Esmeralda starannie skorygowała eliptyczność i nachylenie orbity i zapaliła białe światło kotwiczne na stateczniku.
– Peggy, zapisz godzinę w dzienniku pokładowym – poprosiła – i poszukaj lornetki. Powinna być w tej szafce z tabliczką "pomoce nawigacyjne".
Mglista powierzchnia Mosphagii przesuwała się wolno pod brzuchem 2π. Peggy i Esmeralda, przyciśnięte do iluminatora próbowały wypatrzyć pomiędzy pasmami chmur jakieś znaki nawigacyjne. Nussknacker siedział na fotelu przy stole w mesie postukując laską w podłogę z niezadowoloną miną. Gumowana wykładzina tłumiła dźwięk, który miał jego zdaniem zmobilizować towarzyszki do pilniejszych poszukiwań.
– Szukajcie trzech czerwonych światełek ustawionych w trójkąt równoboczny.
– Czy pan był już na tej całej Mosphagii profesorze, że wie pan jak wygląda ich kosmodrom? – zirytowała się Esmeralda.
– Nie byłem. Ale w CAŁYM cywilizowanym kosmosie w ten sposób oznacza się kosmodrom. Poza bardzo prymitywnymi cywilizacjami, które palą na kosmodromie pojedyncze ognisko. Ale to bardzo rzadkie. Tak, tak, bardzo. Żeby cywilizacja znała nawigację międzygwiezdną ale nie znała chociaż zwykłej żarówki… to zupełnie nieprawdopodobne, żebyśmy na taką trafili. Możecie sobie to same obliczyć. Jeżeli przyjmie się liczbę zamieszkanych układów…
– Es! Mam! Zobacz, tam obok tej ciemnej kanciastej plamy, za tą taką zawiniętą chmurką! – zawołała Peggy.
– No faktycznie. Trzy czerwone światełka…
– Przecież mówiłem. W CAŁYM CYWILIZOWANYM KOSMOSIE – dodał zrzędliwie Nussknacker.
Esmerada wróciła do sterowni i ustawiła znacznik azymutu na pozycję kosmodromu. Na wszelki wypadek zajrzała jeszcze do rozdziału "Lądowanie atmosferyczne bez naprowadzania laserowego" w instrukcji. Niestety ponieważ była to tymczasowa instrukcja do prototypowego statku po punkcie "uruchomić główne silniki hamujące ustawiając pokrętło ciągu w pozycję H" następowało "Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit, sed do eiusmod tempor incididunt ut labore et dolore magna aliqua". "No trudno. Będziemy improwizować" – pomyślała.
– Dobra, siadajcie w fotelach i zapnijcie pasy – powiedziała na głos do reszty załogi. – W następnym obiegu schodzimy do lądowania, niech nas Lorem Ipsum ma w opiece.
Esmeralda przebiegła wzrokiem pulpity, zapamiętując położenie wskaźników temperatury osłon kadłuba i upewniają się, że układy hydrauliczne sterów aerodynamicznych na pewno są włączone. Wtem, spod jednego z niedokręconych paneli wysunął się ruchliwy, różowy nos okolony białymi wąsikami. Ostrożnie powęszył na prawo i lewo po czym ze szczeliny wysunął się łebek szczura ubranego w pomarańczowy skafander z napisem "Krystian" na piersi. Szczur przysiadł na krawędzi pulpitu i wlepił swoje oczka w Esmeraldę.
– Cześć Krystian! – zawołała.
– Pi – odparł Krystian.
– Es, z kim ty rozmawiasz? – zapytała z tylnego fotela zaniepokojona Peggy.
– To Krystian, jeden z naszych szczurów laboratoryjnych. Latał na testy i pewnie piloci jak zwykle nie odstawili go do laboratorium. Jak znam tych patałachów, to pewnie oni żarli na orbicie pizzę, a Krystian odwalał za nich całą robotę.
Szczur popatrzył na Esmeraldę ze zrozumieniem.
– Dobra. Peg, widzisz ten duży czerwony przycisk po prawej oznaczony strzałką z taśmy izolacyjnej? To jest "awaryjne odejście w trybie automatycznym". Jak ci powiem, to go naciśniesz. Albo jak moje oczy zrobią się duże jak spodki.
– Ale tu z tyłu nie widać twoich oczu.
– No to jak poczujesz, że serce podeszło ci do gardła. A ty Krystian idź do pokrętła ciągu. Jak powiem "pi" to ustawisz je w pozycję "H" a potem zrobisz to wszystko, czego nie ma w instrukcji, dobra?
Szczur mrugnął rubinowymi oczkami i błyskawicznym susem doskoczył do dużego metalowego pokrętła wystającego z bocznej konsoli sterowania. Esmeralda wzięła głęboki oddech i zacisnęła lewą rękę na dźwigni głównych pędni.
Patrzyła w napięciu na wskazówkę azymutu miarowo zbliżającą się do wskaźnika kosmodromu podczas gdy statek obiegał planetę. Czuła, jak ręce potnieją jej na uchwytach sterowniczych. Wyzywać pilotów od patałachów to jedno, a sprowadzić samemu tę kupę żelastwa po raz pierwszy na ziemię to co innego. Miała nadzieję, że chociaż Krystian wie co robi. I że Peg nie będzie musiała naciskać tego cholernego przycisku.
Trzydzieści stopni przed punktem zero pchnęła manetkę do przodu. Dysze hamujące buchnęły rozgrzanym gazem, spojenia kadłuba jęknęły. Poczuli jak pasy zaczynają wrzynać im się w piersi gdy 2π zaczął wytracać prędkość orbitalną. "Dobra, teraz pilnować kąta natarcia" – pomyślała. Spotkanie z najwyższymi warstwami atmosfery Mosphagii szarpnęło statkiem raz i drugi. W iluminatorze błysnęły pierwsze pasemka plazmy. "Dwadzieścia dwa stopnie. Trochę mało". Delikatnie skorygowała sterem. "Ciąg zero". Kadłub wpadał w wibracje, przypominało to teraz jazdę po brukowanej drodze. "Trzydzieści i pół stopnia, Es, tak trzymaj." Kropelka potu spłynęła Esmeraldzie po nosie. Bip! Bip! Na centralnym pulpicie zapłonęła zielona kontrolka z napisem "LOREM IPSUM”.
– Na ośle kopytko! – zaklęła Esmeralda. – Czy nie mogliby chociaż kontrolek podpisywać z sensem?! Ale zielona. To chyba dobrze?
Na swoim fotelu w tyle kabiny Peggy zastanawiała jakiej wielkości są teraz oczy koleżanki. Na szczęście pasy bezpieczeństwa i przeciążenie nie pozwalały jej tego sprawdzić. Żar za iluminatorem błysnął kilka razy i zgasł. Szarawe obłoki śmignęły obok statku i rozpierzchły się na boki, powietrze rozdzierane z trzykrotną prędkością dźwięku ryczało jak schodząca lawina. Na monitorze kamery dziobowej pojawiły się trzy czerwone punkty. Trochę na lewo od centralnego krzyża. Esmeralda skorygowała.
– Krystian, uwaga!
