- Opowiadanie: dovio - Praca Cię Znajdzie: Tartak Duduś

Praca Cię Znajdzie: Tartak Duduś

Ko­lej­ne miej­sce pracy. 
Wzią­łem pod uwagę ko­men­ta­rze od­no­śnie po­przed­nie­go opo­wia­da­nia i mam na­dzie­ję, że tym razem jest le­piej ;). 
Mi­łe­go czy­ta­nia! ;)

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Praca Cię Znajdzie: Tartak Duduś

Se­ba­stia­na obu­dzi­ło pu­ka­nie do drzwi. Spoj­rzał na ze­ga­rek sto­ją­cy na szaf­ce noc­nej, przy oka­zji zwa­la­jąc z łóżka pustą bu­tel­kę po piwie. Szó­sta rano. 

Zde­ner­wo­wał się, że ktoś budzi go o tak nie­ludz­kiej porze, prze­tarł za­spa­ne oczy i wstał, chwie­jąc się. 

Wciąż szu­mia­ło mu w gło­wie po noc­nym ma­ra­to­nie al­ko­ho­lo­wym. Cu­dow­ne uroki braku pracy. 

W sa­mych majt­kach pod­szedł do drzwi i otwo­rzył na oścież, wpusz­cza­jąc do środ­ka dusz­ne, let­nie po­wie­trze. 

– Czego? – wy­chry­piał.

Męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze zdjął ciem­ne oku­la­ry i oznaj­mił z ka­mien­ną twa­rzą:

– Panie Se­ba­stia­nie, do­szły nas słu­chy, że od dwu­dzie­stu trzech lat jest pan bez­ro­bot­ny. Chcie­li­by­śmy za­pro­sić pana do pro­gra­mu „Praca cię znaj­dzie”. 

Seba mo­men­tal­nie otrzeź­wiał. Po­czuł dresz­cze na całym ciele. Za nic w świe­cie nie chciał do­pu­ścić do sie­bie myśli, że Pan Zdrap­ka może go do­paść, ale sys­tem… sys­tem był nie­za­wod­ny. 

– Ta…? – Chciał brzmieć groź­nie, ale głos miał pi­skli­wy ni­czym szcze­niak. – A jak nie pójdę, to co mi niby zro­bi­cie? 

Męż­czy­zna w gar­ni­tu­rze uśmiech­nął się sze­ro­ko, po­ka­zu­jąc białe zęby. 

– Wtedy trafi pan do od­cin­ka spe­cjal­ne­go i weź­mie udział w grze na śmierć i życie na polu mi­no­wym. 

Seba gło­śno prze­łknął ślinę. Sły­szał o od­cin­ku spe­cjal­nym, po­dob­no mało komu uda­wa­ło się wyjść cało.

– Tylko się ubio­rę… – po­wie­dział i za­mknął drzwi.

 

***

 

Ja­kieś dzie­sięć minut póź­niej, Se­ba­stian sie­dział w busie z logo pro­gra­mu Praca Cię Znaj­dzie. Pił zimną wodę, trzy­ma­jąc bu­tel­kę w drżą­cych dło­niach. Całą drogę mo­dlił się, żeby los sta­nął po jego stro­nie. 

Gdy do­tarł do stu­dia, zo­ba­czył dwój­kę in­nych uczest­ni­ków. Sie­dzie­li w gar­de­ro­bie, bla­dzi, jakby nigdy nie wi­dzie­li słoń­ca. 

Przy­wi­ta­li się z Sebą ski­nie­niem głowy, na co ten od­po­wie­dział tym samym. 

Po chwi­li usiadł w fo­te­lu, gdzie za­czę­to przy­go­to­wy­wać go do pro­gra­mu. Go­dzi­na dwu­dzie­sta zbli­ża­ła się wiel­ki­mi kro­ka­mi. 

 

 

TE­LE­TUR­NIEJ

 

– Dobry wie­czór pań­stwu! – za­czął we­so­ło Pan Zdrap­ka, wkra­cza­jąc na scenę w lśnią­cym gar­ni­tu­rze. – Witam w ko­lej­nym od­cin­ku PRACA CIĘ ZNAJ­DZIE! – krzyk­nął razem z wi­dow­nią. – Jako pierw­szy zagra pan Bog­dan, który bez­ro­bot­ny jest od szes­na­stu lat. Zo­ba­czy­my, czy los sta­nie po jego stro­nie!

Pan Bog­dan wszedł na scenę ze spusz­czo­nym wzro­kiem. Nie przy­wi­tał się z wi­dow­nią ani z pro­wa­dzą­cym. Był to star­szy męż­czy­zna, z si­wy­mi wło­sa­mi i krót­ką, rów­nież siwą, brodą.

– Panie Bog­da­nie, co pan taki ma­ło­mów­ny? – drwił z niego go­spo­darz pro­gra­mu. 

Bog­dan tylko wzru­szył ra­mio­na­mi i pod­szedł do stołu, na któ­rym le­ża­ło dwa­dzie­ścia równo uło­żo­nych zdra­pek. 

Drżą­cy­mi dłoń­mi do­ty­kał każ­dej z nich, aż w końcu wy­brał. 

– No cóż, zo­bacz­my, co się tam kryje – po­wie­dział Pan Zdrap­ka, pod­cho­dząc do Bog­da­na, który po­wo­li zdra­py­wał los. 

W końcu jego oczom uka­zał się napis WY­GRA­NA – DWA­DZIE­ŚCIA ZŁO­TYCH.

Bog­dan upadł na ko­la­na, pod­no­sząc los. Łzy szczę­ścia lały mu się po po­licz­kach stru­mie­nia­mi. 

– No pro­szę, los oka­zał się dla pana ła­ska­wy! – krzyk­nął ni­czym nie­wzru­szo­ny Pan Zdrap­ka. – Gra­tu­la­cje! Co zrobi pan z tak wy­so­ką wy­gra­ną? 

Bog­dan spoj­rzał na niego z sze­ro­kim uśmie­chem. 

– A pew­nie… pew­nie kupię sobie piwko – od­po­wie­dział. 

– Kupi sobie piwko! – krzyk­nął pro­wa­dzą­cy. – Brawo dla Bog­da­na, który po­wi­nien być wzo­rem, jak nie za­rzą­dzać pie­niędz­mi!

Pu­blicz­ność ryk­nę­ła śmie­chem, a Bog­dan, czer­wo­ny jak burak, zszedł ze sceny z bank­no­tem w dłoni. 

– No do­brze, przed nami ko­lej­ny uczest­nik, który pracę wi­dział je­dy­nie w te­le­wi­zji. Oto Se­ba­stian!

Pu­blicz­ność za­czę­ła kla­skać, a Seba po­wo­li wkro­czył na scenę, pod­no­sząc dłoń na po­wi­ta­nie. 

– Panie Se­ba­stia­nie, tak z cie­ka­wo­ści, dla­cze­go w wieku dwu­dzie­stu trzech lat nie chce się pan pod­jąć pracy? Jest pan w kwie­cie wieku! Jako młody, spraw­ny męż­czy­zna, po­wi­nien pan za­ra­biać na życie.

Seba za­śmiał się tylko i po­cią­gnął nosem. 

