- Opowiadanie: ośmiornica - Sierść

Sierść

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Sierść

 

Alicja nigdy nie sądziła, że będzie jej brakowało Katowic – tego szarego, zasnutego smogiem miasta. A jednak… Tęskniła za przyjaciółmi wpadających bez zapowiedzi, sąsiadką, która spotkana w windzie streszczała wszystkie blokowe plotki, za śniadaniownią na rogu i tramwajami sunącymi z turkotem po ulicach. Myślała, że pragnie uciec od hałasu miasta, lecz teraz tęskniła za jego gwarem.

Westchnęła ciężko i zalała kawę. Za oknem hulał wiatr, a dom trzeszczał, jakby chciał wyrazić swoją niechęć do nowych lokatorów. Wzdrygnęła się, kiedy naga gałąź drzewa zgrzytnęła o szybę. W takie dni jak ten – mgliste i jesienne – oraz w coraz liczniejsze, bezsenne noce żywiła podejrzenia, że w zwyczajnych odgłosach starego budynku kryje się coś więcej.

Chwyciła kubek i ruszyła do drzwi. Zimny, wilgotny powiew przyniósł z sobą zapach zbutwiałych liści. Wyszła na ganek. Stawiając stopę, natrafiła na coś miękkiego. Cofnęła się gwałtownie i syknęła, gdy gorąca kawa ochlapała jej dłoń. Przed progiem leżał martwy ptak; jego szkliste oczy patrzyły nieruchomo.

– Cholera jasna.

Strzepnęła rękę, podmuchała na oparzone miejsce, po czym strąciła truchło z ganku. Wiedziona impulsem, uniosła wzrok. Dostrzegła wbite w siebie, żółte ślepia. Sporych rozmiarów czarny kocur o sparszywiałej sierści siedział na masce ich samochodu i śledził każdy jej ruch.

– Przeklęty sierściuchu! Ten ptak to twoja sprawka?

Mogłaby przysiąc, że w żółtych ślepiach pojawił się szyderczy błysk. Zwierzę, nie spuszczając z Alicji wzroku, zaczęło wylizywać łapę.

Kobiecie przemknęła myśl, aby czymś w niego rzucić. Nie cierpiała kotów, a tego w szczególności. Przypuszczała, że należał do starej właścicielki, choć od jej śmierci minęło już ponad pięć lat. Kocur włóczył się wokół domu i nieraz wpraszał do środka, lecz nigdy nie dał się pogłaskać. Ani odgonić.

– Kiedy twoja pani zmarła, na pewno podgryzałeś jej zwłoki, parchaty diable.

Uniosła kawę, upiła łyk, po czym wylała resztę na ziemię.

Powinnam zabrać się do pracy – pomyślała z niechęcią.

Wróciła do domu, lecz zamiast skręcić w stronę salonu, weszła na piętro, minęła sypialnię i uchyliła drzwi do gabinetu męża. Zapatrzyła się w pochylone plecy Pawła; stukał w klawiaturę, zapominając o całym świecie. Niedługo mijał termin rozliczenia grantu, a on – jak w kółko powtarzał – był daleko w polu.

Nie powinna mieć mu za złe, że nie ma dla niej czasu, ani że nie pomaga w urządzeniu domu, a wieczorami, kiedy w końcu dociera do łóżka, pada ze zmęczenia. Nie powinna mieć, ale i tak miała.

– Może wybierzemy się na spacer?

Poderwał głowę i spojrzał nieprzytomnym wzrokiem.

– Co? A nie, spacer nie. Muszę to oddać do końca tygodnia.

Zdusiła westchnienie i zeszła na dół. W salonie, w głębi którego znajdowało się jej biurko, panował nieprzyjemny ziąb. Włączyła farelkę i ustawiła tak, aby ciepłe powietrze owiewało stopy. Odkąd się tu wprowadzili, ciągle było jej zimno. 