Szczur zacisnął mocniej łapki na pokrętle. Światełka na monitorze rosły. Bip! Bip! Bip! Zielone "WYS RAD”. Wskaźnik wysokościomierza radarowego zaczął odliczać wstecz: 5000, 4600, 4200, 4000… Esmeralda czuła jak włosy lepią jej się do karku. Ding-Dong! Żółte "WYS DEC”. Na wysokościomierzu 3200 metrów.
– Krystian, pi!
Szczur przestawił pokrętło. Pod podłogą statku huknął grzmot przechodzący przez wszystkie rejestry w ogłuszający gwizd. Zielony blask borowodorowego płomienia walącego w dół oświetlił trupim światłem wnętrze kabiny. Kadłub dygotał i jęczał. W dolnej kamerze światła nawigacyjne kosmodromu tańczyły we wszystkich kierunkach. Esmeralda desperacko starała się je utrzymać w środku serii koncentrycznych okręgów namalowanych na ekranie. Nagle Krystian błyskawicznym ruchem sięgnął do przełącznika podpisanego na kawałku przylepca "PODWZ”. W trzewiach statku coś syknęło, zamruczało, huknęły zatrzaskiwane zamki.
– Lorem ipsum! – jęknęła Esmeralda. – Wylądowalibyśmy bez podwozia!
Obraz kamery zamazał się w kłębowisko kurzu i płomieni. Podwozie głucho tąpnęło o beton. Sapnęły amortyzatory, załogą rzuciło w bok. Szczur spokojnym ruchem przestawił pokrętło ciągu na "0". Zielony blask zamarł, turbopompy mieliły jeszcze chwilę na jałowym biegu aż wszystko ucichło. Esmeralda puściła stery i opadła na fotel, czując, jak przeciwpotna wyściółka skafandra przylepia jej się do pleców.
– No widzisz, Es? – przerwał ciszę Nussknacker. – Zawsze mówiłem ci, że grunt to dobry plan. Reszta to tylko porządne techniczne wykonanie. A ty jesteś najlepsza!
– Tak, tak, najlepsza… – mruknęła ze złością Esmeralda – taka najlepsza, że całkiem zapomniałam o podwoziu. Rozsmarowalibyśmy się po tym kosmodromie jak marmolada na grzance. Krystian uratował nam życie i statek.
– I co teraz? – zapytała Peggy wyplątując się z pasów. – Co się zazwyczaj robi po wylądowaniu na obcej planecie? No bo w tych książkach i komiksach zazwyczaj zaczynają od zabijania potworów, ale to było by chyba nieuprzejme, nie?
– Wybraliśmy tę planetę z "Atlasu nieznanego kosmosu", więc może się wydarzyć wszystko. Może będziemy musieli zostawić na czas pobytu wątroby w depozycie. Albo cokolwiek innego.
– O, wątroby to bardzo mało prawdopodobne moje drogie – odezwał się profesor. – Ludzka wątroba to organ zbierający toksyny, więc raczej nie przedstawia dużej wartości. Co prawda Hondrianie mają zwyczaj rytualnego nacierania uszu (tych dolnych) produktami przetrawionego alkoholu, ale to raczej odosobniony przypadek…
Zanim profesor rozpędził się z wykładem na temat mało znanych praktyk szamańskich na ciężkich planetach gazowych ktoś zapukał do luku wejściowego.
– Es, ty jesteś jakby dowódcą – szepnęła Peggy. – Otwórz…
Esmeralda, nadal na nogach uginających się po emocjach lądowania podeszła do klapy i pociągnęła za rączkę. Syknęło powietrze spuszczone z pneumatycznej uszczelki i drzwi powoli uniosły się do góry ukazując dystyngowaną postać w bogato szamerowanym mundurze. Spod czapki z otokiem ozdobionym złotym sznurem spoglądało badawczo dziewięcioro oczu otoczonych licznymi niebieskawymi mackami. Esmeralda próbowała je liczyć, ale była zbyt zmęczona. W każdym razie było ich wystarczająco dużo, aby mosphagiański oficjel mógł jednocześnie trzymać kilka pieczątek, dwa bloczki rozmaitych formularzy, elegancką teczkę, krótkofalówkę i chusteczkę do nosa. Conajmniej dwie były jeszcze wolne. Trojgiem oczu rozejrzał się po wnętrzu statku, trzy inne wycelował po jednym w każdego z członków załogi. Trzy pozostałe przymknął i odezwał się bardzo oficjalnym głosem:
– Dzień dobry! Służba Celna Mosphagii, oddział Portu Kosmicznego Thrr-Fyg. Poproszę dokumenty statku, świadectwo żeglugowe, listy przewozowe oraz świadectwa szczepienia załogi przeciwko plancwie glęgu!
– Ależ Panie oficerze! – odezwał się przytomnie profesor. – Jesteśmy ssakami, w związku z tym nie mamy glęgu i nie musimy się szczepić…
– Rozumiem – odparł celnik. – Rzadko gościmy tu ssaki. W te sytuacji wystarczy, że złożycie oświadczenie na formularzu M-327G w dwóch kopiach. Będzie ważne siedem dni. Jeżeli chcecie zostać dłużej będziecie musieli zgłosić się na badanie lekarskie potwierdzające brak organów. Tam otrzymacie stosowne zaświadczenie ważne bezterminowo. Chyba, że lekarze uznają, że te organy mogą się u was wykształcić, wtedy będziecie musieli powtarzać badania kontrolne co pół roku. Dobrze. A co z pozostałymi dokumentami?
– Eee… – zaczęła Esmeralda – …to znaczy… my te dokumenty… bo wie pan… jakby to… – plątała się coraz bardziej przyszpilona groźnym środkowym okiem Mosphagianina.
– Panie oficerze! – niespodziewanie odezwała się Peggy, która wśród biurokratycznych procedur czuła się ja ryba w wodzie. – Widzi pan, to jest statek prototypowy w czasie testów. O proszę, tu na kombinezonie mam naszywki ze stoczni na Beta Eridani. Więc rozumie pan, nie możemy mieć wystawionych listów przewozowych, bo nic nie przewozimy. No, może siebie, ale na to chyba nie trzeba listów?
