- Opowiadanie: beeeecki - Ffiedźma

Ffiedźma

Czołem!

Szorcik pełni trzy funkcje

- krótko przedstawia wizytę w specyficznym zakładzie, której przynajmniej w jakimś stopniu każdy z Was doświadczył – w tym zakresie mogę jedynie zachęcić do dzielenia się swoimi ciekawymi i przerażającymi przygodami :)

- stanowi zapowiedź do tekst, który niedługo mam w planach wrzucić – ma mnie także motywować, by wreszcie go dokończyć, także pewien ciąg dalszy powinien nastąpić ;)

- kontynuuje przygody postaci w moim uniwersum, ale spokojnie, żaden to fragment!

 

Zapraszam do krótkiej lektury!

 

Jakby kogoś zaciekawiło, to o bohaterce można przeczytać jeszcze tu:

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/33840 – Pochwała głupoty

https://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34244 – Płomienna harmonia

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Ffiedźma

Z dyndającego szyldu uśmiechał się malunek białych zębów. Utrwalona żywicą farba nie utraciła blasku mimo wielu lat, nie mógł jej zaszkodzić także wiatr i deszcz, które zamknęły przedmieścia w uścisku tego popołudnia. „Detheld Harreth – alchemia eksperymentalna jamy ustnej” głosił napis nad malunkiem.

Wnętrze zakładu rozjaśniało kilka świec, a dym z palonych lawendowych kadzidełek smużkami oplatał kasetonowy sufit. W każdym z kwadratów przedstawiono inny obrazek, jakby spodziewając się, że ktoś faktycznie będzie je długo oglądać.

Gospodarz zakładu, zacny elf w sile wieku, ślęczał przy dwóch fiolkach, których kolby połączono destylatorem, przypatrując się kapiącej, białej cieczy z taką czułością, jakby była jego kochanką. Nieruchomy, wyglądał jak kolejny dystyngowany i ekstrawagancki mebel, a kilka takich ustawiono w pomieszczeniu – od rozkładanego fotela z miękkim oparciem i zawijanymi podłokietnikami, przez dwa sekretarzyki pełne szufladek i skrzyneczek, po wielką i małą soczewkę, za którą ustawiono mechanizm kilku palących się świec. Całości dopełniały narzędzia rodem z sali tortur oraz kolekcja niewielkich form odlewniczych, trzymanych pod kloszami.

Spokój cichego, deszczowego popołudnia na miejskiej rubieży przerwał dźwięk dzwonka oznaczający przybycie klienta. Szacowny Magister Harreth podniósł wzrok, praktycznie się nie ruszając zza biurka, przy którym tak uważnie destylował ciecz.

– Uzdrowiciela! Uzdrowiciela! – rozległ się niemal zwierzęcy ryk stanowiący dla elfich uszu Magistra zbrodnię równą wlewaniu wody do kwasu.

– To nie lecznica, na wszelką magię! – poinformował z takim entuzjazmem, jakby wygłaszał trzystustronicowy traktat o właściwościach zdrowotnych spożywania szyszek jodłowych.

W międzyczasie intruz zdążył położyć coś, co najwyraźniej było jego kolegą, na fotelu. Magister z wściekłym zatrwożeniem spojrzał na strużkę ciemnawych plam zostawionych na posadzce.

– Tym bardziej nie jest to umieralnia! – warknął, żałując, że na lekcjach magii bitewnej chodził na wagary, by ważyć eksperymentalne substancje na bazie zupy dyniowej. Jakże teraz przydałoby się delikwentów wypchać za drzwi ową nienaturalną siłą! Ale cóż… alchemik musiał pozostać wierny materii, a magię stosować jedynie jako uzupełnienia w równaniach chemicznych. Nic tak nie katalizowało procesów, jak odrobina siły nie z tego świata!

– Mój towarzysz… Ona go… Przypatrz się tylko! Przecie się na tym znasz! Możesz zaradzić! – biadolił intruz. Po akcencie sądząc, był, o zgrozo, ze wschodu, co również oznaczało, że głowę ma pełną rycerskich ideałów, na tyle, że nie zostało w niej wiele miejsca na cokolwiek innego. A do tego pewnie i pustą sakiewkę. W głowie Magistra zaczął kiełkować intrygujący pomysł.

