Edgarowi Allanowi Poe poświęcam,
PRL, Poznań, lata 80 XX w.
Edgarowi Allanowi Poe poświęcam,
PRL, Poznań, lata 80 XX w.
I
O tym, jak się złożyło
Odkąd tylko sięgam pamięcią, nie miałem szczęścia z kobietami. Pierwsza, Halszka, zdradziła mnie po raptem roku znajomości – a ja, głupi, chciałem jej wręczyć pierścionek po babci! Rękę bym sobie za nią dał uciąć, alem szybko się z tej naiwności wyleczył. Inaczej żyłbym teraz na garnuszku państwa, z psią rentą inwalidzką.
Polak mądry po szkodzie – masz ci los!
Potem była Aśka, można powiedzieć, że solidna kandydatka na żonę. A i nią została… ale dla mojego brata, z którym – z wiadomych powodów – nie mam kontaktu. Wzór nad wzory, ideał kobiety – do dziś pewnie Stach tak twierdzi, ale że on sam skończona gnida, co rodzinie nóż w plecy wbija – powinno mnie dziwić, że dobrał sobie kogoś na swoim poziomie? Że suka dorabia mi rogi dowiedziałem się, gdy wróciłem się do domu, bo zapomniałem kanapek do pracy. Dosłownie, może pięć minut nie minęło – tak bardzo nie mogli się, obłudnicy, powstrzymać! Brat wybrał babę, ja nie wybaczyłem – wszyscy, szczęśliwi, czyż nie?
Pocieszałem się Grażynką, ale tutaj, przyznaję, nie czułem niczego nad ciśnienie, które spuszczałem, co by nie czuć się gorzej samemu. Ona zresztą chyba to wywąchała, bo w kilka miesięcy sama się ulotniła.
Kazik Jaskólski, ot, ci przodownik pracy, który nie miał problemu z podporządkowaniem maszyn-gigantów, ale zwykłej baby nie potrafił poskromić! Ileż ja się żartów nasłuchałem, ile śmiechów przemknęło za moimi plecami, a i w trakcie jakoś – zaczęła chodzić za mną wódka. Wszyscy pili; sąsiady, ojciec, stryj, matka, nawet dziad, jak go pamiętam – co i mi szkodziło czasem golnąć, by sobie użyć?
Skończyłem szkołę jako ślusarz. Miałem pochodzenie – nie byle jakie, bo chłopskie! – a jeden z nauczycieli chciał mnie poznać z jakimś tutejszym działaczem i może nawet poszedłbym na studia…
Ale ja, prosty robotnik z Poznania, nie ynteligent chędożony! Nazwisko tego całego polity-klakiera też mi nie podpasowało – nie mogłem stwierdzić, czy bardziej niemieckie, czy żydowskie. A ja nie lubię obu! Jeszcze ten jego akcent, „wysublimowana elokwencja” (cokolwiek to znaczy), jak obcokrajowiec w polskie szaty upstrzony. Nic w nim nie było z polskiego robotnika, powiadam, a ponoć dla nas ci on był! Zgorszyłem się, gdy nie zrozumiałem może z połowy słów, które on do mnie mówił. Summa summarum? A gdzie te sumy pływają, bo chętnie złowię?
Nie, odpuściłem. Prostak jestem, niechaj już będzie, i z rozkoszą chciałem, ażeby tak zostało.
Pracę dostałem z przydziału w fabryce, choć nie w zgodzie z wykształceniem – o ironio, w naszym państwie dobrobytu nie stanęło dla mnie miejsca! – ale zakład mieścił się blisko przyszłego mieszkania. Zadbali więc o mnie, tak powinienem powiedzieć? Roboty było dużo, pensja może licha, ale na najważniejsze starczało. Tatuś mówił, że po wojnie jeszcze gorzej mu było, a że się zapił – znaczy, że umarł od nadmiaru dobrobytu, czyż nie?
Ze stresu czasem zaglądałem do prostytutek, co się będę wstydał – normalna sprawa, każdy mężczyzna zrozumie.
Swoją babę „na całe życie”, „aż po grób”, poznałem, gdy wracałem właśnie od jakiejś dziwki z Garbar. Moja luba zbierała kwiaty, młodziutka a jaka kształtna! Nóżki z sukni wystawały jej piękne, w ciemnych rajstopkach – uwielbiam rajstopki! – a że natchniony byłem wódą i akurat nie cuchnąłem za bardzo, zagadałem.
Gocha, bo tak jej było, zabrała mi trzynaście lat życia, które mogłyby być cudowne, gdyby nie ta flądra! Nieszczęsna trzynastka i w piątek na dodatek poznana – w ogóle nie wziąłem pod uwagę porzekadła, i jakże się to na mnie odbiło. Że też one nie mogą mieć na czole jakichś znaczników, łatwiej by było wszystkim! Głupi byłem, bo dla zawartości jej ud dałem sobie wykroić cały fragment życia, zmarnowany na kłótnie, wrzaski – bo skarpety nie tam szmyrgnięte, bo nie to, nie tamto, owamto. Ileż można było znaleźć powodów do kłótni, nikt prócz mojej przyszłej nie miał nawet pojęcia!
Jeszcze głupszy pomysł wpadł mi do głowy, gdy raz zabrałem ją, co by się pochwalić przed kolegami w knajpie. Och, jakie miała zgrabne nóżki, a jak mi chłopaki zazdrościli… i sam żem to zniszczył! Żartnąłem coś o bykowym, że powinniśmy się hajtnąć i no… takie tam inne brednie, wiecie – że kocham i w ogóle… Pijany byłem, ale kobita się zawzięła. Nie przeczę, dobra ze mnie partia – nie biłem jej, kasę do domu przynosiłem, a i piłem rzadziej od tatka – czy Gocha mogła sobie wymarzyć więcej?
I dał nam ślub ten cholerny ksiądz Nietota – raptem kilka minut od przydzielonego mieszkania w samym centrum, u św. Stanisława. Potem był urząd i została moja Gocha panią Jaskólską…
Już nawet nie pamiętam, jak wcześniej jej było!
Księżniczka na zagrodzie szybko pokazała pazurki. A to mieszkanie za małe, a to obyczaj mój nie taki – zrób coś, zrób tamtoś, zrób, zrób, zrób! Córa robotnika, sama już zresztą na świecie, a zaczęła stawiać mi wymogi, jakbym z domu cesarskiego ją wyciągnął! Była mi jak ujadający pies, ale nie z tych, które można przywiązać do budy i rzucić resztki z obiadu raz na dzień. Nie, ona byle czego nie tknie, nie splunie na to, co mi smakuje czy co mnie podobnym wypada!
