Pracownicy platformy wiertniczej na księżycu Saturna znajdują nieznany przedmiot i wpadają przez to w tarapaty. Podejmują niełatwe decyzje w obliczu zagrożenia.
Dziękuję OldGuard za cenne sugestie podczas bety!
Pracownicy platformy wiertniczej na księżycu Saturna znajdują nieznany przedmiot i wpadają przez to w tarapaty. Podejmują niełatwe decyzje w obliczu zagrożenia.
Dziękuję OldGuard za cenne sugestie podczas bety!
Ben i Miquel
Mini platforma wiertnicza C-16 nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle mnóstwa podobnych na Tytanie. Walki zbrojne ją ominęły i w chwili, gdy front znajdował się setki kilometrów dalej, a działania wojenne powoli wygasały, infrastruktura była bezpieczna.
Przy tablicy kontrolnej siedział trzydziestoletni szatyn, o wzbudzającym zaufanie spojrzeniu i łagodnym uśmiechu. Wpatrywał się w migającą pomarańczową diodę. Odwrócił głowę w stronę znajdującego się kilka metrów za nim okrągłego otworu w podłodze i krzyknął:
– Ben! Coś się sypnęło w odczytach!
– Coś poważnego? – odpowiedział mu basowy, przytłumiony głos z niższego poziomu.
– Nie wiem. Wejdź na piętro.
– Chwilunia!
Benjamin siedział w niewielkiej kantynie i raczył się kanapką. Na jego okrągłej twarzy z dwoma podbródkami pojawił się uśmiech. Czerwona, lśniąca skóra wokół błyszczących wesoło oczu zmarszczyła się. Pospiesznie wepchnął resztę bułki do ust, popił colą, przeżuł i przełknął.
Z trudem zaczął wspinać się po drabince prowadzącej do kabiny operacyjnej odwiertu. Przy każdym szczeblu towarzyszyło mu sapanie. Obowiązkowy, celowo dociążony uniform korporacji Mars Southern Hemisphere opinał go zbyt szczelnie i krępował ruchy. Ben poluzował pasek. Uwolniony z uścisku brzuch rozlał się swobodnie pod kostiumem.
„Jeżeli przechodzisz przez piekło, nie zatrzymuj się”.
Przecisnął się przez okrągły właz, gramoląc z trudem na piętro. Przetarł dłonią zroszone czoło i otworzył usta, wciągając łapczywie powietrze.
– Co tym razem?
– O rany, Ben! – zawołał Miquel. – Powinieneś zbadać serce, mówię poważnie.
Pracowali na platformie we dwójkę już trzeci rok, z przerwami na czasowe przeniesienia, i stosunki między nimi stały się na tyle zażyłe, że Ben traktował współpracownika jak przyjaciela.
– To te cholerne transfery, Miquel… – Ben dyszał. – Kiedy przenieśli mnie na Dionę… uff… poczułem się jak nowo narodzony… sześć razy lżejszy… pofolgowałem sobie.
– Efekt transferowego jojo. Zgodnie z metodą przejścia powinieneś był zrobić trening, rozpocząć dietę i zakładać dociążenie miesiąc przed.
– Litości! – jęknął Ben. – Ja i dieta to jak Karol Marks i maszynka do golenia.
– To jak ty się odnajdziesz z powrotem na Marsie?
– Długo do powrotu, Miquel. Możemy przecież zginąć w tej przeklętej wojnie i całe odchudzanie pójdzie w diabły.
– A jak nie zginiesz, to co?
– To wtedy będę się martwił. – Na szerokiej twarzy Bena pojawił się uśmiech odsłaniając małe, nierówne zęby, wyglądające, jakby ktoś je niedbale wetknął w dziąsła.
Miquel machnął ręką. Spojrzał na monitory i wskazał pomarańczową diodę oraz ekranik, na którym widniały parametry wiertła.
– Chodź i zobacz.
Ben szedł powoli, z wyraźnym wysiłkiem. Prawą ręką dotykał ściany, jakby chciał się upewnić, że utrzymuje równowagę. Jego oddech stopniowo wracał do normy. Kiedy przystanął obok panelu kontrolnego, Miquel poinformował go, że wiertło stanęło.
Ben rzucił wprawnym okiem na odczyty, przez chwilę analizował liczby, a potem skonkludował krótko:
– Temperatura głowicy przekroczyła normę i, sądząc po parametrach, nastąpiło około dwudziestoprocentowe starcie się diamentów w bicie.
– Dwudziestoprocentowe? Czyli co, wiertło do wymiany?
Ben dotknął spuchniętym palcem powierzchni ekranu, uruchamiając bazę danych. W rejestrze przyrządów odnalazł kod wiertła.
– Osobliwe – rzekł, a potem sprawdził coś jeszcze, w prywatnym notesie. – Dobrze pamiętałem, trójka była wymieniana dwa tygodnie temu. Nie powinna się tak szybko zetrzeć.
– Czyli co, skały na głębokości dwudziestu kilometrów są twardsze?
– Zapewniam cię, Miquel, że skały w tym rejonie są miększe niż charakter Ludwika XVI – odpowiedział inżynier i opadł ciężko na fotel. Westchnął, przesunął dłoń po spoconym czole i przymknął małe oczy. Wymruczał:
– Wyślemy tam robota-sondę.
Na dnie otworu sonda odnalazła odłamek skalny, którego średnia gęstość – po pobieżnym, miejscowym skanie – okazała się zadziwiająco duża. Byli zgodni – to właśnie ten odłamek musiał stępić wiertło. Przy pomocy robota-sondy przetransportowali kamień na powierzchnię.
Budynki stacji tworzyły trójkąt. Jeden z wierzchołków stanowił dwupoziomowy obiekt mieszkalny. Drugim były cylindryczne zbiorniki metanu i magazyn lantanowców. Ostatni stanowiła sama platforma, wraz z rusztowaniem obsługującym wiertło oraz z niewielką dobudówką, służącą za warsztat, przez dwójkę pracowników stacji zwaną po prostu “barakiem”. Właśnie tam robot-sonda dostarczył próbkę.
Barak był długim, prostokątnym pomieszczeniem. Wewnątrz unosił się zapach oleju, stali i tlącego się plastiku. W oczy rzucał się masywny stół i wisząca nad nim lampa. W głębi pokoju, na ścianie wisiały kombinezony i fartuchy. Spowita w ich cieniu leżała skrzynia, zawierająca masę gratów, których przeznaczenie znał tylko Ben: rdzewiejące pręty zbrojeniowe, zwój przewodów w niebieskiej izolacji, biało-pomarańczowa kula wielkości piłki i wiele innych. Przez trzy lata pracy na platformie zdążył zgromadzić sporą kolekcję gratów. Miquel nie miał pojęcia, skąd tamten je przytargał.
Wydobytą skałę położyli na stole, włączyli lampę roboczą i wyprostowali wieloprzegubowe ramię. Przesuwali ją metodycznie, oświetlając kamień z różnych stron. Po pierwszych oględzinach stwierdzili, że jest typowym dla Tytana, przypominającym asfalt, zlodowaciałym węglowodorem.
Dopiero kiedy obrócili próbkę do góry nogami, dostrzegli nietypowy szczegół: w kamieniu tkwił metalicznie połyskujący kolec, mały jak czubek szpilki.
Dysponowali lichej jakości mikroskopem. Powiększając ten niewielki element kilkadziesiąt razy, dostrzegli jego regularną budowę. Ponadto, powiększony obraz ujawnił, że metalowy element bardziej niż szpilę, przypomina skierowaną czubkiem na zewnątrz piramidę.
Prześwietlenie próbki wysokiej rozdzielczości rentgenem potwierdziło ich przypuszczenia.
– Do diabła! – Miquel był podekscytowany. – To jest większe, wcale nie jest piramidą, tylko sześcianem i siedzi mocno w bryle. Masz pojęcie, co to za minerał? Może pallad?
– Wygląda trochę jak litowiec, ale jest zbyt twarde i regularne – stwierdził poważnie Ben. Jego oddech był płytki i przyspieszony. Napięcie i skupienie obnażyły subtelną strukturę mięśni twarzy, nadając jej inteligentny wyraz. Jakby w jednej chwili odmłodniał.
– To chyba w ogóle nie jest minerał – powiedział nagle i pogładził się trzema palcami po gładko ogolonej skórze policzka. Spojrzał w sufit, pomasował się po szerokim karku, odchrząknął, a potem wrócił do mikroskopu i znowu przytknął oczy do wyświetlacza. – Zdaje się, że to coś jest zrobione – dodał.
– Jak to zrobione? – spytał Miquel.
– Zrobione, uformowane, sfabrykowane… – Ben zawahał się. – Z drugiej strony, nie można wykluczyć, że jakimś cudem powstało spontanicznie jako forma doskonale krystaliczna.
– Czyli jest to wytwór człowieka czy nie?
– Chwilunia…
Benjamin uniósł skałę i przez chwilę ważył w rękach. Potem włożył ją w imadło i zablokował. Założył wzmocnione nano-włóknami rękawice, sięgnął po młotek. Zaczął nim uderzać w unieruchomioną bryłkę, najpierw ostrożnie, z różnych stron, a potem bardziej zdecydowanie. Nachylał się i przysłuchiwał. Odłupał kilka kawałków. Sapał przy tym i dyszał, ale nie tracił zapału. Był w swoim żywiole. Odpadały kolejne fragmenty.
– Chcesz wydobyć to coś? – zapytał Miquel, przyglądający się do tej pory czynnościom kolegi w milczeniu.
– Dokładnie to mam zamiar zrobić… Znajdź dozymetr – rzucił obojętnie, nie przerywając odłupywania.
– Czyli co, uważasz, że to może być radioaktywne?
– W tej chwili mam o tym takie pojęcie, jak Einstein o skoku przez płotki.
– Ben! To może mieć związek z działaniami wojskowymi, to może być element uzbrojenia. Mina, odłamek, czujnik, pocisk. Uważaj!
Nie doczekawszy się odpowiedzi, dał spokój. Włączył dozymetr i zbliżył go do metalicznego obiektu. Poziom radioaktywności nie przekraczał normy.
Ben przerwał stukanie, wyprostował się, opuścił młotek i odetchnął głęboko. A potem spojrzał na Miquela.
– Nasza platforma została zbudowana w tym miejscu przed wybuchem konfliktu, a dopiero teraz dotarliśmy do dwudziestego kilometra. Nie mogę sobie wyobrazić, w jaki sposób ktoś mógłby umieścić cokolwiek tak głęboko.
– Do diabła, Ben! A może wojsko ma swoje metody?
Ben sięgnął do archiwum, gdzie spoczywała dokumentacja sondowania geoelektrycznego i tomografii elektrooporowej.
– Model warstwowy skał pokazuje zachowaną ciągłość topologiczną. To oznacza, że skały nie były dotykane od milionów lat. Na mój rozum, ten przedmiot nie może mieć związku z człowiekiem.
Benjamin sięgnął po wiszącą na ścianie mini wiertarkę i założył najmniejsze z wierteł. Ostrożnie oszlifował kamień wokół połyskującego sześcianu. Wkrótce, trzy czwarte metalicznej kostki wystawało ze skalnej okowy.
Skierował wiertło prostopadle do płaszczyzny jednej ze ścianek, testując twardość obiektu. Skoro to coś starło diament, nie powinno zostać uszkodzone przez stalowe wiertło. Tak, jak się spodziewał, wiertło raz po raz ześlizgiwało się z powierzchni.
– Parafrazując Einsteina, oprócz głupoty ludzkiej, nie widziałem jeszcze w przyrodzie czegoś tak trwałego.
Ben wziął do ręki niewielkie obcęgi i ujął w nie sześcian. Ścisnął je pokrętłem, i ruszając to do góry, to na dół, niczym dentysta wyrywający ząb, próbował wydobyć obiekt ze skalnej bryły.
Udało się. Wyciągnął przed siebie szczypce z kostką i przybliżył do lampy, aby obaj mogli dobrze się przyjrzeć.
Dwanaście ostrych krawędzi, na oko trzycentymetrowych, ściany łączące się ze sobą pod kątem prostym i osiem identycznych wierzchołków. Żadnych zaokrągleń – modelowy, wyidealizowany sześcian. Lśnił tęczowym blaskiem, gdy spojrzeć pod kątem. Przy zgaszonym świetle znikał w ciemności, tak, jak zwyczajne metale.
Ben wysunął szufladę i wyjął z niej długie, przezroczyste naczynie z kolekcją metalowych próbek, również w formie przypominającej sześcian, ale nieco mniejszy. Zbliżał każdą jedną bryłkę do znaleziska szukając podobieństwa. Próbka litu najbardziej przypominała badany obiekt. Posiadała jednak nieporównywalnie mniej regularną powierzchnię.
– To musi być rodzaj metalu, który z jakiegoś powodu wykrystalizował się w doskonale symetryczną bryłę. Prawdopodobnie pod wpływem sprzyjającej temperatury i ciśnienia. Aktywność tektoniczna wypchnęła go z dużo głębszych warstw geologicznych, być może z samego jądra… – Ben nie wierzył w to, co mówi. Pomasował kark, żeby upewnić się, że nie śni. Odłożył obiekt na stół.
– Co z tym zrobimy? – spytał Miquel.
– Jeszcze nie wiem. Chyba prześlemy do laboratorium w Hubie.
Miquel spodziewał się czegoś więcej.
– Czyli co, dostaniemy premię?
– Chwilunia! – krzyknął Ben. Zmarszczył czoło, ujął brodę w dwa palce, jego twarz zaczerwieniła się. Doskoczył do szafy, otworzył jedną z szuflad i wyciągnął notatnik oraz długopis. Nabazgrał: “Wrzućmy to z powrotem do otworu”.
– Dlaczego mielibyśmy to zrobić? – wyszeptał zdezorientowany Miquel.
Ben przyłożył palec do ust. Zaczął gorączkowo pisać.
“Słyszałeś o masakrze w Hubie A? Ponoć wywiązała się sprzeczka między pracownikami a ochroniarzem. Facet zaczął strzelać, zginęło sześciu operatorów, ochroniarz zniknął, śledztwo umorzono, odszkodowania dla rodzin.
Po transferze na Dionę, spotkałem ludzi, którzy coś wiedzieli . Znalezisko pod grubą warstwą skał, coś naprawdę cennego. Krwawa jatka w Hubie A to nie przypadek. MaSoHe siłą odebrała coś pracownikom”.
Miquela zamurowało. Wyjął długopis z ręki Bena. Nastąpiła wymiana notatek.
“To może być plotka rozsiewania przez konkurencję, żeby oczernić MaSoHe”.
“Chcesz ryzykować?”
“Ten obiekt na pewno jest wiele wart”.
“Wyrzućmy to”.
Miquel wahał się. Pokręcił z niedowierzaniem głową. Nabazgrał drżącymi rękoma: “Taka szansa nie zdarza się codziennie. To może być nasza przepustka do lepszego życia!”.
Ben był nieugięty: “Wyrzućmy to”.
Ostatecznie Miquel zgodził się, czując, że wymyka mu się rzadka sposobność na darmowy lunch. Tak, jak chciał Ben, włożył metaliczny przedmiot w szczypce robota-sondy, otworzył aplikację obsługi i nakazał transport elementu w głąb odwiertu, do jego lewej, zaniechanej odnogi.
Kilka minut później stali w kabinie operacyjnej, obserwując przez iluminatory jak robot, wraz z kostką, zanurza się w otworze. Kiedy dotarł na dno lewej odnogi, Miquel zapytał:
– Czyli co? Mam jechać do Hubu po nowe wiertło?
– Tak. Nie ma na co czekać. Wracamy do business as usual.
Arthur Hemmer
Kwatera główna MaSoHe MC znajdowała się na Marsie, w północno-zachodniej części basenu uderzeniowego Hellas, na płaskowyżu Coronae Planum. Z górnych pokoi rozciągał się spektakularny widok na znajdujący się na zachodzie Badwater – najgłębszy krater na planecie.
Arthur Hemmer, przytknąwszy oko do lunety, skierował ją na krater. Dno leżało ponad osiem kilometrów poniżej marsjańskiego poziomu odniesienia i latem gromadziła się tam woda. W sezonie, kiedy temperatura powietrza dochodziła do dwudziestu stopni Celsjusza, dało się ślizgać na desce wodnej bez kombinezonu. Była to wyjątkowa chwila, gdy mógł pozostawić na sobie jedynie cienką warstwę kostiumu anty-promiennego oraz niewielką butlę tlenową.
Odsunął oko od lunety i dmuchnął w kosmyk opadających na czoło włosów. Wysunął szufladę, odnalazł jaskrawoczerwoną gumkę, objął włosy oburącz i przeciągnął kilkukrotnie przez gumkę.
Aparat telefoniczny przy uchu dał znać, że nadchodzi szyfrowane połączenie.
– Pan Hemmer? – Głos Srinivasy Aiyangara, szefa IT, drżał.
Arthur potwierdził niechętnym mruknięciem. „Imbecyl wie, że to ja”.
– Prawdopodobnie trafiliśmy na artefakt.
Szef ochrony poczuł raptowny napływ adrenaliny.
– Na Tytanie? – zapytał, udając obojętny ton.
– Owszem, tak samo jak za dwoma poprzednimi razami.
– Skąd masz te rewelacje, Srinivasa?
Hindus przełknął ślinę. Nie znosił Hemmera i jego sposobu bycia. Byli równi rangą w systemie korporacji i nigdy nie przeszli na ty, a jednak, Hemmer nie miał zamiaru tego respektować. Traktował go z góry ostentacyjnie – okazywał pogardę przy każdej nadarzającej się okazji.
– Algorytm wykrył słowa klucze w rozmowie załogi platformy C-16. Kamery zamontowane w budynku zarejestrowały podejrzane zachowanie.
– Ale pewności nie masz, co?
– Obraz z kamer nie uchwycił samego artefaktu, jedynie niepokój dwuosobowej załogi. Znalezisko badali w budynku, w którym nie ma kamer.
– Jak to nie ma kamer? – Arthur poczuł krew napływającą mu do skroni.
– Gwoli ścisłości, zamontowane są dwie kamery, które nie funkcjonują.
– Wszystkie kamery powinny funkcjonować, do kurwy nędzy!
– Ale do kogo ma pan pretensje, panie Hemmer? Przypominam, że na Tytanie ciągle trwa wojna. Cierpimy na przerwy w łańcuchach dostaw oraz braki w personelu… – Szef IT zorientował się, że przeszedł do tonu defensywnego i nagle zamilkł.
– To powiedz, co wiesz, Srinivasa.
