- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0012. Dzień dwunasty.

Cuiavia. Vicus. 0012. Dzień dwunasty.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0012. Dzień dwunasty.

Codzienną krzątaninę przerwał Gniewko.

– Mogę… mogę coś rzec? – Szept ledwo opuścił jego gardło.

Spojrzeli po sobie, zaskoczeni głosem chłopca. Agnieszka przyciągnęła go do siebie.

– Coś cię gryzie? Boli cię coś?

– U nas mówią – urwał, niemal wyrwało mu się „w naszych czasach”. – Mów, co ci leży na żołądku.… – uśmiechnął się.

Chłopiec wpatrywał się w czubki swoich stóp.

– Na żołądku? Nie… brzuch mnie nie boli. Ale… – Palcem zaczął kreślić kółka w pyle. – Kiedy upycham trawę w worze, przez tę dziurę ledwo przechodzi. A potem… muszę ją szarpać, żeby wyciągnąć.

Zamilkł, wbijając wzrok w Roberta.

– Myślałem… żeby zamiast wora wziąć kosz. Szeroki. Łatwiej wrzucać… i wyjmować lżej.

Cisza gęstniała. Chłopiec zastygł, wpatrzony w ich twarze. Robert znieruchomiał. Wstrzymał oddech. Przeniósł wzrok na żonę. W jego Gniewko właśnie zoptymalizował logistykę – wyłożył swój pierwszy projekt inżynierski.

Dawno nie widział tak rozpromienionej żony. Kucnęła przed chłopcem, wciąż go obejmując.

– Gniewko, to… – przycisnęła chłopca do boku. – Wspaniałe.

Robert chwycił patyk. Na udeptanym klepisku kreślił pierwsze linie.

– Patrz. Rama z mocnych gałęzi. Na niej zamocujemy kosz. Agnieszka go uplecie. – Zerknął na żonę. – Dasz radę?

– Nie wiem, spróbuję. – Uśmiech rzucił wyzwanie.

Gniewko wodził wzrokiem od schematu do opiekunów. Wyprostował się. Głos Roberta nie brzmiał już jak polecenie, a jak narada.

– Mamy plan na dziś! – Wstała i otrzepała spodnie z pyłu.

– Idę do Jagny. A ty… – Zmierzwiła mu włosy. – Koś dalej później zajmiemy się twoim pomysłem.

Chłopiec porwał sierp, worek i ruszył na łąkę lekkim, sprężystym krokiem.

Opiekunowie patrzyli za nim przez chwilę.

– Widzisz? – szepnęła. – Działa. Lepiej, niż marzyliśmy.

– Tak – Przyciągnął ją do siebie, wciąż patrząc na oddalającego się chłopca. – Pierwszy patent w startupie zaliczony. Chodźmy, robota czeka.

* * *

Zostawiła Roberta przy cegłach i ruszyła do chaty Jagny. Staruszka siedziała na ławie. Przesuwała zagięty nóż po osełce. Wstała i skinęła na nią. Ruszyły.

Poprowadziła ją w dół, gdzie łąki ustępowały miejsca gęstwinie. Ominęły piaszczysty brzeg i znajome kąpielisko. Skręciły w chaszcze. Weszły na grzęzawisko. Ziemia uciekała spod stóp. Nozdrza drażnił odór tataraku i gnijących liści. Ciszę mąciło tylko brzęczenie owadów i plusk wody.

Słońce jeszcze wisiało nisko, posyłając między liście jedynie rozproszone, zielonkawe plamy.

Czuła każde uderzenie tętna w skroniach. Powietrze stało w miejscu, nasycone oparami i gniciem. Dławiło każdy oddech. Roślinność napierała ze wszystkich stron. Śliskie liście muskały jej ramiona niczym zimne palce. Wyłapywała każdy trzask gałązki pod stopami.

– Patrz pod nogi – Jagna zniżyła głos. – Nie schodź ze steczki. To ich ziemia.

– Ich? – zapytała cicho.

– Dziwożon – odparła staruszka. Słowo zawisło w wilgoci. – Starych bab z bagien. Zazdroszczą nam dzieci. Ciężarnej płód w łonie odmienią. Zostaw niemowlę bez opieki… podrzucą pokracznego bękarta, a twoje porwą w otchłań.

