Można nie komentować i nie punktować. Tekst już był na forum. Przywrócony roboczo w pewnych celach:)
Można nie komentować i nie punktować. Tekst już był na forum. Przywrócony roboczo w pewnych celach:)
Przyciągnąłem do siebie lornetkę, która pozostawiła ślad na zakurzonej, betonowej podłodze – nie powinienem tak robić: być nieuważnym i nie myśleć. Oczywiście, mój mózg nie jest upośledzony, ale momenty, kiedy pracuje na najwyższych obrotach i zwraca uwagę na wszystkie detale, to tylko krótkie odcinki czasu, z których (gdy zdołam je uchwycić), cieszę się jak dziecko. W takich wypadkach mam ochotę pochwalić się komuś swoimi spostrzeżeniami, zwłaszcza tym, którzy we mnie nie wierzą lub traktują z góry…
– Elbe Suren, raport dobowy… poranny: jeśli nic nie ulegnie zmianie, maszyna zjawi się punktualnie o 4:30. Dokładnie za piętnaście minut wyjdzie z hangaru i skieruje się do doku, gdzie wyciągnie wędkę i zacznie łowić ryby. Poprzedni dzień minął bez jakichkolwiek komplikacji. Maszyna nic nie złowiła. – Schowałem dyktafon do kieszonki dżinsowej kurtki.
Pojawianie się robotów w rezerwatach to bardzo rzadkie zjawisko. Tym bardziej byliśmy zdziwieni, że obserwowana maszyna łamała prawo nagminnie.
– Dobra, to ja się będę zwijał. – Wartownik przewiesił torbę przez ramię. – Sprawdziłeś wszystko?
– Tak, wszystko w porządku, komplet, możesz ruszać – odpowiedziałem, podnosząc niedbale kąciki ust i spoglądając na snajperkę, oraz skrzynie z amunicją.
– Tylko nic nie spierdol, w enklawie mają cię dosyć. To prosta robota: obserwujesz i meldujesz, nic poza tym.
Nie odpowiedziałem. W enklawie traktowali mnie jak wyrzutka, co było dość niesprawiedliwe, bo zawsze starałem się wypełniać przydzielone mi zadania z należytą uwagą.
Zmiany na trzecim posterunku wyglądały zawsze tak samo. Ten, który przyjeżdżał, przekazywał ciężarówkę zdającemu służbę, aby mógł wrócić do enklawy.
Robot przyłaził tu od zawsze. Pamiętam, że za dzieciaka też go obserwowali. Nigdy nic nie złowił; po prostu przychodził w to samo miejsce i zarzucał przynętę – jeśli za takową można uznać przywiązaną do stalki śrubkę.
Dziwne było to, że często przykrywał żelazne cielsko różnego rodzaju odzieniem: najczęściej płaszczem, ale zdarzały się też białe koszule, swetry w moro, kombinezony, czapki, czepki, a nawet kapelusze. Poza tym ciągle ten sam schemat: hangar, krzesełko, wędka, hangar, krzesełko, wędka…
Zdający służbę zszedł na dół. Wychyliłem się zza popękanej ściany bloku kiedy odjeżdżał. Następnie wróciłem do obserwacji powierzonego mi sektora. Maszyna spóźniała się dzisiaj, ale zachowywałem spokój; nie zawsze przychodziła punktualnie. Kiedyś z ciekawości przewertowałem książkę meldunków i największe spóźnienie jakie odnotowano, to pół godziny, blisko sześć lat temu.
Wyglądało na to, że moje zapiski nie staną się rekordową pozycją w książce, bo maszyna zjawiła się po siedemnastu minutach. To właściwie jedyne z podobieństw jej codziennej porannej rutyny. Potem wszystko potoczyło się inaczej niż dotychczas.
Myślałem, że regulacja ostrości lornetki pomoże dostrzec, czym była użyta przynęta. Wyciągnąłem dyktafon:
– Za przynętę posłużyło coś czerwonego i najwyraźniej miękkiego… mięso? – Zrobiłem krótką pauzę, szukając w myślach odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie. – Możliwości techniczne powierzonego mienia, nie pozwalają stwierdzić ze stuprocentową pewnością, czym owa przynęta może być.
