- Opowiadanie: Berig - Biwak

Biwak

Rodzinny biwak w Alpach, na dziko i z dala od wzroku strażników parku, wydawał się doskonałym pomysłem. Do chwili, gdy latorośl zaczęła zadawać niewygodne pytania. 

 

Bardzo dziękuję betującym Asylum i MichaelBullfinch. Bez ich cennych uwag to opowiadanie nie wyglądałoby tak jak teraz.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Biwak

Siedzieli nieruchomo w fotelach, w milczeniu słuchając dźwięków dobiegających z zewnątrz. Skrzyp gałęzi, daleki krzyk myszołowa, szmer strumienia na kamieniach. Żadnych ludzkich odgłosów.

Zaparkowali na skraju polany otoczonej wysokimi świerkami i jodłami. Arnak bywał tu wcześniej i wiedział, że o tej porze dnia jest tu zupełnie pusto. Nie chcieli trafić ani na strażników parku, ani na turystów. Zresztą ci ostatni schodzili w doliny stromymi ścieżkami już po południu, spiesząc się, by jeszcze za widna dotrzeć do ciepłych kwater u górali. W okolicznych wioskach czekał na nich wieczorny posiłek i wygodne łóżko.

Arnak wysiadł pierwszy. Przez chwilę stał bez ruchu, chłonąc ciszę polany, zapach żywicy i chłód schodzący z gór. Kochał to miejsce. Fioly będzie zachwycona – pomyślał. Jednak obawa przed ujawnieniem nie pozwalała im jeszcze wspólnie cieszyć się pięknem tego miejsca.

Gdy upewnił się, że są sami, dał znak żonie i córce, by do niego dołączyły. Zabrali sprzęt biwakowy i ruszyli w kierunku grani. Szli ledwie widoczną ścieżką, wydeptaną przez czworonożnych mieszkańców gór. Pod stopami chrzęścił żwir, gdzieniegdzie zsuwały się drobne kamyki. Powietrze rzedło z każdym kolejnym zakrętem. Gdy przybywał tu sam, podejście zajmowało mu raptem kilkadziesiąt minut, lecz ze względu na córeczkę maszerowali wolniej.

W połowie drogi usłyszeli burczenie silnika dobiegające nie wiadomo skąd. Ojciec wciągnął obie towarzyszki między przerzedzone drzewa i cała trójka schowała się za pokrytą porostami skałą. Warkot narastał, aż w końcu zmaterializował się nad ich głowami w postaci kolorowego, owalnego skrzydła, pod którym wisiał ubrany na czarno człowiek.

– Motoparalotniarz – powiedział bardziej do siebie niż do nich.

– Co to jest moto…par…taloniarz, tatusiu? – zapytała szeptem Fioly.

– To taki prosty sposób na latanie – odpowiedział. – Ciekawe, co go tutaj przywiodło o tak późnej porze? Miejmy nadzieję, że nie wypatrzy naszego pojazdu pod drzewami.

Dalszą część drogi pokonali bez przeszkód. Obóz urządzili pod obszernym nawisem skalnym, kilkadziesiąt metrów poniżej grani, na płaskiej półce otoczonej kosodrzewiną. Zjedzony naprędce posiłek wyraźnie podniósł poziom energii i optymizmu małej. Szczebiotała, nieustannie zadając pytania, na które Arnak i Panau cierpliwie odpowiadali. Przed zmierzchem wspięli się na szczyt. Szczebiot Fioly zamilkł, gdy tylko jej główka wyjrzała ponad grań. Słońce dotykało już gór po drugiej stronie doliny. Jego gasnący blask oświetlał jeszcze czerwonym światłem szczyt, na który się wspięli, ale poniżej nich zalegał granatowy cień.

Usiedli na skraju urwiska. Z niemym zachwytem obserwowali, jak słońce powoli chowa się za wierzchołkami. Miasto rozciągnięte na dnie doliny rozdzielającej pasma gór stopniowo rozjarzało się żółtawym światłem lamp. Ich migoczące girlandy wytyczały szlaki ulic, po których bezgłośnie przesuwały się snopy samochodowych świateł.

– Czy my jesteśmy źli? – Fioly przerwała ciszę nieoczekiwanym pytaniem.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – zaniepokoiła się Panau.

– No bo zabijać jest bardzo źle, prawda?

– Oczywiście – potwierdził Arnak. – Dlatego właśnie nikogo nie zabijamy.

Czekali, aż powie coś więcej, lecz córka milczała.

– Skąd to pytanie? – zagadnęła w końcu Panau.

– No bo to, co jemy, pochodzi z czegoś, co kiedyś żyło, prawda?

– Tak. Z roślin i ze zwierząt.

– Właśnie. Rośliny się zrywa, ale zwierzęta zabija – drążyła temat mała.

– Ach, o tym myślisz – uśmiechnął się Arnak. – Zbrodnią byłoby, gdybyśmy zabijali się nawzajem.

– Nawzajem? Czyli ty mnie albo mama ciebie?

– Przykład nie jest najlepszy. – Arnak przytulił córeczkę i żonę. – Bestialstwem jest zabijanie przedstawicieli własnego gatunku. Polowanie na mniej rozwinięte zwierzęta jest czymś zwyczajnym.

– Dlaczego?

– Tak po prostu działa nasz świat. Wiele gatunków poluje, bo są drapieżnikami. Zjadają inne zwierzęta, ale gdy umrą, zwracają naturze to, co od niej dostały.

– To my jesteśmy drapieżnikami?

– Można tak powiedzieć – wtrąciła Panau, biorąc córeczkę na ręce i przytulając. – I tak jak mówił tata, nie ma w tym nic złego.

– A dlaczego zjadamy jedne gatunki, a inne nie?

Arnak westchnął.

– Zjadamy te, których jest za dużo i które dostarczają dużo pożywienia. Zwykle większe ssaki. Najważniejsze, że prowadzimy odłów selektywny.

– Odłów? Co to?

– Selektywny odłów to polowanie wyłącznie na gatunki zwierząt, których jest za dużo.