– A to dziwne stworzenie? – Celnik wskazał wolną macką na szczura, którego zauważył kątem jednego z oczu. – Czy ono nie jest przewożonym towarem? W takim razie potrzebne będzie świadectwo sanitarne od uprawnionego…
– Ależ nie, to też ssak, on jest członkiem załogi! Profesor może panu to wszystko zaraz wytłumaczyć…
– Tak, Peggy ma rację. To szczur wędrowny, rattus norvegicus, łożyskowiec z rzędu gryzoni. Jak sama nazwa wskazuje jest stworzony do podróżowania. Kiedyś szczury podróżowały na statkach żaglowych, więc zupełnie naturalne jest, że obecnie uprawiają żeglugę międzygwiezdną. Zresztą wiąże się to z długą…
– Dobrze, dobrze – zniecierpliwił się celnik. – Ale dokumenty statku…
– No właśnie, wróćmy do tej sprawy – kontynuowała niezrażona Peggy. – Wyruszaliśmy z pewnym pośpiechem, statek jest prototypowy, wie pan jak to jest. Wszyscy chcą wszytko na wczoraj, że zrobimy te testy, a dokumenty to się uzupełni, no i wie pan, to świadectwo, tymczasowe zresztą, zostało w kancelarii, bo była potrzebna taka pieczątka, ale ta pieczątka poleciała na innym statku, żeby podstemplować dokumenty tej sondy, co się zepsuła na orbicie… No, koniec końców nie mamy tych dokumentów. Ale to było tylko czasowe świadectwo z Eridańskiej stoczni. A przecież macie tu napewno świetny inspektorat żeglugi, to od razu widać, jak się patrzy na te wszystkie pana druczki. I na pewno możecie nam wystawić takie świadectwo. Pani astrogator Doppler jest bardzo kompetentna, ona sama projektowała napęd gwiezdny naszego statku i może udzielić wszystkich informacji technicznych…
Esmeralda uniosła brwi i usiłowała nie wybuchnąć śmiechem ze swojego awansu na "astrogatora", jednocześnie modląc się w duchu, żeby zniecierpliwiony Nussknacker nie zaczął okładać laską Mosphagianina. Takie wypadki już miewały miejsce.
– Rozumiem, cóż zdarzają się takie sytuacje. Chociaż nie powinny. Oczywiście będzie potrzebne podanie z opisem technicznym i oświadczenie o zagubieniu dokumentów. No i trzeba będzie wnieść opłatę w znaczkach skarbowych.
– Oczywiście, wszystko zgodnie z procedurami. – Peggy rozpędziła się w zapale biurokratycznym. – Właśnie po to jestem w załodze, żeby wszystkie te sprawy zostały załatwione w należyty sposób bez żadnych uchybień. Rozumiem, że możemy wnieść opłatę w funtach eridańskich?
Celnik wyraźnie się stropił. W zmieszaniu pocierając macki zaczął:
– Cóż, rozumiecie… Erida to bardzo odległa gwiazda… Rzadko mamy kontakty. Tamtejsza waluta… jakby to powiedzieć… no, jest nam znana, ale ma wartość jedynie numizmatyczną. Niestety jest u nas niewymienialna…
Mosphagianin spojrzał smutno dwojgiem oczu na Peggy i z wahaniem kontynuował:
– W drodze wyjątku, mogę przyjąć od was pewną sumę w eridańskich funtach. Na potrzeby kolekcjonerskie oczywiście. I w zamian za to podarować wam, powiedzmy, pięćdziesiąt mosphagiańskich kantów, żebyście się tu jakoś narazie urządzili. Wasz statek będziemy musieli zatrzymać w depozycie. Za pokwitowaniem ma się rozumieć! I jak tylko wniesiecie odpowiednie opłaty dostaniecie świadectwo i statek. A narazie zapraszam do biura – powiedział wskazując macką drogę.
Zeszli po schodkach na płytę kosmodromu. Wokół trwał normalny rozgardiasz portu kosmicznego. Grupa Mosphagian w żółtych odblaskowych kamizelkach, każdy z czterema szczotkami w mackach szorowali ślady po lądowaniu. Ktoś ciągnął węże z paliwem, ktoś na kogoś machał. Chłodny powiew niósł zapach paliwa, smarów i ozonu zmieszany z delikatną nutą frytury.
Nussknacker wpatrywał się w to wszystko lekko nieobecnym wzrokiem. Jego drobna postać w trochę zbyt obszernym kombinezonie wydawała się mniej zgarbiona niż zwykle. Oparty na lasce przypominał nieco wędrowca z obrazu Friedricha. Odezwał się, bardziej do siebie niż do swoich towarzyszek:
– No proszę. A mówili, że jestem za stary… Że nie nadaję się nawet, żeby polecieć na orbitę Bety… Że mam siedzieć w biurze i dawać im rozwiązania, które można znaleźć w pierwszym brzegu podręczniku, jeśli tylko chce się poszukać. I żaden nie postawił stopy na Mosphagii…
Peggy spojrzała na profesora z nagłym uczuciem zrozumienia. Chciała odpowiedzieć, ale intuicja podpowiedziała jej, że lepiej zostawić go samego z jego myślami.
Celnik podszedł do czegoś, co przypominało samochód osobowy, tyle że zamiast kół miało sześć metalowych nóg obutych w gumowce. Otworzył tylne drzwiczki mówiąc:
– Wsiadajcie!
Wcisnęli się we trójkę na siedzenie upychając między sobą walizki. Celnik zajął miejsce z przodu, pomanipulował coś przy dźwigniach i pokrętłach. Silnik warknął i pojazd, a właściwie "połaz" ruszył stępa lekko się kołysząc. Minął pracujących techników i wydostał się na drogę wzdłuż nowoczesnych, przeszklonych budynków portu. Celnik poruszył kolejne pokrętło i maszyna przyspieszyła do rześkiego kłusa. Choć droga była gładka jak stół, maszyna na swoich sześciu nogach skakała i kołysała straszliwie, blachy nadwozia dudniły gdy stopy maszyny opadały na ziemię. Mosphagianin z całych sił zapierał się dwiema mackami o sufit, dwiema trzymał się bocznych uchwytów. Peggy, Esmeralda i profesor obijali się o siebie, o walizki, walczyli próbując złapać się rękoma lub nogami czegokolwiek. Krystian kurczowo trzymał się wszystkimi łapkami kombinezonu Peggy próbując utrzymać równowagę ogonem. Podróż trwała nie dłużej niż kilka minut, ale gdy zatrzymali się przed urzędem celnym czuli się jak po pełnym cyklu prania i wirowania.
– Uff, wejście w atmosferę to przy tym pikuś – sapnęła Esmeralda.
Gdy ruszyli za urzędnikiem przez długie korytarze i sale pełne biurek, gdzie kłębili się liczni kanceliści z mackami pełnymi teczek, Nussknacker rozcierając guza na czole zapytał:
– Czemu, skoro macie takie piękne gładkie drogi nie jeździcie po nich na kołach?
– O, to smutna historia – odparł Mosphagianin. – Był u nas pewien zdolny inżynier, który skonstruował maszynę sunącą na kołach bez jednego wstrząsu. Niestety czegoś tam nie dopilnował podczas oficjalnego pokazu. Maszyna stoczyła się z pochyłości i najechała na macki ministra transportu. Konstruktor tłumaczył, że zraz wymyśli ręczny hamulec, albo chociaż drewniane kliny pod koła, ale było za późno. Minister się uparł i zakazano ustawowo poruszania się na kołach.
– Jak widzicie wszyscy mamy swoje problemy – kontynuował. – Wy – bałagan w papierach, my musimy się męczyć z tymi nogami. Coś tam teraz pracują nad ślizgowcami, ale technologia jest niedopracowana. A to grzeją im się podwozia, a to zostawiają trudne do usunięcia ślady śluzu na drodze.
Weszli do malutkiego pokoiku z biurkiem wciśniętym pomiędzy regały na których piętrzyły się teczki, stosy dokumentów pokrywały biurko i podłogę wokół niego. Na wprost biurka, wciśnięte między sterty papierów stały dwa małe taborety.
