- Opowiadanie: CZARNA2 - Pomornik IV

Pomornik IV

 

Bar­dzo dzię­ku­ję ma­rza­no­wi za betę. Cier­pli­wość i po­świę­co­ny czas. Bez niego to opo­wia­dan­ko nie było by takie.

 

link do ko­lej­nej czę­ści.

 

http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34856

 

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy II

Oceny

Pomornik IV

 

 

1.

 

 

Na po­cząt­ku wal­czył.

Kiedy miał jesz­cze siłę, krą­żył po ciem­nej, okrą­głej stud­ni, do któ­rej zo­stał wrzu­co­ny i badał dłoń­mi wil­got­ne ka­mie­nie, nie wie­dząc, jaka jest pora dnia. Czas ogra­ni­czył się do po­wol­ne­go bicia serca, pory je­dze­nia i coraz dłuż­szych me­dy­ta­cji.

Ota­cza­ła go ciem­ność, miał wra­że­nie, że po­że­ra jego duszę. Bu­dził się w niej z dusz­nych kosz­ma­rów, prze­ra­żo­ny, że nadal w nich tkwi. Wtedy krzy­czał i rzu­cał się po cia­snej prze­strze­ni, aż po­czuł ból.

Kar­mi­li go od­pad­ka­mi dla świń, które z rzad­ka zrzu­ca­li przez kratę. Gdy był spra­gnio­ny, zli­zy­wał wodę ze ścian, a po­trze­by za­ła­twiał w jed­nym miej­scu, dep­cząc go­ły­mi sto­pa­mi we wła­snych od­cho­dach.

Naj­go­rzej było uświa­do­mić sobie, że nikt go nie szuka, ni­ko­mu na nim nie za­le­ża­ło. Wszy­scy jego bra­cia zo­sta­li za­bi­ci. Prze­pa­dli i nikt o nich nie pa­mię­tał.

Za­wsze my­ślał, że umrze z bro­nią w ręku, roz­szar­pa­ny przez po­two­ra w ludz­kiej skó­rze albo de­mo­na, a nie w ciem­nej celi z głodu i we wła­snym gów­nie. Taka śmierć nie mie­ści­ła się w jego po­strze­ga­niu świa­ta.

Po­wo­li wstał z klę­czek, pod­parł­szy się o ścia­nę i ma­so­wał zdrę­twia­łe nogi. Nie­spo­dzie­wa­nie usły­szał stu­kot ob­ca­sów – lecz nie było to wa­le­nie żoł­nier­skich bu­cio­rów, a ra­czej de­li­kat­ny stu­kot ob­ca­sów. Szyb­ki, nie­rów­ny krok, drob­ny, jakby spa­ni­ko­wa­ny.

Spoj­rzał do góry, co przy­pra­wi­ło go o za­wrót głowy.

Ponad kratą bursz­ty­no­we świa­tło roz­pro­szy­ło mrok wię­zien­ne­go ko­ry­ta­rza.

Przez mo­ment wę­szył ni­czym pies. Po­przez odór nie­my­tych ciał straż­ni­ków wy­czuł sub­tel­niej­szy za­pach. Całe to­wa­rzy­stwo prze­szło obok kraty kie­ru­jąc się do nie­da­le­kie­go po­ko­ju prze­słu­chań, który miał nie­szczę­ście kilka razy od­wie­dzić. Drzwi trza­snę­ły, a on na­słu­chi­wał, pewny, że po krzy­ku pozna, kim jest nowy lo­ka­tor wię­zie­nia. To była je­dy­na roz­ryw­ka jaką tu miał. Na­prę­żył się wy­si­la­jąc słuch, jed­nak poza spo­ra­dycz­ny­mi nie­zro­zu­mia­ły­mi sło­wa­mi, pa­no­wa­ła cisza.