Hindus postanowił od tej pory zachować neutralny, zawodowy ton i mówić nie więcej niż wymaga od niego sytuacja.
– Z nagrań w budynku operacyjnym wiemy, że wiertło natknęło się na coś, co je częściowo stępiło. Załoga posłała w dół robota-sondę. Potem widzimy robota, który wychodzi z otworu. Kierują go do warsztatu, który nazywają “barakiem”. Sami też tam się udają. No i tracimy wizję.
– Więc gówno macie. Mogli znaleźć cokolwiek…
– Niezupełnie. W warsztacie nie działają kamery, ale są ukryte mikrofony, ciągle ich słyszymy. Z dyskusji wynika, że wydobyli metaliczny obiekt, o sześciennej formie.
Arthur prawie podskoczył.
– A kamery zewnętrzne? Powinny uchwycić robota trzymającego pieprzony artefakt.
– Uchwyciły. Ale robot trzymał kawałek zwykłej skały. Artefakt musiał tkwić wewnątrz albo po niewidocznej stronie. Obrazy z kamer są w tej chwili dokładnie analizowane przez algorytm, ale póki co, samego obiektu nie udało się odnaleźć na żadnym nagraniu.
– Co z obrazem z satelity?
– Jak pan wie, nie posiadam do tego autoryzacji. Musi pan przejrzeć zapisy osobiście. Ale przewiduję, że niewiele nam to da, ponieważ większość satelitów śledzi działania na froncie. Ich obiektywy są skierowane setki kilometrów od Huba i platform w rejonie C.
– Próbowaliście zrzucić obraz z siatkówek tych dwóch łajz?
– To nielegalne, panie Hemmer…
– Pieprzenie!
Srinivasa nerwowo się zaśmiał.
– Próbowaliśmy – odparł. – Jeden z nich w ogóle nie ma implanta, posiada naturalne siatkówki. Drugi zhakował dostęp do swoich.
– Kurwa, co to za indywidua?! – Arthur poprawił kosmyk włosów i ścisnął mocniej gumkę.
– Tu już zaczyna się pańska działka. Ja przekazałem to, co byłem w obowiązku przekazać. Jeżeli się pospieszymy, to jest szansa, że tym razem wejdziemy w posiadanie artefaktu bez problemów.
– Że nie spierdolimy tego tak, jak za pierwszym razem? Wiedz, że odkręcenie tamtej jatki kosztowało mnie osobiście dwanaście neocoinów. A i tak plotki o tym krążą po Tytanie i okolicach.
– Pretensje może mieć pan tylko do siebie.
– Srinivas, ty śniada kurwo w białych rękawiczkach! Ty za nic nie bierzesz odpowiedzialności!
– Proszę trzymać nerwy na wodzy, Hemmer. Ja rozumiem, to był pierwszy raz. Nie wiedzieliśmy jeszcze z czym mamy do czynienia. Za drugim razem poszło dużo lepiej. Więc za trzecim razem powinno pójść jak po…
– Kto wie o znalezisku? – przerwał mu bezpardonowo Arthur.
– Jeszcze tylko Maxwell. Zadzwoniłem do niego pierwszego. Był podekscytowany.
– A Prezes?
– Myślałem, żeby poinformować go, jak będziemy pewni, czy to rzeczywiście jest artefakt.
Arthur milczał. Wystające kości żuchwy wskazywały, że miał zaciśnięte zęby.
– Na mnie już czas – przerwał ciszę Srinivas.
Arthur nie odpowiedział, tylko się rozłączył. Srinivas skrzywił się z niesmakiem. Jak zawsze po kontakcie z Hemmerem, zbierało mu się na wymioty. Wszedł do łazienki i długo mył ręce.
Tymczasem Arthur sięgnął po szklankę ginu, wlał całą zawartość do ust, po czym nalał drugą i ją również wypił. Usiadł w fotelu. „Srinivas myśli, że jestem sadystycznym psychopatą. Ma po części rację, ale tylko po części. Nie poznał dobrze Maxa. Prawdziwymi psychopatami są naukowcy jego pokroju.”
Gwałtownie wstał. Nadszedł czas wziąć się do pracy. Gdy miał przypływ energii, kochał swoją robotę.
Zaktywował sieć. Projektor zamontowany w suficie wygenerował trójwymiarowy obraz tuż przed jego oczami.
– Tytan, platforma C-16 – bezbarwnym głosem wydał instrukcję komputerowi.
Rzutnik pokazał model zabudowań. Platforma, budynek kontroli oraz warsztat z przylegającymi doń cylindrami tworzyły trójkąt prawie równoboczny. Arthur obrócił świetlisty model kilkakrotnie, przyglądając się szczegółom.
Potem otworzył okienko z informacją o załodze.
Miquel Gonzales, lat dwadzieścia osiem, urodzony na Hellas Planitia, szpital korporacyjny MaSoHe 12, dystrykt Omega. Rodzice nie żyją. Brak danych o rodzinie i miejscu zamieszkania, od kiedy Miquel kończy dwadzieścia jeden lat.
„Cwaniak, w jakiś sposób zablokował napływ danych o sobie. Co ten latynoski skurwysyn chce ukryć?”
Umowa z MaSoHe MC typu work-and-pay z załącznikiem social sustainability.
„Zgodził się na gówniane warunki. Przy braku życiorysu to akurat mnie nie dziwi.”
Arthur zachichotał. Krzywy uśmiech otworzył tylko prawą część ust obnażając dwa metalowe zęby – górną czwórkę i piątkę. Lewa część twarzy była sparaliżowana. Wokół prawego oka, tuż pod skórą, nabrzmiały niebieskawe nitki, świadczące o chirurgicznej rekonstrukcji policzka. Źrenica, tkwiąca w białku o nienaturalnym, przypominającym kość słoniową kolorze, zabłysnęła szkliście, zdradzając, że prawe oko jest kamerą.
Hemmer przesłał fotografię i dane Miquela Gonzalesa ludziom w Hellas Planitia, a następnie przesunął palec w pobliże unoszącej się przed nim ikony ze zdjęciem drugiego załoganta.
Benjamin Linqvist, lat czterdzieści dwa. Urodzony na terenie Zjednoczonych Krajów Nordyckich, rejon STKHLM metro, mieszkał w stu różnych miejscach na Ziemi, pracował całe życie jako geolog, praktyk i teoretyk, żeby w wieku czterdziestu lat podpisać kontrakt z MaSoHe i polecieć na Tytana.
„Czemu ten tłusty kutas zatrudnił się akurat u nas i po jaką cholerę leciał na Tytana?”
Splótł palce, odwrócił dłonie do zewnątrz i wyprostował ramiona. Przeciągnięciu się towarzyszył chrzęst kości. Przypominającym odganianie muchy ruchem ręki zamknął model, a potem aktywował mapę Tytana. Powiększył obszar, na którym znajdował się Hub C – centrala oddalona siedemdziesiąt kilometrów od platformy. Wyświetlił listę zakamuflowanych agentów Huba. Dostępny od zaraz był jeden.
Porucznik Oleg Aleksandrovich Smirnoff, lat czterdzieści pięć, urodzony na Ziemi, obszar SBRA. Pracuje w MaSoHe dwanaście lat. Na koncie dwadzieścia trzy egzekucje, z których żadna nie została wykryta przez Intersłużby.
Przypomniał sobie pierwsze znalezisko na Tytanie i liczbę neocoinów, które musiał wydać z własnej kieszeni, żeby opłacić milczenie biorących w akcji debili z ochrony. A mimo to byli tacy, którzy nie potrafili utrzymać języka za zębami. Pięć minut później wysłał wiadomość:
Ściśle tajne. Nieautoryzowane przechwycenie grozi karą śmierci. Adresat: Oleg Aleksandrovich Smirnoff.
Treść ulega autodestrukcji w ciągu stu dwudziestu sekund, załączniki ulegają destrukcji w ciągu piętnastu minut. Użyto algorytmu szyfrującego Nexus v. 3.175, Polynomial Inc. Użyto algorytmu identyfikacji i markowania adresata Seraph v. 1.2, Polynomial Inc.
Temat: Pozyskanie przedmiotu, przybliżony opis w zał. nr 1. Lokalizacja: platforma C-16, kontekst w zał. nr 2. Metody: A. zakup, prop.: 50M dalli. B. perswazja słowna/ groźba. C. groźba tortur rodziny* (inf. o rodzinie w trakcie kompletowania, dosłanie ASAP) D. tortury, zgodne z normą szkoleniową Q-17.
Po pozyskaniu przedmiotu, niezwłoczne pozbycie się załogi. Prop. pozorowany pożar poprzez spięcie instalacji przy zbiornikach paliwa. Dopuszczalne inne, dyskr. metody, ref. zał. nr.3. zgodne z normą szkoleniową V-32.
Poziom priorytetu operacji: Z. Nakaz absolutnej dyskrecji.
Arthur Hemmer, dyrektor Działu Ochrony MaSoHe MC.
Oleg Aleksandrovich Smirnoff
Miquel był w połowie drogi do Huba C. Sześciokołowy pojazd, przy prędkości czterdziestu kilometrów na godzinę lekko podskakiwał na nierównościach – uruchomienie pionowych dysz zapewniało tylko nieznacznie lepszą przyczepność. Rzucił okiem na wskaźniki: bak paliwowy prawie pełen, temperatura silnika w normie, ciśnienie w oponach optymalne, zapasy tlenu dostateczne. Tylko system grzewczy lekko niedomagał, ale nie było to nic, czym musiałby w tej chwili zaprzątać sobie głowę.
Dręczyła go zupełnie inna sprawa. Oszukał Bena, nie umieścił znaleziska z powrotem w odwiercie. Połyskujący metalicznie sześcian leżał we wgłębieniu sąsiedniego siedzenia, na wyciągnięcie ręki.
Wiedział, gdzie go sprzeda. Czarnych rynków na Omedze nie brakowało. Żeby tam przeżyć należało znać ludzi. Tylko czy przedmiot rzeczywiście posiada wartość. A może jest niepotrzebnym dziwactwem?
Wyobraził sobie nowy dom w Omedze, Marię parzącą matę i dokazującego wesoło Alejandro. A może nawet przeniosą się do Delty? Nie ma co się spieszyć, zostanie na platformie jeszcze pół roku i dozbiera, tak jak planował. Z Benem czas płynie szybko.
W bagażniku leżało uszkodzone wiertło i Miquel zastanawiał się jak w serwisie wyjaśni przyczynę starcia się diamentów. Tego nie zdążył obgadać z Benem. Powinien do niego zadzwonić i ustalić wersję.
Tuż przed tym, jak miał sięgnąć do telefonu przy uchu, rozległ się sygnał nadchodzącego połączenia. Wibrujący dźwięk o charakterystycznej modulacji oznaczał priorytet, rozmowę, której nie mógł zignorować.
– Majkiel Gonzales? – Usłyszał swoje nazwisko, wypowiadane kuriozalną, zmiękczającą spółgłoski manierą.
– Tak, to ja.
– Dzwoni lejtenant Oljeg Aleksandrovich, ochrana MaSjoHe. Sluszajte, ważny problem. – Rozmówca najwyraźniej ledwo posługiwał się zunifikowanym. Z sobie tylko znanego powodu nie używał translatora.
Miquel zadrżał, nagłe podejrzenie przyszło mu do głowy. Przycisnął gwałtownie hamulec, czego od razu pożałował.
– Poruszajecie się? – zdziwił się Oleg, słysząc syk dysz poziomujących pojazd.
“Do diabła!” – pomyślał Miquel i odpowiedział pytaniem na pytanie:
– W jakiej sprawie pan dzwoni?
– Ja nie pan, ja zwyczajny drug. Znaleźliście coś i mnie wysłano, żeby eto przejąć.
– Zabrać?
– Można i kupić, nie problem.
Miquel zamilkł. Oleg, po krótkiej chwili, kontynuował:
– Ne bójcie się, ja z korporatsji, jak i ty. Co znaleźliście w skałach jest cenne dla korporatsji, zapłacimy tridtsat millionov dallsov.
Miquel nadstawił ucha. Czyż sam nie myślał o sprzedaży znaleziska, kiedy oglądali je z Benem? Teraz nadarza się okazja.
Ale przypomniał sobie plotki, o których wspominał Ben i zadrżał. Stawką mogło być nie tylko jego życie, ale i życie jego bliskich.
– Poczemu ty milczysz? – Niecierpliwił się Oleg.
– Czterdzieści milionów – odparł niespodziewanie Miquel i poczuł, jak jego oddech przyspiesza.
– Podobasz mi się! – W głosie Olega dało się wyczuć ironię. – Dlatego ja dam tjebe sorok millionov. I powiedz mi, gdzie ty masz ten przedmiot?
Miquel odchrząknął. Musiał być sprytny i ostrożny.
– Umieściliśmy go… z powrotem, na dnie otworu.
Z głośniczka rozległ się śmiech, zdawać by się mogło nad wyraz szczery, jakby Oleg śmiał się całym sobą.
– Ty wrzucił go z powrotem v dziuru?
Miquel ścisnął mocniej kierownicę, żeby opanować drżenie rąk. Nie pomagało, że głos Olega był łagodny, można by nawet rzec, aksamitny.
– A powiedz mi, dokąd ty jedziesz?
– Wymienić wiertło do huba.
– Ty od razu wracaj, ja dostarczę nowe. Ty slyszysz, panimajesz? I bądź spokojny. Do svidania! – Połączenie dobiegło końca.
Miquel zaczął krzyczeć. Wrzeszczał kilkanaście sekund, wyrzucając z siebie całe napięcie. A potem zatrzymał się, próbując uregulować oddech i opanować drżące dłonie.
Oleg kazał mu zawrócić.
Mógł uciec do Corporación Sudamericana, na drugą stronę frontu. Jednak przekroczenie linii walk niosło ze sobą ryzyko. Realistyczną alternatywą było dostanie się do odległego o dwieście kilometrów huba amerykańskiej Extraterriestial Mining Company.
Ale było coś ważniejszego, coś co sprawiało, że musiał wrócić na platformę. Tym kimś był Ben.
Nigdy nie myślał o Benie jako o swoim przyjacielu. Unikał nowych przyjaźni, było to zbyt ryzykowne. Otrzymał brutalną szkołę życia na Omedze. A jednak w tej chwili nie potrafił po prostu uciec. Nie był szczurem.
Sięgnął do szuflady pod deską rozdzielczą i wyjął urządzenie nadawcze starego typu, zakupione jeszcze na Marsie. Przywlókł je ze sobą na Tytana i trzymał na specjalną okazję, taką, jak teraz. Wpisał ośmiocyfrowy kod odbezpieczający, odczekał kilka minut, po czym wybrał numer odbiornika Marii Gonzales. Zaczął pisać:
Kochana! Na Tytanie nastąpiły pewne komplikacje, na których wyjaśnienie brak mi czasu. Dlatego mam gorącą prośbę. Weź AIejandro, spakuj walizkę z najpilniejszymi rzeczami i udaj się na calle Don Carlos, do starego Santiago, tam, gdzie zabrałem Cię, kiedy się poznaliśmy. Przekaż mu dokładnie te dwa słowa: “czerwony prysznic” i zrób, to, co Ci zaleci. Proszę Cię, nie zwlekaj, zrób to jak najszybciej, najlepiej teraz.
Spojrzał na ekran systemu nawigacji i dopisał:
5209342020581019. Pamiętaj, że są różne stopnie szczęścia. Nas od niego dzielą minuty, może sekundy. Ta wiadomość powinna dotrzeć na Marsa za godzinę. Zapamiętaj ją i skasuj, a odbiornik wrzuć do niszczarki. Proszę, nie martw się. Obiecuję Ci, że niebawem się zobaczymy! Na zawsze Twój, Miquel.
Schował nadajnik i sięgnął do kieszeni. Ścisnął w dłoni jej zawartość, a potem przymknął oczy, nieruchomiejąc na kilka sekund, tak, jakby coś rozważał.
Westchnął głęboko, wyjął z kieszeni sześcienny, metalicznie połyskujący przedmiot, otworzył niewielką śluzę w drzwiach pojazdu. Pociągnął za wajchę patrząc, jak mechanizm wyrzuca obiekt ze śluzy na zewnątrz pojazdu.
Kiedy ruszył, poczuł ulgę. Skierował pojazd do platformy C-16.
Ben siedział w kuchni niespokojnie przegryzając baton energetyczny, kiedy kątem oka, na ekranie jednej z kamer obserwujących cysterny metanu, dostrzegł ruch. Początkowo sądził, że wrócił Miquel, ale było na to zbyt wcześnie.
Wstał i podszedł do panelu z monitorem, włączył podgląd kamery głównej. Nic się nie działo, nikogo nie było. Ani przy platformie, ani przy budynku głównym, ani przy…
Zza ostatniej cysterny wyskoczył nieokreślony kształt, przypominający żywą, włochatą sprężynę. Stworzenie majstrowało przez chwilę przy zaworach zbiorników, a potem pokicało za warsztat.
Zmienił obraz na kamerę panoramiczną. Przy platformie stał zaparkowany pojazd, a tuż obok, mężczyzna w bojowym skafandrze. Facet rozglądał się wokół.
Bena zmroziło. Przyszli po kostkę! Wiedział, że MaSoHe monitorowała ich pracę non-stop, ale miał cichą nadzieję, że sprawa z przypadkowym znaleziskiem nikogo nie zainteresuje. A w każdym razie nie tak błyskawicznie.
Gość ruszył w stronę głównego budynku i wkrótce stanął w drzwiach. Ben dostrzegł, że na ramię mężczyzny wskoczyła małpka kapucynka, która wpatrywała się badawczo w oko obserwującej ich kamery. To był ten kształt, który dostrzegł przy cysternach. Widocznie facet z MaSoHe i jego robot chcieli powęszyć wokół zabudowań.
Nieznajomy posiadał autoryzację, bo kiedy podszedł bliżej, drzwi śluzy otworzyły się. Wyregulował zawór w skafandrze, odczekał aż temperatura i ciśnienie wyrównają się, a potem niespiesznym ruchem zdjął hełm.
Oczom Bena ukazała się ogolona, chuda twarz, o wąskich, prawie białych wargach i głęboko osadzonych, obojętnych oczach. Policzki, broda, nos i czoło gościa były blade i poorane płytkimi bliznami – prawdopodobnie śladami przebytej choroby skórnej. Rozpierzchnięte na wszystkie strony rzadkie, żółtawe włosy sprawiały wrażenie równie mizerne.
