Z góry dziękuję za przeczytanie. Każdy komentarz będzie dla mnie bardzo cenny.
Z góry dziękuję za przeczytanie. Każdy komentarz będzie dla mnie bardzo cenny.
Loen
Tamil umierał.
Loen wiedział, że jeśli ma go uratować, jest tylko jedna osoba, która może pomóc. Mag ten przebywał w innym mieście – Tichonie.
Dlatego płynęli tam statkiem. Tamil był na granicy życia i śmierci, podtrzymywany w tym stanie przez mikstury Loena.
Byli ścigani. Pętla zacisnęła się kilka godzin wcześniej.
Wyruszyli w ostatnim momencie. Podróż miała potrwać kilka dni.
Warunki na statku były wystarczające. Skromna kajuta. Dwie koje, mały stolik.
Ułożył Tamila na dolnym posłaniu. Łatwiej było zabezpieczyć bezwładne ciało. Szybciej mógł też podać kolejną dawkę eliksiru.
Loen spojrzał na towarzysza podróży.
Za często ratował go z opresji. Tamil polegał na nim bardziej, niż powinien. Także tym razem. Za kilka dni sam mu podziękuje.
Spieszył się, jednak nie sądził, by o czymś zapomniał. Na pewno nie o czymś istotnym.
Najważniejsze były mikstury. Musiał utrzymać Tamila przy życiu przez całą podróż.
Powrót do Tichonu był dla niego wygodny.
Drugi raz w życiu uciekał w podobnych okolicznościach. Za pierwszym razem też ścigało go prawo. Wtedy jednak był tylko nastolatkiem. Jego winy były mniejsze.
A teraz? Nie. Nikt go o nic nie obwiniał. Nikt poza Tamilem. Głupie nieporozumienie. Wyjaśni to, kiedy się obudzi.
Ważne, że udało im się wywinąć. Tamil nie odpowie za te morderstwa. Tylko to się teraz liczy.
Przypomniał sobie podobny moment sprzed kilku miesięcy. Też na kołyszącym się statku dopływał do Tygla. Nie chciał wracać do miasta dzieciństwa, jednak gildii się nie odmawia. Jego umiejętności miały wesprzeć tutejszy oddział.
Zrobiły znacznie więcej.
Pierwsza misja była prosta. Wiele podobnych miał już za sobą. To było jedynie wprowadzenie w teren.
Szybkie i ciche zabójstwo. Dom był słabo strzeżony.
W przededniu musiał jeszcze zaplanować drogę ucieczki. Przemierzał jedną z uliczek Tygla…
*
Loen – kilka miesięcy wcześniej
Lubił chodzić po mieście nocą. Jakby miał dodatkowo osłonę. Dzięki niej był mniej widoczny. Jak cień.
Zlecenie miał wykonać kolejnego dnia. Dziś sprawdzał możliwe drogi ucieczki. Nie lubił poruszać się po zbyt tłumnych dzielnicach, a taka była handlowa – pełna ludzi i gwaru.
Normalnie by zrezygnował i poszukał innej drogi. Tym razem ta była najrozsądniejsza. Sprytnie byłoby wmieszać się w jutrzejszy tłum na festynie.
Gazowe lampy oświetlały ulicę ciepłym blaskiem.
Przemykał zręcznie między ludźmi, jak przez tor przeszkód. Sklep z tkaninami, obok pasmanteria, a dalej wąska uliczka prowadząca w stronę doków. Zaułek pozostawał w cieniu. Przydatne w razie ucieczki.
Mijał kolejne sklepy, jeden przy drugim. Nic ciekawego.
Zauważył sklep alchemiczny. Może się przyda.
Alchemia była jego specjalnością. Lubił spędzać czas na warzeniu mikstur.
Poza tym potrzebował kilku składników. Eliksiry kupował rzadko. Nie ufał tym przygotowanym przez kogoś przeciętnego. Nie były tak skuteczne jak jego.
Zatrzymał się przed witryną. Tym razem coś było inaczej.
Młody mężczyzna pochylał się nad ladą. W jego ruchach było coś znajomego.
Właśnie przeglądał notatki. Jego smukłe, pobrudzone tuszem palce przesuwały się po kartce. Jasna grzywka opadała na czoło. Gdzieś to już widział.
W końcu młodzieniec wykreślił coś w notatniku i wyprostował się. Jego wzrok powędrował ku witrynie. Dokładnie tam, gdzie stał Loen.
Ich spojrzenia się spotkały.
Rozpoznał go.
Loen w ułamku sekundy odwrócił się i odszedł. Nie potrzebował teraz znajomych z przeszłości. Nic nie mogło go rozpraszać przed jutrzejszą misją.
To był on – Tamil. Kiedyś jego przyjaciel. Może jedyny, jakiego miał.
Niewiele się zmienił przez te lata. Tylko co robił w tym sklepie?
Miał zostać magiem. Rozdzielono ich dawno temu właśnie dlatego, że Tamil miał talent. Dla dzieciaka z ulicy była to przepustka do lepszego świata.
Obaj byli sierotami. Tamil zawsze się nim opiekował. Zresztą nie tylko nim.
Loen stanął przed zapuszczonym budynkiem w dokach. Rozmyślając, dotarł do swojej kryjówki.
Nie był w stanie się skupić. Na dziś to wystarczy. Dokończy rozeznanie jutro rano.
Może nawet odwiedzi Tamila? Porozmawiają o dawnych, gorszych czasach.
Zastanawiał się, czemu Tamil wybrał ten sklep. Co się stało z jego planami zostania magiem. Nie spotkał się jeszcze z tym, żeby ktoś szkolony w Gildii Abolitów mógł zrezygnować. Dzieci zabrane do treningu wracały jako magowie albo wcale.
Nie. To zły pomysł. Już teraz za bardzo się rozprasza. Odwiedzi Tamila po wykonaniu misji. Musiał jeszcze przez cały dzień pozostać skupiony.
Najpierw obowiązki. Potem spotkanie z Tamilem. Czy rozpozna go równie szybko?
Loen zmienił się znacznie bardziej. Nie byłby zaskoczony, gdyby Tamilowi zajęło dłuższą chwilę, żeby sobie przypomnieć. Przekona się wkrótce.
*
Włamanie przebiegło perfekcyjnie.
Loen uśmiechnął się pod nosem. Strażnicy? Ominięci. Psy? Nie wyczuły go – dzięki miksturze maskującej zapach. Jego własnej recepturze.
Teraz stał w sypialni, nad łóżkiem. Czas się zatrzymał. Świat czekał na jego ruch.
To był najlepszy moment.
Zmysły miał wyostrzone. Mięśnie gotowe do zadania ciosu.
Mężczyzna spał, nieświadomy niczego. Żałosne.
Loen wyciągnął sztylet – lekki, z ciemnego metalu, zaprojektowany, by nie odbijał światła.
Pochylił się nad łóżkiem.
Przez krótką chwilę życie i śmierć leżały w jego rękach. Tylko to miało znaczenie.
Świat zredukowany do dwóch osób: ten, kto decyduje, i ten, kto umrze.
Odliczył jego ostatni oddech.
Pewnym ruchem podciął gardło. Ofiara natychmiast otworzyła oczy, lecz było już za późno. Zamiast krzyku wydobyło się tylko bulgotanie.
Kilka sekund i było po wszystkim. Misja wykonana.
Teraz bezszelestnie opuści to miejsce.
Wyjął kolejną fiolkę i połknął jej zawartość jednym haustem. Skrzywił się. Smak był wyjątkowo gorzki. Działanie natychmiastowe. Jego zmysły wyostrzyły się.
Spojrzał przez okno. Strażnicy w ogrodzie śmiali się z jakiegoś żartu. Jeden z psów warczał pod murem. Światło księżyca wydawało się jaśniejsze.
Unoszący się w pokoju metaliczny zapach krwi zaczął mieszać się z aromatem kwiatów zza okna.
Nie miał wiele czasu. Tylko kilka minut, zanim działanie esencji się skończy.
Droga była wolna. Bez chwili namysłu wskoczył na rynnę i zsunął się do ogrodu. Łatwiej schodzić niż wchodzić.
Słyszał zbliżających się strażników. Ominął ich bez trudu. Psy wciąż go nie wyczuwały.
Kilka kroków i znajdzie się przy murze. Kilkanaście sekund i zniknie niezauważony.
Linka wisiała dokładnie tak, jak ją zostawił. Złapał za nią i zaczął się błyskawicznie wspinać.
Był już przy końcu, gdy wyczuł zagrożenie. Przez moment nie rozumiał, co się stało.
Krzyki z oddali.
Nagle poczuł gorący podmuch. Magiczny pocisk.
W ostatniej chwili uchylił się, choć ogień i tak go drasnął w ramię. Esencja wyostrzyła też jego wrażliwość na ból. Odczuł go znacznie mocniej.
Mieli tu maga. Powinien zrobić sam rozeznanie, a nie zdawać się na informatorów z gildii. Co za niekompetencja. Od tego zależy nie tylko powodzenie misji, ale także życie innych.
