- Opowiadanie: Kurojatka - Gospoda nad Wietrzną

Gospoda nad Wietrzną

Ot dla Was krót­ka spra­wa o bur­dzie. Mam na­dzie­ję, ku we­so­ło­ści... O tym kto pan, a kto pro­stak, tym, gdzie miej­sce bab jest a i tym, co mówić komu przy­stoi. A także o dłu­gach i ich eg­ze­kwo­wa­niu. 

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy

Oceny

Gospoda nad Wietrzną

Wietrz­na, wbrew może na­zwie, była rzeką. A tak ją na­zwa­no dla­te­go, że wi­cher nad jej nur­tem le­ni­wym hasał i swa­wo­lił, na­przy­krza­jąc się lu­dziom okrut­nie. Cie­kła łu­ka­mi de­li­kat­ny­mi w oto­cze­niu gę­ste­go drze­wia, te­re­nem pła­skim niby pod­pło­myk, czy inszy pla­cek z nie­licz­ny­mi tylko wznie­sie­nia­mi, któ­rym do wszel­kiej oka­za­ło­ści sporo bra­ko­wa­ło. Sama woda była nie­ru­cha­wa, bez krzty życia spły­wa­ła sze­ro­kim cie­kiem, niby ospa­ła. Sko­rzy ją tedy lu­dzie ujarz­miać i usi­dlać.

Latem fli­sa­cy spła­wia­li wo­da­mi Wietrz­nej zwią­za­ne w wiąz­ki ogrom­ne bale drew­na, cię­te­go w górze biegu do mia­sta Or­den­slau, które na rzece się roz­sia­dło niby baba nad stru­mie­niem szczyn wła­snych, a nawet dalej, ku Szcza­wii. W Or­den­slau bu­do­wa­no rzecz­ne barki, któ­ry­mi do Szcza­wii i z po­wro­tem wo­żo­no wszel­kie dobra, które warte były, by za nie i trans­port ich za­pła­cić.

Nie­ca­ły dzień drogi od Or­den­slau przez sze­ro­kie wody le­ni­wej Wietrz­nej most prze­rzu­co­no. Jako, że wcze­śniej­sze kon­struk­cje zimą wie­lo­krot­nie lód miaż­dżył i tra­to­wał, po­sta­wio­no tam wiel­kie jak dom cały fi­la­ry z ka­mie­nia, nad któ­ry­mi roz­par­to łuki i przę­sła drew­nia­ne. Nie­ma­łym kosz­tem kon­struk­cję wznie­sio­no, a przy brze­gu pół­noc­nym go­spo­da sta­nę­ła ze staj­nią i przy­tuł­kiem spo­rym.

Pięk­ne to było miej­sce, ze­szpe­co­ne je­dy­nie wie­ży­cą na wzgór­ku po­bli­skim, która pio­ru­nem ra­żo­na spło­nę­ła do­szczęt­nie i ni­czym strup pa­skud­ny złe sko­ja­rze­nia bu­dzi­ła. Roz­trop­ni jed­nak lu­dzie i ci, co świa­tlej­si, ocho­czo w po­dob­nych miej­scach prze­by­wa­li wie­dząc, że bu­dow­la okrut­na wszel­kie złe duchy do sie­bie ścią­ga. A te kre­atu­ry, zwie­dzio­ne szka­radz­twem wieży prze­klę­tej, sie­dzą tam niby kwoki na grzę­dach za­do­wo­lo­ne, i ani myślą się po­czci­we­mu czło­wie­ko­wi na­przy­krzać.

Go­spo­da kwi­tła ni­czym kwiat zimy nie­zna­ją­cy, będąc ostat­nim po­sto­jem tak na dro­dze lą­do­wej jak i wod­nej, na dzień przed Or­den­slau. Część tar­gów, chcąc miej­skie opła­ty omi­nąć, do­bi­ja­no tutaj wła­śnie, przy wa­rzo­nym na miej­scu piwie z ro­sną­ce­go przy Wietrz­nej jęcz­mie­nia, ku ucie­sze chłopów oko­licz­nych i sa­me­go go­spo­da­rza.

Rzecz jasna ksią­żę swe łap­sko w in­te­res wci­snął, niby pod suk­nię nie­wie­ścią, danin i po­dat­ków się do­ma­ga­jąc, oraz czę­ści od zy­sków na­leż­nych mu z tego tylko po­wo­du, że armię miał silną i bitną. Przy­dał się jed­nak mi­ło­ści­wie pa­nu­ją­cy, wspo­mnia­ny most fun­du­jąc, za któ­re­go prze­kra­cza­nie opła­ty uisz­czać sobie za­ży­czył i w tym celu w go­spo­dzie na stałe swo­ich osił­ków po­sta­wił. Ospa­łe to były gnoje jak sama Wietrz­na, zdol­ne tylko żreć i srać, i myto po­bie­rać. To, i ba­czyć, by nikt barką to­wa­rów prze­pra­wiać się nie po­dej­mo­wał opłat uni­ka­jąc, in­te­re­su ksią­żę­ce­go tym samym nie pod­ko­pu­jąc.

Wszyst­ko to pięk­nym było, póki śnie­gi nie spa­dły. A spa­dły, jak to miały w swym co­rocz­nym zwy­cza­ju. Rzeka zmar­z­ła i za­szła lodem w trze­ciej czę­ści, zaspy białe w jedną noc uro­sły wiel­kie i licz­ne jak kre­cie kop­czy­ki. Tym na­głym ata­kiem uwię­zi­ła przy go­spo­dzie barkę spław­ną oraz han­dla­rza, który z niej towar chciał pod­jąć i w dal­szą drogę ru­szyć, a prze­pę­dzi­ła eko­no­ma, co w imie­niu księ­cia wy­so­kość da­ni­ny miał okre­ślić. Jedno i dru­gie ku ucie­sze pro­wa­dzą­ce­go go­spo­dę Wrzesz­cza.

Pora była późna, słon­ko błysz­cza­ło zło­tem, żółte i czer­wo­ne li­ście z tych, które opu­ścić ga­łę­zi przed śnie­giem nie zdą­ży­ły, mie­ni­ły się po­god­nie. Wi­cher znad Wietrz­nej roz­pę­dzał się na gołym polu i walił w mury, te­le­pał za­trza­śnię­ty­mi okien­ni­ca­mi i szar­pał bło­na­mi zwie­rzę­cy­mi w oknach roz­po­star­ty­mi. Niósł wil­goć okrut­ną, zimno wzma­ga­jąc i dotkliwą nie­wy­go­dę zsy­ła­jąc. Nie dzi­wo­ta tedy, że straż­ni­ki nawet, pół­głów­ki dwa za­tra­co­ne, do go­spo­dy się po­cho­wa­ły.

W cie­ple wnę­trza było przy­jem­nie. Umiesz­czo­ne w cen­trum głów­nej izby ogni­sko strze­la­ło we­so­łym pło­mie­niem, pod­ska­ku­jąc na brzo­zo­wych po­la­nach, a w po­wie­trzu niósł się za­pach tłusz­czu i zupy gro­cho­wej. Dwaj mo­sto­wi straż­ni­cy sie­dzie­li w rogu, po­nu­ro spo­glą­da­jąc przez błonę okien­ną na swój przy­sy­pa­ny pu­chem po­ste­ru­nek, a go­spo­darz, Wrzeszcz, szcze­rzył się i nie krył za­do­wo­le­nia z nie­ocze­ki­wa­ne­go za­rob­ku. Gość przy­jezd­ny bo­wiem za­wi­tał nie­daw­no, jadło za­mó­wił, za staj­nię opła­tę uiścił i nie­chyb­nie za noc­leg rów­nież przyj­dzie mu za­pła­cić. Wrzeszcz tedy żar­to­wał i do­ka­zy­wał.

– A wia­do­mo, skąd ten przy­bysz? – spy­tał Kamil Kle­mens, jeden z mo­sto­wych straż­ni­ków.

– Z pół­no­cy – od­po­wie­dział Wrzeszcz. – Pew­ni­kiem opo­wie cosik wię­cej, niż te smut­ne wasi ko­le­dzy, co tędy ta­bo­rem je­cha­li. Oj, nie­mra­we to było to­wa­rzy­stwo i po­nu­re. Nie­spo­koj­ne tak wiel­ce, iżem wiary zbyt­nio nie dał w wie­ści, ja­ko­by swa­wol­ni­ka Kru­cze­go Cie­nia ubili.

– Zbój, Kru­czym Cie­niem zwany, tfu, nie­chaj sczeź­nie razem z tym pa­dal­cem cała ro­dzi­na jego plu­ga­wa, prze­krę­cił się był na nasze szczę­ście – po­wie­dział Kamil Kle­mens z cał­ko­wi­tą pew­no­ścią, jakby wła­sne za­twar­dze­nie ob­wiesz­czał, po czym przez błonę zwie­rzę­cą spoj­rzał na ze­wnątrz, na budę straż­ni­czą przy mo­ście wi­docz­nym nie­opo­dal. Most drew­nia­ny był wy­krę­co­ny wil­go­cią i przy­sy­pa­ny war­stwą śnie­gu, a drew­nia­ne ba­rier­ki roz­chy­la­ły się na boki, jakby zer­ka­jąc na rzekę po­ni­żej.

– Jako że ty czło­wie­kiem je­steś by­wa­łym i obe­zna­nym, co to kur­su­je mię­dzy łóż­kiem, budą swoją i la­try­ną wy­łącz­nie, z pew­no­ścią wiesz, co mó­wisz, panie Kle­mens, co? – za­kpił Wrzeszcz zza kon­tu­aru, o który opie­rał się łok­cia­mi.

