Z góry dziękuję za przeczytanie. Każdy komentarz będzie dla mnie bardzo cenny.
Z góry dziękuję za przeczytanie. Każdy komentarz będzie dla mnie bardzo cenny.
Loen
Tamil umierał.
Loen wiedział, że jeśli ma go uratować, jest tylko jedna osoba, która może pomóc. Mag ten przebywał w innym mieście – Tichonie.
Dlatego płynęli tam statkiem. Tamil był na granicy życia i śmierci, podtrzymywany w tym stanie przez mikstury Loena.
Byli ścigani. Pętla zacisnęła się kilka godzin wcześniej.
Wyruszyli w ostatnim momencie. Podróż miała potrwać kilka dni.
Warunki na statku były wystarczające. Skromna kajuta. Dwie koje, mały stolik.
Ułożył Tamila na dolnym posłaniu. Łatwiej było zabezpieczyć bezwładne ciało. Szybciej mógł też podać kolejną dawkę eliksiru.
Loen spojrzał na towarzysza podróży.
Za często ratował go z opresji. Tamil polegał na nim bardziej, niż powinien. Także tym razem. Za kilka dni sam mu podziękuje.
Spieszył się, jednak nie sądził, by o czymś zapomniał. Na pewno nie o czymś istotnym.
Najważniejsze były mikstury. Musiał utrzymać Tamila przy życiu przez całą podróż.
Powrót do Tichonu był dla niego wygodny.
Drugi raz w życiu uciekał w podobnych okolicznościach. Za pierwszym razem też ścigało go prawo. Wtedy jednak był tylko nastolatkiem. Jego winy były mniejsze.
A teraz? Nie. Nikt go o nic nie obwiniał. Nikt poza Tamilem. Głupie nieporozumienie. Wyjaśni to, kiedy się obudzi.
Ważne, że udało im się wywinąć. Tamil nie odpowie za te morderstwa. Tylko to się teraz liczy.
Przypomniał sobie podobny moment sprzed kilku miesięcy. Też na kołyszącym się statku dopływał do Tygla. Nie chciał wracać do miasta dzieciństwa, jednak gildii się nie odmawia. Jego umiejętności miały wesprzeć tutejszy oddział.
Zrobiły znacznie więcej.
Pierwsza misja była prosta. Wiele podobnych miał już za sobą. To było jedynie wprowadzenie w teren.
Szybkie i ciche zabójstwo. Dom był słabo strzeżony.
W przededniu musiał jeszcze zaplanować drogę ucieczki. Przemierzał jedną z uliczek Tygla…
*
Loen – kilka miesięcy wcześniej
Lubił chodzić po mieście nocą. Jakby miał dodatkowo osłonę. Dzięki niej był mniej widoczny. Jak cień.
Zlecenie miał wykonać kolejnego dnia. Dziś sprawdzał możliwe drogi ucieczki. Nie lubił poruszać się po zbyt tłumnych dzielnicach, a taka była handlowa – pełna ludzi i gwaru.
Normalnie by zrezygnował i poszukał innej drogi. Tym razem ta była najrozsądniejsza. Sprytnie byłoby wmieszać się w jutrzejszy tłum na festynie.
Gazowe lampy oświetlały ulicę ciepłym blaskiem.
Przemykał zręcznie między ludźmi, jak przez tor przeszkód. Sklep z tkaninami, obok pasmanteria, a dalej wąska uliczka prowadząca w stronę doków. Zaułek pozostawał w cieniu. Przydatne w razie ucieczki.
Mijał kolejne sklepy, jeden przy drugim. Nic ciekawego.
Zauważył sklep alchemiczny. Może się przyda.
Alchemia była jego specjalnością. Lubił spędzać czas na warzeniu mikstur.
Poza tym potrzebował kilku składników. Eliksiry kupował rzadko. Nie ufał tym przygotowanym przez kogoś przeciętnego. Nie były tak skuteczne jak jego.
Zatrzymał się przed witryną. Tym razem coś było inaczej.
Młody mężczyzna pochylał się nad ladą. W jego ruchach było coś znajomego.
Właśnie przeglądał notatki. Jego smukłe, pobrudzone tuszem palce przesuwały się po kartce. Jasna grzywka opadała na czoło. Gdzieś to już widział.
W końcu młodzieniec wykreślił coś w notatniku i wyprostował się. Jego wzrok powędrował ku witrynie. Dokładnie tam, gdzie stał Loen.
Ich spojrzenia się spotkały.
Rozpoznał go.
Loen w ułamku sekundy odwrócił się i odszedł. Nie potrzebował teraz znajomych z przeszłości. Nic nie mogło go rozpraszać przed jutrzejszą misją.
To był on – Tamil. Kiedyś jego przyjaciel. Może jedyny, jakiego miał.
Niewiele się zmienił przez te lata. Tylko co robił w tym sklepie?
Miał zostać magiem. Rozdzielono ich dawno temu właśnie dlatego, że Tamil miał talent. Dla dzieciaka z ulicy była to przepustka do lepszego świata.
Obaj byli sierotami. Tamil zawsze się nim opiekował. Zresztą nie tylko nim.
Loen stanął przed zapuszczonym budynkiem w dokach. Rozmyślając, dotarł do swojej kryjówki.
Nie był w stanie się skupić. Na dziś to wystarczy. Dokończy rozeznanie jutro rano.
Może nawet odwiedzi Tamila? Porozmawiają o dawnych, gorszych czasach.
Zastanawiał się, czemu Tamil wybrał ten sklep. Co się stało z jego planami zostania magiem. Nie spotkał się jeszcze z tym, żeby ktoś szkolony w Gildii Abolitów mógł zrezygnować. Dzieci zabrane do treningu wracały jako magowie albo wcale.
Nie. To zły pomysł. Już teraz za bardzo się rozprasza. Odwiedzi Tamila po wykonaniu misji. Musiał jeszcze przez cały dzień pozostać skupiony.
Najpierw obowiązki. Potem spotkanie z Tamilem. Czy rozpozna go równie szybko?
Loen zmienił się znacznie bardziej. Nie byłby zaskoczony, gdyby Tamilowi zajęło dłuższą chwilę, żeby sobie przypomnieć. Przekona się wkrótce.
*
Włamanie przebiegło perfekcyjnie.
Loen uśmiechnął się pod nosem. Strażnicy? Ominięci. Psy? Nie wyczuły go – dzięki miksturze maskującej zapach. Jego własnej recepturze.
Teraz stał w sypialni, nad łóżkiem. Czas się zatrzymał. Świat czekał na jego ruch.
To był najlepszy moment.
Zmysły miał wyostrzone. Mięśnie gotowe do zadania ciosu.
Mężczyzna spał, nieświadomy niczego. Żałosne.
Loen wyciągnął sztylet – lekki, z ciemnego metalu, zaprojektowany, by nie odbijał światła.
Pochylił się nad łóżkiem.
Przez krótką chwilę życie i śmierć leżały w jego rękach. Tylko to miało znaczenie.
Świat zredukowany do dwóch osób: ten, kto decyduje, i ten, kto umrze.
Odliczył jego ostatni oddech.
Pewnym ruchem podciął gardło. Ofiara natychmiast otworzyła oczy, lecz było już za późno. Zamiast krzyku wydobyło się tylko bulgotanie.
Kilka sekund i było po wszystkim. Misja wykonana.
Teraz bezszelestnie opuści to miejsce.
Wyjął kolejną fiolkę i połknął jej zawartość jednym haustem. Skrzywił się. Smak był wyjątkowo gorzki. Działanie natychmiastowe. Jego zmysły wyostrzyły się.
Spojrzał przez okno. Strażnicy w ogrodzie śmiali się z jakiegoś żartu. Jeden z psów warczał pod murem. Światło księżyca wydawało się jaśniejsze.
Unoszący się w pokoju metaliczny zapach krwi zaczął mieszać się z aromatem kwiatów zza okna.
Nie miał wiele czasu. Tylko kilka minut, zanim działanie esencji się skończy.
Droga była wolna. Bez chwili namysłu wskoczył na rynnę i zsunął się do ogrodu. Łatwiej schodzić niż wchodzić.
Słyszał zbliżających się strażników. Ominął ich bez trudu. Psy wciąż go nie wyczuwały.
Kilka kroków i znajdzie się przy murze. Kilkanaście sekund i zniknie niezauważony.
Linka wisiała dokładnie tak, jak ją zostawił. Złapał za nią i zaczął się błyskawicznie wspinać.
Był już przy końcu, gdy wyczuł zagrożenie. Przez moment nie rozumiał, co się stało.
Krzyki z oddali.
Nagle poczuł gorący podmuch. Magiczny pocisk.
W ostatniej chwili uchylił się, choć ogień i tak go drasnął w ramię. Esencja wyostrzyła też jego wrażliwość na ból. Odczuł go znacznie mocniej.
Mieli tu maga. Powinien zrobić sam rozeznanie, a nie zdawać się na informatorów z gildii. Co za niekompetencja. Od tego zależy nie tylko powodzenie misji, ale także życie innych.
Chyba że specjalnie to zatajono? Był tu obcy. Nowo przybyły z odległego miasta. Mający wspomóc tutejszy oddział gildii. Już to mogło sprawić, że narobił sobie wrogów. Sama jego obecność. To, że był potrzebny. Nie radzili sobie.
Loen zrozumiał, że popełnił błąd. Niepotrzebnie zaufał. Ostatni raz. Teraz sam będzie wszystko sprawdzał. Dość ryzykowania własnym życiem.
Lata szkoleń przyzwyczaiły go do bólu. Zręcznie przeskoczył mur i wylądował po drugiej stronie.
Miał chwilę przewagi, choć zmysły powoli słabły. Ból przestał palić tak intensywnie. To akurat duża zaleta.
Wbiegł na sąsiednią ulicę. Była pusta. W oddali słychać było głosy i pijackie przyśpiewki.
Pamiętał, że w pobliżu znajduje się pub. Musiał szybko wmieszać się w tłum. Potem ruszy w stronę kryjówki w dokach.
Korzystając z tego, że był sam, ściągnął maskę z twarzy i schował do kieszeni. Czarną kurtkę odwrócił na drugą stronę. Teraz miała ciemnozielony kolor ze srebrnymi naszyciami. Niestety, dodatkową ozdobą była plama krwi na ramieniu. To mogło zwrócić uwagę. Mimo to szybko założył kurtkę ponownie, lekko się krzywiąc.
Rana jednak była głębsza niż się wydawało i obficie krwawiła. Musiał jak najszybciej ją opatrzyć.
Słyszał za rogiem głosy ponaglających się nawzajem strażników. Nie czekając, aż go dopadną, pobiegł ulicą.
Wątpił, by go dogonili. Ich nieudolność była co najwyżej irytująca. Jednak jeśli był z nimi tamten mag, to inna sprawa.
Dotarł zdyszany do pubu. O dziwo nie wyróżniał się aż tak bardzo ze swoją plamą krwi. Mijał bywalców, którzy też mieli poplamione ubrania. Niekoniecznie krwią, sądząc po zapachu.
Nagle poczuł się bardzo zmęczony. Spojrzał na ramię. Cały rękaw był już przesiąknięty krwią. Nie zabrał ze sobą nic do opatrzenia rany.
Nie mógł tu zostać. Szybko opuścił lokal wraz z grupką podpitych gości.
Gorączkowo rozejrzał się po ulicy. Na szczęście nikt nie zwracał na niego uwagi.
Wiedział, dokąd musi iść. Nieważne, czy Tamil będzie obecny, czy nie. W sklepie alchemika znajdzie potrzebne rzeczy. To nie było daleko. Jedyne rozsądne wyjście.
Nogi same go poprowadziły.
Stanął przed witryną. Na zapleczu paliło się światło. Było tuż przed północą, więc sklep był zamknięty, jednak Tamil lub ktoś inny wciąż był w środku.
To nie miało teraz znaczenia. Potrzebował pomocy.
Zastukał mocno do drzwi, a głuchy huk rozległ się po opustoszałym sklepie. Ktoś wyszedł z zaplecza. Zauważył go przy drzwiach i z lekkim wahaniem podszedł.
Drzwi się uchyliły i Loen zobaczył w nich zaniepokojoną twarz Tamila.
– Już dawno zamknięte. Idź lepiej do szpitala.
Tamil rzucił okiem na sylwetkę Loena i zatrzymał wzrok na zakrwawionym ramieniu. Od razu zrozumiał. Ponownie uważnie spojrzał na twarz przybyłego.
Westchnął. Z lekkim wahaniem odsunął się na bok i uchylił drzwi, by Loen mógł wejść.
– Chodź szybko… na zaplecze. – Wskazał ręką smugę światła z tyłu pomieszczenia.
Loen miał coś powiedzieć, jednak czuł, jak jego myśli odpływają.
Głos Tamila, jakby z oddali, przywołał wspomnienia…
Tamil trzymał go za rozcięte przedramię i w skupieniu, delikatnie przemywał ranę. Mieli wtedy może z dziesięć lat.
Loen zawsze wdawał się w bójki. Nie znosił, kiedy ktoś go obrażał.
Tamil patrzył na niego z niepokojem. Jedyna osoba, która się nim zajmowała. Jedyna, której zależało.
Obiecywał mu wtedy, że nie da się tak łatwo sprowokować, ale nie mógł odpuścić. Tamil nie był jednak zły na niego. Martwił się, chciał mu pomóc, ulżyć w cierpieniu…
Loen ocknął się na zapleczu. Półleżał w głębokim fotelu w rogu pokoju. Obok niego na stoliku leżał odpięty pas z bronią i gadżetami.
Odruchowo złapał się za ramię. Jego rana była opatrzona. Ból ustąpił.
Spojrzał na Tamila.
Bez żadnych wątpliwości – to był on. Nie zmienił się aż tak bardzo. Wciąż miał delikatne rysy, dłuższe włosy i spokojne niebieskie oczy.
Loen odprężył się. Na zapleczu prawie nie było słychać gwaru z ulicy.
Mógłby teraz wyjść, ale nie chciał tego robić.
– Dziękuję. Widać, że masz wprawę. – Musiał nawiązać rozmowę.
Tamil skinął głową, lekko się uśmiechając.
Czy go rozpoznał?
– Dla mnie to nie pierwszyzna. Jestem Tamil. – Podał rękę na powitanie.
Loen uścisnął dłoń.
Spodziewał się, że jak tylko wypowie swoje imię, dawny znajomy go rozpozna. Serce mu przyspieszyło.
– A ja Loen.
– Miło cię poznać.
Żadnej reakcji. Nic.
Loen praktycznie od razu go rozpoznał. Wystarczyło mu przelotne spojrzenie przez szybę. Coś tu nie pasowało.
Czy to możliwe, że Tamil został wyprany ze wspomnień? Wiele lat temu Loen widział, jak zabierają go z ulicy. Wiedział, że szkolenia są wyjątkowo brutalne. Nie wszyscy je przeżywają. Może to wywołało u niego traumę. Stąd zaniki pamięci.
Uważnie rozejrzał się po pomieszczeniu.
Sklep był dobrze zaopatrzony. Widział nawet kilka unikatowych składników. W niewielkiej ilości – raczej do doświadczeń niż produkcji.
Tamil lubił eksperymentować. Loen także. To będzie dobry punkt zaczepienia.
– Masz może mikstury lecznicze?
Tamil przytaknął i podszedł do szafki. Zaczął wyjmować buteleczki z eliksirami. Szkło brzęczało, kiedy niechcący nimi stukał.
– Nie chcę być nieuprzejmy, ale… – Tamil spojrzał przelotnie na Loena znad ramienia. – Stać cię na nie, prawda?
Loen w odpowiedzi wyjął kilka monet schowanych w małej kieszonce spodni i położył ostentacyjnie na stoliku.
– Czy tyle wystarczy?
Tamil skończył i podszedł do stolika. Spojrzał na monety, na jego twarzy pojawiła się ulga. Może spodziewał się oszustwa.
Loen spokojnie spakował eliksiry. Jednocześnie już wiedział, jak przeciągnąć rozmowę.
– Powinieneś zrobić z nich użytek. – Wskazał jedną z półek, gdzie leżały rzadkie składniki.
– Tak… Właśnie miałem to w planach… – Tamil schował ostatnią monetę do sakiewki. – W bliżej nieokreślonej przyszłości…
Loen uśmiechnął się. Częściowo do Tamila, a częściowo do planu, który właśnie się narodził w jego głowie.
– Dobrze się składa. Mogę pomóc.
– Nie, nie… To nie twój problem. Sam się do tego zabiorę… – Tamil wyglądał na zmieszanego. – Tak w ogóle, to nie jesteś stąd, prawda? Wyczuwam akcent… z Tichonu?
Loen był dobry w udawaniu. Może to akcent zmylił Tamila i dlatego wciąż sobie nie przypominał?
– Właściwie wychowałem się tutaj, w dokach… – Loen specjalnie zawahał się, ale nie widział żadnej reakcji. – Jako nastolatek jednak trafiłem do Tichonu.
Nawet po przekazaniu tylu wskazówek Tamil wciąż go nie pamiętał. Nie na to liczył.
Loen musiał się przekonać, co się za tym kryje.
– Ach, tak… Twój akcent jest subtelny. W każdym razie jutro możesz przyjść na zmianę opatrunku. Byle nie tak późno jak dziś. – Tamil uśmiechnął się lekko.
Loen zaśmiał się.
– Dziś to wyjątek. – Wiedział, jak rozegrać tę partię. – Przyjdę jutro wieczorem. Jak skończysz pracę, to zaczniemy.
– Zaczniemy? Co zaczniemy? – Tamil był zaskoczony.
– Jak to co? Mówiłeś przecież, że chcesz zrobić użytek z tej kolekcji. – Wskazał ręką półkę. – W takim razie służę pomocą.
– Mówiłem? Ale to nic pilnego… Nie chcę cię trudzić. Na pewno masz co robić.
Brak zapału go rozczarował. Jednak to nie było teraz ważne. Miał okazję poznać prawdę a przy tym pokazać swoje umiejętności. To było warte poświęcenia czasu.
– Mam jutro wolny wieczór, to zaczniemy.
– Ale… – Tamil wyraźnie szukał wymówki. – Chciałem się przygotować… Po prostu nie sądziłem, że to będzie tak szybko.
Nie chciał pomocy. Nieważne, i tak ją otrzyma. Przy okazji sprawdzi, co jest nie tak z jego pamięcią.
Owszem, Loen zmienił się przez te kilkanaście lat rozłąki. Jednak takich osób jak on łatwo się nie zapomina.
– Więc widzimy się jutro.
– Tak, do zobaczenia… – powiedział bez entuzjazmu Tamil.
Wcześniejszy Tamil nie był taki zgaszony. Ten wydawał się być zrezygnowany i bierny.
Loen miał kilkanaście dni spokoju przed kolejnym zleceniem. Postanowione – kolejne wieczory poświęci Tamilowi.
*
Loen miał w pamięci dzień, gdy Tamil go opuścił. Nie spodziewał się, że kilkanaście lat później ich drogi jeszcze się przetną.
Subtelne wskazówki nic nie dały. Te bardziej bezpośrednie też nie. Tamil go zapomniał. Jakby Loen nie istniał wcześniej w jego życiu. Dla Tamila był po prostu jednym z wielu dzieciaków, niewartym uwagi.
