- Opowiadanie: TKII - VIII. Gniew

VIII. Gniew

Cześć, zapraszam Was do lektury kolejnej części przygód Davrela. W tym rozdziale nasz bohater, wraz z przyjaciółmi opuszcza Przeklętą Puszczę i staje do ostatecznej konfrontacji z sir Marcusem Rose’m i żołnierzami Północy,  co zaprowadzi go aż pod mury Brinvale. Dodatkowo, działania ruchu oporu doprowadzają do tragedii...

Poprzednie fragmenty historii znaleźć możecie tutaj:

Powrót

Nowe początki

Decyzje

Konflikt

Rewelacje

Odpowiedzialność

Puszcza

Oceny

VIII. Gniew

Gdy po dwóch dniach marszu rebelianci wyszli w końcu z Przeklętej Puszczy, powitał ich blady i chłodny świt.

Ścieżka urywała się na granicy, gdzie drzewa rzedły, a ziemia stawała się twarda, pozbawiona wilgotnego mchu. Za nimi słychać było szelest liści, jakby las cicho żegnał swoich gości. A jednak nikt nie odwrócił się, by spojrzeć za siebie. Wszyscy mieli to samo wrażenie, że zostawiają za plecami coś, co bardziej przypominało sen niż jawę.

Powietrze poza puszczą pachniało inaczej – prościej, surowiej. Wiatr niósł kurz z południowych dróg i zwiędłe liście. Na tle nieba majaczyły wypalone słońcem wzgórza, a w oddali, daleko na horyzoncie, połyskiwała blada tafla jeziora. Po czasie spędzonym w cieniu drzew światło dnia silnie raziło w oczy.

Davrel zatrzymał się na skraju łąki. W promieniach porannego słońca pierścień, który otrzymał od Galanei, błysnął bladozielonym światłem. Mężczyzna przez chwilę obracał go nieświadomie. Choć metal nie był gruby, klejnot wydawał się ciążyć mu na palcu, przywołując wstydliwe wspomnienia.

 Po chwili z lasu wyszli pozostali ludzie. Zmęczeni, milczący. Zielone Opończe znów wyglądały jak zwykli buntownicy, oblepieni błotem, z wyszczerbioną bronią i połatanymi pancerzami. Cienie lasu zniknęły, ale w ich oczach pozostał ślad czegoś, czego nie potrafili nazwać.

– Tutaj odpoczniemy – oznajmił Davrel, zatrzymując oddział. – Thoren, Corrin. Pójdziecie na zwiad do najbliższej osady. Dowiedzcie się jak wygląda sytuacja.

Obaj mężczyźni skinęli głowami i bez słowa ruszyli w kierunku, z którego dolatywał dym z kominów.

Reszta rozłożyła się wokół prowizorycznego obozowiska. Ktoś rozpalił małe ognisko, ktoś inny rozwiązał buty. Zmęczenie osiadło na nich jak kurz.

W oczekiwaniu na powrót zwiadowców, czas dłużył się niemiłosiernie. Gdy słońce chyliło się już ku zachodowi, Thoren i Corrin w końcu wrócili. Mieli ponure twarze, na których rysowało się subtelne napięcie. Ten drugi dyszał lekko.

– Wieści są dwie – zaczął pomocnik młynarza, zanim jeszcze zdążyli usiąść. – I żadna nie jest dobra.

– Mówcie – polecił szlachcic.

– Sir Marcus Rose wraz z armią są niedaleko, w okolicach Swaton – podjął Thoren. – Ścigają resztki naszych, którzy uciekli po bitwie w dolinie. Kierują się na południe, w stronę Gór Zielonych.

– Darion?

– Nie wiadomo.

W obozie na chwilę zapanowała cisza.

– A ta druga wiadomość? – zapytał Markus, podnosząc wzrok znad ognia.

– Wyznaczyli nagrodę – oznajmił Corrin. – Pięć tysięcy złotych monet za informacje o rycerzu z czarnym mieczem.

Odpowiedziało mu milczenie. Kilku ludzi spojrzało na Davrela, ale ten nie zareagował. Tylko pierścień na jego palcu błysnął lekko, gdy zacisnął dłoń w pięść.

– Wygląda na to, że stałeś się sławny, Dav – mruknął Martin. – Czarny miecz, bohater z doliny Amrath.

– Sławny czy nie, pięć tysięcy złotych monet to wystarczający powód, żeby każdy chłop z widłami spróbował go wydać – rzucił Markus. – Musimy trzymać się z dala od głównych dróg.

Davrel wstał, otrzepując dłonie z pyłu. Rozłożył przed sobą mapę – zmięty pergamin, z którego ledwo dało się odczytać linie granic i szlaków. Zielone Opończe zgromadziły się wokół niego. Wszyscy milczeli, czekając.

– Rose jest mniej więcej tutaj – powiedział szlachcic, wskazując czarne kreski oznaczające trakt wiodący na południe. – Maszeruje ze swoją armią. Musimy założyć, że po bitwie zostało mu około dwustu ludzi. Ale jego siły są rozciągnięte. Część oddziałów najpewniej tropi niedobitków. – Zawahał się na moment – Nas jest trochę ponad sześćdziesięciu. Dlatego nie będziemy walczyć z nimi w polu. Rose chce wykrwawić rebelię, ale to my wykrwawimy jego.

Wszystkie spojrzenia skierowały się ku niemu. Nawet Corrin całkowicie spoważniał.

– Co masz na myśli? – zapytał cieśla, pochylając się nad mapą.

– Będziemy jego cieniem. – Davrel przesunął palcem wzdłuż lasu na zachód. – Zaatakujemy straże, zwiadowców, tabory. Nie frontalnie, ale z ukrycia. Strzały, sidła, zasadzki. Krótkie wypady. Zanim zdążą się przegrupować, znikniemy w okolicznych lasach.

– Mamy walczyć jak tchórze?

Dowódca posłał przyjacielowi twarde spojrzenie.

– Tylko w ten sposób możemy wygrać.

Thoren skinął głową.

– Dav ma rację. Rose liczy na bitwę, nie na polowanie. Nie zna terenu, nie będzie wiedział, gdzie nas szukać.

– Do tego jego ludzie… – wtrącił Corrin. – będą głodni, zmęczeni. Nie mają skąd wziąć rekrutów ani żywności.

– To prawda – przytaknął Martin. – Na Południu nikt im nie pomoże. A już na pewno nie po tym, co nam zrobili.

Davrel podniósł wzrok.

– A więc postanowione. Uderzamy, kiedy śpią. Uderzamy, kiedy idą. Nie damy im wytchnienia. Ani za dnia ani w nocy. Kawałek po kawałku zniszczymy armię Północy.

Przez chwilę nikt się nie odezwał. Wszyscy wiedzieli, że plan jest szalony. I że właśnie dlatego może się udać.

Markus przeciągnął dłonią po brodzie.

– Walka z cienia…

– Walka, która nie potrzebuje sztandarów – odparł szlachcic. – Jedynie cierpliwości.

Wiatr z północy niósł zapach palonych liści oraz wspomnienie dawnych bitew. Słońce chowało się za wzgórzami, a jego blask niknął w stalowym ostrzu czarnego miecza.

– Sir Marcus Rose przybył do Kade, aby siłą zaprowadzić pokój – powiedział głośno Davrel. – Czas, by zapłacił za każdy krok, który postawił na naszej ziemi.

W oczach otaczających go ludzi pojawił się błysk. Nie była to jednak ślepa wiara, ale coś zupełnie nowego. Chłodna determinacja. Któryś z rebeliantów zacisnął szczękę, inny zakasał rękawy.

Markus potakująco pokiwał głową.

– W takim razie nie traćmy czasu.

Davrel zwinął mapę i podniósł wzrok ku niebu, gdzie ostatnie promienie słońca gasły w purpurze.

– Wyśpijcie się dziś dobrze. Ruszamy jutro o świcie.

Spojrzał w milczeniu na rozciągającą się na południe ciemność. Gdzieś tam, za wzgórzami, spała armia Rose’a – silna, zdyscyplinowana, ale nieświadoma, że odtąd każdy jej krok prowadzić będzie w pułapkę.

Wiatr uderzył mocniej. Na moment wydawało się, że cała równina drgnęła, jakby budziła się z długiego snu.

 

 

Mgła była gęsta i ciężka, jakby noc nie chciała ustąpić miejsca dniowi. Chłodny, październikowy poranek przeciągał się ospale nad prowincją Kade. Zielone Opończe obozowały pod gołym niebem, w dolinie między dwoma zalesionymi wzgórzami. Z rozpalonych poprzedniego wieczora ognisk pozostały teraz ledwie żarzące się węgle, nad którymi unosiły się pasma dymu, pachnące wilgocią i spalenizną.

Mijał właśnie tydzień od pierwszych ataków na armię Północy.

Wszystko zaczęło się od jednej zasadzki, po której przyszły kolejne – szybkie, precyzyjne uderzenia dezorganizujące marsz oddziałów Rose’a. Zwiadowcy znikali bez śladu, nocą w obozie wybuchały pożary. Tam, gdzie jeszcze kilka dni temu maszerowało dumne wojsko, zostały tylko porzucone wozy, zamarznięte konie

i żołnierze, którzy bali się zasnąć.

Każdy dzień przynosił rebeliantom kolejne małe zwycięstwo.

Pomimo braku chorągwi i fanfar, ich morale rosło, podsycane szeptami o tym, że w armii Północy zaczyna szerzyć się głód. Wśród ludzi panowało zmęczenie, lecz na zmarzniętych twarzach malowała się wiara, że mogą przechytrzyć silniejszego wroga.

 

Martin nucił cicho przy ognisku, naprawiając rozdartą w walce opończę. Corrin podjadał resztki suszonego mięsa, żartując, że niedługo sami będą musieli żywić się drewnem. Markus ostrzył miecz, a każdy ruch jego dłoni wyglądał jak element codziennego rytuału.

Davrel siedział z boku, na powalonym pniu. W dłoni obracał sztylet. Na jego twarzy nie widać było zmęczenia – raczej napięte skupienie, które nie opuszczało go odkąd wyszli z puszczy. Czarny miecz spoczywał mu na kolanach. Metal wydawał się zimniejszy niż zwykle, a jego ciężar dziwnie wyczuwalny.

Wiatr znów niósł zapach dymu z dalekich osad. Zapach ludzkiego świata – prostego, znajomego, pozbawionego magii i tajemnic. A jednak po raz pierwszy od dawna mężczyzna czuł się w nim nieswojo.

Z rozmyślań wyrwał go głos Thorena, który wrócił z nocnego zwiadu. Kowal zsiadł z konia. Ubranie miał oblepione błotem. Jego twarz była zziębnięta, a policzki zaróżowione od wiatru, ale oczy błyszczały jasno.

– Mamy wieści – powiedział, jeszcze zanim Davrel zdążył się odezwać. – Armia Rose’a zawróciła. W nocy. Idą z powrotem na północ.

Przez obóz przebiegł pomruk zdziwienia, zaś już po chwili rozległy ciche gwizdy i śmiechy.

– Uciekają! – zawołał ktoś od strony ogniska.

