W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34717
W poprzednim rozdziale: http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34717
– Gniewko – odezwała się Agnieszka, przerywając ciszę. – Powiedz mi, co z tymi kurami… – Ptaki z zapałem wydziobywały z ziemi każdy kąsek, który udało im się wydrapać pazurami.
– Niosą się? Czy pożytku z nich tyle, że zjadają resztki?
Przełknął łyżkę zupy i wytarł usta wierzchem dłoni. Długo obserwował drób.
– Niosą się – odparł pewnie. – Kury to sprytne stwory. Trzeba za nimi deptać… cichutko i wypatrywać, w jakie chaszcze łazi. Gdy już zniesie, wyłazi i chwali się. Wtedy wiesz, że jajo gdzieś tam jest. Ale trzeba być szybkim, bo żmij albo ropucha mogą je znaleźć.
– Zatem czeka nas szpiegowanie drobiu – śmiała się. – Szkoda na to czasu. – Przeniosła wzrok na kurnik. – Skoro mają dach nad głową, urządzę im tam gniazda. Jagna kazała mi ćwiczyć palce.
– Pomogę – wtrącił. – Przyniosę wiechy trzciny. Wyścielimy nimi kosze.
– Paniculae Phragmitis australis. Nada się. Lekka, chłonie wilgoć i trzyma ciepło.
– Po kąpieli nazbieramy kamyków o kształcie jajek. Podłożymy je kurom na zachętę – zaproponował.
– Co? – zaśmiała się. – Skąd ten pomysł?
– Nie zapominaj, że jestem prostym chłopakiem ze wsi, podpatrzyłem to i owo u sąsiadów… – mrugnął do niej.
Dzień płynął ustalonym rytmem. Wyrabiał cegły z wczorajszej masy i przygotowywał kolejną porcję gliny. Trzciny układał na dachu wiaty.
W południe przerwali pracę.
– Patrz – szepnęła, gładząc krawędź jednej z cegieł. – Schną równo, bez pęknięć.
– Jeszcze tydzień, może dwa, i zaczniemy myśleć o wypale – uzupełnił zadowolony.
– Pora to zaplanować – odparła. – To nasze kluczowe wyzwanie. Mamy jedną szansę, której nie wolno nam zmarnować. Nie pozwolę, byś przez kolejny miesiąc harował ponad siły tylko po to, by na koniec zostać z niczym.
– Tak, musi nam się udać za pierwszym podejściem. – Spojrzał na nią z czułością.
Pracowali obok siebie. Ciszę zakłócały rwane oddechy, mlask stóp w błocie, trzeszczenie wikliny.
– Sól – rzuciła nagle. – Bez niej nie zakonserwujemy mięsa.
– I żelazo – dodał, skupiony na glinie. – Nóż to za mało. Potrzebujemy siekiery… i czegoś do gotowania z metalu, te gliniane garnki wiecznie nie wytrzymają.
– Garnki wypalimy razem z cegłami, ale metalowe naczynia… to zmieniłoby wszystko – zawiesiła głos.
– I jak sprawuje się nowy sprzęt? – Robert zawołał wesoło na widok wracającego z łąki Gniewka.
Chłopiec wyprostował się, wypiął pierś i z szerokim uśmiechem uderzył dłonią w bok wiklinowego kosza. – Dobrze! Teraz mieści dwa razy więcej trawy niż worek i się tak nie trudzę.
– Nie przeładowujesz go? Nie przepracuj się. – Zmrużył oczy, po czym przeniósł wzrok na żonę. – Jak sądzisz, wyciosam oś z kołami?
– Kto, jeśli nie ty! – odpowiedziała radośnie.
Obserwowali chłopca, który zwinnie wyrzucał naręcza trawy i rozściełał je na kozłach.
* * *
Słońce barwiło niebo krwistą czerwienią. Szykował się do ostatniego kursu nad rzekę.
– Zostaw to – powiedziała cicho. – Na dziś już wystarczy.
Uniósł brwi w zdziwieniu. – Co ty? Szkoda marnować czas.