Gło­śne trza­śnię­cie drzwia­mi spra­wi­ło, że pod­sko­czył. Po chwi­lo­wym za­mie­sza­niu czte­rech straż­ni­ków ru­szy­ło w kie­run­ku jego stud­ni. Mógł ob­ser­wo­wać z dołu ich syl­wet­ki, słu­chać ci­chych prze­kleństw, kiedy za­trzy­ma­li się nad kratą. Po­świe­co­no po­chod­nią by spraw­dzić, czy wię­zień jesz­cze żyje.

Zmru­żył oczy i za­sło­nił je wy­chu­dłym przed­ra­mie­niem.

Straż­ni­cy chwy­ci­li cięż­ką kratę i jęli ją prze­su­wać z prze­raź­li­wym zgrzy­tem, sa­piąc przy tym i klnąc coraz gło­śniej. Potem coś upa­dło na dno, wy­da­jąc me­ta­licz­ny gło­śny brzęk.

– Załóż to łajzo! – po­wie­dział młody głos, za­pew­ne nowy straż­nik. Sam ton wy­po­wie­dzi wy­star­czył, aby za nim nie prze­pa­dać.

Je­niec schy­lił się po­wo­li, z jęk­nię­ciem i pod­niósł so­lid­ne kaj­da­ny.

W chwi­lę póź­niej zrzu­co­no li­no­wą dra­bin­kę, po któ­rej po­wo­li za­czął się wspi­nać.

– Po­śpiesz się mendo! – krzyk­nął ktoś z góry i splu­nął do stud­ni.

Je­niec usły­szał szczęk ko­lej­nych łań­cu­chów. Mo­zol­na po­dróż do świa­tła trwa­ła długo. Przy każ­dym kroku pró­bo­wał za­pa­no­wać nad drżą­cy­mi z wy­sił­ku mię­śnia­mi, mru­żył oczy przed ra­żą­cym świa­tłem, wal­czył z za­wro­ta­mi głowy i ko­ły­szą­cą się dra­bin­ką. W końcu wy­czoł­gał się na ze­wnątrz, za­ci­ska­jąc po­wie­ki. Oczy pie­kły go od dawno nie­wi­dzia­ne­go bla­sku. Ktoś szarp­nął i pod­niósł wy­chu­dłe ciało, czy­jeś dło­nie bru­tal­nie za­ło­ży­ły ko­lej­ne łań­cu­chy i spię­ły je wy­ćwi­czo­nym ru­chem.

Po­my­ślał, jak ab­sur­dal­na jest ta sy­tu­acja i za­chi­cho­tał – choć szyb­ki od­dech przy­pra­wił go o ka­szel. Jakże da­le­kie od praw­dy były w tym mo­men­cie wy­obra­że­nia ludzi, któ­rzy wi­dzie­li w po­mor­ni­kach he­ro­sów o wręcz nie­ogra­ni­czo­nej sile i mocy ma­gicz­nej. Mie­sią­ce wy­czer­pu­ją­cych tre­nin­gów i ocie­ra­ją­ce się o okru­cień­stwo me­to­dy szko­le­nia miały spra­wić, że byli elitą – ale teraz nie dałby rady nawet skrzyw­dzić muchy. Jego moc do prze­ni­ka­nia świa­tów za­ni­kła w za­tę­chłej celi a magia, nad którą kie­dyś pa­no­wał, wy­są­czy­ła się po­wo­li z jego żył – a może po pro­stu wsią­kła w gówno na pod­ło­dze.

Pod­nie­sio­no go do pionu, nadal za­no­szą­ce­go się sza­leń­czym chi­cho­tem.

Trzy­ma­ny za ra­mio­na zro­bił może kilka kro­ków, tylko po by się po­tknąć. Chwi­lę szu­rał bo­sy­mi sto­pa­mi po ka­mie­niach, bez­sku­tecz­nie pró­bu­jąc sta­nąć znów na no­gach, lecz męż­czyź­ni nie zwró­ci­li na to uwagi i cią­gnę­li go bru­tal­nie ko­ry­ta­rzem ni­czym tru­chło upo­lo­wa­ne­go zwie­rzę­cia. Otwo­rzy­li drzwi, do po­ko­ju prze­słu­chań i bez­ce­re­mo­nial­nie we­pchnę­li, aż upadł na ka­mie­nie. Przez chwi­lę rzę­ził, nie mogąc zła­pać od­de­chu.