Chyba że specjalnie to zatajono? Był tu obcy. Nowo przybyły z odległego miasta. Mający wspomóc tutejszy oddział gildii. Już to mogło sprawić, że narobił sobie wrogów. Sama jego obecność. To, że był potrzebny. Nie radzili sobie.
Loen zrozumiał, że popełnił błąd. Niepotrzebnie zaufał. Ostatni raz. Teraz sam będzie wszystko sprawdzał. Dość ryzykowania własnym życiem.
Lata szkoleń przyzwyczaiły go do bólu. Zręcznie przeskoczył mur i wylądował po drugiej stronie.
Miał chwilę przewagi, choć zmysły powoli słabły. Ból przestał palić tak intensywnie. To akurat duża zaleta.
Wbiegł na sąsiednią ulicę. Była pusta. W oddali słychać było głosy i pijackie przyśpiewki.
Pamiętał, że w pobliżu znajduje się pub. Musiał szybko wmieszać się w tłum. Potem ruszy w stronę kryjówki w dokach.
Korzystając z tego, że był sam, ściągnął maskę z twarzy i schował do kieszeni. Czarną kurtkę odwrócił na drugą stronę. Teraz miała ciemnozielony kolor ze srebrnymi naszyciami. Niestety, dodatkową ozdobą była plama krwi na ramieniu. To mogło zwrócić uwagę. Mimo to szybko założył kurtkę ponownie, lekko się krzywiąc.
Rana jednak była głębsza niż się wydawało i obficie krwawiła. Musiał jak najszybciej ją opatrzyć.
Słyszał za rogiem głosy ponaglających się nawzajem strażników. Nie czekając, aż go dopadną, pobiegł ulicą.
Wątpił, by go dogonili. Ich nieudolność była co najwyżej irytująca. Jednak jeśli był z nimi tamten mag, to inna sprawa.
Dotarł zdyszany do pubu. O dziwo nie wyróżniał się aż tak bardzo ze swoją plamą krwi. Mijał bywalców, którzy też mieli poplamione ubrania. Niekoniecznie krwią, sądząc po zapachu.
Nagle poczuł się bardzo zmęczony. Spojrzał na ramię. Cały rękaw był już przesiąknięty krwią. Nie zabrał ze sobą nic do opatrzenia rany.
Nie mógł tu zostać. Szybko opuścił lokal wraz z grupką podpitych gości.
Gorączkowo rozejrzał się po ulicy. Na szczęście nikt nie zwracał na niego uwagi.
Wiedział, gdzie musi iść. Nieważne, czy Tamil będzie obecny, czy nie. W sklepie alchemika znajdzie potrzebne rzeczy. To nie było daleko. Jedyne rozsądne wyjście.
Nogi same go poprowadziły.
Stanął przed witryną. Na zapleczu paliło się światło. Było tuż przed północą, więc sklep był zamknięty, jednak Tamil lub ktoś inny wciąż był w środku.
To nie miało teraz znaczenia. Potrzebował pomocy.
Zastukał mocno do drzwi, a głuchy huk rozległ się po opustoszałym sklepie. Ktoś wyszedł z zaplecza. Zauważył go przy drzwiach i z lekkim wahaniem podszedł.
Drzwi się uchyliły i Loen zobaczył w nich zaniepokojoną twarz Tamila.
– Już dawno zamknięte. Idź lepiej do szpitala.
Tamil rzucił okiem na sylwetkę Loena i zatrzymał wzrok na zakrwawionym ramieniu. Od razu zrozumiał. Ponownie uważnie spojrzał na twarz przybyłego.
Westchnął. Z lekkim wahaniem odsunął się na bok i uchylił drzwi, by Loen mógł wejść.
– Chodź szybko… na zaplecze. – Wskazał ręką na smugę światła z tyłu pomieszczenia.
Loen miał coś powiedzieć, jednak czuł, jak jego myśli odpływają.
Głos Tamila, jakby z oddali, przywołał wspomnienia…
Tamil trzymał go za rozcięte przedramię i w skupieniu, delikatnie przemywał mu ranę. Mieli wtedy może z dziesięć lat.
Loen zawsze wdawał się w bójki. Nie znosił, kiedy ktoś go obrażał.
Tamil patrzył na niego z niepokojem. Jedyna osoba, która się nim zajmowała. Jedyna, której zależało.
Obiecywał mu wtedy, że nie da się tak łatwo sprowokować, ale nie mógł odpuścić. Tamil nie był jednak zły na niego. Martwił się, chciał mu pomóc, ulżyć w cierpieniu…
Loen ocknął się na zapleczu. Półleżał w głębokim fotelu w rogu pokoju. Obok niego na stoliku leżał odpięty pas z bronią i gadżetami.
Odruchowo złapał się za ramię. Jego rana była opatrzona. Ból ustąpił.
Spojrzał na Tamila.
Bez żadnych wątpliwości – to był on. Nie zmienił się aż tak bardzo. Wciąż miał delikatne rysy, dłuższe włosy i spokojne niebieskie oczy.
Loen odprężył się. Na zapleczu prawie nie było słychać gwaru z ulicy.
Mógłby teraz wyjść, ale nie chciał tego robić.
– Dziękuję. Widać, że masz wprawę. – Musiał nawiązać rozmowę.
Tamil skinął głową, lekko się uśmiechając.
Czy go rozpoznał?
– Dla mnie to nie pierwszyzna. Jestem Tamil. – Podał rękę na powitanie.
Loen uścisnął dłoń.
Spodziewał się, że jak tylko wypowie swoje imię, dawny znajomy go rozpozna. Serce mu przyspieszyło.
– A ja Loen.
– Miło cię poznać.
Żadnej reakcji. Nic.
Loen praktycznie od razu go rozpoznał. Wystarczyło mu przelotne spojrzenie przez szybę. Coś tu nie pasowało.
Czy to możliwe, że Tamil został wyprany ze wspomnień? Wiele lat temu Loen widział, jak zabierają go z ulicy. Wiedział, że szkolenia są wyjątkowo brutalne. Nie wszyscy je przeżywają. Może to wywołało u niego traumę. Stąd zaniki pamięci.
Uważnie rozejrzał się po pomieszczeniu.
Sklep był dobrze zaopatrzony. Widział nawet kilka unikatowych komponentów. W niewielkiej ilości – raczej do testów niż produkcji.
Tamil lubił eksperymentować. Loen także. To będzie dobry punkt zaczepienia.
– Masz może mikstury lecznicze?
Tamil przytaknął i podszedł do szafki. Zaczął wyjmować buteleczki z eliksirami. Szkło brzęczało, kiedy niechcący nimi stukał.
– Nie chcę być nieuprzejmy, ale… – Tamil spojrzał przelotnie na Loena znad ramienia. – Stać cię na nie, prawda?
Loen w odpowiedzi wyjął kilka monet schowanych w małej kieszonce spodni i położył ostentacyjnie na stoliku.
– Czy tyle wystarczy?
Tamil skończył i podszedł do stolika. Spojrzał na monety, na jego twarzy pojawiła się ulga. Może spodziewał się oszustwa.
Loen spokojnie spakował eliksiry. Jednocześnie już wiedział, jak przeciągnąć rozmowę.
– Powinieneś zrobić z nich użytek. – Wskazał na jedną z półek, gdzie leżały rzadkie składniki.
– Tak… Właśnie miałem to w planach… – Tamil schował ostatnią monetę do sakiewki. – W bliżej nieokreślonej przyszłości…
Loen uśmiechnął się. Częściowo do Tamila, a częściowo do planu, który właśnie się narodził w jego głowie.
– Dobrze się składa. Mogę pomóc.
– Nie, nie… To nie twój problem. Sam się za to zabiorę… – Tamil wyglądał na zmieszanego. – Tak w ogóle, to nie jesteś stąd, prawda? Wyczuwam akcent… z Tichonu?
Loen był dobry w udawaniu. Może to akcent zmylił Tamila i dlatego wciąż sobie nie przypominał?
– Właściwie wychowałem się tutaj, w dokach… – Loen specjalnie zawahał się, ale nie widział żadnej reakcji. – Jako nastolatek jednak trafiłem do Tichonu.
Nawet po przekazaniu tylu wskazówek Tamil wciąż go nie pamiętał. Nie na to liczył.
Loen musiał się przekonać, co się za tym kryje.
– Ach, tak… Twój akcent jest subtelny. W każdym razie jutro możesz przyjść na zmianę opatrunku. Byle nie tak późno jak dziś. – Tamil uśmiechnął się lekko.
Loen zaśmiał się.
– Dziś to wyjątek. – Wiedział, jak rozegrać tę partię. – Przyjdę jutro wieczorem. Jak skończysz pracę, to zaczniemy.
– Zaczniemy? Co zaczniemy? – Tamil był zaskoczony.
– Jak to co? Mówiłeś przecież, że chcesz zrobić użytek z tej kolekcji. – Wskazał ręką na półkę. – W takim razie służę pomocą.
– Mówiłem? Ale to nic pilnego… Nie chcę cię trudzić. Na pewno masz co robić.