– Do domu im się zatęskniło! – krzyknął inny.

Markus uniósł wzrok znad ostrza.

– To znaczy, że wygraliśmy? – zapytał półgłosem, jakby sam nie wierzył w to, co mówi.

– Na to wygląda – odparł Thoren, a na jego twarzy pojawił się cień uśmiechu.

Poruszeni tą wiadomością ludzie zaczęli wstawać, ściskać się nawzajem, ktoś już nawet otworzył ostatnią butelkę miodu. Na znużonych zimnem i brudem twarzach po raz pierwszy od tygodni pojawiła się prawdziwa radość.

Tylko Davrel nie ruszył się z miejsca.

Patrzył na północ, w stronę, z której przybył zwiadowca. Mgła rozpraszała się tam powoli, odkrywając zarysy wzgórz. Jego dłoń, oparta o kolano, drgnęła lekko. Zmrużył oczy, śledząc wzrokiem bladą linię horyzontu. Wygrali. Zmusili Rose’a do odwrotu. A jednak coś mu tu nie pasowało.

Martin, który dotąd przysłuchiwał się rozmowie w milczeniu, podniósł głowę znad płachty, na której rozkładał zapasy. Na jego twarzy nie było już śladu uśmiechu.

– Poczekajcie – powiedział powoli, marszcząc brwi. – Jeśli wracają na północ… to którędy?

Thoren wzruszył ramionami. – Pewnie głównym traktem. Najkrótsza droga do granicy z Idris wiedzie przez… – urwał w pół słowa.

– …przez Arven – cicho dokończył za niego Martin.

Jego słowa zawisły ciężko w powietrzu.

Zapanowała cisza. Nawet wiatr ustał na chwilę, jak gdyby nasłuchiwał reakcji zgromadzonych na łące ludzi.

Davrel gwałtownie uniósł głowę.

– Jesteś pewien?

– Tak. Nie ma szybszej trasy. Jeśli maszerują prosto na północ, to przejdą przez Arven. – Martin wbił spojrzenie w leżącą na ziemi mapę, jakby w nadziei, że się myli.

Dowódca milczał. Pierścień na jego palcu błysnął słabo w blasku poranka.

Thoren pierwszy dostrzegł zmianę w jego twarzy.

– Myślisz, że…?

– Nie myślę. – Szlachcic zwinął mapę i zerwał się na równe nogi. – Wiem.

Markus również wstał.

– Dav, jeśli Rose faktycznie zmierza do Arven, to…

– Miasto jest w niebezpieczeństwie – przerwał mu przyjaciel. – I wszyscy jego mieszkańcy też.

Nikt nie potrzebował dalszych wyjaśnień. Każdy instynktownie wiedział, jak wielkie zagrożenie zawisło nagle nad ich bliskimi.

Ciszę przeciął ostry ton rozkazu:

– Zwijamy obóz. Natychmiast.

Dalsze komendy posypały się szybko, jakby każdy tylko na nie czekał. Ktoś zgasił ogień, gdzieś indziej zarzucano już worki na plecy. Konie parskały niespokojnie, czując napięcie ludzi.

– Nie bierzcie za dużo – zarządził Davrel. – Nadmiar sprzętu tylko nas spowolni. Corrin, pojedziesz przodem. Markus, ty zabezpieczasz tyły.

– Chcesz jechać nocą? – zapytał Martin.

– Tak – odpowiedział bez wahania. – W tej sytuacji każda chwila może mieć znaczenie, a Rose ma nad nami przynajmniej pół dnia przewagi. Ale jeśli się pospieszymy, dotrzemy do Arven przed nim.

Jeszcze zanim poranek na dobre się rozjaśnił, Zielone Opończe zwinęły obóz i w pośpiechu ruszyły na północ. Wkrótce pozostały po nich tylko ślady butów i kilka dogasających drew.

Davrel jechał przodem, z oczyma utkwionymi w północny horyzont. W ciszy słyszał tylko rytm końskich kopyt i własne myśli, które brzmiały głośniej niż wiatr. Wśród nich wibrowało zaś jedno imię. Imię, którego od tygodni nie odważył się wypowiedzieć na głos.

 

 

Kotlina, w której leżało Arven, spowita była dymem. Z północy wiał wiatr, niosąc woń spalenizny. Gęstą, drapiącą, nie do pomylenia z niczym innym.

Zielone Opończe jechały w milczeniu. Kopyta koni grzęzły w błocie, a ludzie chrząkali nerwowo. Im bliżej byli miasta, tym wyraźniej czuli w powietrzu zapach krwi i rozgrzanego metalu.

Pierwsze domy pojawiły się za zakrętem drogi. Ich ściany były zwęglone, dachy zapadnięte. W niektórych miejscach z popiołu wystawały tylko resztki kamiennych kominów, sterczące niczym nagrobki. Wiatr igrał z luźnymi deskami i porwanymi tkaninami, które łopotały cicho, jakby opłakiwały zrujnowane miasto.

Davrel zatrzymał się i zsiadł z konia. Choć nie wydał rozkazu, reszta również stanęła. Ze ściśniętymi gardłami i rosnącym niedowierzaniem patrzyli na otaczające ich zgliszcza.

Główna ulica wyglądała jak pobojowisko. Wszystko wzdłuż niej było spalone: karczma, warsztat Thorena, dom zielarki. Im bardziej zbliżali się do centrum, tym zniszczenia były większe. Tam, gdzie biegł trakt na północ, nie został żaden dach, żadna cała ściana. Niektóre fragmenty budynków tliły się jeszcze ostatkiem sił.

Wśród popiołu leżały resztki przedmiotów: stopione naczynia, nadpalone narzędzia, dziecinna lalka o wypalonych oczach, której jedno ramię trzymało się jeszcze torsu. Corrin podniósł ją i odruchowo otrzepał z popiołu. Przez chwilę obracał w dłoniach, po czym położył z powrotem na zwęglonym progu.

– Bogowie… – szepnął Martin. – To już nie jest Arven.

Davrel nie odpowiedział. Pieszo ruszył dalej. Powoli, krok za krokiem, jakby bał się, że jeśli przyspieszy, to to, czego obawiał się najbardziej, szybciej się ziści.

Gdy dotarł do rynku, stanął po raz kolejny. Dom wójta, dawniej jeden z największych i najlepiej utrzymanych budynków w miasteczku, nie istniał. Zostały tylko wypalone mury i krzywo zwisające drzwi, które trzymały się na jednym zawiasie. Z wnętrza wciąż unosił się dym.

Szlachcic spojrzał w stronę zniszczonej studni, na której kamieniach widać było ślady sadzy i zaschniętej krwi.

Wszyscy nadal milczeli. Markus, jakby w geście żałoby, ściągnął kaptur. Ktoś inny przeżegnał się odruchowo. Panująca wokół cisza wydawała się wręcz nienaturalna. Nie szczekały psy, nie krakały wrony.

Davrel stał, nie mogąc uwierzyć, że wszystko, co znał i co łączyło go z tym miejscem, tak po prostu zniknęło.

Z ciszy wyrwał ich odgłos kroków.

Od strony jednej z bocznych uliczek szła młoda kobieta z wiadrem. Potykała się co kilka kroków, jakby z nerwów lub z wycieńczenia. Gdy ich zobaczyła, zatrzymała się jak wryta.

– Marina? – zawołał cicho Corrin, pierwszy rozpoznając córkę karczmarza.

Dziewczyna w pierwszej chwili zlękła się, ale szybko rozpoznała przybyszów. Włosy miała potargane, twarz czarną od sadzy, a dłonie poranione. Wiadro, które trzymała, było prawie puste – na dnie chlupotała resztka brudnej wody.

– Corrin… sir Gris… – wyszeptała. – Myślałam, że nie żyjecie. Wszyscy myśleliśmy…

Davrel podszedł do niej szybko, uspokajająco kładąc dłonie na jej ramionach.

– Co tu się stało?

Marina przełknęła ślinę, na jej policzkach łzy mieszały się z popiołem.

– Przyjechał…. Rose z ludźmi… Chcieli jedzenia, koni, wszystkiego. Wójt odmówił. Powiedział, że już wystarczająco długo Północ karmi się naszymi krzywdami. Ale on tylko się roześmiał… – Głos jej się załamał. – A potem kazał splądrować miasto. To było wczoraj…

Zielone Opończe słuchały w milczeniu.

– Niektórzy próbowali ich zatrzymać, ale… – zawahała się. – Rose nie miał dla nich litości. Reszta uciekła. Ci, co przeżyli, schronili się w podziemiach pańskiego dworu. Lysia i mój Aidan ich tam zaprowadzili.

Na dźwięk imienia narzeczonej szlachcica przeszedł dziwny dreszcz.

– Dwór leży za miastem… – kontynuowała Marina – Dlatego go ominęli. Spieszyli się.

Na chwilę zapadła cisza. Tylko dym unosił się nad ruinami.

– Ile osób przeżyło? – cicho zapytał Markus.

– Nie wiem – wyszeptała dziewczyna. – Może czterdzieści, może pięćdziesiąt.

Davrel spojrzał w stronę północnych wzgórz, gdzie zza mgły widać było drogę do jego majątku. Twarz mu stwardniała.

– Jedziemy tam – powiedział cicho. – Natychmiast.

Nikt się nie sprzeciwił. Rebelianci wsiedli na konie i w milczeniu ruszyli za nim.

 

Droga do dworu wydawała się niemiłosiernie długa.

Nikt nie rozmawiał. Jedynym dźwiękiem był tępy stukot kopyt i trzask pękających gałęzi. Jesienne pola, które zwykle tętniły życiem, leżały teraz odłogiem. Na skraju drogi zobaczyli przewrócony wóz, a obok konia, który zamarł w nienaturalnej pozycji, jakby próbował jeszcze wstać.

Wiatr wciąż niósł ten sam zapach – dymu i żelaza.

Kiedy wreszcie ujrzeli majaczący w oddali zarys posiadłości, Davrel na moment się zatrzymał. Dwór stał. Jego bielone niegdyś ściany przybrały szarawy kolor, a dach osmolony był od iskier, które musiały tu dolecieć z płonącego miasta, ale budynek pozostał nienaruszony.

Wokół panowała cisza. Nawet drzewa nie szumiały.

– Wróciliśmy – powiedział, bardziej do siebie niż do innych. – Wróciliśmy do domu.

Gdy zbliżyli się do bramy, z wnętrza dziedzińca wyszło dwóch mężczyzn z bronią w ręku. Mimo, iż cali byli w popiele, szlachcic rozpoznał Aidana i Retha Antonina. Żyli, choć ubrania mieli podarte, a na twarzach malowało się zmęczenie. Na widok rebeliantów odetchnęli z ulgą.

Szybko jednak spoważnieli.

– Dav! – zawołał księgarz. – Dzięki bogom! Już myśleliśmy, że nie wrócicie.

– Ilu was zostało? – zapytał szlachcic.

– Większość – odparł Aidan. – Ale głównie kobiety i dzieci. Wszyscy w podziemiach. Boją się wyjść. – Z wahaniem spojrzał na Davrela . – Wójt też tu jest. Ranny, ale żyje.

