Krótka opowieść o wygórowanych ambicjach i układach z ciemnymi mocami plus szczypta czarnego humoru w duchu pisarskiej autoironii. Taka meksykańska literatura...
Krótka opowieść o wygórowanych ambicjach i układach z ciemnymi mocami plus szczypta czarnego humoru w duchu pisarskiej autoironii. Taka meksykańska literatura...
To miał być przełom. Nie pisarski, bo nic dotychczas nie opublikował, nie licząc zjadliwych postów na forach społecznościowych (choć i te przeszły bez echa). Pisarski debiut, który miał być przełomem w jego nudnym życiu starszego księgowego w firmie towarowo-przewozowej. Od tej chwili on sam nie myślał o sobie inaczej jak o Autorze. Przez wielkie A, oczywiście.
Trzy lata mozolił się nad powieścią, w zamyśle egzystencjalno-socjopoetyczną z silnym wątkiem psycho-teologicznym. Nadał jej tytuł „Literat”. Pozwólcie, że przybliżę wam jej treść. Akcja dzieje się w ostatnim roku komuny, 1988. Główny bohater, Bolesław Giermek – tak, tak, nazwisko nieprzypadkowe: miało wywołać pożądany oddźwięk z dużą dozą napędzającego sprzedaż hejtu medialnego – to wpływowy boss partyjny o zacięciu literackim. Upalne lato 1988 r. zamierza spędzić pracując nad powieścią, której dał tytuł „Czarny nazista”. Zamysł ogólnie był taki: Wolfgang Kimbele, były czarny oficer zasłużony w walkach o Tanganikę podczas pierwszej wojny światowej pała nienawiścią do Brytyjczyków i jednocześnie darzy sentymentem byłych niemieckich towarzyszy broni. Z zainteresowaniem śledzi wydarzenia II wojny światowej, licząc na powrót Niemców. Kiedy zaczyna im źle iść, postanawia osobiście wspomóc III Rzeszę. Przybywa do Stambułu, gdzie zgłasza się do konsulatu niemieckiego. Trafia akurat na przygnębienie wywołane klęską pod Stalingradem. Powołując się na swoje wpływy wśród rodaków w Tanganice, oferuje się wywołać powstanie, które uratuje Deutsches Afrikakorps przed niechybnie już grożącą mu klęską. Przy okazji przedstawia podrobione listy od Erwina Rommla i Seppa Dietricha, ówczesnego dowódcy 1. Dywizji Grenadierów Pancernych SS „Leibstandarte SS Adolf Hitler”, w których korespondując ze sobą postulują wywołanie powstania w Afryce na tyłach Brytyjczyków. Wobec dramatycznej sytuacji w Afryce i świeżej klęski na froncie wschodnim niemiecki konsulat w Stambule decyduje się zaryzykować i podjąć grę. Kimbele jest przerzucony przez Bułgarię i Rumunię do okupowanej Polski, gdzie robi dobre wrażenie na generalnym gubernatorze Hansie Franku. Ten przekazuje go w ręce Abwehry i po dalszych perturbacjach, mimo oporu twardogłowych Rosenberga i Himmlera, zostaje pozytywnie zweryfikowany jako „czarny aryjczyk” (świadectwo wydaje mu sam Josef Mengele), przyjęty do NSDAP, a następnie do Waffen SS. Niestety, zanim wszystkie procedury dobiegły końca, Niemcy w Afryce poddali się i misja Kimbele okazała się nieaktualna. Nie porzuca wszak swej nazistowskiej kariery i służy dalej III Rzeszy jako gorliwy tępiciel białych podludzi (do których żywi czarną kolonialną nienawiść). Jak się dalej okazuje, kierują nim w istocie pozytywne pobudki – jako że każdy Murzyn musi być dobry – i zamierza po prostu z pomocą Niemców zniszczyć brytyjsko-francuski kolonializm. A że postawił na złego konia, sprzymierzył się z diabłem itd., tedy staje wobec osobistego dramatu egzystencjalnego: czy godzi się zabijać białych, także niewinnych – choć z drugiej strony coś mu mówi, że takich nie ma – w imię lepszego jutra czarnej Afryki?