Nie tak to pamiętał.
Dowiedział się jednak, czemu Tamil nie został magiem. Skutecznie stłumiono w nim wszelkie objawy magii. Jego talent okazał się niewystarczający.
To Loen wyszedł na tym lepiej. Po tym, jak Tamil zniknął, chciał też mieć szansę. Być kimś więcej niż zwykłym rzezimieszkiem z ulicy.
Oprócz wspólnej przeszłości, mieli też wspólną specjalność. Alchemia w Gildii Abolitów okazała się prostsza niż ta, której Loen uczył się u Arkanistów. Dwa miasta, dwa podejścia.
Arkaniści nie bali się eksperymentów i wiedzy. Abolici chcieli ograniczeń i kontroli. Loen lubił alchemię i był uzdolniony w tym zakresie. Mógł być tym, który pomaga. Albo tym, który szkodzi.
Tamil z czasem bardziej się angażował. Najpierw tylko obserwował, ale później sam dopracowywał receptury. Czasami Loen specjalnie mieszał nieco proporcje. Chciał sprawdzić różne warianty.
Widział, jak Tamil rozdaje ich eliksiry ubogim. Nie rozumiał tego. Jednak jeśli może przy tym testować swoje pomysły na ludziach, to czemu nie. Nie lubił marnotrawstwa ani naiwnego altruizmu. Wolał nie okazywać jednak swojej niechęci. Lepiej, żeby Tamil nie podejrzewał, iż prowadzi własne eksperymenty. Chciał, aby ich mikstury ratowały zdrowie i życie. Loen wolał wiedzieć, jak sprawić, by działały wydajniej.
W dzieciństwie Tamil też taki był. Lubił pomagać słabszym. Zawsze chciał być lepszy. Ratowanie życia dawało mu satysfakcję, tak jak Loenowi zabijanie.
Ta altruistyczna natura zaczęła mu przeszkadzać. Tamil był zbyt naiwny. Dobrze byłoby dać mu lekcję. Może nie był warty zapamiętania. Teraz to się zmieni.
*
Loen obserwował, pomagał i wyczekiwał odpowiedniego momentu.
Zasugerował Tamilowi, co i u kogo powinien kupić. Wiedział, który sprzedawca nie jest uczciwy, tym bardziej w przypadku kogoś tak naiwnego.
To była idealna pułapka. Nie dało się jej uniknąć.
Tego dnia Tamil wszedł do pracowni pewnym krokiem, z rozpromienioną twarzą. Jego ubranie było przesiąknięte przyprawami. Wracał z targu.
– Cześć! – Tamil postawił buteleczkę na stole. – Nie uwierzysz! Właśnie zdobyłem iskiernik w ludzkiej cenie.
Loen przyjrzał się uważnie butelce z niebieskim płynem.
Wzmacniacz mikstur – potocznie zwany iskiernikiem.
Jeden rzut oka i wiedział, że coś jest nie tak. Każdy doświadczony alchemik powinien był to zauważyć.
Iskiernik połyskiwał i odbijał światło na czerwono. Odbite promienie powinny dawać ciepły odcień. Ten wpadał w chłodne tony. Subtelna różnica, ale bardzo znacząca. Nie każdy by to dostrzegł. Tamil pierwszy raz widział tę substancję. Nie rozumiał, że właśnie został oszukany.
Dokładnie tak, jak się spodziewał Loen.
– W ludzkiej cenie… – powtórzył, zastanawiając się, czy Tamil coś już zauważył.
Tamil ochoczo odkręcił korek. Z wnętrza uniósł się zapach. Był odrobinę zbyt słodki, jakby ktoś dodał kroplę miodu do ostrego aromatu ziół.
– Pachnie… dziwnie, prawda? – Tamil nagle spoważniał i niepewnie spojrzał na Loena.
Jednak coś przeczuwał. Szukał potwierdzenia.
Loen pochylił się nad butelką, udając, że dokładniej sprawdza substancję.
Nie było najmniejszych wątpliwości, że była zanieczyszczona. Każda mikstura, jaka by z niej powstała, była niestabilna. Nie dało się przewidzieć efektów.
O to właśnie chodziło. Wystarczyło to wykorzystać.
– Pachnie w porządku. – Loen zerknął na Tamila. – Ale jakość będzie słabsza.
Tamil na te słowa wzdrygnął się.
– Słabsza? Ta cena była… Jak teraz myślę, to aż za dobra… – Tamil znów spojrzał wyczekująco na Loena. – Czyli jednak jest bezpieczny? Mogę go użyć?
Iskiernik był tak drogi właśnie dlatego, że łatwo było go zepsuć. Wtedy stawał się co najmniej bezużyteczny, a zazwyczaj niebezpieczny.
– Jeśli będziesz ostrożny, nic się nie stanie. Przyspieszysz sobie pracę. – Wiedział, jakich argumentów użyć, by wątpliwości Tamila się rozwiały. – Chyba nie wycofasz się tylko dlatego, że trudniej przygotować taki eliksir?
– Nie, nie o to chodzi. – Tamil pospiesznie zaprzeczył. – Wiem, że będzie trudniej. Tylko ten składnik… Czy jego zapach nie jest trochę dziwny?
– Wątpisz w siebie, a nie w składnik.
– Może masz rację…
Tamil wpatrywał się w iskiernik, jakby chciał z niego wyczytać przyszłość.
Loen sięgnął po buteleczkę. Zakorkował ją i odstawił na półkę obok. Z odległości trudniej było coś zauważyć.
– Nie martw się. Pomogę ci. Możesz znacznie zwiększyć skalę. Chyba chciałeś pomagać jak największej liczbie ludzi?
– Tak… oczywiście, że tak. – Tamil spojrzał na Loena. – Z twoją wiedzą… jestem pewny, że sobie poradzę.
– Zdecydowanie.
To zawsze działa. Wystarczyło pokazać ludziom cel, do którego warto dążyć. Wtedy wątpliwości przestają mieć znaczenie.
*
Minęło kilka godzin, zanim dopracowali recepturę.
Tamil pochylił się nad retortą, zaniepokojony, gdy substancja zaczęła bulgotać gwałtownie.
– Coś jest nie tak… – szepnął. – Za szybko podgrzałem? – Spojrzał na Loena.
Loen wpatrywał się w bulgoczący płyn, jakby zastanawiał się, co poszło nie tak. Patrzył spokojnie, jak dym rozpełza po stole a kolor mikstury ciemnieje bardziej niż powinien. Dobrze wiedział, co to oznacza.
Wystarczyłoby jedno słowo, żeby to zatrzymać. Jednak to nie wchodziło w grę. Musiał uśpić czujność Tamila.
– Zmniejsz płomień. Ustabilizuje się.
Tamil potaknął i skręcił ogień. Wystarczyło. Płyn od razu przestał bulgotać. Gryzący dym rozproszył się w powietrzu.
– Uspokoiło się… – Tamil odetchnął.
– Widzisz? Udało ci się.
Loen spojrzał uważnie na Tamila. Uśmiechał się, wpatrzony w retortę. Dumny z siebie. Nic nie podejrzewał.
Pierwsza porcja była gotowa. Teraz trzeba sprawdzić, co naprawdę potrafi.
***
Tamil
Na początku pojedyncze przypadki go nie zaniepokoiły.
Kobieta z doków po eliksirze dostała jeszcze większej gorączki. Kilkoro dzieci nie mogło wstać z łóżka. Jednak nikt nie łączył tego z miksturami. Jeszcze nie.
Z czasem historii zaczęło przybywać, a Tamil słuchał ich z rosnącym niepokojem. Setki rozdanych mikstur w ciągu kilku dni. Wcześniej działał na znacznie mniejszą skalę. To przecież normalne, że przy tak dużej liczbie reakcji niepożądanych będzie więcej.
Może nie ufał sobie, ale liczbom już tak. Wyliczył, ile faktycznie powinno być skutków ubocznych. Coś się nie zgadzało. Przypadków nie było więcej – było ich za dużo.
Musiał to omówić z Loenem.
– Czy to normalne? Może coś robimy… źle?
Loen w skupieniu odmierzał składniki na kolejną porcję. Tamil obserwował go jak zahipnotyzowany.
– Każdy reaguje inaczej. Zresztą, to tylko kilka przypadków. Jest ich więcej, bo więcej rozdajesz.
Zabrzmiało to rozsądnie. Tamil przecież na początku pomyślał dokładnie to samo. Ale obliczenia wskazywały na coś innego.
– Wciąż jest ich za dużo. Obliczyłem to i…
– Może źle policzyłeś. Reakcje nie są liniowe przy zwiększonej skali. Uwzględniłeś to?
Czy nie odpowiedział zbyt szybko? Jakby miał już wcześniej gotowe wytłumaczenie.
Coś tu nie pasowało. Wcześniej miał pełną kontrolę, wszystko rozumiał. Teraz proces był bardziej skomplikowany. Zaufał Loenowi. Czy dobrze zrobił?
Loen miał znacznie większą wiedzę i doświadczenie. Bagatelizował skutki uboczne. Czy był aż tak pewny swojej nieomylności? Nie powinien wzbudzać podejrzeń. Jednak czasem coś w jego zachowaniu nie dawało Tamilowi spokoju. Ledwo zauważalna rysa na szkle.
A może to on miał paranoję?
Dlatego musiał dopracować proces. Przeliczał proporcje, pilnował temperatury, sprawdzał czas. Jednak nic to nie zmieniło. Nie uniknął tego, czego obawiał się najbardziej.
W końcu pojawiły się pierwsze zgony, a Tamil ze zdziwieniem zrozumiał, że czekał na nie już od dawna. Tego się spodziewał.
Wcześniej też oczywiście nie każdego udawało się uratować. Jednak przy mniejszej liczbie pacjentów widział ich stan i śmierć nie była aż tak zaskakująca. Umiał określić, czy eliksir leczy, czy tylko uśmierza cierpienie.
Teraz nagle utracił całą swoją intuicję. Może to z przepracowania? Pamiętał kilka osób, które umarły. Nic nie wskazywało na ich poważny stan. Wręcz przeciwnie, powinni szybko wyzdrowieć.
Loen dopiero po pierwszych śmierciach zaczął zwracać większą uwagę na pacjentów. Zadawał wiele pytań. Tamil odnosił wrażenie, że ta sytuacja także go nie zdziwiła. Jakby właśnie przeprowadzali eksperyment, w którym testują nową miksturę – i jeszcze nie wiedzą, czy ma ona być lekiem czy trucizną.
Tamil domyślał się od pewnego czasu, co Loen robi wieczorami. Jak zarabia na życie. Dlaczego po jego nocnych eskapadach giną ludzie. Czemu wraca poobijany lub rzadziej ranny. Choć nigdy nie miał zamiaru powiedzieć tego wprost.
Z tego powodu traktował zainteresowanie swojego mentora jako zwykłą ciekawość. Niepokojącą i moralnie niejednoznaczną. Jednak nie widział w tym większego planu.
Dlaczego tolerowanie tego przychodziło mu tak łatwo? Potrzebował jego wiedzy, czy jego pewności siebie?
Coraz więcej wątpliwości pojawiało się w jego głowie. Jeśli Loen ma w tym jakiś cel? Tylko jaki? Może od początku chodziło mu o testowanie mikstur na szeroką skalę. Tylko po co? Dlaczego miałby tak zwracać na siebie uwagę?
Tylko, że to nie Loen rozdawał eliksiry potrzebującym. Robił to Tamil. Zawsze on.
To Tamil zwracał na siebie uwagę, Loen pozostawał w cieniu i nikt oprócz Tamila nie wiedział, jak dużą rolę odgrywa w całym procesie.
*
Tamil rozdawał mikstury przy stoisku z przyprawami niedaleko doków.
Dzień był ciepły i przyjemny. Słońce odbijało się w szklanych fiolkach. Powietrze było przepełnione zapachem orientalnych przypraw i wilgoci.
Zazwyczaj ludzie ustawiali się w kolejce, jednak ostatnio było inaczej. Wielu tylko stało obok i patrzyło z ukosa. Szeptali między sobą.
Niechęć i widoczny brak zaufania sprawiały, że Tamil chciał jak najszybciej skończyć i opuścić to miejsce. Czuł napięcie, które wisiało w powietrzu.
Wtedy ich zobaczył. Dwóch mężczyzn, znanych mu aż za dobrze. Ci sami, którzy kilka tygodni temu napadli go w bocznym zaułku i okradli. Tamten raz skończył się siniakami, tym razem Tamil nie spodziewał się niczego lepszego.
– O, nasz cholerny dobroczyńca! – zawołał jeden z napastników, tym razem na tyle pewny siebie, by nawet nie zakrywać twarzy chustą. – Dziś też rozdajesz swoje… lekarstwa? – Krzywo uśmiechnął się. – Słyszałem, że najbardziej pomagają… w umieraniu. – Stanął na tyle blisko, że Tamil wyczuwał jego kwaśny oddech.
Ludzie obok zamarli. Nikt się nie odezwał. Powietrze jakby zatrzymało się między nimi, mieszając zapach przypraw z nieprzyjemną wonią oprawcy.
Tamil skrzywił się. Musiał zachować spokój.
– Po prostu odejdźcie… – głos mu zadrżał.
Drugi mężczyzna roześmiał się i podszedł bliżej.
– Nie pasuje ci, że tu jesteśmy? To sobie grzecznie pójdziemy… – Zrobił dodatkowy krok w stronę Tamila. – Ale najpierw pozbędziemy się tych diabelskich flaszek… Zanim komuś znowu stanie się krzywda.
Brutalnie wyrwał skrzynkę z rąk Tamila. Kilka fiolek wypadło i potoczyło się po bruku. Część stłukła się, uwalniając ostry zapach spirytusu i ziół.
Tamil instynktownie cofnął się o krok. Wiedział, że nie ma szans.
– To nie jest wasze…
Mężczyźni nawet nie próbowali go słuchać. Jeden z nich stanął przed nim ze złośliwym uśmiechem na ustach.
– Nikt tu nie chce tych szczyn. – Napastnik rozejrzał się po tłumie wokół. – Ani nikt ci tu nie pomoże, morderco.
Popchnął Tamila. Lekko, jedynie by pokazać, że ludzie nie zareagują.
Miał rację. Wyczuwał to już od pewnego czasu. Wszystko się zmieniło. Traktowali go z dystansem.
Ludzie wokół tylko patrzyli w milczeniu, nikt nie zrobił nawet kroku w jego stronę. Wzgarda, niechęć, nawet satysfakcja – wszystko mieszało się w ich twarzach. Tamil opuścił ręce. Po prostu go okradną i pobiją. Tylko dlatego, że chciał pomagać.
Tłum nagle się poruszył. Ktoś szybko przeciskał się, a ludzie nie próbowali go powstrzymać. Kolejny napastnik?
Przed nim pojawił się Loen.
Tamil poczuł się jak aktor grający w przedstawieniu, którego scenariusza nie znał. Jakby Loen czekał na wejście na scenę.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Loen uderzył mężczyznę w przedramię. Skrzynka wypadła, ale Loen złapał ją w ostatniej chwili i odstawił na ziemię.
Napastnik z nienawiścią patrzył na nowo przybyłego, mierząc swoje szanse. Drugi z mężczyzn nawet nie próbował atakować. Cofnął się, niemal wpadając w tłum. Jeszcze dwa kroki i zniknie.
– Wystarczy – głos Loena był spokojny. – Nic dziś nie dostaniecie. – Przeszył napastników uważnym spojrzeniem, oceniając, czy stanowią jeszcze zagrożenie. – Widowisko się skończyło, możecie się rozejść. – Tym razem zwrócił się do tłumu gapiów.
Napastnik, który przed chwilą oberwał w rękę, odezwał się.
– A kim ty, kurwa, jesteś? Jego strażnikiem?
– Jeśli trzeba.
Loen uśmiechnął się, jednocześnie uważnie śledząc każdy ruch rozmówcy. Czujny jak drapieżnik.
Mężczyźni zrozumieli, że nie pójdzie im tak łatwo, jak myśleli. Wycofali się bez słowa.
Tamil przykucnął, zbierając fiolki i resztki potłuczonego szkła. Loen pochylił się i podał mu jedną z buteleczek.
– Musisz nauczyć się bronić – powiedział cicho, by nikt z tłumu ich nie dosłyszał. – To się powtórzy.
Tamil delikatnie skinął głową.
Spojrzał w górę na swojego wybawcę, próbując odczytać, co kryje się za tymi słowami. Troska? A może kontrola? Skąd się tu wziął? Czy cały czas go obserwował?
– Miałem szczęście, że się pojawiłeś.
Loen odwrócił wzrok i rozejrzał się, wypatrując zagrożenia.
– A ja miałem szczęście, że się nie spóźniłem – powiedział po chwili.
Zanim Tamil zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Loen skinął na pożegnanie i rozpłynął się w tłumie. Jakby nigdy go tam nie było.
Nie wiedział, co go bardziej niepokoiło – to, że Loen był w pobliżu przez przypadek, czy że cały czas go obserwował.
*
Po napadzie Tamil ze zdwojoną siłą próbował naprawić recepturę. Każdego dnia powtarzał próby. Nic się nie zgadzało.
Raz mikstura była przejrzysta, a innym razem delikatnie mętniała. Różnica była mało zauważalna w gotowym produkcie, jednak niepokojąca. Te same składniki, ale efekt inny.
– To niemożliwe – powtarzał. – Proporcje są te same… Co robię źle?
– Jesteś pewien, że nic nie zmieniłeś? Może tym razem temperatura była o pół stopnia za wysoka? Albo o kilka sekund za długo trzymałeś na ogniu? Precyzja jest wszystkim – odezwał się Loen.
Tamil powoli przestawał wierzyć w swoje umiejętności. Wszystko wskazywało na to, że gdzieś popełnia błąd. Tylko gdzie?
– Wszystko robię jak zawsze… Nic się nie zmienia poza efektem końcowym… Chyba po prostu oszaleję, zanim dotrę do tego, co jest nie tak!
– Za dużo czasu na to tracisz. – Loen wstał i przyjrzał się bulgoczącej jeszcze substancji. – Skoro jesteś pewien pomiarów, to wszystko robisz dobrze. Ludzie i tak będą umierać. Nie unikniesz tego.
– Ale te zgony… jest ich za dużo.
– Nie zakładaj, że to przez mikstury. – Loen wydawał się mieć argument na wszystko. – Może źle je przechowali? A może to powietrze z fabryk?
– Czyli mam nic z tym nie robić? – głos mu zadrżał. – Może w ogóle powinienem przestać cokolwiek im dawać, bo teraz wygląda, jakbym to ja ich truł! A ja tylko chciałem pomagać… – dodał szeptem.
– I pomagasz. W końcu będą wdzięczni.
Tamil nie potrzebował wdzięczności. Tego Loen nie rozumiał. Przez te eksperymenty tracił zaufanie budowane latami. Co gorsza, nie wiedział, jak to naprawić.