Powód był prozaiczny – i, jak zwykle, nie po mojej stronie. Staraliśmy się o dzieci, co raczej nikogo nie powinno dziwić. Ja zdrowy, ona… jak myśleliśmy – też. Niestety, czym dalej w las, tym ciągle nic. Byczka rozpłodowego ze mię zrobiła, tyle co ta krowa nie dawała mleka. Oschłą mi się stała, bo nie jak do męża, ale jak do pługa podchodziła: dalej, rób – chce, chce!
Niby fajno, ale…
Tak mnie to zniechęciło, że częściej zabawiałem się z dziwkami niż w łożu małżeńskim. A Gocha tylko jęczała, kwaczała – gęś cholerna, wiecznie skwaszona, a im więcej lat, tym brzydsza i bardziej nieznośna. Czym dalej, tym usilniej dawała mi do zrozumienia, jak mną gardzi. Była mi jeszcze gorsza niż kolejna przemowa kogoś z KC PZPR, a odkąd odsunęli Gomułkę – nie sądziłem, że cokolwiek zdoła mnie jeszcze tak wkurzyć.
Ile nieszczęść jeszcze?!, zastanawiałem się, gdy usłyszałem w radiu smutne wieści o towarzyszu Wiesławie. Musiałem się upić, i wtedy i tamtego dnia, gdy… no, kiedy nieco się pokomplikowało.
Zrobiła mi porządną awanturę, stare babsko. Wróciłem do domu po pracy, ale nie prosto, a zygzakiem. Obaliliśmy z chłopakami flaszeczkę albo dwie. Połówki, bo przecież nie zamierzaliśmy się upić. Jutro trzeba było wstać do pracy. W głowie mi ryczało, kac powoli dobierał się do głosu, a ona już chciała powrzeszczeć, że niby za późno wróciłem.
Nie pamiętam dokładnie, jak to się stało. Mimowolnie, niby nie ja, pierdolnąłem ją młotkiem. Zabij, nie pamiętam, jak on w ogóle wylądował w mojej ręce, ale się stało… a jak mówią, powiedziałeś „A”, trza i „B” wyrzec.
Gocha jak na zawołanie, uderzenie jedno, drugie – ryczała jeszcze głośniej, jakby echo jej krzyków odbijało się od ścian kuchni, które płakały razem ze mną. „Łee, że boli! Łee, że przestań, brutalu!” – a im głośniej gdaczała, tym bardziej czułem w sobie rosnącą ciemną falę, jakby sama noc przelewała się przeze mnie.
I tak uderzałem… uderzałem… a potem zapanowała cisza tak gęsta, że wydawało się, iż ściany wciągają światło, a powietrze staje się ciężkie jak smoła. Nieraz już żem słyszał, jak sąsiad leje babę – bo to jedna sobie zasłużyła? – ale żeby to mnie się przydarzyło… szok prawdziwy!
Po chwili zaczęło do mnie docierać, co uczyniłem. Jezusie, miałem trupa w domu! Krew ściekała po całej kuchni, po mnie – jak mam to wytłumaczyć milicji… Powinienem w ogóle?!
Jeśli zostawię nieboszczkę, jak leży, śmierdzieć zacznie natychmiast – a smrodu nie znoszę. Małe kroczki, mikro decyzje – uznałem. Sięgnąłem po schowaną w księdze Pana Tadeusza wódkę i zająłem się sprawą. Stępiłem chyba wszystkie noże w kuchni, a na koniec pozostało tylko kilka worków. Kuchnia lśniła, jakby sama chciała zmyć pamięć o Gośce, choć w zakamarkach, do których nigdy nie sięgała, wciąż czuć było jej obecność – jak cień, który nie chciał odejść.
Czekałem do późna, byleby każdy spał, byle nie robić materiału do gazet. Centrum miasta, a ja z moim nietutejszym towarem przemierzałem ulice jak domokrążca (jeno co klientów unikałem). Prawie dostałem zawału, gdy zatrzymał mnie milicjant, ale uznał, zmęczony chłopina, że nie stwarzam zagrożenia – może alkohol tak ze mnie nie cuchnął? – i się pożegnaliśmy.
Ulice były puste, a noc ciągnęła się w nieskończoność, jakby sama patrzyła na mnie zza ciemnych okien.
Wziąłem łopatę i zakopałem nieboszczkę w najodludniejszym miejscu, w najgłębszym rowie, jaki zdołałem wykopać. Nieopodal płynęła Warta – rzeka jak czarny sznur snów – a ja usiadłem na brzegu, niby utknięty w koszmarze, dopijając wódkę i patrząc, jak noc powoli topnieje w bladym świetle dnia.
Ach, jeszcze nigdy Gocha nie dała mi tyle spokoju, co po śmierci jej ciało, zagrzebane tak głęboko, że mogłem wreszcie odetchnąć i poczuć życie, choć powietrze wokół mnie drżało od prześwitów niedawnej tragedii.
Piękny zbliżał się dzień, a ja nawet nie myślałem, że trzeba będzie zgłosić jakoweś zaginięcie. Nie za wcześnie to, nie za bardzo aferę zrobiła moja nieszczęsna żonka, aby sąsiedzi tak rychło zapomnieli o hałasie?
Pozostawałem nad wyraz błogi i nieświadom kompletnie, że kolejna przybłęda lada moment uczepi się mojego boku, jak zmora w snach, gotowa wciągnąć w kolejną mgłę, z której nie będzie ucieczki.
II
Kolejna książnioczka, job twoja mać!
Gdym zaparkował poczciwego poloneza pod blokiem, był już dzień. Niemal nowe było moje auto, ale gasnący silnik zadyszał gorzej od dziada, nałogowo kopcącego fajki. Alkohol powoli zaczął mię puszczać, a sąsiedzi, zaspani i w kapciach, poczęli wychodzić z mieszkań – jedni do pracy, drudzy po bułki. Nie było sensu iść do łóżka, bom wiedział, że jeśli tylko się położę, prześpię zmianę i narobię sobie jeszcze większego ambarasu.
Długo siedziałem tedy w aucie, gapiąc się na szyby bloków i rozważając, co lepiej uczynić. Nie wiedziałem w zasadzie, czy więcej podejrzeń wzbudzę, idąc do roboty jak gdyby nigdy nic, czy też przeciwnie – zostając w domu i unikając ludzi… Gocha nawet po śmierci nie przestaje mnie dręczyć!
