Siedzieli nieruchomo w fotelach, w milczeniu słuchając dźwięków dobiegających z zewnątrz. Skrzyp gałęzi, daleki krzyk myszołowa, szmer strumienia na kamieniach. Żadnych ludzkich odgłosów.
Zaparkowali na skraju polany otoczonej wysokimi świerkami i jodłami. Arnak bywał tu wcześniej i wiedział, że o tej porze dnia jest tu zupełnie pusto. Nie chcieli trafić ani na strażników parku, ani na turystów. Zresztą ci ostatni schodzili w doliny stromymi ścieżkami już po południu, spiesząc się, by jeszcze za widna dotrzeć do ciepłych kwater u górali. W okolicznych wioskach czekał na nich wieczorny posiłek i wygodne łóżko.
Arnak wysiadł pierwszy. Przez chwilę stał bez ruchu, chłonąc ciszę polany, zapach żywicy i chłód schodzący z gór. Kochał to miejsce. Fioly będzie zachwycona – pomyślał. Jednak obawa przed ujawnieniem nie pozwalała im jeszcze wspólnie cieszyć się pięknem tego miejsca.
Gdy upewnił się, że są sami, dał znak żonie i córce, by do niego dołączyły. Zabrali sprzęt biwakowy i ruszyli w kierunku grani. Szli ledwie widoczną ścieżką, wydeptaną przez czworonożnych mieszkańców gór. Pod stopami chrzęścił żwir, gdzieniegdzie zsuwały się drobne kamyki. Powietrze rzedło z każdym kolejnym zakrętem. Gdy przybywał tu sam, podejście zajmowało mu raptem kilkadziesiąt minut, lecz ze względu na córeczkę maszerowali wolniej.
W połowie drogi usłyszeli burczenie silnika dobiegające nie wiadomo skąd. Ojciec wciągnął obie towarzyszki między przerzedzone drzewa i cała trójka schowała się za pokrytą porostami skałą. Warkot narastał, aż w końcu zmaterializował się nad ich głowami w postaci kolorowego, owalnego skrzydła, pod którym wisiał ubrany na czarno człowiek.
– Motoparalotniarz – powiedział bardziej do siebie niż do nich.
– Co to jest moto…par…taloniarz, tatusiu? – zapytała szeptem Fioly.
– To taki prosty sposób na latanie – odpowiedział. – Ciekawe, co go tutaj przywiodło o tak późnej porze? Miejmy nadzieję, że nie wypatrzy naszego pojazdu pod drzewami.
Dalszą część drogi pokonali bez przeszkód. Obóz urządzili pod obszernym nawisem skalnym, kilkadziesiąt metrów poniżej grani, na płaskiej półce otoczonej kosodrzewiną. Zjedzony naprędce posiłek wyraźnie podniósł poziom energii i optymizmu małej. Szczebiotała, nieustannie zadając pytania, na które Arnak i Panau cierpliwie odpowiadali. Przed zmierzchem wspięli się na szczyt. Szczebiot Fioly zamilkł, gdy tylko jej główka wyjrzała ponad grań. Słońce dotykało już gór po drugiej stronie doliny. Jego gasnący blask oświetlał jeszcze czerwonym światłem szczyt, na który się wspięli, ale poniżej nich zalegał granatowy cień.
Usiedli na skraju urwiska. Z niemym zachwytem obserwowali, jak słońce powoli chowa się za wierzchołkami. Miasto rozciągnięte na dnie doliny rozdzielającej pasma gór stopniowo rozjarzało się żółtawym światłem lamp. Ich migoczące girlandy wytyczały szlaki ulic, po których bezgłośnie przesuwały się snopy samochodowych świateł.
– Czy my jesteśmy źli? – Fioly przerwała ciszę nieoczekiwanym pytaniem.
– Skąd ci to przyszło do głowy? – zaniepokoiła się Panau.
– No bo zabijać jest bardzo źle, prawda?
– Oczywiście – potwierdził Arnak. – Dlatego właśnie nikogo nie zabijamy.
Czekali, aż powie coś więcej, lecz córka milczała.
– Skąd to pytanie? – zagadnęła w końcu Panau.
– No bo to, co jemy, pochodzi z czegoś, co kiedyś żyło, prawda?
– Tak. Z roślin i ze zwierząt.
– Właśnie. Rośliny się zrywa, ale zwierzęta zabija – drążyła temat mała.
– Ach, o tym myślisz – uśmiechnął się Arnak. – Zbrodnią byłoby, gdybyśmy zabijali się nawzajem.
– Nawzajem? Czyli ty mnie albo mama ciebie?