Czuł się jak w akademii, kiedy dotarło do niego, że jego talent jest niewystarczający do zostania magiem. Widział wtedy rozczarowanie w oczach nauczycieli. Wtedy sam postanowił się poddać. Wybrał alchemię – tu magiczny talent nie był potrzebny. Tym razem jednak jego mentor nie zniechęcał go do działania. Czemu więc czuł się podobnie?
Kiedy następnego dnia przyszedł chłopak z doków z kolejną skargą, Tamil poczuł, jak żołądek ściska mu się z nerwów.
– To nie może być wina eliksiru. Może źle go przechowywaliście? – Te słowa nie zabrzmiały jak jego własne. – Powietrze nad rzeką jest skażone, ciągły smog… A może zaszła tu reakcja z pyłem… – Tamil przerwał nagle, uświadamiając sobie, że powtarza argumenty Loena.
Słowa same wypływały z jego ust. Wymówki, w które nie wierzył. Jednak co innego mógł powiedzieć? Przyznać się do czegoś, czego sam nie był pewny? Loen może mieć rację. Po tylu próbach nie odkrył jeszcze przyczyny niepowodzeń.
W końcu chłopak wyszedł, a Tamil odetchnął ciężko.
Wieczorem znów odwiedził go Loen. Teraz był w warsztacie niemal codziennie.
Przyszedł mu pomóc? Pocieszyć go? Napawać się jego cierpieniem?
– Jest ich coraz więcej – szepnął Tamil, spoglądając na notatki. – Co robię źle?
Loen podszedł, by też spojrzeć na zapiski. Spokojny jak zawsze.
– Proces zawsze był niestabilny.
– Niestabilny? – Tamil spojrzał na kompana zaskoczony. – Do tej pory o tym nie wspominałeś… Twierdziłeś, że jest bezpieczny, że można go kontrolować… – Tamil widział, jak Loen robi kilka kroków wstecz, jakby próbował się wycofać. – A teraz ludzie chorują, Loen. Oni umierają! Nie po to wszystko to robiłem, żeby…
Loen zesztywniał. Tamil przez moment widział grymas na jego twarzy. Niecierpliwość? Zdenerwowanie? Czy to, co powiedział aż tak bardzo go zirytowało?
– Na drugi raz powinieneś mnie uważniej słuchać. – Loen był spięty, mówił wolniej niż zwykle. – Na pewno wspominałem o czymś tak istotnym. Ty jednak zamiast się zastanowić, wolałeś od razu działać. – Zakończył z pobłażliwym uśmiechem.
Tamil chciał odruchowo zaprzeczyć… Ale co jeśli Loen ma rację? Faktycznie był podekscytowany. Czy przez nieuwagę zignorował ostrzeżenie? Jak mógł tego nie usłyszeć? Nie chciał? Nie uważał, że to istotne? Naprawdę zaślepiła go chęć niesienia pomocy za wszelką cenę. Chciał udowodnić sobie i innym, że potrafi coś zmienić na lepsze.
Loen dotknął ramienia Tamila, wyrywając go z rozmyślań.
– Przejdziemy jeszcze raz przez cały proces. Bez błędów. Pomogę ci.
Słowa Loena miały działać kojąco, więc dlaczego zabrzmiały jak groźba?
Tamil czuł dłoń zaciskającą się na ramieniu jak imadło. Nie poruszył się. Nie wiedział, czy chce się wyrwać, czy zostać.
Nie powinien tak myśleć. Skoro Loen wszystko sprawdzi, to na pewno teraz będzie dobrze. On nic nie przeoczy. Zawsze był lepszy w alchemii.
Tamil skinął głową, zgadzając się.
Spojrzał na Loena. Znów był oazą spokoju. To właśnie zaniepokoiło Tamila najbardziej.
***
Loen
Kolejna noc, kolejne zlecenie. Jak zawsze wykonał je bez błędu.
Jednak gdy schodził z dachu, zdał sobie sprawę, że nie pamięta już, jak wyglądała ofiara.
Za to twarz Tamila widział wyraźnie. Pojawiała się w jego myślach zbyt często.
W drodze do kryjówki zrozumiał – to wszystko stało się zbyt przewidywalne. W dodatku zwracało zbyt dużą uwagę. Loen wolał pozostać w cieniu. Nie powinien tak się narażać.
Jego mieszkanie pachniało stęchlizną i kurzem.
Zdjął płaszcz i powiesił go na haku przy wejściu. Rękawice położył na komodzie. Broń oczyścił i schował w równych odstępach do szuflady. Rutyna, która zwykle wystarczała. Dziś nie.
Oparł dłonie o blat stołu, nachylając się nad mapą dzielnicy portowej.
Jego wzrok ślizgał się po liniach i symbolach, które sam narysował. Plan na najbliższe dni. Kogo obserwować, gdzie się udać. Wciąż wracał jednak do jednego miejsca – małego sklepu Tamila.
– Jest zbyt naiwny.
Palcami przesunął po mapie w miejscu, gdzie stało laboratorium alchemika.
– Ma duże braki w wiedzy. Mimo to szybko je nadrabia.
Nagle urwał. Już kiedyś to słyszał. Tak samo kiedyś mówiono o nim.
O kimś, kogo trzeba odpowiednio poprowadzić. Albo złamać.
Loen odwrócił się od stołu i pokręcił głową.
– To przestaje mieć sens… – mruknął.
Ponownie spojrzał na mapę. Patrzył na sklep Tamila. To nie był przypadek.
– Ta gra wymaga zmiany reguł, jeśli dalej ma trwać.
Tamil był zbyt łatwowierny. Mógł uwierzyć w dowolny argument. Nie rozumiał, jak potężna potrafi być alchemia. Wystarczało mu to, co miał. Dla Loena to było za mało.
Wziął pinezkę i wbił w mapę.
Pracownia Tamila. Jego nowy projekt.
Przestanie go prowadzić za rękę. Tamil dostanie wiele wskazówek. Wiedzę, której wcześniej nie posiadał. Teraz będzie musiał działać sam. A Loen zobaczy, co z niego zostanie.
*
Loen nie ujawnił, że iskiernik od początku był słabym ogniwem. Kupił dobrej jakości składnik i dyskretnie go podmienił.
Śmiertelność wyraźnie spadła. Na ulicach ludzie w końcu uspokoili się.
Tylko Tamil nie rozumiał, z czego to wynikało. Loen bez trudu wmówił mu, że jego dokładność przyniosła efekt. Pod wpływem sugestii stawał się coraz lepszy. Pewniej sięgał po bardziej skomplikowane receptury.
Przy okazji zaczęło przybywać mu klientów. Wiadomość o jego talencie rozniosła się po mieście i sklep z dnia na dzień zaczął lepiej prosperować.
Problem pozostawał jeden – Tamil wciąż odwiedzał biedotę. Loen widział, jak część z nich odsprzedaje eliksiry, które miały ratować ich życie. Nie dało się wyleczyć Tamila z naiwności.
Im więcej zarabiał, tym więcej rozdawał. Było to jednocześnie irytujące i przewidywalne. Tamil był skazany na biedę.
Mimo to obecna rutyna nie była stratą czasu. Dzień przestał być tylko przygotowaniem do nocy. Teraz Loen miał własny projekt, który zaprzątał jego myśli częściej niż powinien.
*
Loen prawie już zapomniał o zamieszaniu z iskiernikiem. Niestety, rzeczywistość miała mu o tym przypomnieć ze zdwojoną siłą.
Ten dzień upłynąłby jak każdy inny, gdyby nie wizyta strażnika miejskiego. Wszedł do sklepu, rozglądając się wokoło. Kogoś szukał.
– Dzień dobry. – Podszedł do Loena. – Czy to pana sklep?
Loen tylko skinął głową. Nie zamierzał mówić więcej niż trzeba.
– A pan pracuje tu sam, czy ma pomocnika? Szukam kogoś, być może pan kojarzy… – strażnik zwiesił głos, jakby czekał na pytanie Loena. – Młodego alchemika? Podobnego wzrostu do pana, ale szczuplejszego. Blondyna.
Tamil właśnie zaopatrywał ich w nowy zapas składników, więc nie było go w sklepie. Dzięki temu Loen mógł kupić im więcej czasu.
– Przewija się tu wiele osób. – Spojrzał na strażnika, starając się wybadać, ile ten faktycznie może wiedzieć. – Chodzi pan po wszystkich sklepach i pyta na oślep?
– Pytam, bo ktoś w końcu coś musi wiedzieć.
Szukają Tamila wszędzie. To nie wróżyło nic dobrego. Dobrze, że w sklepie nie było klientów, bo trudno byłoby gładko wybrnąć z tej sytuacji.
Strażnik podszedł do lady i położył na niej buteleczkę. Dokładnie taką samą, jakie stały wystawione na półkach za plecami Loena.
– A to pan kojarzy?
Loen podniósł flakonik i obejrzał dokładnie. W tak oczywistej kwestii nie mógł kłamać.
– Wyglądają dokładnie jak z dowolnego sklepu – zawiesił głos i spojrzał na strażnika. – W całym mieście ich pełno.
Odłożył flakonik i przesunął wymownie po ladzie w stronę strażnika. Tamten schował go i przytaknął.
– Tak, byłem już w dwóch innych i powiedzieli mi to samo – westchnął ciężko. – Dlatego musimy odnaleźć też tego alchemika. Ktoś go w końcu musi skojarzyć…
– Musiał narobić sobie wrogów. – Loen lekko pochylił się w stronę strażnika. – Co takiego zrobił?
– Za dużo nie mogę powiedzieć… – Widać było, że strażnik walczy z sobą. – Jest bardzo… śmiertelnie niebezpieczny.
Loen zmarszczył brwi. Teraz się obudzili, po tylu tygodniach? Skoro już od dawna nikt nie umarł. Czemu nie odpuścili?
– Śmiertelnie niebezpieczny? To może wiele znaczyć.
– Niech pan po prostu nie bierze od niego żadnych lekarstw. – Strażnik zamyślił się na moment. – On udawał uzdrowiciela, a przy tym… Truł ludzi. – Skrzywił się z obrzydzeniem. – Zabił wielu. Nawet dzieci. Odrażający typ. Musimy go znaleźć jak najszybciej, zanim znowu coś komuś zrobi.
Przynajmniej raz strażnicy na poważnie zabrali się do pracy. Szkoda, że do tej.
– Jedna zła partia nie świadczy o morderczych zapędach. Ludzie często przesadzają.
– Nie, nie… To nie była jedna partia. – Strażnik energicznie pokręcił głową. – To zajęło tygodnie. Wielokrotnie chodził i truł, rozdawał setki tych… lekarstw i był przy tym sprytny. Bo większość faktycznie leczyła, nieliczne zabijały…
– Jeśli naprawdę truł ludzi, to dawno temu opuścił miasto. – Loen wzruszył ramionami. – Kto po czymś takim zostaje i czeka aż go złapią?
– Właśnie… Wychodzi na to, że on. – Strażnik uśmiechnął się nieznacznie. – Jeden z przesłuchiwanych wczoraj go widział. Niestety, nie umiał wskazać, gdzie pracuje, oprócz tego, że na pewno w jednym ze sklepów. Jednak proszę się nie obawiać. Pętla się zaciska… – dodał widząc, jak Loen na moment zesztywniał. – Żegnam pana w takim razie i proszę dać znać, jeśli coś pan zauważy.
Strażnik był już przy wyjściu.
Loen nic nie odparł, tylko skinął głową na pożegnanie. Dopiero, kiedy drzwi się zamknęły za nieproszonym gościem, rozluźnił dłoń zaciśniętą na ladzie.
Sytuacja się zmieniła. Czemu teraz się tym zajęli?
Na szczęście Tamila nie było na miejscu. To spotkanie mogło potoczyć się bardziej dramatycznie.
Loen od razu zamknął sklep i zaczął pakować co ważniejsze rzeczy. Musieli jak najszybciej udać się do Tichonu. Nie mogli zabrać za dużo. Zresztą niewiele potrzebowali.
Chciał jeszcze ze swojej kryjówki wziąć pieniądze. Skoro Tamil był poszukiwany, to musieli z Tygla ulotnić się szybko i dyskretnie. Taki wyjazd będzie ich kosztował niemało. Jeśli dotrą do Tichonu, to mają czystą kartę. Nikt nie będzie ich szukał.
Loen wrzucił najcenniejsze alchemiczne komponenty do sakwy. W razie problemów można je sprzedać lub wymienić, będą stanowić dodatkową walutę.
Tamil nie będzie zadowolony, że muszą tak nagle wyjechać. Nie mieli jednak wyjścia. Stało się i tyle. Zresztą to go czegoś nauczy.
Loen odwrócił się słysząc pukanie w drzwi. Za szybą stał Tamil.
Szybko wpuścił go do środka i zamknął ponownie.
– Czemu zamykasz o tej porze? – Tamil zmarszczył brwi, jakby próbował sobie przypomnieć powód. – Kiedy mamy największy ruch.
– Nie dziś. – Loen tracił jak najmniej czasu na wyjaśnienia. – Pakujemy się. Do wieczora musimy stąd zniknąć.
– Jak to zniknąć? Co masz na myśli?
– To twój ostatni dzień w Tyglu.
Tamil roześmiał się, biorąc te słowa za żart. Szybko jednak spoważniał widząc, minę Loena.
– Ty mówisz poważnie? Dlaczego miałbym się stąd wyprowadzać? Nawet nigdy nie wspominałem o tym, że chciałbym to zrobić.
Nie było czasu na dyskusje i wątpliwości.
– Był tu dziś strażnik. Chciał cię aresztować.
– Ale za co miałby mnie aresztować? – Tamil jeszcze nie rozumiał jak poważna jest sytuacja. – To na pewno jakieś nieporozumienie…
– To nie nieporozumienie. Twoje eliksiry zatruły zbyt wielu ludzi, by to przeszło niezauważone.
– Te, przy których mi pomagałeś? Nic nie rozumiem… Przecież sam wtedy mi tłumaczyłeś, że to nic nadzwyczajnego… Że tak musi być… – Tamil opadł na krzesło. – To nie było przecież specjalnie… Czy było? – Spojrzał przenikliwie na Loena.
– Powtarzałem ci przecież o ryzyku. Składnik nie był czysty.
– Powtarzałeś? Czyżby? – w głosie Tamila słychać było niedowierzanie. – Nie! Ja… ja muszę to wyjaśnić! Wytłumaczę im… – Zerwał się nagle z krzesła. – Powiem im, jak było naprawdę! To nie była moja wina! To ty wprowadziłeś mnie w błąd!
Loen nie odpowiedział.
Zmrużył oczy. Czy naprawdę mógł to zrobić?
Błyskawicznie doskoczył do towarzysza i przytrzymał go w miejscu.
– Genialnie, Tamilu. Przyznaj się. Stryczek już na ciebie czeka. I to tylko na ciebie. To nie ja rozdawałem te mikstury. – Wycedził przez zęby. – Jeśli dziś nie wyjedziemy, zawiśniesz.
Tamil stał jak sparaliżowany, wpatrując się w Loena. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale rozmyślił się. Zamiast tego wyszarpał się z uścisku i cofnął o kilka kroków.
– Słuchaj uważnie. – Loen powstrzymał się od podejścia i zmuszenia Tamila, by na niego spojrzał. – Bierzesz tylko mały bagaż. Jeden komplet ubrań. Wszystkie pieniądze. Drobne, cenne rzeczy, łatwe do sprzedania. Resztę zostawiasz. Odkupisz w Tichonie. Ja w tym czasie załatwię nam transport.
Musiał znaleźć statek do Tichonu jeszcze dziś. To była ich jedyna szansa. Miał wystarczająco w sakiewce, aby kupić im podróż na ostatnią chwilę.
Tamil nic nie odparł. Nie patrzył na Loena, pustym wzrokiem wpatrywał się przed siebie. Wydawał się nieobecny.
Loen podszedł i potrząsnął nim.
– Tamil? Słyszałeś, co powiedziałem?
Tamil rozejrzał się, jakby wyrwany ze snu.
– Tak… – odparł cicho. – Mam się spakować.
Loen zdziwił się. Skąd ta nagła zmiana nastawienia? Tamil nagle stał się nienaturalnie spokojny.
– Tak. W ciągu godziny będę z powrotem, a wtedy wynosimy się stąd.
Nie miał pewności, czy Tamil w ogóle zacznie się pakować.
– Nie mamy dużo czasu. Czego nie zabierzesz, zostaje. Stracisz to na zawsze.
Tamil rozejrzał się po sklepie.
– Już wszystko straciłem. – Spojrzał na Loena z rezygnacją.
Loen nie miał czasu na dramatyzowanie. Tamil musi poradzić sobie sam. Najwyżej zabierze tylko pieniądze.
Kolej na nieWiedział, co robi Mikstura oszukanej śmiercigo. Statek był ich jedyną szansą na szybkie opuszczenie miasta.
Spojrzał na Tamila, który ze szklistymi oczyma rozglądał się po sklepie. Nie poruszył się jednak.
Nie szkodzi.
Miał swoje sprawy do załatwienia. Tamil może poczekać.
***
Loen – teraz
Loen nie znał nikogo, kto mógłby mieć większą wiedzę alchemiczną niż Tane. Jeśli ktoś miał mu pomóc uratować Tamila, to tylko on.
Po zejściu ze statku niezwłocznie umówił spotkanie z dawnym mistrzem w swoim niewielkim mieszkaniu.
Tane jak zwykle był jednocześnie zdystansowany i życzliwy. Nosił się cały na czarno, co z jego hebanową karnacją sprawiało wrażenie, jakby był cieniem, który ożył.
W pomieszczeniu panował półmrok. Było tuż po zachodzie słońca, a Loen jeszcze nie zaświecił lamp.
– Witaj, Loenie. – Tane obrzucił pomieszczenie spojrzeniem i od razu skupił je na Tamilu. – A więc w to się bawimy?
Podszedł do leżącego a bystre, prawie czarne oczy skupiły się na każdym szczególe wartym odnotowania.
– Praktycznie martwy. Męczysz go, bo go lubisz… czy dlatego, że go nienawidzisz? – Spojrzał z lekkim uśmiechem na Loena.
– Próbuję go ratować.
– Przed czym? Świętym spokojem? – Tane podszedł do Loena, jego przenikliwe oczy skupiły się na zabójcy.
Loen ważył słowa.
– Nie umiem go uzdrowić. Jeszcze nie znam metody. Ale sądzę, że ty tak… – gardło Loena zacisnęło się, kiedy spojrzał na Tamila.
Tane zmarszczył brwi.
– Ładnie namieszałeś w Tyglu, Loenie. I naprawdę jesteś zaskoczony, co się z tego uwarzyło? – Tane zaśmiał się z własnej gry słów, jednak od razu spoważniał. – Nie po to tam cię wysłaliśmy. Miałeś być dyskretny. Zabijać po cichu. A nie urządzać cyrku… Rozczarowałeś mnie. – Tane z dezaprobata pokręcił głową. – Szczęśliwie dla ciebie problem już się rozwiązał. – Ręką wskazał Tamila. – Wytłumacz mi tylko, co ci strzeliło do głowy, by przytargać ze sobą ciało? Co to ma być? Trofeum? Trzeba było odciąć palec… albo rękę.
– Nie… Nic nie rozumiesz. Pomóż mi go uratować.
