- Opowiadanie: Anonimowy bajkoholik - Gdzie oni są, panie profesorze?

Gdzie oni są, panie profesorze?

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

marzan

Oceny

Gdzie oni są, panie profesorze?

– Bardzo dziękuję, panie profesorze, za ten fascynujący wykład o architekturze wszechświata. – Ewa spojrzała w kamerę numer jeden, posyłając widzom wyćwiczony uśmiech.

W słuchawce zabrzmiał głos realizatora:

– Kończ to, Ewka. Dwie minuty do zejścia.

– Czas nieubłaganie ucieka – podjęła, nie zmieniając tonu. – Pozwolę sobie na ostatnie pytanie. Wszechświat ma, jak pan mówił, czternaście miliardów lat. Biliony galaktyk. Niezliczone gwiazdy i jeszcze więcej planet. Skoro tego wszystkiego jest tak wiele, to dlaczego nie odbieramy żadnego sygnału? Czemu nikt nie macha? Gdzie oni są, panie profesorze?

Atmosfera zgęstniała. Silne światło reflektorów wydobywało z półmroku drobiny kurzu wiszące w powietrzu. Publiczność na antresoli trwała w nabożnym milczeniu, a wirująca Droga Mleczna na ogromnych ekranach LED Zdawała się zwalniać swój obrót.

Operator kamery numer dwa przesunął się o krok, szukając lepszego kadru. Płynnym ruchem pierścienia złapał ostrość na twarzy profesora Wiśniewskiego.

– Półtorej – odezwał się głos w słuchawce.

Wiśniewski uniósł głowę. Na czole błyszczał mu pot, ale oczy, dotąd przygasłe, niespodziewanie odżyły.

– To znakomite pytanie, które w nauce doczekało się własnej nazwy: paradoks Fermiego – zaczął, pochylając się ku Ewie z entuzjazmem, którego brakowało mu przez całą godzinę emisji. – Skoro statystyka mówi „tak”, a niebo uparcie odpowiada „nie”, musimy szukać przyczyn tego milczenia. W świecie nauki dominuje obecnie kilka hipotez próbujących rozwikłać tę zagadkę.

Wyprostował się i wziął głęboki oddech.

– Po pierwsze – uniósł palec – hipoteza jedynego świata. Jesteśmy biologicznym przypadkiem, anomalią, która wydarzyła się tylko tutaj. Być może życie jest rzadkie, znacznie rzadsze, niż chcielibyśmy przyznać. Jesteśmy sami.

Uniósł drugi palec.

– Kolejna możliwość: wielki filtr. Moment, w którym każda cywilizacja niszczy samą siebie, zanim zdoła ogłosić swoje istnienie. Degradacja środowiska, nierozważne decyzje, wojny, technologiczne samobójstwo.

Pozwolił, by to stwierdzenie zawisło w powietrzu, dając słuchaczom czas na oswojenie się z wizją.

– To przygnębiające – odezwała się Ewa.

– Dokładnie. – Skinął. – Ewolucja bywa ślepym zaułkiem.

– Oby nie zawsze.

– Po trzecie – kontynuował – bariera technologiczna. Cywilizacje powstają, ale nie wychodzą poza macierzyste układy. Prawa fizyki mogą być granicą nie do przebicia albo to same społeczeństwa tworzą bariery zniechęcające do wysiłku eksploracji. Po czwarte: szukamy źle. Nasze metody są zbyt prymitywne, a nasłuch prowadzimy w sposób, który ma sens tylko dla nas. Jesteśmy jak mrówki próbujące zrozumieć sygnał biegnący światłowodem.

– Trzydzieści sekund – przypomniał realizator.

– I piąty scenariusz – podjął Wiśniewski – być może najbardziej prawdopodobny i najbardziej poruszający wyobraźnię…

Urwał. Spojrzał prosto w czarne oko obiektywu.

Operator zrobił najazd. Teraz na ekranach w tysiącach domów widać było już tylko twarz naukowca.

– Ciemny las – powiedział wolno. – Hipoteza zakładająca, że wszechświat milczy, bo milczenie jest jedyną rozsądną strategią przetrwania. Każda cywilizacja, która się ujawnia, staje się celem. Wszyscy siedzą w domach i drżą w ciemnościach.