– Przykład nie jest najlepszy. – Arnak przytulił córeczkę i żonę. – Bestialstwem jest zabijanie przedstawicieli własnego gatunku. Polowanie na mniej rozwinięte zwierzęta jest czymś zwyczajnym.
– Dlaczego?
– Tak po prostu działa nasz świat. Wiele gatunków poluje, bo są drapieżnikami. Zjadają inne zwierzęta, ale gdy umrą, zwracają naturze to, co od niej dostały.
– To my jesteśmy drapieżnikami?
– Można tak powiedzieć – wtrąciła Panau, biorąc córeczkę na ręce i przytulając. – I tak jak mówił tata, nie ma w tym nic złego.
– A dlaczego zjadamy jedne gatunki, a inne nie?
Arnak westchnął.
– Zjadamy te, których jest za dużo i które dostarczają dużo pożywienia. Zwykle większe ssaki. Najważniejsze, że prowadzimy odłów selektywny.
– Odłów? Co to?
– Selektywny odłów to polowanie wyłącznie na gatunki zwierząt, których jest za dużo.
– Jak dużo?
– Czasem naturę coś rozreguluje i jednych organizmów rodzi się tak wiele, że inne zaczynają ginąć. A wszystkie są potrzebne do zachowania równowagi. Trzeba pomóc naturze ją odzyskać. Selektywnie odławiamy te nadliczbowe i równowaga w przyrodzie wraca.
– A co, jeśli te zwierzęta, na które polujecie, są mamusiami i tatusiami? No bo, żeby mogły urodzić małe zwierzątko, najpierw muszą być rodzice, prawda?
Panau odwróciła głowę, ukrywając uśmiech.
– Tak, muszą być rodzice. – Arnak ponownie westchnął. – Tak właśnie działa natura. Wszystko, co żyje, potrzebuje rodziców.
– A jeśli one się kochają? Takie zwierzątko zostanie samo, bez mamy albo taty? Będzie mu strasznie smutno, prawda?
– One łączą się w pary tylko po to, żeby mieć małe. To nie jest miłość, tylko zwykły instynkt – powiedział z naciskiem Arnak. – Małe szybko rosną, odchodzą i żyją osobno.
Dziewczynka otworzyła usta, by zadać kolejne pytanie.
– Że też ze wszystkich tematów nurtuje cię akurat ten, córeczko – uprzedził ją, podtykając lornetkę przed oczy.
– Spójrz, jak tu jest pięknie.
Fioly w skupieniu lustrowała światła pojedynczych domów na przeciwległych stokach, po czym skierowała lornetkę na miasto w dolinie.
– Jeśli moja praca pójdzie zgodnie z planem – ciągnął dalej ojciec – gdy dorośniesz, zrobi się tu jeszcze ładniej. Nie będzie zanieczyszczeń, hałasu i całego tego bałaganu, jaki tworzą ludzie. Za to będzie więcej natury.
– Właśnie! – Panau znów włączyła się do rozmowy. – Gdy dorośniesz i sama będziesz miała swoją córeczkę albo synka, to…
– I męża – wtrąciła z poważną miną Fioly.
– …i męża – potwierdziła matka – to, co teraz widzisz, będzie znowu w równowadze. Będziemy tu mieszkać razem z twoimi dziećmi, z naszymi przyjaciółmi i znajomymi.
– I wy to wszystko poukładacie? – zapytała, patrząc na rodziców.
Arnak odetchnął.
– Praca moja i mamy polega na tym, aby zbadać, policzyć i zaplanować. Gdy plan będzie gotowy, przybędą najlepsi fachowcy ze wszystkim, co jest potrzebne i zaprowadzą porządek.
– A co będzie z nadmiarowymi zwierzętami?
– Tak jak powiedział ci tata, liczebność nadmiernie rozmnożonych gatunków zostanie zmniejszona do naturalnych proporcji – beznamiętnie wyjaśniła Panau.
– I wszystkie te zwierzęta zostaną ubite na pokarm?
– Nie, tylko te, których nadmiar zagraża innym gatunkom.
– Poza tym nie zostaną ubite, tylko odłowione – wtrącił Arnak.
– A jaka to różnica?
– Ubija się zwierzęta hodowane w niewoli. Żyją w ciągłym strachu, czekając na śmierć. Ich przesiąknięte stresem mięso jest niezdrowe.
– W takim razie, po co hodować?
– Bo są ludzie, którzy to jedzą. Spójrz. – Arnak wskazał dwa długie budynki ustawione prostopadle do rzeki, otoczone ogrodzeniem z mocnymi lampami. – Na tamtej fermie żyje w zamknięciu ponad sto tysięcy kurczaków. Nigdy nie widzą nieba.
– To jak się powinno robić?