– Rozumiem doskonale. Mam go ocalić? – Tane przypatrzył się Loenowi, zanim kontynuował. – Ty naprawdę wierzysz w to, że to możliwe.
– On jeszcze żyje! Musi być jakiś sposób…
– Gdyby dało się uniknąć śmierci, już dawno sprzedawalibyśmy to w butelkach. Twój przyjaciel znalazł się na drodze bez powrotu. Powiedziałbym, że mi przykro, ale niespecjalnie… – Tane spojrzał na leżącego Tamila. – Nie będę żałować kogoś, kogo nie znam. Zwłaszcza, jeśli na to nie zasłużył…
– Musi dać się to odwrócić. Jakaś zakazana metoda znana tylko tobie…
Tane nagle spoważniał. Jego sylwetka napięła się, a głos nabrał lodowego tonu.
– Zakazana metoda? – prychnął. – Tak, pobawmy się we wskrzeszanie.
Ponownie podszedł do Tamila. Dotknął zimnego policzka i sprawdził palcem, czy z nozdrzy wydobywa się oddech.
– Przynajmniej mikstury umiesz uwarzyć bezbłędnie – w jego głosie faktycznie było słychać uznanie. – Szkoda, że nie zawsze byłeś tak precyzyjny. Możesz go trzymać w tym stanie jeszcze kilka tygodni… Jeśli to cię bawi. Ale to nic nie zmieni.
Nie tak miało to wyglądać. Przyszedł tu po rozwiązanie. Jeśli Tane go nie miał, nikt inny też go nie posiadał.
– Nie rozumiem tej obsesji, Loenie. Lubiłem cię, bo się nie przywiązywałeś. – Tane odszedł od Tamila. – Nie masz teraz problemów tylko dlatego, że nikt nie powiązał gildii z tym bagnem. Musisz się z tym jak najszybciej uporać. Nie jesteś kimś, kto ma przyjaciół. A tym bardziej kimś, kto ich ratuje.
Loen spojrzał na dawnego mistrza. Specjalnie nie chce pomóc. Dla dobra gildii?
– Nie wierzę w to, że nie umiesz go uratować… Ty nie chcesz! Pasuje ci, że on umrze! – Loen nie próbował już opanować wściekłości.
Tane tylko uniósł brwi w teatralnym zdziwieniu. Podszedł do Loena. Był gotowy na konfrontację.
– Oczywiście, że jest mi to na rękę.
Loen zacisnął pięści, ale nie poruszył się.
– Co nie zmienia faktu, że się nie da – Tane kontynuował, zachowując spokój. – Twój kolega uniknął kary, a ty wciąż żyjesz. To całkiem dobre zakończenie. Dla was obu.
Loen przypomniał sobie, kim jest Tane. Nigdy nie był jego przyjacielem. W jego towarzystwie najlepiej się całkowicie kontrolować. Odetchnął głęboko.
To nie miało przecież sensu. Nie zmusi Tane'a do czegoś, co jest nierealne. Co mu pozostało?
– Przestań podawać mu miksturę. – Tane jakby czytał w myślach. – Jak najszybciej pozbędziesz się ciała. Możesz zostawić sobie palec na pamiątkę, jeśli to cię kręci. Ale reszta ma zniknąć… jak ostatnie promienie słońca o zmierzchu. – Jego ręka zatoczyła łuk w stronę okna.
Loen pokręcił głową.
– Nie mogę tak po prostu odpuścić…
– W takim razie czeka cię krótkie życie z prawie trupem u boku. Przynajmniej nie będziecie się kłócić i zawsze będzie ci potakiwał.
Loen spojrzał na Tamila, jakby faktycznie miał mu potaknąć.
– Znów ci się upiekło… – Tane nagle zmienił ton na bardziej przyjazny. – Jak zawsze spadasz na cztery łapy.
– Jak zawsze? – Loen nie pamiętał niczego takiego.
– Tak… – Tane zamyślił się, jakby próbował sobie dokładnie przypomnieć. – Zawsze ktoś inny płaci za twoje… eksperymenty.
Loen tak nie uważał. Nie odpowiadał za czyny innych. To oni zawsze decydowali.
Tamil także miał wybór. Sam zdecydował, jakie konsekwencje chce ponieść.
– Tamil był zbyt impulsywny.
– Czyżby? – Tane uniósł brwi w lekkim zdziwieniu. – W każdym razie lepiej skorzystamy z okazji, że nie żyje… prawie. Kolejny morderca, któremu udało się uciec i uniknąć kary – dodał ironicznie.
Tamil nie był mordercą, choć tak go teraz nazywano.
– Nie chcę, by go tak zapamiętano.
Tane spojrzał z przekąsem.
– To trzeba było mu nie zatruwać cichaczem mikstur. – Wyłapał zdziwione spojrzenie Loena. – Myślisz, że nic nie wiem? Byłbym marnym szefem, gdybym nie wiedział, czyż nie? Ale przyznam, że jest to też moja wina. Niepotrzebnie pozwoliłem ci na tę zabawę… wydawała się taka niegroźna.
Czyli od początku był obserwowany. Nie ufali mu?
Kiedy stracił nad tym kontrolę? Nie miał jej od dawna.
Tamil leżał bez ruchu – jak tamtego dnia, gdy go znalazł.
***
Loen – kilka dni wcześniej
Spieszył się. Nie zostało wiele czasu.
Z trudem, ale udało mu się załatwić transport na statku. Odpływał za godzinę.
Wszedł do sklepu pewnym krokiem. Zachodzące słońce wpadało przez zabrudzone szyby. Pomarańczowe światło załamywało się tęczą barw na szklanych flakonikach.
Tamila nie było w sklepie. Pewnie jeszcze pakował się na zapleczu. Musiał go pospieszyć, bo się spóźnią.
Loen zatrzymał się w pół kroku. Przez moment wydawało się, jakby pyłki kurzu zawisły w powietrzu.
Było za cicho. Szybko wbiegł na zaplecze.
Od razu zobaczył Tamila leżącego na podłodze. Początkowo nie zrozumiał, co zaszło.
Szybko sprawdził ciało. Nie było żadnych widocznych ran. Wtedy dopiero zauważył leżącą obok pustą fiolkę. Na dnie znajdowało się jeszcze kilka ciemnofioletowych kropel.
– Nie teraz… – Loen zaczął potrząsać ciałem Tamila. – Idiota!
Tamil nie dawał oznak życia.
Loen sprawdził puls i oddech. Były prawie niewyczuwalne. Zostało mu kilka minut.
Musiał działać szybko. Wiedział, że na tę truciznę nie ma antidotum. Przynajmniej on go nie znał. Ktoś z gildii mógł mu pomóc. Musiał tylko utrzymać Tamila przy życiu wystarczająco długo, by przetrwał podróż do Tichonu.
Wiedział, co robić. Mikstura oszukanej śmierci. Miał ją pod ręką. Po drodze z doków zajrzał do kryjówki i spakował najcenniejsze wyposażenie i kilka eliksirów.
Znalazł rozwiązanie, choć tymczasowe. Naprawi to, co Tamil zepsuł. Jeszcze mu kiedyś za to podziękuje.
Wlał kilka kropel do gardła. Kilka sekund wystarczyło.
Ciało Tamila zesztywniało. Płytki oddech i bicie serca spowolniły tak, że stały się niewyczuwalne dla zwykłej osoby. Nie obudzi się, ale przynajmniej też nie umrze. Na razie.
Loen potrzebował więcej eliksiru. Jeśli Tamil miał przetrwać podróż, musiał dostawać kilka kropel co parę godzin. Buteleczka starczy co najwyżej na jeden dzień.
Ułożył towarzysza na macie i okrył kocem. Ciało nie mogło się wychłodzić.
Potem wymyśli sposób, jak przetransportować go na pokład.
Eliksir nie był trudny do uwarzenia, jednak czas nieubłaganie go gonił.
Musiał się maksymalnie skupić. Wszystko było teraz w jego rękach.
***
Loen – teraz
Wtedy nie uratował Tamila. Teraz też nie.
Czuł, jak ciało mu sztywnieje. Opadł na fotel.
Spojrzał ze wzgardą na Tane'a.
– Myślałem, że naprawdę coś potrafisz…
Tane tylko się roześmiał.
– Nie przeceniaj moich możliwości. Alchemia to nie nekromancja. – Nagle spoważniał. – Nie służy do przywracania martwych. A twój przyjaciel umarł już dawno temu. Akurat ty powinieneś to dobrze wiedzieć – dodał z przekąsem.
– Alchemia to farsa. – Loen zacisnął pięści w bezsilności.
– Nie jest wszechmocna. – Tane zabrzmiał nieco zbyt dramatycznie, jakby był aktorem na scenie. – Wszystko ma ograniczenia.
– Tylko, że Tamil… nie powinien sam decydować.
– A więc o to chodzi? Że nie skonsultował swojej śmierci z tobą? Może powinien zamiast tego zawisnąć na stryczku? – w głosie Tane'a pobrzmiewał sarkazm.
– Nie chciałem jego śmierci w ogóle.
– A więc plan był taki, że osiedlicie się razem w Tichonie? A on będzie uradowany, że to dzięki tobie musiał się wynieść z Tygla?
– Nic go tam i tak nie czekało. – Loen nie mógł znieść sarkazmu dawnego mistrza.
Nagle Tane wstał i podszedł do drzwi. Na odchodne spojrzał na Loena.
– Ta naiwność ci nie pasuje, Loenie. Nie do twarzy ci w niej… Ogarnij to jeszcze dziś.
Loen zrozumiał, że cierpliwość Tane'a się skończyła.
Skinął tylko głową na pożegnanie, gdy jego dawny mistrz zniknął za drzwiami.
Tane miał rację. Niepotrzebnie przywiózł tu Tamila. Ratowanie go nie miało sensu.
Poczuł ucisk w gardle. Przecież chciał pokazać Tamilowi, gdzie prowadzi jego głupia naiwność. I pokazał. W Tyglu będą o nim długo pamiętać. Alchemik. Filantrop. Morderca.
Powinien właśnie podać kolejną dawkę mikstury.
Spojrzał na Tamila. Nie było już sensu. Za kilka minut będzie po wszystkim. W półmroku obserwował, jak oddech staje się coraz płytszy. I w końcu znika.
Loen poczuł zimny dreszcz.
Patrzył jeszcze przez chwilę, aż wszystko pogrążyło się w ciemności. Zachód słońca już dawno minął.
Dość tego.
Wstał.
Było jeszcze wiele do zrobienia tej nocy.
Hejka!
Ogólnie dobrze się czytało i historia mnie wciągnęła. Najlepiej wypada relacja między bohaterami, jest powolna i dość niekomfortowa, ale właśnie przez to ciekawa i wiarygodna. Postacie są dobrze napisane i można się z nimi zżyć. Fabuła jest spójna i konsekwentnie prowadzona za co duży plus. Końcówka mi się podobała, bo nie była przesadzona, nie było wielkiego dramatyzowania, tylko poczucie, że coś się właśnie nieodwracalnie skończyło.
Małe marudzenie: Czasami pojawiają się powtórzenia i podobne zdania obok siebie, przez co fragmenty trochę tracą rytm. Kilka krótkich zdań też aż się prosi, żeby je połączyć w jedno, wtedy lepiej by wybrzmiały i nie były takie poszarpane. W oczy rzuciło mi się też kilka miejsc z niepotrzebnymi zaimkami. Momentami opisy są bardziej tłumaczące niż pokazujące, zamiast poczuć emocje, dostajemy je powiedziane wprost.
Pozdrawiam!
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Hej,
Bardzo dziękuję za komentarz.
Na pewno będę zwracać większą uwagę na powtórzenia i zaimki – ciągle widzę, że mam do tego tendencję, mimo wcześniejszego redagowania.
W kwestii pokazywania emocji – to coś, nad czym na pewno chcę jeszcze popracować.
Krótkie zdania były częściowo zamierzone jako styl Loena, ale możliwe, że miejscami rzeczywiście zaburzają rytm.
Cieszę się, że mimo tych niedoskonałości tekst dobrze się czytało. :)
Technikalia:
Spieszył się, jednak nie sądził, by o czymś zapomniał. Na pewno nie o czymś istotnym.
Lubił chodzić po mieście nocą. Jakby miał dodatkowo osłonę. Dzięki niej był mniej widoczny. Jak cień. ---> a może w ten sposób: Chadzał po mieście nocą, ponieważ zapewniała dodatkową osłonę, był mniej widoczny.
Zlecenie miał wykonać kolejnego dnia. Dziś sprawdzał możliwe drogi ucieczki. Nie lubił poruszać się po zbyt tłumnych dzielnicach, a taka była handlowa – pełna ludzi i gwaru. ----> zbędne. Wiadomo, że tłumna, po co dodawać tę samą informację?
Mijał kolejne sklepy, jeden przy drugim. Nic ciekawego. ---> Mijał kolejne sklepy, stojące jeden przy drugim.
Zauważył sklep alchemiczny. Może się przyda. ---> Powtórzenie celowe?
Przejdę do treści.
Tutaj mam trochę problem.
Jest dwóch bohaterów, którzy kiedyś się znali, obecnie tylko jeden rozpoznaje drugiego. Leon jest racjonalny, a Tamil naiwny i chce pomagać ludziom, co wychodzi tragicznie, bo zdarza mu się ich ukatrupiać… i dalej niewiele więcej. Opowiadanie jest rozwleczone, stosujesz często suche opisy. Polecam wprowadzić zasadę show, don't tell.
Przykładowo, zamiast: Nagle poczuł się bardzo zmęczony. Spojrzał na ramię. Cały rękaw był już przesiąknięty krwią. Nie zabrał ze sobą nic do opatrzenia rany. ---> Usiadł na pobliskich schodach, oparł się o ścianę i zipiąc dziękował w myślach niebiosom, że jest cudownie chłodna.
Często używasz krótkich, prostych zdań – to jest dobry zabieg, gdy w fabule pojawia się akcja: walka, pościg, coś dzieje się szybko. Wtedy dynamika jest wskazana.
Pozdrawiam
Dziękuję za szczegółowy komentarz i przykłady.
Widzę, że uwagi się powtarzają, więc wiem nad czym muszę popracować. ;)
Co do opisów – staram się utrzymywać je raczej oszczędne i unikać zbyt rozbudowanych fragmentów, choć czasem są potrzebne, żeby nadać scenie odpowiedni klimat (najwidoczniej nie wyszło to tak, jak zakładałam).
Szczególna to opowieść, bo choć zaciekawiła, to okazała się bardzo przegadana, a przez to nieco nużąca, jednocześnie brakło wyjaśnienia intrygującej kwestii – dlaczego Tamil nie poznał Loena?
Owszem, wspomniałaś o przeszłości obu bohaterów, dość szczegółowo przedstawiłaś ich aktualną sytuację, ale szkoda, że nie dowiedziałam się więcej o przeszłości alchemika-altruisty. Nie bardzo wiem także, jakie znaczenie dla całej historii ma początek opowiadania, kiedy Loen ucieka po dokonaniu zabójstwa – czy w ten sposób miał trafić do klepu Tamila?
Wykonanie pozostawia wiele do życzenia.
Wtedy jednak był tylko nastolatkiem. → To słowo nie ma racji bytu w tym opowiadaniu, albowiem pojawiło się w połowie XX wieku.
Proponuję: Wtedy jednak był tylko podrostkiem.
Wiedział, gdzie musi iść. → Wiedział, dokąd musi iść.
Wskazał ręką na smugę światła z tyłu pomieszczenia. ->Wskazał ręką smugę światła z tyłu pomieszczenia.
Wskazujemy coś, nie na coś.
Tamil trzymał go za rozcięte przedramię i w skupieniu, delikatnie przemywał mu ranę. → Czy drugi zaimek jest konieczny?
Obok niego na stoliku leżał odpięty pas z bronią i gadżetami. → Obawiam się, że to słowo, jako zbyt współczesne, nie ma racji bytu w tym opowiadaniu.
Widział nawet kilka unikatowych komponentów. W niewielkiej ilości – raczej do testów niż produkcji. → Tu także niektóre słowa brzmią zbyt współcześnie.
Proponuję: Widział nawet kilka rzadkich składników. W niewielkiej ilości – raczej do prób/ doświadczeń/ eksperymentów niż produkcji.
Wskazał na jedną z półek… → Wskazał jedną z półek…
Sam się za to zabiorę… → Sam się do tego zabiorę…
http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html
– Jako nastolatek jednak trafiłem do Tichonu. → – Jako dzieciak/ młokos jednak trafiłem do Tichonu.
– Wskazał ręką na półkę. → – Wskazał ręką półkę.
Tego dnia Tamil wszedł do warsztatu pewnym krokiem… → Obawiam się, że alchemicy nie pracowali w warsztatach.
Proponuję: Tego dnia Tamil wszedł do pracowni/ laboratorium/ pewnym krokiem…
Zajęło im kilka godzin, zanim dopracowali recepturę. → Minęło kilka godzin, zanim dopracowali recepturę.
Patrzył spokojnie, jak dym rozlewa się po stole… → Dym nie jest cieczą, więc może: Patrzył spokojnie, jak dym rozpełza/ rozprzestrzenia się po stole…
Kilka dzieci nie mogło wstać z łóżka. → Kilkoro dzieci nie mogło wstać z łóżka.
Musiał to skonsultować z Loenem. → A może: Musiał to omówić z Loenem.
– Po prostu odejdźcie… – Głos mu zadrżał. → – Po prostu odejdźcie… – głos mu zadrżał.
– Wystarczy. – Głos Loena był spokojny. → – Wystarczy – głos Loena był spokojny.
Każdego dnia powtarzał testy. → Każdego dnia powtarzał próby/ doświadczenia/ eksperymenty.
– Powietrze nad rzeką jest skażone, ciągły smog… → Obawiam się, że to słowo nie ma racji bytu w tym opowiadaniu, albowiem pojawiło się na początku XX wieku.
Teraz był w warsztacie niemal codziennie. → Teraz był w pracowni/ laboratorium niemal codziennie.
…wolałeś od razu działać. – Zakończył z pobłażliwym uśmiechem na ustach. → Zbędna kropka po wypowiedzi. Didaskalia małą literą. Zbędne dookreślenie – czy mógł mieć uśmiech w innym miejscu, nie na ustach? Winno być:
…wolałeś od razu działać – zakończył z pobłażliwym uśmiechem.
Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi i wykaz czasowników dla didaskaliów dialogowych.
…wyrywając go z rozmyśleń. → …wyrywając go z rozmyślań.
Zdjął płaszcz, odkładając go na hak przy wejściu. → Czy jednocześnie zdejmował płaszcz i odkładał go? Na haku to można płaszcz powiesić, nie odłożyć.
Proponuję: Zdjął płaszcz i powiesił go na haku przy wejściu.
Wziął pinezkę i wbił w mapę. → Obawiam się, że nie mógł tego zrobić, albowiem pinezkę wynaleziono na początku XX wieku.
Warsztat Tamila. Jego nowy projekt. → Pracownia/ laboratorium Tamila. Jego nowy projekt.