W studiu zapadło głuche milczenie.

– To chyba najbardziej przerażające – powiedziała cicho Ewa. – Samotność z wyboru i z konieczności.

– Tak… Ja to nazywam samotnością w tłumie. – Zawahał się na moment. – Jest jeszcze jeden pogląd. Mniej popularny. Niektórzy nazwaliby go teorią spiskową, choć są też tacy, którzy traktują go poważnie. Chodzi o to, że w sześćdziesiątym dziewiątym, podczas misji Apollo 11, gdy statek Columbia…

Reżyser za linią kamer uniósł dłoń i zaczął odliczać na palcach: pięć, cztery, trzy…

– Dziękuję panu bardzo za tę rozmowę – przerwała Ewa z wyćwiczonym uśmiechem, odwracając się do głównej kamery. Jej głos był już kojący i bezpieczny. – Niezależnie od odpowiedzi na to pytanie, jedno pozostaje pewne: wciąż patrzymy w niebo i wciąż szukamy. Moim i Państwa gościem był profesor Adam Wiśniewski. Do zobaczenia w czwartek. Dobranoc.

Publiczność zaczęła klaskać. Obraz galaktyki przeszedł w czerń. Czerwone diody „On Air” zgasły.

Ewa pospiesznie odsunęła krzesło. Nie czekając na asystentów, zaczęła odpinać mikroport, jakby chciała natychmiast zrzucić maskę i wrócić do domu. W studiu podniósł się hałas – głosy techników, zgrzyt przesuwanych statywów, szelest zwijanych kabli, tupot publiczności opuszczającej antresolę.

– …Gdy podczas misji Apollo 11 statek Columbia znalazł się po niewidocznej stronie… – próbował dokończyć Wiśniewski.

Nikt już nie słuchał. Stał na środku rozbieranego planu, powtarzając te słowa wyłącznie do siebie.

 

*****

 

– Houston, tu Columbia. Zbliżamy się do martwej strefy. Za chwilę wlecimy za niewidoczną stronę Księżyca. – Neil Armstrong poprawił słuchawki. – Trzydzieści minut bez kontaktu.

– Tu Kontrola Lotu. Zrozumiałem – odpowiedział operator komunikacji z Ziemi. – Trzydzieści minut ciszy. Powodzenia. Jesteście zdani na siebie.

Gdy tylko minęli krawędź tarczy Księżyca, radiowy szum Ziemi urwał się nagle. W kabinie zrobiło się nienaturalnie cicho.

Załoga – Neil Armstrong, Buzz Aldrin i Michael Collins – patrzyła przez iluminator. Pod nimi przesuwał się martwy, srebrzysty krajobraz pyłu i skał, który nigdy nie zaznał dotyku życia. Ziemia zniknęła.

– Niesamowite – szepnął Armstrong. – Jesteśmy tu sami. W całej tej pustce nie ma…

Chwilę tę przerwał jasny błysk. Obok modułu obiekt, przypominający gigantyczną fluorescencyjną salaterkę, wyrównał lot z chirurgiczną precyzją.

– Mike… powiedz, że ty też to widzisz – rzucił Armstrong.

Collins zmrużył oczy.

– Widzę.

– Dobrze… – mruknął Neil. – Myślałem, że tylko ja.

– Może to sowieckie – rzucił Aldrin bez przekonania.

– Sowiecka miska? – Collins uniósł brew.

– Mieli dziwniejsze rzeczy.

– Buzz, ona świeci na zielono.

– Wiem.

– Co z tym robimy? – dopytał Collins.

Zanim zdążyli ochłonąć, w kabinie zaczęło się coś materializować. Istota przypominała wielką, pulsującą masę waniliowego budyniu. Osiadła na pulpicie nawigacyjnym z nieoczekiwaną gracją, starannie omijając każdy przełącznik. Na jej powierzchni uformowało się coś na kształt twarzy: dwa wgłębienia udające oczy oraz pozioma, falista linia, z której wydobywały się dźwięki bulgotania, syczenia, gwizdów i skrzeków. Po chwili z powierzchni istoty wysunęła się galaretowata macka, trzymająca małe, owalne urządzenie z pokrętłem. Gdy zaczęła nim kręcić, dźwięki zmieniały się, przechodząc przez kolejne rejestry.