Zacząłem się zastanawiać, czemu jej dotychczasowe zachowanie uległo zmianie. Nie byłem żadnym badaczem, ale wiedziałem, że to maszyna sprzed czasów rewolucji autonomicznej; takie nie mordowały ludzi. Były prostsze w użyciu, algorytmy uczyły się powoli i zawsze wykonywały polecenia. Może uległa uszkodzeniu, co mogło wpłynąć na deformację działania logiki i zamiast posłużyć się standardową przynętą, losowo wybrała coś innego?
Moje rozważania skończyły się, kiedy szczytówka wędki niespodziewanie wygięła się wpół, a maszyna wstała z krzesełka. Najwyraźniej nasz robotyczny wędkarz miał pierwsze branie w swojej wędkarskiej karierze.
Maszyna wyłowiła rybę. Kiedy zdarła z niej skórę razem z łuskami, moim oczom ukazało się mechaniczne wnętrze zwierzęcia. Następnie wędkarz wymontował niewielką część z ryby i zaimplementował ją we własny układ autonomiczny na wysokości brzucha.
Z ciekawością obserwowałem, co wydarzy się dalej, lecz maszyna po prostu oddaliła się z miejsca połowu i wróciła do hangaru.
*
Procedury, w jakich my, wartownicy się poruszamy, są ściśle określone w regulaminie ogólnym enklawy. Najważniejsze to obowiązek pozostania na wyznaczonym posterunku. Punkt ten wynikał z doświadczenia, jakie nabyliśmy przez lata, żyjąc w rezerwatach – terytoriach ściśle nakreślonych przez maszyny po drugiej inteligentnej wojnie, której nazwa została nadana przez roboty celowo, by zaznaczyć, kto był zwycięzcą tej batalii.
Zawsze było bezpiecznie, rzadko spotykaliśmy metalowych oprawców, a jeśli taki wlazł na nasze terytoria, mieliśmy prawo zrobić z niego „baterię”.
Co innego z przypadkiem „wędkarza” – ten egzemplarz nigdy nie stanowił zagrożenia. Oczywiście, że mógłby posłużyć jako dostawca energii, ale tej w enklawie nam nie brakowało. Magazyny były pełne super-kondensatorów wymontowanych z egzoszkieletów maszyn, a nasze mieszkania pełne stacji zasilania do ekstrakcji energii.
Postanowiłem zrobić coś, o czym i tak się nikt nie dowie: zostawiłem całe uzbrojenie, plecak i lornetkę. Chciałem działać szybko i bezszelestnie. Zbiegłem z piątego piętra i ruszyłem placem prosto do krzesełka, i pozostawionej ryby. Rozglądałem się po drodze, mimo że nigdy nikt nie raportował o innych robotach, a i ja sam podczas ostatniej obserwacji nigdy nie doświadczyłem czegoś, czym mógłbym się niepokoić.
Krzesełko zostało przewrócone, najpewniej podczas holu mechanicznej ryby, która leżała obok, drgając w nieregularnych odstępach czasu. Spojrzałem na zaciemnione wejście do hangaru, z którego codziennie rano wychodził wędkarz. Przez chwilę miałem wrażenie, że zaraz go zobaczę biegnącego w moją stronę, z zamiarem odebrania mi życia, lub wracającego po zdobycz, o której raczył zapomnieć.
Czasami takie krótkie przeczucia mijają szybciej niż wywołana przez nie gęsia skórka, a bywa tak, że dziwnym zrządzeniem losu spełniają się i urzeczywistniają niczym najgorsze koszmary.
Z początku usłyszałem metaliczny stukot, tępy łomot stalowych stóp – rozprzestrzeniał się po twardej powierzchni betonu, tworząc echo, które wprawiało mgłę w rytmiczne pulsowanie. Robot wybiegł z hangaru, ale kiedy mnie zauważył, zwolnił, aż w końcu stanął. Nie wiem jak długo patrzyliśmy na siebie. Mam wrażenie, że kalkulował, co zrobić: spoglądał to na mnie, to do tyłu na hangar. W końcu ruszył powoli, pokazując uspokajającym gestem, że nie ma złych zamiarów. Wziąłem z niego przykład i odwzorowałem ten ruch.
– Zapomniałem ryby – stwierdził wstydliwie, jakby bał się, że zostanie skarcony. – Powinienem ją zabrać do domu, może być jeszcze przydatna.