– Jak dużo?

– Czasem naturę coś rozreguluje i jednych organizmów rodzi się tak wiele, że inne zaczynają ginąć. A wszystkie są potrzebne do zachowania równowagi. Trzeba pomóc naturze ją odzyskać. Selektywnie odławiamy te nadliczbowe i równowaga w przyrodzie wraca.

– A co, jeśli te zwierzęta, na które polujecie, są mamusiami i tatusiami? No bo, żeby mogły urodzić małe zwierzątko, najpierw muszą być rodzice, prawda?

Panau odwróciła głowę, ukrywając uśmiech.

– Tak, muszą być rodzice. – Arnak ponownie westchnął. – Tak właśnie działa natura. Wszystko, co żyje, potrzebuje rodziców.

– A jeśli one się kochają? Takie zwierzątko zostanie samo, bez mamy albo taty? Będzie mu strasznie smutno, prawda?

– One łączą się w pary tylko po to, żeby mieć małe. To nie jest miłość, tylko zwykły instynkt – powiedział z naciskiem Arnak. – Małe szybko rosną, odchodzą i żyją osobno.

Dziewczynka otworzyła usta, by zadać kolejne pytanie.

– Że też ze wszystkich tematów nurtuje cię akurat ten, córeczko – uprzedził ją, podtykając lornetkę przed oczy.

– Spójrz, jak tu jest pięknie.

Fioly w skupieniu lustrowała światła pojedynczych domów na przeciwległych stokach, po czym skierowała lornetkę na miasto w dolinie.

– Jeśli moja praca pójdzie zgodnie z planem – ciągnął dalej ojciec – gdy dorośniesz, zrobi się tu jeszcze ładniej. Nie będzie zanieczyszczeń, hałasu i całego tego bałaganu, jaki tworzą ludzie. Za to będzie więcej natury.

– Właśnie! – Panau znów włączyła się do rozmowy. – Gdy dorośniesz i sama będziesz miała swoją córeczkę albo synka, to…

– I męża – wtrąciła z poważną miną Fioly.

– …i męża – potwierdziła matka – to, co teraz widzisz, będzie znowu w równowadze. Będziemy tu mieszkać razem z twoimi dziećmi, z naszymi przyjaciółmi i znajomymi.

– I wy to wszystko poukładacie? – zapytała, patrząc na rodziców.

Arnak odetchnął.

– Praca moja i mamy polega na tym, aby zbadać, policzyć i zaplanować. Gdy plan będzie gotowy, przybędą najlepsi fachowcy ze wszystkim, co jest potrzebne i zaprowadzą porządek.

– A co będzie z nadmiarowymi zwierzętami?

– Tak jak powiedział ci tata, liczebność nadmiernie rozmnożonych gatunków zostanie zmniejszona do naturalnych proporcji – beznamiętnie wyjaśniła Panau.

– I wszystkie te zwierzęta zostaną ubite na pokarm?

– Nie, tylko te, których nadmiar zagraża innym gatunkom.

– Poza tym nie zostaną ubite, tylko odłowione – wtrącił Arnak.

– A jaka to różnica?

– Ubija się zwierzęta hodowane w niewoli. Żyją w ciągłym strachu, czekając na śmierć. Ich przesiąknięte stresem mięso jest niezdrowe.

– W takim razie, po co hodować?

– Bo są ludzie, którzy to jedzą. Spójrz. – Arnak wskazał dwa długie budynki ustawione prostopadle do rzeki, otoczone ogrodzeniem z mocnymi lampami. – Na tamtej fermie żyje w zamknięciu ponad sto tysięcy kurczaków. Nigdy nie widzą nieba.

– To jak się powinno robić?

– Powinno się odławiać, czyli polować. Zwierzę kończy życie niespodziewanie, bez strachu i do końca żyje wolne w naturalnym środowisku.

– Krótko – skwitowała mała.

– Każdy kiedyś umiera.

– A policzyłeś już te za duże gatunki, tatusiu? Wiesz, które to są?

– Większość policzyłem. Pokażę ci kilka.

Arnak potrząsnął nadgarstkiem. Nad jego ręką zawisła holograficzna bańka pełna kolorowych kulek. Gestem wybrał jedną. Pojawił się trójwymiarowy obraz zwierzęcia.

– Ale długaśna szyja – zauważyła Fioly.

– Tych nie będziemy odławiać. Nie zagrażają ekosystemowi.

Arnak wskazał kolejną kulkę. Żyrafa ustąpiła miejsca świni.

– Tych jest prawie miliard, czyli…

– Różowiutka – skomentowała. – I ma taki śmieszny ryjek.

– …jest ich kilkaset razy za dużo – dokończył.

Kolejny obraz zachwycił Fioly – dziko żyjące, wielkie koty. Mała z radością przyjęła informację, że ich populacja jest w równowadze.

– Te pasiaste i centkowane czworonogi, które tak ci się podobają – łagodnie przemówiła do córki Panau – to drapieżniki. Wyglądają niewinnie, ale żeby się najeść, czasem muszą coś upolować i to nie znaczy, że są złe.

Ostatni gest przywołał człowieka. Fioly przyglądała mu się.

– Za dużo?

– Siedem i pół miliarda – powiedział cicho Arnak.

Panau odwróciła głowę od hologramu i patrzyła w dolinę na rozświetlone miasto.

– Budowle, drogi, dymy. Nie potrafią współdziałać z naturą. Zniszczą ją.

Fioly zmarszczyła brwi. Popatrzyła na hologram, na rodziców, znowu w dolinę.

– Tam mieszkają.

– Tak – odparł Arnak.

Mała chciała coś dodać, ale nie wiedziała, co. Arnak zgasił hologram ruchem palca.

 * * *

O świcie zbudził ich trel drozda. Ptak śpiewał przeraźliwie głośno, jakby skarżąc się z powodu zbłądzenia w tak wysokie partie gór. Powietrze było zimne i wilgotne od rosy. Panau z Fioly zwinęły posłania, Arnak podgrzał poranny posiłek.

