- Opowiadanie: TheGuru - Cuiavia. Vicus. 0015. Dzień pietnasty.

Cuiavia. Vicus. 0015. Dzień pietnasty.

Oceny

Cuiavia. Vicus. 0015. Dzień pietnasty.

Palce błądziły w gniazdach. Czuła pod opuszkami suche, jedwabiste ciepło wiechci. Przesunęła dłoń głębiej, aż natrafiła na gładki, owalny kształt.

– Patrzcie! – wpadła do chaty. – System działa!

Ugotowali jajko w zupie. Każdy dostał kawałek białka i odrobinę kruchego żółtka. Celebrowali ten kęs.

– Pyszne – mruknął Gniewko, oblizując palce.

– Często będziemy jadać takie cuda? – Robert uniósł brwi z nadzieją.

– Powinniśmy je zostawiać – szepnęła z rezygnacją, zlizując żółtko z warg. – Może któraś zacznie je wysiadywać? Powiększymy stado.

– Słusznie. – Ich ramiona opadły.

Uśmiechnęła się, nie odpowiadając od razu. – Ale kiedyś większe stado da więcej jajek…

– Pomożesz mi zanieść kosz i wiklinę do Jagny? – poprosiła. – Ciekawe, co powie o moim rękodziele.

Staruszka siedziała przed swoją chatą, wystawiając twarz do porannego słońca.

– Siadajcie, siadajcie – powiedziała nie otwierając oczu. – Co tam przyniosłaś, dziecko?

Odstawił kosz przy ławce, stanął za żoną i objął ją czule.

– Zrobisz z mojej żony wikliniarkę?

– Zrobię, o ile przyłoży się do roboty – zaśmiała się staruszka.

– To ja już nie przeszkadzam i wracam do swojej roboty. – Pocałował żonę w szyję. – Do zobaczenia, Jagno – rzucił i odszedł.

– No, pokaż, co tam uplotłaś. – Wzięła kosz do ręki. Obracała go chwilę w milczeniu.

– Krzywy, gdzieniegdzie za luźny splot, ale ujdzie – pochwaliła w końcu.

– Chodź, pokażę ci robotę od podstaw. Dłonie same poprowadzą witkę, bez skazy.

Zaczęła od rusztowania ze sztywnej wikliny, którą następnie oplatała giętkimi witkami.

– Nie tak szybko, już nie nadążam! – zaśmiała się.

Siedziały naprzeciwko siebie, plotąc, każda swój kosz. Ruchy rąk przypominały lustrzane odbicie, choć dzieła wciąż dzieliła przepaść. Wokół unosił się świeży, lekko gorzki zapach wierzbowej kory.

– Jagno… – zaczęła nieśmiało. – Gniewko nam wczoraj opowiedział dziwną historię, którą nie do końca zrozumieliśmy. Wiesz coś o tych dwóch, co się pod lasem zaszyli?

– A co chcesz wiedzieć? Słyszałam tylko co ludzie gadali – mówiła spokojnie nie przerywając pracy.

– Gniewko opowiadał o tęczy, o zamianie Wita…

Jagna przerwała pracę, odkładając na bok witkę. Spojrzała ostro.

– Słuchaj, co ludzie bajają.

Deszcz więził ich w chacie od świtu. Ciężkie chmury wisiały tuż nad strzechą, trzymając dym w ciasnej izbie. Swąd paleniska mieszał się z zapachem mokrej wełny, dziegciu i chleba.

Młodszy siedział na klepisku, tępym patykiem rzeźbił bruzdy w ubitej ziemi. Starszy turlał kubek po stole, licząc krople przesiąkające przez poszycie. Bezczynność odbierała chęć do rozmowy.

Sambor ostrzył nóż. Rytmiczny chrobot stali o osełkę wypełniał ciszę, drażniąc nerwy.

– Przestańcie – mruknął, nie podnosząc wzroku. – Bo was w gumnie zatrzasnę.

Bębnienie nad głowami zelżało. Ciężki stukot kropel przeszedł w syczący szept mżawki.

– Możemy? – Starszy stanął przy drzwiach, kładąc dłoń na ryglu.

Matka, zajęta przędzeniem, spojrzała na męża. Skinął głową.

– Tylko nie dalej niż do potoku. I wracać, jak zawołam.

Wypadli przez niskie odrzwia. Bose stopy mlasnęły w błocie. Radosny pisk przeciął duchotę, a potem śmiech utonął w gęstwinie olch nad wodą. Chwila mijała za chwilą. Mżawka nie ustawała, osiadając na wszystkim.

