- Opowiadanie: marzan - Wyzwanie #45 Recyklomat

Wyzwanie #45 Recyklomat

Kolejne wyzwanie, w którym ćwiczymy wyobraźnię – oraz pokazujemy, że każde nasze słowo jest coś warte! Zamykamy w niedzielę 26.04!

Złośliwcy mogą wybierać naprawdę nieudane akapity :)

Oceny

Wyzwanie #45 Recyklomat

 

Przyłóż ucho do urządzenia, na którym piszesz opowiadania. Słyszysz te jęki? Tak, to niedokończone teksty, które błąkają się gdzieś w zakazanym folderze i bezskutecznie nawołują twórcę. Wybierz jedno z nich, wyrwij z niego dowolny akapit (albo grzecznie je o niego poproś), a następnie wklej tutaj. Akapit musi pochodzić z tekstu, który nie był jeszcze publikowany, nie powinien zajmować więcej niż 15 linijek!

Kolejna osoba dopisuje dalszy ciąg Twojej historii – objętość w granicach rozsądku, powyżej 6000 znaków jest już wielce nierozsądne :)

Następnie w osobnym komentarzu wkleja akapit ze swojego niedokończonego opowiadania i czeka, aż ktoś się nad nim zlituje (albo przynajmniej uśmierci w humanitarny sposób).

 

Nie ma złych pomysłów. Są takie, których po prostu nikt nie przytulał ;)

Koniec

Komentarze

To wyzwanie bardzo dla mnie. 90% mojego pisania to fragmenty i rozgrzebane opka. Z niecierpliwością czekam też na inne wrzutki, które uda się Wam wyciągnąć z otchłani ;) 

Those who don't believe in magic will never find it

Dobra, coś znalazłam, od dawna nie widzę potencjału na rozwinięcie, więc może ktoś uratuje temat :P

 

Lysanthir stał prosto, z rękami na biodrach i nikczemnym uśmiechem na twarzy. Przepływająca przez niego moc była prawie zbyt wielka, aby ją powstrzymać. Prawie, ale Zumra był podły, nie głupi. Wiedział, skąd bierze się jego władza i jakie asy trzyma w rękawie – nie zamierzał odpieczętowywać wyrwy.

Szczelina mogła być źródłem nieskończonej mocy, ale jej energie były chaotyczne, nieprzewidywalne i niebezpieczne. Aby czerpać z niej siłę, a jednocześnie trzymać ją w ryzach, trzeba było posiadać umiejętność przekształcania chaosu w materię. Mężczyzna wiedział, że może to zrobić prawie każdy – była to tylko kwestia woli i skupienia myśli. A jeśli złodziejskie życie czegoś go nauczyło, to właśnie cierpliwości i skupienia na celu, czego brakowało innym ludziom.

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Guess who’s back :) 

 

…Kilka tygodni wcześniej.

 

Kiedy opadł kurz po spektakularnej, choć absolutnie nieplanowanej detonacji wieży przez księżniczkę Dziadumiłę, ukazał się widok zgoła daleki od architektonicznej sielanki. Okazało się bowiem, że fundamenty budowli skrywały prastarą studnię nieskończonej mocy, której gwałtowne uwolnienie zadziałało niczym strażniczy glif – zamykając króla wraz ze znaczną częścią dworu w obrębie górnego zamku z częścią dziedzińca pod pulsującą, nieprzeniknioną barierą. Jakby tego było mało, uwolniony z lochów minotaur, zamiast uciec w popłochu w pobliskie lasy, wchłonął część surowej, magicznej energii, co skutecznie podwoiło jego gabaryty i pozwoliło mu przejąć zrujnowany dziedziniec jako swój prywatny wybieg.

Korniwałd, wciśnięty w dublet z racji pełnienia zaszczytnej, od dwóch miesięcy, wysoce ryzykownej funkcji królewskiego namiestnika, masował skronie, spoglądając z bezpiecznego dystansu na magiczną kopułę. Dolny zamek Alledrogowa, w którym przebywał, był cały, choć atmosfera wewnątrz przypominała stypę. Obok niego Ragomira, formalnie nadworna czarodziejka, a w praktyce wybitnie bystra uzdrowicielka z wrodzonym darem do omijania kłopotów, metodycznie obierała jabłko niewielkim sztyletem, zdając się całkowicie ignorować ryki dobiegające zza magicznego pola. Miłodziad, który formalnie królem jeszcze nie był, bo los jego ojca za barierą pozostawał niepewny, znajdował się z nimi, w dolnym zamku.

– Musimy tam kogoś posłać. Wynajmiemy śmiałków, jakiegoś czarodzieja, następnie odbiją monarchę, zanim ten minotaur uzna, że król to idealna kolacja – zaczął Korniwałd. – Znam jednego kondotiera, który na wynajem, zbierze takich żądnych przygód i tak dalej.

– A nie lepiej po prostu znaleźć kogoś, kto tę barierę zniszczy i oszczędzi nam biegania po gruzach? – spytała Ragomira, popijając wino i patrząc w okno. 

– Optymalizacja zasobów ludzkich, rozumiem. Ale tak bez cienia żalu? Nie szkoda ci miłościwego pana, który zapewne narobił w gacie z przerażenia? – Korniwałd uśmiechnął się ironicznie. – Pamiętaj, że król nas wyniósł na stanowiska. Musimy coś z tym zrobić. A i Moczyjowojwie nadal stanowią zagrożenie dla królestwa.

– Szczerze? I tak był stary, marudny i zaraz by umarł. Jest duże prawdopodobieństwo, że już nie żyje. – Ragomira wzruszyła ramionami, wyraźnie rozbawiona własną szczerością. – Martwiłabym się księżniczką, mój drogi – ciągnęła dalej Ragomira, z niesmakiem odkładając sztylet na blat. – Dziadumiła raczej nie wyparowała razem z wieżą.

– Wspaniale. Zajmij się i tą smarkulą, i barierą. – odparł Korniwałd, gładząc podbródek – Ja się zajmę zebraniem ludzi.

– Ale żebyśmy mieli jasność, namiestniku… – Przymrużyła oczy, posyłając mu chłodne spojrzenie – Ty masz tylko zebrać drużynę, a ja mam na głowie rozbrojenie magicznej anomalii i uganianie się za zbiegłą małolatą. Bądź łaskaw nie traktować mnie jak swojego sługi.

Korniwałd uśmiechnął się zawiadacko. Zrobił powolny krok w jej stronę, pochylając się nieznacznie, by spojrzeć prosto w jej chłodne, przenikliwie niebieskie oczy, które zawsze zdawały się kalkulować trzy ruchy do przodu. Wytrzymał jej spojrzenie. 

– Piękna Ragomiro… – zaczął miękko, ze spokojem. – Ja ci po prostu oszczędzam polityki, której tak nienawidzisz. Biorę na siebie Miłodziada i cały ten arystokratyczny burdel, który właśnie spadł nam na głowy. Znajdę ci odpowiedniego czarodzieja do pomocy i kogoś, kto wlezie za tę barierę. Zadziałamy kilkutorowo: ty magia i smarkula, ja polityka i logistyka. I ogarniemy ten burdel.

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Dół u stóp muru musiał niegdyś służyć jako stanowisko na kotły z wrzącym olejem, wykorzystywanym do obrony.

Trzymała się przed nim kilka kroków z przodu. Po chwili, machnęła dłonią. Mężczyzna podkradł się do niej najciszej jak potrafił, dając uprzednio znak reszcie grupy, by powoli skracali dystans. Czekała oparta o ścianę twierdzy, tuż obok ciężkich drzwi prowadzących do głównego budynku.

– Są dwie drogi – szepnęła. – Albo się wspinamy, albo wchodzimy do środka. Podejrzewam, że stamtąd prowadzi wejście na górę.