– Tak, byłem już w dwóch innych i powiedzieli mi to samo. – Westchnął ciężko. → – Tak, byłem już w dwóch innych i powiedzieli mi to samo – westchnął ciężko.
– To zajęło tygodnie. → – To trwało tygodnie.
Miał wystarczająco, aby kupić im podróż na ostatnią chwilę. → Co miał?
Loen podszedł do niego i potrząsnął nim. → Wystarczy: Loen podszedł i potrząsnął nim.
– Tak. Do godziny będę z powrotem, a wtedy stąd spadamy. → To zbyt współczesny potocyzm.
Proponuję: – Tak. W ciągu godziny będę z powrotem, a wtedy wynosimy się stąd.
Miał swoje rzeczy do załatwienia. → Miał swoje sprawy do załatwienia.
Tane pokręcił głową w dezaprobacie. → Tane z dezaprobatą pokręcił głową.
Jego postura napięła się… → Nie wydaje mi się, aby postura mogła się napiąć.
– Co nie zmienia faktu, że się nie da. – Tane kontynuował, zachowując spokój. → Zbędna kropka po wypowiedzi.
Wiedział, co robi Mikstura oszukanej śmierci. → Dlaczego wielka litera?
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
regulatorzy
Bardzo dziękuję za obszerny komentarz i wyłapanie (niestety) tak wielu błędów.
Co do słów „nie z epoki” – to jest świat fikcyjny, więc nie trzymam się ściśle realiów. Część bardziej „historycznych” określeń średnio mi pasuje do klimatu, więc wolę już lekkie przesunięcie w drugą stronę.
W kwestii didaskaliów widzę, że brak mi tu wyczucia – spróbuję to uporządkować przy kolejnej redakcji. Tylko mam nadzieję, że poradnik mi tego jeszcze bardziej nie zagmatwa. ;)
Bardzo proszę, jbk. Miło mi, jeśli mogła się do czegoś przydać. :)
Część bardziej „historycznych” określeń średnio mi pasuje do klimatu, więc wolę już lekkie przesunięcie w drugą stronę.
To jest Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane. Jednakowoż nie ukrywam, że słowa w rodzaju: nastolatek, gadżet czy smog użyte w tekście z tagiem FANTASY, budzą we mnie sprzeciw. :(
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Mnie też wszyscy tak mówią :D
Loen wiedział, że jeśli ma go uratować, jest tylko jedna osoba, która może pomóc.
Angielskość tego zdania wynika głównie stąd, że my nie pchamy przedzałożeń na środek sceny: Loen wiedział, że tylko jeden człowiek może pomóc go uratować.
Mag ten przebywał w innym mieście – Tichonie. Dlatego płynęli tam statkiem.
Spokojnie można to pokazać, zamiast po kolei wymieniać, jak w zadaniu z rachunkowości.
Tamil był na granicy życia i śmierci, podtrzymywany w tym stanie przez mikstury Loena.
Dwuznaczne (mikstury leczą czy trują? zresztą one inicjatywy raczej nie mają). Zdecydowanie warto pokazać tę scenę, powiedzmy, Tamil leży, cały spocony, bredzi albo jęczy, albo coś, a Loen martwi się dawkami, morską chorobą, trudnościami z higieną… czymkolwiek. Byle zaczepić wyobraźnię.
Byli ścigani. Pętla zacisnęła się kilka godzin wcześniej.
I mógłby też podejrzliwie zerkać na stewardów albo wyglądać za burtę i wypatrywać pościgu…
Wyruszyli w ostatnim momencie. Podróż miała potrwać kilka dni.
… bo z takiego wymieniania może i coś wynika, ale nie jest to specjalnie ciekawe. Na razie nie znamy bohaterów. Nie musi nas interesować ich dalszy los.
Łatwiej było zabezpieczyć bezwładne ciało. Szybciej mógł też podać kolejną dawkę eliksiru.
Pokaż to. I powiąż zdania, np.: W ten sposób łatwiej było zabezpieczyć bezwładne ciało przed upadkiem i wygodniej podawało się leki.
Za kilka dni sam mu podziękuje.
Co by implikowało, że Tamil ma jakieś pretensje w związku z tą wycieczką, a przynajmniej można się ich spodziewać. Hmm.
Spieszył się, jednak nie sądził, by o czymś zapomniał.
Angielskawe: Choć się spieszył, raczej o niczym nie zapomniał.
Na pewno nie o czymś istotnym.
Jw.: Na pewno o niczym istotnym.
Powrót do Tichonu był dla niego wygodny.
? Co masz na myśli? Że chciał wrócić? To można pokazać, chociażby w dialogu. Facet wraca do domu, nie?
Drugi raz w życiu uciekał w podobnych okolicznościach. Za pierwszym razem też ścigało go prawo. Wtedy jednak był tylko nastolatkiem. Jego winy były mniejsze.
Hmm. Jak dotąd widziałam w tekście tylko jedno zdanie złożone. Dlaczego? Ponadto – utajniasz https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842859 Coś wie Twój narrator, Twój bohater i Ty – ale zamiast o tym powiedzieć czytelnikowi, albo siedzieć i czekać na dobry moment, żeby to ujawnić, powtarzasz "a ja coś wiem!". To nie wygląda dobrze.
Tamil nie odpowie za te morderstwa.
Mmmm… bycie winnym i bycie obwinianym to jednak dwie różne rzeczy…
Też na kołyszącym się statku dopływał do Tygla. Nie chciał wracać do miasta dzieciństwa, jednak gildii się nie odmawia. Jego umiejętności miały wesprzeć tutejszy oddział.
Niezbyt porywająca proza, ostatnie zdanie jest w sumie korpogadką, a nie fantasy. A umiejętności same z siebie nic nie robią (może po angielsku, ale nie po polsku). Można wrócić do miasta, w którym się wyrosło, wychowało (skąd on w końcu jest?), miasta swego dzieciństwa, ale dzieciństwa już raczej nie. To “też” nie brzmi dobrze.
Przemierzał jedną z uliczek Tygla…
Pomijając manieryczne "jedną z", "przemierzał" jest tu nie na miejscu – szedł sobie normalnie, a nie kroczył jak Napoleon, nie? Przecież nie chciał na siebie zwracać uwagi?
Jakby miał dodatkowo osłonę.
Może: dodatkową osłonę?
Zlecenie miał wykonać kolejnego dnia.
"Kolejny" to nie do końca synonim "następnego".
Nie lubił poruszać się po zbyt tłumnych dzielnicach, a taka była handlowa – pełna ludzi i gwaru.
Nareszcie zdanie złożone, ale cokolwiek po angielsku ("tłumnych"?): Nie lubił tłoku, a dzielnica handlowa aż się kotłowała od ludzi.
Normalnie by zrezygnował i poszukał innej drogi
Mało fantastyczne.
Tym razem ta była najrozsądniejsza.
Angielska kategoryzacja świata. Tę drogę dyktował rozsądek, ale ona sama rozsądna nie była.
Sprytnie byłoby wmieszać się w jutrzejszy tłum na festynie.
Jw. W tłum na jutrzejszym festynie; albo w tłum jutro, na festynie.
Przemykał zręcznie między ludźmi, jak przez tor przeszkód.
Zaraz, przecież on idzie nocą przez opustoszałą dzielnicę? Czy jednak nie? Chyba jednak nie. Ale dlaczego nie widać tego tłoku?
Zaułek pozostawał w cieniu.
Hmmm.
Przydatne w razie ucieczki.
Przyda się, kiedy trzeba będzie uciekać.
Zauważył sklep alchemiczny. Może się przyda.
Alchemia była jego specjalnością. Lubił spędzać czas na warzeniu mikstur.
I tak nie piszemy. Jasne, jest tu cała niezbędna informacja, nawet za dużo (z dalszych zdań wynika także treść tych), ale jak podana? Dowiadujemy się o bohaterze bardzo suchych faktów, niczego poza tym.
Nie ufał tym przygotowanym przez kogoś przeciętnego. Nie były tak skuteczne jak jego.
Tu dowiadujemy się czegoś o jego charakterze, ale znowu rozkładasz to prawie tak, jakby miało zostać poddane analizie komputerowej: Nie ufał tym szeregowym pigularzom, nie umieli niczego zrobić dobrze.
Tym razem coś było inaczej.
Inaczej w porównaniu z czym?
Jego smukłe, pobrudzone tuszem palce przesuwały się po kartce.
Raz: same z siebie? Dwa: czy on widzi te plamy z tuszu z takiej odległości?
Jego wzrok powędrował ku witrynie.
Spojrzenie.
Kiedyś jego przyjaciel. Może jedyny, jakiego miał.
Tu jak raz można przyciąć: Kiedyś przyjaciel. Może jedyny.
Rozdzielono ich dawno temu właśnie dlatego, że Tamil miał talent. Dla dzieciaka z ulicy była to przepustka do lepszego świata.
To jest strasznie suche – wspominasz o tragedii, o określonej strukturze społecznej, ale bardzo zdawkowo.
Loen stanął przed zapuszczonym budynkiem w dokach.
Hmmm.
Rozmyślając, dotarł do swojej kryjówki.
Rozmyślając – o czym?
Na dziś to wystarczy.
"To" jest trochę dwuznaczne, może lepiej: tyle?
Dokończy rozeznanie jutro rano.
Rozpoznanie. https://wsjp.pl/haslo/podglad/81451/rozeznanie
dawnych, gorszych czasach
Hmm.
Co się stało z jego planami zostania magiem.
Mało zgrabne, poza tym przed chwilą sugerowałaś, że Tamil nie miał w tej sprawie nic do powiedzenia.
Nie spotkał się jeszcze z tym, żeby ktoś szkolony w Gildii Abolitów mógł zrezygnować.
No, właśnie. Zdanie nie po polsku: Nigdy nie słyszał, żeby można było opuścić Gildię Abolitów.
Dzieci zabrane do treningu wracały
Niefantastyczne: Dzieci zabrane na naukę wracały.
Już teraz za bardzo się rozprasza.
Angielskawe, co ma czas do wiatraka?
Musiał jeszcze przez cały dzień pozostać skupiony.
Nawet w czasach przedinternetowych byłoby to niemożliwe.
Czy rozpozna go równie szybko?
Kto kogo?
Nie byłby zaskoczony, gdyby Tamilowi zajęło dłuższą chwilę, żeby sobie przypomnieć.
Nie byłby zaskoczony, gdyby Tamil potrzebował dłuższej chwili, żeby go sobie przypomnieć.
Włamanie przebiegło perfekcyjnie.
Może lepiej: zgodnie z planem?
Strażnicy? Ominięci. Psy? Nie wyczuły go – dzięki miksturze maskującej zapach
I nie było to na tyle ciekawe, żeby pokazać? Czy chodzi właśnie o to, że Loen to Aż Taki Kozak?
Jego własnej recepturze.
Miksturze jego własnej receptury.
To był najlepszy moment.
Do czego? Czy to ulega wątpliwości?
Mężczyzna spał, nieświadomy niczego. Żałosne.
O ile pokazujesz tu charakter bohatera, muszę zaznaczyć, że ludzie zwykle nie wiedzą o bożym świecie, kiedy śpią. Inaczej zabraliby mi legitkę loży szyderców :D
Loen wyciągnął sztylet – lekki, z ciemnego metalu, zaprojektowany, by nie odbijał światła.
Lepiej nie używać myślników poza dialogami (będą jakieś dialogi?), a projektowanie teoretycznie mogłoby tu mieć znaczenie, ale czerni się noże także po to, żeby nie błyszczały, i to nie jest część projektu: Loen wyciągnął lekki sztylet, uczerniony, żeby nie odbijał światła.
Przez krótką chwilę życie i śmierć leżały w jego rękach. Tylko to miało znaczenie. Świat zredukowany do dwóch osób: ten, kto decyduje, i ten, kto umrze.
Mimo beżu robisz melodramat. To akurat może pasować do osobowości Loena, ale bardzo skąpo ją dotąd pokazywałaś.
Odliczył jego ostatni oddech.
?
Zamiast krzyku wydobyło się tylko bulgotanie.
Z czego się wydobyło?
Teraz bezszelestnie opuści to miejsce.
Angielskawe.
Smak był wyjątkowo gorzki.
Zdążył go odczuć?
Jego zmysły wyostrzyły się.
Konkretnie – pokaż, na czym to polega, a nie rzucaj haseł.
Jeden z psów warczał pod murem.
Maniera: Pies warczał pod murem.
zaczął mieszać się
Nie stawiaj "się" na miejsce akcentowane: zaczął się mieszać.
Tylko kilka minut, zanim działanie esencji się skończy.
Angielska kategoryzacja: Tylko kilka minut, zanim esencja przestanie działać.
Złapał za nią i zaczął się błyskawicznie wspinać.
Akurat w tej scenie zdania powinny być krótkie, beztłuszczowe, bo to akcja: Złapał ją i zaczął się wspinać.
Był już przy końcu, gdy wyczuł zagrożenie. Przez moment nie rozumiał, co się stało. Krzyki z oddali.
Powinny być krótkie i beztłuszczowe, ale informacyjne, a nie zapewniające, że coś się dzieje: Już chwytał parapet muru, kiedy usłyszał krzyki.
Magiczny pocisk.
Nie ma co tłumaczyć – facet reaguje w ułamku sekundy, nie musi nazywać zagrożenia, tylko go uniknąć.
W ostatniej chwili uchylił się, choć ogień i tak go drasnął w ramię. Esencja wyostrzyła też jego wrażliwość na ból. Odczuł go znacznie mocniej.
Tłumaczysz: Uchylił się, ale ramię zapłonęło żywym ogniem.
Powinien zrobić sam rozeznanie
Powinien sam zrobić rozpoznanie; albo: powinien sam sprawdzić.
Co za niekompetencja. Od tego zależy nie tylko powodzenie misji, ale także życie innych.
Czy w momencie, pardon my French, fakapu rozsądnie jest analizować jego przyczyny, czy raczej spróbować go ograniczyć? Pytam, bo Twój bohater jest Aż Takim Kozakiem – a teraz nie postępuje jak Aż Taki Kozak.
Mający wspomóc tutejszy oddział gildii. Już to mogło sprawić, że narobił sobie wrogów. Sama jego obecność. To, że był potrzebny. Nie radzili sobie.
Paranoik, znaczy? Dlaczego miałby "narobić sobie wrogów" samym istnieniem? https://wsjp.pl/haslo/podglad/63741/narobic/5170383/klopotow Unikaj imiesłowowych równoważników zdania – tu spokojnie mogłoby być zdanie z orzeczeniem.
Lata szkoleń przyzwyczaiły go do bólu. Zręcznie przeskoczył mur i wylądował po drugiej stronie.
To po co w ogóle był ten ból? Tobie, autorce? Tylko po to, żeby Loen umocnił się w paranoi? Nie miał mu sprawić żadnych innych kłopotów?
Miał chwilę przewagi, choć zmysły powoli słabły. Ból przestał palić tak intensywnie. To akurat duża zaleta.
Brak łączności logicznej: Miał chwilę przewagi, ale zmysły wracały do zwykłego stanu. Przynajmniej bolało mniej.
Pamiętał, że w pobliżu znajduje się pub.
Are we in England?
Korzystając z tego, że był sam, ściągnął maskę z twarzy i schował do kieszeni.
A może powiążmy mocniej: Zanim wbiegł między ludzi, ściągnął maskę z twarzy i schował do kieszeni.
Niestety, dodatkową ozdobą była plama krwi na ramieniu.
Dostał fireballem, spodziewałabym się raczej poparzenia, przepalonej dziury. Nie będę za Ciebie badała kwestii poparzeń (fuuuj…).
Rana jednak była głębsza niż się wydawało i obficie krwawiła.
… a może jednak. One raczej nie krwawią: https://mkmedic.pl/oparzenia-stopnie-klasyfikacja-i-pierwsza-pomoc/ co nie znaczy, że nie wymagają pomocy medycznej. Ale fireball tylko go drasnął, więc – chyba nie.
Wątpił, by go dogonili. Ich nieudolność była co najwyżej irytująca.
Angielskawe. Może zajrzyj bohaterowi do głowy, na przykład: Nie przypuszczał, żeby ci partacze mieli go dogonić.
Mijał bywalców, którzy też mieli poplamione ubrania.
Bywalec to stały klient, a on nie może wiedzieć, kto tu ciągle przesiaduje.
Niekoniecznie krwią, sądząc po zapachu.
Co właściwie sugerujesz? Jeśli impreza jest w typie Diwali czy innej Tomatiny, to ubrań uczestników nie powinno plamić nic groźnego ani paskudnego. A jeśli właśnie odbywa się święto ku czci Cthulhu, to nijak nie wynika z tego, co powiedziałaś wyżej.
Nieważne, czy Tamil będzie obecny, czy nie. W sklepie alchemika znajdzie potrzebne rzeczy.
A może tak: Nieważne, czy Tamil będzie w sklepie, czy nie, na pewno znajdzie się apteczka.
Było tuż przed północą, więc sklep był zamknięty, jednak Tamil lub ktoś inny wciąż był w środku.
Trzy "być", a nie trzeba żadnego: Zbliżała się północ, ale w zamkniętym sklepie ktoś jeszcze siedział.
Zastukał mocno do drzwi, a głuchy huk rozległ się po opustoszałym sklepie.
Bez przesady, zaraz huk?
zaniepokojoną twarz Tamila
Nie twarz jest zaniepokojona, tylko Tamil. I jego mina to wyraża.
Tamil rzucił okiem na sylwetkę Loena i zatrzymał wzrok na zakrwawionym ramieniu. Od razu zrozumiał. Ponownie uważnie spojrzał na twarz przybyłego.
Hmm. Sylwetkę?
jednak czuł, jak jego myśli odpływają
Ale czuł, jak uciekają mu myśli.
Jedyna osoba, która się nim zajmowała. Jedyna, której zależało.
"Osoba" to termin techniczny: Jedyny, który się nim zajmował. Jedyny, któremu zależało.
nie mógł odpuścić
Niezbyt fantastyczne słowo, swoją drogą.
Tamil nie był jednak zły na niego
Szyk wskazuje, że Tamil był zły na kogoś innego.
odpięty pas z bronią i gadżetami

:)
Jego rana była opatrzona. Ból ustąpił.
Jakiś konkret? Bandaże pod palcami? Chłód okładu?
dłuższe włosy
Dłuższe od czego?
ale nie chciał tego robić
Anglicyzm. Ale nie chciał, kropka.
– Musiał nawiązać rozmowę.
Widać, nie ma co tego tłumaczyć.
Tamil skinął głową, lekko się uśmiechając.
Lekko (albo nieznacznie) uśmiechnięty; albo z lekkim uśmiechem.
Podał rękę na powitanie.
Wyciągnął rękę na powitanie; albo: Podał mu rękę na powitanie.
Spodziewał się, że jak tylko wypowie swoje imię, dawny znajomy go rozpozna. Serce mu przyspieszyło.
A co powiesz na: Serce mocniej zabiło mu w piersi? Nie musisz tłumaczyć, dlaczego bohater jest podniecony, kiedy to widać.
Czy to możliwe, że Tamil został wyprany ze wspomnień?
? Można mieć pranie mózgu, ale nie być wypranym.
szkolenia są wyjątkowo brutalne
… ? Mowa o szkoleniu magów, nie marines.