– To halucynacja? – zapytał Aldrin.

– Jeśli tak, to zbiorowa – odpowiedział Armstrong. – Pewnie kończy nam się tlen.

– O, teraz chyba dobrze – odezwał się budyń płynną (a jakże) angielszczyzną. – Przepraszam za poprzednie. Kalibracja dialektów zewnętrznych układów zawsze zajmuje chwilę.

Astronauci wbili wzrok w gadającą masę.

– Dziękuję bardzo za przybycie – kontynuował gość. – Nie byłem pewien, czy moja prośba o spotkanie została odczytana, ale skoro jesteście, to wszystko się zgadza. Doskonale. Punktualność to cecha wielkich cywilizacji!

Obcy zakołysał się entuzjastycznie.

– Rozumiem, że jesteście oficjalną delegacją planety… – Zerknął na coś w rodzaju świetlistego notesu – …Ziemi? Tak, Ziemi.

– My… – wykrztusił Armstrong.

– Pozwólcie, że się przedstawię – przerwał mu budyń z uprzejmością kogoś, kto ma zarezerwowany czas i zamierza go szanować. – Nazywam się Galaktus Skywalker-Borg. Główny konsultant do spraw ekspansji rynkowej, oddział Droga Mleczna. Reprezentuję Nebula-Plex StreamCorp – globalnego, a w zasadzie międzygalaktycznego lidera rozrywki domowej.

– Skywalker – powtórzył Collins.

– Borg – dodał Aldrin.

– Galaktus – dokończył Armstrong.

– Właśnie tak – potwierdził budyń, notując coś w świetlnym notesie.

Zapadła drętwa cisza.

– Do rzeczy – powiedział Galaktus, tonem budyniu, który zaraz coś sprzeda. – Nie otrzymałem potwierdzenia z waszego globbiura, ale to drobiazg.

Astronauci wymienili spojrzenia.

– Z… globbiura? – powtórzył Armstrong.

– Tak, z planetarnego rządu, ale to nieistotne. Przejdźmy do meritum. – Galaktus wyprostował się, o ile można tak powiedzieć o budyniu. – Jesteśmy wiodącym dostawcą rozrywki strumieniowej w siedmiu tysiącach układów planetarnych i chcielibyśmy przedstawić wam naszą ofertę. Nieograniczony dostęp do setek miliardów godzin kontentu. Seriale, filmy, dokumenty, transmisje na żywo i na żądanie – w tym pakiet NebulaLeague z Mistrzostwami układów spiralnych, Wielki turniej kwazarów oraz relacja ze zderzenia galaktyk. Wszystko emitowane przez ultraszybki Milkynet.

– Przepraszam – przerwał Armstrong. – Milkynet?

– Milkynet – potwierdził Galaktus. – Streaming w najwyższym standardzie. Odcinek po odcinku albo cały sezon naraz. Tysiące tytułów. Chcecie kryminał? Mamy „Trzy trupy i mgławica”, pięćset odcinków, znakomite recenzje. Komedia? „Mój mąż jest czarną dziurą”, świetna rzecz, szczególnie sześćsetny sezon. Horror? „Oni przyszli z wewnętrznej orbity” to klasyk gatunku.

– Co znaczy streaming? – wtrącił Aldrin.

– Streaming – powiedział powoli Galaktus, jakby tłumaczył coś oczywistego. – Dostęp na żądanie przez sieć podprzestrzenną. Oglądacie co chcecie, kiedy chcecie, na dowolnym urządzeniu. Bez reklam już w planie podstawowym. Na wyższym dostaniecie tryb offline i rozdzielczość milion K.

– Sieć podprzestrzenną? – zapytał Armstrong.

– Dokładnie – potwierdził budyń. – Sygnał kwantowy, zero opóźnień, przepustowość praktycznie nieograniczona. Oczywiście potrzebujecie węzła dostępowego i właśnie o tym chciałem porozmawiać.

– Węzła – powtórzył Aldrin.