Jedli w milczeniu. Mała zaczęła bawić się jedzeniem, a Panau w zamyśleniu utkwiła wzrok w dolinie.

– Wam też nie smakuje? – zapytał Arnak.

Panau spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem.

– Wracajmy. – Arnak się podniósł. – Idźcie, zanim dotrą tu pierwsi turyści. Spakuję ekwipunek i was dogonię.

Panau zebrała naczynia, zgarnęła małą i obie ruszyły w dół. Matka starannie wybierała miejsca, w których stawiała nogi, uważając, aby kroki nie były zbyt duże dla małej. Fioly podążała tuż za nią, trzymając jej haczykowato zakończony ogon. Każdą z trzech małych stópek usiłowała postawić dokładnie w te miejsca co mama. Strome zejścia nie stanowiły dla Tarachinejczyków problemu.

Arnak pakował sprzęt. Biwak na łonie natury miał być wytchnieniem po dniach intensywnej pracy. Chciał pokazać bliskim piękno tego miejsca. Bezchmurne niebo pozwoliło nawet dostrzec Ramię Perseusza w Drodze Mlecznej, w którym leżała ich rodzinna Tarachina. Wsunął do plecaka menażkę i spojrzał na ręce. Drżały.

Gdy domykał plecak, zdał sobie sprawę, że brakuje lornetki. Pewnie mała zostawiła ją na grani. Pobiegł w kierunku szczytu.

Lornetka leżała na skale, z której obserwowali zachód słońca. Powietrze było czyste i rześkie. Słońce wschodziło za jego plecami, wlewając światło w dolinę. Jasne promienie zmywały szarość z dachów i ulic. Parki, klomby i trawniki w miasteczku rozświetlały się żywymi kolorami lata.

Mgła uniosła się znad migotliwego błękitu rzeki. Dostrzegł ruch na mostku. Spojrzał przez lornetkę. Troje ludzi. Dwoje większych prowadziło między sobą malucha, który zatrzymywał się co chwilę i wyskakiwał z całej siły w górę. Dorośli bujali rozfikanym malcem i odstawiali przed sobą. Zabawa powtarzała się co kilka kroków.

W głowie Arnaka kołatało pytanie córki sprzed kilku godzin.

– Nie jesteśmy źli – powiedział do siebie.

Odwrócił się i pogalopował w stronę parkingu.

Koniec

Komentarze

No, zaskoczyłeś w drugiej części.

Niby nic wielkiego, ale ten twist mnie ni to rozbawił, ni to ujął.

Babska logika rządzi!

Domyśliłem się ciągu dalszego, gdy padło: “Siedem i pół miliarda”. Ale i tak przyjemne:) Pozdrawiam :) 

LL

Podobało mi się. Muszę przyznać, że mnie zaskoczyłeś. Dziecko jak zwykle potrafi obnażyć liczne dziury w ideologiach dorosłych, zadając proste pytania.

bogjelen

Sugestia, że sami nie potrafimy uporządkować własnego świata, nie jest czymś specjalnie nowym, i to od dość dawna. Lecz to nie krytyka Twojego tekstu, lecz jedynie stwierdzenia faktu.

Czytało się płynnie.

Pozdrawiam.

Witaj. :)

 

Kwestie techniczne i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

Siedzieli nieruchomo w fotelach, w milczeniu słuchając odgłosów dobiegających z zewnątrz. Słychać było tylko szmer natury cichnącej przed wieczorem. Żadnych ludzkich odgłosów. – powtórzenia/styl?

Zresztą ci ostatni schodzili stąd stromymi ścieżkami w doliny już po południu, spiesząc się, by jeszcze za widna dotrzeć do ciepłych kwater u górali. – czy ta aliteracja (i inne – np.: „płaskiej półce porośniętej” ) jest celowa?

W okolicznych wioskach czekały na nich (dwukropek?) wieczorny posiłek i wygodne łóżka.

– A co (przecinek?) jeśli te zwierzęta, na które polujecie, też są mamusiami i tatusiami?

– Że też ze wszystkich tematów nurtuje cię akurat ten, córeczko. – Uprzedził ją, podtykając lornetkę przed oczy. – tu mam wątpliwość, czy to nie jest gębowe?

– Jeśli moja praca pójdzie zgodnie z planem – ciągnął dalej ojciec – gdy dorośniesz, zrobi się tu jeszcze ładniej. Nie będzie zanieczyszczeń, hałasu i całego tego bałaganu, jaki tworzą ludzie. Za to będzie tu znacznie więcej natury. – powtórzenie?

– I wy to wszystko poukładacie? – zapytała, patrząc na obydwoje rodziców. – czy liczebnik jest konieczny?

Panau z pomocą Fioly zwinęły posłania, Arnak podgrzał poranny posiłek. – mocno mi to zgrzyta (?); może usunąć: „pomocą”?

 

Zasadnicze pytanie, które pojawia się po lekturze: „Kto w takim razie jest zły i co tak naprawdę oznacza zło”? W sumie bardzo gorzki w swej wymowie, dający do myślenia tekst, brawa. :)

Pozdrawiam serdecznie, klik. :) 

Pecunia non olet

Finklo, lutku, bógjeleniu, Adamie, bruce, Dziękuję serdecznie za przeczytanie i komentarze. Cieszę się, że tekst zaskoczył i przy okazji zatrzymał na chwilę.

Bruce dziękuję za uwagi techniczne – z prawie wszystkich skorzystałem.

 

Odpowiadając na pytanie, które bruce zadała na końcu komentarza: Kto w takim razie jest zły i co tak naprawdę oznacza zło? Złem, którego dotyczy opowiadanie, jest zabijanie. A pytanie, które chciałem postawić w jego kontekście, brzmi raczej: kto nie jest zły? W najczystszym przypadku – ten, kto w ogóle nie zabija. Ludzie tymczasem nieustannie szukają sobie usprawiedliwień, każdy według własnych potrzeb. Człowiek ułożył sobie wygodną zasadę, że zabijanie każdego niżej rozwiniętego gatunku nie jest złem. Od tej zasady istnieją wyjątki – różne lokalne tabu: jedni nie jedzą psów, choć w Chinach hoduje się je specjalnie w tym celu. Zdarza się, że wegetarianie, ci mniej radykalni, mówią w restauracji: mięsa nie jem, no chyba że ryby – tak jakby ryba nie wymagała zabicia. Wielu myśliwych z kolei brzydzi się hodowlą zwierząt na ubój, a polowanie i zabijanie zwierzęcia, które do końca żyło na wolności, uważa za szlachetne.