– Takoż po­wie­dział mi Franz! – burk­nął Kle­mens, ude­rza­jąc pię­ścią w stół i pio­ru­nu­jąc Wrzesz­cza wzro­kiem. – Co go Dłu­gim prze­zy­wa­ją, co z wie­leb­nym arcyje­go­mo­ścią prze­jeż­dżał tędy ledwo dwa dni temu, do Or­den­slau się kie­ru­jąc. I cho­ciaż co chył­kiem do mia­sta śmi­ga­li, sta­nę­li byli tu przy rzecz­ce, żeby zwie­rzę­ta na­po­ić. A Franz mi ro­dzi­ną od lat trzech, kiedy z moją Lynet, sio­strą ro­dzo­ną, się zwią­zał był. Nie od dzi­siaj więc go znam i nie ze­łgał­by mi, tego je­stem pe­wien. I tak mi rzekł, że Prawa Ręka zbója ubił.

– Do­brze, toż ja ci kłamu nie za­da­ję! – po­wie­dział Wrzeszcz, śmie­jąc się. – Acz jakoś jed­no­cze­śnie wiary mi zwy­czaj­nie bra­ku­je. Dla­cze­góż­by śmi­ga­li w takim po­śpie­chu, na popas nawet nie sta­jąc, a?

– A mnie ciekawość bie­rze, jak to się zda­rzy­ło? – spy­tał han­dlarz Oleg Win­kler. Prze­stał opie­rać się o ścia­nę, a po­chy­lił nad koń­czą­cą życie świe­cą, ry­zy­ku­jąc spa­le­nie futra, któ­rym ob­szy­to spory koł­nierz jego żu­pa­na. – Jak do­szło? Wszak Kru­czy Cień nie byle jakim był zbó­jem, a zbroj­nym wpra­wio­nym i z par­tią sporą, w konie licz­ną. A sami tam za­bi­ja­ki i mor­der­cy szu­bra­wi. Jak to więc za­szło?

– Cie­ka­wi­ście samej wo­jacz­ki opisu? Trze­ba wam szcze­gó­ło­wiej wy­sta­wić, kto i kogo jak pa­tro­szył, jak kisz­ki wy­wi­jał? – spy­tał Kle­mens. – Dziw­ny z was czło­wiek, panie Win­kiel.

– Win­kler – po­pra­wił go Oleg Win­kler. – I nie, nie o to mi się roz­cho­dzi. Co wy w ogóle su­ge­ru­je­cie, panie Kle­mens? Idzie mi o to je­dy­nie, czy aby na pewno wszyst­kich zbó­jów Kru­cze­go Cie­nia po­ło­żo­no, czy się może jeden z dru­gim ostał, by nas nękać? Szcze­gól­nie teraz, kiedy już śnieg spadł, za­wzię­ci wszel­kie zbóje będą, bo im głód i ziąb.

– A ja po­wie­dzia­łem, że Kru­czy Cień nie żyje! – burk­nął Kle­mens.

Wrzeszcz ro­ze­śmiał się gło­śno, aż cały kon­tu­ar trząść się za­czął i drżeć.

– Toż prze­cież ci mówią, panie straż­ni­ku, że py­ta­nie tyczy się jego ludzi, nie jego sa­me­go! – ryk­nął, wciąż się śmie­jąc. – Oj panie Kle­mens, nie dzi­wo­ta mnie, że was ze­sła­li mostu pil­no­wać.

– Tak? A to czemu?

– Bo­ście nie­zbyt lot­nym jest czło­wie­kiem. Ale szczę­śli­wie nikt jesz­cze mostu kraść nie za­mie­rzał, a i most sam z sie­bie do uciecz­ki nie­zbyt ru­cha­wy.

– Nie bądź­cie zbyt śmiesz­ni, panie Wrzeszcz – roz­sier­dził się Kle­mens. – Tu cho­dzi o ma­je­stat ksią­żę­cy, który pan ob­ra­żasz, pró­bu­jąc straż­ni­ka przez sa­me­go rząd­cę mia­no­wa­ne­go ob­ra­zić.

– Nie bądź­cie tacy znowu ob­raź­li­wi – od­pa­ro­wał Wrzeszcz. – Bo w tej karcz­mie jam pan i tyle. I kiedy po­wiem, że masz stąd pójść precz, tedy precz pój­dziesz do tej swo­jej budy przy mo­ście, w po­ło­wie już przez śnieg przy­sy­pa­nej.

Kle­mens skrzy­wił się i znów spoj­rzał przez błonę. Śnie­gu wcale nie na­wa­li­ło jesz­cze wiele, ale ogrom­ne płaty pa­da­ły nie­ustan­nie, a ostry wiatr mio­tał nimi za­wzię­cie. Wokół budy, w któ­rej wi­nien sie­dzieć, prze­pra­wy do­glą­da­jąc i opła­ty bio­rąc, ufor­mo­wa­ła się spora zaspa. Na sam jej widok Kle­mens za­trzą­snął się z zimna.

– Głu­pi­ście wszy­scy, jak te pa­cho­lę­ta – po­wie­dział Hans Sil­ber­mund. Sap­nął, wy­pro­sto­wał się i otarł po­bla­dłe czoło, a sie­kier­kę wbił w pie­niek.

– No, ode­zwał się wiel­mo­ża – prych­nął Wrzeszcz. – A drwa na­rą­bał, że gębę otwie­ra, a?

– Grzań­ca mi zrób, miast do­ka­zy­wać – na­ka­zał Sil­ber­mund. Otrze­pał z wió­rów haj­da­we­ry i ko­szu­lę, się­gnął po swój żół­ta­wy, po­pla­mio­ny żupan i za­czął się w niego odzie­wać.

– Grzań­ca! – Wrzeszcz prych­nął. – A jak niby stać was na to, panie wiel­mo­żo, a? Ja mam tu listę pań­skich zo­bo­wią­zań długą tak, że mnie wzro­kiem objąć trud­no, a zli­czyć nie spo­sób.

– Dług mój znam. Do­pisz tam, com za­żą­dał, co też zresz­tą za pracę mi się na­le­ży oprócz za­pła­ty.

– Na­le­ży, to się jeno micha, jak psu – mruk­nął Wrzeszcz. – Nie zbyt­nio­ście się na­ma­cha­li tą sie­kier­ką, drew le­d­wie co­ście do­cię­li.

– Zda się – po­wie­dział Sil­ber­mund, opie­ra­jąc się o wy­pa­czo­ny kon­tu­ar, tuż obok Wrzesz­cza. – A głu­pi­ście jak mówię, co widać po upodo­ba­niu, jakie znaj­du­je­cie w ba­ja­niu po próż­ni­cy. Tym bar­dziej, że prze­cież od stro­ny Wol­nej Twier­dzy konny zje­chał. Toć star­czy za­cze­kać, aż konia opo­rzą­dzi i nie­ba­wem za­szczy­ci wła­sną osobą, jak i opo­wie­ścią.

 – Zna­lazł się, wiel­mo­ża wiel­ki! – prych­nął Wrzeszcz. – Niby ja­śnie uro­dzo­ny, ciem­no­ta na dwie stro­ny, ha! Gdyby taki mądry był, jak prawi, to by nie sie­dział tutaj, dłu­gów od­ra­biać nie mu­siał. O! Co nam szko­dzi po­du­mać, nim się dzie­wusz­ka zjawi, a?

– Dzie­wusz­ka? – zdzi­wił się Oleg Win­kler. – A co z kon­nym po­dróż­nym, o któ­rym pan Sil­ber­mund, wiel­mo­ża zu­bo­ża­ły, na­po­mi­nał?

– Ha! Dzie­wusz­ka, a dzie­wo­ja ci ona! – krzyk­nął Wrzeszcz, stawiając na bla­sze grzej­nej gar­nu­szek z winem dla Sil­ber­mun­da. – Co taką zdzi­wio­ną minę ro­bi­cie, panie Win­kiel? Baby na koniu ście nie wi­dzie­li, a?

 – Win­kler – po­pra­wił go Oleg Win­kler. – I ow­szem, wi­dzia­łem. Nie­jed­nom w życiu wi­dział, co nie musi zna­czyć, że mam i wie­rzać. A już na pewno słowa bia­ło­gło­wy nie są w sta­nie prze­ko­nać mnie do ni­cze­go. Stra­ci­łem na opo­wieść ocho­tę! Ma rację pan wiel­mo­ża, cho­ciaż, co widać, nie­zbyt w fi­nan­sach by­stry, to jed­nak na lu­dziach się zna. Głu­pi­ście jak te od płotu szta­che­ty, jeśli macie za­miar wy­słu­chi­wać, co wam dzie­wo­ja na­opo­wia­da!

Wrzeszcz pod­sta­wił grzań­ca przed Sil­ber­mun­dem. Ten oparł się o kon­tu­ar, aż drew­no za­skrzy­pia­ło, przy­gła­dził sobie włosy i po­pra­wił wąs, żeby go nie za­mo­czyć. Potem do­pie­ro napił się i uśmiech­nął, ukon­ten­to­wa­ny nie­zmier­nie.

Wrzeszcz oparł się na po­wrót o blat, tuż obok szlach­ci­ca.

– Kto by po­my­ślał, panie Win­kiel, że z pana taki nagle roz­trop­ny człek się zro­bił. Tylko co to za roz­trop­ność, żeby bab nie słu­chać? Co to one, gor­sze?

– W ich gło­wach jeno siu-bździu, słoma i twa­róg. One winny w go­spo­dzie pil­no­wać, nie za włó­cze­nie po świe­cie się za­bie­rać. Każda po­rząd­na panna o tej porze dnia i roku dźga pod strze­chą na dru­ci­kach, por­t­ki ce­ru­je czy stra­wę rych­tu­je.

– Nie­po­rząd­ne panny, jak to na­zwa­li­ście, panie han­dlarz pe­cho­wy, też czło­wie­ko­wi po­trzeb­ne – za­uwa­żył Sil­ber­mund, uśmie­cha­jąc się zna­czą­co. Wziął ko­lej­ny łyk na­pit­ku, a po­licz­ki na­szły mu czer­wie­nią i roz­bły­sły ra­do­ścią.

– I o tym wła­śnie mówię – po­wie­dział Win­kler. – To i co taka panu powie? W któ­rej wsi hi­gie­na no­wo­żyt­na już i się chłop w ty­go­dniu przed mszą opłu­cze, a w któ­rej knury brud od świę­ta jeno zdra­pu­ją?