W końcu jednak, po chwili cichego namysłu, uznałem, żem powinien uczynić rzecz najrozsądniejszą – udawać normalność.
Toć nie strąciłem właśnie kamienia z serca, aby się przejmować?
Już chciałem wysiąść, choćby po to, by zjeść coś przed robotą i golnąć setkę dla kurażu, kiedy dobiegło mię szczekanie.
Obejrzałem się i aż mnie zatkało.
Na tylnym siedzeniu siedział pies. Pokraczny, włochaty stwór, jakby ktoś wziął dziecięcego pluszaka i tchnął w niego nieco życia. Wielki był ledwie jak kot, cały w kudłach tak gęstych, że tylko wprawny snajper dostrzegłby oczy. Futro miał w trzech kolorach: brązowym, szarym i czarnym – przy czym ten ostatni odznaczał się najwyraźniej na małej piersi, niby „grzywa małego lwiątka”.
Intruz patrzył na mnie, jakby czegoś oczekiwał.
– No i czego? – mruknąłem. – Mam cię może jeszcze nakarmić?
Jednej księżniczki się człek pozbył, to mię teraz druga nawiedza? Co to w ogóle za dziwo i jak, do cholery, dostało się do auta? Jak taki pokurcz zdołał wskoczyć do środka, kurwa jego mać?
Nie miałem na to odpowiedzi. Wiem tylko, że im bardziej oddalałem się od samochodu, tym głośniej mały bydlak ryczał. A że kilku sąsiadów już zaczęło zerkać w moją stronę, wziąłem go w końcu na ręce jak bobasa i – niby nigdy nic – ruszyłem do mieszkania.
– Prezent dla Gosi – rzuciłem w stronę ciekawskich.
Sam jednak nie miałem najmniejszej ochoty trzymać w domu jakiegokolwiek darmozjada.
Pozbędę się go przy pierwszej sposobności – pomyślałem – ale na razie trzeba było pogodzić się z myślą, że zasra mi całe mieszkanie. Rzuciłem mu z lodówki kawałek szynki i wypiłem dwa kieliszki dla uspokojenia nerwów. Od wczorajszego popołudnia praktycznie bez przerwy piłem; nawet jak na mnie to za dużo, ale… Niech się dzieje Wola Nieba, jak powiadają – z nią się zawsze zgadzać trzeba, podsumowałem, wychylając ostatni kieliszek i wyszedłem do pracy.
Dzień w zakładzie wlókł się jak zwykle, choć mnie zdawał się jeszcze dłuższy. Pracowałem w gigantycznej hali – stukot młotków, zgrzyt pilników, zapach oleju i metalu. Cała ta nasza codzienna orkiestra robotnicza. Majster kręcił się między stanowiskami, coś burczał pod nosem, a chłopy gadali o wszystkim i o niczym: o kartkach na mięso, o meczu, o tym, że podobno znowu mają podnieść ceny wódki.
– Nie straszcie, bo zostanę abstynentem – powiedziałem, siląc się na normalność. – Róbta lepiej, bo zaraz nam się po łapach dostanie!
I robiłem swoje, ale co chwilę podskakiwałem jak postrzelony. Każde „cześć”, pojedyncze zawołanie majstra, szmer, czy szept – zdawały mi się zapowiedzią najgorszego. Ręce miałem niby zajęte pilnikiem, ale myśli latały gdzie indziej. Moja zakopana w ziemi flądra nie chciała spocząć, gdzie ją zostawiłem!
Ciągle czekałem, aż ktoś podejdzie, położy rękę na ramieniu i powie spokojnym głosem:
– Obywatelu, proszę z nami.
Ale nic takiego się nie stało.
Zmiana minęła, gwizdek zabrzmiał na koniec roboty, a ludzie rozeszli się do domów. Jak sądzę, nikt nie zainteresował się mną na tyle, by zadawać pytania. Czemu niewyspany, skąd to rozdrażnienie? – kogo to ponad mnie w zasadzie miało obchodzić?
Prawdziwy problem zaczął się dopiero wtedy, gdym wrócił do mieszkania.
To, co zobaczyłem po otwarciu drzwi, było istne pobojowisko. Gorsze bodaj od tego, które narobiła Gocha w kuchni ubiegłej nocy.
Poduszki rozszarpane, pierze latało po pokoju jak śnieg. Koc zwisał z kanapy w strzępach. Jedna z nóg stolika była ogryziona tak, jakby ktoś ją w korniki cisnął. Gazety porozrzucane po całej podłodze, dywan zrolowany w połowie, a kapcie leżały w przedpokoju w stanie nie do poznania.
Nawet stare, skrzypiące łóżko robotnicze dostało swoje – prześcieradło rozdarte, materac nadgryziony i… obsikany?!
A w samym środku tego zniszczenia siedział on.
Mały piesek nieznanej mi odmiany. Włochata kulka, która patrzyła na mnie z taką niewinnością, jakby nie miała z tym wszystkim nic wspólnego. Ledwie było widać spod kudłów jego oczy, ale gdy tylko je dostrzegłem, wpatrywały się we mnie czysto i ufnie.
Na dodatek merdał ogonem.
Czekał na nagrodę za swoje osiągnięcia?!
– O, ty obłudniku… – wysyczałem.
I nagrodę dostał.
Wziąłem gagatka pod pachę, zszedłem na dół, wsiadłem do auta i podjechałem kilka przecznic dalej. Przy pierwszym lepszym śmietniku postawiłem go na ziemi.
Nie był to widok niemiły dla oka – przyznam. Nigdym nie widział słodszego, bardziej zdanego na cudzą łaskę stworzenia. Ale właśnie dlatego byłem pewien, że długo tam nie zostanie. Zaraz zleci się dzieciarnia, ktoś go przygarnie, a rodzice – choćby z początku kręcili nosem – w końcu się ugną.
Sprawa załatwiona.
Znacznie więcej uwagi musiałem poświęcić milicji. Uznałem po czasie, że lepiej było nie zwlekać i… liczyć na niewrażliwość sąsiadów?
Zgłosiłem zaginięcie Gochy. Trzeba było odegrać rolę zrozpaczonego męża: że kłótnia, że wyszła z domu, że nie wróciła, że ja się martwię, itp. Tu westchnąć, tam potrzeć oczy, gdzie indziej spuścić głowę i załamać głos. Nie potrzebowałem szkoły aktorskiej, ażeby wypaść – jak mniemam – całkiem sprawnie.
Milicjanci patrzyli na mnie podejrzliwie – wiadomo, mąż zawsze pierwszy na liście, ale mieli wtedy ważniejsze zmartwienie i zignorowali moją cholerną połowicę.
