- Opowiadanie: HollyHell91 - Wyzwanie #46 Pokazuj, nie gadaj

Wyzwanie #46 Pokazuj, nie gadaj

Zapraszam na kolejne wyzwanie! Kończymy 10. maja :)

Oceny

Wyzwanie #46 Pokazuj, nie gadaj

Wygenerowany obraz

 

Za sprawą przeterminowanego soku z gumijagód trafiasz do obcej ci krainy. Długo maszerujesz, gdy w końcu spotykasz tubylca. Jesteś wykończony i potrzebujesz jego pomocy. Niestety, nie jesteście w stanie się porozumieć, mówicie różnymi językami. Jedynym wyjściem jest pokazanie i zwrócenie jego uwagi na tragiczny stan, w którym jesteś, tak, by zrozumiał, czego ci potrzeba i by mógł ci pomóc.

Koniec

Komentarze

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Teraz to się zastanawiam, czy opisywanie mojego pokazywania jest dopuszczalne w formie słownej, czy mam nagrać film…

Ale skoro uderzyłaś w uniwersum Gumisiów, to może coś w ten deseń wypadałoby pociągnąć ;)

 

I’ll be back. Probably…

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Przyznaję, że dosłownie na dniach dołączyłam do projektu “Tygodniowe wyzwania” i nie mam jeszcze wprawy w wymyślaniu ciekawych i przystępnych wyzwań. Ale skoro już takowe wymyśliłam, to czuję obowiązek przytoczenia własnego przykładu.

 


 

Nie wiem, jak się tu znalazłem. Mam wrażenie, że dzika dżungla nie ma końca. Przedzieram się przez nią od kilku dni, choć pewności nie mam, bo wylądowałem tutaj bez osobistych rzeczy, w tym komórki. Przeklęty sok z gumijagód! Zachciało mi się eksperymentów…

Jestem zmęczony odchylaniem zarośli, ciasno rosnących obok siebie. Paprocie, bananowce i bambusy stoją zwarte, strzegąc zielonej świątyni, przez którą mam czelność kroczyć.

Rany na nogach, zadane przez roślinnych strażników, już dawno przestały palić. Albo przyzwyczaiłem się do bólu. Najbardziej mi doskwiera ta nieznośna suchość w gardle. Ostatnią płynną rzeczą, jaką miałem w ustach, był przeklęty sok z gumijagód.

Ku mojemu zaskoczeniu i radości, gęsta zieleń ustępuje wielkiej polanie, zasłanej kępkami niskich krzewów i kwiatów. Dopiero po chwili dostrzegam jakąś postać. Ubrana w brązową tunikę zlewa się z drzewem, pod którym stoi nieruchomo.

Człowiek ten obserwuje mnie badawczo, niemal surowo. Ma o wiele ciemniejszą karnację od mojej, na głowie pióropusz, a pod szyją bogato zdobiony naszyjnik z czerwonych paciorków.

Wybucham śmiechem ulgi i wznoszę dłonie ku niebu, wyrażając wdzięczność losowi. Człowiek z pióropuszem unosi dzidę, której wcześniej nie zauważyłem.

Wyciągam do niego ręce w uspokajającym geście. Próbuję mu wytłumaczyć, że przychodzę w pokoju, chciałabym tylko coś wypić i zjeść. Tubylec nie rozumie mojego języka, a w oczach ciekawość całkowicie ustępuje surowości.

Pozostaje mi więc tylko mowa ciała. Pokazuję na język i słońce jednocześnie. Wystawiam nogi, żeby mógł zobaczyć, jakie są poranione. Imituję czynność jedzenia.

Nagle czuję, że tubylec mnie rozumie. Dostrzega moje spocone włosy i niepokój w oczach. Słyszy mój ciężki oddech, widzi rany na łydkach, z których sączy się krew lub już zdążyła skrzepnąć. Obserwuje koszulę przesiąkniętą potem, może nawet go czuje…?

Tubylec zatrzymuje wzrok na moich popękanych ustach. Wtedy powoli opuszcza dzidę. Gestem nakazuje mi podejść.

Waham się, ale nie mam innego wyjścia, więc spełniam prośbę. Gdy jestem już blisko, tubylec odwraca się i podąża wydeptaną ścieżką, otaczaną przez gęstą dżunglę.

Posłusznie idę za nim. Niczego innego nie pragnę teraz, jak uczucia wilgoci w ustach. Może tubylec poczęstuje mnie kokosem?

A jeśli chce mnie zjeść?

 


 

Przepraszam za przerażająco niską jakość fragmentu, okropnie zardzewiałam. Dobrze, że zaangażowałam się w projekt, może dzięki niemu wrócę na właściwe tory :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Jeżeli to wersja “show, don’t tell”, to poszła w niespodziewanym kierunku! :D 

To ja może jednak trochę pogadam! 

 

Zobaczyłam go pochylonego pod drzewem, z włócznią gotową do rzutu, wzrokiem utkwionym w krzaczorach. 

– Hej, słyszysz mnie? Hej, tu jestem! Pomocy! Zgubiłam się! No, co tak patrzysz? Masz coś do picia? Co tak machasz rękoma? Widzisz suchą trawę? O, taką! No, to tu w ustach mam tak sucho! A w brzuchu pusto! Zobacz, jaki wklęsły! Co ty tak machasz? Pić mi się chce! Sucho, jak to próchno suche, tu mam, w buzi! Pić! Gul, gul, gul, z butelki, bym się napiła! Co ty krzyczysz? Na mnie krzyczysz? Gdzie mnie ciągniesz? Zostaw moją rękę! Porąbany jakiś! Że co? Że w tych krzakach coś jest? Ej, coś tam się rusza, faktycznie. Żebym tylko cię rozumiała! No, co z tymi krzakami, bo pić mi się chce… Rany, to lew! Prawdziwy lew! Gdzie uciekasz, poczekaj! Aaaa…

Nie wszystko zrozumiałem i pewnie nieco się rozminę z tematem, ale skoro już paskudny pomysł zaświtał mi w głowie, pomyślałem sobie: napiszę!

 

Jagodówka

 

Coś było nie tak. Poszło źle, może skręciło w błędnym kierunku, a teraz próbując się wydostać, wiło się i plątało razem z trzewiami? Przysięgam, kiszki chciały mi eksplodować.  

Ale otworzyłem oczy, i flaki przestały być problemem.

Wszystko było nie tak. Niby podobnie, ale inaczej. Pamiętam ławeczkę, zieloną trawkę mrugającą milionem wesołych kropelek, skąpane w słońcu gumidrzewko, uśmiechnięte pyszczki i tę wielkouchą, zachrypnięta miśkę z chochlą, na widok której ślina wzbierała w ustach.

Wszystko to minęło. Było ciemno i zimno. Buty zniknęły, pazurki lepiły się umazane dziwaczną masą, futerko było poplamione. Oparłem się o ścianę tuż przy czarnym zacieku, próbując wyczesać zlepiony dziwactwem kudełek z boczku, ale tylko pogorszyłem sprawę. Maź rozprzestrzeniła się na boki jak zaraza, plącząc coraz więcej sierści. To było niedopuszczalne.

Ale najgorsze działo się wokół mnie. Rzucało całym światem, jakby ktoś wetknął go w butelkę i rzucił na spienione morskie fale. Nie mogąc dojść do ładu ze sobą, postanowiłem wyjść z tej pułapki obłędu, karuzeli nieszczęścia, w którą ktoś mnie pchnął. Nogi odmawiały posłuszeństwa, zmieniając się w gumowe węże – bezsilne, za to obdarzone własną wolą. I to sprzeczną z moimi potrzebami. Pomagałem sobie łapkami, wlokąc się i potykając resztkami sił, targany bólem.

Zastanawiałem się, gdzie mnie wywiało? W którą stronę zbłądziłem i kiedy to się stało. Oraz jak wrócić? Aż naszły mnie myśli przerażające, że oto mogę już na zawsze utknąć w tym rozedrganym, pozbawionym ostrości świecie. Ta myśl omal nie doprowadziła mnie do rozpaczy. Byłem bliski utraty wszelkiej nadziei. Poddałbym się w swych staraniach rozpaczliwych, gdy nagle dostrzegłem istotę. Była wyraźnie widoczna, nie zamglona, jak wszystko wokoło. Podpełzłem, bo na tyle było stać moje obolałe członki, otworzyłem usta.

