głos Ibena.
Kobieta ogląda jakby przez mgłę, jak dwóch pielęgniarzy odciąga od niej przyjaciółkę, jak wbijają jej w ramię zastrzyk. Jaheira jeszcze przez chwilę szarpie się, ale po chwili zaczynają działać środki uspokajające i jej krzyk urywa się. Mężczyźni przenoszą ją na posłanie.
Mevlinn widzi, jak przypinają ją pasami do łóżka. Dużo czasu upłynie, zanim ten widok nie będzie jej prześladować, nim wyprą go inne bardziej optymistyczne obrazy. Iben wyprowadza ją z sali i przytula z troską. Mevlinn najchętniej zapadłaby się pod ziemię, rozpłynęłaby się w niebycie, żeby nie musieć tego wszystkiego przeżywać. W czasie inwazji doświadczyła wielu okropnych wydarzeń, ale ma wrażenie, że to w czym wzięła przed chwilą udział, było najgorsze. Tyle czasu jej szukała, tyle wysiłku poświęciła, by ją odnaleźć. Ostatnie dwa miesiące wypełnione były poszukiwaniami, to one były najważniejsze. Wszystko podporządkowała temu jednemu celowi, nic innego się nie liczyło.
– Co się z nią stało? – Przerywa ciszę. – Ja pierdolę, co się z nią stało? – Wybucha płaczem. Przez chwilę nie może się uspokoić. Podchodzi do nich lekarz.
– Przepraszam, nie wiem, dlaczego pielęgniarka otworzyła salę. – Mówi poważnym głosem. – Wyjaśnię to. Dobrze, że był pan w pobliżu. Teraz państwa przyjaciółka śpi. W tej sytuacji, lepiej, żeby poszli już państwo do domu. – Patrzy na Ibena wymownie.
– Oczywiście. – Mężczyzna kiwa przytakująco głową. – Proszę mnie informować na bieżąco. – Po chwili zbliża się do lekarza i szepcze mu do ucha. – Proszę informować tylko mnie, proszę nic nie mówić na razie Mevlinn. – Lekarz daje znak, że rozumie. Już wcześniej Iben prosił go, żeby nie wpuszczać do pacjentki tej niecierpliwej i bardzo energicznej kobiety. Jest zły, że pielęgniarka nie zastosowała się do polecenia, na pewno wyciągnie w stosunku do niej konsekwencje. Ta awantura w sali było zupełnie niepotrzebna, można było jej uniknąć. Wzdycha ciężko i wraca do swoich zajęć.
***
– Cześć, nazywam się Jaheira – na jej twarzy pojawia się uśmiech – przyszłam tu dziś
z moimi przyjaciółmi. – Bierze głęboki oddech. – I jestem uzależniona.
Mevlinn chwyta ją za rękę i daje znak, żeby mówiła dalej. Siedzą w pubie, który został urządzony w stylu steam punk. Na dzisiejsze spotkanie specjalnie wybrali to miejsce. Przychodzili tu jeszcze przed inwazją. Gdy wojna się skończyła na początku wszyscy, potem tylko Mevlinn i Iben pomagali w pracach porządkowych. Wtedy jeszcze łudzili się, że ich zaginiona przyjaciółka wróci do tego miejsca, zupełnie irracjonalnie myśleli, że któregoś dnia zjawi się znienacka i wszystko będzie, jak dawniej.
– Niektórzy już po raz kolejny biorą udział w spotkaniu grupy, ale tym, którzy są tu po raz pierwszy przedstawię się odrobinkę.
Mevlinn z czułością przygląda się przyjaciółce. Wygląda zupełnie inaczej niż wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczyła ją w szpitalu po długiej rozłące. Jest twarz jest starannie pokryta makijażem, ma świeżo zafarbowane i obcięte włosy. Jest spokojna, uśmiechnięta, widać, że odzyskuje równowagę.
– Cała moja przygoda z uzależnieniem zaczęła się od inwazji. – Jaheira robi poważną minę, na chwilę spuszcza wzrok. – Wiem, że każdy doświadczył okrucieństwa wojny i to, że zostałam mocno poszkodowana nie jest usprawiedliwieniem mojego nałogu, ale niestety to właśnie wydarzenia z tamtego okresu pchnęły mnie do sięgnięcia po – odchrząkuje – po Tramdeinę. – Robi krótką pauzę. – Biorąc ją po raz pierwszy nie wiedziałam, że jest tak silnie uzależniająca, czułam po niej przyjemne otępienie, spokój, za którym zawsze tęskniłam. Dość szybko, lek zaczął rządzić moim życiem. Nie wiedziałam, że skutkiem ubocznym są urojenia. Im więcej brałam, tym zwiększała się moja tolerancja. Doszło do tego, że odwróciłam się od najbliższych, wolałam uciec, niż zrozumieć, że potrzebuję pomocy.
Żyłam w nierzeczywistym świecie. Wydawało mi się, że Tramdeina odstrasza potwory, a ona przywoływała wewnętrzne demony. Były takie realne. – Robi łyk wody, bo czuje, że zaschło jej w gardle. Za każdym razem, gdy opowiada o swoim uzależnieniu czuje dyskomfort, nie umie się do tego przyzwyczaić. Powraca ból i strach z tamtego okresu. Pomimo to, Jaheira postanowiła, że będzie o tym opowiadać, żeby przestrzec innych, ku przestrodze.
– Gdyby nie moi przyjaciele – spogląda najpierw na Mevlinn, potem na czerwono włosego mężczyznę – pewnie byłabym już martwa. Odeszłabym przekonana, że potwory rządzą naszą planetą, ludzie, którzy stawiali opór zostali uwięzieni, a wolność zachowali tylko ci, którzy zaczęli współpracować z obcymi. Wiem – uśmiecha się – to brzmi, jak szaleństwo, ale własne do takiego stanu doprowadziło mnie zażywanie tego świństwa. To wszystko, dziękuję. – Jaheira rozluźnia się i na chwilę odpływa myślami do okresu, gdy spotykała się w tym miejscu z przyjaciółmi. Była wtedy kimś innym, tak wiele się zmieniło od tego czasu, straciła tyle bliskich osób, tak wiele wycierpiała.
Kolejni uczestnicy spotkania zabierają głos. Przedstawiają się i zaczynają opowiadać swoje historie. Wszystkie przepełnione są bólem, stratą i żałobą po bliskich. Każdy z nich doświadczył czegoś strasznego, przeżył coś, co na zawsze odcisnęło piętno w psychice. Niektórzy są dopiero na początku drogi ku wyzdrowieniu, inni dawno zakończyli terapię i przychodzą na takie spotkania sporadycznie, chcą podzielić się swoim doświadczeniem i dać nadzieję innym. Każdy przypadek jest indywidualny, ale wszystkie łączy chęć poradzenia sobie z traumą, codzienna często mozolna walka o trzeźwe przeżycie kolejnego dnia, bitwa o to, by nie popaść w zwątpienie, które gdzieś tam czyha w ciągłej gotowości, by zadać cios. Uczestnicy wspierają się wzajemnie, nikt nikogo nie ocenia, informacje zwrotne są przekazywane z szacunkiem i wzajemną troską.
Jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej Jaheira uśmiecha się do siebie. Z miejsca, w którym siedzi widać roztaczający się za oknem rynek miejski. Kamienice pokryte są rusztowaniami, prace remontowe wciąż trwają. Miasto obudziło się do życia.