– Nadajnika. Duży, czarny, monolit. Taki prostopadłościan. Niezwykle elegancki i stylowy. Zazwyczaj montujemy go na naturalnym satelicie planety, żeby nie zaburzał krajobrazu. – Spojrzał przez iluminator na szarą powierzchnię Księżyca. – Mamy właściwie idealną lokalizację tuż pod nami. Serwis mógłby pojawić się jeszcze dziś. Podpisujecie, ja dzwonię, oni przylatują, za kilka godzin macie zasięg na całym globie. No to jak?

Zapadła cisza.

Collins popatrzył na Aldrina. Aldrin na Armstronga. Armstrong zerknął przez iluminator, gdzie Księżyc czekał cierpliwie, nijak nie podejrzewając, że ktoś planuje postawić na nim czarny monolit.

Armstrong odchrząknął.

– Przepraszamy na chwilę.

Odwrócił się do kolegów.

– Panowie – szepnął – czy wy rozumiecie cokolwiek z tego, co on mówi?

– Mniej więcej jedno słowo na dziesięć – mruknął Aldrin.

– Ja załapałem „trzy trupy" – syknął Collins.

– „Czarna dziura" i „horror" – dodał Aldrin.

Armstrong skinął głową. Wszyscy wiedzieli, co każdy myśli.

– Kontrola nie może się o tym dowiedzieć.

– Absolutnie nie – zgodził się Aldrin.

– Nigdy – potwierdził Collins.

– Jeśli to zgłosimy, koniec z lataniem – powiedział Armstrong. – Houston nas zabije. Albo zamknie w zakładzie dla obłąkanych, zanim w ogóle dotkniemy ziemi. Nigdy nie pozwolą nam wsiąść nawet do balonu, nie mówiąc już o rakiecie. W życiu nie postawimy stopy na Księżycu, a klnę się na Boga, że chcę to zrobić bardziej niż cokolwiek innego.

– Panowie? – wtrącił Galaktus.

Spojrzeli w twarz budyniowi.

– Widzisz – podjął Armstrong – jest pewien problem. Doceniamy ofertę, naprawdę. Brzmi interesująco. Ale Ziemia w tej chwili nie może przyjąć żadnych nowych usług.

Galaktus zmrużył to, co miał zamiast oczu.

– Nie może?

– Jesteśmy w remoncie – powiedział Armstrong.

– W remoncie? – powtórzył Galaktus.

– Wymieniamy wodę w oceanach – dodał Aldrin. – Wszystkich pięciu naraz. Ogromne przedsięwzięcie logistyczne. Atlantyk już prawie skończony, ale Spokojny to jeszcze ho ho.

– Wymieniacie… wodę?

– Co jakiś czas trzeba – odparł poważnie Collins. – Zużywa się.

– Ja… nie wiedziałem, że planety…

– W związku z tym – ciągnął Armstrong – cała infrastruktura jest teraz zajęta. Rury, kable, satelity – wszystko zaangażowane w pompowanie. Absolutnie nic nie można montować. Księżyc też jest zajęty, bo mamy tu tymczasowy zbiornik wyrównawczy. Naprawdę, nieodpowiedni moment. Wróćcie może za… – zamyślił się, patrząc w sufit – za pięćset lat. Powiedzmy, rok dwa tysiące czterysta sześćdziesiąty dziewiąty.

– Wieczorem – doprecyzował Buzz. – Zapiszemy was w kalendarzu.

Galaktus stał z miną zawiedzionego budyniu.

– Rozumiem – powiedział w końcu. – Wymiana wody w oceanach.

– I odglanianie – dodał Armstrong.

– Cóż, trudno – przyznał zrezygnowany Galaktus. – Za pięćset lat?

– Pięćset! – chórem potwierdziła cała trójka.

– W takim razie żegnajcie, a raczej do zobaczenia – oznajmił Galaktus Skywalker-Borg, Główny Konsultant do Spraw Ekspansji Rynkowej, Nebula-Plex StreamCorp, Oddział Droga Mleczna i zdematerializował się z powrotem tam, skąd przybył.

W kabinie znów zapanowała cisza.

– Myślicie, że wróci? – zapytał w końcu Collins.

– Kto? Przecież nikogo nie było.

 

*****

 

Salon Kirk i Groota tonął w czerwonym blasku zachodzącej Proximy Centauri. Siedzieli w wygodnych fotelach, opierając wyciągnięte płetwomacki na wodnych pufach. Przed nimi wielki holotelewizor wyświetlał ostatnie sekundy serialu „Gwiezdne Kłamstwa: Reboot”.