– No to idziemy schodami, to chyba jasne? – odparł cicho.

Ona jednak, jak można się było spodziewać, miała do tego planu swoje „ale”.

– Jasne… – westchnęła z nutą ironii. – Tylko że zauważyłam kilka plugastw. Jest bardzo wąsko i niebezpiecznie. Jeden fałszywy krok i lecisz w dół, prosto w przepaść.

Zapadła chwila napiętej ciszy. Wymienili krótkie, wymowne spojrzenia.

– Przygotować broń – rzucił w końcu, decydując się na ten znacznie bardziej spektakularny wariant.

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Hm, widzę, że w wątku odbył się desant dwóch historii Melenedura, ale gdzie dalsze losy Lysanthira i Zumry z fragmentu OldGuard?

Bo ideą recyklomatu było rozwinięcie historii z akapitu poprzednika, a dopiero potem wklejenie swojej “sierotki”. A ja nadal nie wiem, czy Lysanthir i Zumra to jeden gość, czy imię i rasa – i co zrobi z nieskończoną mocą?

 

Teraz, żeby to naprostować, będzie trzeba rozwinąć i akapit Melendura, i akapit Oldguard. Ech, i kto to ogarnie?

 

Może coś mi się przyśni, ale liczę na inwencję pozostałych…

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Hm, widzę, że w wątku odbył się de­sant dwóch hi­sto­rii Me­le­ne­du­ra, ale gdzie dal­sze losy Ly­san­thi­ra i Zumry z frag­men­tu Old­Gu­ard?

ej, to był skok cza­so­wy, mówiący o tym co było wcześniej :) to nadal da sie bez problemu pociągnąc, wymaga tylko – inwencji twórczej :) 

 

“…Kilka ty­go­dni wcze­śniej.” 

 

Jedno nie wy­klu­cza dru­gie­go :)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

marzan

 

Hm, widzę, że w wątku odbył się desant dwóch historii Melenedura, ale gdzie dalsze losy Lysanthira i Zumry z fragmentu OldGuard?

Spieszę na ratunek! Swoją drogą, świetny pomysł na wyzwanie!

 

A zatem OldGuard, jutro spodziewaj się kontynuacji swojego zarzuconego dzieła, bo już zacząłem coś klecić, ale no, czas spać! 

 

 

 

 

 

 

 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

To ja właśnie ogarniam zdobywców twierdzy :)

 

Będzie bifurkacja, wątek rozdzieli się na dwa. Melendur rozłupał rzeczywistość. I dobrze, w końcu to fantastyka!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ciąg dalszy akapitu Melendura

 

– Dobrze. Jak wchodzić, to z przytupem. Grebo, drzwi! – zakomenderował.

Nieforemna, acz obficie umięśniona istota wytrzeszczyła oczy ze zdumienia – jeśli mogła wytrzeszczyć je bardziej, a potem podrapała się po łysej głowie. Pisk towarzyszący czynności był zapewne słyszalny nawet z wierzchołka murów.

– On nie rozumie kontekstu – westchnęła. – Musisz mówić wyraźnie: rozwal drzwi.

Grymas, który pojawił się na twarzy istoty, przy odrobinie wyobraźni mógł wyrażać uśmiech. Istota zamierzyła się do ciosu, lecz przy okazji pierdnęła głośno. Zawstydzona, opuściła potężne ramiona.

– Grebo, nic się nie stało – zapewniła, lekko pokasłując i słaniając się na nogach od smrodu. – Spróbuj jeszcze raz!

– On jest półkrwi trollem? – zapytał ją ściszonym głosem.

– No, tak gadają.

– A myślałaś, jak do tego doszło? W sensie, wyobraź sobie, że troll… no tego… nie przechodzą cię ciarki na samą myśl?

– Jego matka była trollem, nie ojciec. – Uniosła brew i posłała mu znaczący uśmiech.

– Studiujecie anatomię, czy może szturmujemy twierdzę? – odezwał się ktoś za ich plecami.

Tymczasem rozległo się głuche „łup!”, po czym wrota, framuga i część muru wpadły do wnętrza budowli.

– Do ataku! – zakrzyknął, choć wszyscy i tak wiedzieli, co robić. No, może poza Grebo.

Wbiegł do środka z mieczem gotowym do ciosu. O dziwo, zamiast dziedzińca jawiły mu się gigantyczne, kręcone schody, prowadzące w mrok. Nie przypominał sobie, żeby budowla była aż tak wysoka. Cóż, pozory mogły mylić.

– Szybko! Dorwijmy ich, dopóki jeszcze nie wygrzebali się z łóż!

Zachęcił resztę ruchem ręki, po czym ruszył żwawo, przeskakując po dwa, trzy stopnie. Doświadczenie podpowiadało mu, że towarzyszka i tak go zaraz wyprzedzi, a z chwały bitewnej pozostanie mu sprzątanie szczątków posiekanych przez nią wrogów.

Po dłuższej chwili zaniepokoił się, bo oprócz stukotu własnych, podbitych żelazem buciorów nie słyszał kompletnie nic. Spojrzał przez ramię.

Schody były puste. Nie widział ani rozwalonej bramy, ani kobiety, ani reszty wyprawy. Kamienna spirala zdawała się nie mieć początku.

– Hej, gdzie jesteście?! – zakrzyknął, a echo głosu wędrowało pomiędzy kolejnymi zwojami nieskończonej konstrukcji.

– Tutaj! – rozbrzmiał głos towarzyszki. – Ale co ty robisz pod schodami?

Jej głowa wychyliła się zza krawędzi. Coś zwróciło jego uwagę, ale na początku nie mógł sobie uzmysłowić, co. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że włosy kobiety zwisają do góry.

– Jak nie spadasz?

– Jak ty nie spadasz? I gdzie jest reszta?

Głowa zniknęła na chwilę.

– Cholera, nie ma ich!

– Jak to nie ma? Jesteśmy tu, do diaska! Ile jeszcze mamy leźć po tych schodach? I Grebo się boi!

Spojrzał w stronę, z której dobiegał głos, ale zbytnio raził go płomień własnej pochodni. Schował ją za krawędź schodów i spróbował jeszcze raz. Kiedy wzrok już przyzwyczaił się do ciemności, dojrzał kolejną konstrukcję. Również była spiralna, ale oś biegła poziomo –niczym wielka sprężyna, w której ktoś złączył oba końce i zagiął w obwarzanek. Dostrzegł kilka małych sylwetek i jedną większą. Wszystkie ustawione poziomo, mozolnie pięły się po schodkach, choć tak naprawdę okrążały go. Mógł się założyć, że jeśli poczeka wystarczająco długo, zobaczy ich w tym samym miejscu.

Zapewne przegrałby zakład, bo gdzieś daleko rozbłysło światło pochodni. Kiedy dłużej przyjrzał się malutkiej postaci, rozpoznał charakterystyczne ruchy. To był on sam.

– Hej, gdzie jesteście? – rozbrzmiało z oddali.

– Tutaj! Ale co ty robisz pod schodami? – odezwał się drugi głos.

– Dość! To pułapka! – krzyknął. – Nie wiedziałaś, że mają maga?

Zza krawędzi wychyliła się głowa towarzyszki, znów z włosami zwisającymi do góry.

– A kto wymyślił tę wyprawę? Nie chciało się czytać w księgach, co?

– Jestem od machania mieczem, nie od ślęczenia przy pergaminie!

– To sobie teraz machaj. We wszystkich możliwych kierunkach.

Dziękuję, że przyprowadziliście mi syna.

Głos rozbrzmiał niespodziewanie i tłukł się wewnątrz czaszki jak kamień wrzucony do kociołka.