 

Próbowałem sobie wyobrazić kogoś, przybysza z obcej planety, który widzi człowieka jako jeden z gatunków na liście. Jaki miałby powód, żeby nie ruszać tego konkretnego gatunku? Czy dlatego, że na każdej planecie najwyżej rozwinięty gatunek z definicji jest tabu? Czy musiałby spełnić jakiś warunek – na przykład nawiązywać więzi rodzinne? Ale wtedy znów rozsypuje się logika, bo łabędzie tworzą trwałe pary, a nie zauważyłem, żeby z tego powodu unikano łabędziego mięsa. Małpy też tworzą więzi. Granica okazuje się ruchoma i sami ją przesuwamy tam, gdzie nam wygodnie.

 

Dziecięca dociekliwość w opowiadaniu jest narzędziem – pretekstem do tego, żeby zdemaskować ideologię dorosłych, którzy, raz ustaliwszy oficjalną wersję swojego rozumowania, przestają się nad nią zastanawiać.

 

 

Dla jasności: sam nie jestem wegetarianinem, ale czasem dopadają mnie tego typu myśli, więc postanowiłem podzielić się tym ciężarem z Wami. devil

 

Finklo, Michaelu, Bruce – dziękuję za kliki. smiley

Pozdrawiam.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Dla mnie, opko jest klarowne, ładne, z wyraźnym twistem. Konfrontujesz nas z zasadą złotego środka, narzędziem do tego jest dziecko, nie znające jeszcze kontekstu w którym żyje. Problem/temat nie nowy, lecz nigdy nie przestanie być ważny, chyba że zaczniemy "czniać" wartości, zdobycze cywilizacyjne, bądź naturalne prawa przeżycia społeczeństw/grup itd/itp, co jest niemożliwe. Użyłam słowa "prawa naturalne", którego nie cierpię z powodu jego nadużywania, lecz nie znajduję innego, krótszego dwusłowia. Chodzi mi w nim o to, że rozwój pojedynczej jednostki/istoty świadomej odbywa się poprzez konstatację/uczenie, że razem oznacza więcej, łatwiej, przyjemniej, choć naturalnie nie bez zgrzytów i pojawiają się siły odśrodkowe.

 

Moje myśli po pierwszym przeczytaniu znasz, lecz napiszę kilka słów po przeczytaniu wersji końcowej. Wszystkie podkreślenia są sugestią "do kasacji", której naturalnie nie musisz wykonać. Każdy tekst jest autorski, czyli Twój. 

 

Poniżej moje czytelnicze odniesienia, przypadkiem nie przerażaj się, ponieważ są wyłącznie indywidualnym odniesieniem:

 

->Zmieniłabym tytuł na "Zepsuty/nieudany biwak", "Biwaki potrafią dać w kość/nie są przyjemne", "Biwak w Alpach". Chodzi mi o narzucenie linii interpretacji od samego początku.

 

->Opisy są ważne – działają na wyobraźnię, kreują obrazy, wspominki, przypomnienia; są ok, jednak popracowałabym nad nimi, w niektórych miejscach. Daj czytelnikowi odczuć, gdzie jest, towarzysząc bohaterom, nie rozpisuj się, lecz spróbuj uchwycić główne wrażenie, kolor, dźwięk, zapach, oddech, ciężar, równowagę. Nie koncentruj się tylko na wzroku.

 

->Unikaj mieszania fantasy, sf, ogólników.

'dotrzeć do ciepłych kwater u górali. W okolicznych wioskach czekał na nich wieczorny posiłek i wygodne łóżko'.

 

->Oszczędniej używaj przymiotników i przysłówków, bazuj na czasownikach.

'Zaparkowali na skraju niemal płaskiej polany'

'Nasłuchiwał jeszcze przez chwilę';  "nasłuchiwał" nie jest najszczęśliwsze – czaruj, on kocha to miejsce i jednocześnie boi się ujawnienia, postaraj się być niejednoznaczny, np. Słuchał, przymknął powieki, odetchnął, a może wrzuć jakąś myśl – wreszcie weekend w tym cudownym miejscu? Fiola będzie zachwycona

'między rzednące drzewa', nieładne slowo

'porośniętej rzadką kosodrzewiną', przymiotnik nic nie wnosi

'wtedy jednych organizmów rodzi się tak wiele, że inne zaczynają z tego powodu ginąć. A wszystkie gatunki są potrzebne do zachowania równowagi. Wtedy trzeba pomóc naturze odzyskać ją. Selektywnie odławiamy te nadliczbowe i równowaga w przyrodzie wraca'

'też są mamusiami i tatusiami'

'znacznie więcej natury'

'Jedli w milczeniu. Mała szybko zaczęła bawić się jedzeniem, a Panau w zamyśleniu utkwiła wzrok w dolinie.

– Wam też nie smakuje? – zapytał Arnak.

Panau spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem.

– Wracajmy. – Arnak podniósł się. – Idźcie, zanim dotrą tu pierwsi turyści. Spakuję sprzęt i was dogonię.

Panau zebrała naczynia, schowała do pojemnika, zgarnęła małą i obie ruszyły w dół. 

Szły szybko'

'Każdą ze swoich trzech małych stópek usiłowała postawić dokładnie w te same miejsca co mama. Strome zejścia nie stanowiły dla Tarachinejczyków większego problemu.

 

-> Poruszaj się ostrożnie.

'Ostatni gest przywołał obraz człowieka. Fioly przyglądała mu się przez chwilę w milczeniu.

Tego też jest za dużo?