– Bleuer – wypadło z mojego pyszczka. Przeraziłem się nie na żarty, bo oto język mój w kołek się zamienił, sparaliżowany i bezużyteczny.

– Kum, ku… – odparł nieznajomy.

Cokolwiek mogło to oznaczać. Nie wiedziałem. Uniosłem łapkę, by wskazać źródło trapiącego mnie bólu, ale łapka wycelowała przed siebie, jakby samodzielnie chciała świat cały wskazać.

– Kuee – odparł przybysz. Skwasił pyszczek i pogładził wąsiska. – Kyty.. Ktu!

Gdzieś na krańcach umysłu, co wydawało mi się wyjątkowo wówczas irracjonalne, powoli pojawiało się zrozumienie. Coś, jakby dawno zapomniany język tkwił we mnie, głęboko uśpiony. Przekazywany w genach przez pokolenia. Jakbym miał go we krwi od zawsze i tylko nie byłem tego świadom. 

– Uch… – zdołałem jęknąć, miast spytać, gdzie jestem.

– Ktu, kuee – mlasnął nieznajomy.

Pokazałem łapką za siebie, by wskazać miejsce, z którego przywlokłem swoje futerko z brzuszkiem nabrzmiałym. Potem zamachałem łapką.

Jak spytać o drogę?

– Ktu… – mlasnął obcy. Zamrugał oczkami i podrapał się po pleckach. Świat nie przestawał wirować i nawet nieznajomemu nóżki ugięły się nieznacznie, pod naporem tej niszczycielskiej siły, miotającej wszystkim wokoło.

Ale czy on odczytał moje myśli? Czy to w ogóle możliwe, żeby miś misa nieznajomego w lot pojął, wszelkie intencje przenikając? Czyżby mnie rozumiał? – zdumiałem się i uradowałem niezmiernie. Potaknąłem energicznie.

– Któr, ur, ur…

Zabełkotał, ledwie rozumiałem. Ale na jego twarzy pojawił się wyraz skupienia. Myśli kotłowały się w jego główce, kudły nastroszyły się między oklapłymi uszkami. W końcu spojrzał na mnie znacząco, a była w tym wzroku świadomość absolutna. Jakbym patrzył na mądrość wcieloną.

Obcy miś nadął się i wypowiedział:

– Którędy do wyjścia?

Niedziela rano, środek wsi jest pusty. No, głowa troszkę boli po wczorajszym, ale idę, bo co mam w chałupie robić? Z babą koty drzeć?

Za pocztą kiosk, za kioskiem spożywczak, wszyćko zamknięte. Idę dalej, mijam łąki, a wiatr hula, że mało łba nie urwie. I na łąkach pusto, gospodarz nie wypuścił ni koni, ni krów. Idę szutrem do lasu. Szumi jakby miał się wściec. Ale idę dalej, bo co mam robić? Z babą na Wspaniałe Stulecie paczeć?

No i on właśnie tam był, w lesie, na kamieniu siedział. Szary jak wyschnięta ziemia, wysokości liliputa, z małym łebkiem, brzuszkiem jak balonik ze świńskiej kiszki. Oczy miał za to wielkie, wyłupiaste, ale jakieś mętne. Uszy odstające, radarowate jak młody Jacków. No, taki, powiedziałbym, normalny kosmita. 

I po coś ty, bidoku, w taką pogodę tu przyleciał? Siedzisz na zimnym, jeszcze wilka dostaniesz.

Ja tak sobie w myślach mówiłem, bo do niego to i po co? Gdzie on ludzką mowę by zrozumiał? Bym tylko na darmo szczępił… ten..

Ale jak mu pokażę rękami, to zrozumi. 

To wyciągam do niego grabę, zwyczajnie, na powitanie. A on nic. No tak, przecież u nich to może cośkolwiek innego oznaczać.

Próbuję raz jeszcze. Uśmiecham się od ucha do ucha, jak moja baba, kiedy ocygani Żyda z Borsuczej, bo uśmiech to na ludzi działa. Palnąłem się w łeb. Na ludzi, ale nie na niego, bo to kosmita.

Miarkuję, jakiś nowoczesny znak trza dać. Układam z palców i kciuków serce, wzorem młokosów. A on ani się poruszy. Co się dziwić, serce kosmity to inna inszość. Może kwadratowość, może romboidalność?

To jeszcze z innej mańki go biorę. Podnoszę ręce, jak dziadek, co się szkopowi poddawał i spuszczam raptem, tuż przed nim, oby zmiarkować, czy refleksy jakie posiada. Nic, ani drgnie. Siedzi i wlepia we mnie te gały, jakby mu się za kosmosem cniło. 

O ty! Ja się łatwo nie poddam! Macham rękami, robię przysiady, pajacyki, wywalam język, zezuję, kręcę głową jak szalony…

– Hej! – słyszę za plecami.

Odwracam się. Za mną stoi stworek kropka w kropkę jak ten. Może ździebko wyższy? Mierzy mnie od stóp do głów i mówi: 

– Panie ziemianinie, szkoda energii, Pixi jest ślepy. A na ból głowy to najlepszy jest apap.

 

Komentarz: Zdaje się, że nie do końca spełniłem założenia wyzwania, bo rzuciłem na nie tylko okiem i na szybko machnąłem tekst… Ale niech już tak zostanie. ;)

 

<Zapas tlenu: 6%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia>

 

Sok. Wszystko przez ten głupi sok. A przecież byłem najlepszym z gumisiów. Skakałem z gałęzi na gałąź, odbijałem się łapkami od pni i konarów, coraz wyżej i wyżej. W końcu docierałem nad korony drzew, pod samo niebo, nocne, rozgwieżdżone. Czemu chciałem więcej? Co mnie podkusiło, żeby skoczyć jeszcze wyżej, tam, gdzie nie był nikt inny?

Pamiętam to wyraźnie: skradałem się na paluszkach, by nikogo nie obudzić, słyszałem chrapanie, rozbrzmiewające echem o ściany naszego drzewnego domu. W końcu dotarłem do spiżarni, otworzyłem zamek, znalazłem kocioł, lecz był prawie pusty. Na dnie pływały resztki, mętne i ciemne, a jednak wypiłem do dna. Płyn miał dziwny smak – metaliczny, słony, niepodobny do niczego, co wcześniej miałem w ustach.

A potem obudziłem się tutaj, na tym ciemnym, zimnym pustkowiu. Nie ma lasu, zielonych wzgórz, rzek, tylko skały i kratery, aż po horyzont. Dlaczego mam na głowie szklaną bańkę? Czy to kara złego czarnoksiężnika?

 

<Zapas tlenu: 5%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia>

 

Nadal mogę skakać!  Wprawdzie strój, w którym zamknęły mnie czary, nieco przeszkadza, i nie widzę łapek, ale po kilku próbach opanowałem nawet salta. Gdy ląduję, podnosi się szary pył.

 

<Zapas tlenu: 4%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia>

 

Pić. Chce mi się pić. W szklanej bańce jest rurka. Na początku ciekła z niej woda, kiedy przygryzłem zębami. Teraz wyschła. Język mam jak kołek. Burczy mi w brzuchu, żołądek chyba zwinął się z głodu w supeł. Nawet nie mogę się podrapać po brzuszku przez ten dziwaczny strój.

Czy tak chce mnie załatwić czarnoksiężnik? Zaczekać, aż umrę z wycieńczenia? Czy ten głupiec nie wie, że my, gumisie, zawsze zwyciężamy? Mamy pancerz fabularny, każdy odcinek zaczynamy przecież w tym samym składzie.

Na horyzoncie widzę jakieś skały… a może to zamek Ightorna? Tak, dlaczego wcześniej na to nie wpadłem – dotrę do naszego arcywroga i jakoś zmuszę go, by uwolnił mnie od czaru. Może uratuję też resztę? A potem siądziemy w naszym przytulnym domku i będziemy się z tego śmiać?

Muszę zwolnić. Mam mroczki przed oczami. Tak, małymi kangurzymi susami też dotrę do celu.