Może to wywołało u niego traumę. Stąd zaniki pamięci.
To też bardzo współczesne – "trauma" w tym sensie to dopiero Freud, światom fantasy szczęśliwie oszczędzony.
po pomieszczeniu
Aliteracja, do uniknięcia.
Widział nawet kilka unikatowych składników.
To nic konkretnego.
położył ostentacyjnie na stoliku
Położył je ostentacyjnie, albo ostentacyjnie ułożył je, chociaż nie wiem, jak by to miało wyglądać. Ułożył je w stosik?
na jego twarzy pojawiła się ulga
Pojawił się wyraz ulgi. Ulga to uczucie, nie mina.
Jednocześnie już wiedział, jak przeciągnąć rozmowę.
"Jednocześnie" nie bardzo ma tu sens. Odnosi się do zdarzeń, ale do stanów?
który właśnie się narodził w jego głowie
Który właśnie narodził mu się w głowie.
To nie twój problem. Sam się do tego zabiorę…
? Jaki problem? O co chodzi? Tak się mści brak konkretnych opisów – dla Ciebie i bohaterów to pewnie ma sens, ale ja nie mam pojęcia jaki.
Wyczuwam akcent… z Tichonu?
Akcent można usłyszeć, jak już.
Loen był dobry w udawaniu. Może to akcent zmylił Tamila i dlatego wciąż sobie nie przypominał?
Ale czy udawanie nie jest aktywne? On przecież nie udaje przed Tamilem. Zresztą akcent kształtuje się do ok. 15 roku życia, o ile dobrze pamiętam.
Loen specjalnie zawahał się, ale nie widział żadnej reakcji. – Jako nastolatek jednak trafiłem do Tichonu.
https://wsjp.pl/haslo/podglad/9496/wahac-sie/4072404/miec-watpliwosci Poza tym – ludzie tak nie mówią: Loen udał wahanie, ale nie zauważył reakcji. – Kiedy byłem dzieciakiem, trafiłem do Tichonu.
Nawet po przekazaniu tylu wskazówek Tamil wciąż go nie pamiętał.
Przekazaniu? Zresztą angielsko to brzmi. Może tak: Tamil powinien go sobie przypominać. Tyle podpowiedzi…
Loen musiał się przekonać, co się za tym kryje.
Zbędne – wiemy, że próbuje i mu nie wychodzi, i wiemy, że mu zależy.
Twój akcent jest subtelny.
Angielskie zdanie. Masz bardzo słaby akcent.
Tamil uśmiechnął się lekko.
Znowu?
– Tamil był zaskoczony.
Jest to najzupełniej oczywiste, sądząc z jego wypowiedzi. Nie tłumacz rzeczy najzupełniej oczywistych, czytelnicy nie są idiotami.
Brak zapału go rozczarował.
Albo brak zaufania… jest wiele dróg do Newcastle.
Jednak to nie było teraz ważne. Miał okazję poznać prawdę a przy tym pokazać swoje umiejętności. To było warte poświęcenia czasu.
W sumie po co to tłumaczysz? I co dokładnie chcesz wytłumaczyć?
– Ale… – Tamil wyraźnie szukał wymówki. – Chciałem się przygotować… Po prostu nie sądziłem, że to będzie tak szybko.
Ale co ma być tak szybko? Na miejscu Tamila też bym nie chciała mieć do czynienia z tajemniczym być-może przestępcą.
Nie chciał pomocy. Nieważne, i tak ją otrzyma. Przy okazji sprawdzi, co jest nie tak z jego pamięcią.
Podmiotem domyślnym jest tu Tamil. Dlaczego Tamil ma sprawdzać własną pamięć?
Jednak takich osób jak on łatwo się nie zapomina.
Takich skromnych i rozsądnych? :) "Osób" można wyciąć. Konsekwentnie budujesz u faceta wysokie mniemanie o sobie, to dobrze (znaczy, dobrze, że konsekwentnie, czyli chyba o to Ci chodzi).
Wcześniejszy Tamil nie był taki zgaszony. Ten wydawał się być zrezygnowany i bierny.
Może jakieś wspomnienie? A jeśli nie, to: Dawniej był wesoły, teraz wydawał się zrezygnowany, przegrany.
Postanowione – kolejne wieczory poświęci Tamilowi.
Hmmm.
Loen miał w pamięci dzień, gdy Tamil go opuścił. Nie spodziewał się, że kilkanaście lat później ich drogi jeszcze się przetną.
Wiemy, że pamięta – po co to tłumaczyć? I że się nie spodziewał – tak samo.
Subtelne wskazówki nic nie dały. Te bardziej bezpośrednie też nie.
Jakie znowu wskazówki? Imię – to wprost, ale imiona się powtarzają. Potem alchemia, a nie wiemy, czy Loen już jako chłopak się nią zajmował. Akcent może mieć każdy. Wychować się w dokach też (skąd Tamil miałby wiedzieć, że dzieciak, od którego go oderwano, później wyjechał?). Czyli w sumie słabe były te wskazówki.
Tamil go zapomniał. Jakby Loen nie istniał wcześniej w jego życiu.
Sprzeczność. Nie można zapomnieć czegoś, czego się nie doświadczyło.
Dla Tamila był po prostu jednym z wielu dzieciaków, niewartym uwagi.
Melodramat XD ale chyba Loen ma mieć taki charakter, więc dobra.
Skutecznie stłumiono w nim wszelkie objawy magii. Jego talent okazał się niewystarczający.
Magia to nie choroba… a poza tym przed chwilą było, że albo mag, albo trup – więc spytałabym raczej, jak przeżył niezostanie magiem.
To Loen wyszedł na tym lepiej. Po tym, jak Tamil zniknął, chciał też mieć szansę.
?
Oprócz wspólnej przeszłości, mieli też wspólną specjalność. Alchemia w Gildii Abolitów okazała się prostsza niż ta, której Loen uczył się u Arkanistów. Dwa miasta, dwa podejścia.
…? Prostsza? Bardziej podstawowa chyba? I co mają do tego miasta? A jeśli alchemia jest nauką empiryczną, to czy może być więcej niż jedno skuteczne podejście? Cokolwiek to "podejście" znaczy?
Arkaniści nie bali się eksperymentów i wiedzy. Abolici chcieli ograniczeń i kontroli.

Don't get me started…
Mógł być tym, który pomaga. Albo tym, który szkodzi.
Czyli? W czym pomaga? W czym szkodzi?
Tamil z czasem bardziej się angażował.
Streszczasz.
Czasami Loen specjalnie mieszał nieco proporcje.
Czasami Loen trochę zmieniał proporcje.
Jednak jeśli może przy tym testować swoje pomysły na ludziach, to czemu nie.
Niezbyt zgrabne: Ale jako próba na żywych organizmach miało sens.
Wolał nie okazywać jednak swojej niechęci.
Szyk: Wolał jednak nie okazywać niechęci.
Lepiej, żeby Tamil nie podejrzewał, iż prowadzi własne eksperymenty.
?
Chciał, aby ich mikstury ratowały zdrowie i życie. Loen wolał wiedzieć, jak sprawić, by działały wydajniej.
A jak to się wyklucza? One służą do ratowania zdrowia – wydajność oznacza, że potrzeba ich do tego mniej, ale coś, co niczego nie robi, nie może być wydajniejsze, bo ile by się tego nie zużyło, skutek będzie tak samo żaden.
Lubił pomagać słabszym. Zawsze chciał być lepszy.
A jak to się wiąże? Czy to po prostu
Może nie był warty zapamiętania.
Wart.
Wiedział, który sprzedawca nie jest uczciwy, tym bardziej w przypadku kogoś tak naiwnego.
A może: Wiedział, którzy sprzedawcy tylko czekają na naiwniaków.
Jego ubranie było przesiąknięte przyprawami. Wracał z targu.
Ale chyba nie tarzał się na straganie: Pachniał przyprawami. Najwyraźniej wracał z targu.
postawił buteleczkę na stole
Szyk podkreśla stół, a chyba powinien buteleczkę: postawił na stole buteleczkę.
w ludzkiej cenie
? W przyzwoitej cenie?
Loen przyjrzał się uważnie butelce z niebieskim płynem.
To jakiej to było wielkości?
Wzmacniacz mikstur – potocznie zwany iskiernikiem.
Czy ta informacja jest niezbędna?
Iskiernik połyskiwał i odbijał światło na czerwono.
… przed chwilą był niebieski… Niebieskość polega na odbijaniu niebieskiego światła.
Odbite promienie powinny dawać ciepły odcień.
Promienie nie "dają" żadnego odcienia (to nie barwnik): Powinien lśnić ciepłym blaskiem.
Subtelna różnica, ale bardzo znacząca. Nie każdy by to dostrzegł.
Każdy by to dostrzegł, o ile by nie był daltonistą. Ale nie każdy wiedział, że to jest ważne. Subtelna różnica, ale bardzo znacząca ;)
Tamil pierwszy raz widział tę substancję.
Tamil widział iskiernik po raz pierwszy. To w tej super potężnej gildii magów (porywaj dzieci z ulicy, zobaczymy, jak długo potrwa, zanim przyjdą z widłami) o tym nie uczą?
dodał kroplę miodu do ostrego aromatu ziół
Jak dodać substancję, czyli miód, do własności, czyli aromatu?
udając, że dokładniej sprawdza substancję
Jak już, to bada.
Nie było najmniejszych wątpliwości, że była zanieczyszczona. Każda mikstura, jaka by z niej powstała, była niestabilna. Nie dało się przewidzieć efektów.
Nie ulegało wątpliwości, że była zanieczyszczona. Każda mikstura, do której by ją dodano, będzie niestabilna. Nieprzewidywalna.
Tamil na te słowa wzdrygnął się.
Zbędne "na te słowa" – na co innego miałby się wzdrygać?
Iskiernik był tak drogi
Taki drogi.
Wtedy stawał się co najmniej bezużyteczny, a zazwyczaj niebezpieczny.
Uj, psychopata.
Wiedział, jakich argumentów użyć, by wątpliwości Tamila się rozwiały.
Nooo… nie jest to rozbudowana argumentacja, ale w sumie jest. Tylko po co tłumaczyć, że jest?
– Nie, nie o to chodzi. – Tamil pospiesznie zaprzeczył.
Didascale, zob. https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/ : – Nie, nie o to chodzi – pospiesznie zaprzeczył Tamil.
Tylko ten składnik…
Bycie składnikiem jest relatywne, w sumie. Nienaturalnie to brzmi.
Czy jego zapach nie jest trochę dziwny?
Angielska składnia: Nie wydaje ci się, że dziwnie pachnie?
Z odległości trudniej było coś zauważyć.
A jakie to ma znaczenie, skoro Tamil nie wie, jak iskiernik powinien wyglądać? (I dlatego należy się dokształcać).
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Ucięło komentarz :)
To zawsze działa. Wystarczyło pokazać ludziom cel, do którego warto dążyć. Wtedy wątpliwości przestają mieć znaczenie.
Nie zmieniaj czasu w środku wypowiedzi. (I nie, nie zawsze działa :P)
Tamil pochylił się nad retortą, zaniepokojony, gdy substancja zaczęła bulgotać gwałtownie.
Raz, retorta wygląda tak:
![]()
Jeśli coś się tam burzy, to może i wybuchnie (nie pochylałabym się nad tym), ale. Zresztą w retorcie destylujemy, czyli rozdzielamy, nie mieszamy. Dwa, szyk zdania jest trochę mętny.
Loen wpatrywał się w bulgoczący płyn, jakby zastanawiał się, co poszło nie tak. Patrzył spokojnie, jak dym rozpełza po stole a kolor mikstury ciemnieje bardziej niż powinien. Dobrze wiedział, co to oznacza.
Czyli udawał: Loen wpatrywał się w bulgoczący płyn, udając, że próbuje wymyślić, co poszło nie tak. Patrzył spokojnie, jak dym rozpełza się po stole, a destylowana mieszanina nabiera barwy smoły. Oczywiście zgaduję, że chodzi o płyn w retorcie, a nie w odbieralniku (o którym to odbieralniku nie wspominasz…).
Wystarczyłoby jedno słowo, żeby to zatrzymać. Jednak to nie wchodziło w grę. Musiał uśpić czujność Tamila.
Wystarczyłoby jedno słowo, ale musiał uśpić czujność Tamila.
Tamil potaknął i skręcił ogień.
Czyli mają palniki bunsenowskie? Naftowe chociaż? Bo lampka spirytusowa nie da się skręcać, a ogień w palenisku tym bardziej.
Gryzący dym rozproszył się w powietrzu.
Skoro spływał po stole, to był ciężki i trochę by to potrwało.
– Uspokoiło się… –
Wycięłabym, dziwna antropomorfizacja.
Na początku pojedyncze przypadki go nie zaniepokoiły.
Hmmm.
Z czasem historii zaczęło przybywać
Historii? A nie skarg?
Wyliczył, ile faktycznie powinno być skutków ubocznych.
Jakim cudem? Na jakich danych się oparł?
Przypadków nie było więcej – było ich za dużo.
Było więcej, przecież jak mogłoby ich być za dużo, gdyby nie było ich, no, dużo?
Tamil przecież na początku pomyślał dokładnie to samo.
Może tak: Przecież na początku Tamil pomyślał dokładnie to samo.
Reakcje nie są liniowe przy zwiększonej skali.
Przy mojej ograniczonej znajomości statystyki widzę, że to nonsens. Wzrost może być nieliniowy, tak, ale co to ma do skali? https://pogotowiestatystyczne.pl/slowniki/rozklad-normalny/
Wcześniej miał pełną kontrolę, wszystko rozumiał.
Jeśli to jest przedsięwzięcie empiryczne, to faktycznie przyda się chłopakowi utrzeć nosa…
Loen miał znacznie większą wiedzę i doświadczenie. Bagatelizował skutki uboczne. Czy był aż tak pewny swojej nieomylności? Nie powinien wzbudzać podejrzeń.
Wynikanie jakieś słabe. Na pewno “wzbudzać podejrzeń”?
Dlatego musiał dopracować proces. Przeliczał proporcje, pilnował temperatury, sprawdzał czas. Jednak nic to nie zmieniło. Nie uniknął tego, czego obawiał się najbardziej.
Co rozumiesz przez "doprecyzowanie"? Miał już ten proces opracowany, wprowadził jedną zmianę – chyba oczywiste, co jest nie tak? Zamiast kołować, w nauce trzeba po męsku.
W końcu pojawiły się pierwsze zgony, a Tamil ze zdziwieniem zrozumiał, że czekał na nie już od dawna.
Bardzo beznamiętne, jak na faceta, który tak strasznie chce pomagać ludziom.
Jednak przy mniejszej liczbie pacjentów widział ich stan i śmierć nie była aż tak zaskakująca.
To był zaskoczony, czy nie? I czemu bierze więcej pacjentów, niż może obsłużyć?
Umiał określić, czy eliksir leczy, czy tylko uśmierza cierpienie.
Niech Ci się ręce święcą za to "określić", ale całej myśli nie jestem pewna.
Teraz nagle utracił całą swoją intuicję.
Stracił.
Nic nie wskazywało na ich poważny stan. Wręcz przeciwnie, powinni szybko wyzdrowieć.
Osoby powinny (związek zgody): Nic nie wskazywało na taki obrót wypadków, wydawali się wręcz zdrowieć.
Loen dopiero po pierwszych śmierciach
Jeśli musi być liczba mnoga, to zgonach. "Śmierć" jest singularis tantum.
że ta sytuacja także go nie zdziwiła
Szyk wskazuje, że nie dziwiły go wcześniej jakieś sytuacje: że jego także nie zdziwiła ta zmiana.
Jakby właśnie przeprowadzali eksperyment, w którym testują nową miksturę – i jeszcze nie wiedzą, czy ma ona być lekiem czy trucizną.
Wyjątkowo nieodpowiedzialny i pozbawiony podbudowy teoretycznej eksperyment, znaczy (tu nie ma c.t.), poza tym każda substancja czynna może być tym i tym: Jakby właśnie przeprowadzali eksperyment i jeszcze nie wiedzieli, czy badana substancja jest lekiem, czy trucizną.
Dlaczego po jego nocnych eskapadach giną ludzie.
Przecież on jest zabójcą na zlecenie, morduje konkretne osoby, a nie pół miasta. To nie powinno się rozchodzić – na byle kogo nie nasyła się asasynów, a zgonów ważnych ludzi raczej się nie nagłaśnia.
Choć nigdy nie miał zamiaru powiedzieć tego wprost.
Skąd on wie, co Loen myśli?
Z tego powodu traktował zainteresowanie swojego mentora jako zwykłą ciekawość. Niepokojącą i moralnie niejednoznaczną. Jednak nie widział w tym większego planu.
… dlatego, że Loen jest płatnym mordercą, jego ciekawość jest niewinna? Hę?
Dlaczego tolerowanie tego przychodziło mu tak łatwo?
Po polsku: Dlaczego tak łatwo to znosił?
Coraz więcej wątpliwości pojawiało się w jego głowie.
Angielskie zdanie: Miał coraz więcej wątpliwości.
Może od początku chodziło mu o testowanie mikstur na szeroką skalę.
Może od początku chciał próbować eliksiry na ludziach. Ekhm. A kto się zgodził?
nikt oprócz Tamila nie wiedział, jak dużą rolę odgrywa w całym procesie
A dziwne jest to, że ludzie nadal do niego przychodzą i wcale nie gadają. Choć przeczuwam, że zaraz zaczną.
Słońce odbijało się w szklanych fiolkach. Powietrze było przepełnione zapachem orientalnych przypraw i wilgoci.
Trochę to oderwane.
Zazwyczaj ludzie ustawiali się w kolejce, jednak ostatnio było inaczej.
Jak już, to: lecz. "Jednak" nie wszędzie pasuje.
Niechęć i widoczny brak zaufania sprawiały, że Tamil chciał jak najszybciej skończyć i opuścić to miejsce.
Kładziesz to łopatą. Pokaż, jak ludzie szepczą, wytykają go palcami, jak mamroczą. Może robią jakieś gesty na odczynienie uroku. W końcu – zaszła zmiana. Powinna mieć jakiś wpływ na zachowanie ludzi.
Dwóch mężczyzn, znanych mu aż za dobrze.
Dwóch mężczyzn, których znał aż za dobrze.
Ci sami, którzy kilka tygodni temu napadli go w bocznym zaułku i okradli.
I nie powiedziałaś o tym wcześniej, bo?
zawołał jeden z napastników, tym razem na tyle pewny siebie, by nawet nie zakrywać twarzy chustą
? To napadli go w celach rabunkowych, czy mają żal o jakieś trupy? I myślą, że w środku miasta, pod okiem ewentualnej straży i pewnego tłumu ujdzie im na sucho napad? Jeśli tak, i jeśli to jest uzasadnione, to czemu ludzie nie wynieśli Tamila z miasta na widłach?
Krzywo uśmiechnął się.
Krzywo się uśmiechnął; albo: Uśmiechnął się krzywo.
Ludzie obok zamarli.
Ludzie w kolejce, handlarze, przechodnie? Daj jakiś konkret.