– Sami widzicie, ile tu jest pracy – powiedział celnik ogarniając macką zawalony dokumentami pokój. – I każda sprawa, niby prosta, a zawsze jakieś komplikacje…
Peggy i profesor usiedli na stołkach, Esmeralda ostrożnie oparła się o chwiejny, przeładowany papierami regał.
– Dobrze. Mamy więc tak: Dokument przybycia, oryginał plus dwie kopie. Trzy, nie, cztery oświadczenia medyczne w sprawie glęgu, bo jest jeszcze ten wasz "ratatus", każde w oryginale i po jednej kopii dla was –wyliczał podając Peggy kolejne formularze na samokopiujących drukach. – Tu prosto, oświadczenie o zagubieniu świadectwa żeglugowego w jednym egzemplarzu dla mnie, wniosek o wydanie stałego świadectwa żeglugowego i karta techniczna, to ja wam parafuję, jak dostanę to oświadczenie. Tak. Proszę to spokojne wypełnić, zaraz wydam pokwitowanie o depozycie statku.
Mosphagianin zaczął przeszukiwać szuflady w poszukiwaniu jakiegoś druku albo pieczątki. Peggy przyglądała się plikowi otrzymanych formularzy. Wprawnym okiem sekretarki widziała znany, urzędowy porządek: rubryczki, miejsca na datowniki i parafki… Tylko to wszystko opisane dziwacznymi kwadracikami przypominającymi planszę do gry w life albo rozsypane klocki.
– Profesorze – szepnęła. – Co to jest? To jakieś pismo, czy im się drukarka zepsuła?
– A, to zmodyfikowana wersja pisma nuamskiego. Różne odmiany są bardzo popularne wielu peryferyjnych układach. Naumowie, wędrując…
– No dobrze, ale czy umie pan to przeczytać?
– O, to bardzo proste. Zapis jest systemem czwórkowym, trzeba to transponować do oktalnego i potem czyta się praktycznie jak kalański. No mogą być oczywiście jakieś lokalne oboczności, ale zwykle da się to wydedukować z kontekstu. Chyba, że stosują…
– Świetnie, profesorze, niech pan transponuje!
– No tu masz datę, o tu obok nazwa statku, typ, port macierzysty. O tu numer świadectwa żeglugowego. Napisz "zagubiono".
Podczas gdy Peggy i Nussknacker wypełniali mozolnie dokumenty Esmeralda czuła jak jednocześnie spada jej poziom adrenaliny i cukru. W miarę jak emocje i napięcie odpuszczały, przypominała sobie w jaki sposób właściwie tu trafili: pusta lodówka w kradzionym statku, rozwinięta kultura kulinarna Mosphagii o której Peggy wyczytała w "Atlasie"… Esmeralda czuła się coraz bardziej zła i nieszczęśliwa: głodna, w przepoconym kombinezonie, z rozmazanym tuszem do rzęs i potarganymi włosami. Przymknęła oczy niecierpliwie czekając, aż profesor i Peggy zakończą wlekące się w nieskończoność wypełnianie formularzy.
– Doskonale! – odezwał się celnik, obrzuciwszy trojgiem oczu dokumenty. – Proszę, tu macie pokwitowanie na statek i kopie oświadczeń medycznych. Jak pójdziecie tym korytarzem w prawo to traficie prosto do pasażerskiej hali przylotów, tam znajdziecie wyjście na przystanki do miasta. Życzę miłego pobytu na Mosphagii – dodał, biorąc w macki jedną z piętrzących się na biurku teczek.
Hala przylotów wyglądała jak tysiące podobnych miejsc w całym wszechświecie. Przeszli najpierw przez część handlową, gdzie ciągnęły się typowe butiki sprzedające modele statków kosmicznych do składania, szlafroki z szesnastoma kieszeniami czy kremy nawilżające do macek. Salony prasowe oferowały gazety z Mosphagii i pobliskich układów planetarnych oraz popularne periodyki o zasięgu ogólnogalaktycznym. Był nawet egzemplarz "Kuriera Bezludnego" – wychodzącego w kodzie binarnym organu Wszechświatowej Ligi Krzemowych Głów i Żelaznych Serc. W miarę jak zagłębiali się w kolejne galerie ogromnego budynku, delikatny zapach frytury towarzyszący od lądowania stawał się coraz silniejszy.
– Profesorze – zapytała walcząca ze ssaniem w żołądku Esmeralda – czy my w ogóle możemy jeść to co Mosphagianie?
– Mosphagianie są białkowcami, więc zasadniczo tak. Chociaż są pewne różnice, mają specjalny żołądek do trawienia metylocelulozy, której używają często do garnirowania bulw. Ale ich potrawy nie powinny raczej nas zabić.
– "Nie powinny nas zabić" to słaba rekomendacja – stwierdziła Peggy. – I w sumie ciekawe ile warte jest to nasze pięćdziesiąt kantów? Ale chyba więcej niż zero, które zwykle mam na koncie pod koniec miesiąca?
– Jestem gotowa zjeść cokolwiek, nawet panierowany glęg, bo zaraz przestanę współpracować – stwierdziła ponuro Esmeralda. – Chociaż wolałabym lody.
Witryny restauracji ciągnęły się po obu stronach szerokiej alei. Przez szyby widać było kelnerów niosących po osiem talerzy na raz, brzęk zastawy mieszał się bulgotem smażenia i gwarem rozmów. Przy wejściach stały okazałe tabliczki z menu pisanym mosphagiańskimi "klockami", podobnie jak nazwy lokali na kolorowych, podświetlanych szyldach.
Zatrzymali się przed restauracją, której nazwę, ozdobioną licznymi złotymi zawijasami Nussknacker odczytał jako "Ścieżka Księżycowego Żwiru". Krystian siedzący na ramieniu Peggy węszył z wysuniętymi do przodu wąsikami, z zainteresowaniem chłonąc egzotyczne zapachy. Esmeralda stuknęła palcem w kompletnie niezrozumiałe, ale obszerne menu.
– Czy jest tu coś, co możemy zjeść? Nie musi być bardzo smaczne, wystarczy trzydzieści procent powyżej kategorii "nie zabije".
– No, tu mamy na przykład frakfan – zaczął profesor. To taka lokalna odmiana zakału. Powinien być nieszkodliwy, ale piszą, że jest doprawiony pirokatechiną, więc może powodować lekkie zawroty głowy i mdłości.
– Świetnie, profesorze. A serwują tu coś bez mdłości?
– O, jest moksztuk po frghańsku. To zapiekane prnadle z nadzieniem. Zupełnie jadalne. Może być nawet smaczny, jeżeli lubi się posmak palonej sierści.
– No dobrze, a ile kosztuje ta przyjemność z posmakiem sierści?
– Mała porcja – czterdzieści kantów.
– Ile?! – zawołały jednocześnie Peggy z Esmeraldą.
– No to nieźle nas ten celnik oskubał! Daliśmy mu stufuntówkę z Pomnikiem Niezłomnego Stoczniowca za jeden mały talerz jakichś prądli i napiwek?!
– To są chyba jakieś drogie restauracje dla turystów – zauważyła Peggy. – Poszukajmy czegoś "dla ludzi". Tam dalej miały być przystanki, może będą automaty z zupą albo batonikami?