 

 <Zapas tlenu: 3%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia>

 

Sani? Skąd się tu wzięłaś? Uciekłaś z zamku? Dlaczego tylko się uśmiechasz? Nie słyszysz mnie, prawda? Wszystko przez tę okropną bańkę. Sani, spójrz, pokażę ci… tylko jak to zrobię tymi grubymi paluchami? Mniejsza o to… Widzisz rękawicę? Tak, skup się na niej, proszę. Mój pyszczek, widzisz go? Cały suchy. Ziaję jak pies, widzisz? Czego potrzebuje zziajany piesek? Nie, nie wystawiaj swojego języczka, to nie zabawa w lusterko. Dobrze, pokażę inaczej. Widzisz? Trzymam w rękawicy butelkę, wyobraź ją sobie. Palce zagięte na szyjce. A teraz podnoszę do góry, odchylam łepek do tyłu, i przełykam…

Przepraszam, zachwiałem się. Naprawdę potrzebuję wody. Dlaczego się tak uśmiechasz? Źle pokazałem? Myślisz, że jestem pijany? Tak wypiłbym cokolwiek, wino, wódkę, nawet własne szczyny! To jeszcze raz: składam rękawice w łódeczkę, widzisz? Klękam i nabieram ze źródełka. Potem zginam łapki do siebie i spijam wodę… Chryste, jaka tak bańka jest zimna, dobrze, że język taki suchy, bo by przymarzł.

Co to “chryste”? Dlaczego tak powiedziałem? Jakieś zaklęcie? Nieważne… Sami? Czemu odwracasz łepek? Nie, nie zostawiaj mnie, proszę!

 

<Zapas tlenu: 2%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia. Uwaga! Bateria systemu ogrzewania wyczerpana>

 

Zami? Ty też uciekłeś? Przepraszam, ledwo cię widzę, to przez cholerną parę! Ty wszystko wiesz, na pewno mi pomożesz. Zobacz, nałożyli mi bańkę. Teraz w nią pukam rękawicą. Nie, nie stukaj się w głowę, nie o to chodziło. Zajrzyj do ksiąg, tam na pewno napisali, jak zdjąć zaklęcie. Księga. Spójrz na rękawice, ułożone, jakbym ją trzymał. A teraz wodzę oczami po słowach, widzisz? Czemu kręcisz łepkiem? Zabrali księgę? Kto?

Nieważne. Pić. Przez to magiczne szkło nie mogę pić ani jeść. Tu, gdzie pokazuję palcem. Pyszczek. A teraz patrz na rękawicę, dobrze, wędruje na brzuszek, pokazuje palcem do środka. Pusty! Widzisz, jak rozkładam łapki? Nic tam nie ma. Potrzebuję jeść i pić. I jakoś mi tu duszno. Widzisz, jak oddycham? Chwytam pyskiem powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg.

Cholera, znów zaparowało. Skąd ta para, jak mam gardło suche jak wiór? To jeszcze raz, patrz na rękawicę: pyszczek i brzuszek. Nic nie ma.

Rozkładasz ręce? Zami, przecież ty zawsze pomagasz! Czemu odchodzisz? Ty głupi staruchu, a idź do diabła, sam pokonam księcia! Tylko złapię oddech.

 

<Zapas tlenu: 1%. Uwaga! Przebicie skafandra, możliwa dalsza utrata ciśnienia. Uwaga! Bateria systemu ogrzewania wyczerpana>

 

Bunia? Co ty tu robisz? Buniu, jest mi zimno, straszliwie zimno. Widzisz, jak cały drżę? Trzęsę się jak osika. I kulę, obejmuję się łapkami. A teraz spójrz na mój pyszczek, tu, gdzie pokazuję rękawicą. Wiem, że przez szron ledwo widać. Pić. Jeść. Duszno. Otwieram go i zamykam, ale nic nie łapię do środka.

Dzięki, że mnie przytuliłaś. Teraz cieplej, naprawdę. Nawet za gorąco, ale nie mogę tego zdjąć. Co robisz z moją rękawicą? Dokąd ją prowadzisz, chcesz mi coś pokazać? Na szyi? Tak, czuję go, taki twardy guziczek. Drugą rękawicę też mam dać na szyję? O, znalazłem drugi. Boże, ale ty masz ciepłe łapki, i łagodne, czuję je nawet przez rękawice.

Co mam zrobić? Przekręcić? Jak w słoiku? Dlaczego wcześniej na to nie wpadłem!

To przecież takie proste.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Przyznam, że wyzwanie do najłatwiejszych nie należy, bo doszedłem do wniosku, że wypada opisać pokazywanie :)

 

W historyjce Holly są fragmenty… co najmniej zastanawiające :P Miejscami wydaje się, że bohaterka ma zdolności telepatyczne – szczególnie pierwsze zdanie z tego fragmentu:

 

Nagle czuję, że tubylec mnie rozumie. Dostrzega moje spocone włosy i niepokój w oczach. Słyszy mój ciężki oddech (…) Obserwuje koszulę przesiąkniętą potem, może nawet go czuje…?

Kiedy bohater płci męskiej gapi się na przepoconą koszulkę bohaterki, różne rzeczy mogą się wydarzyć ;)

Tubylec zatrzymuje wzrok na moich popękanych ustach (…) Posłusznie idę za nim. Niczego innego nie pragnę teraz, jak uczucia wilgoci w ustach. Może tubylec poczęstuje mnie kokosem?

Jak raz zaczęło mi się kojarzyć, to nie mogłem się pozbyć tego wrażenia aż do końca :)

Pokazywanie było w formie “spójrz na mnie” – i tę część odczytałem jako odpowiedź na wyzwanie. Gadania nie było, ale przegadanie próbowało się podstępnie wkraść w kilku miejscach :)

 

Odpowiedź JolkiK podobała mi się najbardziej jako trafiona w punkt odpowiedź na wyzwanie. Po przeczytaniu musiałem zmienić swój pomysł, ponieważ był zbyt podobny (tylko u mnie zniecierpliwiony bohater miał w końcu pożreć tubylca i wypić jego krew). Wydaje mi się, że monolog lub elementy monologu są zgrabnym rozwiązaniem.

 

Wersja Kurojatki jest za to bardzo zabawna. Wprawdzie sok chyba nie przeterminowany, tylko mocno sfermentowany i wysokoprocentowy, ale objawy działania są opisane genialnie, a przy nieporadnych próbach pytania o drogę śmiałem się od ucha do ucha, podobnie jak przy kwestiach dialogowych misia. Bardzo pomysłowe ominięcie problemu z wyzwania i świetna historia!

 

W odpowiedzi Kronosa jest dużo pokazywania i świetnie opisana próba przełamania bariery językowej. Dużo humoru, dobra pointa i pomysł na całą historię. Niech się jeszcze autorka wyzwania wypowie, ale moim zdaniem założenie spełnione w 120% – mimo, że to nie bohater jest zagubiony, ale jego “rozmówca”.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

 

JolkaK, twój fragment niezmiernie mnie ubawił :)


 

Kurojatko

Coś było nie tak. (…)

Wszystko było nie tak.

Nie podoba mi się to swoiste powtórzenie.

To było niedopuszczalne.

Dziwne wtrącenie.

 

targany bólami.

bólem

 

Bliski byłem utraty wszelkiej nadziej.

Byłem bliski utraty wszelkiej nadziei.

 

W niektórych miejscach dziwny był szyk.

I nie zrozumiałam końcówki. Czyli tubylec też się zgubił?

Ale całościowo wyszło ciekawie ;)

 


 

kronos.maximus,

 

Twój tekst również jest zabawny :)

 

Komentarz: Zdaje się, że nie do końca spełniłem założenia wyzwania, bo rzuciłem na nie tylko okiem i na szybko machnąłem tekst… Ale niech już tak zostanie. ;)

Tak, ale to moja wina. Chodziło mi o poćwiczenie show, don’t tell, jednak ostatnio mam problem ze sprecyzowaniem swoich zamierzeń…

 


marzanie,

 

Skakałem z gałęzi na gałąź, odbijałem się łapkami od pni i konarów, coraz wyżej i wyżej.