– Powinno się odławiać, czyli polować. Zwierzę kończy życie niespodziewanie, bez strachu i do końca żyje wolne w naturalnym środowisku.
– Krótko – skwitowała mała.
– Każdy kiedyś umiera.
– A policzyłeś już te za duże gatunki, tatusiu? Wiesz, które to są?
– Większość policzyłem. Pokażę ci kilka.
Arnak potrząsnął nadgarstkiem. Nad jego ręką zawisła holograficzna bańka pełna kolorowych kulek. Gestem wybrał jedną. Pojawił się trójwymiarowy obraz zwierzęcia.
– Ale długaśna szyja – zauważyła Fioly.
– Tych nie będziemy odławiać. Nie zagrażają ekosystemowi.
Arnak wskazał kolejną kulkę. Żyrafa ustąpiła miejsca świni.
– Tych jest prawie miliard, czyli…
– Różowiutka – skomentowała. – I ma taki śmieszny ryjek.
– …jest ich kilkaset razy za dużo – dokończył.
Kolejny obraz zachwycił Fioly – dziko żyjące, wielkie koty. Mała z radością przyjęła informację, że ich populacja jest w równowadze.
– Te pasiaste i centkowane czworonogi, które tak ci się podobają – łagodnie przemówiła do córki Panau – to drapieżniki. Wyglądają niewinnie, ale żeby się najeść, czasem muszą coś upolować i to nie znaczy, że są złe.
Ostatni gest przywołał człowieka. Fioly przyglądała mu się.
– Za dużo?
– Siedem i pół miliarda – powiedział cicho Arnak.
Panau odwróciła głowę od hologramu i patrzyła w dolinę na rozświetlone miasto.
– Budowle, drogi, dymy. Nie potrafią współdziałać z naturą. Zniszczą ją.
Fioly zmarszczyła brwi. Popatrzyła na hologram, na rodziców, znowu w dolinę.
– Tam mieszkają.
– Tak – odparł Arnak.
Mała chciała coś dodać, ale nie wiedziała, co. Arnak zgasił hologram ruchem palca.
* * *
O świcie zbudził ich trel drozda. Ptak śpiewał przeraźliwie głośno, jakby skarżąc się z powodu zbłądzenia w tak wysokie partie gór. Powietrze było zimne i wilgotne od rosy. Panau z Fioly zwinęły posłania, Arnak podgrzał poranny posiłek.
Jedli w milczeniu. Mała zaczęła bawić się jedzeniem, a Panau w zamyśleniu utkwiła wzrok w dolinie.
– Wam też nie smakuje? – zapytał Arnak.
Panau spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem.
– Wracajmy. – Arnak się podniósł. – Idźcie, zanim dotrą tu pierwsi turyści. Spakuję ekwipunek i was dogonię.
Panau zebrała naczynia, zgarnęła małą i obie ruszyły w dół. Matka starannie wybierała miejsca, w których stawiała nogi, uważając, aby kroki nie były zbyt duże dla małej. Fioly podążała tuż za nią, trzymając jej haczykowato zakończony ogon. Każdą z trzech małych stópek usiłowała postawić dokładnie w te miejsca co mama. Strome zejścia nie stanowiły dla Tarachinejczyków problemu.
Arnak pakował sprzęt. Biwak na łonie natury miał być wytchnieniem po dniach intensywnej pracy. Chciał pokazać bliskim piękno tego miejsca. Bezchmurne niebo pozwoliło nawet dostrzec Ramię Perseusza w Drodze Mlecznej, w którym leżała ich rodzinna Tarachina. Wsunął do plecaka menażkę i spojrzał na ręce. Drżały.
Gdy domykał plecak, zdał sobie sprawę, że brakuje lornetki. Pewnie mała zostawiła ją na grani. Pobiegł w kierunku szczytu.
Lornetka leżała na skale, z której obserwowali zachód słońca. Powietrze było czyste i rześkie. Słońce wschodziło za jego plecami, wlewając światło w dolinę. Jasne promienie zmywały szarość z dachów i ulic. Parki, klomby i trawniki w miasteczku rozświetlały się żywymi kolorami lata.
Mgła uniosła się znad migotliwego błękitu rzeki. Dostrzegł ruch na mostku. Spojrzał przez lornetkę. Troje ludzi. Dwoje większych prowadziło między sobą malucha, który zatrzymywał się co chwilę i wyskakiwał z całej siły w górę. Dorośli bujali rozfikanym malcem i odstawiali przed sobą. Zabawa powtarzała się co kilka kroków.
W głowie Arnaka kołatało pytanie córki sprzed kilku godzin.
– Nie jesteśmy źli – powiedział do siebie.
Odwrócił się i pogalopował w stronę parkingu.