Wrzeszcz ryk­nął śmie­chem, waląc w kon­tu­ar tak mocno, że Sil­ber­mund znie­sma­czo­ny od­su­nął się, trzy­ma­jąc grzań­ca przy ustach dla pew­no­ści, żeby kro­pli nie uro­nić. Dwaj straż­ni­cy je­dy­nie przy­glą­da­li się smęt­nie, zer­ka­jąc co chwi­la na most przez zwie­rzę­cą błonę. Nie wy­glą­da­li na we­so­łych, a już na pewno nie Kle­mens, który w trak­cie wy­mia­ny zdań kil­ku­krot­nie pró­bo­wał się wtrą­cić, ale mu nie wy­szło. Na­bur­mu­szył się więc i ki­piał zło­ścią.

– Jest, jak mówię. Wię­cej wam po­wiem, pa­no­wie! – po­wie­dział Oleg Win­kler, uno­sząc palec.

Nagły trzask prze­rwał mu wy­po­wiedź. Drzwi z sieni pro­wa­dzą­cej na po­dwó­rze roz­war­ły się, ude­rzo­ne ra­mie­niem. Do wnę­trza we­szła czar­na po­stać, roz­chla­pu­jąc błoto, które się tam ze­bra­ło. Po­de­szła do naj­bliż­szej ławy i z ra­mie­nia zrzu­ci­ła spory to­bo­łek. Na to wy­lą­do­wał ka­wa­le­ryj­ski młot z na­dzia­kiem, o dłu­gim trzon­ku, koł­czan po­zba­wio­ny strzał i łuk. Do­pie­ro, gdy zdję­ła głę­bo­ki kap­tur, ob­ja­wi­ła się ze­bra­nym jako ko­bie­ta. Mokre włosy ob­le­pia­ły zsi­nia­łą z zimna twarz. Bie­siad­ni­cy rozdziawili gęby, ob­ser­wując, jak zrzu­ca z sie­bie sze­ro­ki pas ob­cią­żo­ny sa­kwa­mi i kil­ko­ma no­ża­mi w po­chwach.

– Mó­wi­łem, panie Win­kiel – za­re­cho­tał Wrzeszcz. – Żebyś się pan nie zdzi­wił!

Oleg Win­kler nie po­pra­wił go, wpa­tru­jąc się w nie­co­dzien­ny dość widok.

Ko­bie­ta zrzu­ci­ła z sie­bie gruby, mokry płaszcz, pod któ­rym miała wy­strzę­pio­ną, czar­ną pe­le­ry­nę i bry­gan­ty­nę, za­cho­dzą­cą po­wo­li rdzą. Dłu­gi­mi kro­ka­mi prze­mie­rzy­ła kle­pi­sko, we­szła na część wy­ło­żo­ną drew­nia­ny­mi bel­ka­mi, a miecz o zdo­bio­nej rę­ko­je­ści oraz nóż z dru­giej stro­ny obi­ja­ły jej się o jeź­dziec­kie spodnie. Przy­tu­li­ła się do ka­mien­ne­go pieca. Gerta, która do­kła­da­ła polan do ognia, od­su­nę­ła się trwoż­nie. Nie tra­fi­ła do­rzu­ca­ną żer­dzią, roz­sy­pu­jąc żar i po­piół, któ­re­go było aż nadto.

Para uno­si­ła się z no­wo­przy­by­łej nie go­rzej, niźli z sa­ga­na.

– Azali to praw­da, pa­nien­ko? – spy­tał Oleg, który prze­mógł się jako pierw­szy.

– Co ta­kie­go? – mruk­nę­ła, obej­mu­jąc ka­mien­ny piec.

– Co lu­dzie ga­da­ją – wy­bą­kał Oleg.

– Nie.

– Nie?

– Nie.

Wrzeszcz za­czął chi­cho­tać, czym za­ra­ził Sil­ber­mun­da. Oleg spio­ru­no­wał ich wzro­kiem.

– Ale nie wy­sta­wi­łem spra­wy jesz­cze – po­wie­dział zmie­sza­ny han­dlarz.

– Jak lu­dzie ga­da­ją, co wiem z do­świad­cze­nia, to głów­nie o tym, co im się wy­da­je – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta. – Albo o tym, co by chcie­li żeby było, a nie ma.

– A i naj­czę­ściej o tym, jak to im nie­do­brze, a? – dodał Wrzeszcz, uśmie­cha­jąc się za kon­tu­arem.

Ko­bie­ta od­kle­iła po­li­czek od pieca, by wy­chy­lić się i spoj­rzeć na karcz­ma­rza.

– Jak po­traw­ka, jest już?

– A jakże! Jako że­ście pa­nien­ko przy­ka­za­li, takem uczy­nił. Do­cho­dzi już od dłuż­sze­go czasu – po­wie­dział Wrzeszcz, po czym zwró­cił się do Gerty: – Nie stój tak. Nałóż i podaj go­ścio­wi.

Wszy­scy przy­glą­da­li się pa­ru­ją­cej ko­bie­cie. Gerta usta­wi­ła gli­nia­ną miskę na ławie, obok jej rze­czy. Do­pie­ro wtedy nie­zna­jo­ma od­kle­iła się od pie­cy­ka, usia­dła i za­bra­ła do je­dze­nia. Wy­da­wa­ło się, że wpa­trzo­ne w nią oczy zgro­ma­dzo­nych zu­peł­nie jej nie prze­szka­dza­ją.

Oleg Win­kler od­chrząk­nął i pod­szedł bli­żej.

– Oleg Win­kler na mnie wo­ła­ją – przed­sta­wił się. – Zaj­mu­ję się han­dlem. Pew­nie wi­dzia­ła pani dwa wozy na za­ple­czu. Są moje.

– Al­fi­da Jahn – mruk­nę­ła ko­bie­ta.

Była cał­ko­wi­cie za­ję­ta po­traw­ką, którą szu­flo­wa­ła drew­nia­ną łyżką, za­gry­za­jąc na prze­mian serem i chle­bem. Nie unio­sła oczu na mówcę, ale czego można się było spo­dzie­wać po ko­bie­cie?

 – Com chciał za­py­tać, to skoro pa­nien­ka z pół­no­cy zdąża, pew­ni­kiem przy Wol­nej Twier­dzy droga wio­dła, czyż nie tak? – spy­tał Oleg Win­kler.

– Nie ina­czej – od­par­ła, mla­ska­jąc z peł­ny­mi usta­mi.

– Po­wia­da­ją, że Kru­czy Cień, który swa­wo­lił z od­le­głej straż­ni­cy, tak się roz­zu­chwa­lił, że na Wolną Twier­dzę na­je­chał.

– Tak po­wia­da­ją?

– W rze­czy samej.

– W takim razie, jako rze­kłam wcze­śniej, bzdu­ry to i kłam­stwa, co lu­dzie ga­da­ją. Kru­czy Cień bo­wiem, bę­dzie z dwa księ­ży­ce temu, jak ducha wy­zio­nął ze wszyst­kim, co przy nim stało.

– Ducha wy­zio­nął? – spy­tał Oleg, jakby zlęk­nio­ny.

– Ducha wy­zio­nął? – spy­tał straż­nik Kle­mens, pro­stu­jąc się ze swej pół­le­żą­cej po­zy­cji.

– Ducha wy­zio­nął – po­twier­dzi­ła Al­fi­da.

– Jakże to? Skąd pa­nien­ka wie?

Mruk­nę­ła, po­łknę­ła i za­ma­cha­ła w po­wie­trzu łyżką, jakby miało to co­kol­wiek wy­ja­śniać.

– Bo tam byłam, oczy­wi­ście – po­wie­dzia­ła z peł­ny­mi usta­mi. Żuła przez chwi­lę, roz­glą­da­jąc się po wnę­trzu karcz­my.

 – Ha! – wy­krzyk­nął sie­dzą­cy z tyłu Kle­mens. – A więc jed­nak! Jak Prawa Ręka Gah­bert de Ne­ve­au po­wie­dział, takoż uczy­nił. Cho­ciaż nie spie­szy­ło mu się z ro­bo­tą zbyt­nio. I on teraz, pani Al­fi­do, na straż­ni­cy stoi?

– Prawa Ręka to teraz przed straż­ni­cą leży, a tuszą jego po­ży­wia się wszel­kie peł­za­ją­ce pa­skudz­two tam­tych lasów – po­wie­dzia­ła Al­fi­da, uśmie­cha­jąc się. – Ale druga par­tia po­szła, którą po­pro­wa­dził sta­ro­sta opol­nik spod Wol­nej Twier­dzy.

– Opo… zna­czy ten, tfu! Sta­ro­sta Ro­mo­ate­aux? – zdzi­wio­ny Hans Sil­ber­mund pra­wie za­chły­snął się grzań­cem. – W to uwie­rzyć, pro­szę o wy­ba­cze­nie, nie spo­sób. A Vigo Mund­sen na to po­zwo­lił?

– Sam sta­ro­sta to się fak­tycz­nie do bitki nie gar­nął za­nad­to. Ale wraz z ludź­mi pana dru­żyn­ni­ka straż­ni­cę zdo­by­li­śmy, całą ob­sa­dę wprzó­d za­sie­kł­szy. Tedy wasze zmar­twie­nia panem Kru­czym Cie­niem są bez­pod­staw­ne – wy­ja­śni­ła Al­fi­da, po czym wpa­ko­wa­ła sobie do ust ko­lej­ną por­cję po­traw­ki.

– No a Wolna Twier­dza? – zdzi­wił się Kamil Kle­mens. – Kiedy to Kru­czy Cień Wolną Twier­dzę na­je­chał? Czy może mi po­wiesz, pa­nien­ko, że to rów­nież bujda?

– Bujda – od­par­ła, wy­plu­wa­jąc kilka okrusz­ków chle­ba. – Bo Wolną Twier­dzę, to na­szedł po ciem­ku wie­leb­ny Armen.

