I cio tera, a?
Byłem ja, znaczy Edgar, i trzech moich ziomkuw, to znaczy Rice, Anton i Stiller, i siedzielim w akwiarni Krowa Morska myślonc se, co zrobić z tak pienknie napoczentym, a sol był nyndza bryndza bida gnuj kalafior choć suchy.
W akwiarni Krowa dawali extra akwe, taki to był spot, a może wy już nie pamientacie, drodzy koleżkowcy, co to były za spoty, bo wszystko tera tupak czendżys i każden ino roz forget, niusuw sie też bardzo nie paczy.
Więc w tej akwiarni była właśnie tyko akwa rużna dosmaczana z wkładem typu syntex, bo na dinx classix nie mieli tedy kwita, a że nie było wtedy bana ani na mef, ani na inne texy tego typu to, zamiast sie wytracić na jakiś cienki sorgo browiur czy inny niby-ziemski import szmex, to sie szło za puł tego na take akwe aloes delikates i szpilke sztrymki ku tymu czy tak zwanego lokalnego mientusa, a każden jeden to był taki chemol betoniak, że o chopie, szwunga fest, i jak raz to pilim tego sola, od kturego zaczne opowieść.
A musicie wiedzieć, drodzy koleżkowcy, że my, to znaczy Rice, Anton, Stiller i ja, to jestemy jak te cztery muszkietery – wszyscy za wszystkich i każdy za siebie. Dorm mamy jeden na czterech i zmiany po szesnaście dwa na dwa w te same sole w jednej agrodomie, choć każden jeden co innego robi, ale przez to tak sie akuratnie składa, że zawsze razem idziem i na dżob, w pakerhale i przylupić na laubie.
– I tak mie tagda znerwił ten bumel, paparuch jeden z drugim, że ja mu tak: no i co sie jopisz, bakłażanie? – to Anton, zgrzany cały, aż mu rosa na czoło wyszła, przewijał jak go szkieły zawineły trzy sole do tyłu, jak akurat poszed se sam zaległom laube odrobić, głomb jeden. – A ten dalej cuś tam babla, ja już sztywny z nerw tak, że puściło mi fest i kaktaraz! jak mu nie zasune korbola na plombe… No i już uże dawaj, menty wjechały i gazem nas, tak, że sam jeden zjadłem całe puche peperspreju, a jesio tej burwie tajniackiej, co mie pryskała, dre sie prosto w mordor „Mało! Mało! Dawaj! Dawaj!”. No i patom prosta w dranktank na dwanaście, a z dranktanka prosta na dżob i tyle mie było, a za to do wyboru miałem tałzen dolar sztraf abo sola przy kanałach, to już trudno, przyrobi sie przy laubie, bo buły jednak trochi szkoda.
Rice i Stiller słuchali, ale ja co raz paczyłem dzie indziej, bo tam, drodzy koleżkowcy, siedział taki jeden, co mi jakoś tak nie przypadł, bo zrazu było widać, że ziemnior, wicie rozumicie, pizdryk taki w garmiturku, aligancik wygolony, cienki jak łodyżka i rzodki jakiś taki. Pewno z korpy jakiej w delegancji se przyleciał, bo raz, że sam tak siedział, to już było dziwne, a dwa, że zastraszony jakiś taki, że już ewidentnie widać, że nie od nas on, bo tu to by go zrazu zjedli bez suruwki.
– Paćciesie jak sie jopi – pedziałem do ziomkuw, a oni zrazu sie zwrucili kniemu. – Ziemnior jeden, popapraniec.
– Ewidentnie – Stiller aż se oxy założył, co by sie lepi przypaczeć.
– A może to spaj jaki abo inny kihuj? – Rice już na szwundze dyszał jakby mu kto oxybutel skrencił.
– O nie, nie, nie, koleżkowcy drodzy, mie już bedzie przygud w tym kwartale. Ja jewo tyko tycne z letka i patom w tigre cztery osiem, recydywa, z dżoba won, z dorma won, w skafander i poszed! Pod Hecates rowy kopać. Ja pas.
Tak to Anton se został, a my we trzech poszli ziemniora na Marsie powitać jak należy. Stiller pierszy szed i ledwo co sie uzwał, a ta gelejza chudawa, jakby wiedziała co jest, legitygimacje wycionga i pokazuje, universitas coś tam, de er imion dwa i holofoto jego, a potem wyciaga do nas łape, jakby chciał co. My po sobie paczym i dopiero Stiller łapie go za te witke cienke i ściska, aż tamten sie krzywi jakby mu kto paluchy slajdorem przycioł.
– Tak sie u nich wita – pedział Stiller i dopiero wtedy każden jeden to samo zrobił, aby na kaczana nie wyjść, bo prawda jest taka, że tyko Stiller całe szkołe zrobił, że inża nawet ma, to i nie dziwne, że wysłowić i zachować sie umi. W naszej agrodomie w akwaponice robi i ghoti ogarnia, nawet młodym technikom komperetycji udziela, ale tak to w porzondku jest, a nie jak te inne cienkoszyje, labowe przychlasty, tylko no, umysłowy taki bardziej.
