Mam dzisiaj taką potrzebę i nie mam jej komu powiedzieć.
Potrzebę nagłą acz pilną, żeby coś zrobić innego
lub inną.
Wziąć tramwaj i gdzieś pojechać, na nieznanej pętli się znaleźć
i w jakiejś piekarni malutkiej, drożdżówkę kupić z lukrem.
Lub serem.
Albo z dżemem i z drożdżówką iść dalej,
do parku pod nieznanym konarem, usiąść i zajadać.
Z kalorii się nie spowiadać.
Albo pójść na koncert zespołu amatorskiego,
co w logo mają bobra i piekło Dantego albo coś równie obrzydliwego.
I posłuchać jak grają, jak rzępolą, jak ludzie narzekają, że głowy ich bolą
i wybuchną im chyba jak się zaraz ta diatryba
nie skończy. A potem bić brawo i gwizdać
i odejść, artystów nazwiska nie zapamiętując.
Albo gdzieś tam na plaży, na zimnym gruncie nad rzeką,
tańczyć boso na piasku i cieszyć się muzyką,
co gra w głowie, bo na głośnik pieniędzy nie starczyło.
No, póki jakiś kamień się nie ozwie albo fragment szkła tłuczonego,
chuligana bezmyślnego, co pije siódme piwo dnia pańskiego
i szklanej butelki nie odda do monopolowego choć kaucyjna.
Bo jak się ma taką potrzebę, to wszystko się jawi jak w niebie,
a ja siedzę w domu i myślę, gdzie z tą potrzebą mi najrychlej trafić.
Pod czyją strzechę czy pod czyj nawis, pod jakie niebo i pod jakie atłasy.
Czy raczej do pałacu mam iść czy gdzieś gdzie zwisają potężne
bzu gałęzie.
Chyba więc wezmę i pójdę, jak najdalej, byle na zewnątrz.
Kierunek sam siebie znajdzie, jak wiosna jaskółkę, na pewno.
Byle wyjść, zacząć i szukać, a reszta też wyjdzie, wspaniale.
Bo mam dzisiaj taką potrzebę i chyba już ją powiedziałem.