Brak zapału go rozczarował. Jednak to nie było teraz ważne. Miał okazję poznać prawdę a przy tym pokazać swoje umiejętności. To było warte poświęcenia czasu.
– Mam jutro wolny wieczór, to zaczniemy.
– Ale… – Tamil wyraźnie szukał wymówki. – Chciałem się przygotować… Po prostu nie sądziłem, że to będzie tak szybko.
Nie chciał pomocy. Nieważne, i tak ją otrzyma. Przy okazji sprawdzi, co jest nie tak z jego pamięcią.
Owszem, Loen zmienił się przez te kilkanaście lat rozłąki. Jednak takich osób jak on łatwo się nie zapomina.
– Więc widzimy się jutro.
– Tak, do zobaczenia… – powiedział bez entuzjazmu Tamil.
Wcześniejszy Tamil nie był taki zgaszony. Ten wydawał się być zrezygnowany i bierny.
Loen miał kilkanaście dni spokoju przed kolejnym zleceniem. Postanowione – kolejne wieczory poświęci Tamilowi.
*
Loen miał w pamięci dzień, gdy Tamil go opuścił. Nie spodziewał się, że kilkanaście lat później ich drogi jeszcze się przetną.
Subtelne wskazówki nic nie dały. Te bardziej bezpośrednie też nie. Tamil go zapomniał. Jakby Loen nie istniał wcześniej w jego życiu. Dla Tamila był po prostu jednym z wielu dzieciaków, niewartym uwagi.
Nie tak to pamiętał.
Dowiedział się jednak, czemu Tamil nie został magiem. Skutecznie stłumiono w nim wszelkie objawy magii. Jego talent okazał się niewystarczający.
To Loen wyszedł na tym lepiej. Po tym, jak Tamil zniknął, chciał też mieć szansę. Być kimś więcej niż zwykłym rzezimieszkiem z ulicy.
Oprócz wspólnej przeszłości, mieli też wspólną specjalność. Alchemia w Gildii Abolitów okazała się prostsza niż ta, której Loen uczył się u Arkanistów. Dwa miasta, dwa podejścia.
Arkaniści nie bali się eksperymentów i wiedzy. Abolici chcieli ograniczeń i kontroli. Loen lubił alchemię i był uzdolniony w tym zakresie. Mógł być tym, który pomaga. Albo tym, który szkodzi.
Tamil z czasem bardziej się angażował. Najpierw tylko obserwował, ale później sam dopracowywał receptury. Czasami Loen specjalnie mieszał nieco proporcje. Chciał sprawdzić różne warianty.
Widział, jak Tamil rozdaje ich eliksiry ubogim. Nie rozumiał tego. Jednak jeśli może przy tym testować swoje pomysły na ludziach, to czemu nie. Nie lubił marnotrawstwa ani naiwnego altruizmu. Wolał nie okazywać jednak swojej niechęci. Lepiej, żeby Tamil nie podejrzewał, iż prowadzi własne eksperymenty. Chciał, aby ich mikstury ratowały zdrowie i życie. Loen wolał wiedzieć, jak sprawić, by działały wydajniej.
W dzieciństwie Tamil też taki był. Lubił pomagać słabszym. Zawsze chciał być lepszy. Ratowanie życia dawało mu satysfakcję, tak jak Loenowi zabijanie.
Ta altruistyczna natura zaczęła mu przeszkadzać. Tamil był zbyt naiwny. Dobrze byłoby dać mu lekcję. Może nie był warty zapamiętania. Teraz to się zmieni.
*
Loen obserwował, pomagał i wyczekiwał odpowiedniego momentu.
Zasugerował Tamilowi, co i u kogo powinien kupić. Wiedział, który sprzedawca nie jest uczciwy, tym bardziej w przypadku kogoś tak naiwnego.
To była idealna pułapka. Nie dało się jej uniknąć.
Tego dnia Tamil wszedł do warsztatu pewnym krokiem, z rozpromienioną twarzą. Jego ubranie było przesiąknięte przyprawami. Wracał z targu.
– Cześć! – Tamil postawił buteleczkę na stole. – Nie uwierzysz! Właśnie zdobyłem iskiernik w ludzkiej cenie.
Loen przyjrzał się uważnie butelce z niebieskim płynem.
Wzmacniacz mikstur – potocznie zwany iskiernikiem.
Jeden rzut oka i wiedział, że coś jest nie tak. Każdy doświadczony alchemik powinien był to zauważyć.
Iskiernik połyskiwał i odbijał światło na czerwono. Odbite promienie powinny dawać ciepły odcień. Ten wpadał w chłodne tony. Subtelna różnica, ale bardzo znacząca. Nie każdy by to dostrzegł. Tamil pierwszy raz widział tę substancję. Nie rozumiał, że właśnie został oszukany.
Dokładnie tak, jak się spodziewał Loen.
– W ludzkiej cenie… – powtórzył, zastanawiając się, czy Tamil coś już zauważył.
Tamil ochoczo odkręcił korek. Z wnętrza uniósł się zapach. Był odrobinę zbyt słodki, jakby ktoś dodał kroplę miodu do ostrego aromatu ziół.
– Pachnie… dziwnie, prawda? – Tamil nagle spoważniał i niepewnie spojrzał na Loena.
Jednak coś przeczuwał. Szukał potwierdzenia.
Loen pochylił się nad butelką, udając, że dokładniej sprawdza substancję.
Nie było najmniejszych wątpliwości, że była zanieczyszczona. Każda mikstura, jaka by z niej powstała, była niestabilna. Nie dało się przewidzieć efektów.
O to właśnie chodziło. Wystarczyło to wykorzystać.
– Pachnie w porządku. – Loen zerknął na Tamila. – Ale jakość będzie słabsza.
Tamil na te słowa wzdrygnął się.
– Słabsza? Ta cena była… Jak teraz myślę, to aż za dobra… – Tamil znów spojrzał wyczekująco na Loena. – Czyli jednak jest bezpieczny? Mogę go użyć?
Iskiernik był tak drogi właśnie dlatego, że łatwo było go zepsuć. Wtedy stawał się co najmniej bezużyteczny, a zazwyczaj niebezpieczny.
– Jeśli będziesz ostrożny, nic się nie stanie. Przyspieszysz sobie pracę. – Wiedział, jakich argumentów użyć, by wątpliwości Tamila się rozwiały. – Chyba nie wycofasz się tylko dlatego, że trudniej przygotować taki eliksir?
– Nie, nie o to chodzi. – Tamil pospiesznie zaprzeczył. – Wiem, że będzie trudniej. Tylko ten składnik… Czy jego zapach nie jest trochę dziwny?
– Wątpisz w siebie, a nie w składnik.
– Może masz rację…
Tamil wpatrywał się w iskiernik, jakby chciał z niego wyczytać przyszłość.
Loen sięgnął po buteleczkę. Zakorkował ją i odstawił na półkę obok. Z odległości trudniej było coś zauważyć.
– Nie martw się. Pomogę ci. Możesz znacznie zwiększyć skalę. Chyba chciałeś pomagać jak największej liczbie ludzi?
– Tak… oczywiście, że tak. – Tamil spojrzał na Loena. – Z twoją wiedzą… jestem pewny, że sobie poradzę.
– Zdecydowanie.
To zawsze działa. Wystarczyło pokazać ludziom cel, do którego warto dążyć. Wtedy wątpliwości przestają mieć znaczenie.
*
Zajęło im kilka godzin, zanim dopracowali recepturę.
Tamil pochylił się nad retortą, zaniepokojony, gdy substancja zaczęła bulgotać gwałtownie.
– Coś jest nie tak… – szepnął. – Za szybko podgrzałem? – Spojrzał na Loena.
Loen wpatrywał się w bulgoczący płyn, jakby zastanawiał się, co poszło nie tak. Patrzył spokojnie, jak dym rozlewa się po stole a kolor mikstury ciemnieje bardziej niż powinien. Dobrze wiedział, co to oznacza.
Wystarczyłoby jedno słowo, żeby to zatrzymać. Jednak to nie wchodziło w grę. Musiał uśpić czujność Tamila.
– Zmniejsz płomień. Ustabilizuje się.
Tamil potaknął i skręcił ogień. Wystarczyło. Płyn od razu przestał bulgotać. Gryzący dym rozproszył się w powietrzu.
– Uspokoiło się… – Tamil odetchnął.
– Widzisz? Udało ci się.
Loen spojrzał uważnie na Tamila. Uśmiechał się, wpatrzony w retortę. Dumny z siebie. Nic nie podejrzewał.
Pierwsza porcja była gotowa. Teraz trzeba sprawdzić, co naprawdę potrafi.
***
Tamil
Na początku pojedyncze przypadki go nie zaniepokoiły.
Kobieta z doków po eliksirze dostała jeszcze większej gorączki. Kilka dzieci nie mogło wstać z łóżka. Jednak nikt nie łączył tego z miksturami. Jeszcze nie.
Z czasem historii zaczęło przybywać, a Tamil słuchał ich z rosnącym niepokojem. Setki rozdanych mikstur w ciągu kilku dni. Wcześniej działał na znacznie mniejszą skalę. To przecież normalne, że przy tak dużej liczbie reakcji niepożądanych będzie więcej.