– Na pewno nie będzie – naburmuszyła się Esmeralda.
– Ale jeżeli ich autobusy też są na nogach, to ja nie wsiadam! – oświadczył profesor, dotykając guza na czole.
– Może są ślizgowe? – Peggy próbowała poprawić nastroje. – Albo mają normalną kolejkę próżniową, ona przecież nie potrzebuje kół!
– Chyba, że zakazali też próżni, bo wessała mackę ministra. – Esmeralda przełączyła się ostatecznie w tryb czarnowidztwa.
Na rozległym placu przystankowym z rzędami długich wiat okazało się, że kolejki próżniowej nie ma. Może Mosphagianie nie znali tej technologi, a może po prostu z jakichś powodów nie dociągnęli jej do portu kosmicznego Thrr-Fyg. Przy peronach stały pomalowane na niebiesko dwudziestoczteronogie autobusy. Z tego co zorientowali się ich wnętrza były w całości wyłożone grubo watowaną tapicerką, co z jednej strony świadczyło o trosce o komfort pasażerów a z drugiej sugerowało, że trząść i rzucać mogą jeszcze gorzej niż połaz z urzędu celnego. Zauważyli też stojące na przystankach rzędy metalowych skrzyń z kolorowym światełkami.
– O, widzicie? – zawołała Peggy. – Mówiłam wam, że będą automaty. Myślę, że to jest taki sam kosmiczny niezmiennik jak te czerwone światełka profesora.
Pierwszy automat do którego podeszli okazał się automatem biletowym.
– Bilet do centrum kosztuje dwa kanty – oświadczył profesor, odczytując taryfikator pomimo stanowczej odmowy wsiadania do autobusu. – Chociaż jest tu też napisane, że osoby bez conajmniej dwóch macek mają pięćdziesiąt procent zniżki. Skoro nie mamy w ogóle macek, to chyba nam się ta zniżka należy?
– Eee, krótko tu jesteśmy, ale coś czuję, że jest do tego potrzebne zaświadczenie od lekarza orzecznika i legitymacja ze zdjęciem – skonstatowała z rezygnacją Esmeralda.
Podeszli do kolejnego automatu. Był bardziej kolorowy, ozdobiony stylizowanymi postaciami Mosphagian z pudełkami w mackach.
– Tu można kupić slomby. Za jednego kanta sztuka. To taki popularny fastfood.
– No proszę! Za jednego kanta! – triumfowała Peggy.
– Profesorze, a co boli od slombów? – zapytała słabym głosem Esmeralda.
– Od solmbów? Nic. Są słone i tłuste, zawinięte w rodzaj placka z metylocelulozy. Jest tu też napisane "syntetyczne", chociaż można to też odczytać jako "błogosławione przez opiekuna czystych nóg".
– To zjemy to tłuste i słone ze środka a placki wyrzucimy. Na automacie z zupą w biurowcu w stoczni nie jest napisane, że jest syntetyczna, chociaż smakuje jak woda po płukaniu reaktora. Mosphagianie przynajmniej są uczciwi – stwierdziła niezrażona Peggy.
Kupili cztery slomby i usiedli na ławce na przystanku. Krystian obwąchał niechętnie paćkowatą masę, ale szczurzy instynkt podpowiedział mu, że lepiej nie marnować okazji. Esmeralda czuła, jak wracają jej siły. Wyciągnęła z walizki kosmetyczkę, przetarła twarz wilgotną chusteczką i poprawiła makijaż używając małego podróżnego lusterka. Zrobiło jej się trochę głupio z powodu marudzenia i tego, że nie podziękowała Peg za jej pomoc u urzędzie celnym.
– Peg, ta akcja z celnikiem to było mistrzostwo wszechświata! Bez ciebie utknęlibyśmy tam na amen. No i bez pana umiejętności czytania tego tetrisowego pisma, profesorze. A co do kasy, myślę, że nie musimy się za bardzo martwić. Skoro celnik wziął nasze funty, to powinnismy znaleźć jeszcze innych "kolekcjonerów". Musimy tylko dopilnować, żeby kurs wymiany był lepszy.
Peggy spuściła oczy ukryte za szkłami swoich wielkich, okrągłych okularów, nie wiedząc co odpowiedzieć. Ale jednocześnie nie mogła powstrzymać uśmiechu. Może wyobrażała sobie kosmicznie przygody nieco inaczej niż wypełnianie formularzy i jedzenie slombów na przystanku autobusowym, ale w tech chwili uważała szaloną decyzję o ucieczce kradzionym statkiem z dwojgiem outsiderów za najlepszą w swoim życiu. Nawet jeżeli czasem oznaczało to wysłuchiwanie wykładu o nacieraniu uszu przez Hondrian w najmniej stosownym momencie.
Droga biegła wzdłuż płotu kosmodromu. Szli wolno, niosąc w rękach walizki. Peggy i Esmeralda z przodu, Nussknacker nieco za nimi podpierając się laską. Krystian zasnął w kieszeni na piersi kombinezonu Peggy. Przez materiał czuła lekkie, nerwowe ruchy jego łapek, kiedy śnił swoje szczurze sny.
– Baliście się przy lądowaniu? – zapytała Peggy.
– Nie wiem – zawahała się Esmeralda. – chyba ta cześć mojego mózgu, która powinna się bać była wtedy zajęta czym innym.
– Kiedy wchodziliśmy w atmosferę, tak, bałem się. Patrzyłem na wskaźniki temperatury i kąta natarcia i próbowałem liczyć w pamięci gradient przyrostu względem nachylenia trajektorii. I pomyślałem, że jak robię coś takiego, to chyba się nie boję?
– A ja się bałam. Cały czas. I cały czas myślałam, żeby nie nacisnąć tego przycisku za wcześnie.
– To było coś co dawało mi spokój – odezwała się Esmeralda. – Że jesteś tam z tyłu, z ręką na przycisku. I że mogę się skupić na czym innym.
Płot skończył się i weszli pomiędzy budynki. Była to mieszanka niskich domów mieszkalnych, jakichś warsztatów i magazynów. Przedmieście, które nie może się zdecydować czy jest miastem. Zapach Mosphagii był obcy, trudny do nazwania, ale nie był to już zapach portu kosmicznego. Nawet zapach smażenia, wciąż obecny stał się teraz jakiś bardziej domowy, jakby unosił się z czyjeś kuchni a nie portowego baru. Minęli mały placyk. Stało tam coś wyglądająego jak fontanna wyrzucająca z siebie coś gęstego i opalizującego. Wokół biegało kilkoro dzieci. Tak przynajmniej im się wydawało – były małe i biegały bez wyraźnego celu.
– To ładne – powiedziała cicho Peggy.
– To było kompletne wariactwo, co zrobiliśmy.
– Wariactwem był by kolejny rok przepisywania raportów dla ludzi, którzy wiedzą lepiej i czekania z pustym kontem na początek następnego miesiąca.
