Nie mogę złapać oddechu. Drżą mi ręce, nogi. Serce zaraz wyskoczy mi z piersi. Rozglądam się i próbuję nazwać rzeczy, które widzę. Jestem w szopie na drewno. Widzę usypane sterty polan. Wrzucam je tutaj w prawie każdą sobotę. Ściany z desek. Przebija przez nie światło. Na środku pieniek, a na nim wbita siekiera. Tuż obok głowa koguta.
Zamiast się uspokoić, panikuję. Próbuję wejść jak najwyżej, byle dalej od tego rozdziawionego dzioba. Przecież tu ojciec zabija kury na rosół. Musiał ten łeb zostawić.
Nie zauważyłam go, kiedy wbiegłam do szopy, a leży przy samym wejściu. Może nawet na niego nadepnęłam? Teraz stąd nie wyjdę.
Zamykam oczy i próbuję uspokoić oddech. Słyszę bicie swojego serca, szczekanie psów na wsi, śpiew ptaków, ryczenie krów u sąsiada. Trochę pomaga. Jestem w szopie, siedzę na stercie drewna. Ukrywam się przed ojcem. Bił mamę, bo nie chciała mu dać pieniędzy. Próbowałam ją osłonić. On mnie złapał za ramię i wyrzucił za drzwi, na schody.
– I żebym cię tu więcej nie widział.
Bałam się i dlatego przybiegłam tu, gdzie zawsze. Do szopy na samym końcu podwórka. Jestem jeszcze za słaba, by ją bronić. Może gdy podrosnę?
Udaje mi się nieco uspokoić. Wsłuchuję się w ciszę, którą nagle przerywa chrapliwy głos:
– Zostawisz ją tam samą?
Podskakuję.
– Tu jestem.
Światło przenikające przez przerwy między deskami oświetla ten martwy, koguci łeb. Leży nieruchomo, ale jednak to stamtąd dobiega ten nieprzyjemny głos.
– Mogę ci pomóc, ptaszyno.
Udaje mi się wydobyć z siebie tylko krótkie jęknięcie.
– Nie bój się mnie. Zaufaj. Tylko musisz się pospieszyć, bo on ją zabije.
– Mamę?
– Tak, dlatego rób, co mówię. Weź tę siekierę, włóż mnie do kieszeni i idź tam. Szybko!
– Ale ja jestem słaba.
– Będziemy tam razem. Spiesz się! Myśl o mamie!
Racja, co ja głupia zrobiłam. Przecież została tam zupełnie sama. On może jej coś zrobić.
Schodzę ze sterty drewna. Wkładam do bluzy uciętą głowę. Jest strasznie dziwna w dotyku. Sucha i ciepła. Trudno jest mi wyrwać siekierę z pieńka, ale w końcu się udaje. Otwieram drzwi do szopy i idę.
– Nie bój się, jestem tu z tobą.
Słyszę ten głos z mojej kieszeni. Czuję, że powinnam biec, że może być zaraz za późno. Siekiera mi mocno ciąży. Wchodzę do domu od piwnicy. Pokonuję schody i trafiam do kuchni.
Chyba się spóźniłam.
Mama leży nieruchomo na podłodze. Siadam przy niej i zaczynam potrząsać. Przykładam ucho do piersi. Nic nie słyszę.
– Pomogę jej, tylko daj mi go.
– Ale jak?
– Jest na górze, w twoim pokoju.
Trzymając przed sobą siekierę, pokonuję kolejne schody. Faktycznie, siedzi w moim pokoju i wyrzuca wszystkie rzeczy z biurka. Nie zauważył mnie. Podchodzę od tyłu i biorę zamach. Ta głupia siekiera jest tak ciężka, że prawie mnie przewraca. Ale udaje mi się uderzyć go w plecy. Nie jakoś głęboko. Przewraca się na biurko, próbuje odwrócić. Uderzam jeszcze raz, tym razem w głowę. Krew tryska prosto na firankę.
– Co teraz?
– Musisz go ściągnąć ze schodów do piwnicy, do tego miejsca, którego się najbardziej boisz.