– Syna? Chodzi o Grebo? – wrzasnął. – Jesteś jego ojcem? Zachciało się eksperymentów na trollach…

Odpowiedź omal nie rozłupała mu głowy.

Ojcem? Żartujesz? Ten łapserdak dawno zwiał, jak wszyscy z waszej nędznej rasy. Jestem wielka Ar’gnaka, ostatnia z rodu diamentowych trolli.

– Miło mi! – odrzekł, choć mocno rozminął się przy tym z prawdą. – To, eee, jak już nacieszysz się synem, uwolnisz nas? I jakaś nagroda? Mały diamencik, albo cuś?

Tacy jesteście, wiecznie chciwi, wiele żądacie, nic nie dajecie… W życiu i w miłości dokładnie tak samo. Tak, otrzymacie nagrodę, lecz najpierw musicie coś dla mnie zrobić. Sprowadźcie ojca. Niech syn się nim nacieszy.

– Nie ma sprawy, nie takie rzeczy robiliśmy. Uwiniemy się w mig – odrzekł, w głębi duszy ciesząc się z jej naiwności – bo nie zamierzał więcej postawić stopy w tym zakazanym miejscu.

Macie rok. Potem pozwolę ludzkim ciałom zgnić.

– Ciałom?

Nie jestem głupia, choć za takie nas uważacie. Zresztą sami się przekonacie, jak to jest. Dam wam powłoki, z których dawno uleciała dusza. Są ich tu setki: zastygłych w bezruchu, zimnych, obrośniętych mchem. Ciała trolli. W nich wyruszycie i w nich wrócicie.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

I moje wykopalisko ze sterty rozpaczy:

 

– Haniu, jeszcze dziesięć minut do wyjścia! Czy mam ci w czymś pomóc?

– Nie mogę znaleźć skarpetki!

– Przedwczoraj prałam, masz je w koszyku.

– Jest tylko jedna szara i jedna fioletowa.

– Poszukaj głębiej!

Kusiło ją, żeby poprosić o koszyk, ale się powstrzymała. Zbyt wiele słyszała ostatnio o wyręczaniu dzieci. Kursy dla rodziców nie wydawały się jednak zauważać, że córka nie może jechać do szkoły bez skarpetek.

– Na święta dostałaś te grube, z reniferem.

– Mamo, dzisiaj wuef. Nie mogę ich założyć, są obciachowe.

– W szufladzie masz czarne, dwie pary.

– Jedną parę, i lewa ma dziurę.

– Prosiłam, żebyś mówiła o takich rzeczach! Co z tymi skarpetkami, jakiś potwór je zjada?

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Marzanie,

 

podejście Melendura mi się spodobało, może to lekkie obejście zasad, ale nie pierwsze w naszych wyzwaniach ;P Podobało, bo poznaliśmy kawałek historii Ragomiry i Korniwałda, a wyrastają oni na moich ulubionych bohaterów,

 

ale…

 

cieszę się, że Bartkowski.robert jednak pociągnie ten fragment, bo im więcej osób w wyzwaniach, tym lepiej. Czekam więc niecierpliwie :D

 

 

PS. Czy ja mogę dopisywać czyjeś fragmenty? Bo potem znów musiałabym wrzucić swój. Co prawda mam ich mnóstwo, ale nie wiem w sumie, czy pierwszą wrzutką nie wyczerpałam puli ;)

 

PS2. O ile znam naturę trolli (lubią kminek ;)) i pół-trolli, to nie wiem, czy braki w kulturze by ich zawstydzały ;)

 

Dopiera po chwili zdał sobie sprawę, że włosy kobiety zwisają do góry.

Tu się wkradła literówka

 

Zapewne przegrałby zakład,

To tak jak zazwyczaj ja, ale nie przeszkadza mi to zakładać się ponownie :P

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Dalszy ciąg do marzana.

 

Hania zmarszczyła brwi. Za nic w świecie nie mogła się przyznać, że zjada je Enrike. Szczególnie lubił te w rąby, noszone przez trzy dni. Stąd też problem skarpetkowy pogłębiał się, bo kończyły się nawet te taty.

– No skąd, mamo! W potwory spod łóżka tylko dzieci wierzą, a ja jestem już prawie dorosła – powiedziała Hania i zamknęła koszyk. 

– Dobrze, pojedziemy po skarpetki, po szkole – zawyrokowała mama. – Mam w szafce jakieś moje, całkiem nowe. – Dodała wychodząc z łazienki.

Zza pralki, głowę wystawił Enrike, uśmiechnął się szczerząc krzywe ząbki. Chwilę mocował się, żeby wyjść z ukrycia. Poprawił pieluchę zsuwającą się z pupy i przez chwilę przebierał grubymi, zielonymi paluchami u stóp.

– Dzięki siostra, że mnie nie zdradziłaś – powiedział skrzeczącym głosikiem, baby troll.

– No… – Hania zamyśliła się. – Może Wiktor znalazł już coś na temat twoich rodziców. Jego tata ma kontakty.

Enrike podskoczył z radości.

– Haniu, chodź już bo w końcu znowu się spóźnimy – dobiegł do nich głos mamy.

– Schowaj się, a ja przyniosę po szkole skarpety. Cała klasa chciałaby ci pomóc – szepnęła i wyszła z łazienki

 

 

 

Hanka należała do postawnych kobiet, z gatunku tych, które siadając w autobusie zajmują półtora miejsca, wciskając sąsiada obok, w szybę.

Platynowe, krótko obcięte włosy absolutnie nie pasowały do nalanej twarzy, a obfity biust wypływał z dekoltu kremowej bluzeczki.

Przez jedną krótką chwilę, zarzuciła wzrokiem na mężczyznę siedzącego naprzeciwko. Jego pogardliwy uśmieszek podrażnił jej uczucia. Jednak bardziej od tego denerwowała ją jazda autobusem, w godzinach szczytu, w upale, jaki panował na zewnątrz i tutaj. Najwyraźniej klimatyzacja nie wyrabiała. Nic na to jednak nie mogła poradzić, a sprawa z którą udawała się do śródmieścia, nie mogła czekać.

Po autobusie rozniósł się dźwięk dzwonka. Kilka osób zaczęło nerwowo szukać telefonu. Drażniące ucho dźwięki, wydobywały się jednak z masywnej kobiety, która udawała, że nic nie słyszy i czekała, aż sygnał zamilknie. Co też uczynił po krótkiej chwili. Nie na długo jednak.

Hanka ignorowała dźwięki. W końcu po czterech nie odebranych połączeniach, gdy zorientowała się, że facet naprzeciwko wgapia się w jej biust, a uwaga pozostałych pasażerów jest dostatecznie skupiona, sięgnęła w kierunku biustonosza i przez chwilę próbowała wyłowić wibrujący aparat, umykający jej palcom. Natrafiła na coś obłego i dość miękkiego. Wyciągnęła to do światła, mrużąc oczy.

Facet z naprzeciwka wybałuszył oczy i kurczowo trzymając plecaczek, zasłonił nim krok.

– Figa – mruknęła kobieta. Zapakowała kandyzowany owoc do ust. Oblizała serdelkowate palce i zabrała się za dalsze poszukiwanie brzęczącego telefonu.

Hanka miała tendencje, do noszenia w biustonoszu, najprzeróżniejszych rzeczy, począwszy od zwitku banknotów stu złotowych, po cukierki, telefon i krople do oczu. W związku z tym problem noszenia torebek i siateczek, automatycznie się rozwiązywał.

Wreszcie udało jej się wyłowić telefon. Zerknęła na wyświetlacz i z westchnieniem odebrała.

– Czego?!

„– To ja się pytam.”

Wywróciła oczami, jeszcze raz zerknęła na gościa, który zaczerwienił się udając, że nie gapi na jej biust.