To piękny dom. Na wiosnę wszystko zakwitnie, zaczniemy remont. Będziemy tu szczęśliwi.

Poklepała się po policzkach, wygięła wargi w sztucznym uśmiechu i odpaliła laptopa. Kliknęła kursorem w symbol poczty, czekała. Strona ładowała się irytująco powoli. Jak zwykle zresztą. Paweł już kilka razy dzwonił do operatora, ale pomimo obietnic nic się nie zmieniało. Alicja stukała palcami o blat biurka, a w myślach liczyła upływające sekundy. Ekran wciąż pozostawał pusty. Po pięciu minutach w oczach kobiety zalśniły łzy frustracji. Wstała gwałtownie, przewracając przy tym krzesło, które z hukiem uderzyło o podłogę.

– Nie wytrzymam!

Nie mogła żyć bez internetu. Nie była w stanie bez niego pracować. Sięgnęła po telefon; pokazywał jedną kreskę.

– Coś się stało, kochanie?

Dochodzący z góry, zatroskany głos Pawła sprawił, że ochłonęła. Wariowała zupełnie bez powodu. Ewidentnie wstała dzisiaj lewą nogą i teraz każdy drobiazg wydawał jej się życiowym dramatem.

– Nie mogę zalogować się na pocztę – odkrzyknęła.

– Spróbuj na strychu.

Na samą myśl, że miałaby tam iść, zrobiło jej się chłodniej. Nie lubiła tego miejsca i wciąż nie zdołała się zmusić, aby uprzątnąć je z gratów po zmarłej właścicielce.

– Wolę podjechać do sklepu i przy okazji ściągnę tam maile na telefon.

– Kup wino. Zrobimy sobie romantyczny wieczór. Należy nam się. I świeczki. Nie zapomnij o świeczkach. 

Alicja uśmiechnęła się i to był pierwszy raz tego dnia, kiedy zrobiła to szczerze.

 

*

 

– Pogryzły ją bezpańskie kundle. Strasznie oszpeciły biedaczkę. 

– Powinni je odstrzelić, jak tylko się w okolicy zaczęły kręcić. 

– No teraz to już musowo. Jak zasmakują ludzkiego mięsa, to jakby je diabeł opętał. Trzeba uśpić i tyle.

Alicja przystanęła pomiędzy regałami wioskowego spożywczaka i obejrzała się na rozmawiające kobiety – jedną niższą o pyzatych policzkach, drugą chorobliwie wręcz chudą, o zapadniętych, błyszczących oczach i orlim nosie.

– Przepraszam, że podsłuchuję, ale mogą mi panie powiedzieć, co się stało?

Kobiety umilkły, otaksowały ją uważnym spojrzeniem. Dziewczyna zreflektowała się i przedstawiła:

– Alicja Mańczak. Mieszkam tu od niedawna.

– Aaa, to pani kupiła stary dworek? – domyśliła się ta pyzata.

– No… tak. Zaniepokoiło mnie to, co usłyszałam, bo nie zdążyliśmy jeszcze naprawić płotu. 

– Niech się pani nie martwi – machnęła ręką kobieta z orlim nosem – chłopaki już się zebrały. Zapolują i spokój będzie.

Alicja popatrzyła na nią niepewnie. 

– Zapolują na psy? Nie powinni zawiadomić schroniska?

Orli nos chwyciła się pod boki i wyzywająco wypięła pierś.

– Pani, to nie miasto. Nikt tu po polach nie będzie z klatkami biegał. A jak się pani u nas…

– A jak się pani u nas mieszka? – wtrąciła się jej pyzata koleżanka. – Pewnie spokój i powietrze czystsze?

– Czystsze, to na pewno. Nie narzekam, chociaż trochę chłodno jest. Dom wymaga jeszcze sporo poprawek.

Kobieta pokiwała głową ze zrozumieniem.