A one nie odbijały się czasem… pupą? ;p

 

Mamy pancerz fabularny, każdy odcinek zaczynamy przecież w tym samym składzie.

laugh

 

Teraz w nią pukam rękawicą. Nie, nie stukaj się w głowę, nie o to chodziło.

laughlaugh

 

Uf, dobrze, że historia się zakończyła pozytywnie i Bunia uratowała gumisia :)

 

Przyznam, że wyzwanie do najłatwiejszych nie należy, bo doszedłem do wniosku, że wypada opisać pokazywanie :)

Takiego fikołka nawet ja się nie spodziewałam :P

 

Nagle czuję, że tubylec mnie rozumie. Dostrzega moje spocone włosy i niepokój w oczach. Słyszy mój ciężki oddech (…) Obserwuje koszulę przesiąkniętą potem, może nawet go czuje…?

Kiedy bohater płci męskiej gapi się na przepoconą koszulkę bohaterki, różne rzeczy mogą się wydarzyć ;)

Bohaterki?

Przecież już na samym początku podkreślam, że podmiot liryczny jest facetem:

Nie wiem, jak się tu znalazłem.

Oj, kogoś fantazja ponosi! :P

 

Tubylec zatrzymuje wzrok na moich popękanych ustach (…) Posłusznie idę za nim. Niczego innego nie pragnę teraz, jak uczucia wilgoci w ustach. Może tubylec poczęstuje mnie kokosem?

Jak raz zaczęło mi się kojarzyć, to nie mogłem się pozbyć tego wrażenia aż do końca :)

Ale jakiego wrażenia?

Jeśli założyłeś, że podmiotem lirycznym jest kobieta (co, jak już wskazałam, nie jest prawdą), to chyba się domyślam, o jakie wrażenie chodzi ;p

 

Pokazywanie było w formie “spójrz na mnie” – i tę część odczytałem jako odpowiedź na wyzwanie. Gadania nie było, ale przegadanie próbowało się podstępnie wkraść w kilku miejscach :)

W sumie nie to miałam na myśli i źle sformułowałam wyzwanie, ale też dobrze poćwiczyć z tej strony!

 

Zgadzam się z każdą Twoją opinią przytoczonych fragmentów. W sumie warto popełniać błędy, bo naprawdę interesujące rzeczy mogą z nich wyniknąć! :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Tak, Świętopiekła… Wygląda na to, że oba futrzaki znalazły się po złej stronie altanki. Tej przeciwległej trzeźwości :-)

Przecież już na samym początku podkreślam, że podmiot liryczny jest facetem:

Nie wiem, jak się tu znalazłem.

Oj, kogoś fantazja ponosi! :P

Holly, masz absolutną rację, nie zwróciłem uwagi na końcówki osobowe – gapa ze mnie! Teraz wszystko wygląda inaczej. Chyba. Któż zna miejscowe obyczaje?

 

Uf, dobrze, że historia się zakończyła pozytywnie i Bunia uratowała gumisia :)

No… niezupełnie… bo to nie jest gumiś. W tekście są wskazówki, co naprawdę się dzieje. Ale może zostańmy przy Twojej, optymistycznej wersji wydarzeń :) Fajnie, że choć raz udało mi się stworzyć tekst, który można odczytać optymistycznie i pesymistycznie. Lub może tak go zawikłałem, że zagadka jest zbyt trudna. Miało być jeszcze jedno zdanie na końcu, które jednoznacznie określało stan tego kotka Schroedingera. Mam je dodać?

 

A wyzwanie jest bardzo fajne, i tak wszyscy rozwiązują je przez show don’t tell, a perspektywa porozumienia się z kimś obcym stymuluje do wysiłku twórczego. Dwie pieczenie na jednym ogniu, i pojawiły się naprawdę ciekawe teksty!

 

Może nie zawsze trzeba wszystko ściśle formułować w wyzwaniu, pisanie to nie nauki ścisłe :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Fajne, fajne. Przeczytałem wszystkie.

marzan urzekł mnie najbardziej, bo wszystko ze świata gumisiów się pojawiło. Ale chyba jednak odebrałem pesymistycznie zakończenie.

I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...

Nigdy więcej nie pójdę już do klubów nocnych. I żeby nie było – zmusili mnie tak zwani koledzy. Ośmieleni wypitymi wcześniej procentami postanowili, że w ramach wieczoru kawalerskiego, na który byłem zaproszony, zwiedzimy ten znany w mieście przybytek. Oczywiście wyłącznie w celach krajoznawczych. Tak że to nie tylko moja wina, ale przede wszystkim ich. Ja się na to nie pisałem.

Kiedy moi koledzy wraz z przyszłym panem młodym zajęci byli podziwianiem przedstawicielki płci pięknej, która wiła się jak wąż na stalowej rurze przyczepionej do sufitu, ja podszedłem do baru. Nie chciałem uczestniczyć w tej farsie. No dobra, patrzyłem kątem oka. Ale tylko patrzyłem. A oni rzucali pieniędzmi. 

Na półce pełnej różnorakich trunków mój wzrok przykuła jakaś dziwna butelka. Stała tuż obok Jacka Danielsa, którego pierwotnie chciałem zamówić. Miała kształt misia, a na etykiecie widniał dumnie brzmiący napis: „Gummy King”.

– Co to jest? – zapytałem barmana.

Brodaty facet, na moje oko bliżej czterdziestki niż trzydziestki, uśmiechnął się lekko. 

– To najlepszy trunek, jaki ostatnio poznałem. Siedmioletnia whisky, ale z czerwoną porzeczką. Robimy z tego taki specjalny drink. Nazywa się „Sok z gumijagód” – odparł, po czym wyciągnął butelkę. – Chcesz spróbować? 

– Dawaj. Zawsze lubiłem Gumisie.

Barman uśmiechnął się pod nosem, ewidentnie zadowolony jakby znalazł kolejnego królika doświadczalnego. Odmierzał i mieszał różne specyfiki niczym szalony chemik na laboratoriach, który właśnie odkrył nową, wysoce niestabilną substancję, a następnie z nabożną czcią podał mi gotowy napój w szklance przeznaczonej do whisky.

Karmazynowa ciecz, w której połyskiwały kostki lodu. Łyknąłem. Chyba za dużo.

Smakowało… wspaniale. Słodki, porzeczkowy smak, zmieszany z jakimiś innymi sokami, których nawet nie potrafiłem rozpoznać. Piekąca substancja przyjemnie spłynęła mi do gardła. Uśmiechnąłem się i pokazałem uniesiony kciuk barmanowi, który obsługiwał już inną osobę.

Po chwili poczułem coś dziwnego. Serce zabiło mi mocniej. Uznałem jednak, że to po prostu działanie alkoholu.

Nienormalne było jednak to, że świat nagle zawirował mi przed oczami. Spojrzałem wokół. Muzyka zmieszała się z jakimiś dziwnymi, obcymi dźwiękami. Wstałem i chwiejnym krokiem ruszyłem do pobliskiej ubikacji, modląc się w duchu, by po drodze nie zaliczyć bliskiego spotkania z lepką, usłaną resztkami czyjejś godności podłogą, co w tego typu lokalach jest przecież niemalże wpisane w cenę biletu wstępu.

Przemyłem twarz zimną wodą. Nagle poczułem czyjąś obecność po lewej stronie. Spojrzałem w tamtym kierunku – przy pisuarze stał jakiś facet, zajęty swoją potrzebą. Przemyłem twarz jeszcze raz, czując na chwilę ulgę.

Ale coś się zmieniło. Spojrzałem znowu na lewo. Zamiast człowieka zobaczyłem… wielkiego, białego misia. „Żarty na bok”, pomyślałem. Szybko zrozumiałem, że zaczyna się robić nieciekawie. Chcąc jak najszybciej stamtąd wyjść, pociągnąłem za klamkę i otworzyłem drzwi.

I nagle… znalazłem się na pustyni. Na cholernej pustyni! Na Saharze albo innej Gobi.

Obejrzałem się do tyłu – nie było nikogo, a drzwi, przez które przed chwilą przeszedłem, po prostu zniknęły. Spojrzałem przed siebie.

Zobaczyłem czarnoskórego wojownika. Był półnagi, a w dłoni trzymał tarczę. Zulus?

Chyba tak. Zawołałem do niego:

– Speak English? – Spojrzał na mnie jak na idiotę i odpowiedział czymś, co brzmiało jak zuluski. Chociaż nigdy go nie poznałem. Chciałem spróbować po niemiecku, ale uznałem, że skoro nie zna angielskiego, to polskiego czy niemieckiego tym bardziej nie zrozumie.