Małpka zeskoczyła z ramienia mężczyzny, odbiła się energicznie od podłogi i – wykonując zaledwie jeden sus – znalazła się na szczycie szafki serwera, obok Bena, tuż pod sufitem. Usadowiwszy się wygodnie, wlepiła nienaturalnie obojętny wzrok w inżyniera. Obwódki jej oczu tliły się czerwonym, złowrogim blaskiem.
– Tobie podobasja moja małpka Li-li? – odezwał się nagle gość głosem tak jedwabistym, że gdyby nie okoliczności, wzbudziłby w Benie natychmiastową sympatię.
– Biorobot?
– Koneczno. Jestem lejtenant Oljeg Aleksandrovich.
– Benjamin Linqvist.
– Wy może domyślacie się zaczem ja przyjechał? – porucznik przeszedł do sedna.
Ben nie zamierzał nic ukrywać. Wyśle robota-sondę na dno lewego odgałęzienia szybu, wyciągnie kostkę, odda cesarzowi co cesarskie i wróci spokojnie do roboty.
Tego ostatniego jednak nie mógł być pewien. Plotki o masakrze w Hubie A stanęły mu żywo przed oczami. Czy był to bunt robotników, który przerodził się w tragedię, czy jednak coś więcej? W każdej plotce kryje się ziarno prawdy. Jeżeli istnienie tej kostki ma być zachowane w tajemnicy, to korporacja znajdzie sposób, żeby ich zmusić do milczenia.
Na monitorze pojawił się powracający Miquel. Ben ucieszył się, bo milczące sam na sam z Olegiem napięło jego nerwy do granicy wytrzymałości.
Miquel zaparkował samochód niedaleko platformy, otworzył klapę i kilku skokami zbliżył się do wejścia. Kiedy tylko znalazł się w środku, porucznik bez ceregieli rozkazał mu wydobyć przedmiot z szybu wiertniczego.
Ben odetchnął. „A więc Miquel powiedział mu, gdzie jest kostka. No i dobrze, po co nam problemy.”
Ale operator miał swój plan. Ukradkiem wyłączył system bezpieczeństwa robota-sondy. Maszyna była dopiero w połowie drogi na dno szybu, gdy podał jej maksymalną moc, wprowadzając z impetem w wąską szczelinę skalną. Zablokowany robot tkwił bezradnie w miejscu, choć jego silniczki nadal pracowały pełną parą.
„Żuk przewrócony do góry nogami”. Miquel liczył na przegrzanie robota. Oleg nie miał pojęcia o obsłudze tego typu sond i przez chwilę wydawało się, że sabotaż Miquela ma szansę na powodzenie.
Nagle oczka małpki zamigotały. Dwoma susami doskoczyła do Miquela i gwałtownym ruchem wbiła pazury w rękę, którą sterował sondą. Wydarła mu kontroler i wskazała na wyłączony system bezpieczeństwa, demaskując próbę dywersji. Na twarzy Olega po raz pierwszy odmalowało się zniecierpliwienie.
– To bardzo mądra małpka. Li-li, nu że, ty prekrasnaja moja.
Czerwone obwódki oczu małpki przeszły płynnie w pomarańczowy, a z pyszczka wydobył się przeciągły pomruk, jakby była przyjemnie podrapana.
Porucznik wyjął pistolet z kabury. Skierowawszy go na Miquela wycedził:
– Ja nie panimaju, czemu wy chcecie być gierojami. Oferowałem tobie sorok milionów. Ja dumał, że u nas jest umowa. Kontynuuj poszukiwania.
Zrezygnowany Miquel wycofał robota ze szczeliny. Zsunął go na samo dno odwiertu. Zbadał główną odnogę, potem przeszedł do lewej, porzuconej. Mijały minuty, a robot nie znajdował niczego. Łypał okiem kamery w prawo i lewo, w górę i w dół, oświetlał skały jasnym blaskiem reflektora, lustrował dno centymetr po centymetrze. Ben spojrzał pytająco na kompana.
Oleg zaczynał rozumieć, że nie pójdzie gładko. W milczeniu przeszedł kilka kroków. Odwrócony do pracowników platformy tyłem rzekł przez zaciśnięte zęby:
– Benjamin Linqvist. Ty nie masz familii, nikt nie budjet ciebie opłakiwać. Ale ty, Miguel Gonzales? Szto skażum twoi bliskije?
Miquel był przekonany, że w systemie nie może być nic o Marii i Alejandrze. Oleg blefował. Ale nigdy nic nie wiadomo na sto procent. Postanowił odpowiedzieć blefem na blef:
– Nie waż się ruszyć mojej siostry, skurwielu!
Oleg połknął haczyk.
– Spokojno, spokojno. Tvoja sestra w dobrych rukakh korporatsii. Ona niczego złego ne zdjelała. A teraz skażi, gdzie ty ukryłeś kostkę? Że na platformie, to prawda?
Miquel odetchnął. Był jedynakiem, miał tylko Marię i Alejandra. Nie wiedzieli o nim nic.
Li-li doskoczyła do Miquela, stalowymi łapkami ścisnęła jego głowę, do ucha przysunęła końcówkę ogona. Wysunęła metalowy szpikulec.
– Chwilunia… – powiedzonko Bena zabrzmiało kuriozalnie. – To ja ukryłem artefakt.
Oleg chwycił inżyniera z niespodziewaną siłą. Szarpnął go z miejsca i pociągnął w stronę wyjścia.
– Bljadź! Chodź ze mną druhu. Włóżże hełm.
Zostawił małpkę z Miquelem, a sam pociągnął Bena do warsztatu.
Tam złapał za szyję i przycisnął do ściany. Zrobił to z niespodziewaną wprawą, jakby to Ben, a nie on był chudzielcem.
– Czego ty chcesz, a?
Ben nie miał pojęcia czego chce. Nie wiedział nawet dlaczego skłamał. Konsekwentnie grał na czas, tak, jakby ktokolwiek mógł im w tej sytuacji pomóc. Byli przeklęci w chwili, gdy natknęli się na ten diabelski przedmiot. Miquel nie dotrzymał umowy i cholera wie, co zrobił z kostką. Ukrył ją w warsztacie, wyrzucił po drodze? Ale co z tego, obaj by pewnie zginęli tak czy inaczej.
Poczuł uderzenie w kolano i intensywny ból. Coś pękło. Oleg działał zgodnie z procedurą, nadszedł czas na tortury.
– Wypuść Miquela, to mój warunek – wystękał Ben.
Oleg zawahał się. Zwolnił uścisk.
– Koneczno, koneczno – jego głos odzyskał aksamitny ton. – Ja zobaczę kostkę i obaj będziecie swobodni.
– Wypuść go teraz, niech odjedzie do strefy południowoamerykańskiej.
Oleg po krótkim namyśle zgodził się.
Godzina, która minęła od odjazdu Miquela, dłużyła się Benowi w nieskończoność. Setki myśli przeszło przez jego głowę. Czy nie przeoczył czegoś oczywistego? Sprawdził pojazd Miquela, nie było tam żadnej podejrzanej instalacji. Oleg i jego robot nie mieli czasu, aby taką założyć. Miquel zdąży dotrzeć do zony Corporación Sudamericana i będzie bezpieczny.
Oleg wskazał zegarek.
– Kostka jest w baraku – poinformował spokojnie Ben.
To było wiarygodne. Artefakt był po prostu w baraku, sprawa naturalna i prostsza niż się Olegowi wydawało. Uwierzył albo chciał uwierzyć, bo miał tej sytuacji tak samo dość jak Ben.
Ponownie włożyli hełmy. Ponownie wyszli na zewnątrz. Kilkanaście skoków dzieliło ich od baraku. Oleg przed wejściem spojrzał w stronę zbiorników. Pięć sinych cylindrów niknęło w gęstniejącej mgle.
Weszli do środka, Li-li skoczyła na stół, włączyła lampę.
Ben podszedł do szafki i wysunął trzecią od góry szufladę. Naczynie z kolekcją próbek metali tkwiło w jej głębi, niewidoczne. Na szczęście kostkę z litu, tę, która najbardziej przypominała artefakt, położył tuż przy brzegu.
Podał ją Olegowi.
– Pod lampą najtsjemnej – skonkludował tamten.
Oleg przymknął oczy. Użył mnemotechniki, żeby przypomnieć sobie dosłowną treść załącznika numer jeden z notatki od Hemmera – przybliżony opis artefaktu.
Zbadał wizualnie kostkę, kilkukrotnie obrócił ją w palcach, przeciągnął opuszkiem po krawędzi. Zgadzało się wszystko prócz wielkości. Jednak opis zawierał adnotację, że artefakt nie musi być identyczny z opisem. Nikt, nawet sam Maxwell, nie wiedział czym są artefakty.
– Li-li! – zawołał Oleg.
Małpka doskoczyła. Wzięła kostkę w łapki i przysunęła do oka. Złapała ostrość na krawędzi. Światło lasera padło na jeden z boków. Po chwili włączyła promienie rentgena. Pokręciła niepewnie głową.
Korzystając z chwili nieuwagi Ben pokuśtykał do ściany, na której wisiały fartuchy i gdzie obok butów leżała zniszczona skrzynia. Miquel narzekał, że Ben gromadzi w niej graty. Ale rupiecie czasem się przydają.
Sięgnął po biało-pomarańczową kulę. Nie musiał jej całej wyciągać. Wystarczyło wymacać zawór i przekręcić trzykrotnie, jednocześnie dociskając. Zrobił to niepostrzeżenie, zawór poluzował się. Wówczas energicznie go szarpnął.
Epilog
Komputery w całym zespole budynków padły. Małpka osunęła się na ziemię.
Oleg spojrzał w stronę Bena, który w pozycji półleżącej, wsparty o skrzynię, ściskał w dłoni zawleczkę. „Tłusty inżynier odpalił elektronnuju bombu, delikatna elektronika padła” – skonstatował. Zachowując zadziwiającą w tej sytuacji trzeźwość umysłu, porucznik wsunął kostkę do kieszeni, podniósł bezwładną małpkę, przełożył ją sobie przez ramię i w milczeniu, ręcznie, otworzył drzwi śluzy. Kilka minut później, kierując się w stronę swojego pojazdu, aktywował system ochronny kombinezonu.
Ben został w warsztacie sam. Oparty o skrzynię, sapiąc ciężko, próbował się podnieść. Raz, drugi, nie udało się. Pulsujący ból w kolanie odbierał siły.
Sięgnął do skrzyni, pomieszał ręką. Z dna wyłowił niewielką, szklaną butelkę. „Miquel, stary druhu, gdybyś wiedział jakie cuda twój kompan ukrywa w tej graciarni, martwiłbyś się jeszcze bardziej o jego zdrowie. Ale teraz… za twoje zdrowie!” Oderwał kapsel, łyknął i przymknął oczy. Ból nieco zelżał. Przypomniał sobie dom rodzinny, Ziemię. „Kiedy przejdziesz dziesięć mil miarowo w upalny dzień wzdłuż fiordu, wkrótce odkryjesz, dlaczego wynaleziono piwo”. Roześmiał się tubalnie.
Oleg wszedł do pojazdu. Jak każdy wóz bojowy, tak i ten wyposażony był w prostą elektrykę i systemy hydrauliczne, którego krytyczne elementy osłonięte były ekranami niklowo-żelaznymi. Odpalił bez problemu.
Nie mógł zwlekać, byłoby to zbyt niebezpieczne. Jego wóz był odporny na e-bombę, ale zapalniki mini-ładunków, które Li-li zainstalowała przy cysternach, zostały najpewniej uszkodzone przez impuls. Mogły wybuchnąć w każdej chwili.
Silniczki skierowane w górę trzymały pojazd blisko powierzchni. Wewnętrzny system ogrzewania pompował świeże i ciepłe powietrze. Oleg zdjął hełm i rozluźnił się.
Odczytał raport służb z granicy Corporación Sudamericana: Miquel został śmiertelnie postrzelony przez innego agenta MaSoHe tuż przed zoną, ale jeszcze na terenie ich jurysdykcji. „Nie idealno, dostatoczno choroszo.”
Usłyszał za sobą huk. Kilka odłamków rozerwanych budynków platformy C-16 uderzyło w tył pojazdu, robiąc pokaźne, ale niegroźne wgniecenia. Niewiele brakowało, a by nie zdążył.
Eksplozja dawała mu pewność, że nie zostaną ślady.
Westchnął na widok mechanicznego ciała Li-li, leżącego na siedzeniu obok. „Moja maliszka, a kak że ty?” Od lat nie robił backupu, zatem osobowość małpki przepadła.
Ale ostatecznie był z siebie dumny. Miał apetyt na sowitą nagrodę od Hemmera.
Witaj. :)
Sprawy techniczne i nasuwające się przy czytaniu sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):
Mini platforma wiertnicza C-16 nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle kilkuset podobnych na Tytanie. Walki zbrojne ją ominęły i w chwili, gdy front znajdował się kilkaset kilometrów dalej, a działania wojenne powoli wygasały, infrastrukturze nic nie zagrażało. – powtórzenie?
Przy tablicy kontrolnej siedział trzydziestoletni szatyn, o wzbudzającym zaufanie spojrzeniu i łagodnym uśmiechu. – mam wątpliwość, czy przecinek nie jest zbędny (?)
Wkrótce, trzy czwarte metalicznej kostki wystawało ze skalnej okowy. – tu także?
Ben, został w warsztacie sam. – tu też?
Na dnie otworu, sonda odnalazła odłamek skalny, którego średnia gęstość – po pobieżnym, miejscowym skanie – okazała się zadziwiająco duża. – tu podobnie – z pierwszym przecinkiem (?)
Po pierwszych oględzinach, stwierdzili, że jest typowym dla Tytana, przypominającym asfalt, zlodowaciałym węglowodorem. – tu znowu mam wątpliwość co do pierwszego (?)
Zgodnie z procedurą przejścia powinieneś był zrobić trening, rozpocząć dietę i zakładać dociążenie miesiąc przed. – czy ta (i inne) aliteracja jest celowa?
Miquel nie miał pojęcia (przecinek?) skąd tamten je przytargał.
Masz pojęcie (i tu?) co to za minerał?
Zdaje się, że to coś jest zrobione. – dodał. – błędny zapis dialogu? (zbędna kropka?)
– Chcesz wydobyć to coś? – Zapytał Miquel, przyglądający się do tej pory czynnościom kolegi w milczeniu. – i tu – didaskalia z malej?
– Dokładnie to mam zamiar zrobić… Znajdź dozymetr – rzucił obojętnie, nie przerywając odłupywania – tu też błędny, bo z kolei brak kropki (lub części zdania)?
– Czyli jest to wytwór człowieka czy (przecinek?) nie?
To może mieć związek z działaniami wojskowymi, to może być element uzbrojenia. – czy celowe powtórzenie?
Nie mogę sobie wyobrazić (przecinek?) w jaki sposób ktoś mógłby umieścić cokolwiek tak głęboko.
Ścisnął je pokrętłem, i (przecinek?) ruszając to do góry, to na dół, niczym dentysta wyrywający ząb, próbował wydobyć obiekt ze skalnej bryły.
Zbliżał każdą jedną bryłkę do znaleziska (przecinek?) szukając podobieństwa.
Prawdopodobnie pod wpływem sprzyjającej temperatury i ciśnienia. Pod wpływem aktywności tektonicznej został wypchnięty z dużo głębszych warstw geologicznych, być może z samego jądra… – – powtórzenie?
Ben nie wierzył w to (przecinek?) co mówi.
Wymiana myśli bohaterów za pomocą ich zapisywania jest niekonsekwentna, czasem dajesz tam kropki, a czasem – nie (w dodatku – kropka powinna być poza nawiasem):
“To może być plotka rozsiewania przez konkurencję, żeby oczernić MaSoHe.”
“Chcesz ryzykować?”
“Ten obiekt na pewno jest wiele wart.”
“Wyrzućmy to.”
Tak (przecinek?) jak chciał Ben, włożył metaliczny przedmiot w szczypce robota-sondy, otworzył aplikację obsługi i nakazał transport elementu w głąb odwiertu, do jego lewej, zaniechanej odnogi.
Arthur Hemmer (przecinek?) przytknąwszy oko do lunety (i tu?) skierował ją na krater.
– Ale do kogo ma pan pretensje, Panie Hemmer? – błędny zapis dialogu?
Nie wiedzieliśmy jeszcze (przecinek?) z czym mamy do czynienia.
– Myślałem, żeby poinformować go (przecinek?) jak będziemy pewni (i tu?) czy to rzeczywiście jest artefakt.
Nadszedł czas wziąć się do pracy. Gdy miał przypływ energii, kochał swoją pracę. – powtórzenie?
Źrenica, tkwiąca w białku o nienaturalnym, przypominający kość słoniową kolorze, zabłysnęła szkliście, zdradzając, że prawe oko jest kamerą. – literówka?
Sześciokołowy pojazd, przy prędkości czterdziestu kilometrów na godzinę lekko podskakiwał na nierównościach – uruchomienie pionowych dysz zapewniało tylko nieznacznie lepszą przyczepność. – znowu mam wątpliwość, czy ten przecinek nie jest zbędny (?)
Tylko (przecinek?) czy przedmiot rzeczywiście posiada wartość. – czy to nie zdanie pytające?
W bagażniku leżało uszkodzone wiertło i Miquel zastanawiał się (przecinek?) jak w serwisie wyjaśni przyczynę starcia się diamentów.
Co znaleźliście w skałach (przecinek?) jest cenne dla korporatsji, zapłacimy tridtsat millionov dallsov.
– Poczemu ty milczysz? – Niecierpliwił się Oleg. – czy nie jest to gębowe?
– Wy może domyślacie się (przecinek?) zaczem ja przyjechał? – Porucznik przeszedł do sedna. – i to?
– Ty wrzucił go z powrotem v dziuru? – faktycznie tu ma być „v”?
Miquel ścisnął mocniej kierownice, żeby opanować drżenie rąk. – literówka?
– A powiedz mi, gdzie ty jedziesz?– dokąd?
Skierowawszy go na Miquela (przecinek?) wycedził:
Chodź ze mną druhu. – przecinek przy Wołaczu?
Ben nie miał pojęcia (przecinek?) czego chce.
Nie wiedział nawet (i tu?) dlaczego skłamał.
Ale co z tego, obaj by pewnie zginęli (przecinek?) tak czy inaczej.
Nikt, nawet sam Maxwell, nie wiedział (przecinek?) czym są artefakty.
„Miquel, stary druhu, gdybyś wiedział (przecinek?) jakie cuda twój kompan ukrywa w tej graciarni, martwiłbyś się jeszcze bardziej o jego zdrowie. Ale teraz… za twoje zdrowie!” – powtórzenie i brak kropki na końcu?