– Alicję, trzeba odebrać ze szkoły. Za czterdzieści pięć minut kończy lekcje, więc jakbyś się tym razem nie spóźnił to było by dobrze.

„– Nie ma szans. Jestem dopiero w Kielcach. To sto dwadzieścia kilometrów”.

Nie obchodzi mnie to. Masz odebrać moją córkę, Fajer – poleciła, słuchając niewyraźnego mamrotania o braku dróg szybkiego ruchu, w tej okolicy. – Mam spotkanie biznesowe i nie mogę się spóźnić.

Przez chwilę rytmicznie kiwała głową, wysłuchując całej litanii żalów.

– Słuchaj, muszę kończyć bo zaraz jest mój przystanek. – Wstała z miejsca. Kuferek obity ostrymi kolcami, zakołysał się niebezpiecznie w jej ręce.

– Autobus mnie wiezie – odparła na pytanie o transport. – Parówa jest w Rzeźni, a Marcin w tym waszym… domu pomocy społecznej.

„– Adres”.

– Adres, sradres… Jak wysiądę. – Rozłączyła się.

Dużym biustem roztrącała ludzi tłoczących się w autobusie.

– Przepraszam – powtarzała, kopiąc po kostkach co oporniejszych pasażerów nie dość szybko schodzących z jej drogi.

Odetchnęła z ulgą, kiedy wreszcie wydostała się z pojazdu, na mniej zatłoczony przystanek. Rozejrzała się dookoła, lokalizując przejście dla pieszych poprawiła biust i ruszyła w tamtym kierunku rytmicznie stukając „ kaczuszkami”. Po drugiej stronie ruchliwej ulicy, w wąskiej bramie był sexshop, a na pietrze rezydowała osoba, do której właśnie szła. Niejaki Paweł „Kozioł” Kozera.

Obskurna klatka schodowa z odłażącą zieloną farbą i stosikami śmieci po kątach, sugerowała co może zobaczyć dalej. Błogosławiona brakiem węchu, Hanka nie czuła odoru fekaliów i gnijącego mięsa.

PS. Czy ja mogę dopisywać czyjeś fragmenty? Bo potem znów musiałabym wrzucić swój. Co prawda mam ich mnóstwo, ale nie wiem w sumie, czy pierwszą wrzutką nie wyczerpałam puli ;)

 

PS2. O ile znam naturę trolli (lubią kminek ;)) i pół-trolli, to nie wiem, czy braki w kulturze by ich zawstydzały ;)

OldGuard, mam wrażenie, że Twoja wyobraźnia i kreatywność i tak wpędza innych w kompleksy. Nie sądzę, żeby ten stan mógł znacząco się pogorszyć od kolejnego Twojego tekstu, więc pisz śmiało. Użyszkodnikom nic się nie stanie, jeśli będą musieli powiedzieć “wow” kilka razy więcej :)

 

A troll pół krwi dotarł do twierdzy w towarzystwie ludzi, więc możemy się tylko domyślać, że spędził sporo czasu w ich towarzystwie. Skoro był taki nieszczeciński i niewarszawski, to pewnie wyśmiewano go za wszystko, co robił. Bo gdyby był trollem pełną gębą, to pierdnięcie tylko zagrzałoby go do boju (może nawet dosłownie, bo to przecież istotki częściowo mineralne, więc taki gaz ziemny czy wodór mógłby mieć wybuchowy efekt).

 

Czarna, skarpetkowa ściepa dla Enrike wywołała u mnie szczery uśmiech. Niepokojące jest natomiast to, że to kolejny troll. Czy skarpety będą z kminkiem? I co się stanie, kiedy urośnie? Już wyobrażam sobie skruszonego nastoletniego Enrike, który przeprasza, że odgryzł komuś całą nogę ze skarpetką. Jedyna nadzieja w tym, że zatrudnią go do recyklingu odzieży… 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

OldGuard

 

cieszę się, że Bartkowski.robert jednak pociągnie ten fragment, bo im więcej osób w wyzwaniach, tym lepiej. Czekam więc niecierpliwie :D

Pociągnę, pociągnę, mam już zamysł, tekst ładnie zaczęty, jednak niestety muszę przeprosić za niedotrzymanie zadeklarowanego terminu. Ciągu dalszego Twego akapitu nie sfinalizuję bowiem raczej na pewno przed środą, gdyż kolokwium z prawa pracy wisi nade mną jak katowski miecz:((

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

gdyż kolokwium z prawa pracy wisi nade mną jak katowski miecz:((

Nade mną sprawdzanie kolokwium z zeszłego tygodnia też wisi. Na szczęście (albo nieszczęście) nie z prawa, tylko z ogniw paliwowych. No i po co komu te sprawdziany, po co, pytam? Samo zło!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Marzanie,

 

chyba próbujesz mnie zawstydzić, a mnie z rumieńcem nie jest do twarzy ;) Poza tym portal kreatywnymi użytkownikami stoi, co w sumie widać dobrze także w naszych wyzwaniach. Ale skoro mam pozwolenie, pewnie pobawię się z czyimś fragmentem ;)

 

Nade mną sprawdzanie kolokwium z zeszłego tygodnia też wisi. Na szczęście (albo nieszczęście) nie z prawa, tylko z ogniw paliwowych.

Wszystkim po 5 i można brać się za pisanie :D

 

Bartkowski.robert,

 

 to koniecznie trzeba uciekać spod katowskiego miecza (powodzenia!) A skoro mój bohater czekał chyba 3-4 lata na rozwinięcie swojej historii, to parę dni nie zrobi mu większej różnicy ;)

 

 

Those who don't believe in magic will never find it

Ja też rozwijałem historię Old, tylko w formie “kilka tygodni wcześniej :P” więc proszę brać to też pod uwagę ;P 

 

@Marzan, nie ukrywam, że podoba mi się twoja wizja dokończonej scenki :) Bardzo interesujące, zwłaszcza fajnie poprowadziłeś dialogi, jest akcja i jest zabawa! :)

 

@czarna ściepka również wywołała u mnie mimowolny uśmiech. Zauważyłem również, że niepokojąco wszędzie i u ciebie i umarzana kręcą się trolle w tych naszych opkach :)

 

Trza to wykorzystać :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Czarna, mam dalszy ciąg, ale to jest totalnie popieprzone wink

 

 

Nie pukała do drzwi, po prostu weszła. Już na klatce schodowej słyszała zwierzęce jęki, krzyki i zawodzenie.

Mieszkanie typu kawalerka. Duży pokój, brak światła, bo jedyne okno było szczelnie zakryte zasłonami. Na środku, przywiązany do krzesła, siedział Kozioł. Kiedyś przystojny trzydziestokilkulatek. Teraz twarz miał wykrzywioną w przerażającym grymasie, oczy wywrócone. Nogi i ręce przywiązane do krzesła grubymi sznurami. Szarpał się, próbował wierzgać, ale bezskutecznie.

Obok stała Matylda, jego konkubina. Nerwowo obgryzała paznokcie. Hanka szybko oceniła sytuację.

– Wychodził dzisiaj na dół?

– Nie, tylko wczoraj.

– Dobra, mamy niewiele czasu.

Z obitego kolcami kuferka wyjęła szklaną butelkę zwieńczoną korkiem i kropidło. Święconą wodę wlała do stojącej na stole popielniczki. Kozioł w tym czasie wył przeraźliwie. Udało mu się wypluć knebel.

– Nie masz ze mną szans, zgniła flądro!

– Nie zesraj się, chińska podróbo!

Kiedy Kozioł poczuł krople święconej wody na ciele, szarpnął się tak mocno, że wylądował wraz z krzesłem na podłodze. Hanka podeszła go od tyłu i zawołała władczym głosem:

– Wyjdź z tego człowieka, kitajski demonie!