– Siedem i pół miliarda – powiedział cicho Arnak.

Panau odwróciła głowę od hologramu i patrzyła w dolinę na rozświetlone miasto.

Te wszystkie budowle, drogi, dymy. Ludzie nie potrafią współdziałać z naturą. Zwyczajnie ją niszczą.

Fioly zmarszczyła brwi. Popatrzyła na hologram, potem na rodziców, potem znowu w dolinę.

Oni tam mieszkają.

– Tak – odparł Arnak. – Są tam.

Mała chciała jeszcze coś dodać, ale nie wiedziała, co. Arnak zgasił hologram ruchem palca.

 

'Zatopiony w myślach Arnak pakował sprzęt biwakowy… 

W głowie Arnaka wciąż kołatało pytanie córki sprzed kilku godzin.

– Nie jesteśmy źli – powiedział do siebie.

Odwrócił się i niemal pogalopował w stronę parkingu'.

 

W tym fragmencie powielasz pakowanie plecaka/sprzętu biwakowego. Spróbuj zrobić z tego jeden ciąg, za wyjątkiem ostatniego akordu. Słowem uporządkuj wrażenia. ułatw czytelnikowi podążanie za Arnakiem, wg jakiejś sekwencji, np. 

"Arnak pakował sprzęt biwakowy. Spojrzał na swoje ręce ściskające menażkę. Biwak na łonie natury miał być wytchnieniem po dniach intensywnej pracy. Nie był. Bezchmurne niebo pozwalało dostrzec Ramię Perseusza w Drodze Mlecznej, w którym leżała Trachina. Włożył menażkę i zdał sobie sprawę, że nie ma lornetki, którą mała zostawiła ją na grani. Pobiegł tam.

Lornetka leżała na skale. Powietrze było czyste i rześkie. Słońce wschodziło za jego plecami, wlewając światło w dolinę. Jasne promienie zmywały szarość z dachów i ulic. Parki, klomby i trawniki w miasteczku rozświetlały się żywymi kolorami lata.

Mgła unosiła się znad migotliwego błękitu rzeki, odsłaniając mostek. Dostrzegł ruch na mostku. Spojrzał przez lornetkę. Trójka. Dwójka prowadziła malucha, który zatrzymywał się na chwilę, zostawał w tyle i wyskakiwał z całej siły w górę. Dorośli bujali kilka razy rozfikanym malcem i odstawiali przed sobą. Zabawa powtarzała się co kilka kroków.

W głowie Arnaka wciąż kołatało pytanie córki sprzed kilku godzin.

– Nie jesteśmy źli – powiedział do siebie.

Odwrócił się i niemal pogalopował w stronę parkingu'.

 

Opko zdecydowanie biblioteczne, moim zdaniem. 

 

pzd srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Berigu, i ja dziękuję oraz pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

Bardzo dobry ten zwrot od tych 7,5 miliarda. Na początku zwyczajny dialog, z gatunku tych, które prowadził prawie każdy rodzic, a potem… Dla takich rzeczy czytam opowiadania. Pozdrawiam!

Grześku,

Bardzo dobry ten zwrot od tych 7,5 miliarda. Na początku zwyczajny dialog, z gatunku tych, które prowadził prawie każdy rodzic, a potem… Dla takich rzeczy czytam opowiadania. Pozdrawiam!

Dla takich komentarzy chcę pisać! heart

No tośmy sobie, ..., polatali!

Przeżyłam na naszej planecie trzy ćwierci wieku i chyba w jakimś stopniu zdążyłam przywyknąć do panujących zwyczajów. A choć nie wszystko odbywa się po mojej myśli, to pozostanę z nadzieją, że nagle nie zjawią się jacyś Tarachinejczycy, by wprowadzić nowe „jedynie słuszne zasady”.

Idę do klikarni. :)

 

i męża – po­twier­dzi­ła matka… → Zbędna spacja po wielokropku.

 

Arnak wska­zał na dwa dłu­gie bu­dyn­ki… → Arnak wska­zał dwa dłu­gie bu­dyn­ki

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

jest ich kil­ka­set razy za dużo – do­koń­czył. → Zbędna spacja po wielokropku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, Asylum, za betę po becie. Przyznam, że wygodniej czyta mi się komentarze zamieszczone na forum, niż te w Google Docs. Lubię interakcję, jaką daje wspólna edycja dokumentów, ale gdy dochodzi konieczność przenoszenia poprawek do mojego macierzystego edytora, praca się komplikuje. 

Bez obawy – nie przerażam się. smiley Za to doceniam możliwość skorzystania z cudzej uważności oraz doświadczenia. Twoja umiejętność wychwytywania nie niezbędnych miejsc, które nadają się do kasacji – jest bezcenna. Z większości sugestii skorzystałem. Jednak w kilku punktach, nawet po przemyśleniu, widzę sens pozostawienia słów – o czym poniżej. 

 

Zmieniłabym tytuł na "Zepsuty/nieudany biwak", "Biwaki potrafią dać w kość/nie są przyjemne", "Biwak w Alpach". Chodzi mi o narzucenie linii interpretacji od samego początku.

Chętnie poznam Twoją argumentację za dookreśleniem tytułu. Podoba mi się Twój zmysł do usuwania z tekstu zbędnych przymiotników i przysłówków, a tutaj mam wrażenie, że kusi Cię ruch w przeciwną stronę.

Nadałem opowiadaniu krótki, neutralny tytuł właśnie po to, żeby zbyt wiele nie zapowiadał. Czytelnik może wejść w tekst bez narzuconej z góry interpretacji i dać się zaskoczyć. Czytelnicy na portalu NF są na tym punkcie wyczuleni i zwykle od razu sygnalizują w komentarzach, jeśli zbyt wcześnie zorientują się, dokąd tekst zmierza.

„Biwak w Alpach” jeszcze rozumiem – to „uatrakcyjnienie”, bo brzmi ciekawiej niż, np. domyślny „Biwak w Borach Tucholskich”. Natomiast „Zepsuty biwak”, „Nieudany biwak” czy „Biwaki potrafią dać w kość” już od początku sugerują, że coś pójdzie nie tak. A czy nie lepiej, żeby ta świadomość pojawiała się stopniowo?