Autor, konstruując swą powieść szkatułkową na wzór Rękopisu znalezionego w Saragossie Jana Potockiego, już nawet przewidywał jej ekranizację i widział oczami wyobraźni Laurence`a Fisburna bądź Omara Sy w roli Wolfganga Kimbele. Wróćmy jednak do pierwotnego motywu. Otóż rzeczony Bolesław Giermek, przybywszy do domu pracy twórczej historyków sztuki w niedzickim zamku Dunajec, rozpoczyna pracę nad powieścią „Czarny nazista”. Niestety, nie wszystko idzie po jego myśli – a nawet nic nie idzie po jego myśli. Kolejne butelki przednich trunków, jakie wypija korzystając ze swej uprzywilejowanej pozycji, nie pomagają posuwać fabuły naprzód. Pomysł kwaśnieje, dialogi się sypią, a opisy – co sam czuje – są płytkie i mętne jak wysychająca kałuża. Tymczasem dobiega końca przyznany urlop i trzeba będzie wracać na jesienne plenum KC. Któregoś wieczora, gdy po kilku głębszych wybrał się na spacer dla pobudzenia weny twórczej, zawędrował do ruin zamku w Czorsztynie. Tu przy pełni księżyca usiadł zmęczony na ułamku skalnym i w rozpaczy zakrzyknął, że oddałby duszę diabłu za „Czarnego nazistę”. Po czym opróżnił jeszcze dwa piwa i wrócił do swego pokoju w Dunajcu. Zapadł w niespokojny sen. Zobaczył w nim złego ducha, który przybrał postać śliniącego się psa Pawłowa, trzymanego na smyczy przez Anioła Stróża. Giermek jako zaprzysięgły ateista nie wierzył w takie opowieści, które kojarzyły mu się z jego babką, lubiącą straszyć dzieci czartem. Niemniej we śnie wiedział, że pies to bies w swej istocie.
– Paszoł won, sabaka! – zakrzyknął doń. Pies jednak tylko zawarczał, a potem zaczął gadać ludzkim głosem:
– A wszak to samiście mnie panocku wzywali po północku, cobym wam w tyj ksiąsce pomógł! Juz nie pomnicie?
– Nie chcę z tobą gadać! Nie ma cię! Nie ma, mówię!
– A dyć godata, cyz ni?
– Godom, to jest mówię, ale to nie jest naprawdę, bo ciebie nie ma, a ja śnię.
– Cy mnie ni ma, sami się psekonacie. Jutro w samo południe siądźta do ksiąski i jeśli wom dobze pisanie pódzie, to znacy, zem jest naprawdę. Jeśli zaś znowu męcyć się będzieta bez skutku, jako teraz cynita, tedy wiedzcie, zeście mnie nie widzieli i ino zły sen mieliśta.
– Nie słuchaj go, bracie – rzecze mu Anioł, trzymający psa. – Rad by on twoją duszę do piekła porwał, ale póki co trzymam go mocno. Jeśli mu wszak posłuch dasz, marny twój los.
Na tym sen się skończył, a Giermek obudził się późno, skacowany i zniechęcony. Posilił się w zamkowej restauracji (którą nazywał bufetem), a przypomniawszy sobie o śnie, gdy w samo południe w kościele niedzickim wzywano na Anioł Pański, on za radą psa usiadł przy maszynie do pisania. I cóż powiecie? Szło mu przepięknie, bosko wręcz. Pisał jak szalony aż do późnego wieczora, zapominając o obiedzie i ledwie co zdążając na kolację.
Gdy tę zjadł, przypomniał sobie, o czym pies gadał w nocy. Zaczął się zatem zastanawiać, czy przypadkiem nie z diabłem rozmawiał, a wykonawszy jego polecenie nie zawarł z nim jakiejś umowy? Zaraz wszak machnął ręką – przecież to nonsens! Żadnego diabła nie ma. On po prostu nareszcie przełamał niemoc twórczą.
Następnego dnia usiadł do pisania skoro świt i ledwie półtorej strony z siebie wydobył, a i to byle czego, prawdę mówiąc. Zrobił sobie przerwę na małe piwo i równo w południe wrócił do pracy. I znów szło mu jak z płatka. „Ciekawe” – pomyślał. „Czyżbym znalazł odpowiednią dla siebie porę pracy? Nie może być inaczej!”