Jego wóz był odporny na e-bombę, ale zapalniki mini-ładunków (przecinek?) które Li-li zainstalowała przy cysternach (i tu?) zostały najpewniej uszkodzone przez impuls.
Nieźle poprowadziłeś fabułę, trzymając w napięciu do ostatniego zdania. :) I tylko można sobie dopowiedzieć, jak zareaguje Hemmer. ;)) Szkoda obu bohaterów, ale – okrutny świat postępuje okrutnie, tak już jest. :)
Świetnie nakreślone sylwetki postaci, bardzo ciekawe odsłony kolejnych zdarzeń, a także – wtrącane raz za razem retrospekcje. :)
Pozdrawiam serdecznie, chciałabym zwrócić uwagę na Twój tekst Kogoś Mądrzejszego, zatem – podwójny klik (biblioteczny i piórkowy). :) Powodzenia. :)
Pecunia non olet
Na jego okrągłej twarzy z dwoma podbródkami pojawił się uśmiech.
Nie lepiej – z podwójnym podbródkiem?
Podbródek jest jeden, a nie dwa. Brzmiało być lepiej:) Bo troszkę zgrzyta,.
Zapewniam cię, Miquel, że skały w tym rejonie są miększe niż charakter Ludwika XVI –
Ja i dieta to jak Karol Marks i maszynka do golenia.
W tej chwili mam o tym takie pojęcie, jak Einstein o skoku przez płotki.
Trochę średnio trafione te metafory. Nawet jako historyk stwierdzam, ze ktoś 600 lat potem by takich uwag nie robił. Ja oczywiście to zakumałem, ale nie wiem czy randomowy czytelnik to zrozumie :) Uwierz mi, nie wszyscy wiedzą, jaki charakter miał Ludwik. Z Marksem może być różnie. Ale to takie TBD, na przyszłość. Ale np to:
– Parafrazując Einsteina, oprócz głupoty ludzkiej, nie widziałem jeszcze w przyrodzie czegoś tak trwałego.
To już było trafne. Głownie dlatego, że to był cytat i jak ładnie wspomniałem parafraza. Dobre!
– Dlaczego mielibyśmy to zrobić? – wyszeptał zdezorientowany Miquel.
Ben przyłożył palec do ust. Zaczął gorączkowo pisać.
“Słyszałeś o masakrze w Hubie A? Według oficjalnych informacji, wywiązała się sprzeczka między pracownikami a ochroniarzem. Facet zaczął nagle strzelać jak wariat. Zginęło sześciu nieuzbrojonych operatorów platformy. Ochroniarz zniknął bez śladu, śledztwo umorzono, korporacja wykupiła się odszkodowaniami dla rodzin.
Niedługo po transferze na Dionę, spotkałem ludzi, którzy wiedzieli coś więcej. Wspomnieli o znalezisku pod grubą warstwą skał. Musiało to być coś naprawdę cennego. Krwawa jatka nie była wynikiem przypadkowej sprzeczki. MaSoHe siłą odebrała pracownikom coś, czego nie chcieli oddać.”
Miquela zamurowało. Wyjął długopis z ręki Bena:
“To może być plotka rozsiewania przez konkurencję, żeby oczernić MaSoHe.”
“Chcesz ryzykować?”
“Ten obiekt na pewno jest wiele wart.”
“Wyrzućmy to.”
Ale Miquel wahał się. Pokręcił z niedowierzaniem głową.
“Taka szansa nie zdarza się codziennie. To może być nasza przepustka do lepszego życia!” – nabazgrał drżącymi rękoma.
“Wyrzućmy to” – Ben był nieugięty.
Ostatecznie Miquel zgodził się, czując, że wymyka mu się rzadka sposobność na darmowy lunch. Tak jak chciał Ben, włożył metaliczny przedmiot w szczypce robota-sondy, otworzył aplikację obsługi i nakazał transport elementu w głąb odwiertu, do jego lewej, zaniechanej odnogi.
Kilka minut później stali w kabinie operacyjnej, obserwując przez iluminatory jak robot, wraz z kostką, zanurza się w otworze. Kiedy dotarł na dno lewej odnogi, Miquel zapytał:
– Czyli co? Mam jechać do Hubu po nowe wiertło?
– Tak. Nie ma na co czekać. Wracamy do business as usual.
Tu się trochę pogubiłem. Nie do końca wiedziałem co jest pisane, co jest mówione. Troszkę zamieszałeś moim zdaniem te scenę, bo musiałem ją przeczytać dwa razy żeby złapać logikę.
Najbardziej dezorientuje sposób zapisu tej „rozmowy” na kartce – mieszanie cudzysłowów z myślnikami dialogowymi (np. “Wyrzućmy to” – Ben…) sprawia, że mózg automatycznie czyta to jako mowę na głos; o wiele czytelniej byłoby wrzucić te notatki po prostu kursywą w tekst ciągły. Do tego ich wymiana zdań na papierze jest nienaturalnie szybka, piszą długie kwestie z prędkością mowy, zamiast używać skrótów i równoważników.
Głos Srinivasy Aiyangara, szefa IT, drżał.
Jako człek z branży który widzi ogrom hindusów z managmencie IT, zwłaszcza za oceanem – ogromny plus za rozeznanie. A jak fart, to ci się to udało :)
– Kurwa, co to za indywidua?!
Nie lepiej – niesubordynacja? TBD.
– Srinivas, ty śniada kurwo w białych rękawiczkach! Ty za nic nie bierzesz odpowiedzialności!
Hehe, dobre i bardzo apropo :) Jak ja to znam ze swojego poletka bo sam z nimi robiłęm 2,5 na projekcie :)
Czemu ten tłusty kutas z
Angielski zwrot. Zmień to, bo strasznie to kłuje w oczy. Może “Czemu ten pierdolony grubas”? Będzie brzmieć bardziej swojsko. Ja wiem, że mówią to nie-polacy, ale czytają Polacy:)
Ściśle tajne. Nieautoryzowane przechwycenie grozi karą śmierci. Adresat: Oleg Aleksandrovich Smirnoff.
Treść ulega autodestrukcji w ciągu stu dwudziestu sekund, załączniki ulegają destrukcji w ciągu piętnastu minut. Użyto algorytmu szyfrującego Nexus v. 3.175, Polynomial Inc. Użyto algorytmu identyfikacji i markowania adresata Seraph v. 1.2, Polynomial Inc.
Temat: Pozyskanie przedmiotu, przybliżony opis w zał. nr 1. Lokalizacja: platforma C-16, kontekst w zał. nr 2. Metody: A. zakup, prop.: 50M dalli. B. perswazja słowna/ groźba. C. groźba tortur rodziny* (inf. o rodzinie w trakcie kompletowania, dosłanie ASAP) D. tortury, zgodne z normą szkoleniową Q-17.
Po pozyskaniu przedmiotu, niezwłoczne pozbycie się załogi. Prop. pozorowany pożar poprzez spięcie instalacji przy zbiornikach paliwa. Dopuszczalne inne, dyskr. metody, ref. zał. nr.3. zgodne z normą szkoleniową V-32.
Poziom priorytetu operacji: Z. Nakaz absolutnej dyskrecji.
Arthur Hemmer, dyrektor Działu Ochrony MaSoHe MC.
Uprościłbym trochę, bo przez te skróty, nazwy jest na granicy imfodumpu. Ale to moje zdanie i TBD.
Ocena ogólna.
Czuć klimat “The Expanse” ale też trochę “Aliena” ale także i kosmicznego Cyberpunka, w którego dużo grywałem. Od pierwszych sekund wtopiłem się w ten tekst i szło. Bardzo fajne te wstawki z IT, chyba kolega jak ja pracuje w IT albo jest rozeznany :) Czułem ten klimat, fajnie to wyglądało.
Ale w połowie to trochę traci tempo. Druga połowa jest słabsza. Dlaczego? Być może dlatego, że skupiłeś się bardziej na intrydze korpo, a nie na samym artefakcie. Ja chciałem poznać ten artefakt a tak naprawdę nie dowiedziałem się o nim nic. Szkoda. Ale wierzę, że bedzie dalsza część, bo fajnie napisane opowiadanie i klimat na plus.
Scena w baraku traci napięcie, ponieważ Ben wie, że nie ma kostki, a Oleg ucieka się do gróźb, które niewiele zmieniają. Kiedy Oleg łamie kolano Benowi, dzieje się to szybko i niemal bez emocji.
Używasz artefaktu jak walizka z PulpFiction – przedmiotu, który napędza akcję, ale sam w sobie nie ma znaczenia. Ja to tak odebrałem. W literaturze science fiction to jednak rzadko się sprawdza, bo czytelnicy oczekują, że technologia/obcy element będzie miał realny wpływ na świat lub bohatera. Ale pamiętaj, że to tylko moja opinia i odczucie. Nie musisz jej do siebie brać.
W sumie to tyle z tych rzeczy zgrzytających.
Napewno polecę do biblioteki bo naprawdę fajne opowiadanie, ale jest poczucie niedostytu końcówką. Gdybym nie zużył swojego “jednego” głosu na najlepsze opko miesiąca to bym zagłosował, by dać ci szansę by oceniła loża. (z zasady głosuje tylko na jedno bo biorę dosłownie słowo najlepszy). Ale jestem pewien, ze zrobią to inni.
Będę czytał następne, liczę na kontynuację :)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Cześć!
Ostatnio nawet myślałam, co się stało z tym opowiadaniem. Cieszę się, że w końcu ujrzało światło dzienne ;)
Ok, pobetowo parę słów zanim kliknę, gdzie trzeba.
Język jest dość surowy i techniczny, ale przeplatany humorem, co dobrze oddaje klimat. Dla mnie fragment z korpointrygą wypada fajnie, bo dodaje kolejną warstwę – z przygodówki o przypadkowym odkryciu, dostajemy opowieść o grze interesów. Jeśli miałabym wskazać jakiś słabszy punkt, to momentami widać lekkie przegadanie i nadmiar ekspozycji, ale nie razi to jakoś bardzo mimo wszystko :)
Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze coś w tym uniwersum ;)
Zapewniam cię, Miquel, że skały w tym rejonie są miększe niż charakter Ludwika XVI –
Ja i dieta to jak Karol Marks i maszynka do golenia.
W tej chwili mam o tym takie pojęcie, jak Einstein o skoku przez płotki.
Trochę średnio trafione te metafory. Nawet jako historyk stwierdzam, ze ktoś 600 lat potem by takich uwag nie robił. Ja oczywiście to zakumałem, ale nie wiem czy randomowy czytelnik to zrozumie :) Uwierz mi, nie wszyscy wiedzą, jaki charakter miał Ludwik. Z Marksem może być różnie. Ale to takie TBD, na przyszłość.
To nie jest wcale takie oczywiste, że po 600 latach te odniesienia byłyby niezrozumiałe. Poza tym to element stylizacji języka niż próba precyzyjnego komentarza historycznego ;) A nawet jeśli ktoś nie zna dokładnie kontekstu Ludwika XVI, to i tak z samej konstrukcji zdania (“miększe niż charakter…”) złapie sens.
Czemu ten tłusty kutas z
Angielski zwrot. Zmień to, bo strasznie to kłuje w oczy. Może “Czemu ten pierdolony grubas”? Będzie brzmieć bardziej swojsko. Ja wiem, że mówią to nie-polacy, ale czytają Polacy:)
To też jest do obrony, o ile zwrot faktycznie jest “angielski”. Mówi to Hemmer, a w jego środowisku korpogadka jest przesycona angielskimi wtrętami, więc dla mnie wypada wiarygodnie.
Those who don't believe in magic will never find it
To nie jest wcale takie oczywiste, że po 600 latach te odniesienia byłyby niezrozumiałe.
Przeciętny zjadacz chleba nie wszystko wychwyci :) Nawet dzisiaj :] Ja odczytałem, ale nie wiem czy inni :)
Mówi to Hemmer, a w jego środowisku korpogadka jest przesycona angielskimi wtrętami, więc dla mnie wypada wiarygodnie.
Could be ;) Ale mi zgrzytło :) Jeszcze muszę się zastanowić czy takie uwagi mają sens, jeżeli czytamy właśnie kogoś który jest teoretycznie native-speakerem, co już sam pisałem w moim oryginalnym komentarzu. Natomiast sama inwektywa w tym przypadku by mi się lepiej czytała w innej formie :) Ale zaznaczyłem jako TBD, do decyzji autora ;)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Dlatego moj komentarz miał jeszcze drugą część -> "A nawet jeśli ktoś nie zna dokładnie kontekstu Ludwika XVI, to i tak z samej konstrukcji zdania (“miększe niż charakter…”) złapie sens." ;)
Those who don't believe in magic will never find it
, to i tak z samej konstrukcji zdania (“miększe niż charakter…”) złapie sens." ;)
No dobra. To kupuję ;)
Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"
Akurat te wtręty o golarce Marksa mi się podobały budowały jakoś bohatera, wyróżniały go. Ja to kupuje.
Ogólnie tekst jest OK. Początek wiele obiecuje po tym artefakcie, a później tego nie wyjaśnia, idzie w stronę akcji. Ja byłem trochę tym rozczarowany, aczkolwiek czytało się dobrze. Dobry tekst związał by znaczeniowo intrygę i artefakt.
Tymczasowy lakoński król
OK, historia w porządku.
Trochę widzę znamiona fragmentaryczności – prawdziwy artefakt leży sobie gdzieś na powierzchni Tytana i nikt nie ma o tym pojęcia. Ten złol z Marsa na pewno szybko się zorientuje, że dostał podróbkę. I wtedy będzie się działo. Co? Tego nie wiemy.
Nie wiemy także, co robi tajemniczy artefakt oprócz tępienia diamentowych wierteł. Czym jest? Kto go skonstruował? Dlaczego korpo tak usilnie chce zdobyć następny egzemplarz? Co zrobi leżący gdzieś tam sześcianik? Co się stanie, jeśli przypadkiem trafi go jakiś pocisk, przecież w pobliżu toczy się wojna?
To wszystko powoduje, że opko aż się prosi o kontynuację.
Ale ogólnie czytało się przyjemnie.
Babska logika rządzi!
Czytało się dobrze, ale po lekturze pojawiły się pytania o artefakt. Dlaczego nic o nim, ani słowa wyjaśnienia, przypuszczeń, sugestii? To, że piekielnie twardy i że interesuje się nim korporacja, to za mało, jak na oczekiwania czytelnika.
Rozśmieszyło mnie ulegnięcie obecnej atmosferze politycznej. Czy tylko wśród Rosjan można znaleźć zawodowego mordercę?
Bohaterowie w porządku, uważam.
Pozdrawiam.
Znaleźć pewnie można wszędzie, ale rusek od razu stwarza wrażenie, że został dobrze obsadzony w roli. ;-)
Babska logika rządzi!
Dziękuję Wam za czas włożony w skomentowanie opowiadania, które do najkrótszych nie należy. Miło mnie zaskoczyły pozytywne opinie i cieszę się, że historia dwóch kolegów wydała sie interesująca! Nie wiem na ile to przebija z tekstu, ale jest on samodzielną częścią szerszej historii (bo uniwersum to za dużo powiedziane) i rzeczywiście, niektóre karty zamierzam odkryć w kolejnych opowiadaniach.
Witaj Bruce!
Bardzo cenię sobię wskazanie potencjalnych błedów technicznych, bo dzięki temu mam okazję popracować nad poprawą warsztatu. Większość to interpunkcja, ale jest też kilka powtórzeń i innych błędów. Przechodziłem przez tekst wiele razy i nie wyłapałem – typowe. :) Poprawię przy najbliższej okazji.
Wielkie dzięki za miłe słowa komentarza oraz za podwójny klik! To wiele dla mnie znaczy.
Miquel, stary druhu, gdybyś wiedział (przecinek?) jakie cuda twój kompan ukrywa w tej graciarni, martwiłbyś się jeszcze bardziej o jego zdrowie. Ale teraz… za twoje zdrowie!
W tym akurat miejscu powtórzenie jest celowe.
Hemmer zareaguje bardzo źle kiedy się dowie, że to nie jest artefkt. Głownych bohaterów też mi było szkoda i nawet chciałem zostawić Miquela przy życiu, ale wtedy jego zaszyfrowana wiadomość do żony byłaby niepotrzebna. Niestety, wydaje mi się, że świat przyszłości będzie tak samo bezwzględny jak obecny, co do tego nie mam złudzeń.
Również pozdrawiam!
Cześć Melendur88!
Nie lepiej – z podwójnym podbródkiem?
Chyba racja, chociaż mówi się “drugi podbródek”. Muszę sprawdzić.
Trochę średnio trafione te metafory. Nawet jako historyk stwierdzam, ze ktoś 600 lat potem by takich uwag nie robił. Ja oczywiście to zakumałem, ale nie wiem czy randomowy czytelnik to zrozumie :) Uwierz mi, nie wszyscy wiedzą, jaki charakter miał Ludwik. Z Marksem może być różnie.
To prawda. Jednak Benjamin to facet, który żyje trochę w swojej bańce, historia jest jego pasją. No i te cytaty żyją w jego głowie, wypowiada je odruchowo, na zasadzie “panie dziejku”, nie przejmując się czy ktoś zakuma o co chodzi.
To już było trafne. Głownie dlatego, że to był cytat i jak ładnie wspomniałem parafraza.
Może właśnie tak jak piszesz, nieco parafrazować i mocniej osadzać w kontekście wydarzeń.
Tu się trochę pogubiłem. Nie do końca wiedziałem co jest pisane, co jest mówione. Troszkę zamieszałeś moim zdaniem te scenę, bo musiałem ją przeczytać dwa razy żeby złapać logikę.
A to wydawało mi się akurat proste. W cudzysłowiu jest pisanie na kartce. Dialog standardowo od myślnika.
Do tego ich wymiana zdań na papierze jest nienaturalnie szybka, piszą długie kwestie z prędkością mowy, zamiast używać skrótów i równoważników.
Nie do końca. Im się nigdzie nie spieszyło, mimo, że odczuwali zdenerwowanie sytuacją.
Jako człek z branży który widzi ogrom hindusów z managmencie IT, zwłaszcza za oceanem – ogromny plus za rozeznanie. A jak fart, to ci się to udało :)
Też żyję na tej planecie i wiem mniej więcej co sie dzieje. ;)
Angielski zwrot. Zmień to, bo strasznie to kłuje w oczy. Może “Czemu ten pierdolony grubas”? Będzie brzmieć bardziej swojsko. Ja wiem, że mówią to nie-polacy, ale czytają Polacy:)
A może “A to niemiła parówka!”? Żarcik. Póki co zostanę przy swojej wersji. Zresztą to marginalne.