– Dobrze, nie ma sprawy – odpowiedziałem, kiedy robot schylił się po zgubę – myślałem, że…
Nie wiem co myślałem. Na pewno byłem zdziwiony, bo przygotowywany od dzieciństwa na spotkanie z zabójcza maszyną, spotkałem coś (na pierwszy rzut oka), bardzo łagodnego.
– Jeśli… jeśli potrzebuje pan z niej jakiejś części, proszę powiedzieć. – Maszyna uniosła rybę, jakby chciała przekazać mi swojego rodzaju trofeum.
– Dziękuje, ale mam wszystko czego mi potrzeba – odpowiedziałem z udawanym uśmiechem.
Miał obrzydliwą twarz: trochę jak napuchnięta czaszka, oblepiona nigdy niezastygającą smołą – żałosna kopia ludzkiej skóry. Mimo to, miałem wrażenie, że uśmiecha się i daje mi chwilę bym to zauważył.
– Gdybyś czegoś potrzebował będę tu jutro rano. Czekam na swojego właściciela. – Spojrzał na ujście z portu, dając do zrozumienia, skąd lub w jakim kierunku udał się jego pan.
– Nie wiem czy jeszcze tu będę, mam swoje sprawy – skłamałem.
Maszyna spojrzała wzdłuż poprzesuwanych bryłek gruzu, które przemieściłem swym chodem, docierając w to miejsce.
– Mieszkasz w tym bloku?
– Tylko tymczasowo – odpowiedziałem, rozumiejąc jej natychmiastową analizę zmienionego przeze mnie otoczenia.
– Rozumiem, muszę już iść.
Robot odwrócił się i odszedł, grzebiąc palcami w rybie. Stałem chwilę zszokowany, a potem szybkim krokiem ruszyłem do punktu obserwacyjnego.
– Jak masz na imię?! – krzyknął, odwracając się ku mnie.
– Elbe Suren! – Nie wiem dlaczego powiedziałem prawdę, dlaczego w ogóle się odezwałem zamiast bez słowa oddalić się i zniknąć mu z oczu, dać do zrozumienia, że nie może liczyć na żadną przyjaźń.
– Ja jestem Amaz!
Przytaknąłem i poszedłem dalej. Nie oglądałem się za siebie, ale oczami wyobraźni widziałem, jak maszyna patrzy na moją oddalającą się sylwetkę. Na szczęście kiedy wszedłem na górę i rozejrzałem się – nigdzie już jej nie było.
Reszta dnia upłynęła dość szybko: wyczyściłem karabin snajperski, jeszcze raz przeliczyłem amunicję, sprawdziłem szczelność maski i przez ten cały czas, zastanawiałem się nad tym, co powiem.
– Elbe Suren, raport dobowy… wieczorny: obiekt miał kilkuminutowe spóźnienie. Maszyna nic nie złowiła – zataiłem interakcje.
*
Następnego dnia pojawił się punktualnie o 4:30. Zarzucił wędką i usiadł na krzesełku, a potem stało się coś, co mnie zaskoczyło: Amaz spojrzał w okno, z którego ja – przez lornetkę – spoglądałem na niego. Instynktownie schowałem się, za popękaną ścianą, by po kilku minutach wychylić się ponownie.
– Elbe Suren, raport dobowy… wieczorny: maszyna stawiła się punktualnie, nic nie złowiła.
*
Po dwóch godzinach robot spojrzał w moją stronę, ale tym razem wytrzymałem i nie zląkłem się chowając za mur. Widziałem jak macha ręką żebym zszedł, ale wolałem zostać na miejscu. Zawachałem się i pomyślałem: w sumie dlaczego by nie?
– Elbe Suren, raport dobowy… wieczorny: wędkarz przybył przed czasem o godzinie 4:10, reszta czynności bez zmian. Obiekt nic nie złowił.
*
Tym razem, to ja zszedłem do niego. Czułem, jakbym był mu to winien, dostrzegając pewną niesprawiedliwość. Poza tym Amaz, znowu coś złowił.
– To ta sama, co trzy dni temu – powiedział, trzymając rybę za ogon, po czym wyrzucił ją do wody.
– Myślałem, że ryb już nie ma – stwierdziłem nieostrożnie, przygryzając język.
– Jestem tu na tyle długo, by stwierdzić, że pojawiły się nowe gatunki. – Maszyna zarzuciła przynętę.
– Co to znaczy długo? – Chciałem pociągnąć temat by dowiedzieć się jak najwięcej.