– No wie pan, praca jest dla fra­je­rów, co to kasy nie umie­ją skom­bi­no­wać. 

Pu­blicz­ność za­czę­ła bu­czeć, a Seba stał z sze­ro­kim uśmie­chem. 

– Ostro pan po­je­chał, ale cóż, niech los zde­cy­du­je, czy zo­sta­nie pan dziś fra­je­rem, czy nie. 

Se­ba­stia­no­wi uśmiech nie scho­dził z twa­rzy. 

Rzu­cił okiem na stół ze zdrap­ka­mi i wy­brał pierw­szą lep­szą, zbyt­nio się nie za­sta­na­wia­jąc. 

Dra­pał. 

Pu­blicz­ność wstrzy­ma­ła od­dech. 

Przez chwi­lę w stu­diu pa­no­wa­ła cał­ko­wi­ta cisza. Sły­chać było tylko pa­zno­kieć Seby, szo­ru­ją­cy po kar­to­ni­ku. 

Po chwi­li wszyst­ko stało się jasne. 

Seba pa­trzył na zdrap­kę sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, od­dy­cha­jąc szyb­ko, jakby prze­biegł ma­ra­ton. 

Na zdrap­ce znaj­do­wał się napis BRAK WY­GRA­NEJ. 

– Bar­dzo mi przy­kro, Se­ba­stia­nie, ale przez pięć pięk­nych dni po­czu­jesz się jak fra­jer. 

Seba pa­trzył w los, jakby nie wie­rzył, że to dzie­je się na­praw­dę. 

Pu­blicz­ność śmia­ła się w naj­lep­sze, a on stał, jak wmurowany. 

– Na­szym spon­so­rem jest Tar­tak Duduś, pro­wa­dzo­ny przez Bo­gu­mi­ła Ta­tar­skie­go. Tar­tak Duduś, pi­łu­je­my ma­rze­nia. Panie Se­ba­stia­nie, za­pra­szam do pracy. 

Seba stra­cił przy­tom­ność. 

 

 

TAR­TAK DUDUŚ

 DZIEŃ PIERW­SZY

 

– Sie­ma­no, wi­dzo­wie – mówił Seba do ka­me­ry te­le­fo­nu. – Dzi­siaj pierw­szy dzień pracy w tar­ta­ku. Piły pi­łu­ją, lu­dzie noszą ja­kieś… drew­na ogrom­ne, ale my… nie bę­dzie­my robić nic! Do­kład­nie tak! Przez pięć dni, nawet pal­cem nie kiwnę w tym tar­ta­ku!  W ogóle zo­bacz­cie, jak tu jest wy­so­ko! Dwa ty­sią­ce dwie­ście me­trów nad po­zio­mem morza! A przy­naj­mniej tak mówił typ, który wiózł mnie tutaj busem. Jak­bym stąd spadł, to by mnie mu­sie­li chyba ło­pa­tą ze­skro­by­wać – za­śmiał się. 

– Ale naj­lep­sze jest tam, zo­bacz­cie to! – Skie­ro­wał te­le­fon na wej­ście do tar­ta­ku. – Pa­trz­cie, jaki typ gruby! Stoi i żre ke­ba­ba. Wie­cie, kto to jest?! Nie kto inny jak mój, heh, szef! Bo­gu­mił! Pa­trzy na nas głu­pio! Po­ma­chaj­my mu…!

– Se­ba­stian, wy­łącz ten te­le­fon i pomóż z tym balem! – krzyk­nął jeden z pra­cow­ni­ków. 

Seba mo­men­tal­nie wy­łą­czył na­gry­wa­nie i pod­szedł do ko­le­gi z pracy. 

– Gdzie to nie­sie­my? – za­py­tał. 

– Tam, do wiaty. Tylko uwa­żaj na po­mo­ście, tro­chę się chwie­je. 

Istot­nie, po­most chwiał się tak mocno, że można było do­stać cho­ro­by mor­skiej. Deski trzesz­cza­ły, a ba­rier­ka w nie­któ­rych miej­scach wy­gi­na­ła się w stro­nę prze­pa­ści.

– Prze­cież to się urwie zaraz! – krzyk­nął Seba, za­my­ka­jąc oczy. 

– Spo­koj­nie, już długo nikt nie spadł, więc wszyst­ko jest w po­rząd­ku – od­parł pra­cow­nik. 

Seba sze­ro­ko otwo­rzył oczy. Nie wie­dział, czy gość sobie z niego żar­tu­je, czy mówi cał­kiem serio. 

Za­wiał mocny wiatr, który po­ru­szył po­mo­stem. Seba wrza­snął prze­ra­żo­ny, jakby go ob­dzie­ra­li ze skóry. 

Przy­spie­szył kroku. Chciał jak naj­szyb­ciej zna­leźć się po dru­giej stro­nie. 

Kiedy w końcu do­tar­li na miej­sce, Se­ba­stian padł na trawę, pusz­cza­jąc bal. 

– Co jest, stary? – Chyba się nie zmę­czy­łeś, co? – za­śmiał się jego nowy ko­le­ga. 

Seba scho­wał twarz w dło­niach, szyb­ko od­dy­cha­jąc. 

– Daj spo­kój, czło­wie­ku! O mało co nie spa­dli­śmy z tego cho­ler­stwa.

– Nie było tak źle! Trze­ba prze­nieść jesz­cze czte­ry bale! 

Seba sze­ro­ko otwo­rzył oczy. 

Czuł, że za­czy­na po­wo­li od­pły­wać i za­sta­na­wiał się, czy utra­ta przy­tom­no­ści nie bę­dzie lep­szym roz­wią­za­niem. 

Po chwi­li na po­mo­ście po­ja­wił się Bo­gu­mił Ta­tar­ski. Wszy­scy mó­wi­li na niego Tatar, ze wzglę­du na ma­syw­ną po­stu­rę. Za­ja­dał się ke­ba­bem, mla­ska­jąc nie­przy­jem­nie. 

Po­most trzesz­czał pod jego cię­ża­rem, deski de­li­kat­nie się wy­gi­na­ły. Wy­da­wa­ło się, że męż­czy­zna za chwi­lę spad­nie w prze­paść. 

– I jak tam nasz nowy pra­cow­nik? Daje radę? – za­py­tał i spoj­rzał na Sebę. 

– Na razie leży, ale drew­no prze­nieść po­mógł. 

– To do­brze. Wsta­waj, młody czło­wie­ku, do ro­bo­ty! W końcu sport to zdro­wie i trze­ba dbać tro­chę o sie­bie, nie? – za­śmiał się. 

Seba prze­ska­no­wał go wzro­kiem, ale nic nie po­wie­dział. 

Wstał z ziemi i chwy­cił balę. Razem z nowym ko­le­gą prze­nie­śli go do wiaty. 

– Je­stem Pio­trek – przed­sta­wił się męż­czy­zna. Zdjął rę­ka­wi­cę i podał dłoń Se­ba­stia­no­wi. 

– Seba – od­parł i uści­snął rękę. 

– Jak ci się po­do­ba­ją wi­do­ki?  

Seba za­sta­no­wił się chwi­lę i wzru­szył ra­mio­na­mi. 

– Wi­do­ki ładne, ale jed­nak tro­chę wy­so­ko. 