Mężczyzna nie czekał ani chwili dłużej. Zeskoczył z konia i długimi krokami ruszył przez dziedziniec. Pod stopami chrzęściły mu drobiny szkła. Ktoś stłukł butelkę wina, a zapach fermentu mieszał się z dymem i kurzem. Drzwi do sieni były uchylone.

Wnętrze dworu rzeczywiście nie wyglądało na splądrowane, choć na ścianach dało się zauważyć ślady sadzy i krwi. W korytarzu palił się tylko jeden kaganek, którego drgające światło rozciągało cienie nadając im dziwnie żywego wyrazu.

Adam de Vrij siedział pod ścianą, wsparty o beczkę. Jego ubranie było porwane, twarz poparzona a we włosach miał popiół. Na kolanach trzymał obandażowaną rękę. Usłyszawszy kroki, podniósł głowę, ale nie powiedział ani słowa.

– Gdzie ona jest? – zapytał Davrel, podchodząc.

Odpowiedziało mu milczenie. Słychać było jedynie trzask płomienia w kaganku.

– Gdzie Lysia? – powtórzył.

Wójt spuścił wzrok, ale z jego ust nadal nie padło ani jedno słowo. Tylko ramiona zadrżały mu nieznacznie, jakby wstrząsnął nim jakiś wewnętrzny dreszcz.

Szlachcic nachylił się, chwycił go za przód rozdartej koszuli i potrząsnął gwałtownie.

– Gdzie ona jest?! – krzyknął, czując, jak łamie mu się głos. – Mów, do cholery!

De Vrij milczał. Zamknął tylko oczy i potrząsnął głową.

Mężczyzna cofnął się o krok. Stał w półmroku, patrząc w puste spojrzenie wójta. Oddychał ciężko, jak po walce. Łzy, nieproszone, same napłynęły mu do oczu.

Od strony dworu nadszedł Aidan i bez słowa położył mu dłoń na ramieniu.

Davrel zrozumiał.

 

 

Wieści o spaleniu Arven rozeszły się po całej prowincji Kade, a nawet dalej.

Mówiono o tym w karczmach, na targach i przy studniach.

O mieście, które zniknęło w ogniu, o dzieciach, które płonęły w domach, i o dziewczynie, która do ostatniej chwili ratowała innych.

Imię Lysii wymawiano szeptem, z mieszaniną podziwu i żalu, zamieniając jej śmierć z historii w legendę.

 

Minęło kilka dni.

Świt był zimny i przejrzysty. Nad doliną unosiła się mgła, a słońce dopiero zaczynało przebijać się przez tę mleczną zasłonę. Na wzgórzu, skąd widać było zrujnowane miasto i szare połacie pól, stał Davrel. Przed nim znajdował się świeży grób. Prosty, usypany z ziemi i kamieni, z wbitą drewnianą tabliczką, która nosiła na sobie ślady popiołu.

Wokół wiatr cicho poruszał trawą. Ziemia wciąż była wilgotna od nocnej rosy, a między kamieniami błyszczały drobne krople, jak gdyby świat nie zdołał jeszcze wyschnąć po łzach, które wylali mieszkańcy Arven.

Mężczyzna milczał. W głowie miał pustkę, zupełnie jakby wszystko, co mógł powiedzieć, zostało wypalone razem z miastem. Patrzył jedynie w dół. Nie na tabliczkę, lecz na ziemię u swoich stóp. Trochę jakby próbował odnaleźć coś, co przepadło wraz Lysią. Może sens, a może przebaczenie. Gdy tak stał, jego dłonie bezwiednie to zaciskały się w pieści, to rozluźniały.

W pamięci wciąż miał słowa, które słyszał od ocalałych.

– Uratowała nas wszystkich – mówiła Helena Bale, ściskając jego rękę.

– Zginęła śmiercią bohaterki – drżącym głosem wyszeptał mu w myślach Reth Antonin.

A potem usłyszał Aidana: – Od tamtej chwili wójt nie odezwał się ani słowem.

Każde z tych zdań niosło w sobie coś nieodwracalnego. Ciążyły jak kamienie dokładane do mogiły jego ukochanej.

Przez chwilę miał wrażenie, że znów słyszy jej głos. Ten sam, którym dawniej żartowała, gdy pomagała mu w stajni. Ale to był tylko wiatr. Zaszeleścił w trawie, otarł się o płaszcz Davrela i ucichł.

Szlachcic nie wiedział, jak długo tak stał. Czas przestał mieć znaczenie. Miał go teraz pod dostatkiem. Gdyby wrócił szybciej, może zdołałby coś zmienić. Może Lysia nadal by żyła. Ale to już nie miało znaczenia.

W końcu uklęknął i położył dłoń na miękkiej ziemi. Cicho, niemal niedosłyszalnie, wyszeptał coś, co brzmiało niczym przysięga. A potem podniósł wzrok. Spojrzał w stronę Arven i powoli ruszył z powrotem w kierunku dworu. Do miejsca, gdzie czekał na niego inny człowiek, który również stracił wszystko.

 

W posiadłości panowała cisza.

Tylko ogień trzaskał w kominku, rozlewając po komnacie złociście czerwone światło. Jego ciepło wydawało się jednak odległe, tak jak gdyby nawet płomienie bały się zakłócić panujący w pomieszczeniu spokój.

Davrel wszedł powoli, bez słowa.

De Vrij siedział w fotelu przy kominku, pochylony lekko do przodu. Na kolanach trzymał koc, dłonie miał splecione, nieruchome. Patrzył w ogień pustym wzrokiem, jakby nie widział już niczego poza nimi.

Szlachcic podszedł bliżej. Krzesło zaskrzypiało cicho, gdy usiadł naprzeciw wójta. Przez chwilę żaden z nich się nie odzywał. Patrzyli tylko w płomienie – dwaj mężczyźni złączeni tą samą stratą.

– Adam… – zaczął w końcu Davrel, głosem niższym niż zwykle. – Ja…

De Vrij nie zareagował. Tylko palce zabandażowanej ręki drgnęły lekko.

Iskry zatańczyły w kominku, a wtedy Davrel dostrzegł w jego dłoni błysk metalu. Wójt powoli uniósł pięść i rozluźnił palce.

Na brudnym, poplamionym krwią materiale leżał srebrny wisiorek w kształcie ptaka z rozpostartymi skrzydłami.

Szlachcic rozpoznał go natychmiast.

Przez moment siedział bez ruchu, jakby nie potrafił zrozumieć znaczenia tego, co widzi.

De Vrij wyciągnął rękę w jego kierunku. W jego oczach nie było łez. Jedynie milczące błaganie człowieka, któremu wszystko, co miał, zostało już odebrane.

Davrel ostrożnie wziął wisiorek. Metal był lekki i chłodny w dotyku.

Kiedy zamknął go w dłoni, poczuł, że łzy napływają mu do oczu. Najpierw pojedynczo, powoli spływając po policzkach. A potem coraz więcej, jakby ktoś nareszcie zburzył tamę. Mężczyzna zaszlochał.

Wójt nadal patrzył w ogień, a jego twarz pozostała nieruchoma – jakby żar w kominku wypalił z niej wszelkie emocje. Mimo to podniósł dłoń i położył ją na pochylonej głowie siedzącego przed nim szlachcica.

Trwali tak jeszcze przez chwilę, a Davrel wpatrywał się w płomień, który nagle wydał mu się zbyt jasny, zbyt żywy. W końcu wstał.

Zatrzymał się w progu, trzymając wisiorek w zaciśniętej dłoni.

Nie obejrzał się za siebie, ale instynktownie czuł, że wójt nie oderwał wzroku od ognia.

Gdy wyszedł na korytarz, zimne powietrze uderzyło go w twarz.

Po raz pierwszy od dawna miał wrażenie, że naprawdę coś stracił. Nie tylko kobietę, którą kochał, ale i część siebie.

 

Na dziedzińcu panował półmrok popołudnia. Ołowiane chmury wisiały nisko, a w powietrzu unosił się ciężki zapach wilgotnego dymu. Znajdujący się na zewnątrz ludzie gromadzili się przy studni. Niektórzy wciąż mieli na sobie nadpalone ubrania, inni owijali dzieci w koce.

Davrel powoli wyszedł z dworu. W dłoni nadal trzymał wisiorek Lysii. Chłodny metal połyskiwał w szarym świetle. Gdy przeszedł przez dziedziniec, rozmowy ucichły. Wszyscy patrzyli tylko na niego.

Markus wyszedł z tłumu i stanął naprzeciw dowódcy. Na jego twarzy malowało się zmęczenie, ale w oczach tlił się ten sam upór, który niegdyś towarzyszył im w dolinie Amrath.

– Wszyscy wiemy, co się stało – powiedział cicho, lecz jego głos i tak poniósł się po dziedzińcu. – Arven już nie ma. Ale Kade wciąż żyje. Ludzie przychodzą z każdej wsi, z każdego miasteczka. Cała prowincja chce walczyć. Chce zemsty.

Szlachcic uniósł wzrok. Kilkadziesiąt twarzy zwróciło się w jego stronę.

Kobiety, chłopi, garstka rannych żołnierzy. Wszyscy patrzyli z tą samą niepewną nadzieją.

– Rose spalił nasze domy, pozbawił nas bliskich – ciągnął Markus z goryczą. – Ale nie zabił w nas ducha. A teraz czas, żeby poczuł nasz gniew. Podjęliśmy decyzję. Chcemy, żebyś nas poprowadził. Tylko ty jeden możesz to zrobić.

Jego słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i pełne determinacji.

Davrel długo milczał. Wiatr targał jego opończę, a blask ognia z pochodni odbijał się w jego oczach. Nie wiedział, czy to, co czuł, było gniewem, czy pustką.

Ciszę przerwał nagły krzyk.

– Nadciągają! – wrzasnął Corrin wpadając na dziedziniec. Był zziajany, a twarz miał białą jak kreda. – Armia! Na drodze od południa!

Przez tłum przebiegł dreszcz. Ktoś upuścił wiadro, ktoś inny chwycił dziecko na ręce. Kobiety zaczęły się rozbiegać, mężczyźni sięgnęli po broń.

Szlachcic uniósł dłoń, próbując ich uspokoić.

– Co widziałeś? Rose wrócił? Mów, Corrin!

Pomocnik młynarza przełknął ślinę, opierając się o kolumnę.

– To nie Rose! – wydyszał w końcu, a w jego głosie brzmiało coś między niedowierzaniem a ulgą. – To Lucas Silver! Prowadzi ludzi! Będzie ich ze dwie setki!

W tłumie rozległy się westchnienia i ciche okrzyki. Markus uśmiechnął się krótko.

Po dłuższej chwili na dziedziniec wjechał oddział konnych. Ich szeregi były zwarte, tarcze porysowane, ale w spojrzeniach widoczna była ta sama determinacja, która Davrel czuł od mieszkańców Arven. Na czele jechał Lucas Silver. Jego gładko ogolona głowa połyskiwała w promieniach zachodzącego słońca, a chłodne spojrzenie lustrowało wszystko dookoła. Na sobie miał lekki, skórzany pancerz, zaś przy biodrze krótki miecz o szerokim jelcu. Ciężki myśliwski łuk zwisał przewieszony przez lewe ramię. Gdy zsiadł z konia, jego ruchy były spokojne, opanowane. Jedynie w oczach tlił się płomień.