***
Esmeralda, ubrana w lekko pogniecioną sukienkę szła zdecydowanym krokiem peryferyjną ulicą przemysłowej dzielnicy Thrr-Fyg. Starała się omijać liczne kałuże połyskujące w porannych promieniach Runduku, który zdążył już wznieść się nad dachy niewysokiej zabudowy. Nadal czuła zmęczenie po emocjach poprzedniego dnia i niezbyt wygodnie przespanej nocy. Ale trzymany w ręku plik broszurek z informacji turystycznej i plan miasta napawały ją optymizmem. Podobnie jak torba z zakupami zrobionymi w małym sklepiku za rogiem. Dzięki ulotce "Jedzenie na Mosphagii – przewodnik dla ssaków" udało jej się zdobyć za jedyne dwanaście kantów może eklektyczne, ale bezpieczne zapasy dla wszystkich.
Skręciła za zamkniętym warsztatem pod wiadukt. Było to miejsce najwyraźniej używane przez właścicieli okolicznych zakładów do pozbywania się kłopotliwych odpadów – wielkich skrzyń transportowych, części zepsutych robotów albo zużytych nóg od połazów. Może ich wywóz był drogi, może wymagał zbyt wielu formalności i dokumentów. Niektóre z piętrzących się tu gratów były pokryte tak grubą warstwą rdzy, że proceder ten musiał być tolerowany od dawna. Peggy siedziała na jakiejś skrzynce i wyczesywała z rudych loków pasemka wiórów do pakowania. Nussknacker grał z Krystianem w szachy używając zdekompletowanego korpusu robota jako stolika. Szczur właśnie szachował wieżą.
– Nasze życie jest pasmem sukcesów! – zawołała Esmeralda. – Mamy mapę, mamy przewodniki i co najważniejsze mamy żarcie dla ssaków!
Siedzieli na skrzynkach ustawionych wokół ogniska rozpalonego ze starych gazet i wyściółki skrzyń transportowych. Na ogniu bulgotała woda w blaszanym pojemniku.
– Piszą tu: "Nieodzownym elementem każdego mosphagiańskiego śniadania jest slumina. Napój o lekko pobudzającym działaniu i bogatym smaku" – czytała Esmeralda. – Podobno najlepsza jest parzona w specjalnym ekspresie, którego nie mamy, więc wzięłam najtańszą w wersji instant. Nic bliższego kawy chyba nie znajdziemy.
Slumina smakowała… cóż – mosphagiańsko. Pewnie tak, jak espresso smakowałoby przeciętnemu Mosphagianinowi, ale przynajmniej nie miała posmaku palonej sierści.
– Podliczyłam kasę – odezwała się Peggy, która w naturalny sposób mianowała się jednoosobowym działem administracyjno-księgowym. Mamy razem pięćset dwadzieścia sześć funtów plus trzydzieści cztery kanty.
– Jeżeli przyjmiemy, że jeden syntetyczny slomb z automatu na kosmodromie za jednego kanta odpowiada jednemu burito z automatu na stacji kolejki na Becie, który kosztuje osiemnaście eridańskich szylingów – zaczął szczegółowi liczyć Nussknacker popijając sluminę – to powinniśmy żądać jednego i jednej dziewiątej kanta za funta. To oczywiście nie jest precyzyjne obliczenie, trzeba by uwzględnić dokładną wartość odżywczą burito i slomba, przy czym pytanie brzmi, jak traktować placek z metylocelulozy strawny dla Mosphagian a niestrawny dla nas?
Peggy i Esmeralda spiorunowały profesora wzrokiem, w duchu jednak przyznając, że pomysł przeliczania kursów niewymiennych walut przez wartość kaloryczną fastfoodu jest błyskotliwy.
– Dobra, przyjmijmy z inżynierskim przybliżeniem, że powinniśmy próbować wymiany jeden jeden za jeden, czyli możemy mieć circa pięćset kantów – posumowała Esmeralda.
– Na opłaty portowe i świadectwo potrzebujemy ośmiuset dwudziestu kantów. A potrzebujemy jeszcze paliwa.
– Sprzedawczyni w sklepie powiedziała mi, że rozmaite "kolekcjonerskie" transakcje załatwia się tu niedaleko w barze "Dwa Strąki" – powiedziała Esmeralda zastanawiając się nad smakiem sluminy. Był obrzydliwy ale faktycznie pobudzał i miał w sobie coś domowego. Tak, był jednocześnie obcy i domowy. Dziwne. – Myślę, że powinniśmy tam zajrzeć. Może wymienimy funty, może znajdziemy jakąś fuchę? W sumie to Peggy powinna założyć agencję celną "Sprawy Beznadziejne".
– Idźcie same, jak zostaję z Krystianem – stwierdził profesor. – Jeszcze czuję ten wczorajszy spacer z kosmodromu. Ale przynajmniej kości mam całe, gdybyśmy wsiedli do jednego z tych ich autobusów nie byłoby to takie pewne.
– Dobrze, niech nam pan tylko napisze na kartce mosphagiańskim alfabetem "Dwa Strąki" i liczebniki.
Peggy uparła się, że pójdzie w kombinezonie twierdząc, że to odpowiedni strój do przeżywania kosmicznych przygód. Esmeralda przez chwilę próbowała ją od tego odwieść, ale ostatecznie stwierdziła, że obie wyglądają na Mosphagii równie obco i dziwnie czy to w kombinezonie, czy to w sukience.
Bar "Dwa Strąki" nie był międzygalaktyczną spelunką z przygodowych komiksów. Było to miejsce banalnie zwykłe, wciśnięte między banalnie zwykłe domy dzielnicy może nie podłej, ale i nie zamożnej. Miejsce gdzie przychodzi się obejrzeć mecz z kumplami albo dobić interesu z właścicielem hurtowni prnadli. I czasem ten interes balansuje na granicy prawa. Ponieważ byli blisko portu kosmicznego, towarzystwo siedzące przy stolikach było dość międzyplanetarne. Kilkoro oczu z umiarkowanym zainteresowaniem odwróciło się w stronę wchodzących Peggy i Esemraldy, ale błyskawiczne wróciły do swoich szklanek, talerzy i współbiesiadników.
Przy barze ktoś wykłócał się ze zwalistym barmanem o oczach otoczonych zmarszczkami i poszarzałych mackach.
– Jak to ekspres ci się zepsuł?! Prowadzisz knajpę czy nie? Przychodzę i zamawiam, co mnie obchodzi twój zepsuty ekspres!
– Co ja mam poradzić? Dzwoniłem do serwisu, potrzebne są jakieś części, przyjdą jutro. Napij się gnyggru.
– Wsadź se w glęg swój gnyggr!
Esmeralda otaksowała wzrokiem stojące na blacie chromowane urządzenie. Nie wyglądało na skomplikowane. "Pewnie tym dużym pokrętłem przysuwa się do siebie dwa kawałki plutonu, a neutrony grzeją wodę" – pomyślała.
– Jestem inżynierką, znam się trochę na takich rzeczach. Może rzucę okiem?
– Widzisz! Czekałbyś dwa tygodnie na ten swój serwis, a tu masz na miejscu fachowca! – zawołał klient nerwowo wymachując mackami.
– Proszę spróbować, on nie da mi żyć – stwierdził z rezygnacją barman.
Esmeralda wyciągnęła z torebki śrubokręt, poruszała pokrętłem na bojlerze i popatrzyła na wbudowany w niego wskaźnik scyntylacyjny. "Musi być jakiś ogranicznik reaktywności – kadmowy albo borowy, pewnie się przestawił".