Na ekranie pojawił się napis: KONIEC.

– No i po wszystkim – mruknęła Kirk.

– Mhm… – Groot nie od razu się odezwał. – Nie sądziłem, że tak się skończy. Myślałem, że przeciągną jeszcze ze dwa sezony.

– Też tak myślałam. – Kirk pokręciła głową. – Ale dobrze, że nie przeciągali. Przynajmniej nie zepsuli.

Chwila ciszy.

– To co teraz? – zapytał Groot. – Nowy serial?

Kirk przeciągnęła się.

– A może byśmy gdzieś polecieli? Zobaczymy coś innego. Odrobinę życia, poza tym salonem – powiedziała, jakby sama nie była do końca zdecydowana.

Groot nawet nie spojrzał.

– Teraz? Daj spokój. – Westchnął. – Za godzinę finał płetwballa.

– Finał. Zawsze jest jakiś finał – burknęła.

Kirk przesunęła kilka hologramów, szukając czegoś, choć właściwie nie wiedziała czego.

– To może w weekend? – rzucił Groot bez przekonania. – W układzie Pandora jest ponoć fajna planeta na wypad. Dawniej lubiliśmy się szwendać po nowych światach. Pamiętasz, jak kiedyś zrobiliśmy piknik na skraju drogi? Gdzie to było? Jakiś księżyc czy asteroida?

– Mhm… pamiętam. – Kirk uśmiechnęła się pobłażliwie. – Pamiętam też, że było zimno i delikatnie mówiąc… brakowało atmosfery.

– Ale było autentycznie – odrzekł Groot.

– Było niewygodnie – ucięła.

Krótka cisza.

– Poza tym w weekend odpada – dodała po chwili. – Startuje nowy sezon „Ziemia Show”. Serio nie pamiętasz?

Groot się ożywił.

– O, faktycznie. Podobno dorzucili podgląd z ich urządzeń osobistych. Wszystko w czasie rzeczywistym. Bez filtrów. To trzeba zobaczyć.

– No właśnie! – przytaknęła Kirk, – wszyscy będą o tym gadać. Nie chcę wypaść z obiegu.

Zapadła cisza. Hologramy migotały leniwie.

– Zamówię coś z replikatora – powiedział w końcu Groot. – Ty znajdź coś nowego. Może kryminał?

– Mhm.

Po chwili w pomieszczeniu rozszedł się delikatny zapach świeżo zsyntetyzowanego białka algowego.

Kirk oparła się głębiej w fotelu. Ekran wyświetlił podpowiedzi kolejnych seriali.

 

Epilog

 

Profesor Wiśniewski wyszedł ze studia bocznym korytarzem. Za jego plecami cichły odgłosy ekipy zmieniającej scenografię pod kolejne nagranie.

– Panie profesorze.

Odwrócił się. Stał przed nim pulchny chłopak, jakieś czternaście lat, z egzemplarzem jednej z jego książek popularnonaukowych.

– Podpisze pan?

Wiśniewski wziął książkę i wyjął długopis.

– Byłem na widowni – odezwał się nastolatek. – Z tym ciemnym lasem… pan naprawdę uważa, że kosmos to takie straszne miejsce?

Profesor zerknął na niego i westchnął.

– Nie przejmuj się tym. Wszechświat nie jest mrocznym lasem pełnym myśliwych. Jest gigantyczną kanapą, z której nikomu nie chce się wstać.

Koniec

Komentarze

Podobała mi się mina zawiedzionego budyniu i kilka innych szczegółów. Zbudowanie komizmu na różnicy między latami sześćdziesiątymi a obecnymi było dość naciągane – jakby cały rozwój cywilizacyjny zatrzymał się właśnie teraz, a dalej już było tylko “więcej” i “mocniej”. Cóż, może taka miała być wymowa tekstu.

Całość może mnie nie porwała, ale całkiem solidnie zmierzała ku zakończeniu. Nawet jeśli jedne żarty nie trafiały, inne wywoływały uśmiech – więc miło spędziłem czas (lepsze to niż serial XD).

Epilog ładnie podsumowuje całość, podobała mi się najważniejsza myśl w ostatnim zdaniu.