Z kuferka wyjęła broń ostateczną. Przerażona Matylda zapytała:

– Czy to konieczne?

– Na demona chińskich podrób erotycznych, czyli Dildemona, nie ma lepszego sposobu.

Metalowa klatka na penisa lśniła w rękach sexegzorcystki. Była to jednak broń tak przerażająca, tak niszcząca, że bały się jej nawet najstarsze Dildemony. Ten, który opętał Pawła, był jeszcze młody i tylko słyszał o straszliwej sile klatki. Wiedząc, że w tym starciu nie ma szans, wyszedł przez lewe ucho opętanego i już jako chmura czarnego pyłu wsiąknął w podłogę, zostawiając na niej brzydką plamę. Trudno będzie ją potem usunąć, dlatego Matylda zakupi już oryginalny dywan wyprodukowany w Polsce i przykryje nim ostatnie ślady po opętaniu napalonego na eksperymenty konkubenta.

Zadowolona z takiego obrotu spraw Hanka wyjęła ze stanika miętówkę i terminal płatniczy.

– Należy się 500 zł. Faktura czy paragon? Kartą czy gotówką?

I teraz mój fragment :)

 

Tylko, że to ja widzę, jak na mnie patrzą. To ja słyszę, że powinno mi być wstyd przychodzić do kościoła. Że ciekawe, czy pójdę do komunii. Tylko ja i Misia siedzimy same w ławce. Do nas nikt się nie dosiada. Woli stać pod chórem. Czy ona to widzi?

Czasem wychodzę z siebie i staję obok. Przechodzę wzdłuż ławek i zrywam z nich maski. Te stare dewoty mają te maski już tak wrośnięte w skórę, że odchodzą też kawały mięsa. Z czerwonych twarzy płynie krew. Krzyczą, ale nie z bólu. Wyciągają ręce i próbują odebrać mi te maski. Przykładają do twarzy, kleją na ślinę. Z tymi młodszymi kobietami jest łatwiej. Kiedy wreszcie mogą zobaczyć ich twarze, biorę je w obie dłonie i krzyczę, żeby się obudziły. Że czas wstać i iść.  Trudno się uporać z maskami na tych spuchniętych, obrzmiałych od alkoholu nosach. Trzymają się mocno i sama już nie wiem, co jest maską, a co prawdą. Oni też. Lecą im łzy, bo nie chcą inaczej. Inni patrzą na mnie. Nie zauważam, kiedy zaczynają mnie otaczać. Są coraz bliżej. Nagle ktoś chwyta mnie od tyłu za ręce. Jakaś kobieta zbliża się do mnie, trzymając w ręku maskę. Próbuje mi ją nałożyć, ale ja się wyrywam. Ich jest tak dużo. Robi się duszno. Boję się, że braknie mi siły. Jest ciaśniej, gęściej. Oni się zbliżają.

Niejako na swoje usprawiedliwienie pragnę zaznaczyć, że prowadzę taki właśnie sklep, więc moje skojarzenia są czysto zawodowe :P

@Unabomba, na szybko

 

Był śmiesznie popieprzony, śmiechłem czytając fragment 

– Na demona chińskich podrób erotycznych, czyli Dildemona, nie ma lepszego sposobu.

:) Fajnie ci to wyszło :) Szkoda, że nie można ciągnąć fragmentów, które ktoś napisał ciągnąć wczęśniejszy (jak prawdziwy RP:P) Bo byłoby znacznie śmieszniej :)

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Niejako na swoje usprawiedliwienie pragnę zaznaczyć, że prowadzę taki właśnie sklep, więc moje skojarzenia są czysto zawodowe :P

Sexshop? :-)

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Nie no, melendur, ty jak zwykle o jednym :) UnaBomba Maski sprzedaje. Ja chyba sobie jakąś kupię do kolekcji i zawieszę jak pozostałe na ścianie. UnaBomba – kawałek zacny, uśmiałam się do łez.

Szkoda, że nie można ciągnąć fragmentów, które ktoś napisał ciągnąć wczęśniejszy

Melendurze, będzie historia kolektywna… cierpliwości :)

 

Zadowolona z takiego obrotu spraw Hanka wyjęła ze stanika miętówkę i terminal płatniczy

Unabomba, tutaj się uśmiałem. Wcześniej zresztą też! Cieszę się, że dołączyłaś do wyzwania!

 

Teraz twarz miał wykrzywioną w przerażającym grymasie, oczy wywrócone. Nogi i ręce miał przywiązane

Jakiś kocur tam również grasował, może krewniak Belzebuba?

 

szarpnął się tak mocno, że wywrócił się wraz z krzesłem na podłogę

Typowe objawy siękozy. Egzorcyzmy zacząłbym od wymiany wywrócił się na upadł

 

chyba sobie jakąś kupię do kolekcji i zawieszę jak pozostałe na ścianie

Czarna, zaczęłaś kolekcjonować w trakcie pandemii? ;) Z maskami trzeba uważać:

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/32936

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

marzan 

 

Nade mną sprawdzanie kolokwium z zeszłego tygodnia też wisi. Na szczęście (albo nieszczęście) nie z prawa, tylko z ogniw paliwowych. No i po co komu te sprawdziany, po co, pytam? Samo zło!

Oj, znam to też od tej strony, mama jest nauczycielką, też wiecznie ślęczała nad klasówkami. Jak widać, sprawdzanie wiedzy to bardzo obosieczny mieczcool

 

OldGuard

 

 

 to koniecznie trzeba uciekać spod katowskiego miecza (powodzenia!) A skoro mój bohater czekał chyba 3-4 lata na rozwinięcie swojej historii, to parę dni nie zrobi mu większej różnicy ;)

 

Haha, taka już rola bohaterów z szuflady. Dzięki za wyrozumiałość! 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

marzan jeszcze przed

Oczywiście, że o sklep z maskami chodzi :P 

Z niecierpliwością czekam na rozwinięcie mojego fragmentu :P

 

Słuchajcie, ja dzisiaj tego Dildemona wymyśliłam i to mi tak podeszło, że chodzę, gadam pod nosem “Dildemon” i śmieję się do siebie wink

Wiadomo :]

Żartowałem przecież :P 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Słuchajcie, ja dzisiaj tego Dildemona wymyśliłam i to mi tak podeszło, że chodzę, gadam pod nosem “Dildemon” i śmieję się do siebie 

Nie gadaj za głośno, bo twórcy Pokemon GO to podchwycą i będzie siać zgorszenie na ulicach XD

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Marzan 

 

Postąpiłem zatem wielce nierozsądnie, bo trochę popłynąłem z objętością:D Nie obraź się proszę również i za lekkie spóźnienie.

 

A zatem, kontynuacja do fragmentu od OldGuard;

 

***

 

Zumra z gracją padł, a raczej spłynął na kolana. Przez pochodzenie i koleje młodzieńczego losu gest ten wychodził mu naturalnie. Ba! Wręcz mistrzowsko. Pochylił głowę, aż czarne kosmyki zleciały mu na kaprawe oczka, a broda wbiła się w mostek.

– O wielki! – syknął przez obnażone zęby w niewidocznym spod kłaków uśmiechu. – Przyznaję, zaskoczyłeś mnie.

– I co, szujo!? Nie sądziłeś, że dam radę? – Lysanthir dumnie wypiął pierś obleczoną w srebrzystą kolczugę.

– Szczerzę to nie, no, ale cóż zróbię. Nie będę podważał faktów. Wygrałeś.

–  No coś ty! – Nowy władca szczeliny zarechotał – Pewnie, że wygrałem! Jestem cholernym Dziedzicem Świtu, Panem na Zenicie! A ty kim? No, Zumra, kim jesteś?