– Davrel – przywitał się, podchodząc. – Słyszałem, co się tu stało… Cała prowincja płonie gniewem. Przyprowadziłem tych, którzy nie chcieli już czekać, aż przyjdzie ich kolej.

Davrel spojrzał na ludzi za nim – chłopów, byłych strażników, kilku szlachciców w podniszczonych zbrojach. Wszyscy wyglądali, jakby już podjęli decyzję.

– Nie jesteśmy armią – powiedział po chwili milczenia. – Wielu może nie wrócić.

Lucas uśmiechnął się chłodno.

– Znamy ryzyko. Ale mamy powód.

– Zemstę?

– Sprawiedliwość – poprawił go Silver. – Nasza ziemia wycierpiała już wystarczająco dużo ze strony Północnych najeźdźców. Przyszedł czas by wreszcie położyć temu kres.

Szlachcic nie odpowiedział. Ponownie spojrzał na swoich ludzi. Markus, Thoren, Corrin, Martin, Aidan – wszyscy patrzyli w milczeniu, czekając na jego decyzję.

Za nimi, w cieniu drzwi, stał Adam de Vrij. Skierował wzrok w jego stronę, a gdy ich spojrzenia się spotkały, wójt powoli skinął głową.

Davrel zacisnął dłoń na wisiorku w kształcie szpaka. Czuł jak metal rozgrzewa się pod jego palcami.

– Dobrze – wyszeptał tonem, który nie pozostawiał wątpliwości. – Zbierzcie wszystkich, którzy są w stanie walczyć. Ruszamy w pościg!

W tłumie rozległy się okrzyki.

W powietrzu czuć było napięcie, jak przed burzą.

Mężczyzna spojrzał w niebo. Na horyzoncie zbierały się chmury – ciężkie, stalowe, jakby zwiastujące nadchodzącą bitwę.

– Niech Północ pozna gniew Południa – powiedział, ściskając czarny miecz.

 

 

Wiejący z północy wiatr był zimny i przenikliwy.

Kiedy Zielone Opończe przekroczyły granicę prowincji Idris, ziemia pod końskimi kopytami zmieniła się. Zamiast miękkiej, południowej gleby jechali teraz po twardej, kamienistej ścieżce, na której echo ich marszu niosło się daleko pośród wzgórz. Drzewa rosły tu rzadziej, a niebo wydawało się bliższe, jakby uginało się pod ciężarem chmur.

Napotkany do tej pory opór był zaskakująco niewielki. Kilka potyczek z patrolami, które rozbili bez trudu, kilka wsi, które zamiast ognia i żelaza zaoferowały im wodę i chleb. Coraz częściej na drogach pojawiali się też ludzie chcący do nich dołączyć. Chłopi z widłami, myśliwi, dezerterzy, byli strażnicy miejscy. Wszyscy oni mieli ze sobą coś wspólnego: złość, strach i tę samą, cichą, nadzieję, że razem z przybyszami z Kade zdołają pokonać północnego najeźdźcę. Oddział rósł z dnia na dzień.

Davrel jechał na czele.

Nie mówił wiele, lecz pojedyncze gesty wystarczyły, by mógł utrzymać porządek. Twarz miał spokojną, jedynie w jego spojrzeniu czaił się cień – coś pomiędzy czujnością a smutkiem. W myślach wciąż widział Arven i twarze zabitych tam ludzi. Szczególnie jedna z nich rysowała się w jego wyobraźni z niezwykłą intensywnością. Delikatna, z grzywką filuternie opadająca na czoło i wpatrzonymi w niego zielonymi oczami.

Z każdym krokiem na północ mężczyzna wkraczał coraz dalej na terytorium wroga. A jednocześnie w głąb siebie. Wiedział, że nie ma już odwrotu. Czuł jednak, że jest na to gotowy.

Przed wyjazdem z Kade, zszedł do piwnic dworu. To tam, w wypełnionym kurzem pomieszczeniu, przechowywał skrzynie, które przywiózł ze sobą ze Wschodu. Stały na środku, w chłodzie i ciszy oczekując na swojego właściciela. W pierwszej znajdowało się złoto, które niegdyś pokazał Markusowi. Szlachcic minął ją bez słowa. Otworzył drugą z nich. W środku, na warstwie płótna, leżała czarna zbroja. Stal była gładka, niemal lśniąca, choć nie odbijała światła – tak samo jak miecz, który nosił u pasa. Na napierśniku widniał stojący dęba koń, symbol rodu księcia Nyrsila.

Obok zbroi leżał hełm. Wykonany w krasnoludzkiej kuźni w głębi Wielkich Gór Północy, miał kształt głowy smoka – rozwartą paszczę i przyłbicę, która po opuszczeniu zakrywała całą twarz. Davrel delikatnie pogładził chłodny metal.

Gdy w pełnym rynsztunku, z hełmem pod pachą, wyszedł na dziedziniec, wśród zebranych tam ludzi rozległy się gwizdy. Teraz jednak nikt już nie gwizdał. Gdy jechali przez Idris, czarna zbroja połyskiwała złowieszczo w ostatnich promieniach listopadowego słońca. Z zachodu nadciągała burza. Ale to nie jej mieli lękać się wierni namiestnikowi żołnierze.

 

Wieczorem, do miejsca, gdzie pod gołym niebem obozowali rebelianci, przybył jeździec.

Koń, którym jechał, toczył pianę z pyska, a na jego zadzie widać było ślady długiego galopu. Strażnicy przepuścili go natychmiast, gdy tylko dostrzegli okrywającą ramiona przybysza zieloną opończę.

Davrel siedział przy ogniu, przyglądając się mapie prowincji, którą przemierzali. Kiedy usłyszał zbliżające się kroki, podniósł wzrok.

Posłaniec skłonił się nisko, po czym podał mu zrolowany pergamin, opieczętowany czarnym woskiem.

– Od Dariona Halla, panie – powiedział, oddychając ciężko. – Dobrze, że was znalazłem.

Szlachcic przełamał pieczęć. Przez chwilę z uwagą studiował pośpiesznie skreślone litery.

– Co nowego? – zapytał Markus, zbliżywszy się do ogniska.

– Dobre wieści – odpowiedział dowódca. – Darion organizuje ludzi lorda Christophera Blake’a. Pisze, że dołączy do nas w ciągu kilku dni. A z nim pięciuset, może nawet sześciuset zbrojnych.

 Cieśla aż wstrzymał oddech.

– Toż to prawdziwa armia – wyszeptał w końcu.

– Oby tylko nie przybyli za późno.

– Co masz na myśli?

– Weszliśmy na terytorium wroga. W każdej chwili możemy zostać zaatakowani. Poza tym… za łatwo nam idzie.

– A więc też to zauważyłeś? – W głosie przyjaciela Davrel wyczuł niepewność.  

– Tak. Poza tym Rose już raz nas przechytrzył. Musimy się mieć na baczności.

Markus nie odpowiedział. Stali przez chwilę w milczeniu patrząc w stronę, gdzie za wzgórzami znajdowało się Brinvale.

 

Nazajutrz o świcie do obozu wrócili zwiadowcy.

Z mgły wyłonili się mały Dominic Purell i trzej łucznicy. Wszyscy brudni, przemoknięci, z twarzami naznaczonymi zmęczeniem.

– Nic – oznajmił Purell, zeskakując z konia. – Ani śladu armii Rose’a. Drogi puste, pola opuszczone. Jakby rozpłynęli się w powietrzu.

Twarz Davrela stężała.

Słuchający ich ludzie spoglądali po sobie z niepokojem.

– Może uciekli? – zapytał Aidan.

– Albo czekają – mruknął Thoren. – W ukryciu.

Szlachcic zsunął rękawicę i przesunął dłonią po rozłożonej na beczce mapie. Potem ponownie spojrzał na Dominica.

– A ludzie Dariona i Blake’a? – zapytał z nadzieją.

– Też nic – zwiadowca pokręcił głową. – Cała prowincja wydaje się pusta jak moja kiesa. I, szczerze mówiąc, trochę mnie to niepokoi.

– Nie tylko ciebie – wtrącił Thoren. – Ludzie zaczynają gadać.

– Gadać? – Dowódca odwrócił się w stronę kowala. – Co masz na myśli?

– Mówią o znakach. Ktoś widział kruki krążące nad lasem. Ktoś inny słyszał w nocy płacz dziecka. Wśród ludzi narasta niepokój. Chcą wiedzieć co dalej…

– Więc co zrobimy? – przerwał mu Markus. – Uderzymy na Brinvale?

Davrel uniósł wzrok.

– Brinvale to warowne miasto. Ma grube mury, za którymi czeka gwardia namiestnika – powiedział powoli. – Bez machin oblężniczych trudno będzie je zdobyć.

– Kurwa… – rzucił Aidan.

– Do tego położone jest tylko o niecały dzień drogi od Lemne. Jeśli przystąpimy do oblężenia, w każdej chwili nadejść może odsiecz. A wtedy znajdziemy się w naprawdę trudnym położeniu.

– Niech to szlag – zaklął cieśla. – Widać, że Vestings nie wybrał swojej siedziby przypadkiem… Ale zostać tu gdzie jesteśmy też nie możemy. Na odsłoniętym terenie narażamy się na atak ludzi Rose’a.

– Zawsze możemy zawrócić – zasugerował Dominic.  

Markus i Thoren obrzucili go gniewnymi spojrzeniami.

Ponownie zapanowało milczenie. Tylko wiatr hulał między namiotami, niosąc ze sobą popiół z dogasających palenisk. Gdzieś w oddali zawył pies.

Davrel powoli uniósł hełm i nałożył go na głowę. Metal zaskrzypiał, przylegając do skóry. Czuł jego chłód, ciężar, znajomy zapach skóry i stali. Płomienie pobliskiego ogniska odbijały się na czarnym pancerzu. Zamknął na chwilę oczy i po raz kolejny przypomniał sobie znajomą twarz. Jej żywe spojrzenie i nieustępliwy charakter. Sięgnął do kieszeni i wymacał w niej wisiorek w kształcie szpaka. Zawahał się na moment. A potem otworzył oczy.

– Każcie ludziom zwijać obóz – powiedział zdecydowanym głosem – Ruszamy na Brinvale.

 

 

Poranek był chłodny i jasny.

Słońce przebijało się przez mgłę, oświetlając drogę złotym blaskiem. W powietrzu czuć było napięcie – to szczególne uczucie, które nastaje podczas oczekiwania aż coś się wydarzy. Zielone Opończe przez wiele godzin jechały wśród niskich pagórków, zasłaniających widok dalej niż na kilkaset kroków. Kiedy wreszcie ostatnie wzgórze opadło łagodnie w dół, otwierając przed nimi szeroką równinę, ich oczom ukazało się Brinvale.