– Hmm… mój właściciel wypłynął w morze w środę, a dziś jest… – Amaz zamyślił się, a ja zrozumiałem, że nie znajdzie odpowiedzi. – Przepraszam, jestem rozkojarzony.
– Nie szkodzi, każdy miewa gorsze dni – pocieszyłem maszynę, myśląc o swojej służbie.
– Ty też, Elbe?
Nie wiem dlaczego byłem pod wrażeniem, że pamięta moje imię, ale skoro nie zapomniał swojego pana sprzed pierwszej inteligentnej wojny, nie mogło mnie to dziwić.
– Tak, ja też.
– Jesteś człowiekiem czy maszyną? – zapytał niespodziewanie, a ja milczałem dziwiąc się, że nie jest w stanie tego rozpoznać. – Jeśli nie chcesz, nie mów, nie ma to dla mnie żadnego znaczenia.
– Jestem człowiekiem – przyznałem się, nie będąc pewien czy dobrze zrobiłem.
– Skoro tak, może wiesz, co mogło stać się z moim panem?
Ewidentnie było z nim coś nie tak. Najwyraźniej Amaz nie zauważył ostatnich stu dwudziestu lat i apokalipsa wypowiedziana przez jego bardziej zaawansowanych technicznie braci, przeszła mu koło nosa. To musiało być jakiegoś rodzaju uszkodzenie, może fragmentacja pamięci lub zanik łączności z siecią komunikacyjną. Tak naprawdę stało się to mało istotne.
– Nie mam pojęcia, ale na pewno wróci – pocieszyłem robota.
– Czasami mam wrażenie, że to już się może nie wydarzyć. – Spojrzał na mnie marszcząc smołowate czoło.
– Mogę o coś zapytać?
– Tak, pewnie, pytaj śmiało, mam nadzieję, że udzielę satysfakcjonującej odpowiedzi. – Amaz zaczął zwijać stalkę, kręcąc kołowrotkiem.
– Łowisz tylko na śrubki?
Maszyna parsknęła elektronicznym śmiechem.
– Wiedziałem, że to zadziała.
– Co zadziała? – spytałem.
– Nie wiem jak i kiedy wpadłem na ten pomysł, ale chciałem sprawdzić, czy bardziej niż śrubką, zainteresujesz się mięsem. Okazało się, że miałem rację.
Przed chwilą miałem kontrolę nad sytuacja, czułem się kimś lepszym, rozmawiając z popsutą maszyną, ale nagle wszystko się zmieniło, on musiał o mnie wiedzieć. Amaz był w pewien sposób inteligentnym wyrobem, ale nie odrzucił mnie ten fakt, nie przestraszyłem się, wręcz przeciwnie – miałem ochotę na dalszą rozmowę.
– A ryba? Widziałem, że wyciągnąłeś z niej jakąś niewielką część.
– Tak, widzisz… mam pewną istotną dla mnie awarię: problem z obwodem elektrycznym, który sprawia, że styk mechaniczny nie chce się otworzyć. – Amaz położył ręce na brzuchu, podobnie jak to robią w enklawie ciężarne kobiety.
Nie rozumiałem o czym mówi i byłem przekonany, że dalsze wypytywanie do niczego nie prowadzi.
– Chcesz spróbować? – Maszyna podała mi wędkę, a ja wyciągnąłem przed siebie ręce. – Uważaj, jest ciężka.
Potrzymałem ją chwilę w dłoniach i oddałem w ręce maszyny.
– Dla mnie stanowczo za ciężka.
– Nic nie szkodzi, pogoda i tak nie sprzyja wędkowaniu. Może chcesz mnie odwiedzić?
– Nie, nie… dziękuję, mam swoje obowiązki, wskazałem instynktownie okno w bloku.
– Rozumiem. Będziesz jutro, Elbe Suren?
– Nie wiem.
*
– Raport dobowy… wieczorny. Amaz zjawił się punktualnie. Nic nie złowił.
Położyłem się na karimacie, było stosunkowo ciepło, termometr wskazywał osiemnaście stopni, więc śpiwór narzuciłem tylko na siebie, zamiast wciskać się do środka. Dziesięć minut później odebrałem połączenie.
– Tu dowódca warty, przywołuję Elbe Surena do raportu.