Może nie ufał sobie, ale liczbom już tak. Wyliczył, ile faktycznie powinno być skutków ubocznych. Coś się nie zgadzało. Przypadków nie było więcej – było ich za dużo.
Musiał to skonsultować z Loenem.
– Czy to normalne? Może coś robimy… źle?
Loen w skupieniu odmierzał składniki na kolejną porcję. Tamil obserwował go jak zahipnotyzowany.
– Każdy reaguje inaczej. Zresztą, to tylko kilka przypadków. Jest ich więcej, bo więcej rozdajesz.
Zabrzmiało to rozsądnie. Tamil przecież na początku pomyślał dokładnie to samo. Ale obliczenia wskazywały na coś innego.
– Wciąż jest ich za dużo. Obliczyłem to i…
– Może źle policzyłeś. Reakcje nie są liniowe przy zwiększonej skali. Uwzględniłeś to?
Czy nie odpowiedział zbyt szybko? Jakby miał już wcześniej gotowe wytłumaczenie.
Coś tu nie pasowało. Wcześniej miał pełną kontrolę, wszystko rozumiał. Teraz proces był bardziej skomplikowany. Zaufał Loenowi. Czy dobrze zrobił?
Loen miał znacznie większą wiedzę i doświadczenie. Bagatelizował skutki uboczne. Czy był aż tak pewny swojej nieomylności? Nie powinien wzbudzać podejrzeń. Jednak czasem coś w jego zachowaniu nie dawało Tamilowi spokoju. Ledwo zauważalna rysa na szkle.
A może to on miał paranoję?
Dlatego musiał dopracować proces. Przeliczał proporcje, pilnował temperatury, sprawdzał czas. Jednak nic to nie zmieniło. Nie uniknął tego, czego obawiał się najbardziej.
W końcu pojawiły się pierwsze zgony, a Tamil ze zdziwieniem zrozumiał, że czekał na nie już od dawna. Tego się spodziewał.
Wcześniej też oczywiście nie każdego udawało się uratować. Jednak przy mniejszej liczbie pacjentów widział ich stan i śmierć nie była aż tak zaskakująca. Umiał określić, czy eliksir leczy, czy tylko uśmierza cierpienie.
Teraz nagle utracił całą swoją intuicję. Może to z przepracowania? Pamiętał kilka osób, które umarły. Nic nie wskazywało na ich poważny stan. Wręcz przeciwnie, powinni szybko wyzdrowieć.
Loen dopiero po pierwszych śmierciach zaczął zwracać większą uwagę na pacjentów. Zadawał wiele pytań. Tamil odnosił wrażenie, że ta sytuacja także go nie zdziwiła. Jakby właśnie przeprowadzali eksperyment, w którym testują nową miksturę – i jeszcze nie wiedzą, czy ma ona być lekiem czy trucizną.
Tamil domyślał się od pewnego czasu, co Loen robi wieczorami. Jak zarabia na życie. Dlaczego po jego nocnych eskapadach giną ludzie. Czemu wraca poobijany lub rzadziej ranny. Choć nigdy nie miał zamiaru powiedzieć tego wprost.
Z tego powodu traktował zainteresowanie swojego mentora jako zwykłą ciekawość. Niepokojącą i moralnie niejednoznaczną. Jednak nie widział w tym większego planu.
Dlaczego tolerowanie tego przychodziło mu tak łatwo? Potrzebował jego wiedzy, czy jego pewności siebie?
Coraz więcej wątpliwości pojawiało się w jego głowie. Jeśli Loen ma w tym jakiś cel? Tylko jaki? Może od początku chodziło mu o testowanie mikstur na szeroką skalę. Tylko po co? Dlaczego miałby tak zwracać na siebie uwagę?
Tylko, że to nie Loen rozdawał eliksiry potrzebującym. Robił to Tamil. Zawsze on.
To Tamil zwracał na siebie uwagę, Loen pozostawał w cieniu i nikt oprócz Tamila nie wiedział, jak dużą rolę odgrywa w całym procesie.
*
Tamil rozdawał mikstury przy stoisku z przyprawami niedaleko doków.
Dzień był ciepły i przyjemny. Słońce odbijało się w szklanych fiolkach. Powietrze było przepełnione zapachem orientalnych przypraw i wilgoci.
Zazwyczaj ludzie ustawiali się w kolejce, jednak ostatnio było inaczej. Wielu tylko stało obok i patrzyło z ukosa. Szeptali między sobą.
Niechęć i widoczny brak zaufania sprawiały, że Tamil chciał jak najszybciej skończyć i opuścić to miejsce. Czuł napięcie, które wisiało w powietrzu.
Wtedy ich zobaczył. Dwóch mężczyzn, znanych mu aż za dobrze. Ci sami, którzy kilka tygodni temu napadli go w bocznym zaułku i okradli. Tamten raz skończył się siniakami, tym razem Tamil nie spodziewał się niczego lepszego.
– O, nasz cholerny dobroczyńca! – zawołał jeden z napastników, tym razem na tyle pewny siebie, by nawet nie zakrywać twarzy chustą. – Dziś też rozdajesz swoje… lekarstwa? – Krzywo uśmiechnął się. – Słyszałem, że najbardziej pomagają… w umieraniu. – Stanął na tyle blisko, że Tamil wyczuwał jego kwaśny oddech.
Ludzie obok zamarli. Nikt się nie odezwał. Powietrze jakby zatrzymało się między nimi, mieszając zapach przypraw z nieprzyjemną wonią oprawcy.
Tamil skrzywił się. Musiał zachować spokój.
– Po prostu odejdźcie… – Głos mu zadrżał.
Drugi mężczyzna roześmiał się i podszedł bliżej.
– Nie pasuje ci, że tu jesteśmy? To sobie grzecznie pójdziemy… – Zrobił dodatkowy krok w stronę Tamila. – Ale najpierw pozbędziemy się tych diabelskich flaszek… Zanim komuś znowu stanie się krzywda.
Brutalnie wyrwał skrzynkę z rąk Tamila. Kilka fiolek wypadło i potoczyło się po bruku. Część stłukła się, uwalniając ostry zapach spirytusu i ziół.
Tamil instynktownie cofnął się o krok. Wiedział, że nie ma szans.
– To nie jest wasze…
Mężczyźni nawet nie próbowali go słuchać. Jeden z nich stanął przed nim ze złośliwym uśmiechem na ustach.
– Nikt tu nie chce tych szczyn. – Napastnik rozejrzał się po tłumie wokół. – Ani nikt ci tu nie pomoże, morderco.
Popchnął Tamila. Lekko, jedynie by pokazać, że ludzie nie zareagują.
Miał rację. Wyczuwał to już od pewnego czasu. Wszystko się zmieniło. Traktowali go z dystansem.
Ludzie wokół tylko patrzyli w milczeniu, nikt nie zrobił nawet kroku w jego stronę. Wzgarda, niechęć, nawet satysfakcja – wszystko mieszało się w ich twarzach. Tamil opuścił ręce. Po prostu go okradną i pobiją. Tylko dlatego, że chciał pomagać.
Tłum nagle się poruszył. Ktoś szybko przeciskał się, a ludzie nie próbowali go powstrzymać. Kolejny napastnik?
Przed nim pojawił się Loen.
Tamil poczuł się jak aktor grający w przedstawieniu, którego scenariusza nie znał. Jakby Loen czekał na wejście na scenę.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, Loen uderzył mężczyznę w przedramię. Skrzynka wypadła, ale Loen złapał ją w ostatniej chwili i odstawił na ziemię.
Napastnik z nienawiścią patrzył na nowo przybyłego, mierząc swoje szanse. Drugi z mężczyzn nawet nie próbował atakować. Cofnął się, niemal wpadając w tłum. Jeszcze dwa kroki i zniknie.
– Wystarczy. – Głos Loena był spokojny. – Nic dziś nie dostaniecie. – Przeszył napastników uważnym spojrzeniem, oceniając, czy stanowią jeszcze zagrożenie. – Widowisko się skończyło, możecie się rozejść. – Tym razem zwrócił się do tłumu gapiów.
Napastnik, który przed chwilą oberwał w rękę, odezwał się.
– A kim ty, kurwa, jesteś? Jego strażnikiem?
– Jeśli trzeba.
Loen uśmiechnął się, jednocześnie uważnie śledząc każdy ruch rozmówcy. Czujny jak drapieżnik.
Mężczyźni zrozumieli, że nie pójdzie im tak łatwo, jak myśleli. Wycofali się bez słowa.
Tamil przykucnął, zbierając fiolki i resztki potłuczonego szkła. Loen pochylił się i podał mu jedną z buteleczek.
– Musisz nauczyć się bronić – powiedział cicho, by nikt z tłumu ich nie dosłyszał. – To się powtórzy.
Tamil delikatnie skinął głową.
Spojrzał w górę na swojego wybawcę, próbując odczytać, co kryje się za tymi słowami. Troska? A może kontrola? Skąd się tu wziął? Czy cały czas go obserwował?