Miasto rozpościerało się u ich stóp. Zbudowane z białego kamienia, jasne i surowe, wyglądało jak niezdobyta twierdza, która opierała się nie tylko ludziom, ale i upływowi samego czasu.

W blasku listopadowego słońca mury lśniły matową bielą, a ich regularne linie odcinały się wyraźnie na tle ciemniejącego nieba. Brinvale było niskie i rozległe, otoczone grubymi obwarowaniami, które tworzyły niemal idealny owal. Forteczne blanki piętrzyły się warstwami, a wysokie baszty sterczały nad doliną niczym strażnicy obserwujący teren dookoła. Fosy i umocnienia widoczne były nawet z daleka.

Za miastem, daleko na północy, ciągnęła się srebrna wstęga rzeki Lemne, połyskująca między nagimi drzewami. Woda wydawała się spokojna, ale jej powierzchnia odbijała ciemne chmury, które niczym zapowiedź nadchodzącej burzy zbierały zbierające się nad horyzontem.

Gdy rebelianci zatrzymali konie na skraju równiny, Davrel przez dłuższą chwilę spoglądał na położone w oddali miasto.

– O ja pierdolę – wyszeptał Aidan.

Stali w milczeniu przyglądając się jaśniejącej w dole twierdzy.

– Jak niby mamy to zdobyć? – zapytał w końcu Thoren.

– Markus, Aidan – powiedział spokojnie szlachcic – pojedziecie ze mną. Reszta zostaje, zacznijcie rozbijać obóz.

Od strony południa ku Brinvale prowadziła szeroka droga. Mężczyźni zjechali nią na równinę kierując się w stronę głównej bramy. Gdy wyjechali zza zakrętu, zza ich pleców rozległy się pojedyncze okrzyki. Zielone Opończe, rozsypane po wzgórzu, obserwowały ich odjazd. Pośród rebeliantów stali Thoren, Martin oraz Lucas Silver. Rozstawieni na lekkim wzniesieniu, patrzyli na swoich dowódców ruszających ku murom, które miały zdecydować o losie całej kampanii.

 – Piękny widok, nie powiem – mruknął Markus. – Szkoda, że nie widzimy go w innych okolicznościach.

Aidan pociągnął za wodze, robiąc szybszy wydech.

– Corrin zbaraniałby, gdyby to zobaczył – rzucił. – Kamienne mury, baszty, fosy… Pewnie miałby z dziesięć tysięcy pytań zanim zdążylibyśmy dojechać do bramy. I gadałby bez przerwy. – Westchnął ciężko – Rozumiem, że musiał zostać z Anną w Arven, ale brakuje go tu z nami…

– Brakuje – potwierdził Davrel cicho.

Po krótkiej jeździe zbliżyli się do głównej bramy miasta.

Na murach, tuż nad nią, rozległ się szczęk metalu. Unieśli wzrok.

Na blankach, w eskorcie straży, pojawiło się dwóch odzianych w zdobne szaty mężczyzn. Spoglądali w dół, na przywódców rebeliantów, a na ich twarzach malowała się pogarda.

Davrel rozpoznał młodszego z nich, jego uwagę zwrócił jednak ten drugi.

Gar Vestings stał wyprostowany, niemal teatralnie, w swoim purpurowo-złotym płaszczu, którego poły powiewały na wietrze. Materiał połyskiwał przesadnym blaskiem, zupełnie niepasującym do sytuacji, w której się znajdowali, a raczej do sali audiencyjnej, w której namiestnik zazwyczaj przyjmował swoich pochlebców. Mężczyzna trzymał ręce splecione na piersiach, pierścienie błyszczały na jego palcach, a broda unosiła się dumnie.

Gdy odezwał się po raz pierwszy, głos poniósł się daleko nad równiną – donośny i aż nazbyt pewny siebie:

– Sir Davrel Gris z Arven! Jestem pod wrażeniem… Widzę, że przyprowadziłeś ze sobą więcej towarzystwa, niż się spodziewałem.

Po jego lewej stronie stał Lys Cartage.

Odziany był w lekką, łańcuchową zbroję i ciemny, futrzany płaszcz, spod których przebijały barwy złota i rubinu. Twarz miał chłodną, niemal kamienną. Nie było w niej śladu emocji – ani gniewu, ani strachu. Jedynie ciche napięcie, jakby w środku wstrzymywał oddech, czekając na właściwy moment, by wykonać swój ruch. Nie patrzył na Vestingsa, nie spojrzał też na mężczyzn w dole. Wzrok miał skierowany przed siebie, na horyzont, jakby chciał objąć nim coś więcej niż tylko przyszłe pole bitwy.

Namiestnik rozłożył ręce w przesadnym geście powitania.

– A zatem przybyliście do Brinvale! – zawołał, a jego głos odbił się od białych murów. – Podziwiam waszą odwagę! Spodziewałem się jednak prawdziwej armii, a nie bandy wieśniaków udających rycerzy.

Markus drgnął, lecz Davrel pozostał nieruchomy.

Vestings kontynuował, a jego głos stawał się coraz bardziej drwiący:

– A więc to jest ta słynna zbieranina z Kade? Chłopi z widłami? Rycerze w połatanych zbrojach? Bogowie, i po co tu przybyliście? Chyba jedynie na spotkanie ze śmiercią.

Teatralnym krokiem przeszedł wzdłuż krawędzi blanków.

– Posłuchaj mnie uważnie, Davrelu Gris! To miasto nie wpadnie w ręce buntowników. To miasto przetrwało o wiele gorsze burze niż wasza… hmm… tak zwana rebelia. Poza tym nie znajdziecie tu tego, czego szukacie.

Wskazał na północny horyzont, gdzie w oddali lśniły wody Lemne.

– Rose jest już za rzeką. Ruszył po posiłki, a gdy wróci, przyprowadzi armię, która zmiecie was z tej równiny. Wasza kampania kończy się tu, w błocie przed murami Brinvale. – Zmrużył oczy. –  Nie macie machin oblężniczych, nie macie wyszkolonych oficerów, nie macie nic. Żadnych szans na zwycięstwo.

Nachylił się lekko, patrząc na Davrela z góry – jak na poddanego, którego trzeba napomnieć za zbytnią śmiałość.

– Rzuć swój czarny miecz, Davrelu Gris. Zsiądź z konia i rozkaż swoim chłopcom odłożyć zabawki. Poddajcie się i padnijcie na kolana, a wtedy… może okaże wam swoją łaskę.

Był to ostatni akcent jego pychy – wypowiedziany powoli, z pogardą, niczym wyrok.

Słowa zawisły w powietrzu niczym zatrute ostrze.

Na dole Davrel zacisnął dłoń na rękojeści miecza.

Wtedy zauważył ruch.

Namiestnik otworzył usta, jakby chciał rzucić kolejną obelgę… lecz nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

Zrobił krok w przód.

Potem drugi. Pochylił się nienaturalnie w bok, dłonią przesuwając po kamiennej ścianie. Pierścienie zadźwięczały złowieszczo. W kolejnej sekundzie Gar Vestings przechylił się przez blankę i runął z muru.

Upadek był błyskawiczny.

Purpurowo-złote szaty błysnęły w świetle słońca, a potem rozpostarły się na ziemi.

Z miejsca, w którym stał, Davrel dostrzegł  wystający z pleców namiestnika sztylet. Ostrze tkwiło tuż pod lewą łopatką zmarłego.

Wokół zapanowała cisza. Gęsta, napięta i przerażająca.

– Otworzyć bramę! – rozległo się nagle z góry.

Rozkaz był prosty, mocny, niepodważalny. Odbił się po murach jak echo dzwonu.

– Śmierć najeźdźcom z Północy! Niech żyje wolne Południe! – wykrzyknął Lys Cartage.

Zgromadzenie na blankach strażnicy powtórzyli jego zawołanie.

Jęknęły łańcuchy.

A potem brama zaczęła opadać.

– O ja pierdolę – wyszeptał Aidan.

 

 

Komnata, w której ich ugoszczono, była duża i chłodna.

Kamienne ściany odbijały migotliwe światło kilkunastu rozstawionych wzdłuż ścian świeczników. Na masywnym stole czekały już półmiski z plastrami pieczonej dziczyzny, naczynia pełne warzyw i wypiekany na maśle chleb, a obok dzbany z czerwonym winem. Bijące od nich aromaty zupełnie nie pasowały do panującej obecnie w zamku atmosfery.

Davrel zajął miejsce po jednej stronie stołu. Markus sztywno usiadł obok. Naprzeciwko nich usadowił się, pełniący w Idris obowiązku zarządcy, Lys Cartage. Jedyny, który wyglądał, jakby to była zwyczajna kolacja, a nie spotkanie trojga ludzi, którzy jeszcze rano byli zaciekłymi wrogami.

Szlachcic, choć głodny, skubnął jedynie trochę mięsa. Cieśla w ogóle nie tknął niczego. Jego talerz pozostał pusty, a prawa dłoń nerwowo zaciskała się na leżącym na stole nożu do mięsa. Natomiast zarządca prowincji przeciwnie, jadł powoli i metodycznie, jak ktoś, kto przywykł do zachowywania pozorów spokoju nawet wtedy, gdy grunt pali mu się pod nogami.

Przez chwilę w sali panowała cisza. Słychać było jedynie trzask drewna w kominku i dalekie nawoływania wartowników na murach.

W końcu to Lys przerwał milczenie.

– Sir Gris… – zaczął cicho, jakby rozważając każde słowo zanim wypowie je na głos. – Jeśli mnie pamięć nie myli, to nie pierwszy raz, gdy nasze ścieżki się przecinają. Choć wtedy… hmm… okoliczności znacznie mniej sprzyjały rozmowie niż dziś – dokończył z półuśmiechem.

Davrel uniósł wzrok. Pamiętał doskonale. Kurz drogi, krew na mieczu, młody mężczyzna w złoto-rubinowych szatach, stojący obok Dariona z dłonią zaciśnięta na rękojeści szpady. Gotów do walki o to, co cenił sobie najbardziej – własną skórę.

– Widziałem, jak walczysz – kontynuował Cartage, opierając łokcie na stole. – Wtedy właśnie zrozumiałem, że w Południu tkwi siła, której brakowało nam przez lata. Że jesteś człowiekiem, za którym pójdą inni. Potrzebowaliśmy kogoś takiego jak ty.

Markus prychnął pod nosem, ale nic nie powiedział.

Szlachcic odłożył widelec na stół, przesunął dłonią po obrusie. Tkanina był miękka i ciepła.

– Po co te zręczne pochlebstwa? – zapytał twardo. – Do rzeczy, Cartage. Dlaczego zabiłeś Vestingsa i poddałeś zamek?

Choć pytanie miało ostry ton, Lys nie wydawał się urażony. Ułożył dłonie przed sobą, splecione, spokojne.

– To była kwestia przetrwania – odparł prosto, bez ozdobników. – Zarówno mojego jak i Idris. Vestings wierzył, że Rose go ochroni. Nie zauważył kiedy wiatr zmienił kierunek. I nie docenił gniewu, jaki wywołało spalenie Arven.