– Pod­nieść go! – po­le­cił ktoś przed nim, twar­dym i su­chym gło­sem.

Świa­tło ra­zi­ło nawet przez za­ci­śnię­te po­wie­ki. Zdał się na inne zmy­sły. To było je­dy­ne co po­zo­sta­ło mu z nad­ludz­kich mocy: wraż­li­wość, która tylko po­tę­go­wa­ła jego cier­pie­nie. Węch pod­szep­ty­wał, że w po­miesz­cze­niu jest nie tylko czte­rech cuch­ną­cych męż­czyzn, ale jesz­cze ktoś – kto, o dziwo, pach­niał doj­rza­ły­mi brzo­skwi­nia­mi. Ko­lej­ny ab­surd. Mimo bólu znów wy­krzy­wił usta w pró­bie uśmie­chu.

„Kobieta” - prze­mknę­ło przez myśl. Tak dawno nie wi­dział żad­nej, że za­ry­zy­ko­wał otwo­rzyć oczy. Świa­tło pa­li­ło i dostrzegał je­dy­nie roz­ma­za­ne kształ­ty.

Tym­cza­sem owło­sio­ne i spo­co­ne graby straż­ni­ka naj­pierw usta­wi­ły go na ko­la­nach, a potem szarp­nę­ły głowę za włosy tak mocno, jakby miały ode­rwać ją od ciała.

Wciąż jesz­cze otę­pia­ły z bólu, sku­pił się na za­pa­chu ko­bie­ty, chcąc wchło­nąć jak naj­wię­cej. Aro­mat słod­kich brzo­skwiń stop­nio­wo się ulat­niał, a za­miast niego po­ja­wi­ła się cierp­ko-gorz­ka nuta roz­cza­ro­wa­nia.

– My­śla­łam, że bę­dzie… inny. – Usły­szał niski cie­pły głos, który z ja­kie­goś po­wo­du ko­ja­rzył mu się z czar­nym ak­sa­mi­tem.

– Co pa­niu­siu, są­dzi­łaś, że każdy łowca to Morus – burk­nął na­czel­nik, nie­zbyt za­do­wo­lo­ny z uwagi.

– Po­dob­no każdy z nich ma takie same włosy – za­uwa­ży­ła.

Męż­czy­zna prych­nął.

– A ja je­stem bal­wie­rzem, tak? Co przy­pu­dro­wać mu nosek? Czy może naj­pierw obe­trzeć z gówna. Straż­ni­cy za­re­cho­ta­li.

– Skąd… skąd mam wie­dzieć, że mnie nie oszu­ku­jesz? – Jeśli na po­cząt­ku sta­ra­ła się uda­wać rezon, teraz stra­ci­ła go do resz­ty.

– Przy­szłaś w in­te­re­sach, czy za­wra­cać mi głowę? – Za­pach na­czel­ni­ka zmie­nił się. Męż­czy­zna był wście­kły.

– Roy. Otwórz mu oczy – po­le­cił zimno. – A pa­niu­sia po­dej­dzie i pa­trzy.

Przez chwi­lę straż­ni­cy i je­niec sza­mo­ta­li się, zanim siłą otwo­rzo­no mu oko, nie­mal je wy­dłu­bu­jąc. Sze­lest sukni zdra­dził, że ko­bie­ta zbli­ża się, a wraz z nią nikły za­pach współ­czu­cia. Sły­szał, jak wstrzy­mu­je od­dech, żeby nie za­cią­gać się fe­to­rem jaki wy­dzie­lał. Cie­pły od­dech na po­szar­pa­nym po­licz­ku spra­wił, że za­drżał. Było w nim wię­cej za­pa­chów, któ­rych nawet nie po­tra­fił na­zwać, jakby wcią­gnął w noz­drza po­wie­trze znad roz­pa­lo­nej słoń­cem łąki.