Dlatego ciekawi mnie, co Twoim zdaniem tekst zyskuje na takim wcześniejszym narzuceniu linii interpretacji.

 

Unikaj mieszania fantasy, sf, ogólników.

'dotrzeć do ciepłych kwater u górali. W okolicznych wioskach czekał na nich wieczorny posiłek i wygodne łóżko'.

Chodzi Ci o „ciepłe kwatery u górali”, że brzmią zbyt fantasy? Pisałem ten fragment na podstawie obserwacji gór otaczających Grenoble. Tam rzeczywiście chodzi się po wysokich, stromych górach i mocno pilnuje, żeby nie złapał człowieka zmrok. Potem schodzi się niżej, do wiosek na plateau, gdzie można wynająć pokój i często dostać do tego świetne, ciepłe jedzenie.

Nie chciałem jednak rozpisywać się o lokalnych realiach zbyt szczegółowo, bo to tylko tło. Zależało mi głównie na kontraście: turyści wracają do bezpiecznego, oswojonego świata, a bohaterowie idą dalej, w miejsce ukryte i nielegalne.

 

Jedli w milczeniu. Mała zaczęła bawić się jedzeniem, a Panau w zamyśleniu utkwiła wzrok w dolinie.

– Wam też nie smakuje? – zapytał Arnak.

Panau spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem.

– Wracajmy. – Arnak się podniósł. – Idźcie, zanim dotrą tu pierwsi turyści. Spakuję ekwipunek i was dogonię.

W powyższym fragmencie zostawiłem część sugerowanych do odstrzału słów, bo ich usunięcie zmieniałoby sens sceny.

Usunięcie „zaczęła” przesuwa akcent z utraty apetytu na czynność zabawy jedzeniem, a zależało mi na sygnale, że coś psuje atmosferę posiłku. Podobnie „w zamyśleniu” kieruje uwagę czytelnika w stronę procesu myślowego Panau, a nie kontemplacji widoku.

„Niewidzący wzrok” oddziela z kolei dwie wypowiedzi Arnaka i daje mu moment na podjęcie decyzji: widzi, że rozmowa i posiłek się rozpadły, więc nie ma sensu ich przeciągać. Stąd decyzja o powrocie.

 

Twoja uwaga o opisach i ich działaniu na wyobraźnię wymaga ode mnie głębszego przemyślenia, dlatego wrócę do niej w osobnej iteracji tekstu. Z pozostałych sugestii skorzystałem i odpowiednio zaktualizowałem opowiadanie.

 

Jeszcze raz bardzo dziękuję – również za kliknięcie – i pozdrawiam.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Moje uszanowanie!

 

– Bo są ludzie, którzy to jedzą. Spójrz. – Arnak wskazał dwa długie budynki ustawione prostopadle do rzeki, otoczone ogrodzeniem z mocnymi lampami. – Na tamtej fermie żyje w zamknięciu ponad sto tysięcy kurczaków. Nigdy nie widzą nieba.

– To jak się powinno robić?

– Powinno się odławiać, czyli polować. Zwierzę kończy życie niespodziewanie, bez strachu i do końca żyje wolne w naturalnym środowisku.

Bardzo dobry wycinek, w pełni zgodny z moimi poglądami na przemysł zwierzęcy. 

 

Tekst czytało się dobrze, żadnych błędów nie wyłapałem. Co do warstwy fabularnej, urzekły mnie przede wszystkim opisy w pierwszej części, bardzo dobrze oddały górską aurę. Jednak przyznam, iż chyba nie do końca zrozumiałem samą treść. Te ufoki zabijają ludzi, by utrzymać równowagę, czy jak?

 

Pozdrawiam! 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Fajnie się czytało. Zastanawiałam się "i gdzie tutaj fantastyka?", więc kiedy dotarłam do właściwego miejsca, byłam naprawdę zaskoczona:) Pozdrawiam serdecznie:)

Hej, powtórzę z bety:

Historia mi się podobała. Bałem się, że pójdziesz w jakąś polityczną ekologię i tekst będzie manifestem, nie opowieścią. Na szczęście tak się nie stało. Całkiem ciekawy twist, odkrycie się rodzinki, że są kosmitami na wielki plus. Scena z hologramem człowieka, która to zapowiedziała, fajnie pokazana.

Zakończenie ma sens, fakt. Skłania do jakiś refleksji bohatera, każe czytelnikowi się zastanawiać, co się stanie dalej. Może spodziewałem się czegoś mocniejszego, ale poszedłeś na spokojnie w poprawne, ciekawe, refleksyjne domknięcie. Jest okej.

Oczywiście kliknąłem. Pozdrawiam.

You cannot petition the Lord with prayer!

Bartkowski.robert

Te ufoki zabijają ludzi, by utrzymać równowagę, czy jak?

Oj tam, od razu „zabijają”. Oni tylko selektywnie odłowią i to wyłącznie te gatunki, które rozpleniły się ponad miarę. Na pewno chcą kilkusetkrotnie zmniejszyć pogłowie świń, których jest miliard. Czy będą chcieli zmniejszyć pogłowie ludzkiego gatunku, którego jest ponad siedem miliardów? Hmmm…

 

Teo Max – cieszę się, że fajnie się czytało.

 

MichaelBullfinch – jeszcze raz dzięki za betę, komentarze i klika.

 

Pozdrawiam Was serdecznie

No tośmy sobie, ..., polatali!

Wyjaśniam wędrówkę swoich myśli:

→ Tytuł jest zapowiedzią i buduje określone oczekiwania w stosunku do tekstu, ukierunkowuje uwagę czytelnika, pomagając mu wybrać, np. z tysięcy biwaków jakąś określoną kategorię tychże. Naturalnie, zamiast tytułu można dać samą kropkę “.” – mega neutralne, ups, lecz miałoby również – w tym przypadku spore znaczenie, lecz ja nie przecież o tym miałam. 