– Nic się nie zmarnuje – odrzekła z zagadkowym uśmiechem. – Chodź. Zmyj z siebie glinę, przejdziemy się.
Nalegała tak stanowczo, że bez słowa odłożył nóż. W nurtach rzeki zostawił brud i ciężar całego dnia. Minęli ścieżkę prowadzącą do chaty, poprowadziła go ku trawiastemu wzgórzu panującemu nad doliną. Na szczycie stał potężny dąb, rozdarty uderzeniem pioruna.
Na szczyt dotarli z ciężkim oddechem, oparli się o osmalony pień. W złotym świetle zachodu rozpościerała się pod nimi cała dolina.
– Pięknie tu – szepnął. – Po co mnie tu zabrałaś? Chyba nie tylko dla widoków? – Przyciągnął ją do siebie.
Ze śmiechem wysunęła się z jego ramion.
– Rozejrzyj się dobrze.
Omiótł wzrokiem dolinę. Bezkresne lasy, łagodne wzgórza, rzeka. – Na co mam patrzeć? Nie rozumiem.
– Porzuć szczegóły. Uchwyć całość. – Naprowadzała go cicho. – Spójrz na to szerokie zakole rzeki tam, na wschodzie. Na linię tych wzgórz w oddali. A tam… ta wielka, płaska łąka, na której nas znaleźli.
Wodził wzrokiem od zakola rzeki do linii wzgórz, a jego źrenice rozszerzały się z każdym uderzeniem serca. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale wydał z siebie tylko cichy, świszczący dźwięk. Cofnął się o krok, o mało nie tracąc równowagi.
– Nie… – szepnął, kręcąc głową. – Nie, to nie może być… Naprawdę myślisz, że my jesteśmy… tutaj?
– Przecież wszystko do siebie pasuje – odparła pewnym głosem.
Utkwiła wzrok w horyzoncie, dostrzegała tam majaczące widma przyszłości.
– Patrz. Tam, w tym zakolu, pośród olch… zalśni w słońcu Kujawski Port Kosmiczny. – A tam… – Wskazała zbocze wzgórza. – Wyrośnie nasz wieżowiec. – Tam, gdzie nas znaleźli. – Przesunęła rękę. – Będzie twój Instytut Kontinuum Czasoprzestrzennego.
– Wygląda na to, że nie skłamałeś Kwieciszowi, nazywając nas „tutejszymi”.
– Kiedy to odkryłaś? – głos ledwo opuścił gardło.
– Jagna opowiedziała mi swoją historię – zaczęła. – Uciekli znad wielkiego jeziora, kilka dni drogi, na wschód. Wiedli tam spokojny żywot, póki któryś z sąsiadów nie zapragnął władzy nad wszystkimi…
Uniósł głowę, zaciekawiony. – Klasyka. Silna jednostka podporządkowuje sobie wspólnotę, po czym wymusza daniny na utrzymanie dworu.
– Tak. Tyle że Jagna opisała porażkę – ciągnęła. – Lud podniósł bunt, otoczył tyrana w grodzie i skazał na śmierć głodową… choć według niej, to nie głód ich wykończył, lecz plaga myszy.
– Myszy… gród… jezioro… – zamilkł. – Czekaj… Spojrzał na nią ostro. – Chcesz mi powiedzieć, że to… Popiel?
– Tak. Jagna znała go osobiście.
Wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami. – Tego z legend?!
– Tak. Trafiliśmy w czasy, w których legenda to rodzinne wspomnienie.
– Gopło! – wyrzucił z siebie. Kilka dni marszu na wschód…
Zamilkł, gdy ostatnie smugi światła utonęły za horyzontem. Nad dolinę nadciągnął granatowy zmierzch, a nieboskłon nakropiły pierwsze gwiazdy. Chłodny wiatr zaszeleścił w liściach dębu.
– Sądzisz, że to nasza przeszłość? Że każdy nasz krok zapisano już w historii? Czy… czy włączając maszynę, wyrwaliśmy dziurę w czasie i stworzyliśmy równoległy świat?