Powietrze jakby zatrzymało się między nimi, mieszając zapach przypraw z nieprzyjemną wonią oprawcy.
? Jak się ma mieszanie do zatrzymania? Facet śmierdzi, OK, ale nie osłabiaj tego: Zapach przypraw mieszał się ze smrodem potu.
– Po prostu odejdźcie… – głos mu zadrżał.
Nie widzę łączności z wypowiedzią zbója. Didascale dużą literą, niepaszczowe.
Zrobił dodatkowy krok w stronę Tamila.
Następny krok. Kroki nie są zważone i policzone.
Część stłukła się, uwalniając ostry zapach spirytusu i ziół.
Imiesłów nie oznacza przyczynowości: Niektóre się stłukły i ostra woń tynktur dołączyła do mieszaniny zapachów.
Ani nikt ci tu nie pomoże
I nikt ci tu nie pomoże.
Lekko, jedynie by pokazać, że ludzie nie zareagują.
Pokaż to. Macasz we właściwym kierunku, ale tylko macasz: Lekko, ot, żeby pokazać, że może. Nikt z tłumu się nie poruszył.
Traktowali go z dystansem.
Ale jego leki brali…
Wzgarda, niechęć, nawet satysfakcja – wszystko mieszało się w ich twarzach.
… nie. Uczucia nie mogą się mieszać w twarzach.
Tłum nagle się poruszył. Ktoś szybko przeciskał się, a ludzie nie próbowali go powstrzymać
A może mniej "się": Tłum zafalował. Ktoś przeciskał się spiesznie między zaskoczonymi ludźmi.
Tamil poczuł się jak aktor grający w przedstawieniu, którego scenariusza nie znał.
C.t.: nie zna.
Skrzynka wypadła, ale Loen złapał ją w ostatniej chwili i odstawił na ziemię.
Ninja :D
Napastnik z nienawiścią patrzył na nowo przybyłego, mierząc swoje szanse.
U nas szanse się raczej waży. Ale pokaż to.
Drugi z mężczyzn nawet nie próbował atakować.
Maniera: Drugi nawet nie próbował atakować.
Cofnął się, niemal wpadając w tłum.
Niemal? Imiesłów: Cofnął się, omal nie wpadł w tłum.
– Wystarczy – głos Loena był spokojny.
Antropomorfizm: – Wystarczy. – Loen mówił spokojnie.
Przeszył napastników uważnym spojrzeniem, oceniając, czy stanowią jeszcze zagrożenie
Łopata: Zmierzył napastników uważnym spojrzeniem.
Widowisko się skończyło, możecie się rozejść.
"Się" można ograniczyć: Widowisko skończone, możecie się rozejść.
Napastnik, który przed chwilą oberwał w rękę, odezwał się.
Tu też: Napastnik, który przed chwilą oberwał w rękę, warknął:
Loen uśmiechnął się, jednocześnie uważnie śledząc każdy ruch rozmówcy.
Imiesłów oznacza jednoczesność, więc zwykle nie ma sensu dodawać "jednocześnie".
Mężczyźni zrozumieli, że nie pójdzie im tak łatwo, jak myśleli.
Mężczyźni zrozumieli, że nie pójdzie im tak łatwo.
Tamil przykucnął, zbierając fiolki
Na pewno nie: Tamil przykucnął, żeby zebrać fiolki?
– Musisz nauczyć się bronić – powiedział cicho, by nikt z tłumu ich nie dosłyszał. – To się powtórzy.
Ten tłum tak stoi i robi za dekorację? – Musisz się nauczyć bronić – mruknął. – To nie ostatni raz.
Tamil delikatnie skinął głową.
Nieznacznie, lekko, ledwo zauważalnie, ale, na miłość Eru Iluvatara, nie "delikatnie"! https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842860
A może kontrola?
? Chęć kontroli, ale nie kontrola jako taka.
Jakby nigdy go tam nie było.
Angielska składnia: Jakby go nigdy nie było. W sumie teraz Loen wygląda tak podejrzanie, że rozsądniejszy od Tamila człowiek spakowałby manatki i przeniósł interes, a o jego pomysłach usiłował zapomnieć…
Po napadzie Tamil ze zdwojoną siłą próbował naprawić recepturę.
Nie po polsku. Po napadzie Tamil podwoił wysiłki. Musiał poprawić recepturę.
delikatnie mętniała
Nieznacznie mętna.
Precyzja jest wszystkim
Niezbyt naturalne, poza tym – jeśli oni mają przyrządy pomiarowe o takiej czułości, to czemu ich nie używają?
Wszystko robię jak zawsze… Nic się nie zmienia poza efektem końcowym… Chyba po prostu oszaleję, zanim dotrę do tego, co jest nie tak!
Co wnosi ta wypowiedź?
Skoro jesteś pewien pomiarów, to wszystko robisz dobrze.
Nieprawda, ale wiemy, że gość kłamie. Zaznaczam tylko dla porządku.
Może źle je przechowali? A może to powietrze z fabryk?
Przechowywali. O ile palniki Bunsena już wskazywały na dość wysoki poziom techniki (przy którym retorta byłaby przestarzała, ale co tam), to dopiero teraz mamy potwierdzenie tego poziomu. Dotychczas świat wyglądał… nie za bardzo w ogóle wyglądał. Przydałoby się trochę wypełnić kontury.
głos mu zadrżał.
Dużą literą, niepaszczowe.
Przez te eksperymenty tracił zaufanie budowane latami
Ale tego nie pokazujesz. Poza tym – skoro on się domyśla, że z eliksirami jest coś nie tak, to dlaczego nadal je rozdaje? Lepsze żadne leczenie, niż leczenie szkodliwe.
Co gorsza, nie wiedział, jak to naprawić.
Zapewniasz.
że jego talent jest niewystarczający do zostania magiem
Naturalniej: że nie ma dość talentu, żeby zostać magiem. Dobra, to można zrezygnować, czy nie? Coś by z tego wynikało. Nawet dużo.
Tym razem jednak jego mentor nie zniechęcał go do działania.
"Jego" zbędne.
Tamil przerwał nagle, uświadamiając sobie, że powtarza argumenty Loena.
To nie są argumenty, tylko spekulacje. Argument ma tu postać: to na pewno nie moja wina; i jest słaby.
Słowa same wypływały z jego ust.
Angielska składnia: Słowa same wypływały z ust.
Przyznać się do czegoś, czego sam nie był pewny?
Przestać rozdawać niepewne eliksiry? Hmm?
Napawać się jego cierpieniem?
Przecież Tamil mu ufa? (Licho wie dlaczego, ale ufa).
szepnął Tamil, spoglądając na notatki
Tylko spoglądając? A nie przerzucając, kartkując, robiąc z nimi coś, co robi zaniepokojony człowiek? Nie chodzi o to, żeby rozwlekle opowiadać, tylko żeby opowiadać słowami o większym ładunku informacyjnym.
Proces zawsze był niestabilny.
Co to znaczy? https://wsjp.pl/haslo/podglad/15420/proces/3920053/zmiany-fizyczne-i-chemiczne
Do tej pory o tym nie wspominałeś… Twierdziłeś, że jest bezpieczny, że można go kontrolować…
Proces raczej jest bezpieczny – nic nie wybucha. Ta kontrola trochę nie teges, skoro produkty wychodzą nie takie.
Tamil widział, jak Loen robi kilka kroków wstecz, jakby próbował się wycofać.
A dlaczego miałby tego nie widzieć? Skoro się to odbywa na jego oczach?
Tamil przez moment widział grymas na jego twarzy.
Hmm?
Czy to, co powiedział aż tak bardzo go zirytowało?
Czy to, co powiedział, aż tak rozdrażniło mentora?
Na pewno wspominałem o czymś tak istotnym. Ty jednak zamiast się zastanowić, wolałeś od razu działać. – Zakończył z pobłażliwym uśmiechem.
Gaslighting… I niepaszczowość: Ty jednak, zamiast się zastanowić, wolałeś od razu działać – zakończył z uśmiechem.
Tamil chciał odruchowo zaprzeczyć…
"Odruchowo" odnosi się raczej do chcenia: Tamil odruchowo chciał zaprzeczyć…
Czy przez nieuwagę zignorował ostrzeżenie?
Zlekceważył.
Nie uważał, że to istotne?
Że co istotne? Nie było mowy o żadnym ostrzeżeniu, a chociaż Tamil jest zdenerwowany i może uwierzyć w kłamstwa kolegi, powinien jednak wiedzieć, o czym sam mówi.
Loen dotknął ramienia Tamila, wyrywając go z rozmyślań.
Imiesłów: Loen dotknięciem wyrwał Tamila z rozmyślań.
Słowa Loena miały działać kojąco, więc dlaczego zabrzmiały jak groźba?
Właśnie? Komuś tu coś nie wychodzi.
Tamil czuł dłoń zaciskającą się na ramieniu jak imadło.

Bo gifu z "run" nie było… :)
Skoro Loen wszystko sprawdzi, to na pewno teraz będzie dobrze. On nic nie przeoczy. Zawsze był lepszy w alchemii.
Dobra, poziom zdominowania Tamila jest odrobinę… za wysoki. Jasne, to robi zawodowiec, a on jest wyraźnie podatny, ale mimo wszystko. Żadnych wątpliwości?

Tamil skinął głową, zgadzając się.
Imiesłów nie oznacza celu: Tamil przytaknął.
zdał sobie sprawę, że nie pamięta już, jak wyglądała ofiara
… a dlaczego miałby pamiętać? Co go to obchodzi? To płatny zabójca, a nie stylista paznokci. Usuwa zbędnych ludzi, nie musi ich pamiętać.
W drodze do kryjówki zrozumiał – to wszystko stało się zbyt przewidywalne. W dodatku zwracało zbyt dużą uwagę. Loen wolał pozostać w cieniu. Nie powinien tak się narażać.
…? Nie wiem, o co chodzi.
schował w równych odstępach do szuflady
? Ułożył w szufladzie (swoją drogą, to pierwsze meble, które widzimy…).
Rutyna, która zwykle wystarczała.
? Do czego wystarczała?
Jego wzrok ślizgał się
Spojrzenie ślizgało się…
gdzie się udać
Dokąd iść.
Wciąż wracał jednak do jednego miejsca – małego sklepu Tamila.
Aliteracja: Ale wciąż wracał do sklepiku Tamila. (To jednak sklep, a nie działalność charytatywna?)
Palcami przesunął po mapie w miejscu, gdzie stało laboratorium alchemika.
Zajmowało taką powierzchnię? Przesunął palcem po znaczku przedstawiającym laboratorium alchemika.
Ma duże braki w wiedzy. Mimo to szybko je nadrabia.
Nie zauważyłam, żeby je nadrabiał. Poza tym "mimo to" nie ma tu sensu – gdyby nie miał braków, nie miałby czego nadrabiać.
– To przestaje mieć sens… – mruknął.
Ale co? Nie wiem, o co chodzi.
– Ta gra wymaga zmiany reguł, jeśli dalej ma trwać.
Dlaczego Loen robi melodramaty w zaciszu własnego pokoju?
Mógł uwierzyć w dowolny argument.
Nie kombinuj: Wierzył we wszystko, co mu się powiedziało.
Nie rozumiał, jak potężna potrafi być alchemia. Wystarczało mu to, co miał.
Co to ma do łatwowierności Tamila?
Jego nowy projekt.
Anglicyzm. https://wsjp.pl/haslo/podglad/36556/projekt
Wiedzę, której wcześniej nie posiadał.
Nowej wiedzy. Wiedzy się nie posiada.
Loen nie ujawnił, że iskiernik od początku był słabym ogniwem.
Sęk w tym, że gdyby Tamil był kompetentny (i nie denerwował się tak), powinien sam na to wpaść.
Kupił dobrej jakości składnik i dyskretnie go podmienił.
Kupił czysty i dyskretnie zamienił buteleczki. I znowu – powiedziałaś, że różnicę widać, więc Tamil powinien ją zauważyć.
Śmiertelność wyraźnie spadła. Na ulicach ludzie w końcu uspokoili się.
Abstrakcje, a ludzie tak łatwo się nie uspokajają. Poza tym – nie ma innych alchemików? Ilu on ma pacjentów? Ludzie sami się nie leczą? I tak dalej: Umierało teraz mniej pacjentów i ludzie przestali patrzeć na Tamila wilkiem.
Loen bez trudu wmówił mu, że jego dokładność przyniosła efekt.
Nienaturalne. Efekt?
Przy okazji zaczęło przybywać mu klientów.
Zaczęło mu przybywać klientów.
sklep z dnia na dzień zaczął lepiej prosperować
Sklep z dnia na dzień coraz bardziej prosperował.
Problem pozostawał jeden – Tamil wciąż odwiedzał biedotę.
Pozostał jeden problem: Tamil wciąż odwiedzał biedotę.
Loen widział, jak część z nich odsprzedaje eliksiry, które miały ratować ich życie.
Związek zgody (”biedota” nijak się nie łączy z “nimi”): Loen widział, jak niektórzy żebracy sprzedają eliksiry, które miały im uratować życie.
Było to jednocześnie irytujące i przewidywalne.
Hmm.
Mimo to obecna rutyna nie była stratą czasu.
? Co to ma oznaczać? "Rutyna" w sensie procedury to anglicyzm.
Teraz Loen miał własny projekt, który zaprzątał jego myśli częściej niż powinien.
"Projekt" w sensie przedsięwzięcia też.
Niestety, rzeczywistość miała mu o tym przypomnieć ze zdwojoną siłą.
Można przypomnieć jasno i wyraźnie, ale nie z jakąś siłą.
Ten dzień upłynąłby jak każdy inny, gdyby nie wizyta strażnika miejskiego. Wszedł do sklepu, rozglądając się wokoło. Kogoś szukał.
Pewnego zwyczajnego dnia do sklepu wszedł strażnik miejski, rozglądający się, jakby kogoś szukał.
Szukam kogoś, być może pan kojarzy… – strażnik zwiesił głos, jakby czekał na pytanie Loena.
Łopata: Szukam kogoś, być może pan zna… – Strażnik zawiesił głos.
Tamil właśnie zaopatrywał ich w nowy zapas składników, więc nie było go w sklepie.
Po polsku: Tamil wyszedł właśnie po zaopatrzenie.
Dzięki temu Loen mógł kupić im więcej czasu.
Angielski idiom przetłumaczony dosłownie – tak nie robimy: Dzięki temu Loen mógł zyskać na czasie.
Szukają Tamila wszędzie. To nie wróżyło nic dobrego. Dobrze, że w sklepie nie było klientów, bo trudno byłoby gładko wybrnąć z tej sytuacji.
Bo nie mogli zapytać jego klientów, pacjentów, pośledzić go trochę? Poza tym całość jest łopatologiczna.
położył na niej buteleczkę
Postawił.
Dokładnie taką samą, jakie stały wystawione na półkach za plecami Loena.
Dokładnie taką samą, jak te, które stały na półkach za plecami Loena.
– A to pan kojarzy?
"Kojarzy" jest bardzo współczesne. Mało fantastyczne.
Odłożył flakonik i przesunął wymownie po ladzie w stronę strażnika. Tamten schował go i przytaknął.
Postawił flakonik na ladzie i przysunął strażnikowi, który schował go i przytaknął.
Dlatego musimy odnaleźć też tego alchemika.
Jak już, to "także".
– Musiał narobić sobie wrogów.
Angielski idiom: Pewnie narobił sobie wrogów.
Widać było, że strażnik walczy z sobą. – Jest bardzo… śmiertelnie niebezpieczny.
Ze sobą. Dlaczego oni uważają, że to trucie było celowe? Czyżby dlatego, że tak długo trwało? Dlaczego Tamil o tym nie pomyślał? Jasne, bohater może być głupi – ale czy głupi alchemik utrzymałby się w interesie?
To może wiele znaczyć.
A co znaczy to zdanie?
Bo większość faktycznie leczyła, nieliczne zabijały…
Angielskie: Bo większość faktycznie działała, tylko od niektórych ludzie umierali… A swoją drogą, jak to wykryto? Jak udowodniono? Skoro umierali biedacy, na których władzom nie zależy?
czeka aż go złapią?
Czeka, aż go złapią?
Niestety, nie umiał wskazać, gdzie pracuje, oprócz tego, że na pewno w jednym ze sklepów.
Maniera: Niestety, nie wiedział, gdzie pracuje, tylko, że na pewno w sklepie.
dodał widząc, jak Loen na moment zesztywniał.
Albo: dodał, widząc, że Loen na moment zesztywniał; albo: dodał, widząc, jak Loen sztywnieje.
Żegnam pana w takim razie i proszę dać znać, jeśli coś pan zauważy.
Jeśli pan coś zauważy.
Dopiero, kiedy drzwi się zamknęły za nieproszonym gościem, rozluźnił dłoń zaciśniętą na ladzie.
Szyk: Dopiero, kiedy za nieproszonym gościem zamknęły się drzwi, rozluźnił dłoń, zaciśniętą na krawędzi lady.
Na szczęście Tamila nie było na miejscu. To spotkanie mogło potoczyć się bardziej dramatycznie.
Tak, domyślamy się. Czemu w to wątpisz?
Musieli jak najszybciej udać się do Tichonu.
Naturalniej: Musieli jak najszybciej płynąć do Tichonu.
Chciał jeszcze ze swojej kryjówki wziąć pieniądze.
Chciał jeszcze wziąć pieniądze ze swojej kryjówki.
z Tygla
Zbędne.
Taki wyjazd będzie ich kosztował niemało.
"Ich" zbędne, wiemy, o kogo chodzi.
Loen wrzucił najcenniejsze alchemiczne komponenty do sakwy.
Tak luzem?
W razie problemów można je sprzedać lub wymienić, będą stanowić dodatkową walutę.
Podwojona informacja. Wystarczy: W razie problemów można je sprzedać lub wymienić.
Tamil nie będzie zadowolony, że muszą tak nagle wyjechać.
Lepiej: Tamilowi się nie spodoba, że muszą tak nagle wyjechać.
Zresztą to go czegoś nauczy.
Zresztą, to go czegoś nauczy.
Loen odwrócił się słysząc pukanie w drzwi.
Loen odwrócił się, słysząc pukanie do drzwi.
Tamil zmarszczył brwi, jakby próbował sobie przypomnieć powód
?
Tamil roześmiał się, biorąc te słowa za żart. Szybko jednak spoważniał widząc, minę Loena.
Nie stawiaj przecinków między słowami, które określają się nawzajem: Tamil roześmiał się, ale zaraz spoważniał na widok miny Loena.
Nawet nigdy nie wspominałem o tym, że chciałbym to zrobić.
A co to ma do rzeczy?
Tamil jeszcze nie rozumiał jak poważna jest sytuacja
Tamil jeszcze nie rozumiał, jak poważna jest sytuacja.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.
Część trzecia – Powrót Jedi :)
Twoje eliksiry zatruły zbyt wielu ludzi, by to przeszło niezauważone.
Angielska składnia: Zatrułeś eliksirami zbyt wielu ludzi, żeby to przeszło bez echa.
Powtarzałem ci przecież o ryzyku. Składnik nie był czysty.
Po polsku: Powtarzałem ci, że ryzykujemy, że iskiernik nie jest czysty.