– Miałem szczęście, że się pojawiłeś.
Loen odwrócił wzrok i rozejrzał się, wypatrując zagrożenia.
– A ja miałem szczęście, że się nie spóźniłem – powiedział po chwili.
Zanim Tamil zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Loen skinął na pożegnanie i rozpłynął się w tłumie. Jakby nigdy go tam nie było.
Nie wiedział, co go bardziej niepokoiło – to, że Loen był w pobliżu przez przypadek, czy że cały czas go obserwował.
*
Po napadzie Tamil ze zdwojoną siłą próbował naprawić recepturę. Każdego dnia powtarzał testy. Nic się nie zgadzało.
Raz mikstura była przejrzysta, a innym razem delikatnie mętniała. Różnica była mało zauważalna w gotowym produkcie, jednak niepokojąca. Te same składniki, ale efekt inny.
– To niemożliwe – powtarzał. – Proporcje są te same… Co robię źle?
– Jesteś pewien, że nic nie zmieniłeś? Może tym razem temperatura była o pół stopnia za wysoka? Albo o kilka sekund za długo trzymałeś na ogniu? Precyzja jest wszystkim – odezwał się Loen.
Tamil powoli przestawał wierzyć w swoje umiejętności. Wszystko wskazywało na to, że gdzieś popełnia błąd. Tylko gdzie?
– Wszystko robię jak zawsze… Nic się nie zmienia poza efektem końcowym… Chyba po prostu oszaleję, zanim dotrę do tego, co jest nie tak!
– Za dużo czasu na to tracisz. – Loen wstał i przyjrzał się bulgoczącej jeszcze substancji. – Skoro jesteś pewien pomiarów, to wszystko robisz dobrze. Ludzie i tak będą umierać. Nie unikniesz tego.
– Ale te zgony… jest ich za dużo.
– Nie zakładaj, że to przez mikstury. – Loen wydawał się mieć argument na wszystko. – Może źle je przechowali? A może to powietrze z fabryk?
– Czyli mam nic z tym nie robić? – głos mu zadrżał. – Może w ogóle powinienem przestać cokolwiek im dawać, bo teraz wygląda, jakbym to ja ich truł! A ja tylko chciałem pomagać… – dodał szeptem.
– I pomagasz. W końcu będą wdzięczni.
Tamil nie potrzebował wdzięczności. Tego Loen nie rozumiał. Przez te eksperymenty tracił zaufanie budowane latami. Co gorsza, nie wiedział, jak to naprawić.
Czuł się jak w akademii, kiedy dotarło do niego, że jego talent jest niewystarczający do zostania magiem. Widział wtedy rozczarowanie w oczach nauczycieli. Wtedy sam postanowił się poddać. Wybrał alchemię – tu magiczny talent nie był potrzebny. Tym razem jednak jego mentor nie zniechęcał go do działania. Czemu więc czuł się podobnie?
Kiedy następnego dnia przyszedł chłopak z doków z kolejną skargą, Tamil poczuł, jak żołądek ściska mu się z nerwów.
– To nie może być wina eliksiru. Może źle go przechowywaliście? – Te słowa nie zabrzmiały jak jego własne. – Powietrze nad rzeką jest skażone, ciągły smog… A może zaszła tu reakcja z pyłem… – Tamil przerwał nagle, uświadamiając sobie, że powtarza argumenty Loena.
Słowa same wypływały z jego ust. Wymówki, w które nie wierzył. Jednak co innego mógł powiedzieć? Przyznać się do czegoś, czego sam nie był pewny? Loen może mieć rację. Po tylu próbach nie odkrył jeszcze przyczyny niepowodzeń.
W końcu chłopak wyszedł, a Tamil odetchnął ciężko.
Wieczorem znów odwiedził go Loen. Teraz był w warsztacie niemal codziennie.
Przyszedł mu pomóc? Pocieszyć go? Napawać się jego cierpieniem?
– Jest ich coraz więcej – szepnął Tamil, spoglądając na notatki. – Co robię źle?
Loen podszedł, by też spojrzeć na zapiski. Spokojny jak zawsze.
– Proces zawsze był niestabilny.
– Niestabilny? – Tamil spojrzał na kompana zaskoczony. – Do tej pory o tym nie wspominałeś… Twierdziłeś, że jest bezpieczny, że można go kontrolować… – Tamil widział, jak Loen robi kilka kroków wstecz, jakby próbował się wycofać. – A teraz ludzie chorują, Loen. Oni umierają! Nie po to wszystko to robiłem, żeby…
Loen zesztywniał. Tamil przez moment widział grymas na jego twarzy. Niecierpliwość? Zdenerwowanie? Czy to, co powiedział aż tak bardzo go zirytowało?
– Na drugi raz powinieneś mnie uważniej słuchać. – Loen był spięty, mówił wolniej niż zwykle. – Na pewno wspominałem o czymś tak istotnym. Ty jednak zamiast się zastanowić, wolałeś od razu działać. – Zakończył z pobłażliwym uśmiechem na ustach.
Tamil chciał odruchowo zaprzeczyć… Ale co jeśli Loen ma rację? Faktycznie był podekscytowany. Czy przez nieuwagę zignorował ostrzeżenie? Jak mógł tego nie usłyszeć? Nie chciał? Nie uważał, że to istotne? Naprawdę zaślepiła go chęć niesienia pomocy za wszelką cenę. Chciał udowodnić sobie i innym, że potrafi coś zmienić na lepsze.
Loen dotknął ramienia Tamila, wyrywając go z rozmyśleń.
– Przejdziemy jeszcze raz przez cały proces. Bez błędów. Pomogę ci.
Słowa Loena miały działać kojąco, więc dlaczego zabrzmiały jak groźba?
Tamil czuł dłoń zaciskającą się na ramieniu jak imadło. Nie poruszył się. Nie wiedział, czy chce się wyrwać, czy zostać.
Nie powinien tak myśleć. Skoro Loen wszystko sprawdzi, to na pewno teraz będzie dobrze. On nic nie przeoczy. Zawsze był lepszy w alchemii.
Tamil skinął głową, zgadzając się.
Spojrzał na Loena. Znów był oazą spokoju. To właśnie zaniepokoiło Tamila najbardziej.
***
Loen
Kolejna noc, kolejne zlecenie. Jak zawsze wykonał je bez błędu.
Jednak gdy schodził z dachu, zdał sobie sprawę, że nie pamięta już, jak wyglądała ofiara.
Za to twarz Tamila widział wyraźnie. Pojawiała się w jego myślach zbyt często.
W drodze do kryjówki zrozumiał – to wszystko stało się zbyt przewidywalne. W dodatku zwracało zbyt dużą uwagę. Loen wolał pozostać w cieniu. Nie powinien tak się narażać.
Jego mieszkanie pachniało stęchlizną i kurzem.
Zdjął płaszcz, odkładając go na hak przy wejściu. Rękawice położył na komodzie. Broń oczyścił i schował w równych odstępach do szuflady. Rutyna, która zwykle wystarczała. Dziś nie.
Oparł dłonie o blat stołu, nachylając się nad mapą dzielnicy portowej.
Jego wzrok ślizgał się po liniach i symbolach, które sam narysował. Plan na najbliższe dni. Kogo obserwować, gdzie się udać. Wciąż wracał jednak do jednego miejsca – małego sklepu Tamila.
– Jest zbyt naiwny.
Palcami przesunął po mapie w miejscu, gdzie stał warsztat alchemika.
– Ma duże braki w wiedzy. Mimo to szybko je nadrabia.
Nagle urwał. Już kiedyś to słyszał. Tak samo kiedyś mówiono o nim.
O kimś, kogo trzeba odpowiednio poprowadzić. Albo złamać.
Loen odwrócił się od stołu i pokręcił głową.
– To przestaje mieć sens… – mruknął.
Ponownie spojrzał na mapę. Patrzył na sklep Tamila. To nie był przypadek.
– Ta gra wymaga zmiany reguł, jeśli dalej ma trwać.
Tamil był zbyt łatwowierny. Mógł uwierzyć w dowolny argument. Nie rozumiał, jak potężna potrafi być alchemia. Wystarczało mu to, co miał. Dla Loena to było za mało.
Wziął pinezkę i wbił w mapę.
Warsztat Tamila. Jego nowy projekt.
Przestanie go prowadzić za rękę. Tamil dostanie wiele wskazówek. Wiedzę, której wcześniej nie posiadał. Teraz będzie musiał działać sam. A Loen zobaczy, co z niego zostanie.
*
Loen nie ujawnił, że iskiernik od początku był słabym ogniwem. Kupił dobrej jakości składnik i dyskretnie go podmienił.
Śmiertelność wyraźnie spadła. Na ulicach ludzie w końcu uspokoili się.
Tylko Tamil nie rozumiał, z czego to wynikało. Loen bez trudu wmówił mu, że jego dokładność przyniosła efekt. Pod wpływem sugestii stawał się coraz lepszy. Pewniej sięgał po bardziej skomplikowane receptury.