Nazajutrz tedy spędził miły poranek na przechadzce i pogawędkach, zdobył się nawet na niewinny flirt z panią Hanią z zamkowego bufetu i punkt o dwunastej zasiadł przed maszyną do pisania. Nie muszę wam opowiadać: pisał jak szalony, zgoła samego siebie przeszedł.
Tak zeszły mu ostatnie dnie pobytu i wrócił do Warszawy z nieukończonym co prawda, ale całkiem pokaźnym maszynopisem. I zaobserwował, że na kilka minut przed dwunastą czuje dziwny przypływ mocy twórczej, zniewalającej go wręcz do pisania. Szczególnie mocno odczuwał to w każdą niedzielę. Wtedy też najbardziej intensywnie i owocnie pracował.
Jesienią „Czarny nazista” był ukończony. Giermek nie bez obaw zaniósł maszynopis na Mysią, gdzie co prawda nie spodziewał się dużych kłopotów od cenzury – nie z jego pozycją – ale zawszeć niepokój był. Niepotrzebnie. Przyjęcie entuzjastyczne. Przyszło mu nawet do głowy, czy by się i na Miodową nie przejść i nie uzyskać „Nihil obstat”, ale szybko odrzucił tę żartobliwą myśl. Trzeba drukować!
Po „Czarnym naziście”, który okazał się bestsellerem schyłkowej komuny, nadszedł czas zmian. Giermek zawczasu zmienił barwy klubowe i przeszedł płynnie z PZPR do „Solidarności”, drapując się w szaty Wallenroda i uchodząc za dobrego pisarza, który otwiera oczy niedowiarkom i przeciera nowe szlaki. Jeszcze w roku 1989 napisał i jesienią wydał nową powieść. Po roku była kolejna – przyszły też pierwsze przekłady na języki obce.
Zawsze też trzymał się zasady, by zaczynać pracę w południe i nigdy nie chybiał żadnej niedzieli, która przynosiła mu szczególnie dobre pomysły.
Tymczasem coś niedobrego zaczęło się dziać w jego rodzinie. Syn, obiecujący piłkarz, doznał ciężkiej kontuzji w meczu juniorów i musiał pożegnać się z karierą sportową. Rychło popadł w alkoholizm.
Córka – ukochana córeczka tatusia – wciągnęła się w nurt rodzącej się muzyki alternatywnej, przechodząc od punku do metalu. Zmieniła image, zaczęła się wulgarnie ubierać i takoż odzywać.
Giermek jednak nie reagował. Pisał. A im więcej pisał, tym większej degrengolady doświadczała jego rodzina. Nastoletnie dzieci wreszcie aresztowano, oboje za posiadanie i rozpowszechnianie narkotyków. Giermek uwolnił je, używając swoich znajomości i natychmiast przystąpił do pracy nad powieścią o narkomanii wśród młodzieży. Pochłonęła go tak bardzo, że nie zauważył, jak jego żona nawiązała romans z dawnym kolegą z ogólniaka. Dopiero, gdy oświadczyła mu, iż wyprowadza się i zabiera dzieci, Giermek zorientował się w sytuacji. Pienił się i szalał czas jakiś, wyzywając żonę od zdzir i szmat, aż doszedł do wniosku, że tylko przeszkadzałaby mu w dalszej karierze. Pozwolił zatem na rozwód, a sam napisał powieść o genialnym muzyku, zdradzanym i wreszcie porzucanym przez niewierną żonę. Książce dał tytuł „Jaśko kompozytor” i – tak jak przewidywał – spotkała się ona z entuzjastycznym przyjęciem tak krytyków, jak i publiczności. Wszyscy łatwo odczytali ukryte w książce przesłanie i gremialnie potępili jego małostkową żonę, która ośmielała się odrywać płodnego pisarza od pracy, tak potrzebnej społeczeństwu.
Wreszcie jednak i na Giermka przyszła kryska. Pewnej nocy sierpniowej przyśnił mu się znów Anioł Stróż, który na cienkim sznurku trzymał nie psa nawet, ale olbrzymią czarną bestię, kłapiącą pyskiem i szczerzącą w okrutnym uśmiechu potworne zębiska. Anioł rzekł do Giermka:
– Ostrzegałem cię i nie usłuchałeś. Twój czas się kończy. Ktoś jednak modli się za ciebie i dostaniesz ostatnią szansę. Nie zmarnuj jej!