Wiedziałem, że to coś poważnego, ale nie było możliwości, by ktoś wiedział o moim kontakcie z maszyną.
– Tu wartownik posterunku trzeciego… – zameldowałem.
– Powtórz raport dobowy! – rozkazał dowódca.
Milczałem przez chwilę, próbując odnaleźć w pamięci błąd, który mogłem popełnić, coś co mogło mnie wydać, ale nic takiego nie przychodziło mi do głowy.
– Powtórz raport dobowy! – warknął.
– Elbe Suren raport dobowy: Amaz… – Znalazłem.
Świat zatrzymał się na chwilę i nie chciał mi pomóc odkręcić tego, co powiedziałem.
– Kto taki? – zapytał spokojnie dowódca warty.
– Maszyna… nic… nie… złowi…
Chciałem się jeszcze ratować, powiedzieć, że sam nadałem maszynie imię, by mieć jakikolwiek oręż w walce z samotnością, ale słowa nie chciały przejść przez gardło.
– Bezzwłocznie zostaniesz zdjęty ze stanowiska i przewieziony do aresztu. Wszczynam postępowanie na mocy kodeksu karnego, paragraf dwudziesty drugi, ustęp trzeci, stanowiący, że kto bez zezwolenia opuszcza powierzony posterunek w celu komunikowania się z maszyną podlega karze wygnania z rezerwatu. Zrozumiano?
– Zrozumiano, ale ja… – wydukałem, nieco oszołomiony nagłym zwrotem sytuacji.
– Masz obowiązek pozostać na stanowisku do czasu zjawienia się odpowiednich służb. Po przewiezieniu do enklawy pozostaniesz w areszcie, póki postępowanie w twojej sprawie nie zakończy się ogłoszeniem wyroku trybunału. Rozumiesz swoją sytuacje Elbe?
– Tak, ja tylko…
– Milcz. Zawsze musisz coś spierdolić. Myśleliśmy, że tym razem nie popełnisz żadnego błędu, no bo co może być trudnego w obserwacji „algorytmika”? Przecież ten złom tylko trzyma wędkę. Przez ciebie mamy same problemy, czas z tym skończyć.
Odłożyłem słuchawkę. Mam jakieś dwa dni, zanim zjawią się służby porządkowe, pomyślałem. Dwa dni, żeby uciec, dwa dni, żeby czekać, lub dwa dni, żeby spotkać się i pogadać z maszyną, o której nie mogłem przestać myśleć.
Zabrałem snajperkę i część amunicji, założyłem wojskowy zasobnik na plecy i wyszedłem przed blok.
*
Wszędzie gruz, beton, poskręcana od gorąca stal i hangar, z którego wychodził Amaz, by wędkować. Zaśmiałem się w duchu; wędkująca maszyna, to ci los. Wędkująca maszyna na ludzkich terytoriach, czekająca od ponad wieku na swojego pana. Nie zauważyła wojny, łowi na śrubki i właśnie teraz skusiła mnie mięsem na haczyku.
Walnąłem kilka razy kolbą o blachę hangaru. Po chwili usłyszałem ciężki chód robota.
– Elbe, co ty tutaj robisz? – Amaz spojrzał na karabin, ale nie dał po sobie poznać jakiegokolwiek zdenerwowania.
– Jeśli przyszedłem nie w porę, mogę odejść.
– Nie… oczywiście, że nie, proszę, zapraszam. – Wskazał samolot pokryty rdzą, którego skrzydła złamały się już jakiś czas temu. – Chodź, śmiało…
Poszedłem za nim.
– Mogę? – spytał. Chciał ponieść mój karabin, ale odmówiłem. Zrozumiał.
Wnętrze samolotu przypominało mieszkania w enklawie: dywan, drewniane meble i zdjęcia na ścianie, firanki w oknach. Nie widziałem czajnika, ani okruchów po chlebie, butów, czy szczoteczki do zębów. Za to pochwalił się garderobą i tym, w co ma zamiar ubrać się jutro.
– Powiedz Elbe, co jest powodem twojej wizyty? – Amaz usiadł w fotelu pasażerskim i wskazał podobne naprzeciwko.
Właśnie zdałem sobie sprawę, że nie przygotowałem się na tę rozmowę. Nagle poczułem się jak na polu minowym, gdzie każde kolejne słowo może wywołać niespodziewaną reakcję maszyny.