Spojrzałem na piasek, zdając sobie sprawę, że cały mój wieloletni proces edukacji, włączając w to zdaną z wyróżnieniem maturę i dyplom uczelni wyższej, sprowadził się właśnie do rysowania palcem po ziemi w nadziei, że półnagi facet z tarczą w środku pustyni zrozumie moje egzystencjalne zagubienie. Uklęknąłem i nakreśliłem wielki pytajnik.

Nieznajomy gapił się na mnie dziwnie, po czym szeroko się uśmiechnął. Cholera, co to był za uśmiech – zęby białe jak z reklamy Blend-a-med. Skinął głową i gestem kazał mi iść za sobą.

Szedłem za nim w milczeniu. Patrząc na pozycję słońca, zauważyłem, że kierujemy się na wschód. Ponoć tam zawsze jest jakaś cywilizacja.

Gdy dotarliśmy na szczyt sporej wydmy, moim oczom ukazała się oaza. Całkiem duża. W oddali było widać namiot. Ruszyliśmy powoli w tamtą stronę.

Kiedy podeszliśmy bliżej, zwróciłem uwagę na mały wodopój, kilka palm no i ten namiot. Byłem raz w Egipcie i widziałem coś podobnego. Berberzy czy Beduini takie mieli? Nie pamiętałem. Wszedłem do środka.

Zamarłem. Przed moimi oczami stała… wielka budka telefoniczna? Nie, zaraz, to nie była budka telefoniczna. Policyjna.

Na górze widniał wyraźny napis: POLICE BOX : Public Call

Czarnoskóry wojownik uśmiechnął się, zachęcając mnie do wejścia. Spojrzałem na niego z rezerwą, a następnie znowu na budkę. Wyglądała dziwnie, na drzwiach miała przyczepioną tabliczkę z instrukcją po angielsku, informującą, że należy pociągnąć, aby otworzyć.

Pociągnąłem i wszedłem do środka. I wtedy opadła mi szczęka. Wnętrze okazało się niewiarygodnie ogromne, pełne plątaniny kabli. Na środku znajdowała się wielka, świecąca kula :). Zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć, rozległ się metaliczny zgrzyt, a całe pomieszczenie gwałtownie się zatrzęsło. Straciłem równowagę, poleciałem do przodu i z głuchym trzaskiem uderzyłem czołem o metalową barierkę.

Otworzyłem oczy. Obudziłem się, leżąc w ubikacji. W tej samej, w której byłem jeszcze kilkadziesiąt minut temu. Lekko wirowało mi w głowie. Siedziałem na podłodze, oparty o ścianę, a z góry spoglądał na mnie barman.

– Ile widzisz palców? – zapytał.

– Pięć?

– Dobrze. Czyli wszystko w porządku.

Barman uśmiechnął się i podał mi szklankę wody. Upiłem kilka łyków, a on dopytał:

– Powiedz mi, co widziałeś?

Przez chwilę patrzyłem na niego w milczeniu. Wyglądało na to, że doskonale wiedział, co mogło spowodować ten stan.

– No… półnagiego Zulusa. Zaprowadził mnie do namiotu pośrodku pustyni. W namiocie stała budka policyjna, taka, jaką można spotkać w Londynie. Wszedłem do środka, nagle wszystko się zatrzęsło, uderzyłem się w głowę i… właśnie wróciłem.

Barman zaśmiał się głośno.

– Dokładnie! – Klasnął w dłonie. – Miałem dokładnie to samo, gdy pierwszy raz tego spróbowałem.

– Wiesz, co to oznacza?

Spojrzał na mnie, a na jego twarzy malował się wyraz czystego szaleństwa. Skinąłem głową, czekając na odpowiedź.

– Że obaj mamy grubo nasrane w głowie…

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Na dniach skomentuje wszystkie pozostałe. Promise:) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Przeczytalem wszystkie teksty. Najbardziej spodobał mi się opis komunikacji, który zaprezentował Kurojatka. Co do tekstu Holly, to miałem skojarzenia podobne do marzana (bo też myślałem, że to opowiada kobieta). ;)

Melendurze, widzę, że zaraziłeś się od Tarniny! Można jeszcze było pójść w Autostopem przez Galaktykę, tam pewnie znalazłoby się wielu tubylców, z którymi trudno się porozumieć. Nawet będąc w posiadaniu rybki.

Z prób porozumienia zauważyłem znak zapytania. Ciekawe, jak by go zinterpretował prawdziwy Zulus? Wąż, który za chwilę zje jajko? Za to akcja była wartka, pokazywanie również gdzieś tam się przewijało – powiedzmy, że odległa wariacja na temat. Sok z gumijagód za to grał główną rolę :)

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Melendurze, widzę, że zaraziłeś się od Tarniny!

No tak narzekała o ten TARDIS, że w końcu znalazłem sposób jak go umieścić :]

 

Ciekawe, jak by go zinterpretował prawdziwy Zulus.

Hmm…to interesujące zagadnienie. Aż sprawdziłem i poszukałem. W języku zulu nie ma question marka/pytajnika, znaków interpukcyjnych, są mocno uproszczone.

 

Ale co ciekawe od momentu ekspansji europejczyków tak się upowszechnił, że jest dorzucany :] i dzisiaj wiedzą co to znaczy. Tak mówi internet, ale nie miałem siły dalej szukać :)

 

 

@reszta

 

@HollyHell91: Fajne, czytelne i technicznie uczciwe wejście w temat, tylko jak na sok z gumijagód i obcą krainę trochę za grzeczne :P

@Kurojatka: Poszedłeś w kompletną gumisiową jazdę po bandzie i dobrze, bo ten bełkot, trzewia i finał „którędy do wyjścia?” robią robotę lepiej niż najporządniejsza realizacja polecenia :P

@Marzan: To jest bardzo mocne, bo wziąłeś niewinnego gumisia, wrzuciłeś go w kosmiczną agonię i wyszło dziwnie śmiesznie, smutno i okrutnie naraz, czyli dokładnie ten rodzaj chorego pomysłu, który pamięta się po zamknięciu karty. Mi twoje najbradziej weszło.

@JolkaK

Poszłaś w dość duży realizm. A jednocześnie było trochę humori. Dość łatwo to sobie wyobraziłem:)

@kronos.maximus – To jest bardzo fajne, bo zaczyna jak wiejska gawęda po kacu, idzie w absurdalny kontakt z kosmitą, a puenta z Pixim ślepym robi taki prosty, głupiutko-genialny przewrót :]

 

 

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Ciekawe, co tam pokazaliście w tym tygodniu ;)

 

HollyHell91,

 

tak dość klasycznie. Nie zdziwiłabym się więc, gdyby na końcu tej drogi czekał ruszt ;)

 

JolkaK,

 

show poprzez tell :P na końcu jednak ktoś się najadł mimo wszystko

 

Kurojatka,

 

podobała mi się historyjka i misie się dogadały, chociaż nie wiem, czy gdyby zostawić tam samo “show” to jeden miś drugiemu misiowi przekazałby to, co chciał. Mimo wszystko fajny fragmencik.

 

Kronos.

 

fajne i zabawne! Najwięcej tutaj tego “show” i to całkiem pomysłowego “show”

 

Marzan,

 

dobre “’show” i dobra historia, jak na takiego króciaka, mocno emocjonalna. Jako że wolę szczęśliwe zakończenia i mam nadzieję, że takie mamy w tym przypadku ;)

 

melendur,

 

długi fragment, całkiem przyjemny w odbiorze, ale stosunkowo mało tego “show”. Chyba głównie jeden pytajnik na piasku ;) 

 

 

Zadanie dość trudne, bo teoretycznie “show, don’t tell”, ale trzeba to “show” pokazać poprzez “tell” :P Ciekawe interpretacje z tego wyszły! :D

Those who don't believe in magic will never find it

Kapsuła ratunkowa rozbiła się gdzieś. To “gdzieś” było jednak lepszym miejscem niż próżnia, w której nikt nie odpowiedziałby na wołanie. Jane wygramoliła się z dymiącego wraku, czując pod dłońmi wilgoć. Zerknęła na nadpalony skafander, który był pokryty rdzawymi plamami. Krew?