Giermek obudził się cały spocony, ale łyknąwszy dobrego piwa, wnet zapomniał o śnie. W południe zasiadł do pracy. Miał w głowie nowy pomysł o przodowniku pracy, który fedrując na przodku odkrywa przejście do innego wymiaru czasoprzestrzennego, w którym komuna bynajmniej nie upadła. Niestety, tym razem – mimo iż spędził przy komputerze kilka godzin – niewiele zdołał napisać.
– Nic to! – rzekł sobie i następnego dnia ponowił próbę. Z podobnie mizernym rezultatem. Odczekał więc do niedzieli, która nigdy go dotąd nie zawiodła. Podobnie – nic.
Zaczął się już poważnie niepokoić i wtedy przypomniał sobie sen.
„Czyżby mój talent się wyczerpał?” – myślał. „A może pakt z diabłem stracił swą moc? Ale zaraz, co ja wygaduję! Wszak żadnego diabła nie ma!”
Nie bacząc bowiem na zmiany ustrojowe, w tej jednej kwestii Giermek został sobą – twardym ateistą.
Niestety, niemocy twórczej nie był w stanie pokonać. Wydał co prawda „Przodownika pracy”, ale było to dzieło tak mierne i nieudane, że spotkało się z powszechną dezaprobatą. Krytycy i czytelnicy byli jednomyślnie zawiedzeni. Żądali nowej książki w nadziei, że Giermek wróci do dawnej formy.
Nie wrócił. Napisał z mozołem nową powieść i ubłagał wydawcę, hojnie dokładając do edycji. Tak światło dzienne ujrzał „Gniewny pomruk” – rzecz o niemowie, który pokonuje własną słabość i zdobywa sławę jako frontman folk-metalowej kapeli, wymruczający i wycharczający pozbawione słów piosenki, chwytające za serce zbuntowaną młodzież z byłych robotniczych dzielnic Łodzi. Książka okazała się całkowitą klapą, przynoszącą finansowe i prestiżowe straty.
Do Giermka zaczęło docierać, że jego kariera pisarska jest skończona. Rodzinę – z którą na próżno usiłował się skontaktować – także stracił. Nie pomogły wyjazd do Niedzicy i conocne wycieczki do zamku w Czorsztynie, gdzie już całkiem jawnie wzywał wszystkie mroczne potęgi podziemia, byle tylko móc odzyskać wenę. Zrezygnowany i zmęczony życiem wrócił do Warszawy.
Tu pewnego dnia, popiwszy tęgo, wyszedł na Plac Zamkowy i wałęsając się bez sensu dotarł nad trasę W-Z. Niewiele myśląc, rzucił się w dół.
Nie zabił się bynajmniej. Połamał się tylko. Spadając spowodował wszak wypadek, w którym zginęły dwie osoby. Jak się okazało, był to Giermkowy syn i jego dziewczyna.
Była żona nie wybaczyła mu tego i wytoczyła sprawę, po której Giermek trafił do więzienia za nieumyślne spowodowanie zabójstwa. Tu spotkał kapelana więziennego, Zdzisława Ćmagę. Był to były zapaśnik, który doznawszy nawrócenia wstąpił do seminarium duchownego i przyjął święcenia. A ponieważ lubił wyzwania, zgłosił się sam na kapelana więziennego. Ówże wysłuchał opowieści Giermka, tolerującego obecność księdza tylko dlatego, że był jedynym, który interesował się twórczością literacką więźnia. Gdy Giermek zdobył się na odwagę i opowiedział Ćmadze dziwne koleje swego życia, ten zamyślił się głęboko i obiecał przyjść nazajutrz. Przyszedł trzy dni później, zręcznie podsycając ciekawość i niecierpliwość Giermka. Po czym sam zaczął opowiadać mu różne przypadki, budzące niepokój i grozę, bo świadczyły o obecności sił nadprzyrodzonych. Giermek odrzucał zrazu to jako bajki, ale Ćmaga podsunął mu myśl, że mógłby z tych opowieści zaczerpnąć pomysł na nową książkę. To zaintrygowało Giermka. Ćmaga widząc, że ryba chwyciła przynętę, zasłonił się znów pilnymi obowiązkami i na czas swej nieobecności pożyczył więźniowi jedną z książek Amortha. Giermek wziął ją bez przekonania, traktując jako tanią średniowieczną propagandę. Więzienna nuda zrobiła wszak swoje i wreszcie książkę przeczytał. Poprosił potem Ćmagę o następną. I tak zwolna dał się przekonać nie tylko o prawdziwym istnieniu złego ducha, ale i o faktycznym pakcie, jaki z nim zawarł w czasie wakacji 1988 r.