– Nikim, panie!

– I taki nikt, taki szelma, wyrwikufel, mały kradziejek, śmiał wątpić w moje powodzenie! O bogowie! Cóż za krnąbrność, cóż za hańba! No, Zumra, powtórz więc, kim jesteś?

– Jestem nikim, Lysanthirze, nikim… – czarownik schylił głowę jeszcze bardziej.

– Otóż to, Zumra, otóż to! Miło, że się zgadzamy. Nie podejrzewałem cię, o taki rozsądek, myślałem, że będziesz się jeszcze miotał. Dobrze, dobrze… Podoba mi się twoja uległość, a w swej małości nie stanowisz już dla mnie zagrożenia. Chyba pozwolę ci zachować życie. Co powiesz na to?

– Kajam się i składam dzięki, o, łaskawy! Ale poczekaj! Błagam, nie odpędzaj mnie! – Przegrany zacisnął pięści przy piersiach i błagalnie rozwarł przekrwione oczy. – Pozwól zobaczyć to wielkie wydarzenie, te święto mocy, o którym tyle czytałem w księgach!

– Zumra, co ty?!  Do reszty cię już przysmaliło na umyśle! Wstydu nie masz? Chcesz dalej pławić się w upokorzeniu? Chcesz się w nim utopić? Jak rak rzucony w spienione źródła? Bierz te swoje pergaminy i zmykaj stąd, kuglarzyć dalej na festynach i rzucać nożami w pachołków!

– Pięknie mówisz, Lysanthirze, doprawdy, zawsze uwielbiałem twoją złotoustość. Będziesz wybornym władcą szczeliny, jesteś do tego stworzony. Słyszę jak ona świętuje, ach, słyszę jej głos! Jest tobą zachwycona!

– Gorzałkę słyszysz, Zumra, gorzałkę!

Coś jednak zadudniło. Obaj spojrzeli w stronę wielobarwnej, plującej ogniami i zimną magmą szczeliny. Ziała ona w kamiennej posadzce, do tej pory przedziwnie cicho, dzieląc ogromną pieczarę na pół. Teraz jednak coś rzeczywiście zdawało się świętować. Na przemian bębniło i szumiało w rozognionych trzewiach cudownej otchłani. Z rzędów błękitno-zielonych płomieni strzelił w górę pióropusz czarnego ognia, który jarzył się i drżał niesamowicie, podbity purpurowymi cieniami. Przedziwnie opalizujące powidoki wirowały tak, że aż oczy nie nadążały tańcami czarnego płomienia. Zupełnie, jakby percepcja śmiertelników nie była gotowa mierzyć się z jego naturą, ani tym bardziej jej pojąć. Spomiędzy cichych, basowych pomruków i zgrzytów przywodzących na myśl toczące się kamienie, słyszalny był szept, tak cichy i zatarty, że całkowicie niezrozumiały, a jednak przedziwnie wwiercający się w umysł. Głos chwilę kluczył falującym echem, odzywał się i milknął. Wreszcie zamilkł zupełnie, a jęzor płomieni cofnął się w szczelinę.

– Widzisz sam Lysanthirze! – Zumra patrzył zawadiacko z podłogi. – Coś niecoś wiem na ten temat!

Dziedzic Świtu z kwaśną miną cofnął wzrok od płomieni.

– Mogę być przydatny! – kontynuował czarownik, wyczuwszy chwilę.

– Doprawdy? Coś nowego! – Lysanthir odzyskał rezon. – A w jaki to sposób, Zumra?

– Jak to „jaki”? Tyle lat studiowałem znaki, rytuały, samo otwarcie… Znam szczelinę, jak własną kieszeń!

– Czyżby? To czemu żadnej nigdy nie otworzyłeś?

– Widać nie miałem twojego talentu!

– Ach tak. – Lysanthir podrapał się po grdyce.

– Niestety… Ale znam wszelkie prawidła i zaułki tej materii! Pokieruję cię!

– Nie potrzebuję twoich popisów! Sam widzisz, do czego jestem zdolny. Nie chcę już niczyich rad. Koniec! A już na pewno nie chcę rad rad kogoś takiego, jak ty.

– Oczywiście, że ich nie potrzebujesz, Lysanthirze, ale ze mną zaoszczędzisz sporo czasu! Pozwól że wyjaśnię. – Czarownik błysnął okiem odgarniając tłustą grzywkę. – Mogę już wstać?

– Śmiało. Przykro się na ciebie patrzy w takim stanie.

– Dziękuję. – Zumra podniósł się i otrzepał kurz z wełnianej szaty. – A zatem. W całym swym zachwycie twoim tryumfem, nieśmiało pozwolę sobie zauważyć, iż nie ślęczałeś wiele nad księgami, prawda? Cóż, dla kogoś z twoimi umiejętności to strata czasu, prawda, ale przyznaj, przydałby Ci się jaki drogowskaz?

Lysanthir zbył zaczepkę milczeniem. Zumra więc kontynuował;

– Nie nauka, bogowie brońcie, ale właśnie drogowskaz. Uczciwe pokierowanie, pomocna dłoń. Abyś nie musiał wędrować po świecie, zaklinać, uczyć się korzystać z mocy szczeliny, i tak dalej…

– Do rzeczy, Zumra, do rzeczy!

– Tak, tak, oczywiście. To wszystko można zrobić tu i teraz! Słyszałeś o Próbach Wejścia?

– Nie, co to za bzdury?

– Żadne bzdury, Lysanthirze! Próby to właściwie ceremonia, stanowią ukoronowanie nowego władcy szczeliny i są przybiciem jego zwycięstwa. A przy okazji wprowadzają w arkana przyszłej mocy!

– I na czym niby polegają?

– Próby są trzy. Musisz trzy razy wypowiedzieć inkantacje i odpowiednio pokierować siłami szczeliny.

– Jakie inkantacje!?

– No właśnie! Nie znasz ich, a ja tak! Pozwól mi sobie potowarzyszyć, a cię pokieruję.

– No nie wiem, Zumra, coś mi tu śmierdzi, i bynajmniej, nie mówię tu o tobie.

– Czemuż to? Wszystko będziesz robił sam! Ty tu rządzisz, jak coś ci się nie spodoba, zawsze możesz mnie spalić jednym spojrzeniem.

– Prawda, prawda… No, Zumra, ha! – Lysanthir znów w charakterystycznym dla siebie gestem wypiął pierś. – Nie wiem, co się dzisiaj ze mną dzieje, ale dam ci szansę. Cóż, po prawdzie, niczego więcej się już po tobie nie spodziewam….  Jesteś niegroźny – dodał już bardziej do siebie, jakby dla spokoju.

– Dziękuję ci, Lysanthirze, zaprawdę jesteś dzisiaj nie do poznania! Jakiś ty potężny, a jakiś łaskawy!

– Dobrze, już dobrze. Tylko się pilnuj! I pamiętaj, że znam na wylot twoje sztuczki i kuglarstwa! No, mniejsza. To jaka jest ta pierwsza próba? I o co w tym wszystkim dokładnie chodzi?

– Pierwsza jest Próba Harmonii. Potwierdza twoją zgodność z wolą szczeliny i jej siłami.

– Co mam robić?

– Powtarzaj za mną. Słowo w słowo. Ja Lysanthir. No, dalej!

– Ech. Ja Lysanthir.

– Wzywam duchy szczeliny, by w majestacie bogów.

– Wzywam duchy szczeliny, by w majestacie bogów.

– Potwierdziły swą najwyższą harmonię ze mną, jako swym nowym panem.

– Potwierdziły swą najwyższą harmonię ze mną, jako swym nowym panem.