Nie czekał na odpowiedź. Mówił coraz szybciej. Chodził w koło trąc włosy dłońmi.
– Czekaj! Jeśli to przeszłość… to znaczy, że już ją przeżyliśmy, tak? – Czyli co… nic nam się nie może stać? – To bez sensu… – urwał. – Przecież mogę jutro zginąć.
– I co wtedy? Rozpłynę się w paradoksie? A jeśli zniknę, to jak mogłem istnieć w przyszłości, żeby tu trafić?
Zatrzymał się gwałtownie w pół kroku. Odwrócił się, panikę w jego oczach zastąpił fanatyczny blask.
– To wszystko musi mieć jakąś regułę… jakiś bezpiecznik – mruknął, patrząc w ziemię. – Coś, co sprawia, że to się jednak „zgadza”.
– Kochanie… – szepnął nienaturalnie uroczystym głosem. – A co, jeśli… znaleźliśmy wyjście?
– Jakie wyjście? O czym ty mówisz? – zaniepokojona podeszła bliżej.
– Wyjście dla ciebie – ciągnął.
– A jeśli… – zawahał się. – Jeśli coś pójdzie „nie tak”… – Na tyle, że to wszystko się cofnie – Jeśli moja śmierć to twój bilet powrotny…
Zamarła. Piegi zdominowały trupio bladą twarz. Przerażenie zdławiło głos w gardle. W głowie eksplodował niemy krzyk, po chwili wydarł się na zewnątrz zdławionym, furiackim szeptem.
– Nawet o tym nie myśl! A co, jeśli Wszechświat nie zauważy twojego poświęcenia?! Co ja tutaj zrobię sama, bez ciebie?! Pomyślałeś chociaż przez chwilę o tym?! Ty… ty pieprzony egoisto!
Rzuciła się na niego z pięściami.
– Sądzisz, że to szlachetne?! – krzyczała przez łzy. – Zostawić mnie samą w tej dziczy?!
– To nie poświęcenie! To ucieczka!
Długo przyjmował ciosy, aż pochwycił jej dłonie i przyciągnął do siebie. Szloch wstrząsał nią, czoło bezwładnie uderzało o jego pierś.
– Przepraszam… – szepnął, kołysząc ją delikatnie. – Przepraszam, głupi pomysł… Już dobrze… Ciii… Jesteśmy w tym razem. Już dobrze.
Trwali w uścisku, dopóki jej płacz nie przeszedł w ciche łkanie. W końcu odsunęła się, jej ciałem wciąż targały dreszcze. Chwyciła go za ramiona i zmusiła, by utkwił wzrok w jej oczach.
– Przestań! Szukać reguł w tym obłędzie. – Pokręciła głową. – A czas pękł. Jak ten dąb. – I to, co tu widzimy… to już coś nowego. Nie ma powrotu. Jest tylko to, co tu i teraz.
Założył ręce na kark, odchylił się w tył.
– Ale czy wolno nam skazić ten świat wiedzą z przyszłości? – zapytała cicho.
– Działamy tu niczym gatunek inwazyjny. – Pocierał twarz dłońmi. – Co zatem proponujesz? Pozwolimy Gniewkowi skonać na pierwszą lepszą infekcję, bo lękamy się „efektu motyla”?
– Nie wiem – odparła drżącym głosem. – Może… powinniśmy przyjąć zasadę: wiedza służy tylko nam. Stworzymy wokół siebie małą bańkę przyszłości.
– To egoistyczne.
– Nic innego nie przychodzi mi do głowy – szepnęła. – Musimy przeżyć, zostawiając po sobie jak najpłytszy ślad. Jak najmniejszą bliznę na tkance tego świata.
Omiótł wzrokiem dziką, nietkniętą dolinę. Przez moment dostrzegał w niej widmo utraconego, świetlistego świata, by po chwili ujrzeć przerażającą, pustą kartę, którą mieli zapisać. Ciężar straty, przytłaczająca odpowiedzialność, a nade wszystko palące poczucie winy.