No i jak sie okazało, koleżkowcy drodzy, że ziemnior to uczony jest, a nie z korpy ogur na wywczasie, to już nam ten nerw pierszy trochi zszed, a i on, ziemnior znaczy, jak znerwiony był z poczontku, to też zara już mu puściło i normalnie se z nami gadał. Anton też podszed knam, jak tyko popaczył, że bez afery se z nim aligancko kurtularnie siedzimy.
– Co tam se pijesz, dejże wira – i Rice mu wypił resztę akwy zwykłej elektrolit bez szpili, a ten na to zrazu gada:
– Czego sie panowie napijom? – to Stiller mu na to, że na Marsie nie ma panuw, a potem zaś pedział mu jak nam jest i co robimy, tak z grubsza, żeby nie rozkminiał potem co kto był.
No i pomyślelimy, że może i dla odmiany można z inteligentem ziemniorem dzisiaj pourzendować, a ziemnior, znaczy ten doktur John Carter, bo tak mu było, to sie po akwie mef tak rozkrencił, że rany gorzkie, papacha rozdarł, gadał i pytał sie, a to, a tanto, a co to, a jak to, tak, że nam sie zrazu zaś odwidziała ta cała inteligencka gadka i tylko Stiller go słuchał i twardo na wszystko odpowiadał, w sumie nawet dobrze, ale też mu nawykręcał gupot jak tyko, bo tak niekumaty dokumentnie był, że na ten przykład, jak jużeśmy z tej Krowy se poszli to Stiller pedział, że pokażemy dokturowi dorm nasz, a on, że tak, że z chenciom i coś tam coś tam coś tam nieważne w sumie, no, i Stiller mu pokazał też boxa co w nim mamy naszego tobasa, każdy po krzaku dozowolonym swego klona – Anton Kush, Stiller Haze, Rice Runtz i muj Edgar Edge, a każden krzak jak z tutoriala, zadbany i podlany, a doktur sie pyta co to, no to Stiller mu na to, że to jest tak zwana sałata Boltzmanna i niekiem sie doktur zorientował to już miał vejpa nabitego.
A potem wzielim go na vijar, bo po vejpie humores wiadomo, to i przyjemnie popaczeć se na te trzyde obrazki, no i nawłanczali mu tych co lepszych, git bajlando, a mi jakoś tak na źle weszło, humores zszed i jakaś taka mankolia sie czepiła to se odeszłem na stronke i wyklikałem Elysium 100+ bo to, co by wam, drodzy koleżkowcy, nie zegłać, moja ulubiona, a szczegulnie jak mie na łebie co legnie.
No i zaczyna sie tak: lecisz se dryfowcem nad Elysium coraz wolniej, a czas leci coraz szybciej, aż w końcu staje, a ty se wisisz fajen wysoko nad Hecates Tholus, i kruca marsa, wtedy to sie człowiek czuje jakby bez kitu tam był, tym bardziej, że raz na czas sie przecie lata na dżoby w teren i miejscuwki te czai.
I powiem wam, koleżkowcy drodzy, że jak se przyzumie i popacze tak, że tam dzie tera w kraterach sie ten lichy porost i byle chrobotek siało, to dżungiel prawdzisty wyrasta, a dzie te kanały, co to je każdy kiedyś trochi kopał, w czynie czy za sztraf, to rzeki potenżne, to do łeba można dostać, taki to widok.
Ale i tak najlepsze dla mnie to tam, dzie teraz tylko piach, dupa i kamieni kupa to pola, pola aż po horyzont, a na nich nie tylko te byle jakie proso, bataty i soja, ale co tyko i jeszcze, to na takie bym mugł paczeć i paczeć, bo jak se tak pomyśle, że dawno już zgnity kompost z waszego Edgara bedzie, a z niego takie cuda wyrosnoł, to aż sie inaczej tak robi. Sentymenalnie czy cuś.
No, ale potem Doktura odstawilim pod hostel dzieś w czas stopki pułnocnej, bo widać było, że słabnie, a potem już classix z naszej strony – dinx izoton na wyhamunek, po falaflu cienka pita fryta batat sos mieszany extra protejn i pa lulu dzieś po pierszej, co by se jeszcze z jutra sola cosik odespać.
No i nic by wielce z tego nie było, ale za czas idziem se znowu na laube git humores, a tu cyk pyk myk, każden jeden fon dał sygnał. My po sobie, czy nie jaki przypex, czy sie w domie co nie stało, a tu nie jednak – każdy przelew tyko dostał za udział w badaniu plus pedefa z tego universitas coś tam i THX z podpisem Carter. Stiller nam z trzy razy gadał, o co cho, ale to wam, drodzy koleżkowcy, zatycuje, cobyście se sami rozkminili:
Studium semantyczno–leksykalne socjolektu pracowników agrodom obszaru Elysium.