Na dźwięk nazwy rodzinnej miejscowości, siedzący obok Davrela, cieśla drgnął nerwowo.

– Poza tym, sir Gris…  ja również jestem Południowcem.

Na ułamek sekundy w spojrzeniu Cartage’a pojawił się błysk.

– I zawsze nim byłem. Wychowałem się w Brinvale. A Vestingsowi służyłem, bo musiałem. Ale on nigdy nie był moim prawdziwym panem.

Markus zmrużył oczy, jakby próbując odgadnąć, które z wypowiedzianych właśnie słów są prawdą, a które zręcznym kłamstwem. Tymczasem dowódca Zielonych Opończy nadal wpatrywał się w Lysa.

– Zatem postanowiłeś zmienić strony? – zapytał.

– Tak.

– A czego oczekujesz w zamian?

Cartage zawahał się na ułamek chwili, po czym spojrzał swojemu rozmówcy prosto w oczy.

– Sprawiedliwości – powiedział cicho, a jego słowa brzmiały nie jak deklaracja, ale wezwanie lub ostrzeżenie.

Davrel zmarszczył brwi, podczas gdy Markus skrzyżował ręce na piersiach. Zanim jednak którykolwiek z nich zdążył zapytać o coś więcej, z zewnątrz dobiegł ostry, metaliczny ryk trąb.

Drzwi komnaty otworzyły się z hukiem tak gwałtownym, że kilka świec zadrżało na blaszanych lichtarzach. Do środka wpadł młody strażnik z herbem Brinvale na piersi, dysząc, jakby przebiegł całe miasto.

– Zarządco Cartage! – wyrzucił z siebie natychmiast. – Alarm! Od strony Lemne nadciąga armia! Na oko z tysiąc ludzi!

Markus poderwał się pierwszy. Davrel zaraz za nim.

Lys wstał powoli, ale jego twarz zmieniła się wyraźnie. Maska spokoju ustąpiła miejsca lekkiej konsternacji człowieka, który być może za wcześnie wykonał swój ruch.

– Do północnej bramy – rozkazał krótko. – Już.

Szybkim krokiem opuścili komnatę. Po drodze mijali biegających w różnych kierunkach strażników, którzy przekrzykiwali się komendami. Cały zamek nagle ożył. Korytarze wypełniał trzask zbroi i rwany stukot kroków.

Davrel zrównał się z Lysem.

– Ilu masz żołnierzy?

– Około stu… resztę dziś rano zamknęliśmy w lochach – odpowiedział Cartage. – Wybrali Północ.

Markus musiał niemal biec, by dotrzymać im tempa.

– A zapasy?

– Vestings zawsze miał obsesję na punkcie własnego bezpieczeństwa. W piwnicach zamku zgromadzone są żywność i materiały opatrunkowe na co najmniej trzy tygodnie oblężenia. Może cztery, jeśli ludzie będą oszczędni.

– Sprytnie – mruknął cieśla. – Akurat na wypadek, gdyby trzeba było się tu zamknąć i czekać, aż wróg za murami wykrwawi się pierwszy.

– Dokładnie – odparł zarządca bez cienia ironii.

Gdy zbiegli po krętych schodach, szlachcic nagle chwycił go za ramię i zatrzymał w pół kroku.

– Jest coś jeszcze, co chciałbym wiedzieć – powiedział twardo.

Cartage rzucił mu pytające spojrzenie.

– Jak blisko byłeś z namiestnikiem?

Mężczyzna spojrzał na Davrela z wahaniem.

– Nie aż tak blisko… – odpowiedział niepewnie.

– Nie o to pytam. Wiem, że Nair Waldron miał szpiega w ruchu oporu. Wiesz kto to jest? Może Vestings coś ci mówił?

– Nie. – Lys pokręcił przecząco głową. – Nie wiem nic na ten temat… Ale mogę spróbować się dowiedzieć – dodał po krótkiej pauzie.

Dowódca Zielonych Opończy skinął głową, choć w jego oczach widać było cień nieufności.

Wybiegli na zewnętrzny dziedziniec. Stacjonujący tam strażnicy ustawiali już na murach kusze, rozdawali strzały i barykadowali bramę.

W powietrzu czuć było nerwowość.

Weszli po kamiennych schodach prowadzących na blanki. Davrel oparł dłonie na krawędzi muru i wychylił się, patrząc na horyzont. Markus stanął po jego prawej stronie. Cartage po lewej.

Przed nimi rozciągała się gładka połać równiny, na którą zachodzące słońce rzucało pomarańczowe refleksy. Za nią złociście połyskiwała rzeka Lemne.

To właśnie tam dostrzegli zmierzającą w ich stronę zwartą masę czerni i stali. Hełmy mieniły się w wieczornym blasku a proporce łopotały na wietrze. Choć nie widzieli ich wyraźnie, nie mieli wątpliwości co przedstawiają. Połowę czerwonego jabłka na srebrnym tle – herb sir Marcusa Rose’a.

– Myślisz, że rzeczywiście jest ich aż tysiąc? – cicho zapytał przyjaciela cieśla.

– Na to wygląda. Ale nie widzę sprzętu oblężniczego. Może jeszcze nie wiedzą o śmierci namiestnika.

– Zatem to nasza szansa – wtrącił się Lys. – Możemy dopuścić ich pod same mury. A potem… – wymownie przeciągnął palcem po gardle. – Zanim się zorientują, połowa będzie już martwa.

– Tak, to może się udać… – niechętnie przytaknął mu Markus.

– Zatem postanowione – skwitował Davrel. – Przygotuj się, Lys. Będziesz naszą przynętą.

Cartage zerknął na niego zimno, ale nie odpowiedział.

Słońce powoli schowało się za horyzont.

 

 

Blask jesiennego słońca ledwie prześlizgiwał się po murach Brinvale, gdy Davrel i Lucas Silver ruszyli na obchód. Kamień pod ich butami był chłodny, a północny wiatr niósł ze sobą zapach rzeki Lemne. Na dole rozciągała się szeroka, pusta równina – płaska jak stół, bez drzew i zagajników, które mogłyby dać ukrycie. Idealne miejsce, by zostać zauważonym. Fatalne, jeśli miało się nadzieję zaskoczyć przeciwnika.

Lucas zatrzymał się przy jednej z baszt i spojrzał w dół, mrużąc oczy.

– Tu. I tam dalej, na narożniku – wskazał. – Dobra wysokość. Jeśli ustawimy po dwóch łuczników na stanowisko, znacząco zwiększymy pole ostrzału.

Davrel skinął głową, ale w jego spojrzeniu brakowało skupienia.

– Nie tak to miało wyglądać – powiedział cicho, niemal do siebie. – To Rose miał tu być zamknięty, nie my.

Silver zaśmiał się krótko.

– Życie lubi zaskakiwać, Dav. A wojna nie jednemu dowódcy pomieszała już szyki.

– Na Wschodzie mawiają, że wojna to przewrotna kochanka – odparł szlachcic. – A kto wybiera miecz musi się liczyć z tym, że skończy z nim w piersi.

– Zatem oby dziś była to pierś Rose’a.

Przez chwilę obaj stali, patrząc na równinę. Z tej wysokości wydawała się aż nienaturalnie cicha, jakby cały świat na moment wstrzymywał oddech.

A potem w oddali zabrzmiały bębny.

Najpierw dostrzegli drobny ruch na horyzoncie. Następnie ciemną smugę. Aż w końcu wyraźną masę ludzi, koni i proporców sunącą w stronę miasta. Z każdym krokiem armia Północy wypełniała równinę niczym ciemna rzeka wylewająca się z koryta Lemne.

– No pięknie… – mruknął Lucas. – I to szybciej niż się spodziewałem.

Davrel wychylił się nieco nad murem i obserwował zbliżające się oddziały wroga. W pierwszym szeregu jechał mężczyzna, który od razu przyciągał uwagę: pięćdziesięciokilkuletni, o surowym, ściągniętym obliczu. Łysiejąca skroń oraz prosty, pozbawiony ozdób ubiór nadawały mu silnie wojskowego wyglądu. Nawet bez sztandaru Davrel rozpoznał w nim sir Marcusa Rose’a.

Po chwili z pobliskiej baszty rozległ się donośny okrzyk wartownika:

– Zarządca Cartage na murach!

Lys pewnym krokiem wyszedł na blanki, po czym zatrzymał się w umówionym miejscu. Jego sylwetka odcinała się na tle jasnego nieba: futrzany płaszcz, zbroja z ciemnych ogniw, czerwono-złote zdobienia. Wyglądał jak ktoś, kto ma władzę i korzysta z niej bez wahania.

Przez moment stał w milczeniu, po czym uniósł rękę, dając sygnał, że zamierza przemówić.

– Sir Marcus Rose! – zawołał, gdy pierwsze linie żołnierzy Północy znalazły się pod murami miasta. Jego głos poniósł się daleko po równinie.

– Oczekiwaliśmy twojego powrotu! Brinvale otwiera przed tobą swe bramy!

Rose zwolnił i zatrzymał konia. Patrzył na mury z chłodną wyższością człowieka, który widział już więcej oblężeń, niż inni cycków.

– Gdzie Vestings? – zapytał krótko.

– Wybacz, ale namiestnika zmogła choroba. Przyjmie cię, sir, w sali audiencyjnej.

Dowódca Semeńczyków skinął głową, a potem uniósł dłoń dając swoim ludziom znak, by ruszyli za nim. Wojsko podeszło bliżej.

Wtedy Cartage wykonał płynny ruch ręką.

– Łucznicy! – ryknął. – Gotować się do ostrzału!

Struny łuków napięły się jednocześnie, suchy trzask rozszedł się wzdłuż murów. Lys uniósł rękę wysoko, czekając jeszcze ułamek chwili, aż żołnierze Północy podejdą dokładnie tam, gdzie zaplanował.

– Ognia!

Rozkaz przeciął poranek.

Powietrze zafalowało, gdy z dziesiątek łuków poszybowała pierwsza salwa. Strzały wzniosły się w górę szeroką, gęstą chmurą, błyskając w słońcu niczym czarne iskry, po to tylko, by po chwili opaść na pozycje zaskoczonych ludzi Rose’a.

Atak był błyskawiczny.

Przednie szeregi zachwiały się, jakby uderzyła w nie niewidzialna dłoń. Ktoś krzyknął, ktoś inny runął z konia. Strzały trafiały w tarcze, karki i konie, siejąc zamęt w szeregach wroga.

Na moment przed bramą zapanował chaos.

– Druga salwa! – rozkazał krótko Lys.

Łucznicy wypuścili kolejną falę strzał. Tym razem celniejszą. Strumień ciemnych grotów uderzył w ruchomą linię północnych żołnierzy z jeszcze większą siłą. Rozległy się kolejne krzyki.

Davrel patrzył na to z chłodną uwagą. Spod bramy do jego uszu doleciały pełne paniki komendy. Chwilę potem zobaczył Rose’a.

Mężczyzna stał na czele oddziału, osłaniając się tarczą. Prawą rękę, w której błyszczał miecz, uniesioną miał wysoko w górę. Wydawał krótkie i ostre polecenia, których treści szlachcic nie był jednak w stanie zrozumieć. W przeciwieństwie do znajdującego się na dole wojska.