Za­uwa­żył drew­nia­ną klapę w pod­ło­dze, która za­bez­pie­czo­na była kłód­ką. 

– A tam co jest? – za­py­tał, pod­cho­dząc bli­żej. 

Pio­trek chwy­cił go za rękaw i po­wie­dział. 

– Tam nie wolno wcho­dzić. Szef za­bro­nił. 

Seba uśmiech­nął się i ski­nął głową, zer­ka­jąc na klapę.

Wy­szli z wiaty i skie­ro­wa­li się z po­wro­tem do tar­ta­ku. 

 

 

***

 

 

Tak minął pierw­szy dzień pracy. Leżąc w ho­te­lo­wym łóżku, Se­ba­stian my­ślał tylko o tym, że nie­dłu­go ten kosz­mar się skoń­czy, a on wróci do swo­je­go pięk­ne­go życia. 

Za­mknął oczy, uśmie­cha­jąc się. Po cięż­kiej pracy za­snął szyb­ko jak nie­mow­lę.

 

 

DZIEŃ DRUGI

 

Se­ba­stian zwlókł się z łóżka i udał do tar­ta­ku. Żeby do­trzeć na szczyt, mu­siał sko­rzy­stać z ko­lej­ki li­no­wej.

Gdy do­tarł na miej­sce pracy, spoj­rzał na ze­ga­rek. Była piąta trzy­dzie­ści. 

Wes­tchnął cięż­ko.

Nor­mal­nie o tej go­dzi­nie spał­by w naj­lep­sze, a nie tyrał w ro­bo­cie. 

Ru­szył w stro­nę wiaty, by wło­żyć ubra­nie ro­bo­cze. 

Wiał zimny wiatr, nad gó­ra­mi uno­si­ła się mgieł­ka. Noc jesz­cze nie zdą­ży­ła cał­kiem znik­nąć, więc do­oko­ła pa­no­wał po­nu­ry kli­mat. 

Nagle Seba zo­ba­czył coś, co go spa­ra­li­żo­wa­ło. Sta­nął w miej­scu jak wryty, nie­zdol­ny się ru­szyć. 

Z wiaty wy­szła… ma­skot­ka. 

Wy­glą­da­ła jak wy­cią­gnię­ta z bajki. 

Sze­ro­ki uśmiech, w ręku piła, ubru­dzo­na czymś czer­wo­nym. 

Ma­skot­ka no­si­ła czer­wo­ną ko­szul­kę w kratę i nie­bie­skie spodnie ogrod­nicz­ki.

Seba otwo­rzył usta i po­wie­dział cicho:

– Eee… cześć… – Ma­skot­ka je­dy­nie po­ma­cha­ła i po­szła dalej, do ko­lej­ki li­no­wej. 

Z wiaty wy­ło­nił się Bo­gu­mił i za­sko­czo­ny za­uwa­żył Sebę.

– O, już pan jest? – Spoj­rzał na ze­ga­rek. – Ma pan jesz­cze dwa­dzie­ścia minut do roz­po­czę­cia pracy. 

– No tak, ale… wo­la­łem się przy­go­to­wać. 

Za­pa­no­wa­ła nie­zręcz­na cisza, którą prze­rwał Seba. 

– Co to miało być? Ta ma­skot­ka? – prych­nął śmie­chem, cho­ciaż ręce de­li­kat­nie mu drża­ły. 

– Nikt taki. – Bo­gu­mił mach­nął lek­ce­wa­żą­co ręką. – Jeśli już pan jest, pro­szę się prze­brać i za­cznie­my pracę. 

Po tych sło­wach od­da­lił się, zo­sta­wia­jąc Sebę sa­me­go.

 

 

***

 

 

Go­dzi­nę póź­niej praca w tar­ta­ku trwa­ła w naj­lep­sze.  Se­ba­stian znowu pra­co­wał z Piotr­kiem.  Stali w tar­ta­ku i cięli ogrom­ne bale drew­na. 

Seba sta­rał trzy­mać się jak naj­da­lej od piły. 

Gdy tylko za­czy­na­ła pra­co­wać, czuł na całym ciele zimne dreszcze.

– Ty, Pio­trek – zagadał, żeby za­głu­szyć ryk sil­ni­ka i wła­sne myśli. – Słu­chaj, dzi­siaj rano spo­tka­łem ja­kie­goś dziw­ne­go typa prze­bra­ne­go za ma­skot­kę – za­śmiał się. – Kto to był?

Pio­trek za­sta­no­wił się chwi­lę. 

Wziął ko­lej­ny kloc drew­na i po­ło­żył na stole. 

– To jakiś zna­jo­my szefa. Do­stał tę ro­bo­tę po zna­jo­mo­ści. Do­star­cza nam za­opa­trze­nie, a Bo­gu­mił, cóż… lubi ten strój, więc ten gość po pro­stu go nosi.

Seba zmru­żył oczy i od­pa­lił piłę. 

– Dziw­na spra­wa! – wrza­snął, chcąc prze­krzy­czeć urzą­dze­nie. 

Pio­trek wzru­szył ra­mio­na­mi, jakby chciał tym samym po­wie­dzieć „wiem, ale co mam na to po­ra­dzić?”. 

Do środ­ka wszedł Bo­gu­mił i ro­zej­rzał się do­oko­ła. Za­ja­dał się ke­ba­bem. Czer­wo­ny sos spły­wał mu po brud­nej ręce. 

– No, pa­no­wie! – krzyk­nął z peł­ny­mi usta­mi. – Widzę, że le­ci­cie z ro­bo­tą jak sza­le­ni! Bar­dzo do­brze, bar­dzo do­brze. Sebuś, jak ci się po­do­ba u nas w za­kła­dzie? 

Seba wzru­szył ra­mio­na­mi. 

– Faj­nie, ale ta piła… nie jest ni­czym za­bez­pie­czo­na!

Bo­gu­mił mach­nął ręką, z któ­rej kapał tłuszcz.

– Jak się uważa, nic się nie sta­nie!

Pio­trek za­śmiał się i prze­su­nął bale.

Odro­bi­nę za da­le­ko. 

Roz­legł się krzyk, który sły­chać było w całym tar­ta­ku. 

Sebie zro­bi­ło się ciem­no przed ocza­mi. 

Pio­trek stał.

Bez palca. 

Krew ka­pa­ła na pod­ło­gę. 

– Po­mo­cy! – krzyk­nął. – Mój… mój palec… 

Osu­nął się na ko­la­na i pod­niósł go z pod­ło­gi. 

Pró­bo­wał do­ci­snąć go sobie do dłoni, jakby wie­rzył, że się przy­le­pi.

Bo­gu­mił stał… 

Jak za­hip­no­ty­zo­wa­ny. 

Wpa­try­wał się w Piotr­ka, ob­li­zu­jąc się.

Seba stra­cił przy­tom­ność. 

 

 

***

 

 

Ock­nął się w ho­te­lu. 

Nie pa­mię­tał, jak do niego tra­fił, więc uznał, że ktoś mu­siał go przy­nieść.

Na myśl o Piotr­ku po­czuł mdło­ści.

Miał na­dzie­ję, że wszyst­ko u niego w po­rząd­ku i nie stra­cił palca cał­ko­wi­cie. 