Przełknęła ślinę. Zimny dreszcz pełzł wzdłuż kręgosłupa. Choć umysł podsuwał racjonalne wyjaśnienia, w dusznej ciszy słowa Jagny pęczniały.

Przesąd – pomyślała. Próba oswojenia choroby i straty. Lepiej uwierzyć w dziwożonę – samotną, zazdrosną babę z mokradeł – niż w coś, czego nie da się nazwać. Opowieści trzymały ciężarne z dala od bagien.

Śledziła wzrokiem mgły pełznące między trzcinami, wypuściła wstrzymywane powietrze.

W butwiejącym półmroku głos rozsądku nikł, zmieniał się w szept zza powalonej kłody. Wiedziała: nauka nie zagłuszy szeptów bagien.

Dotarły na skraj rozlewiska. Wyrosły przed nimi splątane kępy wierzb.

– Tu popracujemy – wskazała smukłe drzewo o żółtawej korze. – To wierzba koszykarska. Witki ma giętkie, zniosą wiele. Tnij nisko, przy pniu. Wybieraj najdłuższe, proste pędy. Z nich zapleciesz boki.

Dotknęła gałązki.

Salix viminalis – przemknęło jej przez myśl. Kora pełna salicylanów. Prekursor aspiryny.

– Znam ją – odezwała się. – Wywar z kory zbija gorączkę. Uśmierza ból.

– Leczy – przytaknęła. – Ale dzisiaj przyszłyśmy po jej giętkość, nie po moc. Tnij.

Podeszły do wyższego krzewu o krwistych pędach. – Oto konopianka. Twarda i uparta.

Spróbowała nagiąć jedną z witek. Cienki pęd stawiał twardy opór.

– Z niej pleciesz dno i żebra. Tnij, zanim soki ruszą, inaczej skruszeje. Teraz czas.

Przytaknęła, zapamiętując każde słowo.

Salix purpurea. Elastyczność spleciona z wytrzymałością.

– Znam ją. Choć nigdy nie myślałam o niej jak o materiale.

Pracowały w milczeniu. Stos witek rósł u ich stóp. Nauczyła się ciąć pod kątem. Wybierała gładkie pędy, bez sęków i rozgałęzień.

Słońce stanęło w zenicie. Opar uniósł się nad rzeką, rozlewając się po bagnach gęstą, srebrną płachtą. Przykrył ścieżkę.

Jagna położyła dłoń na ramieniu Agnieszki. – Starczy. Południe nie lubi roboty.

– Dlaczego? – zapytała, ocierając pot z czoła.

Staruszka wbiła wzrok w wodę. Spod mgły przebijała jadowita zieleń lilii.

– Bo wtedy wstają one. Rusałki – zniżyła głos do szeptu. – Kuszą gładkim licem. Ciągną za sobą włosy… zielone wodorosty, co pętają nogi. – Siedzą na kłodach. Śpiewają tak, że serce chce wyskoczyć z piersi. Wołają cię po imieniu. – Pójdziesz za głosem, dasz się omamić… przepadniesz. Wciągną w głębię. Załaskoczą na śmierć.

Wpatrywała się w wodę. Rozbłyski słońca, ptasi świergot, opar mącący zmysły – umysł wyrzucał suche fakty. Logika uderzała falami, ale nie niosła ulgi. Obraz nakreślony przez Jagnę wrósł w pamięć.

– W sąsiedniej wsi przepadł chłopak. Słyszał śpiew. Przysięgał: najpiękniejszy, jaki niosło echo. Ruszył nad rzekę w największy skwar. Trzy dni później woda oddała ciało. Z uśmiechem zastygłym na twarzy.

Otrząsnęła się z widziadła.

– Starczy kłapania ozorem. Bierz coś nacięła. Wracamy. Tu uroda mami oczy, ale ziemia obca.

Agnieszka kurczowo obejmowała przed sobą naręcze witek. Zrozumiała. To nie były bajki. Jagna nie straszyła. Uczyła.

Naręcze zielonych witek przygniatało ją do ziemi. Witki szarpały ubranie. Każdy krok stawał się katorgą. Płuca paliły, pot zalewał oczy.