Uprościłbym trochę, bo przez te skróty, nazwy jest na granicy imfodumpu.
Pełna zgoda. I tak już skracałem, bo było dłuższe. Przemyślę.
Od pierwszych sekund wtopiłem się w ten tekst i szło. Bardzo fajne te wstawki z IT, chyba kolega jak ja pracuje w IT albo jest rozeznany :) Czułem ten klimat, fajnie to wyglądało.
Miło słyszeć, że historia Cię wciągnęła! To chyba najlepszy komentarz dla autora. Nie pracuję w IT, ale mam nieco doświadczenia w tej dziedzinie.
Ja chciałem poznać ten artefakt a tak naprawdę nie dowiedziałem się o nim nic. Szkoda. Ale wierzę, że bedzie dalsza część, bo fajnie napisane opowiadanie i klimat na plus. (…)
Używasz artefaktu jak walizka z PulpFiction – przedmiotu, który napędza akcję, ale sam w sobie nie ma znaczenia. Ja to tak odebrałem. (…)
Działanie artefaktu i jego pochodzenie jest przemyślane, ale niestety, musisz póki co mi wierzyć na słowo. Ale skoro historia zainteresowała, to postaram się powiedzieć więcej o nim w kolejnych odsłonach. Trochę o jego działaniu jest w tekście “Chwytaj sol, to ma sens”.
Napewno polecę do biblioteki bo naprawdę fajne opowiadanie, ale jest poczucie niedostytu końcówką. Gdybym nie zużył swojego “jednego” głosu na najlepsze opko miesiąca to bym zagłosował, by dać ci szansę by oceniła loża. (z zasady głosuje tylko na jedno bo biorę dosłownie słowo najlepszy). Ale jestem pewien, ze zrobią to inni.
Będę czytał następne, liczę na kontynuację :)
Wielkie dzięki za tak miłą opinię, a szczególnie za gotowość do czytania kontynuacji! To mobilizuje do pracy, a u mnie bywa czasem ciężko z “flowem”. Cenię sobię Twoje uwagi i będę o nich pamiętał przy kolejnych tekstach. Pozdrawiam serdecznie!
Cześć OldGuard!
Ostatnio nawet myślałam, co się stało z tym opowiadaniem. Cieszę się, że w końcu ujrzało światło dzienne ;)
To proste – wahałem się czy już publikować, czy może jeszcze skracać, bo komu chce się czytać tekst długości 40k? Nie jest to jeszcze bardzo dużo, ale niebezpiecznie dotyka granicy odstraszania. W końcu się odważyłem wrzucić jak jest. :D
Język jest dość surowy i techniczny, ale przeplatany humorem, co dobrze oddaje klimat. Dla mnie fragment z korpointrygą wypada fajnie, bo dodaje kolejną warstwę – z przygodówki o przypadkowym odkryciu, dostajemy opowieść o grze interesów. Jeśli miałabym wskazać jakiś słabszy punkt, to momentami widać lekkie przegadanie i nadmiar ekspozycji, ale nie razi to jakoś bardzo mimo wszystko :)
Tak, język surowy, niestety, to moja przypadłość. Mam nadzieję, że wynagradza to sama historia i bohaterowie. Z humorem to niegdy nie wiadomo. Co do słabszego punktu – zgoda, mimo pocięcia, ciągle sporo infodumpów.
To nie jest wcale takie oczywiste, że po 600 latach te odniesienia byłyby niezrozumiałe. Poza tym to element stylizacji języka niż próba precyzyjnego komentarza historycznego ;) A nawet jeśli ktoś nie zna dokładnie kontekstu Ludwika XVI, to i tak z samej konstrukcji zdania (“miększe niż charakter…”) złapie sens.
Tak właśnie myślałem. To stylizacja, profil postaci.
Mam nadzieję, że pojawi się jeszcze coś w tym uniwersum ;)
Pojawi się. Tylko jeszcze muszę nad tym popracować. Jeszcze raz dziękuję za betę!
Witaj OneTwo!
Dzięki za odwiedziny i przeczytanie.
Akurat te wtręty o golarce Marksa mi się podobały budowały jakoś bohatera, wyróżniały go. Ja to kupuje.
Cieszy mnie to. :)
Ogólnie tekst jest OK. Początek wiele obiecuje po tym artefakcie, a później tego nie wyjaśnia, idzie w stronę akcji. Ja byłem trochę tym rozczarowany, aczkolwiek czytało się dobrze. Dobry tekst związał by znaczeniowo intrygę i artefakt.
Rozumiem i zgadzam się. Żeby się trochę wytłumaczyć, powtórzę, że opowiadanie, choć stanowi samodzielną część, jest migawką z szerszej historii, gdzie artefakt odgrywa znaczącą rolę.
Witaj Finklo!
Nie wiemy także, co robi tajemniczy artefakt oprócz tępienia diamentowych wierteł. Czym jest? Kto go skonstruował? Dlaczego korpo tak usilnie chce zdobyć następny egzemplarz? Co zrobi leżący gdzieś tam sześcianik? Co się stanie, jeśli przypadkiem trafi go jakiś pocisk, przecież w pobliżu toczy się wojna?
Chodziło mi chyba o to, żeby pokazać co się wokół takiego obiektu może dziać. A co, gdyby nic więcej ludzie o nim nie wiedzieli i mieli się nigdy nie dowiedzieć? Po prostu taki dziwny, doskonały twór. Czy też byłby obiektem pożądania władców tego świata? Wywoływałby konflikty?
To wszystko powoduje, że opko aż się prosi o kontynuację.
Ale ogólnie czytało się przyjemnie.
Prosi się o kontynuację, wiem. Będzie kontynuacja. Dzięki za odwiedziny i cieszę się, że czytało się przyjemnie!
Witaj AdamKB!
Czytało się dobrze, ale po lekturze pojawiły się pytania o artefakt. Dlaczego nic o nim, ani słowa wyjaśnienia, przypuszczeń, sugestii? To, że piekielnie twardy i że interesuje się nim korporacja, to za mało, jak na oczekiwania czytelnika.
Już wyżej odniosłem się do tego i przepraszam, że nieco zawiodłem oczekiwania. Postaram się to w przyszłości zrekompensować.
Rozśmieszyło mnie ulegnięcie obecnej atmosferze politycznej. Czy tylko wśród Rosjan można znaleźć zawodowego mordercę?
Nie tylko, ale akurat tu tak się zdarzyło. W innym moim opku mordercą jest Anglosas, albo jakiś inny Germanin. ;) W każdym razie Oleg to nie najczarniejszy charakter, to tylko narzędzie. Hemmer jest dużo mroczniejszy.
Nie ma tu żadnego ulegnięcia obecnej atmosferze politycznej, ponieważ unikam przemycania swoich poglądów politycznych do opowiadań. To błędny wniosek.
Bohaterowie w porządku, uważam.
Fajnie, że podobają Ci się bohaterowie. Dziękuję za przeczytanie tekstu i trochę szkoda, że zawiodłeś się nierozwiązaniem tajemnicy artefaktu. Jak już wyżej pisałem, trochę o jego działaniu jest w starszym opku, “Chwytaj Sol, to ma sens”. Również pozdrawiam!
Po prostu taki dziwny, doskonały twór. Czy też byłby obiektem porządania władców tego świata? Wywoływałby konflikty?
Czy ja wiem? Koliber i kwiatki są doskonale do siebie dostosowane, ale czy to wzbudza aż takie emocje? Pewnie nie raz zdarzało się, że ludzie się zabijali dla diamentu, ale jakiś kryształ o nieznanych właściwościach? Wydaje mi się to przesadą.
Babska logika rządzi!
Czy ja wiem? Koliber i kwiatki są doskonale do siebie dostosowane, ale czy to wzbudza aż takie emocje? Pewnie nie raz zdarzało się, że ludzie się zabijali dla diamentu, ale jakiś kryształ o nieznanych właściwościach? Wydaje mi się to przesadą.
Moim zdaniem to zależy czy ten obiekt wpisywałby się w znaną fizykę, albo, czy dawałby się wyjaśnić w jej ramach. Koliber i kwiatki posiadają te same komórki co inne rośliny, zwierzęta, podlegają znanym prawom biologi czy fizyki. Jeżeli znaleziono by coś, czego nie można by w żaden sposób zaklasyfikować, to myślę, że wzbudzało by to coś silne emocje. Czy ludzie zabijaliby się o niego? Może nie. Może tylko początkowo tak? Ale na pewno by to coś cenili, jako źródło tajemnicy, która rozwikłana, mogłaby poszerzyć naszą wiedzę.
Ale skąd wiadomo, że obiekt mija się ze znaną fizyką, jeśli jeszcze żadnego nie udało się zbadać?
No i imponujący stopień inwigilacji – czy przy każdym nietypowym znalezisku i zepsuciu wiertła korpo wysyła zabójcę? Ile zasobów oni muszą poświęcać na przeglądanie tych nagrań? Tak, robi to algorytm, ale ktoś płaci za komputery i energię dla nich…
Babska logika rządzi!
Ale skąd wiadomo, że obiekt mija się ze znaną fizyką, jeśli jeszcze żadnego nie udało się zbadać?
Ja mówiłem teraz ogólnie, nie w kontekście opowiadania. W opowiadaniu chyba udało się go trochę zbadać. W każdym razie, to nie pierwszy tego typu obiekt znaleziony na Tytanie, o czym świadczy wydarzenie w Hubie-A, do którego odnosi się Ben. Skoro są skłonni dla niego zabić, to znaczy, że coś tam zbadali i jakoś im to służy. Zgadzam się, że nie ma tego dopowiedzenia w opku i że może to budzić niedosyt. Mimo to, myślę, że opowiadanie funkcjonuje jako całość.
No i imponujący stopień inwigilacji – czy przy każdym nietypowym znalezisku i zepsuciu wiertła korpo wysyła zabójcę? Ile zasobów oni muszą poświęcać na przeglądanie tych nagrań? Tak, robi to algorytm, ale ktoś płaci za komputery i energię dla nich…
Nie, tylko tutaj dostrzegli coś podejrzanego i algorytm był w stanie szybko to zidentyfikować jako potencjalny artefakt (zachowanie inżynierów, obróbka wizualna tego czegoś przez AI, big data itp.). Nie wymaga to aż tak dużo energii, ponieważ tych platform jest tylko kilkaset (a nie miliony, czy miliardy). Pamiętajmy, że to przyszłość i algorytmy są zoptymalizowane.
Ale ten złol na Marsie nie był zadowolony z przejęcia poprzedniego. No i nie pokazujesz wyników badań.
Tekst daje radę jako samodzielny, ale z zastrzeżeniami.
Babska logika rządzi!
Ale ten złol na Marsie nie był zadowolony z przejęcia poprzedniego. No i nie pokazujesz wyników badań. Tekst daje radę jako samodzielny, ale z zastrzeżeniami.
Nie był zadowolony ze sposobu przejęcia poprzedniego, bo chciał to zrobić możliwie cicho, a akcja wymknęła się spod kontroli i przerodziła się w jatkę. Ta jatka to był błąd agenta, dlatego Hemmer wysyła lepszego, bardziej profesjonalnego (jak sądzi). Korporacja nie chcę nagłaśniać, że znalazła coś cennego, chce mieć to tylko dla siebie.
Nie pokazuję wyników badań, to prawda. Zgadzam się, że można mieć zastrzeżenia, że artefakt nie jest wyjaśniony.
Hemmer zareaguje bardzo źle kiedy się dowie, że to nie jest artefkt.
Łagodnie powiedziane. ;)
Niestety, wydaje mi się, że świat przyszłości będzie tak samo bezwzględny jak obecny, co do tego nie mam złudzeń.
I stąd moje zachwyty
– opko wygląd aż nazbyt realnie jeśli chodzi o przyszłość, niestety…
Wszystkie sprawy jasne, i ja dziękuję, trzymam kciuki, powodzenia i pozdro! :)
Pecunia non olet
Kronosie.maximusie, z przyjemnością dołączam do grona usatysfakcjonowanych czytelników, albowiem zaprezentowałeś historię ciekawą, tajemniczą ipełną niespodziewanych wydarzeń. A choć początkowo byłam niezadowolona, że rozbudziłeś ciekawość tytułowym artefaktem i pozostawiłeś ją niezaspokojoną, to kiedy z komentarza dowiedziałam się, że to nie jest Twoje ostatnie słowo, pozostaje mi niecierpliwie czekać na dalszy ciąg opowieści.
Mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki.
…nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle kilkuset podobnych na Tytanie. Walki zbrojne ją ominęły i w chwili, gdy front znajdował się kilkaset kilometrów dalej… → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: …nie wyróżniała się niczym szczególnym na tle mnóstwa podobnych na Tytanie. Lub w drugim zdaniu: Walki zbrojne ją ominęły i w chwili, gdy front znajdował się setki kilometrów dalej…
Uwolniony z uścisku brzuch rozlał się swobodnie pod kostiumem. → Obawiam się, że kostium nie jest tu dobrym określeniem.
Proponuję: Uwolniony z uścisku brzuch rozlał się swobodnie pod odzieżą.
Na szerokiej twarzy Bena pojawił się uśmiech pełen małych, nierównych zębów, wyglądających… → Uśmiechy nie mają zębów.
Proponuję: Na szerokiej twarzy Bena pojawił się uśmiech, odsłaniając małe, nierówne zęby, wyglądające…
…odpowiedział inżynier i upadł ciężko na fotel. → Czy przewrócił się na fotel?
A może miało być: …odpowiedział inżynier i opadł ciężko na fotel.
Wewnątrz unosił się swąd oleju, stali i tlącego się plastiku. → Swąd to zapach spalenizny, czy olej w baraku palił się? Dlaczego plastik się tlił?
A może miało być: Wewnątrz unosił się zapach oleju, stali i tlącego się plastiku.
Napięcie i skupienie obnażyło subtelną strukturę mięśni twarzy… → Piszesz o dwóch czynnikach, więc: Napięcie i skupienie obnażyły subtelną strukturę mięśni twarzy…
– Jak to zrobione? – spytał Miquel. → Miquel umiał mówić kursywą?
– Chcesz wydobyć to coś? – Zapytał Miquel, przyglądający się do tej pory czynnościom kolegi w milczeniu. → – Chcesz wydobyć to coś? – zapytał Miquel, przyglądający się do tej pory czynnościom kolegi w milczeniu.
Przypomnij sobie, jak zapisujemy dialogi.
Znajdź dozymetr – rzucił obojętnie, nie przerywając odłupywania → Brak kropki po didaskaliach.
MaSoHe siłą odebrała pracownikom coś, czego nie chcieli oddać.” → MaSoHe siłą odebrała pracownikom coś, czego nie chcieli oddać”.
Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu. Ten błąd pojawia się także w dalszej części opowiadania.
– Pan Hemmer? –Głos Srinivasy Aiyangara, szefa IT, drżał. → Brak spacji przed didaskaliami.
– Gwoli ścisłości – zamontowane są dwie kamery, które nie funkcjonują. → – Gwoli ścisłości, zamontowane są dwie kamery, które nie funkcjonują.
Unikaj dodatkowych półpauz w dialogach; sprawiają, że zapis staje się nieczytelny.
– Ale do kogo ma pan pretensje, Panie Hemmer? → – Ale do kogo ma pan pretensje, panie Hemmer?
Formy grzecznościowe piszemy wielką literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie.
Srinivas skrzywił się w niesmaku. → Srinivas skrzywił się z niesmakiem.
“Do diabła!” Pomyślał Miquel i odpowiedział pytaniem na pytanie: → „Do diabła!” – pomyślał Miquel i odpowiedział pytaniem na pytanie:
Miquel ścisnął mocniej kierownice… → Literówka.
“Kochana! Na Tytanie nastąpiły pewne komplikacje, na których wyjaśnienie brak mi czasu. Dlatego mam gorącą prośbę. Weź AIejandro, spakuj walizkę z najpilniejszymi rzeczami i udaj się na calle Don Carlos, do starego Santiago, tam, gdzie zabrałem Cię, kiedy się poznaliśmy. Przekaż mu dokładnie te dwa słowa: “czerwony prysznic” i zrób, to, co Ci zaleci. Proszę Cię, nie zwlekaj, zrób to jak najszybciej, najlepiej teraz.” → Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo kursywa, albo cudzysłów. Uwaga dotyczy także następnego fragmentu.
…na ramię mężczyzny wskoczyła małpka-kapucynka… → …na ramię mężczyzny wskoczyła małpka kapucynka…
Oleg wskazał na zegarek. → Oleg wskazał zegarek.
Wskazujemy coś, nie na coś.
Światło lasera oświetliło jeden z boków. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Światło lasera padło na jeden z boków.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Cześć,
Bardzo dobre opowiadanie.
Ciekawa fabuła i dobry klimat. Odpowiednio dawkujesz tajemnicę i utrzymujesz właściwe tempo. Dobre opisy, dialogi oraz dobrze skrojone postacie – zwłaszcza Oleg Aleksandrovich Smirnoff; jego angielsko(polski)-rosyjski język jest fajnie zapisany. Nie ma przesady w rosyjskich wstawkach – są idealnie w punkt, na tyle, by zrozumieć sens wypowiedzi i wyczuć rosyjską nutę. Całość czytało mi się bardzo dobrze.
„Nie wiem, na ile to przebija z tekstu, ale jest on samodzielną częścią szerszej historii (bo „uniwersum” to za dużo powiedziane) i rzeczywiście niektóre karty zamierzam odkryć w kolejnych opowiadaniach” – tutaj mam wrażenie, że epilog kończy się trochę jak rozdział powieści, a nie zamknięta całość. Ale skoro planujesz odkrywać kolejne karty, to w porządku. Czekam na ciąg dalszy, bo historia mnie wciągnęła.
Podoba mi się – daję klika do biblioteki i do piórka.
Pozdrawiam
rr
Cześć Regulatorzy!
Bardzo się cieszę, że lektura Cię ustatysfakcjonowała! Dziękuję za miłe słowa oraz za czas poświęcony na uwagi techniczne. Są dla mnie cenne, ponieważ pozytwnie wpłyną na jakość tego i przyszłych tekstów.
Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Albo kursywa, albo cudzysłów. Uwaga dotyczy także następnego fragmentu.
Będę o tym pamiętał. Poprawki wprowadzę jutro, bo dziś już robi się późno. Pozdrawiam serdecznie!
Witaj Robert Raks!
Wielkie dzięki za tak miłą opinię, to mobilizuje do dalszego pisania! Pracowałem nad proporcjami między polskim a rosyjskim w wypowiedziach Olega (w czym pomogła mi opinia betującej OldGuard). Początkowo jego kwestie były bliższe językowi rosyjskiemu i mogłyby być ciężkie dla czytelnika. Zależało mi na płynności narracji, więc je mocniej spolszczyłem.