Po mieście krążyły plotki o mordercy, który grasował w okolicy. W gazetach aż huczało o sprawie. Zwyrodnialec podobno napadał na kobiety i robił z ich ciałami rzeczy tak ohydne, że nawet w „Głosie Wielkopolskim” pisano o tym półgębkiem. Coś tam, że włóczył się po parkach, zaczepiał samotne kobiety, a potem działy się rzeczy, o których normalny człowiek nie chciałby nawet słyszeć.
Przy takim potworze mój przypadek wydawał się drobiazgiem.
I tak oto mi się upiekło. Nawet mieszkania mi nie przeszukali, nie krążyli po mieszkaniach i przyjaciołach. A że Gocha nie miała rodziny, która by podniosła alarm – sprawa ucichła, zanim zdążyła zabrać głos.
Szczeknięcie.
Oj, coś mi się przesłyszało, uznałem, pławiąc się na sofie moim małym zwycięstwem.
Zdawało się tedy, że po tylu latach wróciłem wreszcie do normalności.
Doceniłem życie bez baby – ma ono swoje zalety, po tylu przeklętych latach niepodobna, abym to ukrywał.
Człowiek wraca z roboty – cisza. Nikt nie marudzi, że znowu wypił. Nikt nie pyta, gdzie pieniądze z wypłaty. Nikt nie rzuca talerzami ani nie wypomina, co było trzy lata temu w lipcu. A dlaczego w lipcu? Sam nigdy „nie domyśliłem się” – o, ja nieszczęsny, job twoja mać!
Kieliszek stawiam, gdzie chcę, radio gra, ile zapragnę, a skarpetki mogą leżeć na krześle do woli.
Bo prawda jest taka – i niech kto chce, niech się obraża – że baby to same kłopoty. Najpierw chcą kwiatków, potem firanek, potem dzieci, a na końcu i tak człowieka doprowadzą do szału.
Po czterdziestce przestało mi się już chcieć tych wszystkich awantur, fochów i pretensji.
Do kieliszka zawsze znajdzie się towarzysz. A spokój w domu – to rzecz bezcenna.
Kłopot zaczął się dopiero tydzień później.
Któregoś wieczora, zapomniawszy już niemal o całej historii, wlazłem pod prysznic. Gocha przecie nie jęczała zza ściany, więc drzwi do łazienki zostawiłem otwarte. Przyznaję – wypiłem trochę. W głowie mi się lekko kręciło, a woda dudniła o kabinę.
I znowu usłyszałem szczeknięcie.
Jedno.
Zamarłem.
– Przesłyszało mi się – mruknąłem pod nosem, choć nie był to pierwszy raz w tygodniu.
Czasem człowiekowi po alkoholu różne rzeczy się wydają.
Ale po chwili dobiegło mnie znowu.
I jeszcze raz.
– O co chodzi, do cholery…?
Wychyliłem głowę przez uchylone drzwi łazienki.
I wtedy go zobaczyłem.
W korytarzu siedział pies.
Ten sam włochaty wypierdek, którego tydzień temu zostawiłem przy śmietniku kilka przecznic dalej.
Siedział spokojnie, merdając ogonkiem. Kudły opadały mu na oczy, ale spod nich patrzyły na mnie te same małe, ciemne ślepia.
Nie ruszał się. Tylko patrzył.
Powiem szczerze: serce mi wtedy podeszło do gardła.
Nie chodziło nawet o psa.
Byłem absolutnie pewien, że go porzuciłem.
A on siedział teraz w moim korytarzu.
Jakby nigdy nic.
Podszedłem, jak mnie Pan Bóg stworzył, woda jeszcze spływała mi po plecach, a chłód łazienkowych płytek wpełzał pod stopy niczym lodowaty język jakiegoś podziemnego stworzenia. Pies siedział w korytarzu i patrzył. Gapił się tak spokojnie, tak cierpliwie, jakby od dawna spodziewał się tego spotkania.
Ewidentnie czekał na przysmaki.
Byłem przy nim jak olbrzym przy robaku – wielki, nagi, ciężki, zdolny jedną ręką skręcić mu kark. A przecież to ja się bałem, nie odwrotnie.
Bo skąd on się tu wziął?
Zniżyłem głowę, zbliżając twarz ku jego kudłatej kulce. Sam nie wiedziałem, czego chcę się dopatrzyć – czy śladu błota, czy może jakiegoś znaku, który zdradziłby drogę jego powrotu. Coś jednak kazało mi spojrzeć bliżej, jeszcze bliżej, jakby w tych małych, niemal ukrytych pod włosiem oczach miała czaić się odpowiedź.
I wtedy – nim zrobiłem choćby krok – razem ze mną ku psu pochyliła się jeszcze jedna głowa.
Nie usłyszałem drzwi. Nie usłyszałem kroków.
Po prostu była.
Ciemne widmo, ledwie obecne w przestrzeni – jak cień, który nie ma prawa istnieć, a jednak trwa. Powietrze wokół niego zdawało się gęstnieć, jakby sama rzeczywistość nie chciała przyjąć jego ciężaru.
Spojrzało.
Nie na psa.
Na mnie.
Krzyk zamarł mi w gardle. Cofnąłem się gwałtownie, potknąłem o próg łazienki i runąłem na podłogę. Odsunąłem się do drzwi, czując, jak zimne płytki palą mi plecy niczym lód.
A ono zbliżało się.
Powoli.
Skóra tej postaci jaśniała z każdym krokiem, jakby wypłukiwana z cienia. Szarość ustępowała bladości, a bladość przechodziła w coś nienaturalnego – w odcień mleka, w trupią biel, która nie należała do świata żywych.
Wtedy zobaczyłem twarz.
Moja Gocha.
Patrzyła na mnie z goryczą tak głęboką, że nie było w niej ani krzyku, ani gniewu – tylko chłodna, ciężka wiedza. Jakby znała każdą moją myśl, każde kłamstwo, każdy gest tamtej nocy. Rozszerzyła nienaturalnie usta, z których wyciekła na podłogę setka robactwa, pożerająca zgnilca od środka.
Zamknąłem oczy.
Czekałem na cios. Na pazury diable. Na zimne ręce zaciskające się na gardle. Na cokolwiek, co sprawi, że ten koszmar stanie się wreszcie realny.
Czekałem.
Czekałem długo.
Ale jedynym dźwiękiem był wciąż prysznic, który szumiał w łazience, monotonny i obojętny jak deszcz padający na grób.