Oleg Win­kler usiadł na­prze­ciw­ko Al­fi­dy, roz­wie­ra­jąc ze zdzi­wie­nia usta. Ręce opa­dły mu bez­wład­nie na ławę. Hans Sil­ber­mund za­dławił się grzań­cem, po czym roz­kasz­lał.

– Nie może to być! – krzyk­nął Kamil Kle­mens. – Szwa­gier mój, Franz zwany Dłu­gim po­wie­dział, że straż­ni­cę lu­dzie Kru­cze­go Cie­nia na­je­cha­li. Że on sam, wraz z ludź­mi dru­żyn­ni­ka, po­cię­li ban­dy­tów, jak zboże! Tak po­wie­dział.

– I wi­dzisz pan? Jest tak, jak po­wie­dzia­łam na wstę­pie. Lu­dzie wy­star­czy, że ja­dacz­kę otwo­rzą, a już z niej wy­pa­da­ją słowa po­plą­ta­ne i fał­szy­we.

– O nie! Jakem Kamil Kle­mens, nie mogę tego słu­chać. Jeśli jak mąż się pani ubie­ra i mę­skim za­ję­ciom od­da­je, tedy ła­twiej mi po­wie­dzieć, że pani łże i szka­lu­je! Zwo­dzi pani tak, jak wcze­śniej nam obec­ny tu Oleg su­ge­ro­wał! I nie mam za­mia­ru tych ka­lum­ni wy­słu­chi­wać.

– Tedy uszy połóż – mruk­nę­ła Al­fi­da, uśmie­cha­jąc się zło­wiesz­czo – bo praw­da tak wy­glą­da, że sam wie­leb­ny Armen do Twier­dzy wtar­gnął, w pełną pły­to­wą zbro­ję się odziaw­szy i za­dźgał dru­żyn­ni­ka, gdy ten w noc­nej ko­szu­li i por­t­kach jeno ster­czał, jak ten chwost psi z trawy.

– Nie może to być! – wrza­snął Kle­mens.

– To nie może być praw­dą – wy­szep­tał Oleg.

– Młoda panna, to się le­piej za­sta­no­wi, co mówi i przy kim – po­wie­dział Hans Sil­ber­mund. – Po pierw­sze nie­ład­nie tak za­rzu­cać wie­leb­ne­mu prze­moc, jesz­cze brzy­dziej wdar­cie się gwał­tem na Wolną Twier­dzę. A grze­chem cięż­kim i czy­nem plu­ga­wym twier­dzić, że wie­leb­ny kogoś zabił. Al­bo­wiem księ­ża są nie od mie­cza, a od krzy­ża. Nie od mordu, a od zba­wie­nia dusz. Tedy się pani le­piej za­sta­no­wi i prze­my­śli, czy warto he­re­zje w świat roz­sy­łać, czy może…

 – O! To wła­śnie! – wrza­snął Kle­mens. Wstał ze swo­jej ławy i po­stą­pił kilka kro­ków do przo­du.

– Pan się tak nie roz­sier­dzaj – jęk­nął Sil­ber­mund, ale Kle­mens go zi­gno­ro­wał.

– Pani, trzy­maj gębę za­war­tą! Bo za­sta­na­wiam się, czy­żeś ko­bie­tą, czy de­mo­nem pod­stęp­nym, per­fid­nie pró­bu­ją­cym mą cier­pli­wość nad­wą­tlić! Teraz, wobec wszyst­kich, cze­kam na słowa prze­pro­sin, które za­dość­uczy­nią wy­su­nię­tej wobec mojej ro­dzi­ny znie­wa­dze, a także uni­ża­niu sa­me­mu ar­cy­wie­leb­ne­mu! Każdy z ze­bra­nych, myślę, zgo­dzi się, iż pani słowa fał­szem pod­szy­te, nie­go­dzi­we i nie­god­ne.

– Myślę? – prych­nę­ła Al­fi­da. – Do­brze, że nie za my­śle­nie ci się płaci, panie straż­ni­ku Kle­mens, tylko za ścią­ga­nie opłat mo­sto­wych. Bo za twoje my­śle­nie pła­cić, to tak, jakby świni za deszcz dzię­ko­wać.

– Za utrzy­ma­nie po­rząd­ku też pan bie­rzesz za­pła­tę bez­pod­staw­nie, śmiem za­uwa­żyć – śmiał za­uwa­żyć Hans Sil­ber­mund.

– Pa­no­wie, czy ja mo­gła­bym zjeść, zanim roz­wie­ję wasze wąt­pli­wo­ści, od­po­wia­da­jąc na py­ta­nia, któ­rych za­da­wać nie chce­cie, bojąc się od­po­wie­dzi? – spy­ta­ła Al­fi­da Jahn, mlasz­cząc.

– Co? – żach­nął się Kle­mens. Z na­głej wście­kło­ści omal się wła­sną śliną nie za­dła­wił.

– Stań­cie w końcu, jak mówię, panie straż­ni­ku – wtrą­cił Hans Sil­ber­mund. – I na­staw­cie uszu, kiedy mą­drzej­szy mówi. A rzek­nę wam, że to ko­bie­ta, co samo przez się zna­czy, ho­no­ro­wi ona wa­sze­mu urą­gać nie może. Toż baby ga­da­ją, za­wsze będą gadać i o wszyst­kim. Tylko głu­piec by słu­chał. A już idio­tą trze­ba być skoń­czo­nym, jak wy, straż­ni­ku, żeby na bab słowa re­ago­wać nad wyraz.

– Co­ście ga­da­ją? Mnie? Idio­tą? Mi się zdaje, że­ście już za­po­mnie­li, mości panie już nie wiel­moż­ny, że­ście po­stra­da­li ma­jąt­ki i w dłu­gach tu sie­dzi­cie! Kto tu teraz idio­ta, ha?

– Ja w dłu­gach wiecz­nie sie­dział nie będę, jużem po­ło­wę od­ro­bił. A szlach­ci­co­wi ma­ją­tek od­ro­bić nie pro­blem, jeśli tylko umysł lotny.

– Aku­rat, po­ło­wę spła­cił! – burk­nął Wrzeszcz. – Cie­ka­wym, kiedy, a?

– Głup­ca ze mnie nie rób­cie, hul­ta­ju tam za szyn­kwasem! – po­wie­dział Sil­ber­mund, uno­sząc groź­nie palec.

– Głup­ca ja nie robię, bo i po co miał­bym, skoro tak świet­nie sobie mości pan sam samoj radzi! – za­kpił Wrzeszcz, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko. – I w po­ło­wie długu tylko i by­ście wy i może byli, gdyby nie za­licz­ki wiecz­ne, które ode mnie bie­rze­cie!

– Za­licz­ki? – zdzi­wił się Sil­ber­mund. – Jakie znowu za­licz­ki?

– To wino, na przy­kład, które w dłoni dzier­ży­cie, to niby co? Nie aby w po­życz­kę?

 – To? – spy­tał Hans, po­trzą­snął na­czy­niem i upił łyk. – To nie ten sam dług! Pan po­ję­cia my­lisz. Jeden dług spła­cam, co mnie praw­nie na­ka­za­no, a drugi mi pan udzie­lasz. Toż prze­cie oczy­wi­ste, że dwóm oso­bom ja dłuż­ny je­stem dwoma dłu­ga­mi, nie jed­nym, tak?

– Prze­ca ja pań­ski dług wy­ku­pił, dla­te­góż dla mnie bę­dziesz drwa rąbał i usłu­gi­wał.

– Nie usłu­gi­wał, tylko od­pra­co­wy­wał, kmio­cie jeden. I dla­te­go tylko, że mam honor i moje słowo nie łajno. A to, żeś mój dług pan wy­ku­pił, to pań­ska spra­wa. Teraz masz pan dwa!

– Oba pań­skie!

– Jeden dru­gie­mu po­dob­ny, lecz dwa różne, jako pół­dup­ki. Niby po­dob­ne, a każdy z osob­na inszy.

– Ha! – krzyk­nął Oleg Win­kler, po czym za­śmiał się ru­basz­nie, bijąc rę­ko­ma o uda. – Ta­ke­ście to przed­sta­wi­li, żem pra­wie wiary dał, choć sam han­dlem się param i ku­piec­twem zaj­mu­ję! Jakem pan Oleg Win­kler, bli­żej po­ezji szwin­dlu jesz­czem nie ob­co­wał.

Sil­ber­mund chrząk­nął i skrzy­wił się z nie­sma­kiem.

– Bli­żej, to do chama, niż do pana, Olegu Win­kiel! A ku­piec­two za­ję­ciem jest nie­god­nym. Już bli­żej mi drwa rąbać. Nieco tę­ży­zny nabyć, mu­sku­la­tu­rę od­ku­rzyć i dobru ogółu się przy­słu­żyć w ge­ście do­brej i wiel­ko­dusz­nej woli.

– Win­kler – burk­nął Oleg, nie­za­do­wo­lo­ny z ob­ro­tu roz­mo­wy. – Śmiem za­uwa­żyć, że mości pan zu­bo­ża­ły prze­wa­gą brzuch swój tre­nu­je, nie­ustan­nie winem go wy­peł­nia­jąc do gra­nic jego po­jem­no­ści.

– Ot, i o tym wła­śnie mó­wi­łem! Gmin­ne próby ob­ra­zy są ża­ło­sne i nie­wia­ry­god­nie w swych za­ło­że­niach błęd­ne. Ale nie­chaj bę­dzie, zniżę się, co muszę z resz­tą ostat­nio robić nad wyraz czę­sto. Zmierz­my się, panie Win­kler!

– Zmierz­my? – zdzi­wił się Oleg Win­kler.

– Pijmy! – wy­krzyk­nął Hans Sil­ber­mund. – A kto z nas przez dru­gie­go prze­pi­tym zo­sta­nie, ten za trun­ki płaci. Nadto, jeśli wy­gra­cie, nie będę pod­wa­żał wa­sze­go ni po­cho­dze­nia, ni han­dlem pa­ra­nia wy­ty­kał. Przez jeden dzień!