– Żeby pani widziała, jak tam wyglądało pięć lat temu, kiedy zmarła stara Dzielnicka. Dach przeciekał, w podłodze dziury, prądu brakło… Poprzedni właściciel zdążył już dużo naprawić. Pewnie gdyby se tak paskudnie nogi nie złamał, nigdy by domu nie sprzedał.

Kobieta z orlim nosem pokiwała głową.

– Widziałam te wasze schody… Nie dziwota, że o kulach nie chciał po nich chadzać. Ponoć ze strychu zleciał. Dobrze, że se karku przy tym nie skręcił.

– W piątek będzie potańcówka w remizie – zmieniła temat pyzata – może przyjdziecie z mężem? Ludzi poznacie?

Alicja niezobowiązująco pokiwała głową i szybko się pożegnała.

Zanim wyjechała ze wsi, rozpadało się na amen. Włączyła radio. Zniecierpliwiona reklamami przerzucała stacje. Dopiero w ostatniej chwili dostrzegła, że coś przebiega jej przed maską. Zahamowała gwałtownie. Samochodem zarzuciło, silnik szarpnął i zgasł.

Wyszła na drogę i rozejrzała się po poboczu. Niczego nie zauważyła.

Może sarna? – pomyślała. – A może…

Coś zaszeleściło w krzakach gęsto porastających brzeg lasu. Mięśnie Alicji stężały, oddech przyspieszył.

Może to te bezpańskie psy?

Nie czekała dłużej, szarpnęła drzwiczki i wskoczyła na siedzenie. Przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik zaterkotał dziwnie, po czym umilkł. Alicja wyjrzała za okno. Pusto. Wzięła głębszy oddech, wypuściła wolno powietrze i znów spróbowała odpalić samochód. Tym razem z powodzeniem.

Chwilę później zza zakrętu wyłonił się ich dom. Resztki niepokoju rozwiały się w jednej chwili, lecz zamiast ulgi, pojawiło się przygnębienie. Kiedy w środku lata Alicja przybyła tu po raz pierwszy, uznała, że posiadłość wygląda jak skromniejsza wersja dworku w Soplicowie. Teraz kojarzyła jej się raczej z opuszczonym budynkiem stacji kolejowej na jakiejś zapomnianej wsi. Otaczające ją, pozbawione liści drzewa, miały w sobie coś złowieszczego.

Wariuję na tym odludziu – pomyślała.

Dopiero parkując, dostrzegła na desce rozdzielczej czerwoną kontrolkę z symbolem silnika. Nie znała się na samochodach, ale przypuszczała, że nie zwiastuje ona niczego dobrego.

Muszę powiedzieć o tym Pawłowi.

– Wróciłam! – krzyknęła od progu.

Odpowiedziało jej niewyraźnie mruknięcie dobiegające z łazienki. Alicja zmarszczyła brwi i odłożyła siatki z zakupami.

– Wszystko w porządku?

– Tak… Chyba tak.

Paweł wyszedł na korytarz, wpatrując się w grzbiet dłoni. Biegły przez nią trzy krwawe pręgi otoczone pianą wody utlenionej.

– To ten kot – odpowiedział na niezadane pytanie. – Chciałem go pogłaskać, ale… No, sama widzisz.

– Przemyłeś dokładnie? Może powinniśmy pojechać do lekarza?

– Z powodu zadrapania? Bez przesady. Wracam do komputera, wciąż jestem w polu z robotą.

– Chyba w lesie – spróbowała zażartować.

Paweł uśmiechnął się i oddalił.

Też powinnam popracować.

Szybko rozpakowała zakupy. Zawahała się przy butelce z winem.

Wciąż jest wcześnie… ale w taki dzień chyba nie zaszkodzi.

Delikatna gorycz przepełniona aromatem minionego lata popłynęła w dół gardła. Kuchnia z szafkami malowanymi w kwiaty, żeliwnym zlewem oraz skrzypiącą, pogryzioną przez korniki podłogą na nowo wydała się miejscem magicznym i pełnym tajemnic. Stary dom trzeszczał cicho, snując nieznane nikomu historie.