Po chwili poczułem ciężar na kolanie.
Drgnąłem.
Nie widmo to było.
Nie człowiek.
Jeno pies.
Mała włochata kulka wspięła się na mnie i trąciła pyskiem, jakby dopraszała się obiadu. Polizał mię po ręce, szczeknął cicho, a ogon zawirował w powietrzu z dziecinną radością.
W miejscu robali, które wyleciały z mojej lubej, znajdowały się psie bobki, ciche, spokojne…
A ja…
Ja trząsłem się jak w febrze.
Bo choć korytarz był pusty – wiedziałem, przysięgam na Boga, że przez krótką, straszną chwilę nie byłem tam sam.
III
I takem żył we trójkę, choć samojeden
Musiałem się pozbyć tego przeklętego kundla. Musiałem!
Przez przeszło tydzień wyrzucałem go, gdzie tylko się dało. Wynosiłem nocą na drugi koniec dzielnicy, zostawiałem przy śmietnikach, raz nawet – w napadzie desperacji – cisnąłem go przez okno.
Mieszkam na szóstym piętrze.
A jednak nic to nie dało.
Za każdym razem, gdy wracałem z roboty, z knajpy albo z milicyjnego przesłuchania, drzwi mieszkania otwierały się na ten sam widok: mała włochata kulka siedziała w przedpokoju i merdała ogonem, jakby nic na świecie nie było bardziej naturalnego niż mój powrót.
Czekał na mię.
Czekała też ona.
Bo za niewinnym spojrzeniem tego spłaszczonego pyska kryła się diablica.
Czasem widywałem ją w odbiciach. Nie wprost – o nie! Nigdy tak uczciwie. Tylko kątem oka, w szybie kredensu, w metalowej pokrywce garnka, w ciemnej tafli telewizora.
Stała tam, gdzie przed chwilą nikogo nie było.
W kącie pokoju, przy framudze drzwi, czasem za moimi plecami.
Blada jak papier, z włosami przyklejonymi do policzków, z twarzą nieruchomą jak maska. I zawsze z tym samym spojrzeniem – ciężkim, pełnym wyrzutu, jakby każda sekunda mojego życia była dla niej kolejnym oskarżeniem.
Kiedy odwracałem głowę – znikała.
Ale pies zostawał.
Siedział wtedy i patrzył na mnie z tą swoją głupią, rozanieloną miną, jakby wszystko było w porządku.
Nie pomnę już, w ilu miejscach nie byłem, próbując się kundla pozbyć.
Najdziwniejsze było jednak co innego.
Każdy weterynarz, do którego trafiałem, patrzył na psa z takim zdumieniem, jakbym przyprowadził mu egzotycznego ptaka z dżungli.
– Gdzie pan go znalazł? – pytali. – Jakżeby ktoś zgubił coś takiego?
Jak się okazało, nie był to byle kundel, jak każdy przy zdrowych zmysłach by sądził. Po przejrzeniu jakichś ksiąg i atlasów ras, które trzymali w gabinetach, a także starych katalogów hodowlanych, doszli do wniosku, że to… shih-tzu.
Nie mam pojęcia, jak to się nawet wymawia!
Ale podobno była to rasa z Tybetu. Pieski cesarskie, pałacowe, trzymane niegdyś przez chińskich dostojników i inne wielkie persony.
– Rzadkość u nas – mówił jeden z weterynarzy, przewracając kartki jakiegoś poradnika kynologicznego. – Takiego psa to prędzej zobaczy pan u córki kolegi sekretarza KC niż u zwykłego człowieka…
I ja miałem podobne zdanie.
Skąd, u diabła, w moim mieszkaniu wziął się pies z Tybetu czy jakiegoś innego końca świata?
– O, ma nawet imię – zauważył weterynarz.
– Słucham?
Nie zwróciłem wcześniej uwagi, ale gdy rozgarnął sierść na karku psa, wyciągnął cienką smycz ukrytą pod włosiem.
Na metalowej blaszce coś było wygrawerowane.
– „Gosia” – przeczytał mężczyzna.
Przeszedł mnie dreszcz tak gwałtowny, że aż ścisnęło mi żołądek.
– Moja córka nazwała psa Rysiek – ciągnął weterynarz, nie zwracając uwagi na moją minę. – Ale żeby tak jak człowieka… dość osobliwe mają dziś młodzi pomysły, nie uważa pan?
Zapłaciłem horrendalną sumę za wizytę, choć czort wie za co właściwie. Wyszedłem z gabinetu jak z przesłuchania SB, a i stan psychiczny miałem, jak typowy delikwent po „seriach uprzejmych rozmów”.
Przy pierwszym kontenerze na śmieci cisnąłem sukę do środka.
Potem kupiłem pół litra wódki.
Gdym wrócił do domu… pies siedział w przedpokoju.
I czekał na karmę.
Nie pomnę już, kiedy w zasadzie zacząłem go regularnie karmić. Kiedy kupiłem mu miskę. Kiedy zacząłem go wyprowadzać i spełniać jego zachcianki.
Stało się to jakby mimochodem.
Zasadniczo to on miał nade mną kontrolę.
Choć był to jeno głupi pies, pokurcz, karzeł – to on prowadził mię na smyczy, nie odwrotnie. Szliśmy ulicą, a ja miałem wrażenie, że nie wybieram drogi. Że to on decyduje, gdzie skręcimy, gdzie się zatrzymamy.
W domu chodziłem na palcach.
Bo zauważyłem jedną rzecz.
Ona pojawiała się częściej wtedy, gdy pies czegoś potrzebował, a ja to ignorowałem.
Pamiętam jeden wieczór szczególnie.
Siedziałem przy stole, zmęczony po robocie, z kieliszkiem wódki. Pies kręcił się przy misce i popiskiwał.
– Zaraz – burknąłem, ale czas sam uciekał mi przez palce.
Nie wstałem z miejsca przez ponad godzinę.
Po chwili w mieszkaniu zrobiło się dziwnie cicho. Nawet lodówka jakby przestała brzęczeć.
Podniosłem wzrok.
Pies siedział na środku kuchni.
Ale nie patrzył na mnie.
Patrzył za moje plecy.
Powoli odwróciłem głowę.
W drzwiach sypialni stała ona.
Gocha.
Nie taka, jaką ją pamiętałem.
Jej głowa była przekrzywiona pod dziwnym kątem, jakby kark już nie trzymał jej należycie. Włosy zwisały w strzępach, a z ust sączyło się coś ciemnego.
Patrzyła.
Nie na mnie.
Na miskę psa.