Językowo też dobrze, coś gdzieś mi zgrzytnęło, ale nie na tyle, żebym się na tym potknął.

Short w ciekawy sposób eksploruje aktualny temat :) bardzo klarowny, podszyty humorem styl. 

Podobało mi się! Pozdrawiam! 

Gdyby nie kpiny z naszej cywilizacji oraz przede wszystkim ostatnie słowa profesora, nie sięgnąłbym po klawiaturę.

Podobało się, kilka razy rozbawiło.

Pozdrawiam.

Rozbawiło :) Szczególnie piknik i elegancki nadajnik.

Astronauci sprytnie wybrnęli yes

Imiona kosmitów – trafione.

A puenta mi się bardzo.  

smiley

Misię też…bardzo. Nareszcie coś finezyjnie lekkiego i zabawnego.

 

Witam wszystkich,

dzięki za zainteresowanie opowiadaniem i za komentarze.

 

Użytkowniku Marzan – fajnie, że podzieliłeś się przemyśleniami nad tekstem. Cieszę się, że mimo potknięć miło spędziłeś czas. Dzięki serdeczne za przyznanie punktu bibliotecznego. Odpowiadając na Twoją uwagę:

„Zbudowanie komizmu na różnicy między latami sześćdziesiątymi a obecnymi było dość naciągane – jakby cały rozwój cywilizacyjny zatrzymał się właśnie teraz, a dalej już było tylko „więcej” i „mocniej”. Cóż, może taka miała być wymowa tekstu.” – wydaje mi się, że nie da się w wiarygodny sposób przewidzieć przyszłości ani nawet kierunku, w którym pójdzie technologia. Kto w latach osiemdziesiątych wyobrażał sobie Internet, a kto w latach dziewięćdziesiątych powstanie czegoś takiego jak usługi streamingowe? Trudno powiedzieć, co się stanie za kilkadziesiąt czy choćby za kilka lat. Opowiadanie jest satyrą przejaskrawiającą obecne trendy, a nie próbą przewidywania przyszłości.

 

Khomaniac – dzięki za miły komentarz, miło mi, że treść i styl opowiadania trafiły w Twój gust.

 

AdamKB – miło mi, że Ci się podobało i rozbawiło. Dzięki.

 

Jeroh – dzięki za przeczytanie. Fajnie, że zwróciłeś uwagę na nawiązania do innych dzieł. Cieszę się, że to drobne mrugnięcie jest zauważalne (w tym imiona kosmitów). Dziękuję bardzo za kliknięcie na listę biblioteczną.

 

Fascynator – dziękuję za docenienie opowiadania i brawa. Miało być lekko, zabawnie, z nutką refleksji. Cieszę się, że się udało.

ale nie na tyle, żebym się na tym potknął.

że mimo potknięć miło spędziłeś czas

Zapytam jak barbarzyńca z opowiadania Barda: Hę?

No dobra, tylko się droczę, bo takie komentarze pokazują, jak podświadomie czujni jesteśmy na krytykę, nawet jeśli jej nie ma :)

 

Z jednej strony masz rację, że trudno opisać to, czego nie wiemy, z drugiej strony czyni to satyrę bardziej płaską. Lem nie bał się sepulków i pciem (kurczę, jak to się odmienia?), i gdyby po tym streamingu budyniowy Galaktus dorzucił jeszcze kilka mniej zrozumiałych określeń, wizja byłaby dla mnie pełniejsza. Jasne, że to tylko moje odczucie.

Zastanawia mnie jeszcze, dlaczego bohaterowie powtarzają imiona sprzedawcy – czy robią to bezwiednie, czy coś dla nich znaczą? Galaktus był znany w 1969 roku (pochodzi z 1966), ale Skywalker nie (został wymyślony na potrzeby Gwiezdnych Wojen i pierwotnie brzmiał Starkiller) a Borg to bodajże 1989 rok. Samo wprowadzenie wielu takich smaczków do opowiadania było humorystyczne i przyjemne (angażujące czytelnika), ale w tym jednym momencie zastanawiałem się, co, Autorze, miałeś na myśli.

„Jak podświadomie czujni jesteśmy na krytykę, nawet jeśli jej nie ma :)” – przepraszam, nie chciałem Cię urazić. Moja odpowiedź na Twój komentarz nie była jego krytyką.