– Masz przecie bandaże i leki! – „Klient” zaczął chwytać narzędzia położone na otwartym sekretarzyku, a to dla Magistra byłoby równe z obmacywaniem jego żony, gdyby nie nazywała się ona „Alchemia”.

Gospodarz zakładu wstał znad destylatora i płynnym krokiem przeszedł do niechcianego gościa. Kątem oka ocenił stan rannego towarzysza – rozcięty łuk brwiowy i zakrwawiona twarz wyglądały przerażająco, ale były niegroźne. Za to Magistra zaintrygowały znacznie bardziej rozbite usta i połamane zęby.

– Drogi krajanie – rzekł niechętnie, splatając dłonie za plecami. – Źle trafiliście. To zakład sztuki, tutaj wykonuję utwory, których malarze i pieśniarze mogą zazdrościć, bo nigdy mnie nie dościgną. Moje dzieła są wiecznie żywe i stale pracujące. Nie uzdrowię twojego towarzysza, ale to nawet dobrze, że do mnie trafiliście… – zawiesił głos i posłał uśmiech odsłaniający linię nieskazitelnie równych i białych, niemal błyszczących zębów. – Wybacz na momencik! – krzyknął nagle i podbiegł do biurka, skąd właśnie dobiegło piszczenie z mechanizmu przesypanej klepsydry.

Mamrocząc pod nosem, elf przeciągnął kolbę z wydestylowaną białą mazią nad naczynie z wrzącą wodą. Równocześnie drugą ręką odnalazł fiolkę z regulatorem i dodał kilka kropel. Gość wyglądał na zdezorientowanego. Przez chwilę zdawało się nawet, że dobędzie miecza. Wreszcie rozdziawił gębę, z której wydobył się gniewny głos.

– Mój druh…

– Dostaniesz dwa worki złota za jego ułamane zęby – rzucił w pośpiechu Magister. Z doświadczenia wiedział, że o ile wymiana ząb za ząb uchodzi za sprawiedliwą, o tyle złoto za ząb, za jeszcze sprawiedliwszą.

– Hę?

– Dwa, jeśli dasz mi je teraz. A jeśli, wszelka magio chroń mnie, nie wziąłeś ich z miejsca zdarzenia, to wszakże ma on pozostałe połowy w gębie! A dla mnie im świeższe, tym lepsze.

Gość chwilę się wahał, ale zdradził go błysk w oku. Rycerz podszedł do jęczącego towarzysza i szlachetnie oraz z honorem pogrzebał mu w buzi.

– Co najmniej cztery połówki! – doprecyzował Magister. – Jeśli ich brak, to wajcha ci może pomóc.

Gość zamrugał, pomyślał, aż wreszcie westchnął, patrząc na niewystarczające dwie połówki, które gdzieś zachowały się w odmętach jamy ustnej kolegi. Z krzywym uśmiechem sięgnął po szczypce leżące na sekretarzyku. Ranny coś wymamrotał, choć niewiele widział przez krew zalewającą mu oczy, ale wtedy wspomniana wajcha została pociągnięta, a oparcie i podłokietniki eleganckiego fotela wydobyły z siebie obręcze, które zacisnęły się na kostkach, nadgarstkach i czole siedzącego.

Po chwili pełnej wrzasków, zgrzytów i trzasków, Magister otrzymał cztery połówki krzywawych zębów.

– Co tak długo to trwało! Mistrz miecza, a amator szczypców, co?! – fuknął i natychmiast wrzucił uzębienie do przygotowanej fiolki z mazią mieszanki kwasów.