Staruszka szła lekko, pod pachą niosła zaledwie kilkanaście gałązek. Pokręciła głową, choć w kąciku ust drgnął jej cień uznania.

– Dziecko, po co ten trud? – zachrypiała. – Rzeka nie ucieknie. Wierzby też nie. Lepiej wrócić jutro, po świeże. Wyzujesz się z sił, nim ujrzysz chatę.

Przystanęła. Oparła witki o pień, walcząc o oddech.

– Nie mogę, Jagno. Obiecaliśmy… Muszę dostarczyć to Gniewkowi. Pomożemy mu zbudować kosz na trawę. Musimy to zrobić jeszcze dziś – w jej głosie zadźwięczał upór.

Jagna wstała. Odłożyła swoją wiązkę. Przyjrzała się Agnieszce z nową, niemal matczyną czułością.

– A powiedz mi, dziecko… – Głos Jagny złagodniał. – Jak ty sobie radzisz? No, wiesz… z naszymi sprawami.

Pytanie uderzyło celnie, prosto w brzuch. Poczuła, jak policzki płoną.

Wyczytała wszystko z jej twarzy. Cień uśmiechu błąkał się w kącikach ust staruszki.

– Każda z nas co księżyc składa daninę Mokoszy. To znak zdrowia. Gotowości. Ale i kłopotu. Masz swoje sposoby? Patrz tutaj.

Schyliła się. Z błota wyrwała garść jasnozielonego, gąbczastego mchu. – Ziele popijowe.

Agnieszka wzięła kępę. Roślina ważyła tyle co nic. Zaskakiwała suchością, choć rosła wprost w błocie.

– Miękkie, wypije każdą wilgoć – poklepała ją po dłoni. – Susz dobrze. Przyjdzie krew, sama zobaczysz, jak się przyda.

Sphagnum. Torfowiec. Chłonie wodę z siłą wielokrotnie przewyższającą jego masę. Związki fenolowe, niskie pH. Naturalny antyseptyk. Idealny opatrunek.

Spojrzała na Jagnę. Wdzięczność odebrała jej dech. W dłoniach trzymała kolejny rozdział zapomnianej wiedzy.

– Dziękuję – szepnęła. – Chodź ze mną do chaty. Pokażę ci, co budujemy. Wesprzyj mnie. Twoje słowo warte więcej niż praca moich rąk.

Sieć zmarszczek na twarzy Jagny drgnęła w uśmiechu. Skinęła głową.

* * *

Przed chatą Robert kończył kłaść trzcinę na dachu wiaty. Osłaniała rzędy schnących cegieł.

– Witajcie! – Robert uśmiechnął się szeroko. – Obfite zbiory. – Podszedł i przejął od żony naręcze witek. – Witaj, Jagno. Dobrze cię widzieć w naszych progach.

Zmierzyła go wzrokiem. – Ręce nie znają u ciebie próżnowania. Krzepa jak u tura. – We wsi nie pojmują, po co tak się katujesz – zaśmiała się.

– Szykujemy się na zimę. Spocznijcie.

Opadli na kłodę. W ciszy niosło się tylko brzęczenie pszczół nad kwiatami.

– Ładny zapach – mruknęła Jagna, wciągając powietrze. – Czeremchy sypnęły kwieciem. Szykuje się dobry miód.

– Pszczoły nie dawały żyć przy glinie – zaczął Robert. – Huczały nad głową.

Gadanie o pszczołach i pogodzie niosło normalność.

Zza pagórka wybiegł Gniewko. Taszczył worek świeżej trawy, ale na ich widok wyszczerzył zęby i przygnał do nich pędem. Wyrzucał z siebie słowa o wspólnym planie, aż porwał ich do roboty.

Robert zacisnął sznur na okorowanych żerdziach. Powstała rama włóka. Agnieszka usiadła w trawie. Jagna patrzyła jej na ręce.

– Od spodu bierz – rzuciła. – Pleć ciasno, bo się rozlezie.

Zaczęła przeplatać witki. Robert zaparł ramę barkiem.

– Lżej z tymi witkami! – stęknął. – Rama mi ucieka!

– Trzymaj mocniej, zamiast stękać! – Śmiała się, nie przerywając splotu. – Samo się nie zaplecie.