Przy okazji zaczęło przybywać mu klientów. Wiadomość o jego talencie rozniosła się po mieście i sklep z dnia na dzień zaczął lepiej prosperować.
Problem pozostawał jeden – Tamil wciąż odwiedzał biedotę. Loen widział, jak część z nich odsprzedaje eliksiry, które miały ratować ich życie. Nie dało się wyleczyć Tamila z naiwności.
Im więcej zarabiał, tym więcej rozdawał. Było to jednocześnie irytujące i przewidywalne. Tamil był skazany na biedę.
Mimo to obecna rutyna nie była stratą czasu. Dzień przestał być tylko przygotowaniem do nocy. Teraz Loen miał własny projekt, który zaprzątał jego myśli częściej niż powinien.
*
Loen prawie już zapomniał o zamieszaniu z iskiernikiem. Niestety, rzeczywistość miała mu o tym przypomnieć ze zdwojoną siłą.
Ten dzień upłynąłby jak każdy inny, gdyby nie wizyta strażnika miejskiego. Wszedł do sklepu, rozglądając się wokoło. Kogoś szukał.
– Dzień dobry. – Podszedł do Loena. – Czy to pana sklep?
Loen tylko skinął głową. Nie zamierzał mówić więcej niż trzeba.
– A pan pracuje tu sam, czy ma pomocnika? Szukam kogoś, być może pan kojarzy… – Strażnik zwiesił głos, jakby czekał na pytanie Loena. – Młodego alchemika? Podobnego wzrostu do pana, ale szczuplejszego. Blondyna.
Tamil właśnie zaopatrywał ich w nowy zapas składników, więc nie było go w sklepie. Dzięki temu Loen mógł kupić im więcej czasu.
– Przewija się tu wiele osób. – Spojrzał na strażnika, starając się wybadać, ile ten faktycznie może wiedzieć. – Chodzi pan po wszystkich sklepach i pyta na oślep?
– Pytam, bo ktoś w końcu coś musi wiedzieć.
Szukają Tamila wszędzie. To nie wróżyło nic dobrego. Dobrze, że w sklepie nie było klientów, bo trudno byłoby gładko wybrnąć z tej sytuacji.
Strażnik podszedł do lady i położył na niej buteleczkę. Dokładnie taką samą, jakie stały wystawione na półkach za plecami Loena.
– A to pan kojarzy?
Loen podniósł flakonik i obejrzał dokładnie. W tak oczywistej kwestii nie mógł kłamać.
– Wyglądają dokładnie jak z dowolnego sklepu. – Zawiesił głos i spojrzał na strażnika. – W całym mieście ich pełno.
Odłożył flakonik i przesunął wymownie po ladzie w stronę strażnika. Tamten schował go i przytaknął.
– Tak, byłem już w dwóch innych i powiedzieli mi to samo. – Westchnął ciężko. – Dlatego musimy odnaleźć też tego alchemika. Ktoś go w końcu musi skojarzyć…
– Musiał narobić sobie wrogów. – Loen lekko pochylił się w stronę strażnika. – Co takiego zrobił?
– Za dużo nie mogę powiedzieć… – Widać było, że strażnik walczy z sobą. – Jest bardzo… śmiertelnie niebezpieczny.
Loen zmarszczył brwi. Teraz się obudzili, po tylu tygodniach? Skoro już od dawna nikt nie umarł. Czemu nie odpuścili?
– Śmiertelnie niebezpieczny? To może wiele znaczyć.
– Niech pan po prostu nie bierze od niego żadnych lekarstw. – Strażnik zamyślił się na moment. – On udawał uzdrowiciela, a przy tym… Truł ludzi. – Skrzywił się z obrzydzeniem. – Zabił wielu. Nawet dzieci. Odrażający typ. Musimy go znaleźć jak najszybciej, zanim znowu coś komuś zrobi.
Przynajmniej raz strażnicy na poważnie zabrali się do pracy. Szkoda, że do tej.
– Jedna zła partia nie świadczy o morderczych zapędach. Ludzie często przesadzają.
– Nie, nie… To nie była jedna partia. – Strażnik energicznie pokręcił głową. – To zajęło tygodnie. Wielokrotnie chodził i truł, rozdawał setki tych… lekarstw i był przy tym sprytny. Bo większość faktycznie leczyła, nieliczne zabijały…
– Jeśli naprawdę truł ludzi, to dawno temu opuścił miasto. – Loen wzruszył ramionami. – Kto po czymś takim zostaje i czeka aż go złapią?
– Właśnie… Wychodzi na to, że on. – Strażnik uśmiechnął się nieznacznie. – Jeden z przesłuchiwanych wczoraj go widział. Niestety, nie umiał wskazać, gdzie pracuje, oprócz tego, że na pewno w jednym ze sklepów. Jednak proszę się nie obawiać. Pętla się zaciska… – dodał widząc, jak Loen na moment zesztywniał. – Żegnam pana w takim razie i proszę dać znać, jeśli coś pan zauważy.
Strażnik był już przy wyjściu.
Loen nic nie odparł, tylko skinął głową na pożegnanie. Dopiero, kiedy drzwi się zamknęły za nieproszonym gościem, rozluźnił dłoń zaciśniętą na ladzie.
Sytuacja się zmieniła. Czemu teraz się tym zajęli?
Na szczęście Tamila nie było na miejscu. To spotkanie mogło potoczyć się bardziej dramatycznie.
Loen od razu zamknął sklep i zaczął pakować co ważniejsze rzeczy. Musieli jak najszybciej udać się do Tichonu. Nie mogli zabrać za dużo. Zresztą niewiele potrzebowali.
Chciał jeszcze ze swojej kryjówki wziąć pieniądze. Skoro Tamil był poszukiwany, to musieli z Tygla ulotnić się szybko i dyskretnie. Taki wyjazd będzie ich kosztował niemało. Jeśli dotrą do Tichonu, to mają czystą kartę. Nikt nie będzie ich szukał.
Loen wrzucił najcenniejsze alchemiczne komponenty do sakwy. W razie problemów można je sprzedać lub wymienić, będą stanowić dodatkową walutę.
Tamil nie będzie zadowolony, że muszą tak nagle wyjechać. Nie mieli jednak wyjścia. Stało się i tyle. Zresztą to go czegoś nauczy.
Loen odwrócił się słysząc pukanie w drzwi. Za szybą stał Tamil.
Szybko wpuścił go do środka i zamknął ponownie.
– Czemu zamykasz o tej porze? – Tamil zmarszczył brwi, jakby próbował sobie przypomnieć powód. – Kiedy mamy największy ruch.
– Nie dziś. – Loen tracił jak najmniej czasu na wyjaśnienia. – Pakujemy się. Do wieczora musimy stąd zniknąć.
– Jak to zniknąć? Co masz na myśli?
– To twój ostatni dzień w Tyglu.
Tamil roześmiał się, biorąc te słowa za żart. Szybko jednak spoważniał widząc, minę Loena.
– Ty mówisz poważnie? Dlaczego miałbym się stąd wyprowadzać? Nawet nigdy nie wspominałem o tym, że chciałbym to zrobić.
Nie było czasu na dyskusje i wątpliwości.
– Był tu dziś strażnik. Chciał cię aresztować.
– Ale za co miałby mnie aresztować? – Tamil jeszcze nie rozumiał jak poważna jest sytuacja. – To na pewno jakieś nieporozumienie…
– To nie nieporozumienie. Twoje eliksiry zatruły zbyt wielu ludzi, by to przeszło niezauważone.
– Te, przy których mi pomagałeś? Nic nie rozumiem… Przecież sam wtedy mi tłumaczyłeś, że to nic nadzwyczajnego… Że tak musi być… – Tamil opadł na krzesło. – To nie było przecież specjalnie… Czy było? – Spojrzał przenikliwie na Loena.
– Powtarzałem ci przecież o ryzyku. Składnik nie był czysty.
– Powtarzałeś? Czyżby? – W głosie Tamila słychać było niedowierzanie. – Nie! Ja… ja muszę to wyjaśnić! Wytłumaczę im… – Zerwał się nagle z krzesła. – Powiem im, jak było naprawdę! To nie była moja wina! To ty wprowadziłeś mnie w błąd!
Loen nie odpowiedział.
Zmrużył oczy. Czy naprawdę mógł to zrobić?
Błyskawicznie doskoczył do towarzysza i przytrzymał go w miejscu.
– Genialnie, Tamilu. Przyznaj się. Stryczek już na ciebie czeka. I to tylko na ciebie. To nie ja rozdawałem te mikstury. – Wycedził przez zęby. – Jeśli dziś nie wyjedziemy, zawiśniesz.
Tamil stał jak sparaliżowany, wpatrując się w Loena. Otworzył usta, by coś powiedzieć, ale rozmyślił się. Zamiast tego wyszarpał się z uścisku i cofnął o kilka kroków.
– Słuchaj uważnie. – Loen powstrzymał się od podejścia i zmuszenia Tamila, by na niego spojrzał. – Bierzesz tylko mały bagaż. Jeden komplet ubrań. Wszystkie pieniądze. Drobne, cenne rzeczy, łatwe do sprzedania. Resztę zostawiasz. Odkupisz w Tichonie. Ja w tym czasie załatwię nam transport.