Rozpoczął się taniec przy sprzęcie laboratoryjnym polegający na równoczesnym podgrzewaniu, sprawdzaniu i mieszaniu dwóch substancji, by wreszcie pipetą pobrać jedną i dodać do drugiej, a następnie zamknąć w malutkiej foremce odlewniczej. Wszystko przeplatane stosownymi zaklęciami, których formuły Magister układał podczas wagarów ze wszystkich lekcji i wykładów dotyczących magii bitewnej, osobowej i leczniczej. Czymże one były wobec gracji alchemii?

Po zakończeniu procesu Magister odetchnął i otarł chusteczką pot z czoła.

– Zrobiliśmy coś wielkiego – powiedział, klepiąc oszołomionego klienta w ramię, a ukradkiem sięgnął drugą ręką po pałkę, zwaną też przez niego „składnikiem perswadującym”. – To znaczy, ja zrobiłem. Ty za swoje zasługi…

Ponownie rozległ się dźwięk dzwonka, a wilgoć i chłód z zewnątrz wdarły się do środka, gasząc dwie świecie. Magister wstrzymał działanie.

– Delikatny materiał eksperymentalny! Uszkodzenie grozi anihilacją całego miasta! – ostrzegł, wyciągając ręce przed siebie, a jego nowy towarzysz sięgnął do pasa po miecz.

Do zakładu weszła zakapturzona postać ociekająca kroplami deszczu. Chwilę stała w milczeniu, patrząc to na zatroskanego Magistra dzierżącego pałkę, to na rycerskiego gościa, który zadrżał na jej widok.

– Toż to ona! Wiedźma! – zakrzyknął, wymachując mieczem.

Przybyszka przewróciła oczami. Rozległo się kilka huków i trzasków, właściwych dla wyładowań magicznych, i rycerzy wylądował pod ścianą, a miecz przyszpilił mu płaszcz do podłogi.

– Ja nie miałem z nimi nic wspólnego, jak zresztą widzisz – oznajmił Magister, pokazując na pałkę w ręce. – Z pewnością zaszło między wami jakieś nieporozumienie i miałaś powód, chociaż mógł być bardziej subtelny niż tak prymitywna magia bitewna, ale… – zawahał się, patrząc na groźne spojrzenie „wiedźmy” – …muszę coś sprawdzić.

Rzucił się do biurka jak wojownik do walki i zaczął schładzać napełnioną formę w przygotowanym uprzednio lodzie o temperaturze, której nie osiągał żaden inny alchemik wśród elfów. Magister wydawał się zupełnie zapomnieć o wszystkim, co miało miejsce w zakładzie, skupiony jedynie na dziele, patrząc na każde, nawet minimalne drgnięcie formy.

Zakapturzona stanęła obok niego.

– Magister Harreth, eksperymentalna alchemia zębóff? – powiedziała dziwnym głosem, prawie nie otwierając ust.

– Tak. A ty jesteś? – mruknął, rzucając jej zaintrygowane spojrzenie, a jednocześnie usilnie próbując zwiększyć tempo chłodzenia.

– Ffiedźma.

I wtedy ujrzał ją na nowo. Odwrócił się a spod kaptura, w ciemnym obrazie jej twarzy, na pierwszym planie ust, dostrzegł miejsce idealne, stworzone dla jego mistrzostwa. Wielką, obrzydliwą dziurę ziejącą w miejscu dwóch górnych siekaczy.

– Do tego będziemy potrzebować znacznie więcej materiału żywego – powiedział podekscytowany Magister. – Całe szczęście sprowadziłaś dwa niemal pełne komplety. A ja, chwalmy wszystkie domeny magii, mam więcej tych komfortowych foteli, by owe komplety pozostały na miejscu.

Kącik ust nieznajomej drgnął w minimalnym uśmiechu.

Tej nocy Magister Harreth, zaprzęgając do pracy całą swoją wiedzę i doświadczenie oraz eksperymentalną alchemię i równania magiczne, stworzył największe dzieło w dziejach jam ustnych.

Koniec

Komentarze

Cześć,

 

no to jedziemy!

 

Niespecjalnie lubię opowiadania “dentystyczne”, ale zobaczymy, co przygotowałeś ;)

 

Kątem oka zidentyfikował rannego towarzysza – rozcięty łuk brwiowy i zakrwawiona twarz wyglądały przerażająco, ale były niegroźne

Na pewno o identyfikację tutaj chodziło, a nie np. o ocenę stanu? 