Jagna prychnęła. – Żrecie się jak zaskrońce w gnieździe. Do roboty! Witkami pleść, nie ozorami.

Gniewko dźgnął palcem w luźny splot. – Tutaj mocniej – pouczył. – Trawa tędy ucieknie. Wiem, co mówię.

Wybuchnęli śmiechem. Wysiłek zamienił się w zabawę. Prowadzona przez Jagnę, Agnieszka pięła się w górę z kolejnymi warstwami. Pod palcami rosły wysokie ściany. Robert uginał się pod ramą, kwitując każdy splot głośnym jękiem. Gniewko krążył wokół nich, podrzucał gałązki i sypał uwagami.

Odsunęła dziewczynę. – Podaj sztywniejsze. Uplotę warkocz na brzegu, na to jeszcze przyjdzie ci czas.

Słońce chyliło się ku zachodowi, gdy wyprostowali plecy. Na ramie pysznił się koślawy, szeroki kosz.

– No, Gniewko – Agnieszka otarła pot z czoła. – Tak to sobie wymyśliłeś?

Chłopak okrążył kosz. Wskoczył do środka i ugniatał dno piętami.

– Wytrzyma! – orzekł. Szczerzył zęby w uśmiechu. – Wszystko wytrzyma!

Patrzyli na swoje dzieło. Zachód słońca bladł przy tym koślawym koszu. Robert przyciągnął żonę do siebie. Stali tak, spoceni i zmęczeni, patrząc na wspólne dzieło.

Agnieszka zacisnęła powieki, aż pod nimi rozbłysły mroczki. Odczekała, aż skurcz krtani odpuści, a oddech stanie się miarowy.

– Bez ciebie nic by z tego nie wyszło. Zostań z nami na kolację. Proszę.

Bruzdy na twarzy Jagny drgnęły. Wzruszenie wygładziło rysy.

– Dziecko… – szepnęła. – Od lat jadam w milczeniu. Zostanę.

Zasiedli przy ogniu. Agnieszka dorzuciła do garnka posiekaną brukiew, komosę i garść pokrzyw.

– Przepraszam, to skromne danie – Agnieszka spuściła wzrok. – Brukiew i chwasty.p

Jagna uśmiechnęła się, spróbowała. – Ciepła strawa zawsze krzepi. Pożywna… ale jałowa. Czemu tu ziół nie ma? Łąka pod nosem. Agnieszka odstawiła miskę. Czuła, jak wstyd dławi ją w gardle. – Nie wiem, które są bezpieczne, Jagno.

– Czemu strach cię bierze? Znasz się na zielu. Przecież widzę.

– Właśnie dlatego. Garść leczy, naręcze zabija. Nie wiem, co z nimi robi wrzątek. Czy nie oddadzą trucizny? Czy nie zepsują smaku?

Jagna milczała przez chwilę, obserwując, jak Agnieszka ucieka oczami w dół. – Nie brak ci wiedzy, dziecko. Ty się pod nią uginasz. Za dużo myślisz, zamiast patrzeć.

– Chodź. Ruszyły na skraj ugoru. Staruszka przykucnęła nad rozetą wąskich liści. – Tę znasz?

– Znam. Babka. Leczy rany, ale do garnka? Nie zgorzknieje, nie stwardnieje jak łyko?

– Zgorzknieje, jeśli ruszysz stare – mrugnęła do niej. – Ale te młode, ze środka… Wrzątek je zmiękczy. Będą słodkie. Dojrzałe omijaj.

Podeszły do kępy pierzastych liści. – A to? – rzuciła.

– Znam – odparła bez wahania. – Krwawnik. Na krwotoki, ale ten zapach… Bałam się, że zdominuje wywar. Że gorycz spali gardła.

– Zgorzknieje, jeśli przesadzisz. Uszczknij dwa najmłodsze z czubka. Wrzuć pod koniec. Wyostrzą smak.

Wskazała strzałkowate liście. – A to?

– Szczaw. – Rozpromieniła się. – Tego smaku nie zapomnę. Ale myślałam, że kilka liści to za mało…

– Nie trzeba dużo – przerwała. – Kilka liści wystarczy. Cała zupa weźmie kwas i nabierze mocy. To przyprawa, nie danie.