Mimo znacznych strat, w szeregach Północy zaczął pojawiać się spokój. Rozpoczęto odbudowywanie formacji. Część tarcz powędrowała w górę, niczym ogromny parasol. Inne osłoniły front. Powoli, acz systematycznie, żołnierze wycofywali się spod murów Brinvale.

– Skurwiel… – mruknął Lucas. – Nawet w takiej sytuacji potrafi zachować zimną krew.

Davrel wychylił się, czując pod palcami chłód kamiennego muru. Przez krótką chwilę analizował ruchy przeciwnika.

– Widać doświadczenie – powiedział cicho. – Myślałem, że bardziej spanikują.

– Spanikowali – wtrącił Lys. – Ale tylko na chwilę. Rose szybko podniósł ich z kolan.

Przez moment w ciszy patrzyli jak armia Północy równym krokiem wycofuje się ku rzece.

W końcu dowódca Zielonych Opończy wyprostował plecy.

– Lucas. Przekaż Markusowi, żeby ruszył z konnicą. Niech dopadną tych, którzy zostali na tyłach.

– Z przyjemnością – odpowiedział Silver i pobiegł wzdłuż blanków.

Szlachic odczekał jeszcze chwilę. Widząc, że pole bitwy jest pod ich kontrolą, przekazał dowództwo murem Lysowi i płynnie zeskoczył po schodach prowadzących na dziedziniec. Potem, chwytając rękojeść czarnego miecza, dosiadł konia.

Markus i pozostali jeźdźcy już galopowali, a ich okrzyki unosiły się nad równiną. Dołączył do nich chwilę później – ciemna zbroja mignęła tuż pod bramą.

Miał świadomość, że bitwa o Brinvale dopiero się rozpoczęła, jednak im więcej obrażeń zadadzą tego dnia wrogowi, tym większe szanse na przetrwanie kolejnego. Rose nie był nowicjuszem. Czekało ich bardzo wymagające oblężenie.

 

Czwarty dzień starć przywitał walczących ołowianym niebem, jakby chmury uginały się pod ciężarem tego, co działo się pod murami miasta. Powietrze przesiąknięte było zapachem dymu i spalonego drewna, a szeregi obu armii były już znacząco uszczuplone.

Zmęczenie drążyło ludzi od środka. W szczególności dawało się jednak we znaki obrońcom. Symulowane nocne ataki, którym towarzyszyło nieustanne bicie w bębny, nie pozwalały im ani na chwilę zmrużyć oka. Brak snu oraz ogólne wycieńczenie z każdym dniem coraz bardziej doskwierały zabarykadowanym w Brinvale rebeliantom.

Davrel, Markus i Thoren stali na jednym z bocznych dziedzińców, obserwując jak strażnicy ostrzyli włócznie i reperowali uszkodzone tarcze. Rozmawiali o sytuacji na wschodnim odcinku muru. Wtem, kątem oka, Davrel dostrzegł sylwetkę Lysa Cartage’a.

Mężczyzna szedł szybko, w jego ruchach widać było jednak pewną ostrożną powagą. Nie prezentował się już tak dumnie jak pierwszego dnia.

Zarządca prowincji Idris zatrzymał się przed mężczyznami i skinął lekko głową.

– Mam informację, o którą prosiłeś, sir Gris. – oznajmił.

Choć jego ton był neutralny, dało się w nim wyczuć lekkie napięcie.

Szlachcic odwrócił się w jego stronę.

– Mów.

– Przejrzałem dokumenty, które należały do namiestnika. Wiem już kto jest szpiegiem w ruchu oporu.

Zamilkł na chwilę dla lepszego efektu.

– To co, powiesz nam wreszcie? – odezwał się w końcu Markus.

Lys rzucił mu lodowate spojrzenie.

– Zdrajca nazywa się Adam Wallace – oznajmił krótko.

Thoren prychnął tak ostro, że aż kilku strażników obejrzało się przez ramię.

– Zatem problem z głowy – oświadczył. – Adam jest martwy. Zginął w Przeklętej Puszczy. I pomyśleć, że pochowaliśmy go jak bohatera….

Markus zmrużył oczy, krzyżując ręce na piersiach.

– Zadziwiająco wygodne, Lys. Wskazać palcem na kogoś, kto już nie może się bronić.

Cartage nie odpowiedział. Wyciągnął z płaszcza złożony pergamin, podając go Davrelowi.

– To list od Naira Waldrona do namiestnika. Imię szpiega jest tam wyraźnie wskazane.

Dowódca Zielonych opończy rozwinął dokument. Złamana pieczęć wyglądała na autentyczną. Z uwagą przyjrzał się zamaszystemu, choć starannemu pismu.

– To chyba rzeczywiście zamyka sprawę – powiedział cicho, w jego głosie dało się jednak wyczuć cień wątpliwości.

Markus parsknął.

– List można sfałszować.

– Można. – odparł spokojnie Lys. – Ale po co? Nie mam żadnego interesu w chronieniu szpiega. Poza tym Lys Cartage zawsze dotrzymuje danego słowa.

Przez krótką chwilę wszyscy czterej milczeli.

Davrel jeszcze raz przesunął wzrokiem po liście, ale sam tekst nie wzbudzał jego podejrzeń. W przeciwieństwie do mężczyzny, który mu go wręczył. Zanim jednak zdążył powiedzieć coś więcej, znów rozległy się trąbki alarmowe.

Markus pierwszy wbiegł na mury.

– Taran! – wykrzyknął ze zdziwieniem. – Skąd u licha wzięli nagle taran?!

– Jak widać Rose ma jeszcze asy w rękawie – sucho odpowiedział Davrel. – Przygotujcie się, spróbują przebić się przez bramę.

Chwilę później pod głównym wejściem rzeczywiście pojawił się taran – prowizoryczny, ale ciężki, napędzany determinacją żołnierzy Północy. W dodatku mokre drewno, z którego był sklecony, skutecznie uniemożliwiało podpalenie go ognistymi strzałami. Gdy po raz pierwszy uderzył we wrota, zawiasy skrzypnęły przeciągle.

– Chcą wedrzeć się siłą. Chyba skończyła im się cierpliwość… – mruknął Thoren.

Szlachcic spojrzał w dół. Rose ustawił swoje formacje w półkole, chroniąc taran ciężką piechotą. Kolejne oddziały wojska stopniowo przesuwały się do przodu, gotowe wesprzeć uderzenie.

– Musimy ich powstrzymać. I to szybko! – wykrzyknął, zakładając hełm. – Otworzyć boczną bramę, zaatakujemy z flanki. Spróbujemy zlikwidować ludzi osłaniających taran i zepchnąć go z osi. Do tego czasu niech łucznicy kontynuują ostrzał.

Markus rzucił w jego stronę krótkie spojrzenie.

– Prowadź.

 

Wypad był szybki, brutalny i nawet skuteczny. Davrel poprowadził około czterdziestu ludzi prosto w lewe skrzydło armii Rose’a. Przebili się bez większego problemu. Element zaskoczenie znów zadziałał na ich korzyść. Tak przynajmniej z początku się wydawało.

Kilku żołnierzy przy taranie padło natychmiast, a sama konstrukcja zaczęła się chwiać, gdy jeden z obrońców przewrócił podpory. Ale potem chaos przerodził się w coś innego.

Po raz kolejny Semeńczycy otrząsnęli się szybciej, niż przewidziały Zielone Opończe. Linie przeciwnika zacieśniły się wokół rebeliantów, a oddział ciężkiej piechoty odciął drogę powrotną do bocznej bramy.

– Davrel! – krzyknął Markus, osłaniając flankę. – Osaczają nas! Jesteśmy w potrzasku!

– Trzymaj linię! – ryknął dowódca, tnąc w twarz nadbiegającego włócznika.

W tym momencie z lewej strony wysunęło się około pół setki żołnierzy wroga, z prawej następne tyle. Szyk przeciwnika zamknął się wokół obrońców Brinvale jak żelazna obręcz.

– Cofnąć się! – rozkazał szlachcic, ale było już za późno.

Powietrze gęstniało od krzyków, jęku ranionych ludzi i świstu grotów. Koń Davrela zarył w ziemię, próbując wyrwać się z zaciskającego się pierścienia pik. Mężczyzna wykonał zwrot, odrąbując włócznię jednemu z żołnierzy, ale kolejni już napierali.

Byli teraz kompletnie odcięci od bramy, a mury Brinvale wydawały się nieosiągalnie dalekie.

– Dav, mają nas jak na widelcu! – wrzasnął Thoren.

Obok niego Aidan, zbroczony krwią, walczył o utrzymanie się na nogach. Dalej Martin, raz po raz zyskujący tylko tyle przestrzeni, by wziąć oddech.

Dobiegające zewsząd rytmiczne okrzyki północnych dowódców narastały niczym dźwięk bębna zwiastującego rychły koniec potyczki.

– Jeśli padniemy tutaj, brama pójdzie następna! – wycedził Markus, blokując tarczą cios topora.

Davrel poczuł, że grunt pod stopami zaczyna być lepki od krwi.

Najbliższy przeciwnik zamachnął się na niego halabardą. Uchylił się, ciął po kostkach, potem wbił miecz w brzuch kolejnego. Wrogów było jednak zbyt wielu.

– To koniec! – krzyknął Martin, a jego głos odbił się od ściany żelaza niczym echo.

W tym momencie zza ich placów, od strony miasta dobiegła ich wrzawa. Szlachcic obejrzał się w tamtym kierunku. Kątem oka zobaczył jakieś poruszenie na murach, nie był jednak w stanie dostrzec co się dzieje. Wyraźnie usłyszał jednak dźwięk trąb. A chwilę po nim kolejny. Ale już nie od strony miasta. Sygnał dobiegał ze wschodu.

Mężczyzna odwrócił wzrok w tamtą stronę, ale początkowo zauważył tylko tuman kurzu. Dopiero potem ich zobaczył.

Jeźdźcy w srebrnych zbrojach pędzili przez równinę, a poranne światło odbijało się na ich tarczach.

– Jeszcze trochę! – wykrzyknął do swoich ludzi. – Musimy wytrzymać!

 Po chwili widział już łopoczące na przedzie kolumny sztandary w kolorze dojrzałego zboża. Na nich zaś błękitną rybę na haczyku – herb, którego nigdy wcześniej nie widział.

Wśród walczących wokół niego rebeliantów dało się słyszeć pierwsze okrzyki radości. W Zielone Opończe wstąpiła nowa nadzieja. Zwarli szyki, a ich dłonie silniej zacisnęły się na rękojeściach mieczy.

Ogólną euforię przerwał głos Aidana:

– Nie wygląda jakby jechali nas ratować.

I rzeczywiście, wojsko, choć rozpędzone, kierowało się bardziej na północ – tam, gdzie znajdowały się namioty żołnierzy Rose’a.

Wtem niewielki oddział odłączył się od głównej grupy. Zakręcił i ruszył w stronę walczących. Tym razem Davrel natychmiast rozpoznał znajomy emblemat – złote grono.