Szczególnie cieszy mnie pozytywna uwaga o tempie i dawkowaniu tajemnicy, bo w jednym z poprzednich opowiadań czytelnicy wskazywali, że to był problem.
Czekam na ciąg dalszy, bo historia mnie wciągnęła.
Pracuję nad tym. :)
Dziękuję bardzo za podwójnego klika! Również pozdrawiam!
Podobało mi się, chociaż wolę gdy poruszane jest raczej straszne działanie artefaktu albo na jakiej zasadzie działa. Ale nie dało się zauważyć tej wielkiej przyjaźni między bochaterami, zachowywali się raczej jak zwykli koledzy z pracy, ale to chyba poprostu zbyt krótki tekst by to zobaczyć.
Chidaruma #1
Bardzo proszę, Kronosie. Miło mi, że mogłam się przydać, a uwagi uznałeś za cenne. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Po namyśle dorzucam głosik do piórkowych nominacji, niech Loża tutaj zajrzy, bo opowiadanie z potencjałem :)
Those who don't believe in magic will never find it
Witaj Aferix! Przyjaźń była raczej jednostronna. Ben był samotnikiem, próbującym znaleźć swoje miejsce w świecie, trafił na platformę i Miquela, z którym w jakimś tam stopniu się zżył. Miquel żył raczej swoją rodziną i chęcią wyrwania ich z biedy, choć cenił wiedzę i doświadczenie starszego kolegi. W każdym razie taki był mój pomysł na bohaterów. A o przyjaźni Bena może świadczyć to, że zażądał puszczenia swojego kumpla wolno. Cieszę się, że opko Ci się podobało!
Regulatorzy, kłaniam się nisko.
OldGuard, dziękuję bardzo za uznanie w postaci nominacji, to mobilizuje do dalszej pracy!
Podobało mi się, trochę rzeczywiście jak “The Expanse”, ale ja lubię takie klimaty w SF od…zawsze :). Ciekawy jest język, którym mówi Rosjanin – w sumie chyba lepiej tak niż jakby miało być całkiem po rosyjsku. I też czekałem na to, co dalej z tym artefaktem :). Pozdrawiam.
Hej Grzesiek_W! Będę w końcu musiał obejrzeć to “The Expanse”. ;) Dzięki za komentarz, fajnie, że się spodobało. Pozdrawiam!
Hej, odwiedziłam nie tylko Twoje opko, ale również Tytana i to za jednym zamachem! :D
Dobrze napisany tekst. Podobał mi się początek, sceny opisane są porządnie, bohaterowie są “jacyś”, dialogi dużo o nich mówią, a jednocześnie sprawiają, że akcja posuwa się do przodu. Udało Ci się uniknąć przegadania, podajesz tyle informacji ile trzeba, nie nużąc czytelnika zbytecznymi szczegółami, co poprawia odbiór. Końcówka trochę gorsza, epilog nie wyjaśnia wątków, gdzieś mi tam mignęło, że zamierzasz pisać dalej i to może rozwiąże sprawę niedosytu, który czułam na końcu. Epilog zamyka wprawdzie historię samej stacji, ale na tym, niestety, poprzestaje. :)
Trochę czepiania:
Lśnił tęczowym blaskiem, gdy spojrzeć pod kątem.
Lśnił tęczowym blaskiem, gdy spojrzało się pod kątem.
Ben wysunął szufladę i wyjął z niej długie, przezroczyste naczynie z kolekcją metalowych próbek, również w formie przypominającej sześcian, ale nieco mniejszy.
Jeżeli naczynie, to “nieco mniejsze”
Zbliżał każdą
jednąbryłkę do znaleziska szukając podobieństwa.
Wywaliłabym
Benjamin Linqvist, lat czterdzieści dwa. Urodzony na terenie Zjednoczonych Krajów Nordyckich, rejon STKHLM metro, mieszkał w stu różnych miejscach na Ziemi, pracował całe życie jako geolog, praktyk i teoretyk, żeby w wieku czterdziestu lat podpisać kontrakt z MaSoHe i polecieć na Tytana.
Jeżeli to jest notatka informacyjna to sformułowanie “mieszkał w stu różnych miejscach” jest mało służbowe i nie pasuje do stylu suchej informacji.
Splótł palce, odwrócił dłonie do zewnątrz i wyprostował ramiona.
odwrócił dłonie na zewnątrz lub do wewnątrz
Dużo dobrego się tu dzieje – fajnie zbudowałeś fabułę z trzech perspektyw, światotwórstwo również interesujące, gdzieś w tle wojna, korporacje, planety, itp. Bohaterowie też na plus.
Zabrakło jednak zamknięcia, które powinno charakteryzować opowiadanie, poczucia, że tekst jest całością i niczego już nie trzeba dopisywać. Piórkowo jest bardzo blisko, ale tym razem jednak nie. Mam nadzieję, że następnym razem! :)
Pozdrawiam serdecznie i powodzenia w pisaniu! :)
Witaj JoluK!
Dzięki za komentarz! Fajnie, że znalazłaś dużo pozytywów w tekście. Trochę szkoda, że za mało na piórko.
Jeżeli naczynie, to “nieco mniejsze”
Chodziło mi o próbki w formie sześcianu, które były nieco mniejsze od znaleziska (naczynie zawierało te próbki).
Pozdrawiam serdecznie!
Hej, nie ma wątpliwości, że tekst jest bardzo dobry! Niewiele (wg mnie) zabrakło. Może inni będą mieli inne zdanie… :)
Jeżeli naczynie, to “nieco mniejsze”
Chodziło mi o próbki w formie sześcianu, które były nieco mniejsze od znaleziska (naczynie zawierało te próbki).
To tym bardziej powinno być “mniejsze” a nie “mniejszy”. Tak jak teraz jest, to wygląda, że odnosić może się to jedynie do sześcianu, jednak w czytaniu nie pasuje do głównej treści zdania.
Oczywiście nie musisz poprawiać, jeśli uważasz, że tak jest dobrze. Każdy odczyt jest bardzo subiektywny, a to przede wszystkim Twój tekst!
Czekam na następne opowiadania! :)
Hejoo!

– Osobliwe – rzekł, a potem sprawdził coś jeszcze, w prywatnym notesie.
Nikt tak nie mówi. Zamieniłabym na: dziwne.
Na dnie otworu sonda odnalazła odłamek skalny
Aliteracja.
→ Na dnie otworu sonda znalazła odłamek skalny
Byli zgodni – to właśnie ten odłamek musiał stępić wiertło.
Kto był zgodny?
– Dokładnie to mam zamiar zrobić… Znajdź dozymetr – rzucił obojętnie, nie przerywając odłupywania.
Nie wydaje mi się, że powiedziałby to obojętnie. Przecież natrafił na nieznany mu obiekt.
Wkrótce, trzy czwarte metalicznej kostki wystawało ze skalnej okowy.
A po co tu przecinek?
przezroczyste naczynie z kolekcją metalowych próbek, również w formie przypominającej sześcian, ale nieco mniejszy.
mniejszych
którzy coś wiedzieli .
Zbędna spacja przed kropką.
Miquela zamurowało. Wyjął długopis z ręki Bena.
Nastąpiła wymiana notatek.
Wiemy to.
obserwując przez iluminatory jak robot
→ obserwując przez iluminatory, jak robot
a jednak, Hemmer nie miał zamiaru tego respektować.
→ a jednak Hemmer nie miał zamiaru tego respektować.
okazywał pogardę przy każdej
nadarzającej sięokazji.
– Srinivas, ty śniada kurwo w białych rękawiczkach! Ty za nic nie bierzesz odpowiedzialności!
Arthur w tym momencie może szukać innej pracy :)
Jak zawsze po kontakcie z Hemmerem, zbierało mu się na wymioty. Wszedł do łazienki i długo mył ręce.
O, świetne, wiarygodne.
zdradzając, że prawe oko jest kamerą.
A nie lepiej:
→ zdradzając obecność kamery.
?
Żeby tam przeżyć należało znać ludzi.
→ Żeby tam przeżyć, należało znać ludzi.
Tylko czy przedmiot rzeczywiście posiada wartość.
Znak zapytania na końcu.
Tylko czy przedmiot rzeczywiście posiada wartość. A może jest niepotrzebnym dziwactwem?
Wyobraził sobie nowy dom w Omedze
zostanie na platformie jeszcze pół roku i dozbiera, tak jak planował
co dozbiera?
Miquel zastanawiał się jak w serwisie wyjaśni przyczynę starcia się diamentów.
→ Miquel zastanawiał się, jak w serwisie wyjaśni przyczynę starcia się diamentów.
Tuż przed tym, jak miał sięgnąć do telefonu przy uchu,
?
W sensie, że ma zamontowany telefon przy uchu?
– Dzwoni lejtenant Oljeg Aleksandrovich, ochrana MaSjoHe. Sluszajte, ważny problem.
Hehhe :P Widzę, że do Ciebie poprawność polityczna nie ma wstępu. Nie mówię, że to źle :D
Rozmówca najwyraźniej ledwo posługiwał się zunifikowanym.
zunifikowanym czym? Kodem, szyfrem? Językiem?
Przycisnął gwałtownie hamulec, czego od razu pożałował.
– Poruszajecie się? – zdziwił się Oleg, słysząc syk dysz poziomujących pojazd.
“Do diabła!” – pomyślał Miquel i odpowiedział pytaniem na pytanie:
Nie rozumiem. To oni nie mogą się tam poruszać po tej planecie? Jeśli tak, to nie wspomniałeś o tym wcześniej.
Oleg, po krótkiej chwili, kontynuował:
→ Po krótkiej chwili Oleg kontynuował:
– Dlatego ja dam tjebe sorok millionov.
Zawsze mnie to słowo bawi 
A wiesz, jak jest doba po rosyjsku? ;p
A potem zatrzymał się, próbując uregulować oddech i opanować drżące dłonie.
Przecież już wcześniej się zatrzymał:
Przycisnął gwałtownie hamulec, czego od razu pożałował.
Miquel zaczął krzyczeć. Wrzeszczał kilkanaście sekund, wyrzucając z siebie całe napięcie. A potem zatrzymał się, próbując uregulować oddech i opanować drżące dłonie.
Nie odczułam tej sceny, jest opisana zbyt pobieżnie. To dobra okazja do ćwiczeń.
Pomyślmy…
→ Miquel oddychał głęboko. Klatka piersiowa gwałtownie się unosiła i opadała. Wreszcie zaczął krzyczeć. Krzyczał, dopóki nie ulotniło się całe napięcie.
Zatrzymał pojazd. Skupił się mocno; próbował uregulować oddech i opanować drżenie rąk.
Co myślisz?
Ale było coś ważniejszego, coś co sprawiało, że musiał wrócić na platformę.
→ Ale było coś ważniejszego. Coś, co sprawiało, że musiał wrócić na platformę.
nieruchomiejąc na kilka sekund,
tak,jakby coś rozważał.
Westchnął głęboko, wyjął z kieszeni sześcienny, metalicznie połyskujący przedmiot,
Przecież wcześniej artefakt był na siedzeniu obok:
Połyskujący metalicznie sześcian leżał we wgłębieniu sąsiedniego siedzenia, na wyciągnięcie ręki.
W międzyczasie nie włożył go do kieszeni.
Pociągnął za wajchę patrząc, jak mechanizm wyrzuca obiekt ze śluzy na zewnątrz pojazdu.
Kiedy ruszył, poczuł ulgę. Skierował pojazd do platformy C-16.
→ Skierował się do platformy C-16.
odczekał aż temperatura i ciśnienie wyrównają się
→ odczekał, aż temperatura i ciśnienie wyrównają się
Tam złapał za szyję i przycisnął do ściany.
Czyją szyję? Swoją? Bena?
Ben nie miał pojęcia czego chce. Nie wiedział nawet dlaczego skłamał.
→ Ben nie miał pojęcia, czego chce. Nie wiedział nawet, dlaczego skłamał.
– Ja zobaczę kostkę i obaj będziecie swobodni.
– Wypuść go teraz, niech odjedzie do strefy południowoamerykańskiej.
Oleg po krótkim namyśle zgodził się.
Wyjątkowo głupi ten Oleg. Ja bym najpierw chciała zobaczyć kostkę.
Nagle odsłonięta głupota nie pasuje do postaci, którą przez całe opowiadanie kreowałeś.
Kolejna rzecz, która wybija mnie z zawieszenia niewiary.
Inne będą wymienione poniżej.
Nikt, nawet sam Maxwell, nie wiedział czym są artefakty.
→ Nikt, nawet sam Maxwell, nie wiedział, czym są artefakty.
Do tego zdania jeszcze wrócimy.
Dzieje się rzeczy, których nie rozumiem. Trochę ich jest.
Dlaczego jeden rozdział nazywa się “Oleg Aleksandrovich Smirnoff”, skoro nie został on przedstawiony z perspektywy tego bohatera? Wcześniejsze rozdziały zostały zgodnie przedstawione z perspektywy bohaterów, czemu tutaj tego zabrakło? Konsekwencja.
Arthur za obrażanie Hindusa zostałby natychmiast zwolniony, czego na pewno był świadomy. Myślę, że tak by się nie zachował, wiedząc, że może go to kosztować utratę pracy. I tak, czasami się zdarza, że ludziom uchodzą takie akcje na sucho, ale podkreśliłeś, że Srinivasa był równy rangą Arthurowi, więc myślę, że takie zachowanie, które można śmiało podciągnąć do prześladowania na tle rasowym, raczej nie przeszłoby bez konsekwencji.
Nie rozumiem też, czemu Oleg nie zażądał, by Miquel mu dostarczył obiekt albo przynajmniej pokazał, gdzie go wyrzucił. Jest to dla mnie dziwne, że typ przekupuje innego typa, by dostać jakiś przedmiot, a potem sam idzie go szukać. Moim zdaniem jest to działanie nielogiczne i wytrąciło mnie z zawieszenia niewiary.
No i jedno zdanie, które podkreśla najpoważniejsze niedociągnięcie całego opowiadania:
Nikt, nawet sam Maxwell, nie wiedział czym są artefakty.
Skoro nikt nie wiedział, czym są, nikt nie znał też ich wartości. Równie dobrze mogły być też bezwartościowe.
I o to ta cała jatka? O kostkę, której wartości nikt nie znał?
Gdybyś dał czytelnikowi chociaż przypuszczenia, że kostka może być źródłem jakiejś nieskończonej energii albo warta niewyobrażalnych pieniędzy… Ale nie dałeś nam nic. Przez całe opowiadanie przeszłam z pytaniem z tyłu głowy, o co chodzi właściwie z tą kostką. Ale się nie dowiedziałam.
Motyw odkrycia jakiegoś cennego metalu na planecie nie jest też niczym nowym i odkrywczym. Przykro mi to pisać, ale opowiadanie doczytałam do końca wyłącznie z poczucia obowiązku.
.png)
3 TAKi + 6 NIEtów = NIE.
Mimo wszystko życzę powodzenia w dalszym rozwoju warsztatu i wszystkiego dobrego!
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
A wiesz, jak jest doba po rosyjsku? ;p
Ja wiem, ale nie będę Wam psuć zabawy. Dorzucę tylko, że “cała” w tym kontekście to “krugłyje”. ;-)
Babska logika rządzi!
A wiesz, jak jest doba po rosyjsku? ;p
Forum uczy i bawi, bo sobie sprawdziłam i to słowo już raczej zapamiętam ^^
Those who don't believe in magic will never find it
Hej HollyHell91!
Dzięki za przeczytanie i krytyczne uwagi. Odniosę się tylko do tych, co do których mam wątpliwości.
Nikt tak nie mówi. Zamieniłabym na: dziwne.
Ben tak właśnie mówi. :) I to go wyróżnia.
Kto był zgodny?
Ben i Miquel. Tylko oni tam byli.
Arthur w tym momencie może szukać innej pracy :)
Nie do końca. On taki jest i nawet Srinivasa musi to znosić.
co dozbiera?
Z kontekstu wynika, że pieniądze.
W sensie, że ma zamontowany telefon przy uchu?
Tak.
Hehhe :P Widzę, że do Ciebie poprawność polityczna nie ma wstępu. Nie mówię, że to źle :D
Tego komentarza nie rozumiem.
zunifikowanym czym? Kodem, szyfrem? Językiem?
Język to rodzaj kodu. ;) Językiem.
Nie rozumiem. To oni nie mogą się tam poruszać po tej planecie? Jeśli tak, to nie wspomniałeś o tym wcześniej.
Tytan to nie planeta. Wspomniałem, że Miquel jechał samochodem. Jest to jasne od początku rozdziału i w trakcie. Ale mogłem nie zrozumieć co masz na myśli.
Zawsze mnie to słowo bawi
A wiesz, jak jest doba po rosyjsku? ;p
Sprawdziłem. Śmiesznie. :)
Przecież już wcześniej się zatrzymał:
Racja, to pozostałość z poprzedniej wersji.
Nie odczułam tej sceny, jest opisana zbyt pobieżnie. To dobra okazja do ćwiczeń.
Tu nie do końca się zgodzę. Po prostu chciał wykrzyczeć stres i moim zdaniem to nie wymaga długiej sceny.
Miquel oddychał głęboko. Klatka piersiowa gwałtownie się unosiła i opadała. Wreszcie zaczął krzyczeć. Krzyczał, dopóki nie ulotniło się całe napięcie. Zatrzymał pojazd. Skupił się mocno; próbował uregulować oddech i opanować drżenie rąk.
Myślę, że Twoja wersja jest spoko. Tylko zauważ, że znowu się zatrzymuje, a przecież, jak sama zauważyłaś, już wcześniej się zatrzymał.
Przecież wcześniej artefakt był na siedzeniu obok:
Tak, tu moja niedokładnośc. Brawo za dokładne czytanie, bo nikt wcześniej tego nie wytknął. Podobnie jak wcześniejsza uwaga z zatrzymaniem się.
Czyją szyję? Swoją? Bena?
Bena, myślałem że to jasne z kontekstu.
Wyjątkowo głupi ten Oleg. Ja bym najpierw chciała zobaczyć kostkę. Nagle odsłonięta głupota nie pasuje do postaci, którą przez całe opowiadanie kreowałeś. Kolejna rzecz, która wybija mnie z zawieszenia niewiary. Inne będą wymienione poniżej.