– Powtarzałeś? Czyżby? – w głosie Tamila słychać było niedowierzanie.
Tylko niedowierzanie? Nie wkurzyłbyś się na jego miejscu? Czy Tamil jest aż tak miły?
nie ja rozdawałem te mikstury. – Wycedził przez zęby.
Paszczowe, małą literą.
Tamil stał jak sparaliżowany, wpatrując się w Loena.
A może: Tamil stał jak sparaliżowany, gapiąc się na Loena.
Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale rozmyślił się. Zamiast tego wyszarpał się z uścisku i cofnął o kilka kroków.
Można ładnie połączyć: Otworzył usta, żeby coś powiedzieć, ale tylko szarpnięciem uwolnił się z rąk kolegi i cofnął o kilka kroków.
Loen powstrzymał się od podejścia i zmuszenia Tamila, by na niego spojrzał.
Dlaczego potrzebujemy informacji o tym, czego nie zrobił?
Odkupisz w Tichonie.
Nie odkupi, bo to nie będą te same rzeczy, tylko najwyżej sobie kupi nowe.
Miał wystarczająco w sakiewce, aby kupić im podróż na ostatnią chwilę.
Miał wystarczająco dużo pieniędzy; albo: Miał dość pieniędzy, żeby opłacić podróż.
Nie patrzył na Loena, pustym wzrokiem wpatrywał się przed siebie. Wydawał się nieobecny.
Łopata: Nie patrzył na Loena, pustym spojrzeniem gapił się w przestrzeń.
Loen zdziwił się. Skąd ta nagła zmiana nastawienia? Tamil nagle stał się nienaturalnie spokojny.
Trochę łopata, ale chyba wskazuje na zamiar samobójczy (w końcu na coś chłopak choruje na początku), więc może i działa.
Loen nie miał czasu na dramatyzowanie.
Lepiej: na dramaty.
Tamil musi poradzić sobie sam.
Tamil musi sobie sam poradzić.
Kolej na nieWiedział, co robi Mikstura oszukanej śmiercigo.
Co tu się stało?
Statek był ich jedyną szansą na szybkie opuszczenie miasta.
Już to mówiłaś. Parę razy.
Spojrzał na Tamila, który ze szklistymi oczyma rozglądał się po sklepie. Nie poruszył się jednak.
Loen się nie poruszył?
Loen nie znał nikogo, kto mógłby mieć większą wiedzę alchemiczną niż Tane.
Loen nie znał nikogo, kto wiedziałby o alchemii więcej niż Tane.
Jeśli ktoś miał mu pomóc uratować Tamila, to tylko on.
Jeśli ktoś mógł mu pomóc uratować Tamila, to tylko on.
Nosił się cały na czarno, co z jego hebanową karnacją sprawiało wrażenie, jakby był cieniem, który ożył.
Nosił się na czarno, co przy hebanowej karnacji sprawiało wrażenie, że jest cieniem, który ożył.
Było tuż po zachodzie słońca, a Loen jeszcze nie zaświecił lamp.
Słońce właśnie zaszło, a Loen jeszcze nie zapalił lamp.
Tane obrzucił pomieszczenie spojrzeniem i od razu skupił je na Tamilu.
Może lepiej: Tane rozejrzał się i zaraz skupił spojrzenie na Tamilu.
Podszedł do leżącego a bystre, prawie czarne oczy skupiły się na każdym szczególe wartym odnotowania.
Nic konkretnego (jak oczy mogą być tylko prawie czarne? i skupiać się naraz na wielu szczegółach?): Podszedł do łóżka, uważnie lustrując chorego.
Spojrzał z lekkim uśmiechem na Loena.
Lepiej: Z lekkim uśmiechem spojrzał na Loena.
Tane podszedł do Loena, jego przenikliwe oczy skupiły się na zabójcy.
A może tak: Tane przeniósł przenikliwe spojrzenie na zabójcę.
– Nie umiem go uzdrowić. Jeszcze nie znam metody. Ale sądzę, że ty tak… – gardło Loena zacisnęło się, kiedy spojrzał na Tamila.
– Nie umiem go uzdrowić. Jeszcze nie znam metody. Ale ty… – Loenowi zacisnęło się gardło, kiedy spojrzał na Tamila.
I naprawdę jesteś zaskoczony, co się z tego uwarzyło?
Niezbyt po polsku. Hmm. I naprawdę nie tego się spodziewałeś?
jednak od razu spoważniał
Lecz, nie "jednak".
Tane z dezaprobata pokręcił głową.
Wiemy, kto – ten, kto mówi. I zjadłaś ogonek.
Szczęśliwie dla ciebie problem już się rozwiązał.
Twoje szczęście, że problem sam się rozwiązał.
– Ręką wskazał Tamila.
Zbędne.
Tane przypatrzył się Loenowi, zanim kontynuował. – Ty naprawdę wierzysz w to, że to możliwe.
Tane przypatrzył się Loenowi, zanim podjął: – Ty naprawdę wierzysz, że to możliwe.
Gdyby dało się uniknąć śmierci, już dawno sprzedawalibyśmy to w butelkach.
Nie po polsku: Gdyby był sposób na uniknięcie śmierci, od dawna sprzedawalibyśmy go w butelkach.
Twój przyjaciel znalazł się na drodze bez powrotu.
Dość patetyczne.
– Musi dać się to odwrócić. Jakaś zakazana metoda znana tylko tobie…
– To musi się dać odwrócić. Jakaś zakazana metoda, znana tylko tobie…
Jego sylwetka napięła się, a głos nabrał lodowego tonu.
Sylwetka to kształt, nie może się napiąć. Ktoś może się wyprostować.
sprawdził palcem, czy z nozdrzy wydobywa się oddech
…?
– Przynajmniej mikstury umiesz uwarzyć bezbłędnie – w jego głosie faktycznie było słychać uznanie.
Niepaszczowe: – Przynajmniej mikstury umiesz uwarzyć bezbłędnie. – W jego głosie faktycznie było słychać uznanie.
nie zawsze byłeś tak precyzyjny
?
Nie tak miało to wyglądać.
Nie tak to miało wyglądać.
Jeśli Tane go nie miał, nikt inny też go nie posiadał.
Rozwiązań też się nie posiada. https://rjp.pan.pl/miec-a-posiadac/ Można je znać.
– Tane odszedł od Tamila. –
Zbędne.
Nie jesteś kimś, kto ma przyjaciół. A tym bardziej kimś, kto ich ratuje.
Mocno angielskie.
Specjalnie nie chce pomóc.
A można nie chcieć niechcący?
Pasuje ci, że on umrze!
Ile on ma lat?
– Loen nie próbował już opanować wściekłości.
Łopata.
Był gotowy na konfrontację.
Jak wyżej.
– Co nie zmienia faktu, że się nie da – Tane kontynuował, zachowując spokój.
Paszczowe: – Co nie zmienia faktu, że się nie da – ciągnął Tane spokojnie.
Loen przypomniał sobie, kim jest Tane.
?
Jak najszybciej pozbędziesz się ciała.
Albo rozkaz: Jak najszybciej pozbądź się ciała; albo porada: tak szybciej pozbędziesz się ciała.
Możesz zostawić sobie palec
Szyk: Możesz sobie zostawić palec.
Jego ręka zatoczyła łuk w stronę okna.
Sama z siebie?
z prawie trupem u boku
Hmm.
zawsze będzie ci potakiwał
Trochę będzie trudno… może sznurek?
Tane nagle zmienił ton na bardziej przyjazny.
Hmmm.
jakby próbował sobie dokładnie przypomnieć
Nie tłumacz tego. Czasem lepiej nie dopowiedzieć.
W każdym razie lepiej skorzystamy z okazji, że nie żyje… prawie
? Z okazji na co?
dodał ironicznie
To chyba widać z kontekstu.
Tane spojrzał z przekąsem.
Z przekąsem można tylko mówić: https://wsjp.pl/haslo/podglad/92989/przekas
Wyłapał zdziwione spojrzenie Loena. –
Zbędne, widać z dialogu, że Loen robi głupią minę.
załatwić transport na statku
Załatwić miejsca na statku.
Zachodzące słońce wpadało przez zabrudzone szyby. Pomarańczowe światło załamywało się tęczą barw na szklanych flakonikach.
Pod koniec tekstu nagle pojawiają się opisy? Skoro światło jest pomarańczowe, nie może się rozłamywać na tęczę. https://pl.wikipedia.org/wiki/Barwy_proste
Musiał go pospieszyć, bo się spóźnią.
Czasownik ułomny: Trzeba go popędzić, bo się spóźnią.
Przez moment wydawało się, jakby pyłki kurzu zawisły w powietrzu.
Wydawało się, że.
Początkowo nie zrozumiał, co zaszło.
Nie od razu zrozumiał, co się stało.
Na dnie znajdowało się jeszcze
Lepiej: Na dnie zostało jeszcze.
Tamil nie dawał oznak życia.
Zbędne, właśnie to pokazujesz.
Były prawie niewyczuwalne.
Były ledwo wyczuwalne.
Ktoś z gildii mógł mu pomóc
Lepiej: mógłby.
spakował najcenniejsze wyposażenie
Wyposażenie?
Jeszcze mu kiedyś za to podziękuje.
Kto komu? Uważaj na podmioty.
Płytki oddech i bicie serca spowolniły tak, że stały się niewyczuwalne dla zwykłej osoby.
? Płytki oddech i tętno stały się niewyczuwalne dla laika.
Nie obudzi się, ale przynajmniej też nie umrze.
Hmmm.
Buteleczka starczy co najwyżej na jeden dzień.
Buteleczka starczy najwyżej na jeden dzień.
Ciało nie mogło się wychłodzić.
Hmmm.
Potem wymyśli sposób, jak przetransportować go na pokład.
Sposób, żeby. Albo: Potem wymyśli, jak go przetransportować na pokład.
Eliksir nie był trudny do uwarzenia, jednak czas nieubłaganie go gonił.
A może: Eliksir nie był trudny do uwarzenia, ale czas naglił.
Musiał się maksymalnie skupić.
Wycięłabym, za dużo tego zapewniania.
Czuł, jak ciało mu sztywnieje.
?
Nie służy do przywracania martwych
Nie służy do ożywiania martwych.
Akurat ty powinieneś to dobrze wiedzieć
Powinieneś o tym dobrze wiedzieć.
Loen zacisnął pięści w bezsilności.
W poczuci bezsilności, może, ale nie w bezsilności.
Tane zabrzmiał nieco zbyt dramatycznie, jakby był aktorem na scenie
Głos Tane'a zabrzmiał…
Że nie skonsultował swojej śmierci z tobą?
Hmmm.
– w głosie Tane'a pobrzmiewał sarkazm.
Ale ten sarkazm jest wyraźnie widoczny w samej wypowiedzi – nie tłumacz nam tego, bo sami widzimy.
A on będzie uradowany, że to dzięki tobie musiał się wynieść z Tygla?
Hmmm. A on będzie się cieszył? Będzie wdzięczny?
– Loen nie mógł znieść sarkazmu dawnego mistrza.
?
Na odchodne spojrzał na Loena.
Na odchodnym.
Nie do twarzy ci w niej
Z nią. Naiwność to nie ubranie.
Ogarnij to
Niefantastyczne.
Przecież chciał pokazać Tamilowi, gdzie prowadzi jego głupia naiwność
Do czego prowadzi.
Powinien właśnie podać kolejną dawkę mikstury.
Właśnie teraz powinien mu podać następną dawkę mikstury.
W półmroku obserwował, jak oddech staje się coraz płytszy.
Hmmm?
Zachód słońca już dawno minął.
Słońce już dawno zaszło.
Było jeszcze wiele do zrobienia tej nocy.
Tej nocy miał jeszcze tyle do zrobienia.

Rzadko się zdarza nowicjusz, który pisze tak beżowo – i co zaskakujące, to niekoniecznie jest dobrze. Zdania budujesz od jednego wzoru, podmiot, orzeczenie, dopełnienie. Na początku mało które zdanie jest złożone, później pojawia się ich trochę, ale "kamera" tkwi kamieniem w miejscu. Prawie nie widzę metafor, porównań, kolorów. Tłumaczysz wszystko kroczek po kroczku jak podręcznik rachunkowości – sęk w tym, że literatura nie jest podręcznikiem rachunkowości.
Chociaż w rachunkowości wszystko musi się ze sobą wiązać, a tutaj nie zawsze jest z tym dobrze. Używasz raczej abstrakcyjnych wyrazów, kolejne zdania nie zawsze wynikają jedne z drugich, a czasem przeczą sobie nawzajem. Świat też jest dość chwiejny – raz magowie nim trzęsą, raz nie, niby jest alchemia i magia, ale jednocześnie fabryki… to można połączyć, ale trzeba połączenie przemyśleć. Bohaterowie mierzą się z problemami, które są wynikiem ich głupich decyzji, ale jakoś… odległym. Problemy przychodzą dopiero wtedy, kiedy Tobie to odpowiada, a nie wtedy, kiedy miałoby to sens.
Psychologicznie – Loen ładnie kopie pod sobą dołki i jest w miarę wiarygodnym psychopatą (zwłaszcza to jego nastawienie "ja wiem najlepiej" dobrze wyszło). Za to Tamil jest konsekwentnie ufny, o wiele za bardzo – nawet ktoś tak bezinteresowny powinien jednak trochę myśleć. Jego samobójstwo ma ostatecznie sens, aczkolwiek dramatyczna scena po nim to trochę przesada – wiemy już, co Tamil zrobił, wyobraziliśmy to sobie i nie trzeba nas tym tłuc po głowach. W sumie psychologia mogłaby być lepsza, ale chyba rokuje. Natomiast światotwórstwu przydałoby się więcej uwagi, bo prawie nie ma tła. Szczegóły typu gildia zabójców pozbawiona widocznego celu działania czy strasznie podli magowie wiszą sobie w powietrzu i można się ich pozbyć – są inne możliwe przyczyny rozejścia się dróg przyjaciół z dzieciństwa. Zakończenie trochę podważa tę psychologię – chodziło o to, żeby zakończyć podróż Loena na ciemną stronę mocy? Przecież on się poddaje, a wcześniej łapał, co chciał, i tym gorzej dla rzeczywistości? A, i pierwsza scena, w której Loen obawia się pościgu, chociaż później jest taki pewny, że nikt ich ścigać nie będzie, w której myśli o (swoich) morderstwach, chociaż dotąd życie ludzkie miał w pogardzie – to nie jest konsekwentne.
Formatowanie mogłoby być porządniejsze, justunek nie wszędzie działa i akapity z dialogami bywają bałaganiarskie – część didascaliów możesz spokojnie wyrzucić.
I cóż. Działaj dalej?

Krótkie zdania były częściowo zamierzone jako styl Loena, ale możliwe, że miejscami rzeczywiście zaburzają rytm.
Hmmm. Tylko że posługuje się nimi narrator… co prawda ograniczony, ale to nie jest jasne od początku.
obecnie tylko jeden rozpoznaje drugiego
Z nieokreślonych powodów – nie wiemy, jakie to jest prawdopodobne w tym świecie i o czym świadczy.
Leon jest racjonalny
Nie. Loen nie jest racjonalny. On sam, owszem, uważa, że jest – ale został pokazany jako pierwszej wody psychopata i to najwyraźniej stanowi oś tekstu. To jest historia świra. Tylko nie wiem, czy świra zanurzającego się w świrostwo, czy świra, który ma się ostatecznie nawrócić, bo zakończenie jest otwarte.
Tamil naiwny i chce pomagać ludziom, co wychodzi tragicznie, bo zdarza mu się ich ukatrupiać…
Tak to bywa w medycynie, ale naciąga moje zawieszenie niewiary jego zupełna niezdolność do powiązania jednej, wyraźnej zmiany, której dokonał, ze zmianą działania leków. Jak również to, że stosuje te leki nadal, chociaż wie, że są trefne. I oczywiście to, że ludzie tego nie zauważają, dopóki nie stanie się potrzebne autorce.
Usiadł na pobliskich schodach, oparł się o ścianę i zipiąc dziękował w myślach niebiosom, że jest cudownie chłodna.
Na przykład.
Co do opisów – staram się utrzymywać je raczej oszczędne i unikać zbyt rozbudowanych fragmentów, choć czasem są potrzebne, żeby nadać scenie odpowiedni klimat (najwidoczniej nie wyszło to tak, jak zakładałam).
Zawsze można przesadzić w dwie strony :) a optymalna ilość opisów też jest różna dla różnych tekstów. W tym przydałoby się trochę oddechu, a przynajmniej zarysowanie jakiegoś tła, ale mam wrażenie, że to w ogóle jest historia na dłuższą formę. Albo początek czegoś dłuższego.
okazała się bardzo przegadana, a przez to nieco nużąca, jednocześnie brakło wyjaśnienia intrygującej kwestii – dlaczego Tamil nie poznał Loena?
Racja.
Nie bardzo wiem także, jakie znaczenie dla całej historii ma początek opowiadania, kiedy Loen ucieka po dokonaniu zabójstwa – czy w ten sposób miał trafić do klepu Tamila?
Tak mi się wydaje, aczkolwiek troszeczkę to naciągane.
Obawiam się, że alchemicy nie pracowali w warsztatach.
Zasadniczo alchemik miał kuchnię, chociaż fantaści chyba wolą pracownię. Może kuchnia za bardzo się kojarzy z rosołem :D
– Po prostu odejdźcie… – głos mu zadrżał.
… przecież to nie jest paszczowe? Nie bezpośrednio, znaczy – opisuje dźwięk głosu, ale nie samą wypowiedź?
Obawiam się, że to słowo nie ma racji bytu w tym opowiadaniu, albowiem pojawiło się na początku XX wieku.
A może w XIX: https://en.wikipedia.org/wiki/Smog Ale – ponieważ na tym etapie nie wiemy, jaki jest poziom techniki w tym świecie (tj. czy desygnat tego słowa tam istnieje) – wyrywa (wyrywało, bo ja już przyszłam po jego wyrzuceniu) z zawieszenia niewiary.
pinezkę wynaleziono na początku XX wieku
… serio? Tak późno?
Co do słów „nie z epoki” – to jest świat fikcyjny, więc nie trzymam się ściśle realiów.
Tu też można przesadzić w dwie strony (jak wszędzie) – zdecydowanie pomogłoby, gdybyś dała czytelnikowi jakiś punkt zaczepienia, jakieś wskazówki co to tego klimatu, bo na początku domyślałam się świata typowo fantasy, a potem okazało się, że to bardziej coś a'la The Angel of the Crows (wiktoriański Londyn, tylko z magią, wampirami, wilkołakami i resztą tałatajstwa).
Tylko mam nadzieję, że poradnik mi tego jeszcze bardziej nie zagmatwa. ;)
Jest prosty, spokojnie :)
Jednakowoż nie ukrywam, że słowa w rodzaju: nastolatek, gadżet czy smog użyte w tekście z tagiem FANTASY, budzą we mnie sprzeciw. :(
Fantasy to szeroka kategoria – problem polega na tym, że początek tekstu nijak nie wskazuje na to, że tego typu słowa mogłyby się w nim pojawić, bo… patrz wyżej.
Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.