Po­szedł do ła­zien­ki, prze­płu­kał twarz wodą. 

Zo­ba­czył w lu­strze jak bardzo jest blady i zamknął oczy.

– Jesz­cze tylko trzy dni… – po­wie­dział. – Dasz radę, Seba… Dasz radę… 

 

 

DZIEŃ TRZE­CI

 

Seba po­ja­wił się w pracy przed szó­stą. Do­oko­ła pa­no­wa­ły pust­ka i cisza.

Miał na­dzie­ję, że za­sta­nie Bo­gu­mi­ła, ale szefa ni­g­dzie nie było. 

Czuł w środ­ku takie na­pię­cie, że nie mógł ustać w miej­scu.

Cho­dził tam i z po­wro­tem, nie przej­mu­jąc się nawet zło­wro­go skrzy­pią­cym po­mo­stem. 

Cisza wy­da­wa­ła mu się za­bój­cza. 

Za­czę­li po­ja­wiać się pierw­si pra­cow­ni­cy. Szli z po­nu­ro spusz­czo­ny­mi gło­wa­mi.

Seba de­spe­rac­ko pró­bo­wał wy­pa­trzeć Piotr­ka, cho­ciaż zdro­wy roz­są­dek pod­po­wia­dał mu, że męż­czy­zna na pewno leży w szpi­ta­lu i do­cho­dzi do sie­bie. 

Wciąż ni­g­dzie nie wi­dział Bo­gu­mi­ła. 

Wszedł do tar­ta­ku i spoj­rzał na wiel­ką tar­czę piły.

Wspo­mnie­nie wczo­raj­sze­go dnia spra­wi­ło, że po­czuł su­chość w gar­dle.

Pod­ło­ga była czy­sta, piła rów­nież. Żad­ne­go śladu ostat­nie­go wy­da­rze­nia. 

– Siema – po­wie­dział męż­czy­zna z gęstą, czar­ną brodą, pod­cho­dząc do Seby. – An­drzej je­stem. – Wy­cią­gnął rękę. – Go­to­wy do ro­bo­ty? 

Seba uści­snął dłoń, przed­sta­wia­jąc się ma­chi­nal­nie.

– Nie wiesz może, co z Piotr­kiem? – za­py­tał. 

An­drzej spoj­rzał na niego, mru­żąc oczy, jakby nie do końca zda­wał sobie spra­wę, o czym Seba mówi. 

– Nie, wy­bacz, nie mam po­ję­cia – od­parł bez­na­mięt­nie. 

Od­pa­lił piłę i za­brał się do pracy. 

Se­ba­stian spoj­rzał w stro­nę wiaty i serce po­de­szło mu do gar­dła. 

Zo­ba­czył ma­skot­kę. Wpa­try­wa­ła się w niego i ma­cha­ła. 

Ciar­ki prze­szły mu po ciele. 

Od­wró­cił wzrok i chwy­cił bale.

 

 

 

***

 

 

Czas cią­gnął się w nie­skoń­czo­ność. 

Pod­czas prze­rwy Seba stał przed tar­ta­kiem, wpa­trzo­ny w wiatę.

Ma­skot­ki już nie było, całe szczę­ście.

Nagle drzwi bu­dyn­ku otwo­rzy­ły się i ze środ­ka wy­szedł Bo­gu­mił. 

Seba aż otwo­rzył oczy z wra­że­nia. 

Bez na­my­słu pod­biegł do niego. 

– Sze­fie! – krzyk­nął.

Biegł przez po­most, nie przej­mu­jąc się jego nie­sta­bil­ną kon­struk­cją. 

– O, pan Se­ba­stian! Jak się panu po­do­ba w pracy? 

– Sze­fie! Co z Piotr­kiem? Wszyst­ko z nim w po­rząd­ku?

Bo­gu­mił po­dra­pał się po gło­wie, w dru­giej ręce trzy­ma­jąc ke­ba­b.

– Z Piotr­kiem? – za­py­tał, jakby nie do końca ro­zu­miał. 

– No tak, z Piotr­kiem! Wczo­raj ucię­ło mu palec! – krzyk­nął Seba. 

– O czym ty mó­wisz? – Bo­gu­mił prych­nął śmie­chem. – U nas żaden Pio­trek nie pra­cu­je ani nie pra­co­wał. Coś ci się mu­sia­ło po­my­lić. – Ugryzł ko­lej­ne­go kęsa, od­da­la­jąc się. 

Seba zbladł.

Po­czuł za­wro­ty głowy. 

Prze­cież to nie mogła być praw­da! Nic sobie nie wy­my­ślił. 

Na chwiej­nych no­gach pod­szedł do Bo­gu­mi­ła. 

– Ale… prze­cież wi­dzia­łem… ma­szy­na, palec… krew… – głos mu drżał tak mocno, że trud­no było zro­zu­mieć słowa. 

Bo­gu­mił za­trzy­mał się i spio­ru­no­wał Se­ba­stia­na wzro­kiem. 

– Nic ta­kie­go nie miało miej­sca! – krzyk­nął, ce­lu­jąc w Sebę pal­cem. – Pro­szę wra­cać do pracy. Nie chciał­bym do­no­sić eki­pie te­le­tur­nie­ju, że się pan tutaj obija. 

Seba stał jak wmurowany. 

Nie­zdol­ny się ru­szyć. 

Drżał na całym ciele. 

Za­mknął oczy. 

Miał na­dzie­ję, że ten kosz­mar wkrót­ce się skoń­czy.

 

 

 

***

 

 

Przez cały dzień nie mógł się sku­pić. Wy­ko­ny­wał pro­ste po­le­ce­nia, ale my­śla­mi cią­gle był przy Piotr­ku. 

Bo­gu­mił go ob­ser­wo­wał, nie spusz­czał z oka nawet na mo­ment. 

Sebie za­schło w gar­dle ze stra­chu. Sta­rał się nie pa­trzeć w stro­nę szefa, ale czuł na sobie jego świ­dru­ją­cy wzrok.

 

Gdy skoń­czył zmia­nę, udał się do tar­ta­ku – jak tłu­ma­czył ko­le­gom „po­ukła­dać na­rzę­dzia”. Tak na­praw­dę chciał unik­nąć spo­tka­nia twa­rzą w twarz z Bo­gu­mi­łem.

Wi­dział go przy wa­go­ni­ku. Stał nie­ru­cho­mo, ob­ser­wu­jąc, jak wszy­scy wy­cho­dzą z pracy.

– No, idź stam­tąd wresz­cie… – wy­szep­tał do sie­bie Se­ba­stian, ner­wo­wo przestępując z nogi na nogę. 

Bo­gu­mił jed­nak ani drgnął. 

Tem­pe­ra­tu­ra spa­da­ła coraz bar­dziej, a nad gó­ra­mi za­czę­ła uno­sić się de­li­kat­na mgieł­ka. Gęst­nie­ją­ca ciem­ność ogra­ni­cza­ła pole wi­dze­nia. 

Nagle Se­ba­stian za­uwa­żył, że sta­lo­wa lina, na któ­rej za­wie­szo­ne były wa­go­ni­ki… za­czy­na drgać.

Prze­łknął ślinę. 