Próbowała poskładać w głowie wydarzenia sprzed katastrofy. Kantyna, muzyka dudniąca zbyt głośno jak na tamtą godzinę i twarze rozpromienione sukcesem. Świętowali kontrakt na transport soku z gumijagód – podobno cudownego eliksiru, który według plotek dawał nadludzką moc. John uparł się, że muszą przetestować towar na sobie. Twierdził, że dzięki organoleptycznej ocenie będą dysponować lepszymi argumentami przy próbach odsprzedaży soku barmanom z całej galaktyki.

“Nadludzka moc” sprowadzała się do ordynarnego bimbru na porzeczkach. Na tyle podstępnego, że nawigator statku błyskawicznie stracił orientację, a Jane kontakt z rzeczywistością. Wspomnienia zamieniły się w rwaną taśmę. Rój odłamków, huk wgniatanej stali, paniczne krzyki. W międzyczasie kolejny haust czerwonawego płynu na uspokojenie i desperacka ucieczka do kapsuły ratunkowej. Potem już tylko miażdżące przyspieszenie, bunt żołądka i kwaśny smak porzeczki, która wróciła na skafander tuż przed uderzeniem w grunt.

I wreszcie “tu i teraz”. A “tu i teraz” to wilgotna ziemia pod dłońmi i kilka dziwnie wyglądających istot pochylonych nad nią w milczeniu. Jane uniosła głowę.

Istoty, a było ich pięć albo sześć (trudno policzyć, kiedy świat ciągle wirował), miały skórę koloru starego srebra i po trzy pary oczu ułożonych symetrycznie jak okna w bloku. Żadna się nie ruszała i nie wydawała dźwięku. 

Jane usiadła, walcząc z tępym pulsowaniem w skroniach. Zerknęła na skafander, gdzie terminal komunikacyjny zamienił się w bezużyteczny kawałek plastiku i szkła. Służbowy translator – elegancki, cholernie drogi i wyczekiwany miesiącami – przepadł. Albo spłonął wraz z połową sondy, albo został w kantynie jako pamiątka po ostatniej imprezie.

Spróbowała mimo wszystko.

– Cześć – wychrypiała. – Jestem Jane. 

Pięć czy sześć par potrójnych oczu zamrugało asynchronicznie.

Świetnie. Słowa nie działają.

Jane wstała powoli, z rękoma uniesionymi na wysokość klatki piersiowej, czym chciała przekazać coś w stylu “spokojnie, nie stanowię zagrożenia”. Jedna z istot cofnęła się o krok. Pozostałe trwały nieruchomo. Kobieta wskazała dymiącą kapsułę. Potem zatoczyła krąg wokół siebie, wzruszyła ramionami i dźgnęła palcem nieboSkrzywiła się w namyśle, przykucnęła i narysowała na błocie szkic swojego statku. Miało być futurystycznie i profesjonalnie, a wyszła smutna ryba z antenami.

Jedna z istot pochyliła się nad rysunkiem. Dobry znak. Jane wskazała na smutną rybę, potem w górę na niebo. Potem na znów na siebie. Potem rozłożyła ręce, udając zakłopotanie.

Srebrzysta postać uniosła wzrok znad bazgrołów i przez chwilę taksowała kobietę spojrzeniem, które stawało się coraz bardziej krępujące. W końcu wyciągnęła cienkie ramię, wskazując przed siebie długim, szpiczastym pazurem. Za ścianą lasu majaczyły kształty – kanciaste sylwetki czegoś, co mogło być miastem.

Jane spojrzała na dymiący wrak, na swoje dłonie umazane błotem i resztkami soku.

– No dobra – mruknęła pod nosem. – Gorzej raczej nie będzie.

Ruszyła za istotami.

 

Those who don't believe in magic will never find it

Bardzo fajne :] Jak zwykle nie dostrzegłem praktycznie w ogóle błędów. Chylę czoła jak zwykle staranności wykonania.

Aż się prosi temat pociągnąć, bardzo ciekawa historia.

 

Było sporo show no tell, świetnie to zawarłaś.

 

 

Ale stosunkowo mało tego “show”.

No wiesz. Nie byłbym sobą, gdybym nie odnalazł bocznej odnogi tej rzeki i nie popłynął trochę w inny sposób :) 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Kazali wejść i TARDIS zobaczyć, to jestem. A nadmieniam, że ja święto pracy święcę pracą :P

ewidentnie zadowolony jakby znalazł 

Brak przecinka, ale może lepiej: ewidentnie zadowolony ze znalezienia?

chemik na laboratoriach

Jak pan na włościach? XD

– Speak English?

… seriously? :D

odpowiedział czymś, co brzmiało jak zuluski

Odpowiedział słowami brzmiącymi jak zuluskie; albo odpowiedział w czymś, co brzmiało.

 cały mój wieloletni proces edukacji, włączając w to zdaną z wyróżnieniem maturę i dyplom uczelni wyższej, sprowadził się właśnie do rysowania palcem po ziemi

żeco :P

Patrząc na pozycję słońca, zauważyłem, że kierujemy się na wschód. 

Z pozycji słońca wywnioskowałem, że kierujemy się na wschód. ^^

Ponoć tam zawsze jest jakaś cywilizacja.

Się wie.

wielka budka telefoniczna? Nie, zaraz, to nie była budka telefoniczna. Policyjna.

Technically… https://en.wikipedia.org/wiki/Police_box 

POLICE BOX : Public Call

Um…

Jakżeś Ty to sparsował? XD

Czarnoskóry wojownik uśmiechnął się, zachęcając mnie do wejścia.

A czym zachęcając? Gestem? :)

 Na środku znajdowała się wielka, świecąca kula :). 

… ? To nie Doktora… on ma cylinder XD

rozległ się metaliczny zgrzyt

Zupełnie jak przeciąganie kluczami po strunie fortepianowej XD 

 Dokładnie!

WŁAŚNIE.

na jego twarzy malował się wyraz czystego szaleństwa

Czytałam gdzieś taki fanfik, w którym młody Lovecraft wlazł na pokład TARDIS i się zgubił, i to od tego potem tak pisał XD

 

Eee, taka TARDIS. Śmigana. Stuknięta. Tłumaczenie słabo działa. Kupuję od ręki. Podrzuć tylko numer konta XD

Można jeszcze było pójść w Autostopem przez Galaktykę, tam pewnie znalazłoby się wielu tubylców, z którymi trudno się porozumieć. Nawet będąc w posiadaniu rybki.

I Douglas Adams pisał wedle obydwu, hint, hint.

W języku zulu nie ma question marka/pytajnika, znaków interpukcyjnych, są mocno uproszczone.

W zapisie języków europejskich (czyli w sumie łaciny, ale jakby ktoś ogham i runy czytał, to podejrzewam, że tam będzie tak samo) też długo nie było znaków interpunkcyjnych. Podobno dlatego w Średniowieczu tylko wyjątkowe dziwadła czytały po cichu, ale – podobno :P

 

Kurczaki, muszę resztę przeczytać… 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Oldguard, bardzo sprawnie opisane wydarzenia, które doprowadziły do katastrofy – przyjemny styl, “gładki” w czytaniu, bez przynudzania, z dobrą dynamiką. A próba porozumienia… hm, w miarę rozsądna. Brakowało mi troszkę jakiegoś “pazurka”, ale może szukam dziury w całym ;)

Tarnino, skoro Tardis tak na Ciebie działa, będzie go więcej :P

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

melendur,

 

Aż się prosi temat pociągnąć, bardzo ciekawa historia.

 

rozwinąć pewnie nie rozwinę, ale może w najnowszym wyzwaniu napiszę jakąś scenkę sprzed.

 

marzan,

 

Brakowało mi troszkę jakiegoś “pazurka”, ale może szukam dziury w całym ;)

 

zreflektowałam się i dodałam, dosłownie, pazura obcemu :P Ale fakt faktem, że pierwszą część pisało mi się lepiej i druga z pokazywaniem została potraktowana trochę po macoszemu 

Those who don't believe in magic will never find it

 

HollyHell91

wylądowałem tutaj bez osobistych rzeczy, w tym komórki

Hmm, bez komórki, czyli bez zegara, ale dni policzyć można…

ciasno rosnących obok siebie

Lepiej: rosnących ciasno obok siebie.

 Paprocie, bananowce i bambusy stoją zwarte, strzegąc zielonej świątyni, przez którą mam czelność kroczyć.