Będziemy tu szczęśliwi. Niech tylko przyjdzie wiosna.

 

*

 

Alicja odpisała na maile oraz zapoznała się z przesłaną przez szefa dokumentacją nowego projektu. Nawet nie zauważyła, kiedy na dworze zaczęło szarzeć. Wstała i się przeciągnęła. Wyjrzała przez okno. Droga rozpływała się w dali błotnista i pusta, las wsiąkał w nadchodzący mrok.

– “(…)O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,(…)*” –wyrecytowała cicho Alicja. 

Smutek, przegoniony pracą oraz winem, na nowo wdarł się do jej serca. Ruszyła do drzwi spragniona rozmowy z Pawłem, jego dotyku i bliskości. Siedział przy komputerze w swoim gabinecie. Nie pisał, za to w milczeniu wpatrywał się w dłoń; skóra wokół zadrapania stała się czerwona i opuchnięta. 

– Boli? – zapytała.

Pokiwał głową. Uniósł na nią wzrok i uśmiechnął się uspokajająco. 

– Do jutra pewnie przejdzie. Popiszę jeszcze z godzinę i zrobimy kolację, dobrze? 

Odwrócił się do klawiatury, a jego twarz na powrót przybrała skupiony wyraz. Alicja przestała dla niego istnieć, świat przestał dla niego istnieć.

– Jasne – odparła głucho, pewna, że już jej nie słyszał.

 

*

 

Postarała się, szykując kolację. Podsmażyła krewetki z czosnkiem i kolendrą, przyrządziła sałatkę z rukoli i parmezanu, podgrzała w piekarniku bagietkę. Zaniosła wszystko do salonu, ułożyła na stoliku kawowym. Rozstawiła wokół świeczki, a po chwili wahania położyła je również na półce wiszącej nad kanapą. Zapaliła knoty i zgasiła lampę. Usiadła w fotelu, przykryła nogi kocem i czekała. Stary zegar z kukułką nieprzerwanie odliczał czas. Paweł nie schodził; wskazówki tykały.

Kropla mroku oderwała się od ciemności zalegającej w korytarzu. Śmignęła przez pokój, wskoczyła na biurko. Usiadła na laptopie i błysnęła żółtymi ślepiami. Kocur. Alicja zgrzytnęła zębami. Bez namysłu rzuciła poduszką, trafiła idealnie. W komputer, gdyż kota już na nim nie było. 

– Szlag.

Podniosła się z kanapy i zniecierpliwiona ruszyła na poszukiwanie męża. Paweł spał z głową opartą na biurku. Zmarszczyła brwi. Przecież nie było jeszcze późno. Naprawdę był aż tak zmęczony, żeby zasnąć przy pracy? Spostrzegła jego dłoń – opuchniętą i zaczerwienioną, z siatką pociemniałych żył wokół zadrapania. Potrząsnęła męża za ramię. Poruszył się, uniósł głowę i spojrzał na nią szklistymi oczami.

– Paweł, wdało się zakażenie, musimy jechać do szpitala. Już!

Wstał ociężale i się zachwiał. Złapała go w pasie, poprowadziła do drzwi. Teraz wyraźnie poczuła, jaki był rozpalony.

Na szczycie schodów się potknął. Alicja krzyknęła ze strachu, czując, jak oboje tracą równowagę. Jezu, umrzemy! Zamachała rozpaczliwie wolną ręką, spróbowała wyswobodzić drugą. Poleciała. Silne szarpnięcie niemal wyrwało jej ramię ze stawu, zmieniło tor lotu i rzuciło na barierkę schodów. Stare drewno zatrzeszczało w proteście.

– Boże, prawie spadliśmy. Gdybym nie zdołał się przytrzymać i cię złapać… o Boże, o Boże. – Paweł był blady jak ściana. Alicja przypuszczała, że sama wyglądała podobnie.

