Wiedzieli, że wróg się zbliża. Nie próżnowali, przygotowali się najlepiej jak potrafili: zebrali zapasy, zaryglowali bramę grodu i posłali najdzielniejszych mężów na wały.
A wszystko to na nic…
Nikt nie był w stanie wytłumaczyć, jak wróg przedostał się do środka osady niezauważony.
– Poszukuję Ludmiły Starostowej z domu Dobrowiczów – głos nieznajomego nie tyle zabrzmiał, co rozlał się magicznie po głowach wszystkich mieszkańców osady.
– A pierdol się, ty i wy wszyscy szlachetnie urodzeni – Andrzej splunął pod nogi nieznajomego. – Ciągle wam mało. Ciągle tylko więcej i więcej. A teraz jeszcze przyszliście po panienkę?
Nieznajomy spojrzał na niego krótko. Wystarczyło mu tylko jedno zerknięcie: szybkie i puste.
– To nie ciebie szukam. Odejdź.
– A pierdol się! U siebie jestem. A ty zdaje się, że sam tu jesteś? Co? – odwrócił się do ludzi. – Co wy na to? Pozwolimy jakiemuś paniczowi rządzić w naszej wiosce?
– Nie!
Z każdą kolejną sekundą nasilały się wrzaski domagające się przelewu błękitnej krwi. Co odważniejsi chłopi już złapali za sierpy i noże.
A nieznajomy nawet nie drgnął.
– Poszukuję Ludmiły Starostowej z domu Dobrowiczów – powtórzył beznamiętnie.
– A masz! – wrzasnął Andrzej i ruszył.
Nigdy nikogo nie zabił. Widać to było w jego ruchach. Już na starcie potknął się o własne nogi, ale nie upadł. Ustał to upokorzenie. Wtedy też coś w nim pękło – ciął już bez żadnego zawahania. Z pewnością i precyzją godną rycerza.
Nieznajomy nie zrobił nic. Nie odsunął się. Nawet nie spojrzał. Jakby ta sytuacja w ogóle go nie dotyczyła.
Sierp wbił się pewnie w głowę nieznajomego.
– Co do…? – Andrzej runął na ziemię. Jego ostrze… pozostało suche.
Spudłował? Gdyby nie zamknął oczu, wiedziałby, że nie. Ostrze przecięło głowę wroga na pół, z tym, że nie trysnęła z niej krew, a ciemnoszary dym.
– Jak…? – zakaszlał. Raz. Drugi. Za każdym razem wypluwając dym. – To niemożliwe. Powinieneś nie żyć! Jak to zr– – mówił, aż w końcu kaszel całkiem go złamał. Siny wił się jeszcze przez chwilę na ziemi, nim całkiem znieruchomiał. Spojrzeniem szukał jeszcze ratunku, ale nikt nie odpowiedział. Każdy tylko odwracał wzrok, gdy przychodziła jego kolej.
– Nikt więcej dziś nie umrze, jeżeli wydacie mi Ludmiłę Starostową z domu Dobrowiczów.
– Ja zginę – odezwał się starzec. Najstarszy z nich wszystkich. Podnosił się powoli, ciężko, opierając się na lasce. – I to z uśmiechem. Ale Ludki nie oddam. Po moim trupie.
Uniósł laskę jak miecz.
– Ktoś jeszcze ma tu jaja?
Nastała cisza. Długa. Zbyt długa. Ale w końcu nadeszło krótkie:
– Ja!
I zaraz kolejne:
– Ja też!
– Nie jestem tchórzem!
– Nie pozwolimy jej skrzywdzić!
– Cisza! – wysoki, kobiecy głos przerwał wrzaski. Przed tłum wyszła kobieta, na oko dwudziestoletnia.
– Dziadku, usiądź. Nikt więcej dziś nie zginie – tu zwróciła się w kierunku nieznajomego. – To mnie szukasz.
– Ludka, nie…
– Spokój – nie odwróciła się w kierunku starca, nie chciała by dostrzegł jej niepokój. – Nic tu po waszym męstwie. To czarownik.
Nieznajomy wyjął list. Rozłożył go spokojnie. Spoglądał to na kartkę, to na nią.
– Odwróć się. Muszę zobaczyć twoje plecy.
Zawahała się, ale posłuchała. Materiał rozdarł się łatwo. Nie miała niczego pod suknia, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Wszyscy zamilkli spoglądając na jej plecy. Od szyi po biodra ciągnęła się paskudna szrama. Stara, ale wciąż żywa. Wyryta równo i starannie.
„KURWA”.
– Ludmiło Starostowa, ubierz się – powiedział nieznajomy spokojnie. – Czeka nas długa droga do domu.