– Chcą mnie zdjąć ze służby – mówiąc te słowa, wiedziałem, że uruchomiłem łańcuszek niewygodnych pytań.
– Jakiej służby? Myślałem, że tu mieszkasz niedaleko – zainteresował się robot.
– Mieszkanie i życie w enklawie to służba.
– Tak, służba, wspominałeś, ale dla kogo? Komu podlegasz?
– Widzisz Amaz… ze mną jest trochę, jak z tobą. Też czekam na swojego pana.
– Też wypłynął w morze? – spytał zdziwiony, a jego oczka zaiskrzyły.
– Nie, mój przyjdzie od strony lądu.
– Czy mógłbym go poznać?
– Raczej wolałbym cię przed tym uchronić.
– Czemu? Byłby zły?
– Raczej wystraszony. Tak bym to nazwał. Boi się takich jak ty.
– Ale ja nie mogę wyrządzać ludziom krzywdy, nie jestem w stanie, nie umiem, nie musi się bać – zapewniła maszyna.
– Wiem Amaz, ale on tego nie wie.
Siedzieliśmy chwilę w milczeniu, zastanawiałem się nad tym, nad czym zastanawia się robot. Tak jak jego procesor, mój mózg obliczał dane nadesłane za pomocą narządów słuchu i wzroku. Byliśmy podobni; w tym jednym momencie byliśmy jak bracia.
– Pozwolisz Elbe, że popracuję trochę?
Nie miałem pojęcia o czym mówi, a może byłem po prostu zdziwiony, że chce zostawić mnie – swojego gościa, by zająć się czymś innym. Może pomyślałem, że tak nie wypada, ale była to w końcu tylko maszyna.
– Tak… oczywiście – odpowiedziałem, będąc ciekaw, o jakiej pracy mówi.
Amaz wstał i wyszedł do kabiny pilotów. Wrócił po chwili ze złowioną trzy dni temu rybą w jednej ręce i z lutownicą w drugiej. Ściągnął z siebie płaszcz, a następnie zdarł smołowatą skórę. Byłem w szoku, a on nie zwracał na mnie uwagi. Przyglądałem się jak grzebie w serwomotorach i siłownikach. Podziwiałem obwody elektroniczne. Dostrzegłem akumulatory, czujniki oraz wentylatory i radiatory – rurki cieczowe do odprowadzania ciepła z krytycznych komponentów.
– Mam problem z otwarciem osłony – poinformował niespodziewanie. – Mógłbyś przytrzymać przez chwilę ten tłok?
Kiedy wykonywałem jego prośbę, on sięgnął po rybę i po raz kolejny wydłubał z niej jakąś część, ale nie mogłem jednoznacznie określić jej funkcji.
– Dobra, dzięki.
Wróciłem na miejsce, a Amaz pracował…
– No, spróbujmy teraz – powiedział po około dziesięciu minutach milczenia.
Usłyszałem ciche brzęczenie, a zaraz po tym syczenie; pierwsze mogło oznaczać, że Amaz posiada dużą ilość elektroniki, drugie zaś, że systemy pneumatyczne działają prawidłowo. W pewnym momencie coś w jego brzuchu się przestawiło, a pancerna osłona, o której nie miałem pojęcia, przesunęła się w stronę pleców, odsłaniając wnętrze.
– O kurwa! – krzyknąłem i wzdrygnąłem się na widok… dziecka, płodu w szklanym pojemniku wypełnionym żółtą cieczą. – Co to jest? – spytałem, wstając z fotela oraz wskazując palcem, jak na jakiegoś wyrzutka.
– Przecież wspominałem ci o moim właścicielu – zdziwiła się maszyna w dość realistyczny sposób.
– Tak… ale to? Pytam się, co to jest? – dociekałem ze zgrozą w głosie. Moje uszy przytkały się, przez narastające ciśnienie. Usłyszałem cichy pisk.
– To mój pan, który wypłynął w morze. – Maszyna na powrót zasłoniła wnętrze brzucha, a ja, tracąc grunt pod nogami, opadłem na pasażerski fotel.
Nie byłem w stanie nic zrozumieć, pojąć choćby małej cząstki prawdy, która mogłaby nakierować pogubione myśli na właściwy tor.
*
Chyba zemdlałem, bo blask księżyca zmienił się na wpadające przez okna do wnętrza samolotu promienie słońca.
– Żyjesz?