Tłu­ma­czył sobie, że to na pewno do­sta­wa to­wa­ru, nic szcze­gól­ne­go, czy dziw­ne­go. 

Do­pie­ro, gdy wa­go­nik wje­chał na górę, serce pod­sko­czy­ło mu do gar­dła. 

Ze środ­ka wy­szła ma­skot­ka, z którą Bo­gu­mił przy­wi­tał się ser­decz­nym uści­skiem dłoni. 

Mimo ciem­no­ści, Seba do­sko­na­le wi­dział, że ko­stium był ubru­dzo­ny czymś czer­wo­nym. 

Ob­ser­wo­wał wszyst­ko, od­dy­cha­jąc coraz szyb­ciej. 

Gdy zo­ba­czył, że Bo­gu­mił z ma­skot­ką wy­cią­ga­ją z wa­go­ni­ka długi, cięż­ki worek – Sebie po­ciem­nia­ło przed ocza­mi. 

Chwy­ci­li ła­du­nek i za­czę­li wlec po tra­wie, w stro­nę wiaty. 

Seba za­marł. Nie chciał wydać z sie­bie żad­ne­go dźwię­ku, ale o mało nie krzyk­nął, gdy worek nagle drgnął.

Męż­czy­zna osu­nął się na pod­ło­gę, cały dy­go­cząc z prze­ra­że­nia.

Miał wra­że­nie, że za chwi­lę za­le­je się łzami. 

Gdy po kilku mi­nu­tach, w końcu sta­nął na nogi na ze­wnątrz ni­ko­go nie było.

Je­dy­nie z wnę­trza wiaty biła de­li­kat­na po­świa­ta lampy, roz­ci­na­ją­ca mrok nocy.

 

DZIEŃ CZWAR­TY 

 

Spoj­rzał na ze­ga­rek – było po pół­no­cy. 

Świa­tło w wia­cie wciąż się świe­ci­ło, gdy nagle Bo­gu­mił z ma­skot­ką wy­szli na ze­wnątrz. 

Zga­si­li lampy, za­mknę­li drzwi i gdy wsie­dli do wa­go­ni­ka, Seba ode­tchnął z ulgą.

Wy­pu­ścił z sie­bie po­wie­trze tak gwał­tow­nie, że o mało nie upadł na pod­ło­gę. 

Wy­szedł z tar­ta­ku i ro­zej­rzał się do­oko­ła. 

Pusto. 

Wa­go­nik z Bo­gu­mi­łem i ma­skot­ką zjeż­dżał z góry i Seba po­czuł w sobie nagły przy­pływ od­wa­gi. 

Wy­cią­gnął te­le­fon, włą­czył apa­rat i za­czął na­gry­wać:

– Sie­ma­no, wi­dzo­wie – szep­tał ner­wo­wo, roz­glą­da­jąc się na boki. – Przed chwi­lą wi­dzia­łem, jak szef z jakąś dziw­ną ma­skot­ką za­nie­śli coś do wiaty. – Skie­ro­wał apa­rat na bu­dy­nek i ru­szył w jego kie­run­ku. 

– To był worek… ru­sza­ją­cy się worek. – Głos za­czął mu drżeć. – Trze­ba to spraw­dzić! Nie po­do­ba mi się tu, ale robię to dla was! Tak że nie za­po­mnij­cie po­lu­bić tego filmu! 

Otwo­rzył drzwi wiaty, które od­po­wie­dzia­ły prze­cią­głym, nie­przy­jem­nym skrzyp­nię­ciem.

Seba wzdry­gnął się tak mocno, że te­le­fon wy­padł mu z ręki i z gło­śnym ło­mo­tem ude­rzył w pod­ło­gę.

Męż­czy­zna za­marł, sze­ro­ko otwie­ra­jąc oczy. Po­wo­li ro­zej­rzał się do­oko­ła.

Ni­ko­go. Tylko mgła i ciem­ność. 

Pod­niósł te­le­fon i pod­szedł do klapy. 

– Tam musi coś być… – mruk­nął pod nosem. 

Spró­bo­wać ją pod­nieść, ale była za­mknię­ta na kłód­kę. 

Go­rącz­ko­wo za­czął szu­kać cze­goś, czym mógł­by ją sfor­so­wać. Wtedy jego wzrok padł na sie­kie­rę wi­szą­cą na ścia­nie. 

Bez za­sta­no­wie­nia chwy­cił ją i z ca­łych sił rąb­nął w metal.

Kłód­ka pękła z su­chym trza­skiem.

Seba uśmiech­nął się z sa­tys­fak­cją i uniósł skrzy­pią­cą klapę.

Pod spodem ziała czar­na dziu­ra.

Włą­czył la­tar­kę w te­le­fo­nie, prze­ły­ka­jąc ślinę. 

Za­uwa­żył drew­nia­ną dra­bi­nę. 

Nogi trzę­sły mu się tak mocno, że ledwo był w sta­nie tra­fiać sto­pa­mi w ko­lej­ne szcze­ble.

Gdy zna­lazł się na dole… uj­rzał worki… mnó­stwo wor­ków. Wi­sia­ły z su­fi­tu i ka­pa­ło z nich coś gę­ste­go i czer­wo­ne­go. 

Serce wa­li­ło mu tak mocno, że jego dud­nie­nie czuł aż w skro­niach.

Wszyst­kie zmy­sły mó­wi­ły mu „ucie­kaj”, ale on gnany cho­ro­bli­wą cie­ka­wo­ścią, ru­szył dalej, szczę­ka­jąc zę­ba­mi.

– Wi­dzi­cie to…? – wy­krztu­sił do te­le­fo­nu drżą­cym gło­sem. – Te worki… i….

Urwał.

Przy ścia­nie za­uwa­żył biur­ko, a na nim le­ża­ły sie­kie­ra, piła i ma­szyn­ka do mie­le­nia mięsa, z któ­rej wy­sta­wa­ły krwa­we reszt­ki. 

Sebie ze­bra­ło się na wy­mio­ty, ledwo udało mu się je po­wstrzy­mać. 

Już miał za­miar uciec, gdy coś usły­szał… dźwięk, do­cho­dzący z głębi po­miesz­cze­nia. 

Przy­świe­cił tam la­tar­ką, jed­nak wi­dział tylko worki. 

Mimo mdło­ści po­wo­li zro­bił krok w tamtą stro­nę. Prze­su­wał worki bar­kiem, sta­ra­jąc się nie my­śleć, co jest w środ­ku.

W końcu to za­uwa­żył. Jeden z wor­ków… ru­szał się. 

Seba nie wie­dział, czy to ten sam, który wi­dział wcze­śniej z tar­ta­ku, ale nie miało to żad­ne­go zna­cze­nia. 

Odło­żył te­le­fon na pod­ło­gę i obie­ma rę­ka­mi za­czął roz­dzie­rać ma­te­riał.

To co zo­ba­czył spra­wi­ło, że wrza­snął i padł na ko­la­na.

W worku znaj­do­wał się Pio­trek. Żył, ale za­miast oczu miał tylko ciem­ne, krwa­we dziu­ry. Pró­bo­wał coś po­wie­dzieć i wtedy Se­ba­stian za­uwa­żył, że bra­ko­wa­ło mu rów­nież ję­zy­ka. Z jego gar­dła wy­do­by­wa­ło się char­cze­nie, a po bro­dzie ście­ka­ła świe­ża krew.