Na dworze zapadła już noc, a deszcz padał znacznie mocniej. Światła domu odbijały się w błotnistych kałużach. Zanim dotarli do auta, Alicja była już prawie cała przemoczona. 

Wskoczyła na siedzenie kierowcy, przekręciła kluczyk w stacyjce. Silnik zaterkotał i zgasł. Na desce rozdzielczej zapaliła się czerwona kontrolka, o której zdążyła już zapomnieć.

– Cholera!

Znów spróbowała. Rozrusznik zarzęził nieprzyjemnie. Raz po razie przekręcała kluczyk, lecz bezskutecznie. Samochód nie odpalał. Uderzyła pięścią w kierownicę, bezsilna i wściekła.

– Zepsuł się – powiedziała głucho. – Wracajmy, zadzwonię po pomoc.

Paweł obrzucił ją zrezygnowanym spojrzeniem.

– A zasięg?

– Najwyżej pójdę na strych. Powinnam tam złapać dodatkową kreskę.

Kiedy tylko wychyliła głowę z samochodu, zimny deszcz uderzył ją w twarz. Ulewa wciąż się wzmagała, a do tego zerwał się wiatr. Alicja prędko obeszła auto i pomogła mężowi wysiąść. Ruszyli w stronę domu. Buty grzęzły w błocie, a te kilka metrów, które dzieliły ich od ganku, wydały się nagle drogą nie do przebycia. Błyskawica przecięła niebo, przez moment zalewając światłem ścianę lasu. Alicja dostrzegła niewyraźny kształt na tle drzew. Przystanęła i przyjrzała się dokładniej. Pies – spore bydle wielkości rottweilera. Do jej uszu dotarło wściekłe warczenie, które zaraz urwał grzmot.

Jesteśmy we dwoje, przecież się na nas nie rzuci – pomyślała, lecz strach ścisnął jej pierś.

Pociągnęła za sobą Pawła; nieznacznie przyspieszył kroku. Znów rzuciła nerwowe spojrzenie w stronę lasu. Dostrzegła jak pies, sztywno przekładając łapy, rusza w ich stronę. Spomiędzy drzew wyłonił się kolejny, zwierzęcy kształt.

– O matko!

Objęła męża w pasie, zarzuciła sobie jego rękę na ramię. Już niedaleko. Jedynie kilka kroków. Znów błysnęło. W świetle wyładowania Alicja dostrzegła, jak psy rzucają się do ataku. 

“Pogryzły ją bezpańskie kundle… Tak bardzo ją oszpeciły…” 

Chciała krzyknąć, lecz dźwięk uwiązł w gardle. Parła przed siebie, mając wrażenie, że wciąż stoi w miejscu, że błoto zamyka się wokół jej kostek i niczym w koszmarnym śnie nie pozwala uciec. 

Trafiła butem na twardy kamień ganku. Dopadła do drzwi, szarpnęła klamkę i wraz z mężem wpadła do sieni.

Zatrzasnęła drzwi i oparła się o nie plecami. Psy pozostały na zewnątrz, tak samo jak deszcz, pioruny i zimny porywisty wiatr. Mało brakowało… Pazury zgrzytnęły o drewno, warkot przeszedł w zajadłe ujadanie. Zerknęła przez lufcik. Żółte ślepia patrzyły prosto na nią, błyszczały wyszczerzone kły. Na wychudzonych grzbietach sterczały brudne kępy sierści. Kobieta, trzęsącą się dłonią, przekręciła klucz w zamku. Nie dostaną się tutaj!

– Alicja… – głos męża oderwał jej myśli od wściekłych psów.

Paweł podpierał się o ścianę, na jego czole pojawił się pot.

Musi obejrzeć go lekarz. Jak najszybciej.

– Chodź – powiedziała, ujmując go pod ramię – odpoczniesz na kanapie, a ja zadzwonię po pomoc.