Dopiero gdy drżącą ręką sięgnąłem po puszkę karmy i wysypałem ją do miski, postać zaczęła blednąć.
Rozpłynęła się w powietrzu jak para.
Pies natomiast jadł spokojnie, mlaskając z zadowoleniem.
Od tamtej pory nie spóźniałem się z jego kolacją.
Myślałem kiedyś, że się uwolniłem, że bez mojej lubej będę szybował po świecie jak ptak po niebie… że wszystko się skończyło…
A tymczasem wygląda na to, że wciąż te głupie suki rządzą moim życiem!
Jedna martwa, druga włochata – obie równie głupie, obie mają nade mną władzę.
Jakby tego było mało, milicja coraz częściej pukała do drzwi. Złapali jakiegoś tam wąsacza, co z młotkiem nastawał na kobiety w parkach – kolejne głupie suki, zapewne! – i teraz moli zamierzali uwziąć się na mię. Wciąż pytają o Gochę. Wciąż chcą wiedzieć, czy coś sobie przypomniałem, czy coś tam, owoś-tam, kogoś-tam!
A ja przecie muszę chodzić do pracy.
Muszę żyć.
Wstawać rano, zakładać roboczy kombinezon, jeść, spać, oddychać.
Tylko jak?
Jak żyć w domu, w którym pies patrzy na ciebie jak niemy oskarżyciel, a zza jego oczu czasem wygląda ktoś, kto nie powinien już patrzeć nigdy?
IV
Czekając (szczekając?) w ciemności
Jak tak se o tym myślę – ciężkie mam życie, jakbym całe je przeszedł ze spodniami wypełnionymi łajnem, czując obrzydzenie i odór przy każdym ruchu.
Całe lata harowałem w zakładzie, przy maszynie, co ryczała jak potępiona bestia. Człek rano wstawał jeszcze po ciemoku, zimą to i w pełnej nocy, a wracał kiedy znów było ciemno. Ręce w smarze, płuca w pyle, kieszeń pusta jak sumienie urzędasa z Sowietów. Kartki, kolejki, krzyk brygadzisty, a w domu… no, w domu też człowiek spokoju nie miał.
Dni poczęły mijać jak szalone; w zasadzie nie wiedziałem kiedy – twarze zlewały mi się w jedno, podobnie ze słowami.
Żyłem tak może kilka miesięcy, może lata – sam powiedziałbym, że wieczność.
Z psem.
Psem, który ani się starzał, ani zdechnąć czy zgubić się nie mógł.Jeno trzymał się mnie jak rzep, jak plama ta przeklęta, co się Balladynie do dłoni przylepiła i zejść nie chciała.
Nie pomnę, kiedy po mię przyszli.
Jak do tego doszło, że uznali w końcu, że to ja jestem winny zaginięcia? Powiedzieli mi, że przypadkowi przechodnie natrafili na psa, który poprowadził ich przez pola i wskazał niemą mogiłę.
Nawet pytać żem nie musiał, jaki to był pies!
Ta jego niewinna gęba – o nie! – nic nie miała z niewinności. Za nią kryło się coś… coś, co patrzyło na mnie zawsze zbyt uważnie. Coś, co pamiętało. Ze spokojem obserwował, bezecnik, jak mię wyprowadzali, jak brutalnie mię potraktowali, choć żem się nie stawiał.
– Z płytkiego grobu wystawała w chaszczach dłoń – rzekł łysy milicjant na przesłuchaniu, kładąc mi obrączkę z wygrawerowanymi imionami mojej babuszki i dziadka. – To pańskie, dobrze pamiętam, że opisał pan tę obrączkę, zgłaszając zaginięcie?
Płytko ją zakopałem? – niedowierzałem, nie odpowiadając na żadne pytanie. – Czy to możliwe, że woda wypłukała tę istną tonę ziemi, którą nieboszczce sprawiłem…? A może to ten cholerny pies, powoli, skrupulatnie – rozgrzebywał tajemnicę?
Wiem tyle, że skończyłem tu. W tej celi.
Straszą mię, że skończę na sznurze. Ale nie obchodzi mię to już.
Nie żyję, odkąd spotkałem tego cholernego psa…
Bo czy to ja jestem winien, że mię baba do ostateczności zmusiła?
Jeden powie na cię, drugi powtórzy plotkę, aż człowiek coś zrobi – i zaraz wielka zbrodnia! Zaraz sąd, milicja, świadkowie – cyrk rusza, przedstawienie dla gapiów murowane. Na moim cierpieniu! Jakbym to ja pierwszy na świecie rękę podniósł na połowice. A przecie to ona mi życie zmarnowała, nie odwrotnie!
Siedział ze mną przez pewien czas poczciwy chłopina. Edmund Kolanowski mu było. On mnie rozumiał i wielceśmy się dogadali. Aż trudno uwierzyć, że taką duszyczkę można było poznać w iście paskudnym miejscu.
Był on – a jakże! – tak samo jak ja pokrzywdzony.
Edzio… dobry człek. Cichy, pracowity. Tyle co z babami od zawsze miał pecha.
Wieczorami gadaliśmy, kiedy strażnik przechodził korytarzem i kluczami brzęczał jak zegar wybijający naszą ostatnią godzinę.
– Widzisz – mówił Edzio – to wszystko przez nie.
– Przez kobiety? – pytam.
– A jakże! Człowiek by żył spokojnie. Jadłby obiadki, pracowałby… ale one muszą człowieka do złego doprowadzić!
I kiwał głową tak powoli, jak ksiądz nad trumną.
Myśliciel!
– One zawsze zaczynają – mówił jeszcze ciszej. – A potem się dziwią, że człowiek je człowiek i słabościom ulega!
Długo o tym rozmyślaliśmy. O niesprawiedliwości świata. O tym, jak to człowieka wmanewrują, a potem on jeden winny! Zostałbyś w domu, gnił i pracował na ten chory system – ni brawa, jeno nagany. Omsknie ci się raz ręka, niechby i razy kilka – rogi ci domalują, od potworów zwyzywają, co by sami nie dostrzec swej dzikości!
Bo przecie człowiek sam z siebie takich rzeczy nie robi – zawsze zmuszony zostaje, choćby przez kaprys niegodziwy – jak mego biednego towarzysza w niedoli.
Edzia zabrali jakiś czas temu.
Ponoć już zawisł.
Mówią, że teraz mają go grzebać.
Ja też czekam na koniec, choć nikomu nie mówią tu, kiedy nastąpi.