Se­ba­stian na czwo­ra­ka peł­zał w stro­nę wyj­ścia, sta­ra­jąc się nie do­tknąć żad­ne­go worka. 

Nie dbał już o te­le­fon. Chciał zna­leźć się jak naj­da­lej od tego pie­kła.

Nagle ude­rzył głową w coś mięk­kie­go. 

Spoj­rzał w górę i zo­ba­czył ma­skot­kę, która trzy­ma­ła w rę­kach sie­kie­rę. 

Zza niej wy­ło­nił się Bo­gu­mił Ta­tar­ski, za­kła­da­ją­cy białe rę­ka­wicz­ki.

– Panie Se­ba­stia­nie… – za­czął spo­koj­nie, z ubo­le­wa­niem krę­cąc głowa.

Seba pró­bo­wał uciec, ale ma­skot­ka mocno go chwy­ci­ła. 

– Ostrze­ga­łem pana, że nie wolno tutaj wcho­dzić… i co mamy teraz zro­bić? – za­py­tał, zbli­ża­jąc głowę do Seby. 

– P… pro­szę… wy­pu­ście… wy­pu­ście mnie… nic… nic nie po­wiem, przy­się­gam! – Seba cały się trząsł, był bli­ski pła­czu. 

Pa­trzył na Bo­gu­mi­ła i ma­skot­kę bła­gal­nym wzro­kiem, mając na­dzie­ję, że po­zwo­lą mu wyjść. 

– Oba­wiam się, że to… nie­moż­li­we… – Bo­gu­mił jakby po­smut­niał. – Duduś… zaj­mij się nim. 

Z wiaty do­biegł prze­raź­li­wy krzyk Seby, a po nim… cisza.

 

DZIEŃ PIĄTY

 

– Z przy­kro­ścią i żalem muszę po­in­for­mo­wać pań­stwa, iż Se­ba­stian nie­ste­ty nie prze­strze­gał prze­pi­sów BHP i w wy­ni­ku nie­szczę­śli­we­go wy­pad­ku, spadł z po­mo­stu pro­sto w prze­paść – mówił Bo­gu­mił Ta­tar­ski, wy­cie­ra­jąc łzę, spły­wa­ją­cą po po­licz­ku. 

Ekipa pro­gra­mu pa­trzy­ła na niego, przy­ta­ku­jąc. 

– Bar­dzo mi z tego po­wo­du przy­kro, Se­ba­stian był świet­nym pra­cow­ni­kiem, który nigdy nie od­mó­wił ni­ko­mu po­mo­cy. Wy­pad­ki się zda­rza­ją, nawet w tak bez­piecz­nych miej­scach jak nasze. Jesz­cze dziś po­dej­mę od­po­wied­nie kroki, by śmierć Se­ba­stia­na nie po­szła na marne! Mo­że­cie być tego pewni!

Po­ło­żył prawą dłoń na sercu w ge­ście naj­wyż­sze­go od­da­nia.

W lewej trzy­mał ke­ba­b z nie­ty­po­wym, ja­skra­wo­czer­wo­nym mię­sem.

Ugryzł po­tęż­ny kęs i sze­ro­ko się uśmiech­nął.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów. :)

 

Już początek mnie rozbawił, bo naprawdę bardzo bym chciała mieć codziennie budzik o tak „nieludzkiej porze”:

„Szósta rano. Zdenerwował się, że ktoś budzi go o tak nieludzkiej porze (…)”.laugh

 

Sprawy techniczne i nasuwające się przy czytaniu sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

Jakieś dziesięć minut później, Sebastian siedział w busie z logo programu Praca Cię Znajdzie. – mam wątpliwość, czy przecinek nie jest zbędny

Jako pierwszy zagra pan Bogdan, który bezrobotny jest od szesnastu lat. – być może celowo taki szyk zdania (aby np. ośmieszyć reality show i prowadzących), ale może lepiej go zmienić? – Jako pierwszy zagra pan Bogdan, który jest bezrobotny od szesnastu lat.

 

– No cóż, zobaczmy, co się tam kryje. – powiedział Pan Zdrapka, podchodząc do Bogdana, który powoli zdrapywał los. – błędny zapis dialogu (zbędna kropka)?

– A pewnie… pewnie kupię sobie piwko. – odpowiedział. – i tu?

– Jestem Piotrek. – przedstawił się mężczyzna. – i tu?

– Seba. – odparł i uścisnął rękę. – i tu? – czyli dialogi do szczegółowego przejrzenia i gruntownej poprawy, ja już reszty nie wypisuję

 

Mam tu wątpliwość co do poniższego fragmentu:

„Drżącymi dłońmi dotykał każdej z nich, aż w końcu wybrał. 

– No cóż, zobaczmy, co się tam kryje. – powiedział Pan Zdrapka, podchodząc do Bogdana, który powoli zdrapywał los. 

W końcu jego oczom ukazał się napis WYGRANA – DWADZIEŚCIA ZŁOTYCH.

Bogdan upadł na kolana, podnosząc los. Łzy szczęścia lały mu się po policzkach strumieniami. 

– No proszę, los okazał się dla pana łaskawy! – krzyknął niczym niewzruszony Pan Zdrapka. – Gratulacje! Co zrobi pan z tak wysoką wygraną? 

Bogdan spojrzał na niego z szerokim uśmiechem. 

– A pewnie… pewnie kupię sobie piwko. – odpowiedział. 

– Kupi sobie piwko! – krzyknął prowadzący. – Brawo dla Bogdana, który powinien być wzorem, jak nie zarządzać pieniędzmi!

Publiczność ryknęła śmiechem, a Bogdan, czerwony jak burak, zszedł ze sceny z banknotem w dłoni”. 

 

Skąd wziął banknot? Miał tylko zdrapkę.

 

– Panie Sebastianie, tak z ciekawości, dlaczego w wieku dwudziestu trzech lat nie chce się pan podjąć pracy? – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?

Przez chwile w studiu panowała całkowita cisza. – literówka?

– Bardzo mi przykro, Sebastianie, ale przez pięć pięknych dni, poczujesz się jak frajer. – zbędny ostatni przecinek?

 W ogóle zobaczcie (przecinek?) jak tu jest wysoko!

Jakbym stąd spadł (i tu?) to by mnie musieli chyba łopatą zeskrobywać – zaśmiał się. 

Wiecie (i tutaj?) kto to jest?!

 

Po ciężkiej pracy, zasnął szybko jak niemowlę. – zbędny przecinek?

Stanął w miejscu jak wryty (przecinek?) niezdolny się ruszyć. 

Z wiaty wyłonił się Bogumił i spojrzał zaskoczony na Sebę. 

– O, już pan jest? – Spojrzał na zegarek. – powtórzenie?

– Siema – powiedział mężczyzna z gęstą (przecinek?) czarną brodą, podchodząc do Seby.

Andrzej spojrzał na niego, mrużąc oczy, jakby nie do końca zdawał sobie sprawę (przecinek?) o czym Seba mówi. 

Podczas przerwy, Seba stał przed tartakiem, wpatrzony w wiatę. – zbędny pierwszy przecinek?