Gdy weszli do salonu, między nogami przemknął im kot. Wskoczył na fotel i zaczął wylizywać futro z takim spokojem, jakby cały ten dom należał wyłącznie do niego i to nie on był tutaj intruzem. Cienie rzucane przez płomyki świec malowały na podłodze jego nienaturalnie wielki i mroczny kontur.

– Ładnie to przyszykowałaś… – szepnął Paweł.

Alicja uśmiechnęła się niemrawo. 

– Przekładamy randkę na jutro.

Pomogła mężowi położyć się na kanapie i przykryła go kocem.

– Bez antybiotyku się nie obędzie. Idę zadzwonić.

Weszła na piętro i wyciągnęła z kieszeni komórkę – tylko połączenia alarmowe. Wystukała 999. Usłyszała dźwięk sygnału, a potem trzask, jakby ktoś podnosił słuchawkę starego, analogowego telefonu.

– Halo, słychać mnie? Proszę przysłać karetkę. Mój mąż został podrapany, wdało się zakażenie. Halo?

W słuchawce rozległo się ciche trzeszczenie, a potem dziwny jęk; przeciągłe zawodzenie przypominające nagrany i odtwarzany w zwolnionym tempie płacz dziecka. Alicja oderwała telefon od ucha i popatrzyła na niego w osłupieniu. Brak połączenia. 

Strych.

Nie lubiła się na niego zapuszczać. Prowadziły doń strome, trzeszczące schody z rozchybotaną poręczą, a zalegające tam graty przyprawiały Alicję o dreszcze. Uchyliła drzwi i zapaliła latarkę w telefonie. Skierowała snop światła w głąb pomieszczenia: wieszak na płaszcze, karton na kapelusze, drewniane skrzynie… Przełknęła ślinę, spojrzała na ekran. Dwie kreski. Znów spróbowała zadzwonić.

– Pogotowie, słucham?

– Mój mąż potrzebuje pomocy, wdało się zakażenie… – zdążyła powiedzieć, zanim przerwał jej przeciągły jęk zakłócający połączenie. – Halo?

Wyciągnęła telefon przed siebie; sekundy na ekranie wciąż się zmieniały.

– Proszę przysłać do nas karetkę…

Trzeszczenie i znowu ten jęk.

– Cii – w słuchawce odezwał się głos starej kobiety – cicho kotku.

Alicja podskoczyła przestraszona. Telefon wypadł jej z dłoni i z hukiem upadł na podłogę.

– Ja pierdolę, tylko nie to – krzyknęła, patrząc na stłuczoną szybkę i rozlany ekran.

Telefon Pawła! – pomyślała i zbiegła ze strychu. Dotarła właśnie na szczyt schodów prowadzących na parter, kiedy nastąpiła na coś miękkiego, co z wściekłym sykiem zerwało się do ucieczki. Straciła równowagę i poleciała w dół.

 

*

 

Wracała do siebie powoli, nie mogąc sobie przypomnieć, dlaczego leży na podłodze w korytarzu. Z otwartych drzwi salonu wlewało się migoczące światło świec. Paweł spał na kanapie. Spróbowała się podnieść, lecz ze zgrozą uświadomiła sobie, że nie czuje własnego ciała. Zakręciło jej się w głowie, na czoło wystąpił pot.

Co za paskudny sen. Muszę się obudzić.

To nie był sen! Ta świadomość uderzyła w nią z siłą rozpędzonej lokomotywy i na moment zatopiła jej umysł w przypływie przerażenia. Świat wokół zawirował.

Coś poruszyło się na krawędzi wzroku. Czarny kocur podszedł powoli, z godnością aktora wchodzącego na deski teatru. Zatrzymał się obok jej sparaliżowanej dłoni i szturchnął ją łapą. Odskoczył i się przyczaił. Poruszał w napięciu ogonem. Nagle odbił się i wylądował pazurami na jej bezwładnym przedramieniu. Wpił się zębami w ciało, wyszarpnął kawałek. Alicja rozszerzyła oczy, widząc własną krew. Fakt, że niczego nie poczuła, wywołał kolejny atak paniki.