Nic się stało. Płomienie w szczelinie wciąż falowały leciutko i jednostajnie w absolutnej ciszy.

– No i co? Co jest? – wysyczał Lysanthir.

– Spokojnie. Teraz musisz dać im zadanie. Pomyśl o czymś, a one rozpoznają twoje pragnienie. O, na przykład zmień nieco wystrój tej zatęchłej hali. No, śmiało! Co byś tu widział?

– Hm, może trochę zielonego? Jakieś rośliny, drzewka owocowe?

– Bardzo dobrze! Tak! Wyczaruj nam las! Zamknij oczy, skup się na obrazach.

Lysanthir zamknął powieki i położył palce na skroniach. Myślał intensywnie, a wraz z postępem jego imaginacji płomienie zaczęły dygotać. Wśród koncertu syków i trzasków rosły i rosły, aż wreszcie ich blask całkowicie wypełnił lochy. W pewnym momencie oczy Zumry nie mogły już znieść tej jasności, więc zakrył on twarz rękawem. W sali zaś szumiało na przemian i dudniło, trzaskał ogień, a między kolumnami wył straszliwie wiatr poruszony gorącymi masami gorejącego powietrza. W końcu wszystko ucichło, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Zumra powoli odsłonił twarz.

– I jak!? Co powiesz? – Lysanthir promieniał. Skinieniem wskazał na otoczenie. Rozległą posadzkę podziemnej hali znaczyły teraz garby ziemi, a po kafelkach między nimi biegły żywe korzenie. Niewysokie pagórki porastała zieloniutka trawa, a na niej pyszniły się krzaki z wielobarwnym kwieciem. Nad tym wszystkim w mrokach sklepienia rozłożyste drzewa szumiały na resztkach wichru dopiero co zagasłej, magicznej pożogi. Gałęzie uginały się pod ciężarem dorodnych owoców. Zewsząd dobiegał śpiew rajskich ptaków, na swych nóżkach grały koniki polne, a świetliki wesoło oblatywały pnącza. Pachniało, jak w samym Niebie.

– O bogowie! – szepnął Zumra podchodząc do krawędzi jednego z cudownie wyrosłych zagajników. – Zasadziłeś tutaj las! – Zerwał jedno z ciemnych jak krew jabłek.

– Zgadza się! Identyczny jak w moich ojczystych krainach. To co, przeszedłem próbę?

– O tak, wielki, przeszedłeś! Przeszedłeś, a jakże!

Zumra zaczął zbierać jabłka do wyświechtanej torby podróżnej.

– Hola, hola! Później będziemy się zachwycać. Dawaj następną próbę!

– No dobrze, ty tu rządzisz. – Zumra zarzucił sobie torbę na ramię. – A zatem czas na Próbę Władzy. Musisz coś rozwalić.

– Rozwalić? Nie po to nasadziłem tutaj las!

– Hm, może faktycznie źle to ująłem. No dobrze, a zatem… Musisz pokazać siłę, próbkę władzy i mocy, z jaką będziesz te władzę egzekwował.

– To co proponujesz?

– Hmm. – Zumra podrapał się po głowie. – Mam! Twoje rośliny potrzebują słońca! Tak! Słońca i deszczu! Rozwal strop od wschodu, tam góra jest cienka!

– Strop? Czyś ty zdurniał, chcesz nas pogrzebać?

– W żadnym wypadku! Cenię bardzo swoje życie, wierz mi!

– Wierzę, więc zapytam raz jeszcze. O co dokładnie ci chodzi?

– Spokojnie, spokojnie. A więc tak… Pokierujesz mocą w taki sposób, by na nas choćby kamyczek nie spadł. Nie musisz się starać, wystarczy, że zaznaczysz to w treści swojego wewnętrznego zaklęcia.

– Niby jak?

– Po prostu skup myśli na swoim rozkazie. A, no i znów powtarzaj za mną: Ja Lysanthir…

– Ja Lysanthir wzywam duchy szczeliny, by w majestacie bogów.

– Potwierdziły mą władzę pierwszym uderzeniem bożego błysku z mojej woli.

– Potwierdziły mą władzę pierwszym uderzeniem bożego błysku z mojej woli.

– No, a teraz do dzieła, rozwalaj!

Lysanthir spojrzał na wschód, gdzieś w głąb rzędowych filarów ginących w mroku. Uniósł nad głowę prawą rękę i rzekł donośnym głosem;

– Tamta grań góry ma się oderwać, wpuszczając tutaj światło, wodę i życie!

Słowa rozległy się echem po pieczarze, a na ich dźwięk ognie szczeliny znowu zadygotały. Na wszelki wypadek Zumra przykucnął do posadzki i zwinął się w kłębek, ginąc gdzieś w połach rozłożystej szaty. Poczuł jak kafelki pod nim wibrują. Po chwili halę przeszyły potężne grzmoty, zupełnie, jakby gdzieś w podziemiach rozszalała się burza. Przez ściegi płaszcza Zumry przebijało się raz po raz do jego oczu białe, oślepiające światło, jakby tuż nad ich głowami strzelały prawdziwe, podniebne pioruny. W końcu wszystko ucichło. Zumra zdjął z głowy skrawek szaty, a jego pooraną bliznami twarz musnęły ciepłe promienie słońca.

– No, chyba i teraz się udało! –  Lysanthir dumnie przechadzał się w świetle poranka. Góra rozwarła się w posadach, a pół hali wyleciało w kawałach na zewnątrz. Zaklęte lochy zostały otwarte. Spomiędzy tumanów kurzu i kamiennych żlebów, ziało teraz błękitne niebo i przeciwległa do pieczar, porośnięta sosnami Dolina Thar.  

– O, bogowie! – Zumra wstał z podłogi. – Zaprawdę, będziesz potężnym panem szczeliny! Potężniejszym niż myślałem.

– Co proszę? – Lysanthir zamrugał wymownie. – Nadal we mnie wątpisz?

– Nie, nie, o, potężny, nic z tych rzeczy! Ale czas na trzecią próbę, chyba najprzyjemniejszą, wręcz deserową.

– No, dalej. – Ponaglił Zumrę wierzchem dłoni. – Jeszcze dzisiaj chcę stąd wyjść.

– Już, już. Jest to, tak zwana, Próba Marzeń. Musisz wezwać szczelinę do okazania ci największego ze swych darów, czyli przenajświętszego spokoju i pełnej łączności ze światem bogów!

– Szybciej! Mów co mam mówić!

– Inkantacja jest krótka, powtarzaj. Wzywam duchy…

– Nie mam pamięci złotej rybki! – przerwał Zumrze Lysanthir. – Wzywam duchy szczeliny, by w majestacie bogów.

– Eee, by w majestacie bogów obdarzyły mnie przenajświętszym spokojem.

– By obdarzyły mnie przenajświętszym spokojem.

– I wpuściły na niwy wielkiego snu, do wiru marzeń pod egidą Wielkiego Nieba, by ucztować z najwyższymi.

– Wpuście mnie na niwy wielkiego snu! – wydarł się Lysanthir. – By ucztować z najwyższymi!

Płomienie w szczelinie zawirowały, czarny ogień znów wychylił się z otchłani. Chłodny wiatr pachnący kwieciem zaszumiał zrywając kurz z posadzki.