Nagły rumor z tyłu od­wró­cił ich uwagę.

– Krew! – ktoś krzyk­nął.

– Oj – jęk­nął straż­nik Kamil. – O matko!

 

***

 

 – Stań­cie w końcu, jak mówię, panie straż­ni­ku – po­wie­dział tu­bal­nym gło­sem Hans Sil­ber­mund. – I na­staw­cie uszu, kiedy mą­drzej­szy mówi. A rzek­nę wam, że to ko­bie­ta, co samo przez się zna­czy, że ho­no­ro­wi ona wa­sze­mu urą­gać nie może. Toż baby ga­da­ją, za­wsze będą gadać i o wszyst­kim. Tylko głu­piec by słu­chał. A już idio­tą trze­ba być skoń­czo­nym, jak wy, straż­ni­ku, żeby na bab słowa re­ago­wać nad wyraz.

– Co­ście ga­da­ją? Mnie? Idio­tą? Mi się zdaje, że­ście już za­po­mnie­li, mości panie już nie wiel­moż­ny, że­ście po­stra­da­li ma­jąt­ki i w dłu­gach tu sie­dzi­cie! Kto tu teraz idio­ta, ha?

– Kim­kol­wiek jest ów gru­bas prze­mą­drza­ły, do­brze po­wie­dział – stwier­dzi­ła Al­fi­da, do­kań­cza­jąc po­traw­kę. Za­czę­ła wy­cie­rać drew­nia­ną miskę reszt­ką chle­ba. – Gębę za­wrzyj, kiedy mą­drzej­si prze­mó­wić ra­czy­li. A ja wiem, co mówię, bo tam byłam. Byłam w kom­na­cie dru­żyn­ni­ka Vigo Mund­ste­na, kiedy wie­leb­ny Armen doń za­pu­kał. A by­naj­mniej nie ręką to zro­bił nagą, a pię­ścią pan­cer­ną i głow­nią mie­cza.

– Nie! Gra­nic nie znasz, ko­bie­to i za to za­pła­cisz. Skar­cę cię, oba­czysz! – wark­nął Kamil Kle­mens. To mó­wiąc, wyjął zza pasa to­po­rek. Ujął go przy obu­chu, sty­li­sko wy­su­wa­jąc przed sie­bie jak pałkę.

– No! – mruk­nę­ła Al­fi­da z uda­wa­nym po­dzi­wem, wkła­da­jąc sobie chleb w usta. Wy­szarp­nę­ła młot o dłu­gim trzon­ku spod góry że­la­stwa, którą usy­pa­ła na stole. – Pan je­steś straż­nik, mó­wisz o ho­no­rze, a na ko­bie­tę kij pod­no­sisz?

– Jak na każ­de­go plu­ga­we­go szczu­ra, który się w cha­łu­pie za­lągł! Bo jeśli trze­ba ro­zu­mu wlać do łba, to kijem wła­śnie naj­le­piej!

– Dość słów, któ­re­mi je­steś wy­peł­nio­ny, ni­czym wia­dro po­my­ja­mi – po­wie­dzia­ła Al­fi­da.

Wsta­ła od stołu, uno­sząc swój ka­wa­le­ryj­ski młot, z obu­chem tępym z jed­nej stro­ny i na­dzia­kiem z dru­giej. Za­wi­nę­ła nim spraw­nie, tak jak gó­ra­le wy­wi­ja­ją swo­imi wiel­gach­ny­mi to­po­ra­mi. Po­tęż­nie, za­ma­szy­ście i bez sensu.

W tym samym mo­men­cie stało się wiele rze­czy. Gerta, która skoń­czy­ła już do ognia do­kła­dać i dło­nie ob­my­wa­ła, pi­snę­ła. Kot wsko­czył na kon­tu­ar, z któ­re­go dał nura na za­ple­cze. Kamil po­stą­pił krok w kie­run­ku Al­fi­dy, a ona przy­go­to­wa­ła broń do za­sta­wy. A drugi straż­nik, Sto­for­son, na któ­re­go nikt uwagi nie zwra­cał, przy­padł do ko­bie­ty od tyłu i objął ją, blo­ku­jąc obie ręce.

Al­fi­da szarp­nę­ła się, ale bez­sku­tecz­nie. Kamil do­sko­czył, prze­rzu­cił to­po­rek do lewej dłoni, a prawą zdzie­lił ją w twarz, na za­wsze po­zba­wia­jąc ją pięk­nej krzy­wi­zny lekko za­dar­te­go nosa. Krew buch­nę­ła z obu dziu­rek, nogi się pod nią za­ła­ma­ły, ręce opa­dły. Szarp­nę­ła się raz jesz­cze, a trzy­ma­ją­cy ją So­for­son za­to­czył się do przo­du. Sple­ce­ni stra­ci­li rów­no­wa­gę. Sto­for­son upadł na Al­fi­dę, Al­fi­da na swój młot, wbi­ja­jąc sobie na­dziak mię­dzy żebra.

 Sto­for­son uniósł się, przy­trzy­mu­jąc ko­bie­tę na ziemi, a Kamil kop­nął ją w bok. Zgię­ła się w spa­zmie bólu.

– Krew! – krzyk­nął Sto­for­son.

Kamil od­dy­chał głę­bo­ko, na­bu­zo­wa­ny przy­pły­wem ad­re­na­li­ny. Zaraz jed­nak za­mru­gał, zo­ba­czył juhę na na­dzia­ku i dużo wię­cej w roz­cię­ciu bry­gan­ty­ny.

– Oj – jęk­nął. – O matko!

– No i masz! – wark­nął Sto­for­son, wsta­jąc. – Tak to jest z ba­ba­mi!

– Co wy­ście tam na­ro­bi­li?! – krzyk­nął Wrzeszcz. – Na łby po­upa­da­li? Co wy, chło­py? Ro­zu­mu nie macie? Albo umia­ru?

– Cy­ru­li­ka! Bal­wierz jaki w po­bli­żu? – spy­tał Kamil drżą­cym gło­sem, co­fa­jąc się.

– Skąd ja ci tu bal­wie­rza wy­naj­dę, a? Spod śnie­gu może? – spy­tał Wrzeszcz, ob­cho­dząc kon­tu­ar. Pod­szedł bli­żej, by przyj­rzeć się Al­fi­dzie, zwi­nię­tej w kłę­bek i od­dy­cha­ją­cej z tru­dem. Potem prze­niósł wzrok na straż­ni­ka Ka­mi­la. – Pod moim da­chem są mor­der­cy!

– Hola! To nie tak! Samoś panie wi­dzie­li! – krzyk­nął Kamil, prze­stra­szo­ny.

– Com wi­dzie­li, a? – za­pe­rzył się Wrzeszcz. – Ja­ko­ście jedną babę we dwóch brali tak, żeby ją na kolec nabić?

– Może wy­ży­je? – spy­tał Kamil, nagle po­bla­dły.

– To­ście sobie na­ro­bi­li, pa­no­wie straż­ni­cy – dodał od sie­bie Hans Sil­ber­mund. – Ho­ło­ta i swo­łycz.

Ob­ma­cał się po brzu­szy­sku i stwier­dził brak pasa, który wraz z mie­czem o wiel­kiej gar­dzie wi­siał na kołku.

Kamil żach­nął się, za­ma­chał rę­ko­ma, ale opa­dły mu one bez­sil­nie.

– Za­bi­li­śmy ją? – spy­tał trwoż­nie.

– Jacy my? – burk­nął Sto­for­son. Zro­bił kilka kro­ków wstecz i otarł ręce, jakby czy­ścił je o brzuch z tłusz­czu. Albo z prze­stęp­stwa.

 – Tyś ją zła­pał i znie­wo­lił! – krzyk­nął Kamil. Bli­ski był przy tym pła­czu.

– Kat – po­wie­dział Sil­ber­mund po­nu­ro.

– Kat? Wy­pra­szam sobie! To… To się stało przez przy­pa­dek zu­peł­nie – jęk­nął Kamil. – Sa­mi­ście sły­sze­li, co ga­da­ła bia­ło­gło­wa, sa­mi­ście świad­ka­mi, że dia­beł z jej ust prze­ma­wiał!

– Baby nam trza – stwier­dził Wrzeszcz, kom­plet­nie igno­ru­jąc straż­ni­ka. – Sta­rej baby. Ona po­mo­że.

– Kat. Rymko Prod – znów za­pro­po­no­wał Sil­ber­mund.

– Kto? Tylko nie on, niech nas zmar­li bro­nią! – jęk­nął Sto­for­son. – Prze­cież to, no wie­cie… Kat.

– Dla­te­góż i do­sko­na­le się na­da­je – po­wie­dział Sil­ber­mund, po czym prze­chy­lił swój gar­niec z grzań­cem. Na­czy­nie oka­za­ło się puste. – On rów­nie spra­wie tnie, co szyć po­tra­fi.

– A ja wam mówię, że stara baba. Ot i tyle. Jak się da coś zro­bić, to ona do­ko­na.

– To pchnij­cie, panie obe­rży­sto, pa­choł­ka – za­su­ge­ro­wał Kamil Kle­mens.

– A co ja z tego będę miał? – spy­tał Wrzeszcz. – Płać­cie naj­pier­wej, bo czas mo­je­go pa­cho­la­ka cenny.

– Co? – zdzi­wił się Kle­mens. – Cie­kaw je­stem, czym takim się zaj­mu­je, oprócz ho­dow­li smar­ków i wszy wsze­la­kiej, ten wasz ku­dła­ty obi­bok?

– Spi­chle trza oba­czyć, zli­czyć psze­ni­cę, jęcz­mień i groch. Sło­ni­ną i sa­dłem się zająć. Pracy grom, a zima, jak pew­ni­kiem sam pan za­uwa­ży­łeś, na­szła nas szyb­ciej, niź­lim się spo­dzie­wa­li.