Sambor odłożył nóż.

– Wołaj ich – rzucił krótko.

Wyszła na próg. Wilgoć oblepiła jej twarz i lnianą tunikę.

– Hej! Do dom! – krzyknęła w opole. Nikt nie odpowiedział. – Chłopaki! – zawołała głośniej.

Cisza. Tylko miarowe kap, kap z krawędzi dachu.

Wróciła po chustę. Serce uderzyło jej mocniej, szarpanym rytmem. Przebiegła przez podwórze, sprawdziła gumno, zagrodę dla kóz. Pusto.

– Sambor! Nie ma ich w obejściu! – wrzasnęła, dopadając progu.

Wbiegła w las. Błoto wchodziło między palce nóg, chłodne i śliskie. Olchowe gałęzie biczowały twarz. Krew spływała po policzkach, mieszając się z deszczem. Krzyk przeszedł w pisk, gardło paliło.

– Dziatki! Gdzieście?!

Las się skończył. Wypadła na polanę. Słońce przebiło chmury. Powietrze przed nią zaczęło drgać. Stało się lepkie. Chciwie wyrywała z drgającej przestrzeni każdą cząstkę tchu. Brama światła dotykała mokrej trawy tuż przed jej stopami. Nie zatrzymała się. Przeszyła kurtynę biegiem. Pędziła na oślep, wprost przez tę drgającą ścianę, krzycząc za synami.

Ucisk w klatce piersiowej dławił, wnętrzności wywracały się na drugą stronę. Kości trzasnęły. Mrowienie uniosło włosy na karku, ciało przeszył dreszcz, skręcając kręgosłup. Świat zgasł, zmiażdżony otępiającym uciskiem skroni.

Wyskoczyła po drugiej stronie, potykając się, ale nie zwolniła. Strach dławił. Rozejrzała się po polanie – pusto. Gnała szybciej niż kiedykolwiek. Oddech rwał krtań, stopy grzęzły w darni, trawa cięła skórę.

Wtargnęła do izby, otwierając barkiem drzwi. Błoto z nóg prysnęło na palenisko.

– Zginęły! Sambor, nie ma ich! – Zamarła.

Słowa uderzyły ją w pierś głębokim, drapieżnym basem. Nawoływanie zdarło gardło, zostawiając w krtani posmak żelaza, a z płuc dobyło się jedynie obce, męskie warknięcie. Powietrze w izbie zadrżało od niskiej wibracji.

Mąż zerwał się z ławy. Cofnął się gwałtownie, chwycił za ciężki, dębowy ożóg z paleniska.

– Won! – ryknął, a w jego oczach płonął obłęd. – Kim jesteś?! Cóżeś zrobił z moją żoną?!

– To ja! – Chwyciła się za pierś. – Sambor, to ja!

Dłoń trafiła na płaskie, twarde mięśnie. Materiał giezła wisiał luźno, nie opinał się. Spojrzała w dół. Dłonie były większe, knykcie porośnięte rzadkim, ciemnym włosem. Tunika, rano sięgająca kolan, teraz ledwo zakrywała uda, odsłaniając potężne, owłosione nogi. Stała przed nim w swoim ubraniu, w obcym ciele.

Postąpił krok, uniósł polano wysoko nad głowę. Drewno zadrżało w jego pięściach. Cofnęła się pod ścianę, chroniąc głowę owłosionymi ramionami. Giezło napięte na szerokich barach, trzasnęło.

– Stań! – Chata zadrżała od basu. – Przypomnij sobie naszą pierwszą noc po sianokosach!

Znieruchomiał. Oddech rwał płuca, świszczał przez zaciśnięte zęby.

– Każdy mógł podsłuchać… – warknął, nie uderzył.

– Powiedziałam ci wtedy o znamieniu – mówiła, każde słowo dudniło w jej czaszce obcym echem. – Na wewnętrznej stronie uda. Wstydziłeś się go. Mówiłeś, że przypomina liść dębu, że to znak od czarta. Obiecałam, że będę je całować, żebyś przestał czuć wstręt. Tylko ja o tym wiem, Samborze. Tylko ja!

Osunął się na klepisko, zasłonił twarz dłońmi. Całe ciało dygotało.

– Bogowie… – jęknął w dłonie. – Dziatki przepadły, a tyś… tyś chłopem wróciła.

Nie było czasu na łzy. Wita dopadła do niego, chwyciła za bary, niemal poderwała go z kolan.

– Wstawaj! – rzuciła krótko. – Szukajmy ich, póki widno!