Gdy po kilku minutach, w końcu stanął na nogi, na zewnątrz nikogo nie było. – i tutaj?

Przed chwilą widziałem, jak szef z jakąś dziwną maskotką, zanieśli coś do wiaty. – tutaj zbędny ostatni?

– To był worek… ruszający się worek. – Głos zaczął mu drżeć. – Trzeba to sprawdzić! Nie podoba mi się tu, ale robię to dla was! Także nie zapomnijcie polubić tego filmu! – – chyba w tym kontekście powinno być osobno: „tak, że”?; i czemu na końcu tej wypowiedzi jest myślnik – czy tam brakuje dokończenia?

Wszystkie zmysły mówiły mu „uciekaj”, ale on (przecinek?) gnany chorobliwą ciekawością, ruszył dalej, szczękając zębami.

Urwał – brak kropki lub dalszego ciągu zdania?

Przy ścianie zauważył biurko (przecinek?) na którym leżały siekiera, piła i maszynka do mielenia mięsa, z której wystawały krwawe resztki. 

Sebie zebrało się na wymioty, które ledwo udało mu się powstrzymać. – powtórzenia?

Seba cały się trząs, był bliski płaczu. – literówka?

– Z przykrością i żalem muszę poinformować państwa, iż Sebastian niestety nie przestrzegał przepisów BHP i (albo tu też przecinek, albo kolejny usunąć?) w wyniku nieszczęśliwego wypadku, spadł z pomostu prosto w przepaść – mówił Bogumił Tatarski, wycierając łzę, spływającą po policzku. 

 

Horror, co się zowie! Trzyma w napięciu do ostatniej chwili i zawiera zakończenie naprawdę makabryczne. ;) Pomysł oraz jego wykonanie, odsłona po odsłonie, zasługują na duże brawa. :)

Pozdrawiam serdecznie, klik. :)

Pecunia non olet

Cześć! ;)

Bardzo się cieszę, że opowiadanie się podobało! Dzięki za klik! ;)

Dziękuję również za wskazanie błędów. Mam mały problem z tymi kropkami, zbyt często je daje, a później staram się usuwać, a nie zawsze zauważę ;D. Jak najszybciej postaram się to poprawić!

 

Skąd wziął banknot? Miał tylko zdrapkę.

Tutaj mały skrót myślowy. Wygrał pieniądze, więc dostał banknot. Nie chciałem pisać sceny w której ktoś mu go wręcza, bo trochę się obawiałem, że zabije tempo opowieści ;)

 

Dzięki jeszcze raz za przeczytanie i komentarz!!

 

Pozdrawiam serdecznie! ;)

I ja bardzo dziękuję; kwestia banknotu już zrozumiała, dzięks za doprecyzowanie. :) 

Dialogi to zmora nas wszystkich – ciągle trzeba ćwiczyć ich zapisy. :) Norma dla każdego. :) 

 

Pozdrawiam, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Cześć. 

Poprzednie opowiadanie podobało mi się na tyle, że co jakiś czas wracam myślami do tamtej chłodni i Pingusia. Technicznie to jest ok, ale trochę zbyt podobne właśnie do ostatniego. Tajemnica, maskotka, groza, samotne poszukiwanie odpowiedzi. Dla mnie za dużo podobieństw, ale sam pomysł z programem i tą pracą jest ciekawy. 

Pozdrawiam.

Cześć! ;)

Dzięki za przeczytanie i komentarz! Fajnie, że wciąż wracasz myślami do Pingusia! ;D

Masz rację, że oba opowiadania mają podobny schemat, będę nad tym pracował! :) 

Pozdrawiam serdecznie!! ;)

Brak dynamiki, brak napięcia. To jest tylko proste opowiadanie z licznymi błędami, nie ma nawet namiastki horroru. Przeredagować całość aby napięcie rosło do samego końca bo teraz już drugiego dnia wiadomo co się wydarzy. Dużo powtórzeń, dużo tłumaczenia czytelnikowi co się dzieje. W horrorach najbardziej straszy domyślność, kiedy to wyobraźnia czytelnika dopowiada strach.

No cóż, szkoda, że Ci się nie podobało i nie poczułeś żadnego napięcia. Nie ukrywam, opowiadanie jest proste, bo dokładnie takie miało być. Bardziej chodziło o pewną zabawę formą, śmieszny początek, trochę absurdu i makabryczny koniec. 

 

Pozdrawiam ;)

niekonsekwentnie budujesz świat.

powiązanie teleturnieju ze sponsorem mogło być bardziej uzasadnione skoro to nie jest zwykły sponsoring.

dlaczego tartak mieści się na szczytach Tatr?

 

Bardziej chodziło o pewną zabawę formą, śmieszny początek, trochę absurdu i makabryczny koniec. 

niestety niczego z tych rzeczy nie ma

 

a gdyby na koniec taki twist… kolejna edycja teleturnieju. prowadzący częstuje uczestników… burgerem albo jakimiś luksusowymi przekąskami nonvege… skoro coś się pojawia to dobrze jest później tego użyć.

 

Widzę, że po prostu oczekujesz trochę innego rodzaju opowieści niż to, co staram się zrobić w tej serii. U mnie absurd i nielogiczność są raczej celowe i wynikają z konwencji – dlatego choćby tartak jest na szczycie Tatr ;D. 

Co do formy – traktuję każdy odcinek jako osobną historię, trochę jak w programie TV, gdzie pojawiają się nowi uczestnicy i poprzedni nie wracają.

Pozdrawiam :)

Przykro mi to pisać, Dovio, ale już tytuł zdradza, że to będzie „powtórka z rozrywki”. No i była.

Skutek jest taki, że przewidując, co się wydarzy, nie umiałam wykrzesać w sobie ani odrobiny zaciekawienia, bo wszystko było przewidywalne. Mogę przeczytać kilka opowiadań jakiegoś cyklu, utrzymanych w jednym klimacie, ale nie znalazłam niczego ciekawego ani intrygującego w powieleniu pomysłu zaprezentowanego w poprzednim opowiadaniu. :(

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

Chcie­li­by­śmy za­pro­sić pana do pro­gra­mu „praca cię znaj­dzie”. → To nazwa programu, więc: Chcie­li­by­śmy za­pro­sić pana do pro­gra­mu „Praca cię znaj­dzie”

 

– Witam w ko­lej­nym od­cin­ku PRACA CIĘ ZNAJ­DZIE! – krzyk­nął razem z wi­dow­nią. → Umiał krzyczeć wielkimi literami???

 

– A pew­nie… pew­nie kupię sobie piwko. – od­po­wie­dział. → Zbędna kropka po wypowiedzi.

 

Seba pa­trzył na zdrap­kę z sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi… → Seba pa­trzył na zdrap­kę sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi

Seba patrzył sam, nie z oczami.

 

a on stał, jak za­mu­ro­wa­ny… → …a on stał jak w­mu­ro­wa­ny

 

– Patrzcie, jaki typ gruby! Stoi i żre kebaba. -> – Patrzcie, jaki typ gruby! Stoi i żre kebab.

Choć zdaję sobie sprawę, że Sebastian nie musi mówić poprawnie.

Tu znajdziesz odmianę rzeczownika kebab.

