
(Ameneh Bahrami jako dwudziestolatka, źródło: edition.cnn.com)
W 2004 roku dopadł mnie na ulicy. Uniósł jakieś naczynie… Poczułam potworny ból, rozrywający twarz!
W wieku dwudziestu sześciu lat stałam się potworem, bo nie chciałam małżeństwa z Madżidem, prześladowcą ze studiów, wielokrotnie zgłaszanym policji.
Przyszedłeś nocą, gdy dogorywałam w szpitalu. Okrutny i nieustępliwy. Wielki Hammurabi.
– Witaj, Ameneh Bahrami – przemówiłeś. – Pomogę ci.
– Za późno – łkałam.
– Płynie w tobie krew monarchów babilońskich. Twoje cierpienie żąda zemsty! Oko za oko!
Wskazałeś drogę, dałeś mi swoją duszę, serce i umysł.
Rozpoczęłam wojnę. Z oprawcą, władzami Iranu, policją, sądami i organizacjami światowymi! Nie walczyłam mieczem, jak ty, lecz dowodami mojego cierpienia!
Oko za oko!
Triumfowałam! Sfinansowano leczenie, sąd orzekł karę: oblanie oczu kata kwasem siarkowym.
Świat spoglądał na moją oszpeconą twarz i wstrzymywał oddech, gdy kilkakrotnie szłam ze strzykawką żrącej substancji do szpitalnego łóżka oprawcy. Byłam twoją potomkinią! Mogłabym zgładzić miliony, więc i owo jedno, marne istnienie ludzkie!
Oczyma duszy widziałam strach Madżida. Bezradnie czekał na swój los.
Dokonałeś cudu, o królu, choć byłam bliska dna. Podniosłam dumnie głowę. Straciwszy wzrok, uwierzyłam w posiadaną moc, nauczyłam się żyć z okrutną przeszłością i wykonywać najprostsze czynności.
– Nie wypełniłaś mego Kodeksu – powiedziałeś na pożegnanie.
Zrozumiałeś.
– Nie miej mi za złe, królu. Chciałam pozostać człowiekiem. I wygrałam.

(Ameneh Bahrami już po ataku; po przemowie w parlamencie irańskim; źródło: en.wikipedia.org)