 

Inspiracja?

 

 

Lekkie, całkiem przyjemne, ale nie trafi na pewno na podium ulubionych opek Twojego autorstwa ;) Ostatni zjazd czy Zbrodnia Ikara są wyżej ;)

Those who don't believe in magic will never find it

Czołem OldGuard!

Niespecjalnie lubię opowiadania “dentystyczne”, ale zobaczymy, co przygotowałeś ;)

A kto lubi? XD (poza dentystami)

Na pewno o identyfikację tutaj chodziło, a nie np. o ocenę stanu? 

Fakt.

Inspiracja?

W sumie to nie, ale śmiechłem :). U mnie zresztą bohaterka nie wymawiała dotychczas tylko “w”, choć powinna większej ilości literek, ale wtedy nie szłoby już się domyśleć, co mówi.

Lekkie, całkiem przyjemne, ale nie trafi na pewno na podium ulubionych opek Twojego autorstwa ;) Ostatni zjazd czy Zbrodnia Ikara są wyżej ;)

Absolutnie mnie to nie dziwi. Tekst to bardziej motywator dla mnie i taki hmm… mirkoprequel do tego, co piszę właśnie, równocześnie z wyjaśnieniem dla osób, które czytały poprzednie teksty, dlaczego bohaterka już mówi normalnie.

Ale dotychczas nikt nie wspomniał o Furafic Farku, więc jesteś pierwsza!

 

Dzięki wielkie za wizytę, pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Hejka!

Od pierwszych zdań czuć ten dziwny, trochę mroczny, groteskowy świat, który wciąga. 

Najbardziej kupił mnie oczywiście sam pomysł z alchemią jamy ustnej, jest jednocześnie obrzydliwy, zabawny i oryginalny. Magister Harreth to świetna postać, totalny świr, ale konsekwentny i wiarygodny w swoim szaleństwie, a jego traktowanie ludzi jak materiału buduje klimat, którym skutecznie odwiodłeś mnie od pomysłu uczęszczania do tego typu specjalistów haha. 

Podoba mi się też humor, taki suchy i absurdalny, a momentami wręcz  trochę czarny – a ja lubię takie smaczki. laugh Końcówka zostawiła mnie z myślą „ej, jeszcze trochę poproszę”.

Dodam jeszcze, że czytając to, trafiło u mnie na bardzo życiowy moment. Jestem właśnie na etapie wypadania mleczaków u córki, więc temat zębów mam ostatnio na tapecie non stop, łącznie z wizytami u dentysty. Ja należę do tych osób, które po takiej wizycie najlepiej wynieść na noszach i podłączyć pod tlen, a córka? Na pierwszym wierceniu powiedziała dentystce, żeby przestała, bo ją to łaskocze… A niby mówią, że jaka matka, taka córka. laugh

Klikam i pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Witaj. :)

Przy czytaniu zatrzymały mnie technikalia (sugestie i wątpliwości co do nich – zawsze tylko do przemyślenia):

Nieruchomy, wyglądał jak kolejny dystyngowany i ekstrawagancki mebel, a kilka takich ustawiono w pomieszczeniu – od rozkładanego fotela z miękkim oparciem i zawijanymi podłokietnikami, przez dwa sekretarzyki pełne szufladek i skrzyneczek, po wielką i małą soczewkę, za którą ustawiono mechanizm kilku palących się świec. – powtórzenia?

– Wybacz na momencik! – krzyknął nagle i podbiegł do biurka, skąd właśnie dobiegło piszczenie z mechanizmu przesypanej klepsydry. – i tu?

A jeśli, wszelka magio (przecinek?) chroń mnie, nie wziąłeś ich z miejsca zdarzenia, to wszakże ma on pozostałe połowy w gębie!

A dla mnie (przecinek lub myślnik?) im świeższe, tym lepsze.