Zdecydował się zatem na nawrócenie i spowiedź generalną jako początek swej nowej drogi. Umówił się z księdzem na najbliższy piątek. Tymczasem w czwartek przeniesiono go niespodziewanie do innego zakładu karnego. Tamże, gdy niespokojnie czekał na kontakt z Ćmagą, odwiedził go dobrze ubrany gość z Ameryki, podając się za literackiego łowcę talentów. Oświadczył zdumionemu Giermkowi, że „Gniewny pomruk” został przełożony na język angielski i spotkał się z niesamowitym odbiorem za oceanem. On zaś deklarował, że ma możliwość wydobycia Giermka z więzienia, gdyż i sam ambasador USA jest żywotnie zainteresowany w poznaniu autora książki, która podbiła serce jego syna. W końcu oznajmił, że przyjdzie nazajutrz – a miała to być niedziela – w samo południe i przekaże Giermkowi do podpisania umowę wydawniczą, która dla strony amerykańskiej stanie się podstawą do wszczęcia starań o uwolnienie pisarza.
W tym samym czasie Ćmaga na próżno usiłował dowiedzieć się, dokąd wywieziono Giermka. Przeczuwał, że jego podopiecznemu grozi wielkie niebezpieczeństwo.
Na tym nasz Autor zakończył książkę licząc, że suspens zachęci tak wydawcę, jak i czytelników i zagwarantuje mu dłuższą karierę pisarską. Gotową powieść zaniósł po kolei do kilku oficyn wydawniczych, ale nikt, ani Rebus, ani Święto Książki, ani nawet Wydawnictwo Alka nie okazały nią zainteresowania. W desperacji wydał ją własnym sumptem w niszowej oficynie Sarenka, dla której „Literat” okazał się gwoździem do trumny. Sarenka wydawszy powieść w nakładzie trzystu egzemplarzy, w miękkich okładkach i bez porządnej korekty językowej, zakończyła swoją działalność.
Oczywiście, nikt nie zauważył pojawienia się na rynku księgarskim nowej powieści – tym bardziej, że i nazwisko Autora nic nikomu nie mówiło, a i sama książka pozbawiona była jakiejkolwiek promocji. Autor postanowił zatem pomóc fortunie i pod pseudonimem napisał pochlebną opinię o książce do „Powszechnej Krytyki Literackiej”. Odmówiono druku recenzji, zasłaniając się nikłym znaczeniem przedmiotu rozważań. Niemniej, Autor zdołał opublikować recenzję na łamach „Literata Polskiego i Obcego”. Ponieważ nie wpłynęła ona w żaden sposób na sprzedaż książki, umyślił wywołać burzę medialną wokół niej i pod innym pseudonimem umieścił recenzję we „Współczesnej Prozie i Poezji”, polemiczną wobec pierwszej. Miażdżył wręcz w niej własną książkę utrzymując, że osiągnęła ona bezsprzecznie rekord absurdu, z którym każdy powinien rzecz jasna się zaznajomić, aby doznać rozkosznego katharsis.
Skoro i ta recenzja nic nie dała, nagrał filmik z samym sobą i zamieścił go na youtubie. Zachwalał tam książkę i masakrował obu nikomu bliżej nieznanych recenzentów. Pierwszego ganił za to, że nie dostrzegł całego potencjału książki, drugiego – że ważył się ją krytykować, nie zgłębiwszy jej ukrytego przesłania. Doczekał się w odpowiedzi jedenastu wejść, ani jednego lajka i groźnych mejli od redakcji „Literata Polskiego i Obcego” oraz „Współczesnej Prozy i Poezji” za publiczne znieważanie ich recenzentów. Zarazem obie redakcje zwróciły się doń na jego adresy recenzenckie, prosząc o ustosunkowanie się do wypowiedzi Autora i pytając, czy życzy sobie pozwać go do sądu.