Musiał znaleźć statek do Tichonu jeszcze dziś. To była ich jedyna szansa. Miał wystarczająco, aby kupić im podróż na ostatnią chwilę.
Tamil nic nie odparł. Nie patrzył na Loena, pustym wzrokiem wpatrywał się przed siebie. Wydawał się nieobecny.
Loen podszedł do niego i potrząsnął nim.
– Tamil? Słyszałeś, co powiedziałem?
Tamil rozejrzał się, jakby wyrwany ze snu.
– Tak… – odparł cicho. – Mam się spakować.
Loen zdziwił się. Skąd ta nagła zmiana nastawienia? Tamil nagle stał się nienaturalnie spokojny.
– Tak. Do godziny będę z powrotem, a wtedy stąd spadamy.
Nie miał pewności, czy Tamil w ogóle zacznie się pakować.
– Nie mamy dużo czasu. Czego nie zabierzesz, zostaje. Stracisz to na zawsze.
Tamil rozejrzał się po sklepie.
– Już wszystko straciłem. – Spojrzał na Loena z rezygnacją.
Loen nie miał czasu na dramatyzowanie. Tamil musi poradzić sobie sam. Najwyżej zabierze tylko pieniądze.
Kolej na niego. Statek był ich jedyną szansą na szybkie opuszczenie miasta.
Spojrzał na Tamila, który ze szklistymi oczyma rozglądał się po sklepie. Nie poruszył się jednak.
Nie szkodzi.
Miał swoje rzeczy do załatwienia. Tamil może poczekać.
***
Loen – teraz
Loen nie znał nikogo, kto mógłby mieć większą wiedzę alchemiczną niż Tane. Jeśli ktoś miał mu pomóc uratować Tamila, to tylko on.
Po zejściu ze statku niezwłocznie umówił spotkanie z dawnym mistrzem w swoim niewielkim mieszkaniu.
Tane jak zwykle był jednocześnie zdystansowany i życzliwy. Nosił się cały na czarno, co z jego hebanową karnacją sprawiało wrażenie, jakby był cieniem, który ożył.
W pomieszczeniu panował półmrok. Było tuż po zachodzie słońca, a Loen jeszcze nie zaświecił lamp.
– Witaj, Loenie. – Tane obrzucił pomieszczenie spojrzeniem i od razu skupił je na Tamilu. – A więc w to się bawimy?
Podszedł do leżącego a bystre, prawie czarne oczy skupiły się na każdym szczególe wartym odnotowania.
– Praktycznie martwy. Męczysz go, bo go lubisz… czy dlatego, że go nienawidzisz? – Spojrzał z lekkim uśmiechem na Loena.
– Próbuję go ratować.
– Przed czym? Świętym spokojem? – Tane podszedł do Loena, jego przenikliwe oczy skupiły się na zabójcy.
Loen ważył słowa.
– Nie umiem go uzdrowić. Jeszcze nie znam metody. Ale sądzę, że ty tak… – gardło Loena zacisnęło się, kiedy spojrzał na Tamila.
Tane zmarszczył brwi.
– Ładnie namieszałeś w Tyglu, Loenie. I naprawdę jesteś zaskoczony, co się z tego uwarzyło? – Tane zaśmiał się z własnej gry słów, jednak od razu spoważniał. – Nie po to tam cię wysłaliśmy. Miałeś być dyskretny. Zabijać po cichu. A nie urządzać cyrku… Rozczarowałeś mnie. – Tane pokręcił głową w dezaprobacie. – Szczęśliwie dla ciebie problem już się rozwiązał. – Ręką wskazał na Tamila. – Wytłumacz mi tylko, co ci strzeliło do głowy, by przytargać ze sobą ciało? Co to ma być? Trofeum? Trzeba było odciąć palec… albo rękę.
– Nie… Nic nie rozumiesz. Pomóż mi go uratować.
– Rozumiem doskonale. Mam go ocalić? – Tane przypatrzył się Loenowi, zanim kontynuował. – Ty naprawdę wierzysz w to, że to możliwe.
– On jeszcze żyje! Musi być jakiś sposób…
– Gdyby dało się uniknąć śmierci, już dawno sprzedawalibyśmy to w butelkach. Twój przyjaciel znalazł się na drodze bez powrotu. Powiedziałbym, że mi przykro, ale niespecjalnie… – Tane spojrzał na leżącego Tamila. – Nie będę żałować kogoś, kogo nie znam. Zwłaszcza, jeśli na to nie zasłużył…
– Musi dać się to odwrócić. Jakaś zakazana metoda znana tylko tobie…
Tane nagle spoważniał. Jego postura napięła się, a głos nabrał lodowego tonu.
– Zakazana metoda? – prychnął. – Tak, pobawmy się we wskrzeszanie.
Ponownie podszedł do Tamila. Dotknął zimnego policzka i sprawdził palcem, czy z nozdrzy wydobywa się oddech.
– Przynajmniej mikstury umiesz uwarzyć bezbłędnie. – W jego głosie faktycznie było słychać uznanie. – Szkoda, że nie zawsze byłeś tak precyzyjny. Możesz go trzymać w tym stanie jeszcze kilka tygodni… Jeśli to cię bawi. Ale to nic nie zmieni.
Nie tak miało to wyglądać. Przyszedł tu po rozwiązanie. Jeśli Tane go nie miał, nikt inny też go nie posiadał.
– Nie rozumiem tej obsesji, Loenie. Lubiłem cię, bo się nie przywiązywałeś. – Tane odszedł od Tamila. – Nie masz teraz problemów tylko dlatego, że nikt nie powiązał gildii z tym bagnem. Musisz się z tym jak najszybciej uporać. Nie jesteś kimś, kto ma przyjaciół. A tym bardziej kimś, kto ich ratuje.
Loen spojrzał na dawnego mistrza. Specjalnie nie chce pomóc. Dla dobra gildii?
– Nie wierzę w to, że nie umiesz go uratować… Ty nie chcesz! Pasuje ci, że on umrze! – Loen nie próbował już opanować wściekłości.
Tane tylko uniósł brwi w teatralnym zdziwieniu. Podszedł do Loena. Był gotowy na konfrontację.
– Oczywiście, że jest mi to na rękę.
Loen zacisnął pięści, ale nie poruszył się.
– Co nie zmienia faktu, że się nie da. – Tane kontynuował, zachowując spokój. – Twój kolega uniknął kary, a ty wciąż żyjesz. To całkiem dobre zakończenie. Dla was obu.
Loen przypomniał sobie, kim jest Tane. Nigdy nie był jego przyjacielem. W jego towarzystwie najlepiej się całkowicie kontrolować. Odetchnął głęboko.
To nie miało przecież sensu. Nie zmusi Tane'a do czegoś, co jest nierealne. Co mu pozostało?
– Przestań podawać mu miksturę. – Tane jakby czytał w myślach. – Jak najszybciej pozbędziesz się ciała. Możesz zostawić sobie palec na pamiątkę, jeśli to cię kręci. Ale reszta ma zniknąć… jak ostatnie promienie słońca o zmierzchu. – Jego ręka zatoczyła łuk w stronę okna.
Loen pokręcił głową.
– Nie mogę tak po prostu odpuścić…
– W takim razie czeka cię krótkie życie z prawie trupem u boku. Przynajmniej nie będziecie się kłócić i zawsze będzie ci potakiwał.
Loen spojrzał na Tamila, jakby faktycznie miał mu potaknąć.
– Znów ci się upiekło… – Tane nagle zmienił ton na bardziej przyjazny. – Jak zawsze spadasz na cztery łapy.
– Jak zawsze? – Loen nie pamiętał niczego takiego.
– Tak… – Tane zamyślił się, jakby próbował sobie dokładnie przypomnieć. – Zawsze ktoś inny płaci za twoje… eksperymenty.
Loen tak nie uważał. Nie odpowiadał za czyny innych. To oni zawsze decydowali.
Tamil także miał wybór. Sam zdecydował, jakie konsekwencje chce ponieść.
– Tamil był zbyt impulsywny.
– Czyżby? – Tane uniósł brwi w lekkim zdziwieniu. – W każdym razie lepiej skorzystamy z okazji, że nie żyje… prawie. Kolejny morderca, któremu udało się uciec i uniknąć kary – dodał ironicznie.
Tamil nie był mordercą, choć tak go teraz nazywano.
– Nie chcę, by go tak zapamiętano.
Tane spojrzał z przekąsem.
– To trzeba było mu nie zatruwać cichaczem mikstur. – Wyłapał zdziwione spojrzenie Loena. – Myślisz, że nic nie wiem? Byłbym marnym szefem, gdybym nie wiedział, czyż nie? Ale przyznam, że jest to też moja wina. Niepotrzebnie pozwoliłem ci na tę zabawę… wydawała się taka niegroźna.
Czyli od początku był obserwowany. Nie ufali mu?
Kiedy stracił nad tym kontrolę? Nie miał jej od dawna.