– I to waż­niej­sze od życia tej nie­wia­sty?

– Sam sobie idź­cie, panie Ka­mi­lu. Ja­ke­ście tacy ry­chli byli babę kłuć że­la­zem, to i do­ska­kać po pomoc dacie radę – po­wie­dział Wrzeszcz, uśmie­cha­jąc się po­nu­ro.

– Albo i do­ska­ka jak naj­da­lej i już się w oko­li­cy nie po­ja­wi – mruk­nął Sil­ber­mund. – Znam ja ta­kich opor­tu­ni­stów, z ho­no­ru wy­zu­tych jak z wody szma­ta. Pry­śnie i już hu­la­ki nie bę­dzie.

– To niepraw­da! – żach­nął się Kamil Kle­mens.

– Aku­rat. Swa­wol­nik i awan­tur­nik, czemu do­wo­dów szu­kać nie muszę, bo tu oto jeden leży, po­ję­ku­jąc – dodał Sil­ber­mund.

– Straż­ni­ku, Kle­mens! Wy broń na kle­pi­sko złóż­cie. A ko­leż­ka, Sto­for­son, to nie­chaj go ujmie co żywo, a? – za­wo­łał Wrzeszcz. – Bo jak się pa­nien­ka prze­krę­ci to jeno wyrok!

Kamil Kle­mens upu­ścił to­po­rek, roz­glą­da­jąc się trwoż­nie.

– No co wy? Jam straż­nik! Jam czło­wiek rząd­cy!

Ro­zej­rzał się wo­ko­ło i zbyt­nio go nie po­cie­szy­ło to, co zo­ba­czył. Han­dlarz Oleg Win­kler wci­snął się w róg izby, sta­pia­jąc się z cie­niem. Wrzeszcz trzy­mał za ple­ca­mi to­po­rek i otwie­rał już drzwi na sień i za­ple­cze, gdzie nie­chyb­nie jego pa­cho­łek wciąż zaj­mo­wał się końmi. Kle­mens do­brze wie­dział, że w przed­sion­ku prze­sia­dy­wał też woźny, nie­gdyś za­pie­kły rę­baj­ło. Spoj­rzał na ko­le­gę, Sto­for­so­na. A ten ujął miecz, cho­ciaż nie wyjął go jesz­cze z po­chwy.

– Zaraz! To nie ja ją na­dzia­łem! – wrza­snął, wska­zu­jąc ko­le­gę pal­cem. – To on! To Sto­for­son oba­lił ją na na­dziak!

Al­fi­da leżąc na kle­pi­sku za­ka­sła­ła z bólem.

Sto­for­son wi­dząc, co się świę­ci, wy­szarp­nął miecz.

– Nie uchy­laj się od od­po­wie­dzial­no­ści! Wszy­scy wi­dzie­li, cóżeś uczy­nił!

Koniec

Komentarze

Wietrzna rzeką była, wbrew nazwie. A ją tak nazwano dlatego, że wicher nad jej nurtem leniwym hasał i swawolił naprzykrzając się ludziom okrutnie.

Te dwa zdania są zawiłe, dziwne i powodują, że nie chce się brnąć dalej.

 

 

Jeśli rzeka jest rozlana, płytka i ospała, to ani flisacy, ani barki. 

 

 

 

https://sjp.pl/sukmana

https://sjp.pwn.pl/slowniki/dokazywa%C4%87.html

 

Pewnikiem opowie cosik więcej, niż te smutne wasi koledzy, co tędy taborem jechali.

 

Co smutne?

 

I tak mi rzekł, że Prawa Ręka zbója ubili.

Kogo/czego prawą rękę.

 

https://sjp.pwn.pl/sjp/interes;2466578.html 

Nie znam fraz z braniem interesu, to znaczy tych obyczajnych nie znam;) Takoż i SJP nie zna, czyli widać nie ma ich.

 

Biesiadnicy obserwowali ją, jak zrzuca z siebie szeroki pas obciążony sakwami i kilkoma nożami w pochwach, rozdziawiając gęby.

Zrzucał pas rozdziawając gęby, bo miał ich kilka? ;)

 

Nieco mnie stylizacja męczy, ale wrócę.

 

 

 

 

delulu managment

Witaj. :)

 

Już samą Przedmową „nastraszasz”, pisząc: „O tym kto pan, a kto prostak, tym, gdzie miejsce bab jest a i tym, co mówić komu przystoi”.

Czyżby miejsce „chłopów” miało być inne? A skąd niby taki podział? :) Wracamy do dawnych czasów? :)

 

Sprawy językowe i sugestie oraz wątpliwości (zawsze – tylko do przemyślenia):

A ją tak nazwano dlatego, że wicher nad jej nurtem leniwym hasał i swawolił (przecinek?) naprzykrzając się ludziom okrutnie.

Ciekła łukami delikatnymi w otoczeniu gęstego drzewia, terenem płaskim niby podpłomyk, czy inszy placek z nielicznymi tylko wzniesieniami, którym do wszelkiej okazałości daleko było. Sama woda była nieruchawa, bez krzty życia spływała szerokim ciekiem, niby ospała. Skorzy ją tedy byli ludzie ujarzmiać i usidlać. – powtórzenia?

Jako, że drewniane konstrukcje zimą wielokrotnie lód miażdżył i tratował, postawiono tam wielkie jak dom cały filary z kamienia, nad którymi rozparto łuki i przęsła drewniane. – powtórzenie?

Nie małym kosztem konstrukcję wzniesiono, a przy brzegu północnym gospoda stanęła ze stajnią i przytułkiem sporym. – ortograficzny?

Piękne to było miejsce, zeszpecone jedynie wieżycą na wzgórku pobliskim, która (przecinek?) piorunem rażona (i tu?) spłonęła doszczętnie i (i tu?) niczym strup paskudny (i tu?) złe skojarzenia budziła.

Roztropni jednak ludzie i ci (i tu?) co światlejsi (i tu?) ochoczo w podobnych miejscach przebywali wiedząc, że budowla okrutna wszelkie złe duchy do siebie ściąga.

A te kreatury, zwiedzione szkaradztwem wieży przeklętej (i tu?) siedzą tam niby kwoki na grzędach zadowolone, i ani myślą się poczciwemu człowiekowi naprzykrzać.

Gospoda kwitła niczym kwiat zimy nie znający, będąc ostatnim postojem tak na drodze lądowej jak i wodnej, na dzień przed Ordenslau. – ortograficzny?

Część targów, chcąc miejskie opłaty ominąć, dobijano tutaj właśnie, przy ważonym na miejscu piwie z rosnącego przy Wietrznej jęczmienia, ku uciesze rolników okolicznych i samego gospodarza. – ortograficzny rażący?

Tym nagłym atakiem uwięziła przy gospodzie barkę spławną oraz handlarza, który z niej towar miał podjąć i w dalszą drogę ruszyć, a przepędziła ekonoma, co w imieniu księcia wysokość daniny miał określić. – powtórzenie?

Nie dziwota tedy, że strażniki nawet, półgłówki dwa zatracone, do gospody się pochowały. W murach gospody było przyjemnie. – i tu?

– A wiadomo (przecinek?) skąd ten przybysz? – spytał Kamil Klemens, jeden z mostowych strażników.

Pewnikiem opowie cosik więcej, niż te smutne wasi koledzy, co tędy taborem jechali. – składniowy?

– Zbój (przecinek?) Kruczym Cieniem zwany, tfu, niechaj sczeźnie razem z tym padalcem cała rodzina jego plugawa, przekręcił się był na nasze szczęście – powiedział Kamil Klemens z całkowitą pewnością, jakby własne zatwardzenie obwieszczał, po czym przez błonę zwierzęcą spojrzał na zewnątrz, na budę strażniczą przy moście widocznym nieopodal.

– Jako że ty człowiekiem jesteś bywałym i obeznanym, co to kursuje między łóżkiem, budą swoją i latryną wyłącznie, z pewnością wiesz (przecinek?) co mówisz, panie Klemens, co?

– Takoż powiedział mi Franz! – burknął Klemens (przecinek?) uderzając pięścią w stół i piorunując Wrzeszcza wzrokiem.

– Co go Długim przezywają, co z wielebnym arcy jegomością przejeżdżał tędy ledwo dwa dni temu, do Ordenslau się kierując. – ortograficzny?

– Nie bądźcie zbyt śmieszni, panie Wrzeszcz – rozsierdził Klemens. – brak „się”?

 

 

Hmmm… Mam problem z nazwiskiem, które wprowadzasz: 23 razy pada, że tytułową gospodę prowadzi „Wrzeszcz”, np.:

„Jedno i drugie ku uciesze prowadzącego gospodę Wrzeszcza”.

A potem nagle, podczas wymiany zdań, pojawia się, nie wiadomo skąd, jakiś „Wrzask”, też prowadzący gospodę; występuje w tekście10 razy i zastępuje poprzedniego „Wrzeszcza”:

„– No, odezwał się wielmoża – prychnął Wrzask. – A drwa narąbał, że gębę otwiera, a?

– Grzańca mi zrób, miast dokazywać – nakazał Silbermund”.

 

To niepotrzebnie tworzy w sumie 33 błędy rzeczowe. Bo Czytelnik nie wie, jak się ten gospodarz nazywał…

 

Inne nowe pojęcie: „Wolna Twierdza” też nie jest zapisywane jednolicie, np.: „Tym bardziej, że przecież od strony Wolniej Twierdzy konny zjechał”.

I kolejne błędy rzeczowe.

 

Wprowadzając nowe nazwy własne trzeba dbać o ich staranny zapis, bo Czytelnicy nie wiedzą, jak zamierzałeś je zapisać, skoro piszesz w sposób różnoraki.

Gdyby taki mądry był, jak prawi, to by nie siedział tutaj (przecinek?) długów odrabiać nie musiał.

A co z konnym podróżnym, o którym pan Silbermund, wielmoża zubożały (i tu?) napominał?

Co to one (przecinek?) gorsze?