Jesteśmy w konkretnej sytuacji – biwaku i słowo “biwak” prosi się, domaga dookreślenia, aby ułatwić życie czytelnikowi, a autor dzięki temu zaczyna budować napięcie. Neutralność nie buduje napięcia, zostawia czytelnika z czystą kartką. Stąd sugestie: miejsce – Alpy, relacje – rodzinny biwak i inne, wytchnienie – krótki przerywnik w pracy. Można pójść i w inne rejony – np. dziecko ma zawsze rację, wrażliwi rodzice. 

Po przeczytaniu tytułu, czytający podąża ścieżką autorską, a Ty możesz dalej budować napięcie, zderzając wyobrażenia z tym, co wymyśliłeś.

 

–-> tak, chodzi mi o te ciepłe, góralskie kwatery i rodzaj “idylli”, zamierzchłej przeszłości dot. Alp, którą budujesz. Jest to ważne w kontekście treści opowiadania. Zdarzyło mi się wędrować w okolicach jeziora genewskiego, wyjazdów narciarskich było przynajmniej kilka. Odczucia turysty, o których piszesz – pełna zgoda, lecz sielskie, góralskie klimaty – nie, te zdarzyły się mega rzadko. Oswojony świat, do którego wracałam był mega cywilizacyjny z lokalnym kolorytem, nie wiedziałam, czy i on nie jest na pokaz. W większości przypadków był.

 

--> świetny przykład. Uwierz w czytelnika, domyśli się.

"..Jedli w milczeniu. Mała zaczęła bawić się jedzeniem, a Panau w zamyśleniu utkwiła wzrok w dolinie.

– Wam też nie smakuje? – zapytał Arnak.

Panau spojrzała na niego niewidzącym wzrokiem.

– Wracajmy. – Arnak się podniósł. – Idźcie, zanim dotrą tu pierwsi turyści. Spakuję ekwipunek i was dogonię".

 

Pokazujesz obraz: Arnak przygotowuje i podaje śniadanie: zaczyna jeść liofilizowane żarcie, patrzy na rodzinę, widzi, że mała grzebie w jedzeniu, a żona patrzy na miasteczko w dolinie, więc on reaguje – Nie smakuje wam? Wracajmy, zanim dotrą tu pierwsi turyści. Spakuję wszystko i was dogonię.

Naturalnie, pod obrazem buzują emocje i przeżycia bohaterów tekstu, jak wiele z nich nazywać. Moim zdaniem mniej niż więcej, tj. podawałabym je oszczędniej, pozwalając na domysły czytającego, w końcu nie jest neptkiem. Opisane sytuacje nie są zbyt trudne do domyślania się.

Decyzje podejmuje się najczęściej szybko, gdy mamy dane, a tutaj one są.

 

→ Z opisami, takimi klasycznymi, typy “Nad Niemnem” (nie wiem, czy we współczesnej literaturze można je jeszcze znaleźć) jest chyba najtrudniej. IMHO powinny być, lecz zmyślnie zaczepione o jakiś punkt, przemieszane z tekstem. Uzasadnione, autentyczne i niejednorodne, tj. przemieszane zmysły zgodne z bohaterem. Wczoraj, w Poznaniu, doświadczyłam w muzeum podróży przez wieki polskiej sztuki od Matejki do współczesności. Ups. Dziwne.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Młodopolak – Wyczółkowski, 1898, "Giewont o zachodzie słońca" i Kantor, plaża z cyklu parasolowego, czyli seria "Ambalaże" (z fr. emballage to opakowanie, pakowanie. lata 60/70 ubiegłego wieku). Nowszych nie zapodam, bo są za bardzo konceptualne i, sama nie wiem.

 

 

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Asylum, dziękuję za podzielenie się przemyśleniami na temat tytułu. Nie do końca przemawia do mnie zbyt wyraźne naprowadzanie czytelnika na tematykę utworu, ale element uatrakcyjniający tytuł – owszem. Wpadłem na pomysł mrugnięcia okiem do znajomości filmoteki i klasyków budujących niepokój wobec natury. Stąd „pod wiszącą skałą", choć pisane z małych liter, w odróżnieniu od pierwowzoru.

 

Dzięki za przemyślenia o części opisowej. W kilku punktach dodałem pożywki dla zmysłów: dźwięków, barw, zapachów. Wyczółkowski (mój krajan) podpowiedział paletę dla sceny zachodu słońca.

 

Cała nasza beta-współpraca była dla mnie bardzo interesująca i pouczająca – po raz kolejny dziękuję. smiley

 

Pozdrawiam.

No tośmy sobie, ..., polatali!

Zdumiała mnie ta zmiana tytułu na… prawie kultowy. :) 

Przyznam, po tym spodziewałabym się całkiem innych treści, nawiązujących właśnie do tego kultowego. :) 

Pecunia non olet

spodziewałabym się całkiem innych treści, nawiązujących właśnie do tego kultowego. :) 

Takich, jak znikający bez śladu ludzie? devil

A obawiałem się, że nawiązanie do filmu z 1975 nie zadziała. Jest nadzieja… smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Jak na mój gust, w nowym tytule jest nadmiar sugestii i skojarzeń. Prosty „Biwak” był lepszy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No widzisz, zupełnie nie neguję komentarza Asylum, ma dużo racji, ale to nie znaczy, że zawsze się to sprawdzi. Dla mnie „Biwak” był dobrym tytułem, z lekkim twistem sam w sobie, bo wyobrażamy sobie zupełnie co innego, a dostajemy kosmitów na biwaku myślących o wyłowie ludzi. Szczerze to powiem, że po przeczytaniu pierwszy raz tekstu, nawet pomyślałem o tym, że fajny pomysł na tak prosty tytuł, który ma troszkę zmylić, ale zachować sens. No ale jak tam uważacie. 

You cannot petition the Lord with prayer!