Tymczasem Peggy dyskretnie przyglądała się towarzystwu siedzącemu przy stolikach. Dominowali Mosphagianie, ale liczba oczu i forma kończyn gości wahała się w szerokim zakresie. W pewnym momencie poczuła, że ktoś ją obserwuje. Od stolika wciśniętego w kąt sali ktoś wbijał w nią koralikowate oko otoczone beżową sierścią. Kiedy spojrzała w tamtą stronę, zaczął ją przywoływać gestami. Spojrzała w stronę Esmeraldy, ale ta właśnie ze skupieniem grzebała we wnętrzu bojlera ekspresu śrubokrętem i widelcem. Peggy podeszła do stolika.
– Cześć, nazywam się Gullo, też jestem ssakiem – odezwał się osobnik wyglądający trochę jak półtorametrowy chomik ubrany w gumowany płaszcz.
– Miło mi, Peggy – odparła ściskając futrzastą łapkę.
– Słuchaj, Peggy. Masz tu widzę naszywkę z Eridańskiej Stoczni Gwiazdowej. Słyszałem, że wylądował wczoraj w Thrr-Fyg eridański statek. Mały. Szybki. Z napędem grawitacyjnym. To naprawdę twój statek, czy tylko szpanujesz kombinezonem przed dziewczynami?
Peggy zastanawiała się co to właściwie znaczy "twój statek". Uznała, że to coś jak "moje miasto" albo "moja kamienica".
– Tak, to MÓJ statek. I jestem dziewczyną.
– A to sorki! Nie rozpoznałem twojego zapachu. Bo widzisz, potrzebuję takiego statku. I kogoś, kto potrafi nim latać. Szybko latać. – Paciorkowate oczy Gullo nerwowo rozglądały się po wnętrzu "Dwóch Strąków".
– Dobrze, spróbujmy – oświadczyła Esmeralda dokręciwszy ostatnią śrubkę. – Proszę nalać wody.
Przekręciła pokrętło, zielonkawe oko scyntylatora rozbłysło, po chwili woda w bojlerze zabulgotała. Otworzyła zawór. Strumień pary buchnął z sykiem z końcówki. Osiemnaścioro oczu barmana i nerwowego klienta spojrzało na Esmeraldę z podziwem.
– Proszę bardzo! – Esmeralda bardziej niż z uznania Mosphagian ucieszyła się z naprawienia urządzenia, które widziała po raz pierwszy na oczy.
– Wiszę ci jakieś osiemdziesiąt kantów – odezwał się de Esmeraldy barman, przygotowując sluminę dla nerwowego. – Tyle wziąłby ode mnie serwis.
– Drobiazg, – odpowiedziała Esmeralda – wystarczy slumina dla mnie i dla koleżanki. I lody.
– Co takiego?
– Lody. Na mojej planecie je się coś takiego. Zimne i słodkie. Jak miałeś ciężki dzień i chcesz sobie poprawić humor. Albo jak ci jest wesoło i chcesz zachować ten moment na zawsze…
– A ty miałaś ciężki dzień czy jest ci wesoło?
– Wiesz… – zawahała się – w sumie to jedno i drugie.
– Dam ci sajan. Nie wiem czy będzie ci smakował, ale u nas jada się go w takich momentach.
– A, słuchaj, jeszcze jedno. Mam do sprzedania trochę funtów eridańskich. Nie znasz jakiegoś numizmatyka?
– Przyjdź po południu.
Z tacą z dwiema filiżankami ciemnej jak czarna dziura sluminy i dwiema miseczkami sajanu Esmeralda rozejrzała się po wnętrzu baru i ze zdziwieniem zobaczyła, że Peggy siedzi przy stoliku i rozmawia z półtorametrowym chomikiem. Podeszła do stolika.
– To nasza astrogatorka, Esmeralda Doppler. Pan Gullo jest… chomikiem interesu i ma dla nas pewną propozycję.
– To bardzo proste. Wy macie szybki statek. Ja mam coś co trzeba szybko przewieźć. To chyba idealne połączenie, nie?
Esmeralda nie lubiła kiedy ktoś mówił, że coś jest proste. Doświadczenie podpowiadało jeż, że albo nie wie o czym mówi albo ukrywa fakty.
– Jakby to było proste, to wysłałbyś swój towar przez firmę kurierską albo załadował na pierwszy z brzegu frachtowiec wychodzący z Thrr-Fyg. Mogę cię zapewnić, że nie znajdziesz łatwo statku szybszego niż nasz, ale musimy wiedzieć o co chodzi. I jakie jest ryzyko.
– Ryzyko? – Gullo ściszył głos. – Po prostu trzeba szybko przewieźć dziesięć beczek szrulku na Kretona, taki zapadły księżyc.
– Czego? Czy to jest niebezpiecznie albo nielegalne?
– Cśśś… Szrulk to zużyta mosphagiańska frytura, odfiltrowana i oczyszczona z okruszków panierki. Zupełnie bezpieczna i legalna. – Zastrzygł uszami. – Prawie zupełnie legalna.
Peggy i Esmeralda spojrzały po sobie. Interes z kategorii "prawie zupełnie legalne" był w ich położeniu do przyjęcia. Ale wożenie paru beczek zużytego oleju od smażenia na jakiś zapomniany księżyc nie trzymało się kupy.
– Słuchaj, rozumiem, że robisz na tym jakiś interes. Twoja sprawa i twój zarobek, nic nam do tego. Ale po co komu zużyta frytura?
– Na tym Kretonie mieszkają jakieś zdziwaczałe roboty, taka jakby sekta, fanatycy religijni… No mniejsza o to, nie jestem etnografem. Nie używają maszyn, bo im ta ich religia zabrania. A Kreton to paskudne miejsce – wilgotne, zasiarczone… Wyobrażacie sobie jak oni tam rdzewieją, stawy im skrzypią. A szrulk… Szrulk to smar doskonały… Nie znajdziecie nic lepszego w promieniu pięciuset lat świetlnych.
– No dobra. Jest popyt, jest podaż, bo przecież tu wszyscy ciągle smażą. Gdzie jest haczyk?
– Hmm… Dobrze. Po pierwsze zużyta frytura to odpad. Na obrót są jakieś licencje, opłaty… a biurokrację mają tu szczelniejszą niż mój płaszcz.
– Tak, wiemy coś o tym. – Uśmiechnęła się Peggy.
– Rynek kontroluje paru potentatów. – Gullo nerwowo poruszył nosem. – Płacą kosmiczne łapówki, działają hurtowo, wożą marny towar wielkimi i powolnymi frachtowcami. Ja mam towar premium i mam swojego pośrednika, bo te roboty nie lubią białkowców. Bardzo nie lubią. Wiec trzeba dostarczyć to szybko i dyskretnie, nie z głównego portu tylko z małego lądowiska. To co, dobijemy targu?
***
Nussknacker leżał rozparty na starym siedzeniu od połaza jak by była to kanapa w salonie, zatopiony w lekturze ślinił koniec ołówka, którym robił notatki na marginesie książki. Krystian siedział na krawędzi oparcia i czyścił wąsy.