– Darion! – krzyknął Markus – Darion jedzie nam na ratunek!

– Czyli ten drugi… – powiedział Aidan, wbijając toporek prosto w czoło nadbiegającego żołnierza Północy.

– Blake – spokojnie dokończył za niego dowódca. – Kierują się prosto na główny obóz wroga. Jeśli zabiją Rose’a, bitwa będzie skończona. 

 

 

Sala bankietowa na zamku w Brinvale rozbrzmiewała mieszaniną śmiechu, stukotu naczyń i podniesionych głosów. Wysokie, łukowe okna wpuszczały do środka resztki wieczornego światła, a płomienie pochodni rzucały na ściany drżące cienie. Długie stoły uginały się od jedzenia: pieczonego w miodzie drobiu, dziczyzny z ziołami, świeżego chleba, serów i owoców. W powietrzu unosił się ciężki aromat mięsa i przypraw – tak tego dnia pachniało zwycięstwo.

Davrel stał nieco na uboczu. Oparty o masywną kolumnę obserwował komnatę, próbując połączyć w głowie obraz toczącej się uczty z, wciąż świeżymi w pamięci, wydarzeniami minionego poranka.

Przy stole Aidan z wyraźną przesadą opowiadał Lucasowi, jak to jednym ciosem powalił naraz trzech żołnierzy Północy. Łucznik śmiał się głośno, kręcąc głową z udawaną dezaprobatą. Thoren, w obu dłoniach trzymający sztućce, jadł jak człowiek, który od tygodni nie  miał w ustach ciepłej strawy. Markus również siedział przy stole – z kielichem w dłoni, choć wyraźnie bardziej skupiony na otoczeniu niż na samym winie.

Szlachcic skinął mu głową, po czym uniósł trzymany w dłoni puchar do ust. Wciąż czuł w ciele napięcie. Ciche i uporczywe, towarzyszące mu nawet mimo dzisiejszej wygranej.

Ponownie rozejrzał się po sali, zauważając Dariona. Ten również go dostrzegł i uniósł rękę w geście powitania.

Tuż obok niego stał mężczyzna średniego wzrostu, o ciemnych włosach i krótkim, lekko niechlujnym zaroście. Ubrany był skromnie, ale z pewnym naturalnym rozmachem. Jak ktoś, kto nie potrzebuje ozdób, by zaznaczyć swoją obecność. Mimo zaledwie trzydziestu lat, jego twarz nosiła już ślady zmęczenia i odpowiedzialności, a bystre, przenikliwe spojrzenie wydawało się widzieć więcej, niż tylko to, co na zewnątrz. Davrel czuł, że patrzy na człowieka, który wiele przeszedł. I który gotów jest na jeszcze więcej, by zrealizować swoje cele.

Darion serdecznie poklepał nieznajomego po ramieniu, a potem, wskazując na stojącego przy kolumnie przyjaciela, poprowadził go w jego kierunku.

– Dav, mój drogi – zaczął tonem pełnym dumy – pozwól, że przedstawię ci lorda Christophera Blake’a, pana Whiterock i dowódcę armii, która odmieniła losy dzisiejszej bitwy.

Blake uśmiechnął się krótko, ale szczerze. Wyciągnął rękę.

– To zaszczyt cię poznać, lordzie Gris. – Jego głos był ciepły, a jednocześnie tak samo pewny jak spojrzenie. – Wiele o tobie słyszałem. I muszę przyznać – to, co dziś zobaczyłem, jedynie potwierdza twoją odwagę i umiejętności.

Davrel uścisnął mu dłoń. Mocno, ale serdecznie. Od razu zrozumiał, że ma przed sobą mężczyznę, który potrafi nie tylko mówić, ale też działać. I którego, pod żadnym pozorem, nie należy ignorować.

– Lordzie Blake – odparł spokojnie. – Zaszczyt jest po mojej stronie. Wasza interwencja… przyszła w najlepszym możliwym momencie.

Blake uniósł brew, lekko rozbawiony.

– Na wojnie wszyscy chcielibyśmy pojawiać się tylko tam, gdzie jesteśmy najbardziej potrzebni.

Darion roześmiał się krótko, ponownie klepiąc lorda z Whiterock po ramieniu.

– I wyobraź sobie – rzucił do Davrela – że Christopher zrobił to, o czym reszta z nas mogła tylko śnić. Osobiście ściął sir Marcusa Rose’a. Jednym uderzeniem zakończył całą bitwę.

– Nasz przyjaciel przesadza – rzucił Blake, choć pochlebstwo hodowcy winorośli wyraźnie przypadło mu do gustu. – Ale tak, Rose nie żyje. I myślę, że dla całego Południa jest to dobra wiadomość.

To powiedziawszy, rzucił Davrelowi krótkie, porozumiewawcze spojrzenie.

– Ale nie o tym chciałem mówić… – zaczął, jednak w tym momencie do trojga mężczyzn zbliżył się Lys Cartage.

Lord z Whiterock zerknął na niego z niechęcią.

– Ach, zarządca Cartage – powiedział powoli. – Czy może raczej były zarządca? Zdaje się, że po śmierci namiestnika ta funkcja nie będzie już w Idris potrzebna.

Lys skłonił się chłodno.

– Lordzie Blake, sir Hall. – Jego ton był uprzejmy, ale pod spodem wibrowało coś twardego. – Rzeczywiście, moja przyszłość nie jest już zależna od rozkazów Północy. Jestem wolnym człowiekiem.

– Wolnym? – Blake uniósł brew. – Ale chyba nie od konsekwencji?

Zarządca nie drgnął, choć w padającym na jego twarz świetle pochodni Davrel zauważył, że mężczyzna lekko pobladł.

– Jeśli masz, sir, na myśli konsekwencje w postaci pokojowego przejęcia Brinvale z rąk namiestnika, to niewątpliwie tak, jest to moją zasługą – odparł w końcu.

– Zatem tak to widzisz? Ciekawe, zaprawdę ciekawe… Szkoda tylko, że zabiłeś Vestingsa, gdy ten i tak miał już nóż na gardle. No ale czego się nie robi dla pokoju.

Cartage nie odpowiedział.

Blake spojrzał na stojących obok Davrela i Dariona. Jego głos był chłodny i pełen napięcia:

– Gdyby to ode mnie zależało, ten zdrajca wisiałby już na murze.

– Jak widać lord Gris ma w sobie więcej miłosierdzia, skoro pozwolił mi żyć.

Darion westchnął ze znużeniem.

– Zgadza się, Davrel nigdy nie lubił niepotrzebnego rozlewu krwi. Prawda, Dav? – wtrącił pojednawczo. – Zresztą nie rozmawiajmy już o śmierci. Odnieśliśmy dziś wspaniałe zwycięstwo. Takie, które domaga się równie świetnego toastu!

Chwycił kielich ze stołu i uniósł go wysoko.

– Chodźcie, chodźcie. Nie będę przemawiał do trzech osób, bo obrażę resztę tej hałaśliwej kompanii.

Blake ostatni raz obrzucił Lysa spojrzeniem, po czym ruszył wraz z Davrelem w stronę podwyższenia, gdzie stał ozdobny puchar i kilka amfor wina. Darion stanął przed stołem, wyprostował się i głośno klasnął w dłonie. Wszystkie głowy odwróciły się w jego kierunku, a rozmowy ucichły,

– Panowie i panie Południa! – zaczął donośnym głosem. – Podnieście kielichy za zwycięstwo, które dziś rano odnieśliśmy pod murami  Brinvale! Za Zielone Opończe oraz wszystkich dzielnych mieszkańców Południa, którzy od początku wspierali naszą sprawą!

Na chwilę spuścił głowę i ściszył głos.

– A także za tych, których już z nami nie ma. Niech spoczywają w pokoju, widząc nasz dzisiejszy triumf.

Przez salę przeszedł cichy szmer.

– Ale przede wszystkim… – dodał hodowca winorośli, ponownie podnosząc wzrok – za człowieka, który odmienił los dzisiejszej bitwy!

Tłum zawrzał.

– Za lorda Christophera Blake’a! – wykrzyknął Darion.

Rozległy się wiwaty. Płomienie pochodni zadrżały, a echo przetoczyło się przez salę. Blake zrobił krok naprzód.

Nieznacznie uniósł dłoń, ale to wystarczyło, by sala natychmiast ucichła.

Gdy otworzył usta, na jego twarzy nie było uśmiechu. Tylko intensywna powaga i surowe, skupione spojrzenie człowieka, który wierzy w każde swoje słowo.

– Przyjaciele… – zaczął, a jego głos niósł się czysto pod sklepieniem. – Dziś Południe pokazało, że nie jest już krainą, którą można gnębić, palić i prowadzić na sznurku jak zwierzę.

Davrel zauważył, jak ludzie wokół niego prostują plecy, jakby usłyszane słowa na nowo rozbudziły w nich dumę.

Lord z Whiterock kontynuował, a w jego mowie pobrzmiewała moc, której trudno było się oprzeć:

– Po raz pierwszy od ponad stu lat Południe wstało z kolan. Teraz wreszcie Północ usłyszy nasz głos. I poczuje nasz gniew!

Ostatnie słowa zawisły na chwilę w powietrzu, niczym zapowiedź nadchodzącej burzy.

A potem sala eksplodowała okrzykami.

Davrel czuł bijącą z tłumu energię. Odsunął się o krok i uważnie przyjrzał człowiekowi, który w paru słowach był w stanie wywołać w swoich słuchaczach tak silne emocje.

Blake stał wyprostowany, spokojny, z kielichem w dłoni. Nie uśmiechał się szeroko, nie gestykulował. A jednak emanowała od niego siła. Nie surowa i nie gwałtowna, ale taka, która skłaniała ludzi do posłuchu. I podążania.

Szlachcic czuł to naprawdę wyraźnie.

– I co? – mruknął mu do ucha Markus, który pojawił się za jego plecami. – Rozumiesz już, dlaczego wszyscy w Idris tak go uwielbiają?

Davrel odpowiedział dopiero po chwili.

– Tak – przyznał cicho. – Teraz już tak.

W tej samej chwili, jak gdyby wyczuł ich spojrzenia, Blake odwrócił się przez ramię. Skinął Davrelowi lekko głową. W jego uprzejmym geście szlachcic odczytał coś na kształt zaproszenia.

Tymczasem Lys Cartage, stojący samotnie przy jednym z filarów, obserwował całą scenę z chłodnym dystansem. Nie jadł i nie pił, a jego oczy, ciemne i spięte, przesuwały się kolejno po Blake’u, Darionie i Davrelu. Po chwili odwrócił się na pięcie i wyszedł w bezgwiezdną noc. Od strony drzwi doleciał Davrela nagły podmuch pierwszego zimowego chłodu. 

Koniec

Komentarze

Hej,

 

czy to jest w takim razie zamknięte opowiadanie, czy fragment jak poprzednie wrzutki z tego cyklu?

Those who don't believe in magic will never find it

Zapomniałem przestawić formy, bo z defaultu ustawiona jest na opowiadanie. Już skorygowane i dzięki za szybkie wyłapanie :)

Nowa Fantastyka