Ko­bie­ta zła­pa­ła gwał­tow­nie po­wie­trze i wy­co­fa­ła się.

– Cuch­nie – szep­nę­ła. Nutka współ­czu­cia była aż nadto wy­czu­wal­na. – A jego ozna­cze­nie?

– Wy­pa­lo­ne. – Na­czel­nik wska­zał pa­skud­ną bli­znę na ra­mie­niu. – Bie­rzesz go, czy mam wrzu­cać do dziu­ry?

Wię­zień wy­czuł nie­pew­ność w za­pa­chu ko­bie­ty. Strach, ale nie przed nim, a ra­czej przed męż­czy­zna­mi w po­ko­ju. Przez chwi­lę dys­kret­nie wę­szył, pró­bu­jąc na­mie­rzyć inny za­pach per­fum, co po­zwo­li­ło by mu do­my­śleć się, że nie przy­szła sama.

Ko­bie­ta wes­tchnę­ła ledwo sły­szal­nie, nadal nie będąc pewna.

– To ładny okaz. Ostat­ni. Dru­gie­go nie bę­dzie – dodał po chwi­li na­czel­nik.

Znowu wes­tchnie­nie i je­niec był pe­wien, że trafi z po­wro­tem do cia­snej cuch­ną­cej celki, do końca nędz­ne­go życia wspo­mi­na­jąc za­pach słod­kich brzo­skwiń. Bę­dzie klę­czał we wła­snym łaj­nie, wy­obra­ża­jąc sobie drżą­cy od­dech ko­bie­ty na twa­rzy i cie­pło bi­ją­ce od ciała. W my­ślach, prze­klął wraż­li­wość, która pła­ta­ła mu figle w naj­mniej sto­sow­nych chwi­lach.

– Roy, roz­bierz go – po­wie­dział na­czel­nik z iry­ta­cją w gło­sie.

– To nie jest ko­niecz­ne – pi­snę­ła ko­bie­ta.

– Niech pa­niu­sia wie, co bie­rze za te pięć­set koron.

– Chcesz pięć­set koron, za… to coś? Ledwo ży­we­go trupa? Jak mo­gli­ście go tak… – Za­bra­kło jej słów. – I czy nie uma­wia­li­śmy się na czte­ry­sta?

– Może i ledwo żywy, ale za to z wiel­kim ku­ta­sem – w gło­sie na­czel­ni­ka roz­brzmia­ła we­so­łość. – Ponoć są nie­zmor­do­wa­ni w łóżku. A o tobie, pa­niu­siu, cho­dzą słu­chy… – Zbli­żył się do niej, a ona od­su­nę­ła o krok – …że odkąd stra­ci­łaś mał­żon­ka, mar­z­niesz pod kocem.

Wię­zień usły­szał zre­zy­gno­wa­ne jęk­nię­cie ko­bie­ty i cierp­ko-me­ta­licz­ny fetor od­ra­zy. Wy­glą­da­ło na to, że na­czel­nik do­brze ją znał, a w do­dat­ku wy­czuł pie­niądz.

– Czte­ry­sta dwa­dzie­ścia – po­wie­dzia­ła, sta­ra­jąc się przy­wró­cić gło­so­wi sta­now­czy ton.

– Czte­ry­sta sie­dem­dzie­siąt. Jutro już nie bę­dzie żad­ne­go po­mor­ni­ka, a ja robię ci przy­słu­gę.

– Czte­ry­sta pięć­dzie­siąt, Ar. Jutro już nic na nim nie za­ro­bisz, a przy­słu­gę ro­bisz swo­jej kie­sze­ni.

Na­czel­nik przez chwi­lę klął pod nosem, by w efek­cie przy­stać na pro­po­zy­cję.

Z za­pa­chu ko­bie­ty ustą­pi­ła ostra nuta nie­pew­no­ści, a za­stą­pił ją przy­jem­ny aro­mat za­do­wo­le­nia. Je­niec za­czął po­dej­rze­wać, że kwota była po­ni­żej ceny, jaką skłon­na była za­pła­cić. Tylko dla­cze­go po­dej­mo­wa­ła takie ry­zy­ko?