Wypadli z chaty wprost w szary, mokry zmierzch. Biegli na oślep. Wita w strzępach giezła, które powiewało na potężnych udach. Las był teraz inny – groźniejszy, gęstszy. Wyrzucali z siebie imiona synów, płuca płonęły.

– Paszko! Mirko! – ryczała, las oddawał jej obcy głos.

Przeszukiwali każdy jar, brodzili w lodowatym potoku, wyrywali kępy paproci. Błoto lgnęło do nóg, gałęzie chlastały po oczach. Każdy cień wydawał się małą sylwetką, każdy trzask gałązki – krokiem dziecka. Ale znajdowali tylko mokrą korę i śliskie kamienie.

Noc ostatecznie zgasiła nadzieję. Nie było krzyku, nie było płaczu. Tylko szum wiatru w koronach olch i ich ciężkie oddechy. Wrócili wyczerpani, przerażeni, pokonani.

Sambor usiadł na progu, gapiąc się w ciemność. Wita stanęła przy pustym łożu. W świetle dogasającego łuczywa jej wielki cień padał na ścianę, przykrywając miejsca, gdzie jeszcze rano siedzieli synowie.

Przez kilka dni wieś tętniła szeptem. Sąsiedzi przychodzili na próg, składali wyrazy współczucia. Patrzyli na „brata” Wity, który nagle pojawił się w chacie, i milczeli. Nikt nie dociekał, gdzie podziała się matka. Wierzyli, że uciekła z rozpaczy, a ten milczący chłop to krewny, który przyszedł pomóc w nieszczęściu.

Ciasne obejście odbierało im dech. Każdy kąt parzył. Pusta miska na stole, niedostrugany patyk na klepisku, mała onuca w kącie izby – każdy przedmiot dławił, niczym nóż wbity pod żebro.

„On” nie mógł patrzeć na krosna. Sambor nie mógł patrzeć na „niego”. W potężnych barach i basowym mruczeniu szukał cienia żony. Odeszli w tajemnicy, zanim jesień na dobre rozmyła drogi. Wyszli przed świtem. Kilka kroków za obejściem osada przestała istnieć, pochłonięta przez szarą, mokrą pustkę. Ruszyli na poniewierkę, karmiąc się kruchą nadzieją, że w głębi kniei Leszy splecie ich pobłądzone ścieżki i rzuci synów prosto w ich wyciągnięte ramiona.

Szli tygodniami. Stopy pękały, rany ropiały, głód skręcał kiszki. Bór nie miał końca. Spali plecami do siebie, nie rozmawiali. Milczała, by nie oszaleć od brzmienia cudzego głosu.

Dotarli do osady w dolinie. Wyglądała zasobnie, chaty solidnie, dym z palenisk pachniał spokojem. Stanęli przed starcem, który rządził tą ziemią.

– Kim jesteście? – Mierzył wzrokiem zniszczonych drogą.

– Braćmi – rzucił krótko Sambor, wbijając wzrok w ziemię. – Szukamy miejsca. Prawa do osiodłania.

Starosta milczał długo, wsparty na dębowym kosturze. Patrzył na Sambora, potem na Witę, której potężne bary ledwo mieściły się w podartej koszuli. Mrużył oczy, ważył przydatność dla sioła.

– Bracia – odezwał się w końcu.

Skóra na żuchwie Sambora napięła się jak postronek.

– Potrzebujemy ziemi – rzuciła Wita krótko, głębokim basem. – Pracy. Strzechy nad głową.

– Ziemi we wsi nie ma. Każda bruzda policzona, każde gniazdo zajęte. Swoich wykarmić ledwo starcza. Niesiecie ze sobą cień. Czuję go, widzę w waszych oczach. Las was wypluł, do lasu wracajcie.

Wskazał kosturem, gdzie puszcza gęstniała, czerniejąc pod naporem nadciągającego wieczoru.

– Nad strumieniem jest polana. Dawno temu stała na niej chata, dziś to zielsko i próchno. Tam możecie ostać. W puszczy ziemi pod dostatkiem. Budujcie, karczujcie, zdychajcie – wedle woli. Ale do wsi nie zachodźcie bez potrzeby.

Skinęli głowami. Bez wdzięczności, z rezygnacją.

– Pójdziemy – mruknęli.

Ruszyli w stronę matecznika, niosąc resztki dobytku i tajemnicę. Wieś patrzyła im w plecy w absolutnej ciszy.

Wstrzymała oddech, patrzyła w stronę puszczy, próbując dojrzeć między drzewami ślad po tamtych.