Autor przestraszył się nieco i znów podszywając się pod wymyślonych przez siebie recenzentów odpisał obu redakcjom, że nie żywi do Autora urazy, sądu nie chce, ale pragnie, by nagłośnić dyskusję wokół książki. Redakcje, otrzymawszy takie oświadczenia recenzentów, uznały zgodnie – i niezależnie – że nie ma co dłużej zawracać sobie głowy sprawą.
Autor nagrał nowy filmik na youtubie, ale ten został usunięty za naruszanie obyczajności. I tak to słuch o „Literacie” zaginął, Autor zaś, powróciwszy do swej pracy księgowego, pożegnał się w myślach z karierą pisarską.
I wtedy zadzwonił doń łowca talentów z Ameryki…
Witaj. :)
W tekście z pewnością trzeba poprawić interpunkcję, np.:
Zamysł ogólnie był taki: Wolfgang Kimbele, były czarny oficer zasłużony w walkach o Tanganikę podczas pierwszej wojny światowej pała nienawiścią do Brytyjczyków i jednocześnie darzy sentymentem byłych niemieckich towarzyszy broni. (…)
– A wszak to samiście mnie panocku wzywali po północku, cobym wam w tyj ksiąsce pomógł! (…)
Co do słowa „murzyn”, ja bym je zapisała wielką literą:
Jak się dalej okazuje, kierują nim w istocie pozytywne pobudki – jako że każdy murzyn musi być dobry – i zamierza po prostu z pomocą Niemców zniszczyć brytyjsko-francuski kolonializm.
Nastoletnie dzieci wreszcie aresztowano, oboje za posiadanie i rozpowszechnianie narkotyków. Giermek uwolnił ich, używając swoich znajomości i natychmiast przystąpił do pracy nad powieścią o narkomanii wśród młodzieży. – tu mam wątpliwość, czy nie powinno być „je”, bo mowa o dzieciach (?)
Strasznie dużo się dzieje, przeplatasz każde zdanie tak ogromną ilością ważnych informacji: osób, spotkań, tytułów, postaci autentycznych, odniesień do historii, polityki, kultury oraz socjologii, zwrotów akcji, wzlotów i upadków bohatera tytułowego oraz jego bohaterów, że niezwykle trudno ogarnąć to wszystko oraz poukładać sobie logicznie cały splot zdarzeń. ;) Miejscami miałam wrażenie, że czytam streszczenie lub plan ramowy obszernej powieści. :)
Pomysł na fantastykę pojawia się i znika, niby jest, ale – w moim odczuciu – został dodany tylko po to, by urozmaicić pomysł na parodię typowego życia wielu „zawróconych” partyjniaków. :)
Pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Witaj Bruce!
Jak zwykle dziękuję za przeczytanie tekstu i fachowe uwagi. Kilka poprawek (ściślej biorąc, dwie – Stefan by rzekł “dwie poprawce”) już wprowadziłem, ale że dzisiaj niedziela, więc nie chcąc brać przykładu z tytułowego Autora, zostawię resztę do dnia roboczego:)
Pozdrawiam serdecznie!
I ja dziękuję, pozdrawiam. :)
Pecunia non olet
Moje uszanowanie! Przeczytane.
Niestety muszę zgodzić się z Bruce, która poniekąd wyręczyła w postawieniu największego zarzutu. Strasznie dużo się dzieje, potok esencjonalnych informacji pod dużym ciśnieniem, i szczerze to nie jestem do końca pewien, co właśnie przeczytałem. Choć przyznam zachwycił mnie ten plot twist na końcu. Dwie warstwy fabularne nie do końca się uzupełniają, a już na pewno nie współpracują. I mam tu na myśli samą akcję – o naszym księgowym mamy bardzo mało, a to on jest, jak mniemam, głównym bohaterem. Bo pod względem czysto merytorycznym rozumiem przekaz, jednak nie wybrzmiewa on niestety prawie w ogóle. Dobrze, gdyby w tekście pojawiły się jeszcze jakieś zabiegi, np. przemyślenia księgowego/aluzje/parabole łączące pisarza z wykreowanym przez niego światem, który staje się światem groźnie realnym.
Pochwalić muszę natomiast lekkość pióra, płynność języka, bogate słownictwo, i (na moje oko) brak błędów. Stawiam zawsze bardziej na treść, niźli na formę, toteż ode mnie lecą mocne cztery gwiazdki.
Pozdrawiam serdecznie!
Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!