– Długo spałem? – Zerwałem się na nogi, przypominając sobie o dowódcy warty, który wysłał po mnie konwój.
– Całą noc, ale dziwnie zasnąłeś, mój pan tak nagle nie zasypiał.
– Amaz, powiedz, masz w sobie ludzki płód, czy to mi się tylko śniło? – spytałem wciąż skołowany.
– Mam w sobie dziecko, które rośnie… jak na drożdżach. Długo trwało stworzenie odpowiednich warunków, ale w końcu się udało – odpowiedział, i byłem pewien, że ton głosu wskazywał na dumę.
– Czekaj, czekaj… ale jak to możliwe?
– Wiem, Elbe, to trudne, nawet dla mnie. Musiałem stworzyć odpowiednie warunki. Stąd ten szklany inkubator. Dużo się nakombinowałem, by uzyskać odpowiednio dużo miejsca.
– Ale, co to za dziecko, skąd? Jak?
– Wspomniałem ci wczoraj, że to mój pan, a jeszcze wcześniej, że na niego czekam. – Wskazał brzuch, który powoli porastał na powrót smołowatą skórą. – Zanim wypłynął, zostawił mi włosy z mieszkami. Tak pobrałem z nich materiał genetyczny, a dokładniej: fibroblasty.
– Czyli z tęsknoty odtwarzasz swojego właściciela? – Byłem przerażony, ale jednocześnie zafascynowany tym, na co stać tę maszynę.
– Nie wiem, czy z tęsknoty, ale na pewno z potrzeby.
– No dobrze, ale, co w takim razie dalej, co zamierzasz?
– Zamierzam je wychować, być dla niego tatą, a jak się uda mamą, po to, by on był kiedyś znowu dla mnie panem. Przynajmniej spróbuję.
– Jak to spróbujesz? Wątpisz, że się uda?
– Elbe Suren, to nie jest pierwszy egzemplarz, jaki urodzę. Uczę się na błędach, jak ludzie.
Zemdliło mnie, a jednocześnie dostrzegłem w tym wszystkim szansę dla mnie. Gdybym przekazał maszynę enklawie, z całą tajemnicą, jaką skrywa, mógłbym zostać odznaczony, a nie ukarany. Na pewno też znalazłaby się niejedna matka, która chciałaby wychować to dziecko.
– Nad czym myślisz, Elbe?
Z drugiej jednak strony oni i tak chcą skasować tę maszynę. Być może nawet nie będą chcieli mnie wysłuchać.
– Amaz… ehh, musimy uciekać! – postanowiłem.
– Nie umiem uciekać, a poza tym czekam na swojego pana. Łowię ryby i czekam.
– Już nie musisz, twój pan narodzi się z ciebie. Zapomniałeś?
– Mój pan przybędzie od strony morza.
Definitywnie był uszkodzony. Nie potrafił połączyć kropek, tak jakby to, co przeżywał nad wodą, trzymając wędkę, było zupełnie czymś innym od tego, nad czym pracował we wnętrzu samolotu. Wiedziałem, że tu nie namówię go do ucieczki; musiałem poczekać do rana. Może rozmawiając z wędkarzem będę miał większe szansę, pomyślałem.
*
– Elbe Suren, raport dobowy… poranny: Amaz zjawił się punktualnie o 4:30, przyszedł bez wędki, jest wyjątkowy… – przerwałem i schowałem dyktafon.
Wyszedłem z budynku i pobiegłem w stronę robota.
– Amaz! – krzyczałem z daleka. – Amaz! Gdzie masz wędkę?
– Jest mi już niepotrzebna, inkubator działa. – Maszyna odwróciła głowę i spojrzała na horyzont.
– Musimy uciekać, chcą cię zabić. Nie daj się prosić, Amaz.
– Rozumiem cię, Elbe Surenie, mój przyjacielu, ale ja nie umiem uciekać, a poza tym mam polecenie. Zostanę tu, póki mój pan się nie zjawi.
Westchnąłem. Polubiłem robota, można powiedzieć, że zaczęło mi na nim zależeć. W enklawie byłem nikim, nikt ze mną nie rozmawiał tak jak… jak Amaz. Ludzie ze mnie szydzili, brali za źródło problemów, wyposażone w dwie lewe ręce.
– Jeśli nie odejdziesz teraz ze mną, złapią cię i zrobią z ciebie baterię – ostrzegłem.