– Piękna historia. I straszna – szepnęła. Upuściła wiklinę, splotła dłonie na piersiach.

Jagna prychnęła, wycierając ręce w zaplamioną zapaskę.

– Piękna czy nie, ludzie gadają. Skąd wiedzą? Nie pytaj. Może i tęcza wywróciła babie bebechy, ale serca nie tknęła. Dla mnie to odmieńce.

– Odmieńce? Dlaczego? Przecież to los ich pokarał.

– Los? – Staruszka zmrużyła oczy, pochyliła się bliżej. – Młoda jesteś, ale swojego chłopa już masz i żaden tak za babą nie ślepi. Ino pomyśl. Wolnych dziewek u nas dostatek. I sąsiednich siołach też. I co? Żaden z nich baby do chaty nie zaciągnął.

Milczała. Chropowata kora raniła dłoń.

– Bo są rodziną? – spróbowała, głos jej drżał.

– Bab nie mają, bo ich wcale nie szukają. Niejedna za nimi ślepia wypłakała. Najładniejsza w opolu ojca ubłagała, by swata słał. I co? Odprawili go z niczym. Wstyd staremu przyniosła, jakby jakową niedojdę z chaty wypychał.

– To… nikt nie wierzy w tęczę? – zapytała cicho.

Jagna splunęła pod nogi.

– Wierzą. Jak trzeba, to wierzą. – Milczała chwilę, patrząc gdzieś w stronę lasu. – A jak nie trzeba – dodała w końcu – to każdy widzi, co chce.

– Wydano ją potem za jednego ze wsi, co za nią biegał – kontynuowała opowieść. – Dzieci mają, ale ona za tamtym ciągle patrzy.

– Najgorzej, jak swoje ma pod ręką, a za jakimiś rojeniami się ogląda – powiedziała cicho. Witka pękła w palcach.

Jagna spojrzała na nią z nową uwagą, a w kącikach jej ust pojawił się cień szacunku.

– No, może i nie jesteś taka naiwna, jak ciebie oceniałam. Potrafisz docenić to, co masz…

Słońce gasło nad horyzontem, barwiło niebo pomarańczą. Postawiła przed Jagną dwa duże, całkiem kształtne kosze.

– Dziękuję. Dobrze mnie wyuczyłaś. – powiedziała z uśmiechem. – Te już mi chyba wstydu we wsi nie przyniosą.

Jagna chwyciła kosz, obróciła w dłoniach. Sprawdziła splot i krawędzie. Zmarszczki wokół ust drgnęły.

– Ujdzie – mruknęła.

– Zaczekaj, dziecko.

Wstała, zniknęła za węgłem. Wróciła ugięta pod ciężarem wielkiego, podłużnego kosza.

– Masz, córko. – Słowo uderzyło, zmieniając wszystko.

– Daj to swojemu. Niech zatopi w nurcie, może znajdzie w garnku coś innego poza brukwią.

Oczy napłynęły łzami, spłynęły strumieniami po policzkach. Chwyciła szorstką dłoń, ucałowała mocno.

– Dziękuję… matko.

Zamarła. Odsunęła się i spojrzała staruszce prosto w oczy, sprawdzając, czy nie posunęła się za daleko. W oczach zobaczyła zrozumienie i cichą radość.

– Jesteś dla nas taka dobra. Proszę, przyjdź do nas na kolację. Wszystkich uszczęśliwisz.

– Dajcie spokój. Nie będę wam przeszkadzać ani was objadać. Nie przelewa się wam – odparła szorstkim tonem. – Przyjdę, kiedy złowicie pierwszą rybę.

– Ale powiedz mi jeszcze… – zapytała, ocierając policzki. – Jak tego używać? Gdzie mamy to ustawić?

Jagna usiadła z powrotem na ławie.

– Najlepiej zanieść go nad rzekę pod wieczór – zaczęła. – Ryba wtedy szuka żeru, traci czujność. Szukaj spokojnej wody, przy ujściach małych strumieni. Ustaw gardzielą pod prąd. Do środka wrzuć garść tłuczonych ślimaków albo jakieś resztki z zupy. Dorzuć wonnego ziela, co zapach po wodzie poniesie. Przyciśnij dobrze ciężkimi kamieniami, żeby go woda nie porwała. Ino uwiąż mocno do korzenia, inaczej woda pogna go dziesięć stajań albo i dalej.

Chłonęła każdą radę. Słowa niosły nadzieję. Podeszła, gwałtownie zamknęła staruszkę w uścisku.