Kocur dokładnie oblizał zakrwawione wąsiska i z wysoko postawionym ogonem pomaszerował do salonu. Alicja przekręciła głowę, aby móc go śledzić.

A Paweł? Jezu, co z nim? – serce załomotało jeszcze szybciej, choć myślała, że to niemożliwe.

Zawołała męża; ani drgnął.

Jak szybko ktoś tutaj przyjdzie? Starą Dzielnicką znaleziono dopiero po kilku tygodniach od śmierci.

Kocur wskoczył na śpiącego Pawła i zaczął ugniatać go łapami. Był niczym zmora, która przysiadłszy na piersi ofiary, dusiła ją i pozbawiała tchu.

– Paweł – zawołała ponownie.

Mężczyzna nie reagował. Za to kot znieruchomiał na moment, po czym wygiął grzbiet i zasyczał. Było w tym dźwięku coś pierwotnego i bezgranicznie złego. Dopiero teraz dotarło do Alicji, że nie ma przed sobą zwykłego zwierzęca. Że być może to wcale nie jest już zwierzę.

“Jak zasmakują w ludzkim mięsie, to jakby je diabeł opętał. Trzeba uśpić i tyle” – słowa zasłyszane w sklepie tłukły się po udręczonym umyśle.

Jak zahipnotyzowana śledziła wzrokiem ruchy czarnego kota, który wskoczył na oparcie sofy, a z niej na półkę z książkami. Patrzyła, bo nic już innego nie była w stanie zrobić, jak zwierzę strąca jedną ze świeczek, jak ta – wciąż płonąc – spada na poliestrowy koc okrywający Pawła. Patrzyła, jak przykrycie zajmuje się ogniem. Jak płomienie rosną coraz bardziej i bardziej, aby po chwili przysłonić jej męża śmiertelnym całunem. Patrzyła oszalała z rozpaczy i przerażenia, jak ogień sunie po dywanie, jak czernieją deski podłogi. Patrzyła, na stojącego spokojnie, diabelskiego kocura, któremu żar nie wyrządzał najmniejszej krzywdy. Patrzyła na pełzające w jej stronę ogniste jęzory. 

Rozległ się brzęk stłuczonej szyby, chrobot pazurów na parkiecie oraz ścinające krew w żyłach warczenie psa.

Do oczu Alicji napłynęły łzy. Rozpaczliwie próbowała podnieść się i uciec, lecz nie mogła – nie czuła swojego ciała. Jedynie twarz, do której zaczęły docierać pierwsze iskry żaru.

 

 

* Leopold Staff, Deszcz jesienny

 

Koniec

Komentarze

Cześć

Podobało mi się. 

No, niestety tak kończą ci, którzy nie lubią kotów ;-) Wspaniałe zwierzęta!

Nie zagrał mi tylko ten zasięg. Jeżeli bohaterka nie miała zasięgu, to zazwyczaj następuje automatyczne wyszukanie innego nadajnika. Piszę o tym, ponieważ jak się domyślam, akcja dzieje się obecnie i jest mało prawdopodobne, że żaden nadajnik nie był w zasięgu. 

Kot ugniatał mężulka, to oznaka zadowolenia, dlatego nie wiązałbym tego zachowania z duszeniem :-)

Było w tym dźwięku coś pierwotnego i bezgranicznie złego. Dopiero teraz dotarło do Alicji, że nie ma przed sobą zwykłego zwierzęca. Że być może to wcale nie jest już zwierzę. - Trafne tylko w połowie, właśnie dlatego, że pierwotnego oznaczałoby w tym przypadku zwierzę, a z tym złem… To się zgodzę. Kot jest taki, jak ma być. Trudno oczekiwać od zwierzęcia aby zmieniło swoją naturę. Nie jest ani zły ani dobry. 

Co innego człowiek… ale to już poza tematem. 

Klik! 

Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszej pracy twórczej.

Nowa Fantastyka