– Nie potrafię, przyjacielu, uciekać, Muszę czekać.
– Mogę ci pokazać, to nietrudne. – Wstałem a on spojrzał na mnie, milczał.
Odbiegłem kilka kroków i rozłożyłem ręce, gestykulując, że to nic nadzwyczajnego. Amaz zaśmiał się i spojrzał na horyzont widoczny przy ujściu z portu.
– Jesteś śmieszny, jak mój pan.
– To co? Zmywamy się stąd? – zapytałem pełen nadziei.
– To niemożliwe.
Wiem, że postępowanie robota to puste i zimne algorytmy, ale w pewnym sensie mi zaimponował. Potrafił coś, na co nigdy nie mogłem się zdobyć: konsekwentnie dążył do celu i odczuwał… tak bardzo, że był gotów na unicestwienie, gotów na pozbawienie się algorytmów, które sprawiają, że tacy jak on… potrafią łowić ryby.
– Mogę poczekać razem z tobą? – spytałem zrezygnowany.
– Chcesz poczekać ze mną na swojego pana?
Uśmiechnąłem się, klepiąc go po ramieniu i spoglądając na brzuch.
– Nie. Chciałbym poczekać na twojego pana, chciałbym go poznać – odpowiedziałem.
– Będzie mi miło, Elbe Surenie.
Epilog
Nie wyrzucili mnie z rezerwatu. Przesiedziałem trzy lata za niebezpieczne związki z maszynami. Miałem dużo czasu by wszystko przemyśleć, niestety każda próba dowiedzenia się, jaki los spotkał Amaza, spełzała na niczym. Pierwszego dnia po wyjściu skontaktowałem się z jedyną osobą, jakiej mogłem zaufać. Już po kilku godzinach spotkaliśmy się przy taśmach produkcyjnych.
– Chodź za mną – powiedziała.
Poszedłem. Znałem ten rejon. Kilka lat temu pracowałem tu wyrabiając augmentowane środki komunikacji.
Stacja zasilania do ekstrakcji energii stała w rogu hali.
– To on? – spytałem patrząc na superkondensator wymontowany z egzoszkieletu.
– Tak.
– A dziecko?
– Chodź.
Wyszliśmy na zewnątrz, a potem w dół, po schodach do dawnego metra. Ludzie stłoczeni – mimo późnej godziny – załatwiali swoje sprawy. W końcu przecisnęliśmy się przez ludzką masę na głównym peronie i dotarliśmy do drzwi na końcu stacji. Nagle zrobiło się cicho i czysto. Jasny korytarz ukazywał oszklone sale, wyglądały na laboratoria, ale Lilia zapewniła, że od niedawna to coś więcej.
Stanęliśmy przy oknie, za którym bawiły się małe dzieci. Koleżanka wskazała jedno. Nie było zajęte zabawą tylko, czymś innym.
– Ten o ciemnych włosach. Miał trudności, ale przeżył. – Siedział przy stole i próbował złożyć jakieś urządzenie w jedną całość. – Przejawia zainteresowania do tych rzeczy, Elbe. W wieku trzech lat potrafi składać płyty Raspberry Pi. Mistrz enklawy wierzy, że kiedyś pomoże nam zwyciężyć maszyny.
Chłopiec nagle przerwał pracę. Zamyślony spojrzał na sufit, a następnie wzrok skierował na mnie. Uśmiechnął się i pomachał. Oczarowany zrobiłem to samo.
– Lili! Myślisz, że pozwoliliby mi go wychować?
Tekst już był na forum. Przywrócony roboczo w pewnych celach:)
Owszem, Vrchampsie, pamiętam, bo było to niecały rok temu.
Jednakowoż niezależnie od tego, czy tekst został przywrócony w celach pewnych, czy niepewnych, usuń kropkę z tytułu – kropka w tytule jest błędem.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
I ja pamiętam i miło bardzo, Vrchampsie, że wróciłeś. :)
Pozdrawiam serdecznie. 
Pecunia non olet
Serwus,
Również pamiętam to opowiadanie i pamiętam, że mi się podobało. Widzę, że obecnie nie ma go na Twoim profilu, ale zdaje mi się, że dodałem je do biblioteki, więc choć „można nie komentować i nie punktować”, to jak widać, komentuję i znów daję klika.
pozdrawiam
rr