Wiem, o które miejsce mu chodzi. Szczelina pod schodami na samym dole, gdzie nie dochodzi światło. Mama mówi, że to dobre miejsce na słoiki, bo ciemno i zimno. Tylko że tam może być wszystko. Może mnie coś złapać za nogę.
– Czy pomogę tak mamie?
– Tak!
Ojciec leży na podłodze. Biorę go za nogi i zaczynam wyciągać z pokoju. Potem schody na parter i schody do piwnicy. Jest łatwiej niż myślałam.
– Mówiłem ci, że jesteśmy tu razem.
Zostawiamy za sobą ogromną smugę krwi.
– Jak mam go wepchnąć do tej szczeliny?
– Zrób tylko miejsce. Zostaw go tu na podłodze. Mnie połóż na nim. Potem idź do mamy.
Muszę więc zajrzeć tam do środka. Jest ciemno, ale staram się na oślep wyciągać wszystko, co tam leży. Nawet nie patrzę, co to. Czuję pod palcami jakieś stare szmaty.
Z kieszeni wyjmuję koguci łeb. Jest wciąż tak samo suchy i ciepły. Kładę go na brzuchu ojca.
– Teraz wracaj do kuchni. I ptaszyno, zapomnij o tym wszystkim.
– Jak mogłabym?
– Nie dasz rady z tym żyć. Dzieci potrafią zapominać. Ty jesteś dzieckiem. Dlatego zapomnij i żyj.
Biegnę szybko do mamy. Nie ma jej jednak w kuchni. Wchodzę do salonu. Mama siedzi na kanapie.
– Mamusiu?
– Tak się jakoś słabo poczułam. Jesteś głodna?
– Nie. Coś cię boli?
– Chyba mnie coś rozkłada. Może zrobię nam pyszny rosołek, co?
Nie odpowiadam, tylko się w nią wtulam. Ona mnie obejmuje. Słyszę, że bije jej serce. Jest ciepła. Czuję zapach jej pokrzywowego szamponu. To moja mama.
Musiało mi się przysnąć w maminych objęciach. Ocknęłam się, jej już nie ma w pokoju, a ja leżę przykryta kocem. W powietrzu unosi się zapach opalanej na ogniu cebuli. Mama robi rosół.
Jestem trochę skołowana. Nie wiem, jaki dzień, która godzina. Idę do łazienki, przemywam twarz zimną wodą. Mama woła do mnie z kuchni, żebym przyniosła z piwnicy kilka ziemniaków. Schodzę więc na sam dół. Jak zawsze zapalam wszystkie światła. Wrzucam parę kartofelków do wiaderka i, przeskakując co drugi schodek, wracam do kuchni. Zziajana wpadam prosto w mamine objęcia.
– Oj ty mój boidudku, nic tam nie ma pod schodami. W całym domu jesteś tylko ty i ja.
Ale udaje się uderzyć w jego plecy.
Ale udaje się uderzyć go w plecy. lub ale udaje mi się uderzyć go w plecy
– Zrób tam tylko miejsce. Zostaw go tu na podłodze. Mnie połóż na nim. Potem idź do mamy.
Muszę więc zajrzeć tam do środka. Jest ciemno, ale staram się na oślep wyciągać wszystko, co tam leży. Nawet nie patrzę, co to
Tam nie dochodzi światło. Stamtąd zawsze szybko zbiegam. Mama mówi, że to dobre miejsce na słoiki, bo ciemno i zimno. Tylko że tam może być wszystko. Może mnie coś złapać za nogę.
Proponuję eksterminację tych tam-tamów: pierwsze tam idzie się czesać, drugie zamieniamy na “pod schody”, trzecie zostaje, czwarte zostaje, W okolicy piątego być może całe zdanie jest do poprawki, szóste również na “pod schodami”.
Całość już tradycyjnie mocna i w Twoim stylu. Łebek kurczaka jako anioł stróż, mściciel i prorok w jednym. Poza tym piszesz coraz ładniej i krótkie, dobitne zdania przyjemnie się czyta (z punktu widzenia estetyki, nie treści :) )
Dzięki, marzan, poprawiłam tam-tamy :) Rzeczywiście przesadziłam z nimi.