Już chyba był wyrok, ale nie ukrywam – mało mię to obchodzi, stąd i za wiele o nim nie powiem. Gdzieś mię brali, coś tam gburki w togach pouczali… ale bliskich jako podpory czy oskarżycieli na ławach nie zastałem. Ani moich, ani Gochy – bo i kto miał przyjść? Martwi stawić się na rozprawach nie mogą, a mój brat… on też dla mnie jak trup, niechby i sczezł przede mną!
Kilku gapiów przyszło na rozprawę, ale żebym kogo znał – nie powiem; może z dwóch chłopaków z pracy, raczej gotowych ze mię zakpić.
Ja ni przytakiwałem, ni przeczyłem, gdy pytano. Pozwoliłem się prowadzić. Tak jak wtedy… gdy wyprowadzałem psa…
Tu mię zaprowadził, cholera jedna!
Prosto na stryczek!
Czasem słyszę jeszcze jego obecność. Pojedyncze szczeknięcie. Malutkie łapki szurające pazurkami o podłogę.
Nie wiem, co z nim zrobili. Czy w ogóle „był jakiś pies”, jak już przejrzeli moje mieszkanie. Nic o tym nie słyszałem, a rozum dawno mię zawiódł i trudno mi wyrokować.
Ale gdy gasną światła…
…Gdy siedzę sam…
…A Edzia już nie ma…
…Czasem czuję w celi zapach.
Wilgotny. Ostry. Jak psie szczyny na betonie.
A czasem mam wrażenie – tylko wrażenie! – że go widzę.
Stoi przy drzwiach.
W trzech kolorach.
Pozornie niewinny.
I wtedy dzieje się coś jeszcze.
Bo zawsze ktoś go wyprowadza.
Ona.
Postać Gochy rozmywa się w oczach. Z jej ciała ostały się same kości, choć błotem trwale ubrudzone – ruchome i chętne na wyprowadzenie przeklętego pupila.
Tylko zarys to, jak się zdaje – jakby cień kobiety wycięty ze starego zdjęcia. Czaszka przechylona nienaturalnie, jak u kogoś, komu kark kiedyś skręcono. Włosy, niby peruka, a pojedyncze – zwisają ciężkie, mokre, jakby dopiero co wykopane z ziemi.
Staje zawsze na chwilę, zaraz przed moją celą.
Patrzy na mnie, a pies merda ogonem.
Mówią, obie, okrutne, choć nie słychać słów.
Ślą oskarżenia, choć zdają się prawić komplementy…
A ja rozumiem to wszystko.
Bo za każdym razem, gdy ona go wyprowadza, pies krąży bliżej mojej pryczy.
Bliżej.
I bliżej.
A w jego oczach nie ma już psa.
Jest tylko cierpliwość.
Cierpliwość kata.
Myślę czasem, że gdy przyjdą po mnie i zaprowadzą pod szubienicę… to nie kat zarzuci mi pętlę.
Pies już czeka, widzę to, śmierć krąży w jego słodkich oczętach.
Niemal widzę, jak i kiedy stołek spod nóg mi wybiją… to nie lina zaciśnie się pierwsza, a kościotrup niemy mię otuli, aby zabrać do piekła.
Najpierw poczuję jego zęby.
Tu.
Na gardle, na potylicy.
Tak jak Gocha czuła uderzenia młotka… Zaprowadzą mię do piekła, choć niczym sobie na to nie zasłużyłem, żem człowiek, żem po latach okazał słabość…
Skończę jako potępiony… i nawet tam, gdzie się udam, nie dadzą mi spokoju te cholerne suki!
Cześć,
Gocha, bo tak jej było, zabrała mi trzynaście lat życia, które mogłyby być cudowne, gdyby nie ta flądra! Nieszczęsna trzynastka i w piątek na dodatek poznana – w ogóle nie wziąłem pod uwagę porzekadła, i jakże się to na mnie odbiło
Nie ma żadnego porzekadła o piątku 13. Jest przesąd. Poza tym skąd on miał wiedzieć, że w momencie poznania (w piątek) spędzi z nią tych 13 pechowych lat? Coś się więc pomieszało w narracji w tym zdaniu
Byczka rozpłodowego ze mię zrobiła, tyle co ta krowa nie dawała mleka. Oschłą mi się stała, bo nie jak do męża, ale jak do pługa podchodziła: dalej, rób – chce, chce!
Niby fajno, ale…
Tak mnie to zniechęciło, że częściej zabawiałem się z dziwkami niż w łożu małżeńskim.
kiedy dobiegło mię szczekanie.
Obejrzałem się i aż mnie zatkało.
Czemu raz “mię”, raz “mnie”?
Od wczorajszego popołudnia praktycznie bez przerwy piłem; nawet jak na mnie to za dużo,
Wcześniej przy okazji opowieści o zaręczynach jest, że pije mało. Jasne, przez te 13 lat mogło sie zmienić sporo, ale nie było pomiędzy żadnego zdania wprowadzającego, że np. przez Gochę zacząłem zaglądać częściej do kieliszka.
Zwyrodnialec podobno napadał na kobiety i robił z ich ciałami rzeczy tak ohydne, że nawet w „Głosie Wielkopolskim” pisano o tym półgębkiem.
Jak wygląda pisanie półgębkiem? Poza tym gazety raczej mieliłyby temat w nieskończność, w końcu żerują na takich sprawach.
Wychyliłem głowę przez uchylone drzwi łazienki.
W miejscu robali, które wyleciały z mojej lubej, znajdowały się psie bobki, ciche, spokojne…
Trochę tu śmiechłam ^^
Nie zwróciłem wcześniej uwagi, ale gdy rozgarnął sierść na karku psa, wyciągnął cienką smycz ukrytą pod włosiem.
Dość często pojawiają się wstawki, które akurat w danym momencie są wygodne dla fabuły i to jest najlepszy przykład. Jak bohater mógł nie zauważyć smyczy? Chyba, że to o obrożę chodziło, ale nadal lekko naciągane.
mógł.Jeno
Spacja
– Z płytkiego grobu wystawała w chaszczach dłoń – rzekł łysy milicjant na przesłuchaniu, kładąc mi obrączkę z wygrawerowanymi imionami mojej babuszki i dziadka. – To pańskie, dobrze pamiętam, że opisał pan tę obrączkę, zgłaszając zaginięcie?
Milicjanci, którzy nie przejęli się zaginięciem jego żony, po latach pamiętaliby dobrze, jak opisał obrączkę?
Płytko ją zakopałem? – niedowierzałem
Nie dowierzałem
Siedział ze mną przez pewien czas poczciwy chłopina. Edmund Kolanowski mu było.