– Znam je… ale nie tak.

Jagna uśmiechnęła się łagodnie. – Roślina, jak człowiek, ma wiele twarzy. Trzeba wiedzieć, do której zagadać. Chodź, rwiemy zapas na jutro. Pokażę ci, co brać.

Wróciły do ognia. Wrzuciły do ukropu szczaw i krwawnik. Nad garnkiem uniósł się zapach – kwaskowy, lekko ostry. Mdła breja odeszła w zapomnienie. Posiłek po raz pierwszy przestał być tylko obowiązkiem. Nawet Gniewko zwolnił, z namysłem przeżuwając każdy kęs.

Robert rozparł się na kłodzie. Poklepał po brzuchu, mrucząc z aprobatą.

– Ta zupa bije na głowę wszystko, co jedliśmy. Jagno, chwała ci za te rady. – Zawiesił głos. W oczach błysnął mu figlarny ognik. – Ale brukiew to wciąż tylko brukiew. Brzuch prosi o mięso. O rybę!

Zerknął na żonę. – Skoroś już mistrzyni od koszy, może czas na coś trudniejszego? Co powiesz na pułapkę na ryby?

– Dopiero co poznałam najprostszy splot, a ty już robisz ze mnie rybaka? Jak niby miałoby to wyglądać?

Ożywił się. Gestykulował, kreśląc w powietrzu niewidzialne bryły.

– Kosz z szerokim wlotem, ale zawinięty i zwężający się do środka. Ryba wślizgnie się gładko, ale ucieczka będzie trudna…

Przerwał mu gardłowy śmiech Jagny. Staruszka zgięła się wpół, raz po raz uderzając dłonią w kolano. Spojrzeli po sobie, skonsternowani.

– Chłopcze… – Staruszka łapała oddech, ocierając łzy. – Wymyśliłeś to, co od dawna w błocie leży! Ty chcesz, żeby ona ci więcierz uplotła!

Zamrugał szybko.

– Więcierz? To ma nazwę? Myślałem, że właśnie to wymyśliłem.

Znów zachichotała. – Mój dziad i jego ojcowie stawiali takie, odkąd świat stoi. Dobrze kombinujesz, głowę masz na karku. Ale… – spojrzała na dziewczynę – …ona jeszcze przez wiele księżyców temu nie podoła.

– Dlaczego? – Agnieszka najeżyła się. – To tylko kosz o innym kształcie.

– Dziecko… – pokręciła głową. – Do tego potrzeba trzech rodzajów witek. Na kościec bierzesz twarde, co nurt zdzierżą. Ściany pleciesz giętkimi, a i splotów musisz znać ze trzy. Inne wiązanie idzie na dno, by kamień go nie porwał. Inne na boki, by woda przelatywała. A najtrudniejsze na gardziel, co rybę więzi. To robota na dni. Dla kogoś, kto ma w palcach wiedzę matek, a nie naukę jednego popołudnia.

Zapadła cisza. Patrzyli na sękate dłonie staruszki, ciemne od soku wierzby i ziemi.

Agnieszka wyprostowała plecy. W jej oczach nie było zniechęcenia, tylko upór. – Jeszcze nie teraz – szepnęła bardziej do siebie niż do nich. – Ale nie, że nigdy.

– Może i kiedyś. Ino najpierw naucz się pleść tak, by ten kosz na siano się nie rozlazł.

– Na ryby zaś szukajcie innej rady. – Wstała, prostując kości. – Niech wam bogi w Doli oddadzą za gościnę. Jużem i zapomniała, jak to jest gęściej przy ludziach siedzieć.

– Ty zaś, dziecko, ćwicz dłonie. Przyjdź do mnie, jak już splot w palcach ułożysz.

Przyciągnęła staruszkę do siebie. Ucałowała jej dłoń. – Dałaś mi dzisiaj więcej niż wszystkie księgi, które przeczytałam.

* * *

Zapach ziół snuł się nad ogniskiem. Gniewko nabrał łyżkę wywaru i ulał go na kamień przy progu. Robił to wolno, w dużym skupieniu.

– Dobra polewka. On to lubi.

– Kto lubi? – Zerknęła na niego.