Trochę melodramat…

Ostatnią płynną rzeczą, jaką miałem w ustach, był przeklęty sok z gumijagód.

Po kilku dniach bez wody to narrator by już ani rączką, ani nóżką… czyli jesteśmy w Hy Brasil ;)

pod szyją bogato zdobiony naszyjnik z czerwonych paciorków

Bardziej na szyi. Na piersi, jeśli to taki duży, szeroki naszyjnik. I zdobienia… hmm, nie wiem.

Wybucham śmiechem ulgi i wznoszę dłonie ku niebu, wyrażając wdzięczność losowi.

Hmmmm…

 w oczach ciekawość całkowicie ustępuje surowości.

W jego oczach, ale trochę poszłaś na skróty.

rany na łydkach, z których sączy się krew lub już zdążyła skrzepnąć

Może tak: rany na łydkach, krwawiące i przyschnięte.

Obserwuje koszulę przesiąkniętą potem, może nawet go czuje…?

A co ta koszula robi? Tubylec może czuć zapach, ale samego potu nie.

Niczego innego nie pragnę teraz, jak uczucia wilgoci w ustach.

Nie pragnę teraz niczego innego, tylko wilgoci w ustach. Albo: Niczego innego tak teraz nie pragnę, jak uczucia wilgoci w ustach.

Przepraszam za przerażająco niską jakość fragmentu, okropnie zardzewiałam.

Oj, tam, melodramat tylko :) heart

 

JolkaK

 

Krótko i na temat :)

 

 

Kurojatka

pazurki lepiły się wymazane

Pazurki lepiły się, umazane.

Maź rozprzestrzeniła się na boki jak zaraza, plącząc coraz więcej sierści. 

Hmmmmmm.

spienione, morskie fale

Tu bez przecinka, nierównorzędne przydawki.

Nie mogąc dojść do ładu ze sobą, postanowiłem wyjść z tej pułapki obłędu, karuzeli nieszczęścia, w którą ktoś mnie pchnął.

Meeelooodraaaamaaaaa… :D

własną wolą. I to sprzeczną z moimi potrzebami

…musimy poważnie porozmawiać o podstawowych pojęciach filozoficznych :P

Byłem bliski utraty wszelkiej nadziej. 

Nadziei. Also: meeeeeeloooodraaaaamaaaaaa :)

Uniosłem łapkę, by wskazać miejsce trapiącego mnie bólu,

Miejsce bólu?

Gdzieś na krańcach umysłu, co wydawało mi się wyjątkowo wówczas irracjonalne, powoli pojawiało się zrozumienie.

Musimy bardzo poważnie porozmawiać o podstawowych pojęciach filozoficznych :D

nóżki ugięły się delikatnie

NIEZNACZNIE. Wrrr.

 

Humor wynikły z kontrastu między Gumisiem a niesłychanie patetycznym i melodramatycznym językiem na dłuższą metę byłby męczący, ale tak wypada całkiem nieźle.

 

kronos.maximus

Idę szutrem, do lasu.

Potrzebny Ci ten przecinek?

I po coś ty bidoku w taką pogodę tu przyleciał?

I po coś ty, bidoku, w taką pogodę tu przyleciał?

zmiarkować czy

Tu powinien być przecinek.

Pixi jest ślepy. A na ból głowy to najlepszy jest apap.

XD Miluchne ^^

 

 

marzan

na paluszkach krótkich łapek

A miał jeszcze jakieś długie łapki? To po co to odróżnienie? :)

rozbrzmiewające echem o ściany

Hmm.

Mamy pancerz fabularny, każdy odcinek zaczynamy przecież w tym samym składzie.

XD

Myślisz, że jestem pijany? Tak wypiłbym cokolwiek, wino, wódkę,

… Gumisie piły wódkę? :)

Co to chryste?

Supozycję materialną w cudzysłów: Co to "chryste"?

To przecież takie proste.

Kuuurczę… to nie był Gumiś, prawda? 

 

 

OldGuard

Sonda ratunkowa 

Kapsuła, jasne, ale sonda jest raczej badawcza.

czując pod dłońmi wilgoć

Hmmm.

Kantyna, muzyka dudniąca zbyt głośno jak na tamtą godzinę i twarze rozpromienione sukcesem

Hmmm.

 Twierdził, że dzięki organoleptycznej ocenie będą dysponować lepszymi argumentami przy próbach odsprzedaży soku barmanom z całej galaktyki.

XD Grunt to mieć gadane :)

“Nadludzka moc” sprowadzała się do ordynarnego bimbru na porzeczkach

Czyli "sok" dawał bimber? :) (Nie wydaje mi się, żeby po destylacji zostało w tym coś porzeczkowego, ale niech tam).

Zerknęła na skafander, gdzie terminal komunikacyjny zamienił się

Hmmmm.

Pięć czy sześć par potrójnych oczu zamrugało asynchronicznie.

Brzmi to super, tylko trochę myli w kwestii liczby oczu. Ale też – bohaterka ma kaca i wypełzła z wraku, więc nie musi wiedzieć, ile tam tych oczu było.

Słowa nie działają.

Pospieszny wniosek :)

czym chciała przekazać coś w stylu “spokojnie, nie stanowię zagrożenia”.

Hmmm.

narysowała w błocie szkic swojego transportu.

Raczej na błocie, a "transport" w takim użyciu to anglicyzm.

wyszła smutna ryba z antenami

:)

kanciaste sylwetki czegoś, co mogło być cywilizacją

Błąd kategorialny, cywilizacja nie ma sylwetki.

 

Fajny początek czegoś dłuższego. Co było dalej? :D

 

Dobra. Teraz moje, ekhm. Do kitu jest, ale trzeba się wreszcie pisarsko rozciągnąć, bo inaczej zostało tylko się utopić.

 

Jako pierwszy do mojej świadomości przebił się ból. Głowy. Syknąłem, co było błędem, i przewróciłem się na bok, co też nie uprzyjemniło mi życia. Przyciskając łeb ramieniem, żeby się nie rozleciał, otworzyłem oczy.

Wyszarzałe deski pasowały do smaku kurzu na języku. Ściana jakiegoś mebla litościwie przysłaniała światło.

Co było w tym soku? Gdzie ja jestem? Czy warto wstawać?

 

Pociągnąłem nosem i atak kaszlu zerwał mnie z podłogi. Ręka sama złapała ścianę, gładką i chłodną, druga zacisnęła się na występie blatu i po chwili siedziałem, łapiąc powietrze, oparty plecami o twarde drewno.

Przede mną rozciągały się półki. Wszerz i wzwyż, na ile mogłem zobaczyć bez ruszania głową, zapchane ukrytymi w cieniu książkami, urozmaicone gmatwaniną drabin, a tu i ówdzie małą galeryjką albo kloszem kinkietu, wyrastającym ze słupka jak łagodnie lśniący szklany kwiat. Niżej stały szeregami biurka, każde z elegancką zieloną lampką, każde z oparciem krzesła wystającym ponad leżącą na każdym blacie kupkę książek.

Podciągnąłem się, wolniutko, mniej więcej do pionu. W oddali między regałami majaczyły drzwi. Potarłem czoło. Gdzie tu może być łazienka?

 

Droga do drzwi, z licznymi przystankami, wydawała się wędrówką przez pustynię, ale pchnąłem je wreszcie i zobaczyłem salę zupełnie taką samą, jak pierwsza, włącznie z drzwiami na drugim końcu. Zacisnąłem zęby. To tylko pogorszyło ból głowy. Następna sala wyglądała identycznie, to samo następna, i następna… Ucieszyłem się na widok bocznych drzwi, ale za nimi znów było to samo. Zgubiłem rachunek. Czemu tu nigdzie nie ma gablotki z planem? Wyjścia ewakuacyjnego? Wreszcie nogi ugięły się pode mną i padłem na pierwsze z brzegu krzesło. Pulsującą głowę ukryłem w dłoniach.

 

Poderwałem ją, słysząc zgrzyt, i zrobiło mi się ciemno przed oczami, ale kiedy odzyskałem wzrok, na biurku siedział kot. Jasnoszary, puszysty, przyglądał mi się świetliście zielonymi oczami. Etatowy myszołap.