Berig

 

Na pewno chcą kilkusetkrotnie zmniejszyć pogłowie świń, których jest miliard. Czy będą chcieli zmniejszyć pogłowie ludzkiego gatunku, którego jest ponad siedem miliardów? Hmmm…

No właśnie, jak z tym jest? Z tego co kiedyś czytałem, Ziemia to duża planeta, przeludnienie jej nie grozicheeky

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Robercie,

z ludzkiego punktu widzenia temat pewnie podlegałby niekończącej się dyskusji. Jedni twierdzą, że Ziemia jest ogromna i żadnego przeludnienia nie ma, inni – że już dawno przekroczyliśmy granice rozsądku.

 

Tarachinejczycy patrzą na to inaczej. Lecąc z kosmosu i widzieli z daleka piękną, błękitną planetę. Raj. Zieleń, oceany, chmury, góry. Mnóstwo ciekawych gatunków flory i fauny. Potem lądują i odkrywają, że po powierzchni biega jeden wyjątkowo ekspansywny gatunek dwunożnych zwierzaków, który bez przerwy coś buduje, ryczy silnikami, kopci, zalewa betonem i hoduje miliardy innych zwierząt, produkuje góry śmieci i jeszcze jest z siebie dumny. laugh

 

Z ich perspektywy wygląda to jak zoologiczny eksperyment, który wymknął się spod kontroli. Gdy tylko odkryją ciekawą zależność: jeśli ograniczyć populację tego jednego hałaśliwego gatunku, to automatycznie same znikają także miliardy różowych z ryjkami, rogatych muczących i beczących stworzeń, gigantyczne fermy, dymy, autostrady i cały ten przemysłowy harmider.

 

I wtedy staje im przed oczami wizja znowu pięknej błękitnej planetki, którą zobaczyli z orbity. Tylko już bez smrodu spalin, rzeźni, plastiku i całego tego „cywilizacyjnego dobrodziejstwa”. wink

 

Więc na pytanie, czy Ziemia jest przeludniona, odpowiedź brzmi: „Aj waj… a kto pyta?” devil

No tośmy sobie, ..., polatali!

Berig

 

Czy aby przez swoje ingerencje sami nie stają się lekko ekspansywni? 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Takich, jak znikający bez śladu ludzie? 

Coś w tym stylu. :)

Pecunia non olet

Hejka!

Zaczynało się spokojnie i swojsko, ot rodzinny wypad. Bardzo dobrze wybrzmiało, że na proste pytania dziecka wcale nie ma prostych odpowiedzi. Żyłam sobie w tej sielance aż do momentu pojawienia się obrazu człowiek, wtedy zrozumiałam, że nie mamy do czynienia z ludźmi. To był moment, który wciągnął mnie bardziej w czytanie.

Ostatnia scena z ludzką rodziną na mostku świetnie domyka całość. Po raz pierwszy Arnak widzi ludzi nie jako statystykę czy gatunek, ale jako istoty podobne do niego samego. Całość zostawia po sobie mocny finałowy obraz i moralny dyskomfort.

Pozdrawiam i klikam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Hej Betweenthelines!

 

Jak zwykle w punkt odczytujesz to, co chciałem przekazać. Cieszę się, że dostrzegłaś, iż Arnak zobaczył w ludziach nie problem ekologiczny, tylko coś, co sam posiada: rodzinne więzi i zwykłą czułość.

 

A propos moralnaego dyskomfortu – za to lubię science fiction: daje możliwość spojrzenia na świat spoza naszego odruchowego antropocentryzmu. Kiedyś świat był „dinozaurocentryczny”, wcześniej „glonocentryczny”, a dziś nam się zdaje, że jest ludzki na zawsze i możemy robić cokolwiek, choćby nie miało to żadnego sensu. Nie jestem pewien, czy natura podziela ten pogląd. Arnak i Panau (prywatnie zagorzali „Tarachinocentrycy” wink), stali się w tym opowiadaniu ambasadorami natury.

 

Dziękuję za komentarz i klik. smiley

No tośmy sobie, ..., polatali!

Pisanie jest rodzajem intymnej orki, kontaktem z ziemią, z czytelnikami i swoimi wizjami. Jak widzisz, opinie, odczucia mogą się znacząco różnić, vide te dotyczące tytułu. Uzasadnienia podnoszone przez reg, bruce, MichaelBullfinch o prostocie są dla mnie przekonywujące. 

Może z opowiadaniami, tekstami jest tak, że niekiedy wplatamy inne, swoje wątki, narzucamy obrazy.  Zero matrycy, autor decyduje.

 

Edward Munch, Człowiek orzący z białym koniem”, 1916, odważne pociągnięcia pędzla, żywe barwy, dużo mocniejsze niż w tym przekopiowanym obrazku.

 

pzd srd :-)

a

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Pisanie jest rodzajem intymnej orki, kontaktem z ziemią, z czytelnikami i swoimi wizjami. Jak widzisz, opinie, odczucia mogą się znacząco różnić, vide te dotyczące tytułu. Uzasadnienia podnoszone przez reg, bruce, MichaelBullfinch o prostocie są dla mnie przekonywujące. 

Lepiej bym tego nie ujął. smiley

Z tego doświadczenia płynie dla mnie kolejna forumowa nauka: pisanie to także podejmowanie decyzji. Jak poprowadzić wątek, jak nazwać tekst, z jakiej perspektywy pisać, co dopowiedzieć, a co zostawić czytelnikowi. Niektóre decyzje są jednoznaczne, bo wynikają z reguł (np. gramatycznych), ale inne – jak ta z tytułem – są niemal fifty-fifty. Są sensowne argumenty po obu stronach.

Twoje argumenty trafiły do mnie i dlatego spróbowałem zmiany, mimo że pierwotny, bardziej enigmatyczny tytuł był mi bliższy. Ostatecznie jednak uznałem, że skoro opowiadanie zaczęło już funkcjonować pod tytułem „Biwak”, bezpieczniej będzie przy nim zostać.

 

To jedna z tych autorskich decyzji, przy których trzeba po prostu wybrać. Twoją opinię niezmiennie bardzo cenię. yes

 

No tośmy sobie, ..., polatali!

Nowa Fantastyka