– Domowik.

– Opowiedz nam o nim – poprosiła. – Chcemy wiedzieć, kto z nami mieszka.

Chłopiec wpatrywał się w ogień.

– On tu jest od zawsze. Ojciec mawiał, że starszy od tej rzeki. Pilnuje progu.

– Widziałeś go? – Robert wychylił się z mroku. – Jak wygląda?

Gniewko pokręcił głową. – Nie, on się kryje. Ojciec widział go raz. Taki mały… – klepnął się w kolano. – Wyżej nie urósł. Broda po pas, cały kłaczkami porasta, w nocy słychać, jak drapie.

Zerknęła w stronę ciemnego wejścia wypatrując włochatej postaci czającej się w mroku. – I co robi całymi dniami?

Gniewko wyszczerzył zęby.

– Jak mu dobrze, to krowy dają pełne skopki. Zgubę pod rękę podsunie, przy burzy do obory zajrzy, by bydło uspokoić. Wtedy sny przychodzą lekkie, a dom stoi bezpiecznie.

– A jak go kto rozzłości? – szepnął Robert.

Gniewko przygasł. Ściszył głos, zerkając za ramię.

– Zagniewany hubkę skradnie. Mleko wyleje. Nocami stuka w ściany, za nogi targa. A czasem… – chłopiec zniżył głos do szeptu – …siada na piersi. Gdy śpisz. Przygniata tak, że tchu braknie. Chcesz krzyczeć, a głosu nie ma.

– Czego on nie lubi? – zapytała Agnieszka.

– Swarów nie lubi i wrzasku. Gniewa go brud i zimny popiół. Wtedy smutnieje.

Wymienili spojrzenia. Pomyśleli o tym samym: o chaosie i brudzie, które zastali w tej chacie. O samotnym dziecku i wygasłym ogniu. A teraz w gorącym palenisku parowała zupa.

– Znaczy, że jemu dobrze, kiedy nam dobrze? – zapytała.

– No tak – odparł, zdziwiony, że musi im to tłumaczyć.

Wstał, przeciągnął się i bez słowa ruszył do chaty. Zostali sami przy dogasającym ogniu.

– Domowik to barometr szczęścia rodziny – szepnął.

– Skoro tak, niech mu będzie u nas dobrze. Wstała, nabrała jeszcze jedną łyżkę zupy i ulała ją na kamień. – Smacznego – mruknęła w mrok.

Tej nocy sen przyszedł szybko. Spali mocno, dom milczał.

Koniec

Komentarze

Zamilkł, wbijając wzrok w Roberta.

Zgrabniej: Zamilkł, wbiwszy wzrok w Roberta

(o ile w opowiadaniu nie ma wszy, bo może wyjść niezamierzony komizm)

 

W jego Gniewko właśnie zoptymalizował logistykę – wyłożył swój pierwszy projekt inżynierski.

Na początku coś się rozjechało

 

– Koś dalej później zajmiemy się twoim pomysłem.

Interpunkcja się pogubiła

 

nasycone oparami i gniciem.

Może: nasycone oparami zgnilizny

 

Z uśmiechem zastygłym na twarzy.

Ładnie to brzmi w książkach i opowiadaniach, ale w rzeczywistości twarze nie zachowują wyrazu z chwili śmierci – chyba że wpadło się do betonu :) To jeden z “mitów”, pojawia się w wywiadach z patologami.

 

Chłonie wodę z siłą wielokrotnie przewyższającą jego masę.

Wchłania dużo więcej wody, niż sam waży

 

Kolejny rozdział, w którym proporcje poczynań i “surwiwalu” bohaterów do zastanego słowiańskiego świata zachęcały do czytania. Niby wiele się nie działo, a ani trochę się nie nudziłem.

Niby wiele się nie działo, a ani trochę się nie nudziłem.

ale teraz jestem pod presją by utrzymać twoje zainteresowanielaugh

niby mam rozpisane na wiele miesięcy do przodu ale twoje uwagi sprawiają, że tkwię w redakcji tego co już mam i bufor się zmniejsza. okazuje się, że nie pisanie zabiera czas, ale właśnie dopieszczenie formy.

 

dzieki.

Nowa Fantastyka