A tu pierwsza uwaga z którą się fundamentalnie nie zgadzam. Oleg nie był głupi. Miquel przez telefon powiedział mu (skłamał), że wetknęli kostkę z powrotem do odwiertu. Oleg pierwsze co zrobił, jak Miquel wrócił na platformę, to kazał mu wyjąć tę kostkę robotem-sondą. Jeżeli tego nie złapałaś, to rzeczywiście, dalsza opowieść trochę nie ma sensu, bo potem Miquel próbował sabotować robota itd.
Dlaczego jeden rozdział nazywa się “Oleg Aleksandrovich Smirnoff”, skoro nie został on przedstawiony z perspektywy tego bohatera? Wcześniejsze rozdziały zostały zgodnie przedstawione z perspektywy bohaterów, czemu tutaj tego zabrakło? Konsekwencja.
Tytuł rozdziału wskazuje na osoby biorące w nim udział, a w szczególności te, które się pojawiają po raz pierwszy w opowiadaniu. Nie wskazuje z czyjej perspektywy są pokazywane wydarzenia. Wydarzenia są opisywane z perspektywy wszechwiedzącego narratora.
Arthur za obrażanie Hindusa zostałby natychmiast zwolniony, czego na pewno był świadomy. Myślę, że tak by się nie zachował, wiedząc, że może go to kosztować utratę pracy. I tak, czasami się zdarza, że ludziom uchodzą takie akcje na sucho, ale podkreśliłeś, że Srinivasa był równy rangą Arthurowi, więc myślę, że takie zachowanie, które można śmiało podciągnąć do prześladowania na tle rasowym, raczej nie przeszłoby bez konsekwencji.
Nie ma czegoś takiego jak prześladowanie na tle rasowym na Marsie za kilkaset lat. ;) Hemmerowi dużo uchodziło na sucho, Srinivasa bał się go, jego zemsty, ludzi takich, jak Oleg. Tolerował jego chamstwo. To nie jest współczesna korporacjz z jej DEI. Chyba, że chcesz wyrazić swoje oburzenie co do tego jaka może być przyszłość (niepoprawna politycznie, itp.)
Nie rozumiem też, czemu Oleg nie zażądał, by Miquel mu dostarczył obiekt albo przynajmniej pokazał, gdzie go wyrzucił. Jest to dla mnie dziwne, że typ przekupuje innego typa, by dostać jakiś przedmiot, a potem sam idzie go szukać. Moim zdaniem jest to działanie nielogiczne i wytrąciło mnie z zawieszenia niewiary.
Ten komentarz totalnie mnie zbił z tropu i długo się zastanawiałem co chcesz przez to powiedzieć. Przecież Oleg tego właśnie zarządał, tzn. żeby Miquel wyjął obiekt z dna wywiertu, do którego go rzekomo z powrotem wrzucił. Miquel udał, że dał się Olegowi przekupić. Oleg mu uwierzył, nie przypuszczał, że Miquel ma ze sobą kostkę. Nie miał też możliwości tego sprawdzić, bo był w innym miejscu. Dlatego się wkurzył, że Miquel jedzie. Oleg udał się jak najszybciej na platformę, żeby osobiście przejąć kostkę. Miał czekać w Hubie aż mu Miquel i Ben go przywiozą? Moim zdaniem by się nie doczekał.
Oto ten fragment:
– Podobasz mi się! – W głosie Olega dało się wyczuć ironię. – Dlatego ja dam tjebe sorok millionov. I powiedz mi, gdzie ty masz ten przedmiot?
Miquel odchrząknął. Musiał być sprytny i ostrożny.
– Umieściliśmy go… z powrotem, na dnie otworu.
Z głośniczka rozległ się śmiech, zdawać by się mogło nad wyraz szczery, jakby Oleg śmiał się całym sobą.
– Ty wrzucił go z powrotem v dziuru?
Nikt, nawet sam Maxwell, nie wiedział czym są artefakty.
Skoro nikt nie wiedział, czym są, nikt nie znał też ich wartości. Równie dobrze mogły być też bezwartościowe. I o to ta cała jatka? O kostkę, której wartości nikt nie znał? Gdybyś dał czytelnikowi chociaż przypuszczenia, że kostka może być źródłem jakiejś nieskończonej energii albo warta niewyobrażalnych pieniędzy… Ale nie dałeś nam nic. Przez całe opowiadanie przeszłam z pytaniem z tyłu głowy, o co chodzi właściwie z tą kostką. Ale się nie dowiedziałam.
Cóż, i tu nie mogę się zgodzić (a zwykle z pokorą przyjmuję krytykę). ;) Z tego, że Maxwell nie wiedział czym jest artefakt, nie wynika, że nie mógł go używać, albo, że artefakt nie był dla niego cenny. Przykład: kult cargo – śmieci wyrzucane przez pilotów amerykańskich, takie jak: puszki, plastik, metalowe części czy niedopałki papierosów były traktowane przez lud Malezji jak dary bogów, rzadkie surowce lub przedmioty kultu, a nie mieli pojęcia co to jest. Drugi argument: Maxwell nie musiał wiedzieć co to jest, ale mógł wiedzieć jak to działa i wykorzystywać to działanie. Trochę o tym już dyskutowałem z Finklą. Jestem przekonany, że gdyby ludzie znaleźli rzecz o własciwościach nie mieszczących się w ich rozumieniu praw natury (a niezwykła twardość i regularność znaleziska na to wskazywała), byłoby to dla nich niezwykle cenne.
Motyw odkrycia jakiegoś cennego metalu na planecie nie jest też niczym nowym i odkrywczym.
Artefakt to nie cenny metal, to coś zrobionego. Taki mały hint w tytule opowiadania. ;)
Przykro mi to pisać, ale opowiadanie doczytałam do końca wyłącznie z poczucia obowiązku.
Tak też to odczułem, że szybko przeczytane i trochę nie podeszło pod gust. No cóż, tak bywa.
Również pozdrawiam i dziękuję za życzenia!
Hehhe :P Widzę, że do Ciebie poprawność polityczna nie ma wstępu. Nie mówię, że to źle :D
Tego komentarza nie rozumiem.
To komplement. Nie bawisz się w poprawność polityczną i ja to szanuję, bo ta kwestia strasznie mnie irytuje i bardzo ogranicza, zwłaszcza artystów.
Tytan to nie planeta. Wspomniałem, że Miquel jechał samochodem. Jest to jasne od początku rozdziału i w trakcie. Ale mogłem nie zrozumieć co masz na myśli.
No, księżyc, dobra. Tak, ale nie wspomniałeś, że nie mogą się poruszać po Tytanie.
Zawsze mnie to słowo bawi
A wiesz, jak jest doba po rosyjsku? ;p
Sprawdziłem. Śmiesznie. :)
Forum uczy i bawi, bo sobie sprawdziłam i to słowo już raczej zapamiętam ^^
:D
Myślę, że Twoja wersja jest spoko. Tylko zauważ, że znowu się zatrzymuje, a przecież, jak sama zauważyłaś, już wcześniej się zatrzymał.
Haha, faktycznie, wpadłam w Twoją pułapkę!
Tak, tu moja niedokładnośc. Brawo za dokładne czytanie, bo nikt wcześniej tego nie wytknął. Podobnie jak wcześniejsza uwaga z zatrzymaniem się.
Brawa! 
Czyją szyję? Swoją? Bena?
Bena, myślałem że to jasne z kontekstu.
Wiele rzeczy można wyciągnąć z kontekstu, ale gdy ja tak robiłam, to mnie besztano. Dlatego ja sama teraz besztam, zarazili mnie.
A tu pierwsza uwaga z którą się fundamentalnie nie zgadzam. Oleg nie był głupi. Miquel przez telefon powiedział mu (skłamał), że wetknęli kostkę z powrotem do odwiertu. Oleg pierwsze co zrobił, jak Miquel wrócił na platformę, to kazał mu wyjąć tę kostkę robotem-sondą. Jeżeli tego nie złapałaś, to rzeczywiście, dalsza opowieść trochę nie ma sensu, bo potem Miquel próbował sabotować robota itd.
No ale puścił Miquela, tylko dlatego, że uwierzył Benowi na słowo… Tym bardziej że widział, jak sabotowali z tym robotem. No, nie klei mi się to.
Nie ma czegoś takiego jak prześladowanie na tle rasowym na Marsie za kilkaset lat. ;) Hemmerowi dużo uchodziło na sucho, Srinivasa bał się go, jego zemsty, ludzi takich, jak Oleg. Tolerował jego chamstwo. To nie jest współczesna korporacjz z jej DEI. Chyba, że chcesz wyrazić swoje oburzenie co do tego jaka może być przyszłość (niepoprawna politycznie, itp.)
Gdy to teraz wyjaśniłeś, to może ma to więcej sensu, ale pierwsza reakcja był jaka była.
Przecież Oleg tego właśnie zarządał, tzn. żeby Miquel wyjął obiekt z dna wywiertu
zażądał
Oleg mu uwierzył, nie przypuszczał, że Miquel ma ze sobą kostkę. Nie miał też możliwości tego sprawdzić, bo był w innym miejscu. Dlatego się wkurzył, że Miquel jedzie.
Nadal nie rozumiem, czemu się Oleg wkurzył, że Miquel jedzie, skoro nie wiedział, że ma on przy sobie kostkę. Może to niskie ciśnienie, może to niskie IQ.
Oleg udał się jak najszybciej na platformę, żeby osobiście przejąć kostkę. Miał czekać w Hubie aż mu Miquel i Ben go przywiozą?
No tak. Mógłby im zagrozić, że ich zabije czy coś, jak mu nie dostarczą kostki w ciągu 48 godzin czy ile tam trwają doby na Tytanie. W sensie, jak ja bym była złoczyńcą, to bym tak zrobiła. Ale możliwe też, że byłabym kiepskim złoczyńcą.
Artefakt to nie cenny metal, to coś zrobionego. Taki mały hint w tytule opowiadania. ;)
No, użyłam skrótu myślowego. Chodzi mi ogólnie o odkrycie jakiegoś fantastycznego znaleziska na planecie.
Również pozdrawiam i dziękuję za życzenia!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Hej!
To komplement. Nie bawisz się w poprawność polityczną i ja to szanuję, bo ta kwestia strasznie mnie irytuje i bardzo ogranicza, zwłaszcza artystów.
To mnie cieszy. Zastanawiałem się tylko gdzie niepoprawność polityczna w osadzeniu kogoś o rosyjskim nazwisku w roli złola. ;) Bo teraz to raczej mainstream.
No, księżyc, dobra. Tak, ale nie wspomniałeś, że nie mogą się poruszać po Tytanie.
Rozdział zaczyna się opisem jak Miquel jedzie samochodem (porusza się). Oleg też do nich przyjechał pojazdem. Jeżeli przez “poruszanie się” masz na myśli jedynie chodzenie, to da się po Tytanie chodzić w skafandrze. Głównym problemem jest bardzo niska temperatura i atmosfera. Ale to kwestie techniczne, długa dyskusja.
Wiele rzeczy można wyciągnąć z kontekstu, ale gdy ja tak robiłam, to mnie besztano. Dlatego ja sama teraz besztam, zarazili mnie.
Szczerze Ci powiem, że po przeczytaniu Twoich komentarzy przeszło mi to przez głowę. :)
No ale puścił Miquela, tylko dlatego, że uwierzył Benowi na słowo… Tym bardziej że widział, jak sabotowali z tym robotem. No, nie klei mi się to.
Ale puścił go, jednocześnie informując innego agenta korporacji, żeby go przechwycił. Jest o tym informacja na końcu, tzn. że Miquela zabija inny agent. Czyli Miquel był pod kontrolą.
Co Oleg mógłby zrobić? Nie zgodzić się na wypuszczenie Miquela? Wtedy Ben by mu nie pokazał gdzie ukrył kostkę. Co dalej? Musiałby ich torturować. Na Bena nic nie miał, bo Ben nie miał rodziny. Tortury to ostateczność, tak wynikało z rozkazu Hemmera. Oleg wolał “deal”. Czemu miałby nie wierzyć Benowi, skoro to Miquel go oszukał z robotem? “Gadaj, bo jak nie to cię zabiję” – nie jest tak skuteczne jak się wydaje.
Gdy to teraz wyjaśniłeś, to może ma to więcej sensu, ale pierwsza reakcja był jaka była.
Rozumiem Cię i przyznaję, że postać Hemmera jest nieco przerysowana. OldGuard też mi zwróciła na to uwagę w becie. Może powinienem go trochę “utemperować”. Tylko, że zniuansować postać, a jednocześnie pokazać jej charakter w krótkim opowiadaniu, jest nie lada sztuką.
zażądał
Tak. Przepraszam. :)
Nadal nie rozumiem, czemu się Oleg wkurzył, że Miquel jedzie, skoro nie wiedział, że ma on przy sobie kostkę. Może to niskie ciśnienie, może to niskie IQ.
Dlatego, że przypuszczał, że Miquel może uciekać z kostką. Było to mało prawdopodobne, ale taka możliwość istniała. Ale nie mógł tego sprawdzić na odległość. Oleg mógł tylko wybadać Miquela rozmową. Dlatego był tak miły i zaproponował mu pieniądze. Miquel się zgodził, dobrze to zagrał, co uspokoiło Olega. Potem Oleg udał się na platformę, gdzie Ben (który był tam sam) potwierdził, że kostka jest na dnie odwiertu (bo tak myślał, bo tak ustalili z Miquelem). Ma to sens?
No tak. Mógłby im zagrozić, że ich zabije czy coś, jak mu nie dostarczą kostki w ciągu 48 godzin czy ile tam trwają doby na Tytanie. W sensie, jak ja bym była złoczyńcą, to bym tak zrobiła. Ale możliwe też, że byłabym kiepskim złoczyńcą.
Po co w ogóle Hemmer, przełożony Olega, wysyłał go osobiście? Przecież sam mógł zadzwonić i im zagrozić. Czterdzieści osiem godzin to jest wystarczająco dużo czasu, żeby obaj zwiali do strefy niekontrolowanej przez korporację (Miquel to rozważa gdy dzwoni do niego Oleg). Właśnie po to Hemmer kontaktował się z Olegiem, żeby ten osobiście dopilnował odebranie kostki i uniemożliwił im ucieczkę.
W rozkazie od Hemmera jest procedura jak postępować w takich sytuacjach. Zacząć od perswazji i przekupstwa (czyli po dobroci), poprzez szantaż i dopiero, jak to nie poskutkuje, stosować tortury.
Pamiętaj, że kostka była dla korporacji bardzo cenna, odnaleźli do tej pory jedynie dwie. Dlatego nie mogli dopuścić, żeby ktoś z platformy z nią uciekł. Może było to mało prawdopodobne, ale dmuchali na zimne.
No, użyłam skrótu myślowego. Chodzi mi ogólnie o odkrycie jakiegoś fantastycznego znaleziska na planecie.
Ok, rozumiem. Jeszcze jedna rzecz. Kostka była mega twarda, tępiła diament. Dla korporacji górniczej taki materiał mógłby być przełomem technologicznym, dającym im mega przewagę konkurencyjną. Byłby wart fortunę, nawet, gdyby nie mieli pojęcia jak powstał albo czym jest.
Jeszcze raz dzięki za przeczytanie i czas poświęcony na recenzję!
Witam :]
Otwierasz w tekście wątek za wątkiem, rzucasz okruszki i detale świata przedstawionego, i może nawet te pootwierane wątki i detale są ciekawe a klimat spaceoperowo-korporacyjny daje się odczuć, więc lektura nawet była przyjemna, ale potem to wszystko zostawiasz – wątki są niepodomykane, nawet te dotyczące tytułowego artefaktu, a detale okazują się bez znaczenia, nawet jeśli na ich opis zużyłeś całe paragrafy. Tekst w moim odczuciu składa się właściwie z niewystrzelonych strzelb Czechowa i ekspozycji. Gdyby nie to, że zabijasz dwóch głównych bohaterów, w ogóle nie miałbym wrażenia, że przeczytałem kompletną historię. Raczej pierwszy rozdział powieści, albo coś podobnego.
W komentarzach widzę, że planowana jest kontynuacja – no więc widzę, że moje wrażenia nie były całkowicie błędne i mogę się zgodzić jak najbardziej, że jest tu potencjał na kontynuację, i nie wykluczam, że po przeczytaniu całości spojrzałbym na tekst cieplejszym okiem, ale widząc tylko to, co mam przed sobą, nie będę tu mógł dać TAK-a.
Pozdrawiam!
uśmiech[,] odsłaniając małe, nierówne zęby
Przecinek, moim zdaniem, gdyż imiesłów przysłówkowy.
wyidealizowany sześcian
Raczej “idealny” po prostu, “idealizować” odnosi się do wyobrażenia o czymś.
Przy zgaszonym świetle znikał w ciemności, tak, jak zwyczajne metale.
…tudzież wszystko inne?
Marię parzącą matę
Literówka – chyba? "Matchę"? Albo "mate" jeśli chodziło o yerbę?
zastanawiał się[,] jak w serwisie wyjaśni przyczynę starcia się diamentów
Przecinek między "zastanawiał" a "wyjaśni".
Kiedy ruszył, poczuł ulgę. Skierował pojazd do platformy C-16.
Eee on może wysłać SMS na marsa, ale do Bena już nie?
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
Zainteresował mnie tytuł Twojego opowiadania. Jego fabuła dzieje się na Tytanie, największym księżycu Saturna, który obecnie intensywnie badają sondy NASA.
Wolę fantastykę opartą na solidnej nauce. Nie podoba mi się zalew kiepskiej fantasy, której pełno w księgarniach. Kiedyś zaczytywałem się w Tolkienie, Le Guin a nawet Howardzie. Autorzy wielotomowych cykli liczą na łatwy zysk, nieudolnie naśladując mistrzów gatunku.
Na Tytanie odbywają się odwierty, poza tym toczy się też tam wojna ekonomiczna. Na tym księżycu Saturna panują, jak wiadomo, dzięki sondom, ekstremalne warunki.
Dwóch pracowników platformy wiertniczej rozmawia ze sobą w kompleksie: to Ben i Miguel. Platforma należy do chciwej korporacji.
Pracownicy zauważają uszkodzenie diamentowego wiertła. Platforma dokonuje głębokich odwiertów.
Przypomina mi się od razu film “Armagedon” z Brucem Willisem w roli głównej. Pracownicy platformy wydobywającej ropę naftową na oceanie muszą zniszczyć asteroidę, która uderzy w Ziemię. Ratują ludzi przed katastrofą. Film nie jest arcydziełem. Wiele w nim bzdur.
Okazuje się, że wiertło uszkodził kawałek twardej skały, który za pomocą robota zostaje wydobyty na powierzchnię.
Lubię konkretne opisy, które pozwalają sobie wszystko dokładnie wyobrazić, jak na przykład w książkach Artura C. Clarka.