 

Pisząc „Cieszę się, że mimo potknięć miło spędziłeś czas”, miałem na myśli to, że choć piszesz „coś gdzieś mi zgrzytnęło…” (nie podajesz konkretów, więc nie mogę się do nich odnieść ani poprawić tych błędów). Mimo tego cieszę się.

 

 „Gdyby po tym streamingu budyniowy Galaktus dorzucił jeszcze kilka mniej zrozumiałych określeń, wizja byłaby dla mnie pełniejsza.” – owszem, być może tak, ale tekst jest satyrą na nadmierne oglądanie seriali w streamingu zamiast „aktywniejszego” życia. Gdybym rozpisał się o innych rzeczach, przekaz by się rozwodnił. „Nie mam na nic czasu, bo oglądam seriale” to była myśl przewodnia, podczas pisania. Z tego powodu my, ludzie, siedzimy w domach – i z tego samego powodu kosmici siedzą w domach, stąd brak kontaktu. Jak mówi Profesor Wiśniewski: “…albo to same społeczeństwa tworzą bariery zniechęcające do wysiłku eksploracji.”

 

„Zastanawia mnie jeszcze, dlaczego bohaterowie powtarzają imiona sprzedawcy” – po nic. To tylko efekt rozrywkowy. Robią to bezwiednie – są zdziwieni, zszokowani, zaskoczeni…

Przed pisaniem sprawdziłam, kiedy po raz pierwszy użyto nazw takich jak Skywalker, Borg i Galactus. Według Internetu Galactus pojawił się w 1966 roku w komiksach, ale nie sądzę, żeby Neil Armstrong i reszta znali tę nazwę (zakładam, że nie czytywali komiksów – wtedy chyba inaczej patrzono na tego typu rozrywkę). Zresztą to nieistotne, bo nic nie zmienia w fabule. To tylko imiona, którymi mrugam do współczesnego odbiorcy.

To już teraz wszystko rozumiem – czyli intencje :)

 

A te drobiazgi, hm,

 

zdawała się zwolnić swój obrót.

Zdawała się zwalniać obrót/ zwalniać obroty – mamy zestawienie czynności niedokonanej z dokonaną, to nie brzmi dobrze.

 

tłumie. – Zawahał się na moment.

Dyskusyjne, czy wahanie jest gębowe czy nie – jeśli wybrzmiało w głosie, może być małą literą.

 

Stał na środku rozbieranego planu,

Budzi dwuznaczne skojarzenia. Kwestia gustu.

 

Chwilę tę przerwał jasny błysk

To rodzaj zdania, przy którym Tarnina pisała hmmmmm, czyli niby poprawne, ale mi nie brzmi, ale nie mam pomysłu, jak to zmienić. Dwoma słowami: rzecz gustu :)

 

Mistrzostwami układów spiralnych, Wielki turniej kwazarów

Tutaj jest trudno wyczuć, czy to podobna impreza co Mistrzostwa Europy lub Mistrzostwa Świata (wielką literą – nazwa oficjalna). Nazwy oficjalne mają wszystkie człony wielką literą. Jeśli Reg tu zajrzy, może się wypowie na ten temat, ;)

 

Wróćcie może za… – zamyślił się, patrząc w sufit

Tutaj znowu dyskusyjne, czy zamyślenie przebijało w głosie. A gdzieś dalej jest “westchnął”, ale moim zdaniem akurat to można pisać na dwa sposoby – bo można westchnąć mówiąc krótkie słowo, ale można westchnąć już po wypowiedzeniu tego słowa.

 

Jak widzisz, Autorze, to drobiazgi, o które nie sposób się potknąć, ale zostaje wrażenie, że coś gdzieś można jeszcze poprawić. A dzięki łapance przeczytałem opowiadanie jeszcze raz, i nadal bawiłem się nieźle – więc choć historia nie trafia dokładnie w mój gust, to jest po prostu dobrze napisana.

 

 

Hej! Cieszę się, że znalazłeś czas na powrót do tematu i wskazanie potknięć – dzięki. Tak jak piszesz, zawsze można coś poprawić albo przynajmniej podyskutować, czy to faktycznie błędy. Starałem się pisać poprawnie na ile mogę, ale stety albo niestety, niektóre prawidła mają szeroką interpretację i też nie jestem specjalistą w słowie pisanym, które (również stety albo niestety) różni się od mowy potocznej.