I cio tera, a?
Cześć,
Jako byłemu emigrantowi, którenemu ze Slunzakamy, Kaszejbamy i Gurulami niejeden dżob w Jukeju zrobił, sie mie łezka w oku zakręciła ze wzruszenia :D. Doobre, panie, dobre.
Trochę Expanse, trochę Sybirpunk, ale raczej w kategoriach inspiracji, niż kalki. Fabuła prosta, ale opowiedziana z ciekawej perspektywy.
Jedno, co mi się nie zgrało, to że Ziemniak był wiotki, a Marsjanie przysadziści. Ciążenie na Marsie jest mniejsze niż na Ziemi, więc na moje oko powinno być odwrotnie.
Przeczytałem z przyjemnością.
Pozdro
M.
Jestem bandzior! Świr! Sadysta! Niepoprawny optymista!
Witaj. :)
Gratuluję debiutu i to już w dniu rejestracji. :)
Zachęcam do zerknięcia w dział Publicystyka, gdzie są – pomocne nam wszystkim – PORADNIKI, w tym: Drakainy – dla Nowicjuszy, ortograficzny, interpunkcyjny, myślowy, dialogowy itd. :)
Tekst o tej ilości znaków (8040) to jeszcze nie opowiadanie, lecz – SZORT. Więcej: w Poradniku Drakainy. :) Bądź zatem uprzejmy zmienić tę kategorię. :)
Dialogi są do generalnej poprawy wedle wskazanego Poradnika, bo ich zapis jest nieprawidłowy.
Myślę, że w Przedmowie trzeba by też zaznaczyć, z jaką “ortografią” musi zmierzyć się tu Czytelnik. :) A nie jest to łatwe do przebrnięcia, zapewniam. ;) Istotnym jest także powód takiego zapisu szorta. :) Poprawność językowa to jedno z najważniejszych kryteriów oceny tekstu. ;)
Pozdrawiam serdecznie, powodzenia w dalszej twórczości. :)
Pecunia non olet
Witam nowego portalowicza. Fajnie, że zdecydowałeś się dołączyć.
Próbowałem przeczytać Twojego shorta, ale bez znajomości tej gwary/języka/dialektu trudno w pełni go zrozumieć, więc ciężko mi coś więcej powiedzieć.
Niemniej gratuluję pomysłu.
Nie przebrnąłem. Czym innym wstawki w rodzaju kwestii dialogowych jednej, no, dwóch postaci, czym innym aż taka dawka socjolektu i wyłącznie socjolektu.
Czołem, witam w naszej Społeczności!
Trudno mi ocenić tekst, bo nie wiem, gdzie coś było Twoim zamysłem, a gdzie jest jednak błędem. Trudno to zrozumieć, ale zapewne lepiej taki eksperyment stosować do scenki niż czegoś dłuższego. Jak próbować, to w takiej formie.
Przebrnąłem, ale pod opinią Adama powyżej się podpiszę.
Natomiast plus za twist na końcu, to akurat nieźle wyszło.
Pozdrawiam!
I rzekł Pan: umieścisz cztery “e” w “beeeecki”. Ani mniej ani więcej. Nie umieścisz trzech “e” ani “pięciu “e”. Dwa są wykluczone. I Pan uśmiechnął się, a lud spożywał owce i leniwce, karpie i sardele, orangutany i płatki śniadaniowe i nietoperze...
Próbowałam, nie wytrwałam.
Nawet ze dwa akapity przeczytałam i się uśmiechnęłam, ale potem zabrakło mi cierpliwości.
delulu managment
Hejka!
Fajnie widzieć nową osobę w społeczności.
Nie było łatwo, ale dotrwałam do końca. Tekst zdecydowanie wyróżnia się konsekwentnie, silnie stylizowanym językiem. Dialogi, narracja i humor tworzą spójny, choć chaotyczny obraz kolonii marsjańskiej i jej mieszkańców – pomysł jest ciekawy. Jednocześnie tekst potrzebuje „oddechu”. Nadmiar stylizacji i powtórzeń sprawia, że w dłuższych fragmentach zainteresowanie spada, bo ciężko zrozumieć o czym mowa (dla osób nie znających gwary jest to prawie niemożliwe), a fabułę przykrywa sama forma. Warto byłoby miejscami złagodzić intensywność języka, aby wzmocnić odbiór historii, żeby zachęcić czytelnika, a nie go zrazić.
Pozdrawiam!
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Twój tekst rozbawił mnie do łez :)) Będę go polecać wszystkim przeciwnikom ortografii :)) Powinienieś też ostrzec, że powinno się go czytać na głos, inaczej rozumienie tekstu może być utrudnione :))
Pozdrawiam :))