Tamil leżał bez ruchu – jak tamtego dnia, gdy go znalazł.
***
Loen – kilka dni wcześniej
Spieszył się. Nie zostało wiele czasu.
Z trudem, ale udało mu się załatwić transport na statku. Odpływał za godzinę.
Wszedł do sklepu pewnym krokiem. Zachodzące słońce wpadało przez zabrudzone szyby. Pomarańczowe światło załamywało się tęczą barw na szklanych flakonikach.
Tamila nie było w sklepie. Pewnie jeszcze pakował się na zapleczu. Musiał go pospieszyć, bo się spóźnią.
Loen zatrzymał się w pół kroku. Przez moment wydawało się, jakby pyłki kurzu zawisły w powietrzu.
Było za cicho. Szybko wbiegł na zaplecze.
Od razu zobaczył Tamila leżącego na podłodze. Początkowo nie zrozumiał, co zaszło.
Szybko sprawdził ciało. Nie było żadnych widocznych ran. Wtedy dopiero zauważył leżącą obok pustą fiolkę. Na dnie znajdowało się jeszcze kilka ciemnofioletowych kropel.
– Nie teraz… – Loen zaczął potrząsać ciałem Tamila. – Idiota!
Tamil nie dawał oznak życia.
Loen sprawdził puls i oddech. Były prawie niewyczuwalne. Zostało mu kilka minut.
Musiał działać szybko. Wiedział, że na tę truciznę nie ma antidotum. Przynajmniej on go nie znał. Ktoś z gildii mógł mu pomóc. Musiał tylko utrzymać Tamila przy życiu wystarczająco długo, by przetrwał podróż do Tichonu.
Wiedział, co robić. Mikstura oszukanej śmierci. Miał ją pod ręką. Po drodze z doków zajrzał do kryjówki i spakował najcenniejsze wyposażenie i kilka eliksirów.
Znalazł rozwiązanie, choć tymczasowe. Naprawi to, co Tamil zepsuł. Jeszcze mu kiedyś za to podziękuje.
Wlał kilka kropel do gardła. Kilka sekund wystarczyło.
Ciało Tamila zesztywniało. Płytki oddech i bicie serca spowolniły tak, że stały się niewyczuwalne dla zwykłej osoby. Nie obudzi się, ale przynajmniej też nie umrze. Na razie.
Loen potrzebował więcej eliksiru. Jeśli Tamil miał przetrwać podróż, musiał dostawać kilka kropel co parę godzin. Buteleczka starczy co najwyżej na jeden dzień.
Ułożył towarzysza na macie i okrył kocem. Ciało nie mogło się wychłodzić.
Potem wymyśli sposób, jak przetransportować go na pokład.
Eliksir nie był trudny do uwarzenia, jednak czas nieubłaganie go gonił.
Musiał się maksymalnie skupić. Wszystko było teraz w jego rękach.
***
Loen – teraz
Wtedy nie uratował Tamila. Teraz też nie.
Czuł, jak ciało mu sztywnieje. Opadł na fotel.
Spojrzał ze wzgardą na Tane'a.
– Myślałem, że naprawdę coś potrafisz…
Tane tylko się roześmiał.
– Nie przeceniaj moich możliwości. Alchemia to nie nekromancja. – Nagle spoważniał. – Nie służy do przywracania martwych. A twój przyjaciel umarł już dawno temu. Akurat ty powinieneś to dobrze wiedzieć – dodał z przekąsem.
– Alchemia to farsa. – Loen zacisnął pięści w bezsilności.
– Nie jest wszechmocna. – Tane zabrzmiał nieco zbyt dramatycznie, jakby był aktorem na scenie. – Wszystko ma ograniczenia.
– Tylko, że Tamil… nie powinien sam decydować.
– A więc o to chodzi? Że nie skonsultował swojej śmierci z tobą? Może powinien zamiast tego zawisnąć na stryczku? – W głosie Tane'a pobrzmiewał sarkazm.
– Nie chciałem jego śmierci w ogóle.
– A więc plan był taki, że osiedlicie się razem w Tichonie? A on będzie uradowany, że to dzięki tobie musiał się wynieść z Tygla?
– Nic go tam i tak nie czekało. – Loen nie mógł znieść sarkazmu dawnego mistrza.
Nagle Tane wstał i podszedł do drzwi. Na odchodne spojrzał na Loena.
– Ta naiwność ci nie pasuje, Loenie. Nie do twarzy ci w niej… Ogarnij to jeszcze dziś.
Loen zrozumiał, że cierpliwość Tane'a się skończyła.
Skinął tylko głową na pożegnanie, gdy jego dawny mistrz zniknął za drzwiami.
Tane miał rację. Niepotrzebnie przywiózł tu Tamila. Ratowanie go nie miało sensu.
Poczuł ucisk w gardle. Przecież chciał pokazać Tamilowi, gdzie prowadzi jego głupia naiwność. I pokazał. W Tyglu będą o nim długo pamiętać. Alchemik. Filantrop. Morderca.
Powinien właśnie podać kolejną dawkę mikstury.
Spojrzał na Tamila. Nie było już sensu. Za kilka minut będzie po wszystkim. W półmroku obserwował, jak oddech staje się coraz płytszy. I w końcu znika.
Loen poczuł zimny dreszcz.
Patrzył jeszcze przez chwilę, aż wszystko pogrążyło się w ciemności. Zachód słońca już dawno minął.
Dość tego.
Wstał.
Było jeszcze wiele do zrobienia tej nocy.
Hejka!
Ogólnie dobrze się czytało i historia mnie wciągnęła. Najlepiej wypada relacja między bohaterami, jest powolna i dość niekomfortowa, ale właśnie przez to ciekawa i wiarygodna. Postacie są dobrze napisane i można się z nimi zżyć. Fabuła jest spójna i konsekwentnie prowadzona za co duży plus. Końcówka mi się podobała, bo nie była przesadzona, nie było wielkiego dramatyzowania, tylko poczucie, że coś się właśnie nieodwracalnie skończyło.
Małe marudzenie: Czasami pojawiają się powtórzenia i podobne zdania obok siebie, przez co fragmenty trochę tracą rytm. Kilka krótkich zdań też aż się prosi, żeby je połączyć w jedno, wtedy lepiej by wybrzmiały i nie były takie poszarpane. W oczy rzuciło mi się też kilka miejsc z niepotrzebnymi zaimkami. Momentami opisy są bardziej tłumaczące niż pokazujące, zamiast poczuć emocje, dostajemy je powiedziane wprost.
Pozdrawiam!
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Hej,
Bardzo dziękuję za komentarz.
Na pewno będę zwracać większą uwagę na powtórzenia i zaimki – ciągle widzę, że mam do tego tendencję, mimo wcześniejszego redagowania.
W kwestii pokazywania emocji – to coś, nad czym na pewno chcę jeszcze popracować.
Krótkie zdania były częściowo zamierzone jako styl Loena, ale możliwe, że miejscami rzeczywiście zaburzają rytm.
Cieszę się, że mimo tych niedoskonałości tekst dobrze się czytało. :)
Technikalia:
Spieszył się, jednak nie sądził, by o czymś zapomniał. Na pewno nie o czymś istotnym.
Lubił chodzić po mieście nocą. Jakby miał dodatkowo osłonę. Dzięki niej był mniej widoczny. Jak cień. ---> a może w ten sposób: Chadzał po mieście nocą, ponieważ zapewniała dodatkową osłonę, był mniej widoczny.
Zlecenie miał wykonać kolejnego dnia. Dziś sprawdzał możliwe drogi ucieczki. Nie lubił poruszać się po zbyt tłumnych dzielnicach, a taka była handlowa – pełna ludzi i gwaru. ----> zbędne. Wiadomo, że tłumna, po co dodawać tę samą informację?
Mijał kolejne sklepy, jeden przy drugim. Nic ciekawego. ---> Mijał kolejne sklepy, stojące jeden przy drugim.
Zauważył sklep alchemiczny. Może się przyda. ---> Powtórzenie celowe?
Przejdę do treści.
Tutaj mam trochę problem.
Jest dwóch bohaterów, którzy kiedyś się znali, obecnie tylko jeden rozpoznaje drugiego. Leon jest racjonalny, a Tamil naiwny i chce pomagać ludziom, co wychodzi tragicznie, bo zdarza mu się ich ukatrupiać… i dalej niewiele więcej. Opowiadanie jest rozwleczone, stosujesz często suche opisy. Polecam wprowadzić zasadę show, don't tell.
Przykładowo, zamiast: Nagle poczuł się bardzo zmęczony. Spojrzał na ramię. Cały rękaw był już przesiąknięty krwią. Nie zabrał ze sobą nic do opatrzenia rany. ---> Usiadł na pobliskich schodach, oparł się o ścianę i zipiąc dziękował w myślach niebiosom, że jest cudownie chłodna.
Często używasz krótkich, prostych zdań – to jest dobry zabieg, gdy w fabule pojawia się akcja: walka, pościg, coś dzieje się szybko. Wtedy dynamika jest wskazana.
Pozdrawiam