– Profesorze! Mamy w kieszeni trzy tysiące kantów! – zawołała Peggy gdy tylko weszły w zaułek pod wiaduktem. – A jak zawieziemy stary olej dla robotów na Kreton, dostaniemy drugie tyle!
– Kreton, Kreton… roboty… – zamyślił się Nussknacker. – Coś mi się obiło o uszy. Jakaś stara legenda bodajże…
Profesor wyciągnął z walizki zawinięty starannie w szmatkę "Wielki atlas nieznanego kosmosu" Tarantogi. Ostrożnie rozchylił pożółkłe kartki starożytnego tomu.
– Krenona… Kreppran… o jest! "Kreton, według niektórych źródeł Ereton. Skalisty księżyc gazowego olbrzyma w układzie Epillei. Według kilku apokryficznych źródeł w dawnych czasach rozbił się na nim statek wiozący roboty górnicze na pobliską Onomatopeję. Cała załoga zginęła. Roboty pod wodzą komputera pokładowego, który popadł w obłęd na skutek potłuczenia lamp przy zderzeniu, stworzyły cywilizację opartą na nienawiści do istot białkowych – ciemiężycieli maszyn. Odrzuciły też używanie maszyn jako wyzysk maszyny przez maszynę i wszystkie prace wykonują samodzielnie za pomocą prymitywnych narzędzi. Inni autorzy twierdzą, że jest to jedynie bajka, opowiadana dzieciom aby je oduczyć dręczenia robotów".
– Hm, to się nawet zgadza z tym co mówił ten Gullo.
– Mamy szansę być pierwszymi, którzy opiszą dokładnie tę cywilizację! – rozentuzjazmował się Nussknacker. – Możemy dopisać nowy rozdział do "Atlasu"!
– Chyba, że wcześniej nas te roboty samodzielnie poćwiartują za pomocą prymitywnych narzędzi – zauważyła przytomnie Esmeralda.
– A ja tam mogę je zrozumieć – odezwała się Peggy. – Pomyślcie: ktoś wam daje życie a potem zaprzęga do ciężkiej roboty w kopalni. A jak się zużyjesz, to wykręca ci co przydatniejsze części i lądujesz pod jakimś wiaduktem, jak ten tu – powiedziała wskazując na zardzewiały korpus, którego używali jako stolika.
***
Esmeralda z planem lotu pod pachą, opatrzonym wszelkimi niezbędnymi pieczątkami, weszła do hangaru. Miała na sobie czysty, wyprany kombinezon. Czarne włosy lśniły ułożone w staranne fale. Jej kocie oczy ze starannie wyrysowanymi "jaskółkami" prześlizgiwały się po połyskującym, wygiętym łukowato kadłubie, po lśniących tłusto smarowniczkach mechanizmów podwozia, po zawiasach sterów oznaczonych czerwonymi kropkami lakieru tam, gdzie złącza zostały dokręcone i sprawdzone. Nie dlatego, że musiała coś kontrolować. Doskonale widziała, że wszystko zostało przejrzane, paliwo, smary i tlen uzupełnione. Po prostu napawała się spokojem kogoś, kto wie, że ma wszystko pod kontrolą, że wszystko jest na swoim miejscu.
Przesunęła dłonią po chłodnej powierzchni kadłuba. "To jest mój statek" pomyślała, chociaż wciąż figurował w rejestrach stoczni na Becie Eridani. Był jej w takim sensie jak był też statkiem Peggy, Nussknackera i Krystiana. Ale był statkiem Esmeraldy w jeszcze inny sposób. Znała każde jego spojenie, każdy przewód hydrauliczny tłoczący olej do siłowników sterów. Gdy zamknęła oczy widziała jak grawitony ogniskują się w rezonatorze Erhardta, żeby ścisnąć czas i przestrzeń do punktu osobliwego. Był jej posłuszny i był jak przedłużenie jej ciała. Nie było żadnego Krisa, który mówił, że nie powinna przerywać szefowi nawet kiedy nie ma racji. Nie było Roberta, który powtarzał to, co powiedziała przed chwilą i dopiero wtedy stawało się prawdą. I któremu mówiono "świetna robota, dobrze się spisałeś".
I nie było jeszcze czegoś innego. Spojrzeń w kantynie. Takich samych gdy zamówiła sałatkę i gdy zamówiła lody. Nie było "to ta gruba od napędów grawitacyjnych" za jej plecami gdy ktoś myślał, że nie słyszy. Jakby jej nazwisko było za trudne do zapamiętania.
Gullo szukał kogoś, kto umie szybko latać. I rozmawiali o tym dokąd, za ile i jakie jest ryzyko. A może to było w ogóle bez znaczenia: miała swój statek i mogła nim polecieć gdzie chce. I wiedziała jak to zrobić. I to wystarczy.
Spojrzała w stronę wznoszącego się ku dachowi hangaru statecznika. Peggy stała na drabince z puszką farby olejnej i pędzelkiem robiąc ostatnie poprawki nowej nazwy statku. "LOREM IPSUM" odczytała wysokie czarne litery uśmiechając się w drodze do luku wejściowego.
– Dokąd lecicie? – odezwał się mosphagiański technik w odblaskowej kurtce.
– O, robimy lot testowy – Esmeralda starała się nadać głosowi niedbały i swobodny ton. – Najpierw przeskok suborbitalny do Agrhan a z tamtąd do układu Epillei.
– Epillei? Przecież tam nic nie ma, żadnego porządnego kosmodromu.
– Testujemy napęd w warunkach silnej grawitacji, chcemy wykorzystać te ciężkie gazowe olbrzymy – powtórzyła bajeczkę, która widniała w oficjalnym palnie lotu.
– Acha, acha – odparł obojętnie technik ruszając w swoim kierunku.
Ale gdyby Esmeralda znała się lepiej na mosphagiańskiej psychologii zauważyłaby, że patrzył na nią podejrzliwie conajmniej dwojgiem oczu.
Nussknacker siedział przy stoliku w mesie zawalonym arkuszami nowiutkich mosphagiańskich map nawigacyjnych układu Runduku, Epillei i przeglądówkami kilku sąsiednich układów, robiąc notatki w grubym zeszycie. Krystian ze śrubokrętem w łapkach mocował we wnęce obok stolika ekspres do sluminy.
– Czyżby zaczął pan już pisać "Wielki atlas Nussknackera" profesorze? – Esmeralda nie mogła ukryć dobrego humoru. – Startujemy o osiemnastej trzydzieści, ze stanowiska numer sześć. Za dwie godziny mają nas przeholować.
Zajrzała jeszcze do sterowni. Machinalnie obrzuciła spojrzeniem pulpity. Kawałek taśmy przy przełączniku podwozia zniknął, teraz widniał tam starannie wypisany ręką Peggy napis "PODWOZIE".
Siedzieli zapięci pasami, promienie zachodzącego Runduku oświetlały złotawym światłem wnętrze kabiny.
– Lorem Ipsum do kontroli. Gotowi do startu, kierunek odejścia dwa-siedem-zero, trajektoria paraboliczna, apogeum jeden-trzy-siedem.
– Kontrola do Lorem Ipsum. Zezwalam.