– Aga, ja… ja tak bardzo… – wykrztusił. Głos uwiązł mu w gardle, a potem pękł, przechodząc w gwałtowny szloch, który niemal rzucił go na kolana.
Przyciągnęła jego głowę do siebie i objęła w silnym uścisku.
– Chodź. Może Gniewko przygotował kolację. Czas napisać kolejny rozdział naszej historii.
Cześć :)
Doczekałam się.
– Zatem czeka nas szpiegowanie drobiu – śmiała się. – Szkoda na to czasu. – Przeniosła wzrok na kurnik. – Skoro mają dach nad głową, urządzę im tam gniazda. Jagna kazała mi ćwiczyć palce.
– Pomogę – wtrącił. – Przyniosę wiechy trzciny. Wyścielimy nimi kosze.
Ja wiem, że to mówi Robert, ale warto to zaznaczyć.
W nurtach rzeki zostawił brud i ciężar całego dnia.
A jednak coś zostało z jego zapalczywych kąpieli :P
Po co mnie tu przyciągnęłaś? Chyba nie tylko dla widoków? – Przyciągnął ją do siebie.
Długo przyjmował ciosy aż pochwycił jej dłonie i przyciągnął do siebie.
Tu postaw przecinek przed “aż”.
– Przestań! Szukać reguł w tym obłędzie.
Nie zrozumiałam, dlaczego Robert uznał swoją śmierć za ratunek dla żony.
A poza tym bardzo podobają mi się określenia “gatunek inwazyjny”, “najmniejszy ślad”, “najpłytsza blizna”. Można to wykorzystać na różne sposoby. Ujęło mnie i faktycznie na chłodno idealnie opisuje pozycje dwójki bohaterów w świecie, do którego trafili.
Pojawił się temat kur i jajek wreszcie :) Czekam jeszcze na kozy :P
Wiesz, czego mi jeszcze brakuje? Nie było jeszcze rozmowy na temat tego, jak wrócić do ich czasów.
Znowu trzeba tydzień czekać :P
Pozdrawiam.
Doczekałam się.
teraz będę czuł presję…
Ja wiem, że to mówi Robert, ale warto to zaznaczyć.
minimalizm didaskalny 
przyciągnęłaś– Przyciągnął
maksymalizm emocjonalny…
poprawione
Nie zrozumiałam, dlaczego Robert uznał swoją śmierć za ratunek dla żony.
jeśli czas biegnie liniowo to przyczyna jest przed skutkiem. jeśli Robert zginie w x wieku to nie doprowadzi do katastrofy w xxi wieku i Agnieszka nie wyląduje w dziczy. Paradoks może doprowadzić do zapadnięcia się całej tej historii i katastrofa może potoczyć się inaczej, ale… to tylko hipoteza. Może być tak, że śmierć Roberta w x wieku niczego nie zmieni w sytuacji Agnieszki.
trochę o tym napisałem w prequelu a na koniec cyklu mam ładną (tak sądzę), filmową scenę w której to tłumaczę.
Nie było jeszcze rozmowy na temat tego, jak wrócić do ich czasów.
McGiver zrobiłby agrafkę a z niej teleport temporalny… Katastrofa miała miejsce w zaawansowanym labie, w puszczy nie ma szans na powtórzenie eksperymentu.
a co mi tam, pospojleruję trochę…. zrozumienie tego co się stało zajmie im znacznie więcej niż trochę. zakończenie bolało mnie bardzo długo ale teraz jestem zadowolony. mam nadzieję, że miłośnicy gatunku uznają, że HARD SF jest odpowiednią półeczką.
Czekam jeszcze na kozy :P
nie patrz na zwierzęta z x wieku przez perspektywę współczesnych, selekcjonowanych przez setki lat.
wtedy i krowy i kozy dawały niewiele więcej mleka niż potrzebowały młode do przeżycia.
Znowu trzeba tydzień czekać :P
pamietam czasy kiedy powieści publikowano w miesięcznikach
Dziękuję i do zobaczenia czternastego dnia. Jutro za tydzień