Ben i Miguel oglądają kamień. Wygląda on na typową tytanową skamielinę. (Tytan, jak wiadomo, to też metaliczny pierwiastek chemiczny w układzie okresowym).
Jednak po dokładniejszej obserwacji dwaj pracownicy platformy dostrzegają w skale coś niezwykłego: małą, metalową szpilkę, wyglądającą na sztuczny twór. Być może pozaziemskiego pochodzenia. Badają ja bardzo dokładnie.
Poza tym wydobyte z dużej głębokości znalezisko może być starsze niż ludzkość.
Pracownicy postanawiają przesłać dziwny obiekt do laboratorium, licząc na nagrodę od korporacji.
A może jednak nie?
Ostatecznie podejrzliwi mieszkańcy platformy ustalają, że pozbędą się niezwykłego artefaktu.
Potem akcja opowiadania przenosi się na Marsa, do siedziby korporacji.
Tamtejszy pracownik korporacji dowiaduje się o odnalezieniu czegoś dziwnego na Tytanie. Korporacja podsłuchała rozmowę Bena i Miguela. Dowiaduje się o wszystkim, mimo ich środków ostrożności.
Korporacja postanawia odzyskać znalezisko za wszelką cenę. Wie prawie wszystko o Benie i Miguelu.
Po tym chce pozbyć się niewygodnych świadków, pozorując wypadek.
Teraz wracamy na Tytana, do załogi platformy. Okazuje się, że Miguel nie wyrzucił artefaktu do odwiertu, postanowił go sprzedać w tajemnicy przed kolegą.
Za pieniądze zyska możliwość wygodnego życia z rodziną.
Miguel odbiera podejrzany telefon. Jakiś Rosjanin proponuje mu nielegalne odkupienie znalezionego na Tytanie metalowego przedmiotu za dużą kwotę pieniędzy. Miguel jednak jest ostrożny, obawia się o swoje życie i swoich bliskich.
Postanawia ratować przed zagrożeniem swoją żonę i synka oraz Bena. Uwikłał się w duże kłopoty.
Na Tytana szybko przybywają ludzie, którzy dowiedzieli się o znalezisku. Mechaniczna małpka buszuje po bazie. Jest własnością Rosjanina, z którym rozmawiał Miguel. Oleg chce zdobyć cenny przedmiot. Szantażuje Miguela i Bena. Grozi im bronią.
Ben i Miguel żałują, że znaleźli to coś.
Benowi udaje się unieszkodliwić małpkę podstępnego Olega. W bazie następuje awaria komputerów, wywołana przez jej załogę.
Platforma zostaje zniszczona. Miguel ginie. Ben zostaje w rozpadającej się bazie.
Oleg stawia na swoim – zdobywa odkryty pod powierzchnią Tytana obiekt.
Opowiadanie jest solidne, zrozumiałe, bez większych niekonsekwencji. Sporo w nim dramatycznych zdarzeń.
Jednak zakończenie jest przygnębiające – bezduszny przestępca stawia na swoim.
Pozdrawiam Autora!
Witaj Galicyjski Zakapiorze!
Raczej “idealny” po prostu, “idealizować” odnosi się do wyobrażenia o czymś.
Pełna zgoda.
…tudzież wszystko inne?
Ok.
Literówka – chyba? "Matchę"? Albo "mate" jeśli chodziło o yerbę?
Chodziło o yerba mate. Literówka.
Eee on może wysłać SMS na marsa, ale do Bena już nie?
On na Marsa wysyłał wiadomość do żony urządzeniem przeznaczonym do jednorazowej sytuacji awaryjnej (kupionym specjalnie w tym celu na czarnym rynku), którego sygnał dochodził tylko do podobnego urządzenia na Marsie (inny system kodowania?) “Zwykłego” smsa mógł ktoś z korpo przechwycić. Ogólnie, obaj byli w lekkiej paranoi.
Co do samej wiadomości do Bena, to o czym miałby go właściwie informować? Że oszukał Olega, mówiąc że kostka leży w szybie, a tak naprawdę wywalił ją gdzieś na powierzchnię Tytatna? Mógł nie chcieć, żeby Ben to wiedział.
Otwierasz w tekście wątek za wątkiem, rzucasz okruszki i detale świata przedstawionego, i może nawet te pootwierane wątki i detale są ciekawe a klimat spaceoperowo-korporacyjny daje się odczuć, więc lektura nawet była przyjemna, ale potem to wszystko zostawiasz – wątki są niepodomykane, nawet te dotyczące tytułowego artefaktu, a detale okazują się bez znaczenia, nawet jeśli na ich opis zużyłeś całe paragrafy.
Tak, to prawda, ciężko z tym polemizować. Tak jak pisałem wczesniej, to jest szerszy świat, jednak sądziłem, że w jakimś stopniu opko będzie można odebrać jako zamkniętą całość. Moje pierwsze pytanie do betującej OldGuard było właśnie: “Czy to się czyta jak całość, czy jak fragment”. Odpowiedziała, że może być jako całość. Więc jest to pewnego rodzaju kompromis, którego jestem świadomy.
W komentarzach widzę, że planowana jest kontynuacja – no więc widzę, że moje wrażenia nie były całkowicie błędne i mogę się zgodzić jak najbardziej, że jest tu potencjał na kontynuację, i nie wykluczam, że po przeczytaniu całości spojrzałbym na tekst cieplejszym okiem, ale widząc tylko to, co mam przed sobą, nie będę tu mógł dać TAK-a.
To zrozumiałe. Fajnie, że mimo wszystko uważasz wątki za ciekawe i że udało mi sie w jakiś tam sposób oddać klimat spaceoperowo-korporacyjny. :)
Dzieki za czas poświęcony na przeczytanie i recencję, również pozdrawiam!
Witaj Grzesiek12!
Perfekcyjnie streściłeś opowiadanie, wplatając w streszczenie komentarze. Chciałbym się odnieść do jednego zdarzenia, według mnie ważnego, które chyba za słabo podkreśliłem w tekście.
Miguel odbiera podejrzany telefon. Jakiś Rosjanin proponuje mu nielegalne odkupienie znalezionego na Tytanie metalowego przedmiotu za dużą kwotę pieniędzy. Miguel jednak jest ostrożny, obawia się o swoje życie i swoich bliskich.
Postanawia ratować przed zagrożeniem swoją żonę i synka oraz Bena. Uwikłał się w duże kłopoty.
Po telefonie od Rosjanina, Miquel wyrzuca kostkę na powierzchnię Tytana. Wysyła zakodowaną informację żonie, w której na początku podaje współrzędne geograficzne miejsca, gdzie wyrzucił ten obiekt, a później robi aluzję do koordynatów: “5209342020581019. Pamiętaj, że są różne stopnie szczęścia. Nas od niego dzielą minuty, może sekundy.” Stopnie, minuty i sekundy – to długość i szerokość geograficzna. Kieruje też żonę do zaufanego człowieka, Santiago, który być może będzie wiedział co zrobić z tą wiadomością.
Wielkie dzięki za dokładne przeczytanie oraz obszerny komentarz. Pozdrawiam serdecznie!
Cześć!
Pewnie nie będę bardzo oryginalny. Zabrakło mi bliższego wyjaśnienia, czym mianowicie jest artefakt, co czyni go tak cennym, że korporacja jest gotowa ponosić znaczne koszty i ryzyko, żeby go zdobyć (gdyby chodziło o samo zbadanie struktury materiału, to mają już wcześniejsze próbki). W kategoriach opowiadania przygodowego nie jest to bardzo satysfakcjonujące, że bohaterowie dość chaotycznie próbują poradzić sobie z nasłanym agentem i na koniec giną, natomiast może to być trafne jako przesłanie o tym, że rozwój techniczny ludzkości nie wyhamowuje bezwzględności i żądzy zysku – w tym też pomogłoby lepsze naświetlenie stawki. Za to pomysł z przekazaniem współrzędnych zgrabny, chociaż obawiam się, że gdyby sama wiadomość została przechwycona, to już taki kamuflaż byłby łatwy do rozszyfrowania. Może jako element większego świata tekst sprawdziłby się lepiej, jako samodzielny utwór jest w porządku, ale co do Piórka będę na NIE.
Język opowiadania nie wydał mi się szczególnie ładny, ale przy takim technicznym SF nie było to rażące. Przypadkowo wyłowione drobiazgi:
Na szerokiej twarzy Bena pojawił się uśmiech, odsłaniając małe, nierówne zęby
Grupa imiesłowu przysłówkowego jest traktowana jako równoważnik zdania podrzędnego.
Spowita w ich cieniu leżała skrzynia
Lepiej “spowita ich cieniem”.
Ponadto(-,) powiększony obraz ujawnił, że metalowy element bardziej niż szpilę(-,) przypomina skierowaną czubkiem na zewnątrz piramidę.
Okolicznika na początku zdania nie wydzielamy przecinkiem. Ten drugi jest niezasadny, bo rozdzielałby podmiot z orzeczeniem (element przypomina); “bardziej niż szpilę” trudno uznać za wtrącenie, ale gdyby ktoś się uparł, to musiałby wydzielić przecinkami z obu stron, a nie tylko jednej. Może podkreślić, że piramidę trójkątną, bo domyślnie piramida ma cztery ściany boczne; kusi mnie, żeby podpowiedzieć “trójgran”, ale to już chyba archaizm.
Pozdrawiam serdecznie,
Ślimak Zagłady
Tetraedr?
Babska logika rządzi!
Tetraedr ma inny kąt wierzchołka.
Czołem Kronosie!
Arthur nie odpowiedział, tylko się rozłączył. Srinivas skrzywił się z niesmakiem. Jak zawsze po kontakcie z Hemmerem, zbierało mu się na wymioty. Wszedł do łazienki i długo mył ręce.
„Żuk przewrócony do góry nogami”. Miquel liczył na przegrzanie robota. Oleg nie miał pojęcia o obsłudze tego typu sond i przez chwilę wydawało się, że sabotaż Miquela ma szansę na powodzenie.
To jakoś niezgrabnie napisane + powtórzenie.
Od razu mówię, że na razie przedstawiam opinię “na czysto”, bez lektury komentarzy powyżej.
Zacznę od plusów, bo jest ich dużo więcej.
Punktem wyjścia – nie umiem w sci-fi, nie jest to moja literatura i słabo doceniam rozwiązania techniczne, technologiczne i ich sens. Niewiele też czytam sci-fi, więc niewielkie mam doświadczenie do oceny. Stąd patrzę też przez pryzmat, czy tekst mnie zaciekawił, a fabuła się spinała mimo tych subiektywnych problemów z własnym niedokształceniem literackim (taki efekt wywiera na mnie m.in. Diuna, za każdym razem, gdy ją czytam – po prostu całość dogrywa się w kapitalny i klimatyczny sposób, mimo że nie jestem fanem szerokich opisów działania filtraka).
Pod tym kątem Twój tekst oceniam bardzo pozytywnie. Fabuła jest wartka, technologia zdaje się mieć swoje uzasadnienia i sens, a do tego nie jest wprowadzana sztuka dla sztuki, tylko zgrabnie wtłoczona w wydarzenia.
Do tego dodałeś wyrazistych, mięsistych bohaterów i aurą klimatu wokół nich. No lejtenant jest kapitalny! Daje mi lekko klimat komisarzy (komisarów) z Warhammera 40k, nie wiem, dlaczego (nie tylko przez wschodniość pomysłu
). Ale jest świetny.
Język również mi się podobał, narracja jest płynna, czyta się to szybko i przyjemnie, a każdy bohater ma swój styl mówienia – zdecydowanie na plus.
Podobają mi się również śródtytuły i sensownie poprowadzone przejścia narracyjne, w których dobrze dodałeś światotwórstwo – u każdego bohatera pokazując inny wycinek.
Do tego zakończenie – słodko-gorzkie, choć sądziłem, że lejtenant przez przypadek natrafi na wyrzucony artefakt i będzie jeszcze bardziej gorzko. Masz w sobie więcej sprawiedliwości niż ja :)
No i wszystko pięknie, tylko ten artefakt nieszczęsny…
Dlaczegóż oś całego tekstu nie została nam ujawniona? Rozumiem, być może wola kontynuacji w innym tekście, ale to psuje efekt końcowy (za który, jak zobaczysz poniżej, i tak daję Ci punkt). Czy nie mogło być “sceny po napisach”, gdzie wierchuszka korporacyjna zbiera się na zarządzie z naukowcami i analizują konsekwencje nieznalezienia artefaktu, zdradzając, choćby odrobinkę, czym on jest i do czego służy? Pasowałaby mi taka scena, a nadałaby całości dodatkowej stawki (więc może też prolog spełniłby tę funkcję?). Dlatego dostaniesz aż -1 w tabeli poniżej za pomysł, bo przy “zwyczajnie” rozwiniętym światotwórstwie (być może tu kłania się moje niedocenianie rozwiązań natury inżyniersko-naukowej – kajam się, jeśli tak jest, ale nic nie poradzę) uczynienie tytułowego przedmiotu absolutnym anonimem to rozwiązanie rozczarowujące. Nie chcę wnikać w Twoją wizję, bo się cholera sprawdziła zacnie, ale moim zdaniem ta “scena po napisach” rozwiązałaby 75% problemu, który z tym mam, a Ciebie nie kosztowałaby wiele. Ale ponownie, Tyś autor i Twoje jest prawo do decydowania – tak żebyś nie odebrał tego jako moje narzucanie się
.
Natomiast, aby nie wrzucić do jednego wora całego światotwórstwa przez jeden nieszczęsny artefakt, doceniam spójność świata i pomysłów na wykorzystanie technologii – jest tego dużo, nie jest może ogromnie pomysłowe, ale za to “trzyma się”.
Niemniej, urzekłeś mnie i przez całe czytanie myślałem sobie “jestem na TAK”. Abstrahując od wyżej wskazanych przeze mnie plusów, ma to też ten swój subiektywny aspekt oceny. Po prostu mi się to opko bardzo podobało, tak Muza zadecydowała.
Stąd jestem na TAK.
(co jest tym bardziej imponujące, że bezczelnie dałem Ci -1 przy fabule)

Dzięki za lekturę i pozdrawiam!
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Witaj Ślimaku Zagłady!
Zabrakło mi bliższego wyjaśnienia, czym mianowicie jest artefakt, co czyni go tak cennym, że korporacja jest gotowa ponosić znaczne koszty i ryzyko, żeby go zdobyć (gdyby chodziło o samo zbadanie struktury materiału, to mają już wcześniejsze próbki).
Tak, wiem i przyjmuję krytykę. Następnym razem publikując będę pamiętał, żeby powiedzieć nieco więcej na temat centralnego przedmiotu opowiadania. Prawie każdy czytelnik mi to zarzucił, więc nie ma co polemizować. Moje założenie, żeby pozostawić artefakt tajemniczym, nie sprawdziło się.
Na marginesie: nie chodziło tylko o zbadanie struktury znaleziska, bo, jak słusznie zauważasz, to już wstępnie zrobili z wcześniejszymi dwiema próbkami. Mogło chodzić np. o następujące kwestie:
1. Supertwardy materiał nie wpadł w ręce konkurencji – chcieli zdobyć przewagę konkurencyjną (brutalna gra między gigantami w przemyśle wydobywczym).
2. Nie potrafili skopiować tego materiału, a potrzebowali do wierteł (praktycznie niezniszczalnych).
3. Kostka posiadała inne własciwości, które były bardzo cenne.
W kategoriach opowiadania przygodowego nie jest to bardzo satysfakcjonujące, że bohaterowie dość chaotycznie próbują poradzić sobie z nasłanym agentem i na koniec giną, natomiast może to być trafne jako przesłanie o tym, że rozwój techniczny ludzkości nie wyhamowuje bezwzględności i żądzy zysku – w tym też pomogłoby lepsze naświetlenie stawki.
Moim zamysłem byo pokazanie właśnie tego o czym mówisz – rozwój technologiczny nie zmienia natury ludzkiej. Może ułatwia kontrolę nad ludźmi?
Może jako element większego świata tekst sprawdziłby się lepiej, jako samodzielny utwór jest w porządku, ale co do Piórka będę na NIE.
Rozumiem, to cenna uwaga.
Interpunkcję skoryguję. “Spowita cieniem” jest poprawne, zgoda. “Trójgran” brzmi ciekawie, ale nie wiem czy ktokolwiek by zrozumiał o jaka bryłę chodzi.
Dziękuję za czas poświęcony na przeczytanie oraz za wnikliwe komentarze.
Pozdrawiam serdecznie!
Cześć Beeecki!
Zacznę od plusów, bo jest ich dużo więcej. (…) Pod tym kątem Twój tekst oceniam bardzo pozytywnie. Fabuła jest wartka, technologia zdaje się mieć swoje uzasadnienia i sens, a do tego nie jest wprowadzana sztuka dla sztuki, tylko zgrabnie wtłoczona w wydarzenia. (…) Do tego dodałeś wyrazistych, mięsistych bohaterów i aurą klimatu wokół nich. No lejtenant jest kapitalny!
Przywróciłeś mi wiarę, że jednak to moje pisanie ma jakiś sens. Bo po komentarzu Hollyhell trochę zwątpiłem. :)
No i wszystko pięknie, tylko ten artefakt nieszczęsny…
Tak, to już niestety wiem. ;) Mam naukę na przyszłość. Element, który chciałem pozostawić w sferze domysłów i który, jako tajemnica, miał wzbudzać tym większe zainteresowanie historią, okazał się przysłowiowym gwoździem do trumny. ;)
Czy nie mogło być “sceny po napisach”, gdzie wierchuszka korporacyjna zbiera się na zarządzie z naukowcami i analizują konsekwencje nieznalezienia artefaktu, zdradzając, choćby odrobinkę, czym on jest i do czego służy?
Tak, zdecydowanie tak powinienem był zrobić. Albo gdzieś w tekście dać sugestię. Next time.
Niemniej, urzekłeś mnie i przez całe czytanie myślałem sobie “jestem na TAK”. Abstrahując od wyżej wskazanych przeze mnie plusów, ma to też ten swój subiektywny aspekt oceny. Po prostu mi się to opko bardzo podobało, tak Muza zadecydowała.
Miód na moje uszy, dziękuję bardzo za tak pozytywną opinię oraz głos na “TAK”! Właściwie najbardziej mnie cieszy, że opowiadanie Ci się po prostu podobało, bo to dla mnie najważniejsze. Tekst przede wszystkim musi się dobrze czytać. Inna sprawa, że żeby się dobrze czytał, wiele kryteriów musi być spełnionych.
Pozdrawiam serdecznie!