– Nieporządne panny, jak to nazwaliście panie handlarz pechowy, też człowiekowi potrzebne – zauważył Silbermund, uśmiechając się znacząco. – przecinek przy Wołaczu?

Nie trafiła dorzucaną żerdzią (przecinek?) rozsypując żar i popiół, którego było aż nadto.

Albo o tym, co by chcieli (i tu?) żeby było, a nie ma.

Kobieta odkleiła policzek od pieca (i tu?) by wychylić się i spojrzeć na karczmarza.

Kruczy Cień bowiem, będzie z dwa księżyce temu, jak ducha wyzionął ze wszystkim, to przy nim stało. – czy tu nie miało być: „co”?

– Prawa Ręka to teraz przed strażnicą leży, a tuszą jego pożywia się wszelkie pełzające paskudztwo tamtych lasów. – powiedziała Alfida, uśmiechając się. – błędny zapis dialogu?

Ale wraz z ludźmi pana drużynnika strażnicę zdobyliśmy, całą obsadę zasiekłwszy w przódy. – kolejny ortograficzny?

Czy może mi powiesz panienko, że to również bujda? – przecinek przy Wołaczu?

– Pani trzymaj gębę zawartą! – i tu?

– Panowie, czy ja mogłabym zjeść, zanim rozwieję wasze wątpliwości (przecinek?) odpowiadając na pytania, których zadawać nie chcecie (i tu?) bojąc się odpowiedzi? – spytała Alfida Jahn, mlaszcząc.

– Ciekawym (przecinek?) kiedy, a?

 

Ok, reszty usterek już nie wypisuję, skupiając się jedynie na fabule, lecz całość trzeba jeszcze bardzo starannie przejrzeć i poprawić.

 

Ładna stylizacja języka dodaje klimatu. :)

Dużo brutalności, za to bardzo mało fantastyki.

Całość wydaje się być fragmentem większej całości, jakby brakowało zakończenia. :) Czy to na pewno jest całe opowiadanie? 

 

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Dzień dobry i witam! Dziękuję za wizytę. 

 

Ambush

Tak, zagmatwane te dwa zdania, podobnie zresztą, jak cała dalsza część :-)

Co do flisaków, to się nie zgodzę. Lepiej na leniwej, niż zbyt wartkiej… Głębokość też znaczenia tu nie ma, byle by zbytnich płycizn nie było. Ale… Tam słowa o głębokości Wietrznej nie znalazłem ;-)

“Smutne koledzy” No gadał tak, żeby czytelnikom uszy więdły :-)

Biesiadnicy obserwowali ją rozdziawiając gęby. Skomplikowałem, co?

Nieco mnie stylizacja męczy, ale wrócę.

Jeśli męczy, to nie zachęcam. Oni do samego końca toczą rozmowy w ten sposób. A ma być miło, nie męcząco. 

bruce

Już samą Przedmową „nastraszasz”

No cóż, bohaterowie o tym rozmawiają. Więc pewnie i twierdzą, że jakieś konkretne miejsce “bab” jest. 

Wracamy do dawnych czasów?

Te czasy nie minęły, ale przynajmniej w naszym kręgu kulturowym sprawa równouprawnienia ma się całkiem dobrze, jak mniemam.

I kolejne błędy rzeczowe.

Oj, to litrówka :(

przecinek przy Wołaczu?

Nie rozumiem…

Ładna stylizacja języka dodaje klimatu. :)

A dziękuję! Starałem się. Nie wszystkim to leży…

Całość wydaje się być fragmentem większej całości, jakby brakowało zakończenia. :) Czy to na pewno jest całe opowiadanie? 

Uznałem, że w tym zakresie twór jest względnie kompletny. Nie jestem dobry w opowiadania, niestety. Ani w pisanie generalnie:-) Wrzeszcza i Wrzaska, to już nie skomentuję (dzięki! Wstyd jak diabli). Nie ma tu zbytnio fabuły, ponad charaktery, które miały być osią. To mała kontynuacja serii Ciekawskiego Świata Duszka, którym podzieliłem się w 11 częściach kilka miesięcy temu. Jest tu tyle fantasy, ile: Alfida Jahn umarła jakiś czas temu temu… 

 

Dziękuję, miłe panie, za odwiedziny!

 

 

Szanowny Autorze,

 

Te czasy nie minęły, ale przynajmniej w naszym kręgu kulturowym sprawa równouprawnienia ma się całkiem dobrze, jak mniemam.

Mam nadzieję, że czasy z podziałem (jakimkolwiek) na “my i oni” minęły. :) My, “baby”, i Wy, Panowie, mamy te same miejsca. :) 

 

I kolejne błędy rzeczowe.

Oj, to litrówka :(

Niestety, ale literówki w nazwach własnych powodują błędy rzeczowe, uznawane zazwyczaj za gorsze od ortograficznych. Dlatego z wprowadzaniem nazw własnych trzeba bardzo uważać i pilnować ich każdorazowego prawidłowego zapisu. 

 

 

przecinek przy Wołaczu?

Nie rozumiem…

Podaję przykładowy link wyjaśniający z netu:

https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/wolacz-a-przecinek;9258.html

 

Cytuję:

“wołacze należy oddzielać przecinkami od reszty zdania”. 

 

Twój przykład:

“Czy może mi powiesz panienko, że to również bujda?”

I ja napisałam: “przecinek przy Wołaczu?”.

Wołacz to jeden z przypadków, ten ostatni. Tu, w tym przykładowym zdaniu, jest nim słowo: “panienko”. Jak podaje zasada z podlinkowanego poradnika językowego, Wołacz wymaga oddzielenia go przecinkami od reszty zdania. W Twoim zdaniu słowo “panienka” nie jest tak oddzielone. :)

 

To mała kontynuacja serii Ciekawskiego Świata Duszka, którym podzieliłem się w 11 częściach kilka miesięcy temu.

 

To się właśnie czuje, że to raczej fragment. :)

 

Jest tu tyle fantasy, ile: Alfida Jahn umarła jakiś czas temu temu… 

Otóż to. :)

 

Pozdrawiam i także dzięki. :) 

Pecunia non olet

W Twoim zdaniu słowo “panienka” nie jest tak oddzielone

A, takie coś. Płaci człowiek za ignorancję. Przepraszam :/ I dziękuję!

A, takie coś. Płaci człowiek za ignorancję. Przepraszam :/ I dziękuję!

 

Jeśli mam być szczera, sama do końca nie ogarniam tych Wołaczy, zresztą co pewien czas na Portalu toczą się o nich dyskusje. ;) 

 

Także dziękuję. :) Zdrów! :)

Pecunia non olet

Początek był bardzo ciężki, to realny info dump, który odrzuca. W prakcyce nie potrzebny tak bardzo w opowieści. Opowiadanie jak na ilość treści ciągnie się długo. Sama scena i rozwiązanie dają radę. Stylizacja wydaje się na granicy, na mój gust nieco za dużo.

Tymczasowy lakoński król

Tak, większość tych informacji faktycznie niepotrzebna… Wystarczyłoby rzec, że oto zima przyszła szybciej, a w karczmie byli handlarz, szlachcic i strażnicy – jak w dobrym kawale :-).

 

Dzięki za wizytę!

Tak, większość tych informacji faktycznie niepotrzebna… Wystarczyłoby rzec, że oto zima przyszła szybciej, a w karczmie byli handlarz, szlachcic i strażnicy – jak w dobrym kawale :-).

 

Nie zapominajmy jednak o drugiej tytułowej bohaterce – Wietrznej. winklaugh

Pozdrawiam. :)

Pecunia non olet

Streszczenie przygotowałem, treści i komentarzy w roli puenty :-)

 

Szlachcic, handlarz, dwóch strażników, wraz z karczmarzem się zebrali.

Przed zimowym sniegiem wiejąc, ciała grzali w jednej sali.

Handlarz, co już nie pojedzie, Slachcic, co go długiem męczą,

Karczmarz, co na nich zarabia, Wojów dwóch, co w okno ślęczą.

Tak to sobie rozmawiali, dupska na stołkach splaszczając.

O historii, i o zbójach, niezbyt przy tym się zgadzając.

 

Na to weszła jedna dama, 

skromna, choć w zbroję ubrana.

I dalejże peroruje, 

że z nich głąby są i chuje.

Wszem wiadomo, że zniewaga

Zawsze juchy się domaga.

Nawet, gdy to białogłowa,

przed skaraniem się nie schowa.

Dwaj strażnicy niezbyt lotni,

Chyżo, babę obłapili.

Pomysł mieli przedni, psotni,

Ale pechem ją ubili.

 

Z tej historii morał płynie, płynie sobie morał taki:

Lepiej pisać zwięźle, krótko, i treściwe stawiać znaki

Bo jak pisarz się rozpisze, niepotrzebnie rozgawoży,

Rychło sedno zapomina, I chuj wie co on tam stworzył…

Każdy wie, rzecz oczywista, że milczenie stoi złotem

Lecz czasami ktoś zapomni: gadatliwość bywa błotem.

Z tej historii morał płynie, płynie sobie morał taki:

Lepiej pisać zwięźle, krótko, i treściwe stawiać znaki

Bo jak pisarz się rozpisze, niepotrzebnie rozgawoży,

Rychło sedno zapomina, I chuj wie co on tam stworzył…

Każdy wie, rzecz oczywista, że milczenie stoi złotem

Lecz czasami ktoś zapomni: gadatliwość bywa błotem.

 

surprisesurprise

Pecunia non olet

Takie tam dowcipne: “precz z grafomanią” ;-P

Ahaaa… wink

Pecunia non olet

Ot, zebrała się grupa ludzi w gospodzie, ale nie znalazłam tu nic poza ich stylizowanymi rozmowami, które przerodziły się w kłótnię i doprowadziły do rękoczynów, w wyniku których polała się krew, ale nie dowiedziałam się, niestety, jaki był finał tej historii, że o braku fantastyki nie wspomnę.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

ku ucie­sze rol­ni­ków oko­licz­nych i sa­me­go go­spo­da­rza. → Obawiam się, że w czasach tego opowiadania jeszcze nie było rolników, a tych, którzy parali się uprawą ziemi, nazywano chłopami/ włościanami/ zamożniejszych kmieciami.