 

„zdawała się zwolnić swój obrót” – faktycznie, masz rację, moja wersja jest stylistycznie lekko „chropowata”, dlatego zmieniam na: „Zdawała się zwalniać swój obrót.”

 

"– Tak… Ja to nazywam samotnością w tłumie. – Zawahał się na moment. – Jest jeszcze jeden pogląd." Dyskusyjne, czy wahanie jest gębowe czy nie…” – Hmm, nie jestem w stu procentach pewien, ale według mnie wahanie się nie jest czynnością „gębową”, ani w tym wtrąceniu nie ma użytego słowa opisującego mowę, więc chyba powinno zostać tak, jak jest, czyli zapisane dużą literą.

 

„Stał na środku rozbieranego planu, – Budzi dwuznaczne skojarzenia. Kwestia gustu.” – Nie rozumiem, o jakim skojarzeniu mowa? Że „rozbieranego planu” w sensie kręcenia filmów z kategorii X? Jeśli tak, to nawet przez chwilę nie przeszło mi to przez głowę.

 

„Chwilę tę przerwał jasny błysk – To rodzaj zdania, przy którym Tarnina pisała hmmmmm, czyli niby poprawne, ale mi nie brzmi,” – Czy chodzi Ci o to, że zaimek postawiony jest po rzeczowniku („chwilę tę”) zamiast przed nim („tę chwilę”)? Jeśli tak, to… hmm… w sumie nie wiem, może faktycznie byłoby lepiej napisać na przykład: „Jasny błysk przerwał tę chwilę.” – W sumie to nie wiem.

 

„Mistrzostwami układów spiralnych, Wielki turniej kwazarów – Tutaj jest trudno wyczuć, czy to podobna impreza co Mistrzostwa Europy lub Mistrzostwa Świata (wielką literą – nazwa oficjalna). Nazwy oficjalne mają wszystkie człony wielką literą.” – Tak, tu się zastanawiałem, jak to zapisać – czy nadać temu rangę, czy nie. Zdecydowałem się, że nie, bo to mistrzostwa układów spiralnych, czyli po prostu galaktyk o spiralnej strukturze. Podobnie z turniejem kwazarów. Choć teraz się zastanawiam, czy tego nie zmienić, bo większość facetów może odczytywać to jako ich ulubione Mistrzostwa Europy czy też Świata w piłce nożnej. Jeszcze to przemyślę.

 

„Wróćcie może za… – zamyślił się, patrząc w sufit” – Tutaj też się zastanawiałam, jak powinno to być zapisane, i doszedłem do wniosku (nie upieram się, może się mylę), że małą literą, bo po pierwsze jest to wtrącenie narracyjne wewnątrz jednego zdania dialogowego, a nie osobne zdanie, a po drugie moje wątpliwości rozwiała – albo przynajmniej zmniejszyła – porada ze SJP PWN pod tym linkiem: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Narracja-po-dialogach;18625.html

 

A może “Chwilę uniesienia/zadumy/fascynacji przerwał jasny błysk” – chodził raczej o to, że “tę” brzmi dość oschle i nijako, a tak będzie wyraźny kontrast między zadumą a błyskiem. Z szykiem może nie ma sensu walczyć, bo “chwila” jest nawiązaniem do poprzedniego dialogu/monologu, więc przestawienie jej na początek zdania sprawia wrażenie logicznej całości.

 Z “zamyślił” rzeczywiście może zostać, bo to i tak wtrącenie dialogowe (przeoczyłem, że dalej jest dalszy ciąg myśli, nie oddzielna kwestia) - więc nawet jakby nie było gębowe, i tak może być w ten sposób zapisane. Akurat w tym miejscu można zapisać na kilka sposobów i każdy jest poprawny. 

Ze skojarzeniami i tym rozbieranym planem różnie bywa. U mnie bohater w pierwszym zdaniu zanurzył drąg w wodzie i też się kojarzyło czytelnikom – ale nie dałem rady tego obejść, bo było potrzebne do reszty opisu, więc zostało :D

Nowa Fantastyka