Jako osoba siedząca i zajmująca się tematami true crime, doceniam :P
Nie wydaję mi się, żeby za zabójstwo żony dostał wtedy karę śmierci. Ona była przyznawana za seryjne morderstwa jak Kolanowski właśnie, czy za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem.
Po zobaczeniu tytułu i paru pierwszych zdaniach byłam raczej sceptyczna, ale wciągnęłam się w historię i całkiem mi się podobała. Jest trochę nieścisłości czy nierówna stylistyka językowa, ale ogólnie udana lektura :)
KLIK
Those who don't believe in magic will never find it
Cześć :)
Wciągnęło mnie. Od początku czułam do bohatera tak ogromną antypatię, że tylko czekałam na jego okrutny koniec. Miałam nadzieję, że zgnije w męczarniach. Tego słodkiego pieska zamieniłabym mu tylko na jakiegoś brzydala z jednym okiem i wystającymi zębami. Chociaż z drugiej strony taki kontrast może lepiej działa.
Jest parę błędów, ale to wszystko do poprawienia.
Dodanie tu Kolanowskiego pozytywnie zaskoczyło :)
Podobało mi się.
Witaj. :)
Opowiadanie po prostu mnie urzekło! Ten cwaniacki język, styl, sposób mówienia/pisania, te wtrącenia! Majstersztyk! :) Wielkie brawa! :)
Przy opisywanym zakopywaniu jakoś tak skojarzyły mi się “Lilie” Mickiewicza:
Zbrodnia to niesłychana,
Pani zabija pana.
Zabiwszy grzebie w gaju,
Na łączce przy ruczaju,
Grób liliją zasiewa,
Zasiewając tak śpiewa:
«Rośnij kwiecie wysoko,
Jak pan leży głęboko;
Jak pan leży głęboko,
Tak ty rośnij wysoko».
Nieco błędów jest, jak choćby ortograf: “niedowierzałem”, ale nie zajmowałam się nimi, tylko czytałam z zachwytem. :) Bohater, mimo poglądów na temat kobiet (zresztą – poniekąd zrozumiałych), wydał mi się nader sympatyczny, pewnie z powodu tego “swojskiego” sposobu bycia i bezstresowego, luzackiego zachowania. :)
Szynka wyjęta z lodówki i podana psu wywołała u mnie niemały szok, bo – jako dziecko, wychowane w czasach PRL-u – nie przypominam sobie niestety podobnych rarytasów, za to kojarzę jedynie wyroby czekoladopodobne, ohydny salceson, a także nocne kolejki przed pustymi sklepami i niezrealizowane co miesiąc kartki żywnościowe (o których zresztą też piszesz), lecz w końcu to fantastyka… :)
Za rewelacyjny humor, pomysł i genialny klimat – podwójny klik, powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Zajrzę później!
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!
Serwus,
bardzo dobre opowiadanie. Gratuluję udanego debiutu.
Ciekawe, wciągające, z lekkim humorem i dobrze napisane. Ogólnie „w dechę”, jak mógłby powiedzieć ktoś z tamtych lat. Dobrze oddałeś klimat epoki – podoba mi się.
Fajna historia. Żeby jeszcze bardziej pogrążyć bohatera przez kobiety, wyobrażam sobie, że karę śmierci zasądziła sędzina.
Z drobiazgów do zmiany wskazałbym to, że miejscami każde zdanie niepotrzebnie zaczyna się od nowej linijki. To jednak detal i kwestia gustu.
Z pewnością zajrzę do kolejnego opowiadania, jeśli coś wrzucisz.
„Edgarowi Allanowi Poe poświęcam” – skąd taka dedykacja? Ani stylem, ani tematem nie kojarzy mi się to z Poe. Bardziej przywodzi mi na myśl „Złego” Tyrmanda albo „Co jest za tym murem” Jacka Stwory.
Klikam do biblioteki oraz nominuje do kwietniowego piórka.
Pozdrawiam
rr
To nie jest debiut. I autor nie napisał żadnego komentarza, ani pod swoim, ani pod żadnym innym opowiadaniem. Mam nadzieję, że więcej nominacji nie będzie, bo to chyba strata czasu.
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Dzięki wszystkim za przeczytanie i komentarze, nie spodziewałem się, że akurat to konkretne opowiadanie spotka się z tak pozytywnym odzewem!
@OldGuard – mega dzięki za tak szczegółowy feedback. Sporo z tych rzeczy faktycznie do poprawy. Z częścią uwag się zgadzam, przy innych chaos miał wynikać z natury samego bohatera, ale na pewno jeszcze to przejrzę i poprawię.
@UnaBomba – cieszę się, że wzbudził aż taką antypatię, dokładnie o to chodziło. Co do psa – właśnie ten kontrast miał trochę podbić efekt. Sam pomysł na napisanie opowiadania wziął się właśnie z tego, że sam mam takiego psa i, gdy czasem widzę, jak czeka, gdy coś robię w domu – zastanawiałem się, czy tak jednoznacznie niestraszną sytuację można przekazać w sposób straszny, groteskowo choćby.
@bruce – Skojarzenie z „Liliami” bardzo trafione, właśnie ten utwór miałem w głowie w tym fragmencie i cieszę się, że ktoś również miał takie skojarzenie. Plus – poprawię boczek na salceson, czy inną mortadelę, dzięki!
@Robert Raks – dzięki za nominację i dobre słowo! Klimat epoki był dla mnie ważny, więc super, że zadziałało. Co do dedykacji dla Poe – zamysłem było nawiązanie do Czarnego Kota, zarówno w postaci narratora-brutala, i zwierzaka, który go nawiedza/męczy i na koniec to on prowadzi bohatera do zguby.
Jeszcze raz dzięki wszystkim za czas i uwagi – bardzo motywuje do pisania dalej
Portal to nie tylko pisanie ale też czytanie innych autorów. Miej to proszę na uwadze. I odpisuj na komentarze.
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
@Bardjaskier jasne, mam to na uwadze. Dzięki!
„To nie jest debiut. Autor nie napisał żadnego komentarza ani pod swoim, ani pod żadnym innym opowiadaniem”. – Faktycznie, mój błąd. Być może dlatego, że rzeczywiście nigdzie nie spotkałem kolegi pod żadnym tekstem. Swoje nominacje pozostawiam, bo opowiadanie bardzo mi się podobało, ale przychylam się do słów Barda, że „portal to nie tylko pisanie, lecz także czytanie innych autorów”. Do zobaczenia pod innymi tekstami.