– No, i na co tera… – urwał Lysanthir, bo niewidzialna siła złapała go za gardło. Poczerwieniał na twarzy, a białka oczu zaszły mu posoką. Uniósł się w powietrze dygocząc cały, aż wreszcie pobladł w ułamku sekundy jak kartka papieru, a głowa opadła mu bezwładnie na piersi. Koniec konwulsji. Cisza. Zumra podszedł bliżej wiszącego bez życia w powietrzu Lysanthira. Z szyderczym uśmiechem wyciągnął rękę, i pstryknął go w obleczone zbroją udo. Spomiędzy płyt pancerza posypał się jasnoszary popiół, który porwany został od razu do tańca przez kwiecisty wiatr. Wewnątrz srebrzystej kolczugi bielała teraz gładka czaszka, patrząc pustymi oczodołami na szczerzącego się Zumrę. Po chwili kościotrup z chrzęstem uwolnionego z uścisku niewidzialnych sił żelastwa runął z eteru na posadzkę. Wiatr coś wyszeptał jeszcze, jakby na pożegnanie, i porwał prochy Lysanthira w stronę słonecznej doliny. Szczelina zajaśniała na moment wszystkimi kolorami świata w mroku zachodniej strony pieczary, by w nieuchwytnym mgnieniu zamknąć się z krótkim sykiem. Nie pozostał nawet po niej ślad, no, nie licząc oczywiście rozerwanej góry i rosnącego w jej trzewiach rajskiego lasu.

– I po cóż ci były te próby, Lysanthirze? – pokręcił głową Zumra wspinając się po zwalonych kamieniach. – Wiesz, że takowe nie istnieją? Szczelina po prostu się ciebie słuchała. No i posłuchała również wtedy, gdy zażądałeś od niej śmierci. Cóż, śmierć również może być darem, na pewno spodoba ci się w zaświatach, ale ja osobiście, póki co, za taki dar  podziękuję! Ale popatrz jeszcze, jaki piękny las zasadziłeś! Zostanie tu na tysiąclecia. Coś dobrego w życiu jednak zrobiłeś. A właśnie, byłbym zapomniał.

Zumra sięgnął do wełnianej torby. Grzebał w niej chwilę, po czym wyciągnął wielkie, nabrzmiałe i czerwone jak krew jabłko. Wgryzł w nie swoje żółte zęby i oderwał kawał, aż sok pociekł mu na brodę. Z rozkoszą na twarzy ruszył między drzewami w stronę wschodzącego słońca.

 

 

 

 

 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Hm, to już pełnoprawne opowiadanie!

I rzeczywiście trudno skrócić, żeby zachować pozory realizmu, ponieważ uśpienie czujności Lysanthira wymagała zarówno czasu, jak i zmęczenia przeciwnika :)

Skuteczność fortelu i tak wymaga od czytelnika przymrużenia oka. Jestem jednak zdania, że mity greckie znały intrygi szyte znacznie grubszymi nićmi, nie wspominając o europejskich baśniach.

 

Dopiero teraz, wieczorem, udało mi się wejść na nasz wątek i przeczytać, ale nie żałuję! Naprawdę świetny recykling, z takiego fragmentu zrobić cudeńko.

Są gdzieniegdzie powtórzenia, ale świetnie się czyta!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Takie zacne rozwinięcie mojego dość nijakiego fragmentu nie powinno "marnować" się w wyzwaniach. To pełnoprawne opowiadanie! Zachęcam do publikacji ;) Zwłaszcza, że czyta się to bardzo fajnie. Czy mi żal, że Lysanthir zginął? Bynajmniej. Zresztą sam jest sobie winny – mógł siedzieć w wirtualnej szufladzie kolejne lata :D Robercie, mam nadzieję, że będziesz zaglądać do naszych kolejnych wyzwan, bo wychodzą Ci one doskonale!

Those who don't believe in magic will never find it

marzan 

 

I rzeczywiście trudno skrócić, żeby zachować pozory realizmu, ponieważ uśpienie czujności Lysanthira wymagała zarówno czasu, jak i zmęczenia przeciwnika :)

Otóż to! Chciałem, by trochę jednak ta akcja płynęła. 

 

 

Skuteczność fortelu i tak wymaga od czytelnika przymrużenia oka. Jestem jednak zdania, że mity greckie znały intrygi szyte znacznie grubszymi nićmi, nie wspominając o europejskich baśniach.

Zgadzam się, podstęp Zumry czuć z kilometra:D Myślę, że fajnie podkreśla to pychę Lysanthira.

 

Naprawdę świetny recykling, z takiego fragmentu zrobić cudeńko.

Bardzo cieszę się, że przypadło Ci do gustu! Ja ze swojej strony gratuluję wspaniałego pomysłu na wyzwanie! Recyklomat musi jeszcze kiedyś wrócić!!! 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

OldGuard

 

Takie zacne rozwinięcie mojego dość nijakiego fragmentu nie powinno "marnować" się w wyzwaniach. To pełnoprawne opowiadanie! Zachęcam do publikacji ;)

Haha mówisz poważnie?

 

Czy mi żal, że Lysanthir zginął? Bynajmniej. Zresztą sam jest sobie winny – mógł siedzieć w wirtualnej szufladzie kolejne lata :D

Otóż to! 

 

Robercie, mam nadzieję, że będziesz zaglądać do naszych kolejnych wyzwan, bo wychodzą Ci one doskonale!

Jasny gwint, bardzo dziękuję za te słowaheartheartheart Myślałem szczerze, że skonfrontujesz moje rozwinięcie z pryncypiami/prawami Twojego uniwersum, które wykluczyłyby taki ciąg zdarzeń, bądź (a tego chyba bałem się najbardziej), że szczelina to czysta przenośnia, jakiś eteryczny portal, a nie rzeczywiste rozdarcie światów w posadzce:DDD

 

No nic, szalenie miło mi, że Ci się podoba!

 

Pozdrawiam serdecznie!!!

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Haha mówisz poważnie?

 

Tak jest ;)

 

Myślałem szczerze, że skonfrontujesz moje rozwinięcie z pryncypiami/prawami Twojego uniwersum, które wykluczyłyby taki ciąg zdarzeń, bądź (a tego chyba bałem się najbardziej), że szczelina to czysta przenośnia, jakiś eteryczny portal, a nie rzeczywiste rozdarcie światów w posadzce:DDD

Moje uniwersum w tym tekście ograniczało się chyba do dwóch stron A4 :P więc nie ma tego za wiele. Przyznam jedynie, że u mnie Lysanthir i Zumra to była jedna osoba (imię i nazwisko :P), ale z fragmentu to nie wynikało i podoba mi się rozdzielenie :D 

 

A szczelina to szczelina, właśnie w ten sposób ją widziałam, jako miejsce mocy (teraz sobie przypominam, że fragment powstał chyba wtedy, gdy ogrywałam Dragon Age Inkwizycję ^^)

Those who don't believe in magic will never find it

Tak jest ;)

Jasny gwint, to dziękuje bardzo za zachętę. Zobaczę, chętnie wstawiłbym ten fragmencik. Najpierw bym go jeszcze tylko uprzednio dopieścił i może podbetował. No i oczywiście przy publikacji zaznaczę, skąd pochodzą bohaterowie i inspiracja.

 

Przyznam jedynie, że u mnie Lysanthir i Zumra to była jedna osoba (imię i nazwisko :P)

No ładnie hahaha

 

A szczelina to szczelina, właśnie w ten sposób ją widziałam, jako miejsce mocy (teraz sobie przypominam, że fragment powstał chyba wtedy, gdy ogrywałam Dragon Age Inkwizycję ^^)

Ooo i gdzie ona tam była? Też pod górą?;D

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Mogę pobetować jak coś ;)

 

Ooo i gdzie ona tam była? Też pod górą?;D

 

W sumie, była jakaś na szczycie góry, ale z niej wychodziły demony :P

Those who don't believe in magic will never find it

Mogę pobetować jak coś ;)

Zgłoszę się w takim razie, jak rozbuduję tekst! 

 

W sumie, była jakaś na szczycie góry, ale z niej wychodziły demony :P

O, u mnie w sumie też wychodzą, ale bardziej duchy:D

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Nowa Fantastyka