Z dyndającego szyldu uśmiechał się malunek białych zębów. Utrwalona żywicą farba nie utraciła blasku mimo wielu lat, nie mógł jej zaszkodzić także wiatr i deszcz, które zamknęły przedmieścia w uścisku tego popołudnia. „Detheld Harreth – alchemia eksperymentalna jamy ustnej” głosił napis nad malunkiem.
Wnętrze zakładu rozjaśniało kilka świec, a dym z palonych lawendowych kadzidełek smużkami oplatał kasetonowy sufit. W każdym z kwadratów przedstawiono inny obrazek, jakby spodziewając się, że ktoś faktycznie będzie je długo oglądać.
Gospodarz zakładu, zacny elf w sile wieku, ślęczał przy dwóch fiolkach, których kolby połączono destylatorem, przypatrując się kapiącej, białej cieczy z taką czułością, jakby była jego kochanką. Nieruchomy, wyglądał jak kolejny dystyngowany i ekstrawagancki mebel, a kilka takich ustawiono w pomieszczeniu – od rozkładanego fotela z miękkim oparciem i zawijanymi podłokietnikami, przez dwa sekretarzyki pełne szufladek i skrzyneczek, po wielką i małą soczewkę, za którą ustawiono mechanizm kilku palących się świec. Całości dopełniały narzędzia rodem z sali tortur oraz kolekcja niewielkich form odlewniczych, trzymanych pod kloszami.
Spokój cichego, deszczowego popołudnia na miejskiej rubieży przerwał dźwięk dzwonka oznaczający przybycie klienta. Szacowny Magister Harreth podniósł wzrok, praktycznie się nie ruszając zza biurka, przy którym tak uważnie destylował ciecz.
– Uzdrowiciela! Uzdrowiciela! – rozległ się niemal zwierzęcy ryk stanowiący dla elfich uszu Magistra zbrodnię równą wlewaniu wody do kwasu.
– To nie lecznica, na wszelką magię! – poinformował z takim entuzjazmem, jakby wygłaszał trzystustronicowy traktat o właściwościach zdrowotnych spożywania szyszek jodłowych.
W międzyczasie intruz zdążył położyć coś, co najwyraźniej było jego kolegą, na fotelu. Magister z wściekłym zatrwożeniem spojrzał na strużkę ciemnawych plam zostawionych na posadzce.
– Tym bardziej nie jest to umieralnia! – warknął, żałując, że na lekcjach magii bitewnej chodził na wagary, by ważyć eksperymentalne substancje na bazie zupy dyniowej. Jakże teraz przydałoby się delikwentów wypchać za drzwi ową nienaturalną siłą! Ale cóż… alchemik musiał pozostać wierny materii, a magię stosować jedynie jako uzupełnienia w równaniach chemicznych. Nic tak nie katalizowało procesów, jak odrobina siły nie z tego świata!
– Mój towarzysz… Ona go… Przypatrz się tylko! Przecie się na tym znasz! Możesz zaradzić! – biadolił intruz. Po akcencie sądząc, był, o zgrozo, ze wschodu, co również oznaczało, że głowę ma pełną rycerskich ideałów, na tyle, że nie zostało w niej wiele miejsca na cokolwiek innego. A do tego pewnie i pustą sakiewkę. W głowie Magistra zaczął kiełkować intrygujący pomysł.
– Masz przecie bandaże i leki! – „Klient” zaczął chwytać narzędzia położone na otwartym sekretarzyku, a to dla Magistra byłoby równe z obmacywaniem jego żony, gdyby nie nazywała się ona „Alchemia”.
Gospodarz zakładu wstał znad destylatora i płynnym krokiem przeszedł do niechcianego gościa. Kątem oka ocenił stan rannego towarzysza – rozcięty łuk brwiowy i zakrwawiona twarz wyglądały przerażająco, ale były niegroźne. Za to Magistra zaintrygowały znacznie bardziej rozbite usta i połamane zęby.
– Drogi krajanie – rzekł niechętnie, splatając dłonie za plecami. – Źle trafiliście. To zakład sztuki, tutaj wykonuję utwory, których malarze i pieśniarze mogą zazdrościć, bo nigdy mnie nie dościgną. Moje dzieła są wiecznie żywe i stale pracujące. Nie uzdrowię twojego towarzysza, ale to nawet dobrze, że do mnie trafiliście… – zawiesił głos i posłał uśmiech odsłaniający linię nieskazitelnie równych i białych, niemal błyszczących zębów. – Wybacz na momencik! – krzyknął nagle i podbiegł do biurka, skąd właśnie dobiegło piszczenie z mechanizmu przesypanej klepsydry.
Mamrocząc pod nosem, elf przeciągnął kolbę z wydestylowaną białą mazią nad naczynie z wrzącą wodą. Równocześnie drugą ręką odnalazł fiolkę z regulatorem i dodał kilka kropel. Gość wyglądał na zdezorientowanego. Przez chwilę zdawało się nawet, że dobędzie miecza. Wreszcie rozdziawił gębę, z której wydobył się gniewny głos.
– Mój druh…
– Dostaniesz dwa worki złota za jego ułamane zęby – rzucił w pośpiechu Magister. Z doświadczenia wiedział, że o ile wymiana ząb za ząb uchodzi za sprawiedliwą, o tyle złoto za ząb, za jeszcze sprawiedliwszą.
– Hę?