– Co tak długo to trwało! – czy tu celowo bez pytajnika?

Rozległo się kilka huków i trzasków, właściwych dla wyładowań magicznych, i rycerzy wylądował pod ścianą, a miecz przyszpilił mu płaszcz do podłogi. – literówka?

Odwrócił się (przecinek?) a spod kaptura, w ciemnym obrazie jej twarzy, na pierwszym planie ust, dostrzegł miejsce idealne, stworzone dla jego mistrzostwa.

 

Znakomity humor, wyjątkowo barwni bohaterowie oraz świetny pomysł, za które klikam. ;)

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Cześć,

 

Najsamprzód, to co mi zgrzytnęło przy czytaniu :D

 

Utrwalona żywicą farba nie utraciła blasku mimo wielu lat, nie mógł jej zaszkodzić także wiatr i deszcz, które zamknęły przedmieścia w uścisku tego popołudnia.

Tzw szalejące podmioty. Dla mnie jest ich trochę za dużo w tym jednym konkretnym zdaniu. Zwłaszcza, że jest to otwierający akapit, w którym Czytelnik dopiero zaznajamia się z tekstem. Dałbym tu coś prostszego, ale to subiektywna mojsza opinia :D.

 

wyglądał jak kolejny dystyngowany i ekstrawagancki mebel,

 Mnie te terminu kojarzą się przeciwstawnie – w sensie, że coś jest dystyngowane, czyli eleganckie i klasyczne, a ekstrawaganckie, to bardziej efekcjarskie i zalatujące kiczem. Przynajmniej tak bym ich użył ;]

 

Szacowny Magister Harreth podniósł wzrok, praktycznie się nie ruszając zza biurka,

Nazwałbym go zdecydowanie wcześniej, bo w tym miejscu złapałem lekką czkawkę o kim mowa. 

 

stanowiący dla elfich uszu Magistra zbrodnię równą wlewaniu wody do kwasu.

He, he – pamiętaj chemiku młody… :D , w tym świecie jest odwrotnie niż u nas? 

 

 

poinformował z takim entuzjazmem,

j.w. entuzjazm kojarzy mi się z pozytywną emocją, a on tutaj był bardziej poirytowany, więc może np. egzaltacja? 

 

Mistrz miecza, a amator szczypców, co?!

Tu też musiałem przeczytać dwa razy, bo amator w pierwszej chwili skojarzyło mi się z miłośnikiem, np. amator kobiecych wdzięków :D. Poza tym elf jest dystyngowany, więc chyba powinien powiedzieć szczypiec, a nie szczypców? 

 

Rzucił się do biurka jak wojownik do walki i zaczął schładzać napełnioną formę w przygotowanym uprzednio lodzie o temperaturze, której nie osiągał żaden inny alchemik wśród elfów.

Tutaj też się musiałem mocno skupić, żeby złapać o co chodzi :D. Dużo infów w tym zdaniu.

 

Całe szczęście sprowadziłaś dwa niemal pełne komplety.

W sensie, że to ona przyprowadziła rycerza i tego pobitego? Bo mi się wydawało, że się sami przywlekli. No chyba, że to ona ich wcześniej załatwiła. 

 

Ok, a z tematów zdecydowanie na plus, to w tak krótkim opku dałeś naprawdę sporo klimatu. Zręcznie poprowadzony opis pracowni, zwłaszcza wiarygodne zasady działania sprzętu laboratoryjnego. Dystyngowany elf alchemik ze swoimi nawykami i natręctwami dobrze wybrzmiał. Rycerz na jego tle trochę mniej, za to ffiedźma pomimo zdawkowego opisu pozwala się bardzo łatwo wyobrazić. 

Humor niewymuszony i dobrze wyważony ;]. Nie próbujesz na siłę bawić Czytelnika, tylko puszczasz mimochodem oko i całkiem dobrze to wychodzi. 

 

Przeczytałem z przyjemnością :D

 

pozdro

M.

 

 

 

 

 

 

Jestem bandzior! Świr! Sadysta! Niepoprawny optymista!

Nowa Fantastyka