– Zaprowadź mnie do łazienki – jęknąłem. Kot, jak to kot, patrzył dalej. Westchnienie zeschło mi w gardle i zmieniło się w atak kaszlu, a kiedy znowu otworzyłem oczy, zwierzaka nie było. Niech to. Odepchnąłem się od biurka. Leżąca obok kupka kurzu, którą chciałem ominąć, nagle zakiełkowała trókątnymi uszami, potem łebkiem, i szary kot znów przyglądał mi się chłodno, aż najwyraźniej mu się to znudziło. Ruszył ku następnym drzwiom.

 

Co było robić. Poszedłem za nim. Dwie sale dalej zielona lampka oświetlała czyjąś kudłatą głowę, zwieszoną nad biurkiem. Kot wskoczył na blat, trącił głowę łapką, a kudłaty człowiek okazał się dziewczyną. Miała włosy jak nieślubne dziecko Einsteina i Hermiony Granger, ubrana była w coś, co w poprzednim życiu prawdopodobnie pełniło obowiązki zasłony na oknie, ale spoglądała przyjaźnie. Może z lekkim zdziwieniem.

Nie zamierzałem grymasić.

– Przepraszam, gdzie tu jest łazienka?

Domniemana bibliotekarka uśmiechnęła się uprzejmie.

– Łazienka? Sklepik? Żebym mógł kupić wody?

Jeśli cokolwiek zrozumiała, nie dała tego po sobie poznać. Zamachałem rękami jak panienka z chórku na Eurowizji. Zatupałem nogami w klasycznym tańcu a'la toilette, czego natychmiast pożałowałem, ale dziewczyna patrzyła na mnie mniej więcej tak, jak kot.

– To może wyjście? Wyjście z biblioteki?

"Przespacerowałem" palcami dłoni po przedramieniu, raz i drugi, potem otworzyłem wyimaginowane drzwi i przeszedłem przez nie. Dziewczyna wybuchnęła śmiechem. Padłem na krzesło, ściskając głowę.

– Błagam… – Język miałem bliski rozsypania się na proch. – Wody…

W pole widzenia wsunęła mi się otwarta książka. "A przytrafia się to niekiedy ludziom, którzy wolą pić słoną wodę" przeczytałem.

– Nie, zwykłą. Chcę zwykłą wodę, rozumiesz?

Odłożyła książkę, sięgnęła po drugą. "Dlaczego nie pili wody z chłodnicy?"

– Jakiej chłodnicy?

"Pustynię upiększa to, że kryje w sobie studnię."

– Zgoda. Tylko mi ją pokaż.

Zamarkowałem czerpanie wody dłonią i picie, ale dziewczyna tylko patrzyła z przyjaznym uśmiechem.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Tarnino,

 

No, wreszcie jesteś sobą. Księgowość spłonęła? A może jej pomogłaś? Cicho sza, nic nie powiemy :)

 

Kuuurczę… to nie był Gumiś, prawda? 

No, optymiści mogą wierzyć, że był. I nie zaglądać do wyzwania #47 (jak tak dalej pójdzie, z wyzwań zrobi nam się książka paragrafowa). I będzie wyzwanie z książką paragrafową, muszę dopisać do pomysłów.

 

Jako pierwszy do mojej świadomości przebił się ból.

Minimalistycznie “mojej” można wywalić.

 

Niżej stały szeregami biurka, każde z elegancką zieloną lampką, każde z oparciem krzesła wystającym ponad leżącą na każdym blacie kupkę książek.

“Każde” rozbrzmiewa w tym zdaniu jak element obracającego się mechanizmu. Widzę, że jest to zamierzony efekt :)

 

pełniło obowiązki zasłony na oknie

Może zgrabniej: zasłony okiennej?

 

Pomysły nieziemskie. Labirynt biblioteczny, kot oscylujący między stanem o wysokiej i niskiej entropii, dziewczyna, która porozumiewa się za pomocą książek – bardzo pomysłowe, wciągające, działające na wyobraźnię. Przy czytaniu bardzo szybko wszedłem w przedstawiony świat i było mi żal, że tekst tak niespodziewanie się skończył!

 

 

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

No, wreszcie jesteś sobą.

Próbuję… 

No, optymiści mogą wierzyć, że był.

Ale ja jestem pesymistką, jak wiadomo.

Minimalistycznie “mojej” można wywalić.

Fakt. Można…

“Każde” rozbrzmiewa w tym zdaniu jak element obracającego się mechanizmu. Widzę, że jest to zamierzony efekt :)

Jest :)

Może zgrabniej: zasłony okiennej?

Hmmm… chyba rzeczywiście…

Pomysły nieziemskie.

Borges, kawałek komiksu widzianego ho-ho, jak dawno, Ostatni jednorożec i coś jeszcze XD Ale dzięki heart Pomysł z biblioteką obija mi się po czaszce od dawna, ale do niczego nie pasuje.

 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Tarnino!

XD Miluchne ^^

Ufolki w moim świecie są sympatyczne i chcą pomóc. :) Dzięki za zwrócenie uwagi na przecinki.

Zamarkowałem czerpanie wody dłonią i picie, ale dziewczyna tylko patrzyła z przyjaznym uśmiechem.

Enigmatyczne zakończenie. Czy bibliotekarka droczy się z nim, czy chce mu zaserwować suchy post? Tekst skojarzył mi się ze znalezionym jakiś czas temu na YT the backrooms. 

 

Pozdrawiam!

Dzięki heart

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Tarnino,

 

poprawiłam oczywiste babole, bo nad tymi z “hmm” muszę pomyśleć, a myśleć w majówkę trudno ;)

 

Fajny początek czegoś dłuższego. Co było dalej? :D

 

Podejrzewam, że na pewno kac. Cała reszta jest na razie jedną wielką niewiadomą, ale kto wie, co urodzi się w kolejnych wyzwaniach :P

 

Etatowy myszołap.

 

Kotek ^^

 

Zamarkowałem czerpanie wody dłonią i picie, ale dziewczyna tylko patrzyła z przyjaznym uśmiechem.

 

Szkoda, że całość się tutaj urywa, bo aż się prosi o dalszy ciąg ;)

Those who don't believe in magic will never find it

@Tarnino, to co wskazałaś, poprawiłem.

 

Dzięki, że wpadałaś ;) No cóż. Ja Doktora Who oglądałem wiele lat temu i to pierwsze trzy sezony. Z Davidem Tennantem :) (jak słyszę tenant to przez pracę mam przed oczyma co innego… )

Po za tym twoje analizy i opka są cenne, a do tej wspaniałej inicjatywy wyzwań to, fajnie jak będzie więcej osób. Liczę, że do nas dołączysz. Już wcześniej błagałaś o tego TARDIS, a ze coś tam pamiętam, sam pisze fanfiki… to jak mogłem nie skorzystać :)

 

Ciesze się, że się spodobało mimo wad tekstu :)

Jakżeś Ty to sparsował? XD

Po swojemu :]

 

Co się zaś tyczy twojego tekstu.

 

Bardzo interesujący fragment, niewątpliwie intrygujący. Kot wydaje się być jakimś przewodnikiem, dziewczyna się wydaję kimś w rodzaju…strażniczki ?:) A biblioteka to jakiejś tajemnicze miejsce do którego bohater przeniósł się właśnie za sprawą soku.

Ciekawe opowiadanie, a jak coś powoduje, że troszkę dłużej musiałem się zastanowić co napisać, to znaczy, że pewien efekt wywołało. 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

poprawiłam oczywiste babole, bo nad tymi z “hmm” muszę pomyśleć, a myśleć w majówkę trudno ;)

heart

Kotek ^^

^^

Szkoda, że całość się tutaj urywa, bo aż się prosi o dalszy ciąg ;)

Niech mnie ktoś porwie na bezludną wyspę czy coś… :D

Ja Doktora Who oglądałem wiele lat temu i to pierwsze trzy sezony. Z Davidem Tennantem :)

To nie pierwsze XD Ja przestałam jakoś w połowie szefowania Moffata, bo scenariusze straciły resztki sensu a humor zrobił się nieśmieszny, ale, kurczę, TARDIS fajnie byłoby mieć. Nie?

Kot wydaje się być jakimś przewodnikiem, dziewczyna się wydaję kimś w rodzaju…strażniczki ?:)

Eee, no, nie do końca tak miało być, ale tak wyszło XD Wszystko mi mutuje jak po Czarnobylu :)

Dzięki!

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Nowa Fantastyka