– Dwa, jeśli dasz mi je teraz. A jeśli, wszelka magio chroń mnie, nie wziąłeś ich z miejsca zdarzenia, to wszakże ma on pozostałe połowy w gębie! A dla mnie im świeższe, tym lepsze.
Gość chwilę się wahał, ale zdradził go błysk w oku. Rycerz podszedł do jęczącego towarzysza i szlachetnie oraz z honorem pogrzebał mu w buzi.
– Co najmniej cztery połówki! – doprecyzował Magister. – Jeśli ich brak, to wajcha ci może pomóc.
Gość zamrugał, pomyślał, aż wreszcie westchnął, patrząc na niewystarczające dwie połówki, które gdzieś zachowały się w odmętach jamy ustnej kolegi. Z krzywym uśmiechem sięgnął po szczypce leżące na sekretarzyku. Ranny coś wymamrotał, choć niewiele widział przez krew zalewającą mu oczy, ale wtedy wspomniana wajcha została pociągnięta, a oparcie i podłokietniki eleganckiego fotela wydobyły z siebie obręcze, które zacisnęły się na kostkach, nadgarstkach i czole siedzącego.
Po chwili pełnej wrzasków, zgrzytów i trzasków, Magister otrzymał cztery połówki krzywawych zębów.
– Co tak długo to trwało! Mistrz miecza, a amator szczypców, co?! – fuknął i natychmiast wrzucił uzębienie do przygotowanej fiolki z mazią mieszanki kwasów.
Rozpoczął się taniec przy sprzęcie laboratoryjnym polegający na równoczesnym podgrzewaniu, sprawdzaniu i mieszaniu dwóch substancji, by wreszcie pipetą pobrać jedną i dodać do drugiej, a następnie zamknąć w malutkiej foremce odlewniczej. Wszystko przeplatane stosownymi zaklęciami, których formuły Magister układał podczas wagarów ze wszystkich lekcji i wykładów dotyczących magii bitewnej, osobowej i leczniczej. Czymże one były wobec gracji alchemii?
Po zakończeniu procesu Magister odetchnął i otarł chusteczką pot z czoła.
– Zrobiliśmy coś wielkiego – powiedział, klepiąc oszołomionego klienta w ramię, a ukradkiem sięgnął drugą ręką po pałkę, zwaną też przez niego „składnikiem perswadującym”. – To znaczy, ja zrobiłem. Ty za swoje zasługi…
Ponownie rozległ się dźwięk dzwonka, a wilgoć i chłód z zewnątrz wdarły się do środka, gasząc dwie świecie. Magister wstrzymał działanie.
– Delikatny materiał eksperymentalny! Uszkodzenie grozi anihilacją całego miasta! – ostrzegł, wyciągając ręce przed siebie, a jego nowy towarzysz sięgnął do pasa po miecz.
Do zakładu weszła zakapturzona postać ociekająca kroplami deszczu. Chwilę stała w milczeniu, patrząc to na zatroskanego Magistra dzierżącego pałkę, to na rycerskiego gościa, który zadrżał na jej widok.
– Toż to ona! Wiedźma! – zakrzyknął, wymachując mieczem.
Przybyszka przewróciła oczami. Rozległo się kilka huków i trzasków, właściwych dla wyładowań magicznych, i rycerzy wylądował pod ścianą, a miecz przyszpilił mu płaszcz do podłogi.
– Ja nie miałem z nimi nic wspólnego, jak zresztą widzisz – oznajmił Magister, pokazując na pałkę w ręce. – Z pewnością zaszło między wami jakieś nieporozumienie i miałaś powód, chociaż mógł być bardziej subtelny niż tak prymitywna magia bitewna, ale… – zawahał się, patrząc na groźne spojrzenie „wiedźmy” – …muszę coś sprawdzić.
Rzucił się do biurka jak wojownik do walki i zaczął schładzać napełnioną formę w przygotowanym uprzednio lodzie o temperaturze, której nie osiągał żaden inny alchemik wśród elfów. Magister wydawał się zupełnie zapomnieć o wszystkim, co miało miejsce w zakładzie, skupiony jedynie na dziele, patrząc na każde, nawet minimalne drgnięcie formy.
Zakapturzona stanęła obok niego.
– Magister Harreth, eksperymentalna alchemia zębóff? – powiedziała dziwnym głosem, prawie nie otwierając ust.
– Tak. A ty jesteś? – mruknął, rzucając jej zaintrygowane spojrzenie, a jednocześnie usilnie próbując zwiększyć tempo chłodzenia.
– Ffiedźma.
I wtedy ujrzał ją na nowo. Odwrócił się a spod kaptura, w ciemnym obrazie jej twarzy, na pierwszym planie ust, dostrzegł miejsce idealne, stworzone dla jego mistrzostwa. Wielką, obrzydliwą dziurę ziejącą w miejscu dwóch górnych siekaczy.
– Do tego będziemy potrzebować znacznie więcej materiału żywego – powiedział podekscytowany Magister. – Całe szczęście sprowadziłaś dwa niemal pełne komplety. A ja, chwalmy wszystkie domeny magii, mam więcej tych komfortowych foteli, by owe komplety pozostały na miejscu.
Kącik ust nieznajomej drgnął w minimalnym uśmiechu.
Tej nocy Magister Harreth, zaprzęgając do pracy całą swoją wiedzę i doświadczenie oraz eksperymentalną alchemię i równania magiczne, stworzył największe dzieło w dziejach jam ustnych.