 

a prze­pę­dzi­ła eko­no­ma, co w imie­niu księ­cia wy­so­kość da­ni­ny miał okre­ślić. → Ekonom, o ile mi wiadomo, nadzorował pracę chłopów w polu, a ustalaniem wysokości cła/ myta i jego pobieraniem zajmował się mytnik.

Proponuję: …a prze­pę­dzi­ła mytnika, co w imie­niu księ­cia wy­so­kość da­ni­ny miał okre­ślić.

 

zimno wzma­ga­jąc i wy­so­ką nie­wy­go­dę zsy­ła­jąc. → Nie bardzo umiem zobaczy wysoką niewygodę, chyba że będzie to wysoki na sześćdziesiąt stóp słup, na którym Szymon Słupnik spędził cztery dziesiątki lat.

Proponuję: …zimno wzma­ga­jąc i wielką/ dojmującą/ dolegliwą nie­wy­go­dę zsy­ła­jąc.

 

– A mnie in­te­res bie­rze, jak to się zda­rzy­ło? – spy­tał han­dlarz Oleg Win­kler. → Nie rozumiem. Co to znaczy, że kogoś interes bierze?

 

futra, któ­rym ob­szy­to spory koł­nierz jego żu­pa­nu. → …futra, któ­rym ob­szy­to spory koł­nierz jego żu­pa­na.

Tu znajdziesz odmianę rzeczownika żupan.

 

co też z resz­tą za pracę mi się na­le­ży… → …co też zresz­tą za pracę mi się na­le­ży

 

krzyk­nął Wrzeszcz, kła­dą na bla­sze grzej­nej gar­nu­szek z winem… → …krzyk­nął Wrzeszcz, stawiając na bla­sze grzej­nej gar­nu­szek z winem

Z położonego garnuszka wylałaby się cała zawartość.

 

Baby na koniu ście nie wi­dzie­li, a? → Raczej: Babyście na koniu nie wi­dzie­li, a?

 

po­wie­dział Oleg Win­kler, uno­sząc w górę palec. → Masło maślane – czy mógł unieść palec w dół?

 

Bie­siad­ni­cy ob­ser­wo­wa­li , jak zrzu­ca z sie­bie sze­ro­ki pas ob­cią­żo­ny sa­kwa­mi i kil­ko­ma no­ża­mi w po­chwach, roz­dzia­wia­jąc gęby. → A może: Bie­siad­ni­cy, rozdziawiwszy gęby, ob­ser­wo­wa­li jak zrzu­ca z sie­bie sze­ro­ki pas ob­cią­żo­ny sa­kwa­mi i kil­ko­ma no­ża­mi w po­chwach.

 

całą ob­sa­dę wpró­d za­sie­kł­szy. → Literówka.

 

Hans Sil­ber­mund za­tch­nął się za­cią­ga­nym grzań­cem… → Dokąd i po co Sil­ber­mund zaciągał  grzaniec?

 

które zadośćuczynią wysuniętą wobec mojej rodziny zniewagę, a także uni­ża­nie sa­me­mu ar­cy­wie­leb­ne­mu! → …które za­dość­uczy­nią wy­su­nię­tej wobec mojej ro­dzi­ny znie­wa­dze, a także uni­ża­niu sa­me­mu ar­cy­wie­leb­ne­mu!  

 

– Głup­ca ze mnie nie rób­cie, hul­ta­ju tam za szyn­kiem! → – Głup­ca ze mnie nie rób­cie, hul­ta­ju tam za szyn­kwasem!

Sprawdź znaczenie rzeczownika szynk.

 

po­wie­dział swym tu­bal­nym gło­sem Hans Sil­ber­mund. → Zbędny zaimek.

 

Tylko głu­piec y słu­chał. → Literówka.

 

mruk­nę­ła Al­fi­da z uda­wa­nym po­dzi­wem, wkła­da­jąc sobie chleb w usta. → Zbędny zaimek.

 

Sto­for­son upadł na Al­fi­dę, Al­fi­da na swój młot, wbi­ja­jąc sobie na­dziak mię­dzy żebra. Razem padli na deski… → Nie brzmi to najlepiej.

 

Kamil od­dy­chał głę­bo­ko, na­bu­zo­wa­ny przy­pły­wem ad­re­na­li­ny. → Skąd w czasach tego opowiadania wiedziano o adrenalinie?

 

za­mru­gał, zo­ba­czył juhę na na­dzia­ku… → …za­mru­gał, zo­ba­czył juchę na na­dzia­ku

 

– Co wy­ście tam na­ro­bi­li? – krzyk­nął Wrzeszcz. → Skoro krzyknął, przydałby się wykrzyknik: – Co wy­ście tam na­ro­bi­li?! – krzyk­nął Wrzeszcz.

 

– To nie praw­da! – żach­nął się Kamil Kle­mens. → – To niepraw­da! – żach­nął się Kamil Kle­mens.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ten fragment to małe przedstawienie świata. Miał na celu wprowadzić zamrażającą czas zimę. Ubolewam nad tym, że jej wpływ na tematy związane z fantasy jest zazwyczaj tak mało eksponowany (chociaż mi tu chyba też zbytnio nie wyszło).

Postać szlachcica miała pokazać, że istnieje prawo i funkcjonują metody chociażby egzekwowania długów oraz, że można je interpretować i naciągać. Prawo i konsekwencje wykroczeń obnaża też postać strażnika szczególnie po wypadku. Sposoby radzenia sobie z prawem – w tej roli bohater historii, czyli Kruczy Cień – to już tylko kwestia uległości podległych podmiotów :-) Wrzeszcz jest od tego, żeby zademonstrować pozycję społeczną w zależności od majątku… w ograniczony sposób, ale jednak. Historia o bandytach i mordujących rycerzach przekazywana z gęby do gęby miała zademonstrować mechanizm plotki, tego jak znajomość plotkującego wpływa na wiarę w samą plotkę. Jest jednocześnie przykładem przeinaczania historii do własnych celów – w tym przypadku kościoła.

Mało tu z fabuły, więcej z obrazka.

A wyszło, jak wyszło. Nad warsztatem staram się czasami pracować, ale coś opornie mi idzie. 

Dziękuję za lekturę i oczywiście poprawki!

 

Jedna rzecz tylko: Ekonom był również od wyceny majątku, a na tej podstawie określano daniny. Stąd pozostawiam…

Czołem!

Wpadłem ze względu na osobę Autora :)

 

Jestem trochę w rozkroku jeśli chodzi o ten tekst. Przede wszystkim mi się podobał. I jako rozdział w powieści, gdzie zaraz zaczyna się mocna akcja, wypadłoby świetnie.

Nie powiem, że jest to tekst przegadany, bo w mojej ocenie dobrze piszesz dialogi. Płyną ładnie, dobrze się splatają, humor w nich jest naturalny, niesztuczny.

Ale poza nadzianiem się na – nomen omen – nadziak, niewiele się tu wydarzyło. Szkoda, bo dialog był świetną podbudówką i nakręcił duszny klimat. Ale zakończenie było rozczarowujące. Stąd mam jakieś wrażenie, że mimo, iż mi się podobał, to nie powinien. No i co tu poradzić!

A pamiętałem, że Alfida nie żyje.

Więc trochę zabrakło takiego worldbuildingu i akcji. Ale ten świat wydaje się ciekawy, taki “brudny”, z krwi i kości – i wiem, że jest cała seria na ten temat i wiem, że jej jeszcze nie przeczytałem, choć chcę. No laugh

 

Dobrze prowadzisz narrację, opisy, dialogi, humor, wszystko się spina. W mojej ocenie trzeba tylko troszkę lepiej Czytelnikowi sprzedać świat, może więcej pokazać i połączyć, przemycić zgrabnie informacje (w dialogach wypada nieźle, ale niewystarczająco), zwłaszcza o postaciach.

 

Ale no, dobrze się to czyta, kliknę Bibliotekę, bo też napisałeś całkiem spory fragment stylizacją i wyszło to nieźle.

 

Pozdrawiam!

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Tośmy się spisali równolegle :)

Ten fragment to małe przedstawienie świata.

To moim zdaniem średnio wyszło – jeśli oceniamy samodzielny tekst. W powieści siadłoby bardziej, bo doszłyby następne puzzelki.

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Kurojatko, dziękuję za wyjaśnienia. :)

Zajrzałam do przeszłości i okazało się, że wcześniej publikowałeś fragmenty tej historii. Niestety, fragmentów nie czytam, więc nic dziwnego, że „Gospoda nad Wietrzną” niespecjalnie przypadła mi do gustu.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

beeeecki

 

Wpadłem ze względu na osobę Autora

Ojej, bardzo to miłe Dziękuję!

A pamiętałem, że Alfida nie żyje.

Oj, nawet nie wiesz, ile mi sprawiłeś tymi słowami radości. Tak, to kontynuacja poprzedniej serii, która była dla mnie wesołym i brudnym wejściem w fantasy. Wątki fabularne się tam pokończyły, pozostawiając otwarte kwestie Alfidy i arcywielebnego o złotym języku.

I w zasadzie, to chyba po prostu wprowadziłem wszystkich w błąd oznaczając to jako opowiadanie. Widzę, że jednak nie jest w pełni samowystarczalne fabularnie.

 

Całej dalszej części nie wkleję, bo to stanowczo za dużo jak na tutejsze standardy, niestety… Ale może wznowię ciąg fragmentów, jak tylko zaczną stanowić względnie spójną całość. 

 

Dzięki za lekturę i ciepłe słowa. Pozdrawiam!

 

regulatorzy

 

Nikt nie czyta :-) Ale i tak są tam, jako półpowieść o duchach, wiedźmach i szeptuchach, na co zwala się kościół pachnący świeżością. Sporo flaków przy okazji i troszkę piosenek.

Nowa Fantastyka