– Czy mogłabym zostawić u ciebie moje kosze? – zapytała z zakłopotaniem. – Nie udźwignę tego wszystkiego naraz. Wrócę po nie później.

– Zostaw, dziecko, zostaw. Nigdzie się nie wybierają – odparła staruszka z uśmiechem.

Całą drogę do chaty walczyła z więcierzem. Długi, sztywny korpus tłukł o uda. Nierówny ciężar rwał stawy. Dyszała ciężko. Pot zalewał oczy. Przystawała, łapczywie chwytała powietrze.

Grupa kobiet przed chatą przerwała łuskanie grochu. Wycelowały w nią złośliwe uśmiechy.

– Patrzaj, Bronisławo znowu coś wyżebrała – mruknęła, na tyle głośno, by głos niósł się przez wieś.

– Leniwemu, Witosławo, i wół się ocieli – odpowiedziała.

Trzecia splunęła w kurz.

– Mało im pola, co to je im Kwiecisz dał, zamiast jakiemuś młodemu? – Teraz jeszcze w rzekę łapy pchają – zasyczała. – Ledwo dla naszych dziatek starcza, a te nowe gęby do dna Mać oczyszczą.

– Dobrze prawisz, Ludolo. Co złapią, to jakby moim z miski wyjęli!

– Tyrają bardziej niż my. Widziałaś, żeby im kto co darmo dawał? – rzuciła niepewnie czwarta.

– A pewnie, że widziałam – prychnęła Ludola. – Z cudzej łaski żyją nie z roboty. Pomnij ino Czesławo.

– Obsianą ziemię dostali, zwierza, jakiego nie każdy we wsi ma, sadło wyżebrała, …teraz więcierz… Bogi wiedzą, co jeszcze.

– Pomnę – odparła zaatakowana, pochylając głowę. – Twoja racja. Jam nigdy tyle nie otrzymałam.

– A stara? – dorzuciła pierwsza, mrużąc oczy. – Już jedną nogą w Nawii stoi, to jej wszystko jedno. Los wsi jej obojętny, znajdom pomaga.

– Gospodynie z litości jej robotę dawały, żeby z głodu nie pomarła, teraz tak się za dobroć odpłaca… – dodała Ludola

– Niechby pozdychali pod lasem. Źreb młodemu winni dać. Ziemia potrzebuje robotnych łap, nie darmozjadów – kontynuowała. – Wojciech rodzonym bratem mojego Dobrogosta był, jego źreb mojemu pierworodnemu, Niemirowi przynależny, dzieciak opiekę by dostał. Lepszą niż od tych przybłędów, zawsze to krew rodowa.

Rumieniec palił policzki, ale zaraz zdusiła go duma. Nie odezwała się. Zacisnęła zęby. Z trudem szła wyprostowana by nie pokazać słabości. Nie żebrała o pomoc. Dostała ją w darze od kogoś, kto stał się jej bliski.

Robert, widząc ją z daleka, podbiegł i przejął ciężar.

– Niezła bestia – powiedział z podziwem, oglądając misterny splot. – Udało się? Nauczyłaś się czegoś?

– Nauczyłam. I dostałam zadanie domowe – odparła z uśmiechem, rozcierając obolałe ramiona.

– Potrzebujemy przynęty – zakończyła.

Bez wahania chwycił za łopatę. Poszedł za ich intymny zakątek. Po kilku uderzeniach odsłonił kłębowisko tłustych, czerwonych dżdżownic i wielkich, białych pędraków.

– Tutaj – wskazała mały, leśny ruczaj wpadający do rzeki.

Wrzucili do środka wijące się robaki i ciężkie kamienie. Przywiązali całość do drzewa.

– Któremu bogu powinniśmy złożyć ofiarę i poprosić o udane łowy? – zapytała. – Welesowi?

– Tak, masz rację – odparł bez wahania. – Kwiecisz w Świętym Gaju zwracał się do niego, jako do „pana lasu i rogacizny”, z prośbą o pozwolenie na polowanie.

Gniewko potwierdził. Palcem wyrył w piasku trójkąt z przedłużonymi zakrzywionymi ramionami.

– I co zaoferujemy za udane polowanie? – zapytała.

– Resztkę zupy z brukwi? – zaśmiał się.

– Możemy obiecać, że niczego, co się złapie, nie zmarnujemy – dodała ze słabym uśmiechem.

– No to mamy umowę, Welesie – odrzekł, patrząc w nurt rzeki.

Odpowiedzią był krzyk czapli zrywającej się do lotu.

Koniec
Nowa Fantastyka