 

– Se­ba­stian, wy­łącz ten te­le­fon i pomóż z tą belą! → Skoro to tartak, to raczej: – Se­ba­stian, wy­łącz ten te­le­fon i pomóż z tym balem!

Sprawdź znaczenie rzeczowników belabal.

 

Se­ba­stian padł na trawę, pusz­cza­jąc belę drew­na. → Zbędne dookreślenie, wiadomo, że niósł drewno.

Wystarczy: Se­ba­stian padł na trawę, pusz­cza­jąc bal.

 

Trze­ba prze­nieść jesz­cze czte­ry bele! → Trze­ba prze­nieść jesz­cze czte­ry bale!

 

Wstał z ziemi i chwy­cił belę drew­na. Razem z nowym ko­le­gą prze­nie­śli do wiaty. → Wstał z ziemi i chwy­cił bal, i razem z nowym ko­le­gą prze­nie­śli go do wiaty. 

 

czuł jak ob­le­wa­ją go zimne dresz­cze. → Dreszcze nie są cieczą, więc nie mogły go oblewać?

Proponuję: …czuł na całym ciele zimne dresz­cze.

 

Gdy tylko zaczynała pracować, czuł jak oblewają go zimne dreszcze. 

– Ty, Piotrek – zaczął, żeby zagłuszyć ryk silnika i własne myśli. → Nie brzmi to najlepiej. Dreszcze nie są cieczą, więc nie mogły go oblewać?

Proponuję: Gdy tylko zaczynała pracować, poczuł na całym ciele zimne dreszcze. 

– Ty, Piotrek – zagadał, żeby zagłuszyć ryk silnika i własne myśli.

 

Pio­trek za­śmiał się i prze­su­nął bele drew­na Pio­trek za­śmiał się i prze­su­nął bale

 

Nie pa­mię­tał, jak do niego tra­fił, wiec uznał… → Literówka.

 

Po­szedł do ła­zien­ki, prze­płu­kał twarz wodą. 

Zo­ba­czył w lu­strze swoją bladą twarz i za­mknął oczy. → Nie brzmi to najlepiej. Czy mógł zobaczyć w lustrze cudza twarz?

Proponuję drugie zdanie: Zo­ba­czył w lu­strze jak bardzo jest blady i za­mknął oczy

 

Od­wró­cił wzrok i chwy­cił belę drew­na. → Od­wró­cił wzrok i chwy­cił bal.

 

Bogumił podrapał się po głowie, w drugiej ręce trzymając kebaba. → Bogumił podrapał się po głowie, w drugiej ręce trzymając kebab.

 

Wziął ko­lej­ne­go kęsa, od­da­la­jąc się. → Ugryzł ko­lej­ny kęs, od­da­la­jąc się

 

– Ale… przecież widziałem… maszyna, palec… krew… – Głos mu drżał tak mocno, że trudno było zrozumieć słowa. → – Ale… przecież widziałem… maszyna, palec… krew… – głos mu drżał tak mocno, że trudno było zrozumieć słowa.

Drżenie głosu jest opisem czynności paszczowej.

 

Seba stał jak za­mu­ro­wa­ny… → Seba stał jak w­mu­ro­wa­ny

 

wy­szep­tał do sie­bie Se­ba­stian, ner­wo­wo prze­ska­ku­jąc z nogi na nogę. → Nie wydaje mi się, aby w opisanej sytuacji Sebastian przeskakiwał z nogi na nogę.

Pewnie miało być: …wy­szep­tał do sie­bie Se­ba­stian, ner­wo­wo przestępując nogi na nogę. Lub: …wy­szep­tał do sie­bie Se­ba­stian, ner­wo­wo drepcząc w miejscu

 

Gęst­nie­ją­ca ciem­ność ogra­ni­cza­ła pole wi­dze­nie. → Literówka.

 

gdy coś usłyszał… dźwięk, dochodząc z głębi pomieszczenia. → Literówka.

 

W lewej trzy­mał ke­ba­ba z nie­ty­po­wym, ja­skra­wo­czer­wo­nym mię­sem.

Wziął po­tęż­ny kęs i sze­ro­ko się uśmiech­nął. → 

W lewej trzy­mał ke­ba­b z nie­ty­po­wym, ja­skra­wo­czer­wo­nym mię­sem.

Ugryzł po­tęż­ny kęs i sze­ro­ko się uśmiech­nął.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć! ;)

Szkoda, że się nie podobało, ale rozumiem dlaczego. Ten cykl “dziwnych miejsc pracy” wydał mi się ciekawy, więc pewnie spróbuje go pokazać w trochę innej formie, jak przemyślę spokojnie, w jaki sposób mógłbym to zrobić ;D

Dziękuje za wskazanie błędów, na pewno je poprawię. Dalej trochę mi głupio, że tyle ich popełniam ;D

Pozdrawiam serdecznie! ;)

Dovio, jeśli postanowiłeś kontynuować tę serię, spróbuj bardziej zróżnicować kolejne opowiadania. Niech w każdym będzie coś, czego nie było w innych historiach, niech zaskakują i nie pozwól, by sprawiały wrażenie, że napisano je według jednego szablonu.

Powodzenia. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jasne, wezmę to pod uwagę! ;) 

Serwus,

Opowiadanie oceniam pozytywnie, choć przyznam, że mnie nie porwało. Początek jest fajny – dobry pomysł z teleturniejem dla bezrobotnych, to mi się spodobało. W dalszej części zrobiło się jednak… hmm… zwyczajnie. Brakowało mi napięcia i strachu.

Niemniej ogólnie na plus.

Pozdrawiam

rr

Cześć! ;)

Fajnie, że się podobało! ;) Bardzo mnie to cieszy!

To prawda, że później robi się trochę generycznie, chciałem pójść trochę w gore o kanibalizmie i tak się to skończyło ;D

Pozdrawiam serdecznie! ;)

Fajne opowiadanie. Horror komediowy to jeden z moich ulubionych gatunków. Co do uwag – brakuje mi opisu tej maskotki i po co ona w ogóle tam się kręci. Kto by sobie tak randomowo chodził w czymś takim? No chyba, że w logo firmy byłaby ta maskotka? Nie wiem czemu, ale ja sobie wyobrażałam maskotkę wiewiórki XD

Zbyt szybko ta maskotka ma krew na sobie – za szybko to spojleruje o co kaman i w sumie po tym domyśliłam się, z czego ten kebab jest. 

A i jeszcze wiata – z tego co wiem, wiata to dach na słupach, więc chyba szopa czy coś takiego byłoby lepszą opcją?

Ogólnie fajny klimat, bardzo mi się podobało otwarcie tego opowiadania, postacie też, bardzo łatwo było mi sobie wyorazić każdą z nich. 

Cześć ;)

Dzięki za przeczytanie i komentarz! Ciesze się, że się podobało! ;)

Tak, też uwielbiam horrory komediowe, to pomieszanie absurdu z czymś mroczniejszym. Racja, że powinienem bardziej ukryć ten ostatni twist, ale… przynajmniej wiem nad czym popracować w przyszłości ;D

Ciekawe wyobrażenie maskotki, w zasadzie… wiewiórka do tartaku pasuje mocno ;D

 

Pozdrawiam serdecznie! ;)

Nowa Fantastyka