– Do­brze. Wymyj go i ubierz w coś, zanim przy­pro­wa­dzisz do za­jaz­du. Wiesz, gdzie – po­wie­dzia­ła już spo­koj­nie. – A spró­buj go uszko­dzić! – do­da­ła chłod­niej.

Na­czel­nik zbyt­nio nie prze­jął się groź­bą.

– Za chło­pa­ków nie ręczę. Tacy jak on spra­wia­ją pro­ble­my w trans­por­cie. Ale, może, za pięć­set nie bę­dzie uszko­dzo­ny – od­parł ab­so­lut­nie pe­wien, że tyle do­sta­nie.

Zre­zy­gno­wa­ne wes­tchnie­nie tylko po­twier­dzi­ło, że ko­bie­ta ab­so­lut­nie nie umie się tar­go­wać. Wię­zień za sie­bie nie dałby dzie­się­ciu koron, a co do­pie­ro taką kwotę.

Szyb­kie stuk­nię­cia ob­ca­sów i po­wiew po­wie­trza zdra­dzi­ły mu, że ko­bie­ta za­bie­ra się do wyj­ścia. Kiedy tylko drzwi za­trza­snę­ły się za nią, usły­szał głos na­czel­ni­ka.

– Wy­glą­da na to, że jesz­cze po­ży­jesz, ścier­wo. Szko­da, bo chło­pa­ki miały z tobą za­ba­wę na prze­słu­cha­niach, praw­da, Roy?

Chwi­lę póź­niej po­cią­gnię­to go do wyj­ścia.

Sam nie wie­dział, czy ma się cie­szyć z od­ro­cze­nia wy­ro­ku śmier­ci, czy też szy­ko­wać na coś gor­sze­go. Do czego był po­trzeb­ny ko­bie­cie? Do łoża, jak su­ge­ro­wał na­czel­nik, czy też może do walk na are­nie? Jeśli miał wal­czyć jak pies, za­da­jąc śmierć innym, rów­nie prze­ra­żo­nym isto­tom, to chyba wolał szyb­ką eg­ze­ku­cję.

 

 

2

 

 

 

Ock­nął się na drew­nia­nej pod­ło­dze. Cien­ka struż­ka śliny i krwi są­czy­ła się z ust. Obo­la­ły i obity, wy­cią­gnię­tą dło­nią do­ty­kał mięk­kie­go dy­wa­nu. Roy i spół­ka nie do­trzy­ma­li obiet­ni­cy, a ko­bie­ta pew­nie i tak mu­sia­ła za­pła­cić tyle, ile żą­da­no.

Naj­go­rzej ucier­pia­ły głowa i żebra, czuł pie­cze­nie w po­ty­li­cy, a przy każ­dym od­de­chu miał wra­że­nie, że wiel­ki byk zgnia­ta mu ko­py­tem mo­stek.

Za­pach bzu, in­ten­syw­ny i prze­sy­co­ny nek­ta­rem zu­peł­nie nie pa­so­wał do jego stanu. Czyż­by jesz­cze śnił?

Przez zmru­żo­ne po­wie­ki za­uwa­żył, jak ktoś się nad nim po­chy­la. Na po­cząt­ku był to je­dy­nie cień, ale potem z roz­ma­za­nej plamy wy­chwy­cił obraz dłoni, trzy­ma­ją­cych coś, co wy­glą­da­ło jak po­wróz.

Szczu­pła syl­wet­ka na­chy­li­ła się niżej…

Ze­brał reszt­ki sił i za­ata­ko­wał. Ten kogo po­wa­lił, pi­snął ze stra­chu, ude­rzyw­szy o pod­ło­gę. Po­de­rwał się i przy­gniótł na­past­ni­ka. Za­pew­ne spra­wił wię­cej bólu sobie niż prze­ciw­ni­ko­wi, ale cho­ciaż po­czuł przy­pływ sił w ży­la­stym ciele. Szpo­nia­sta dłoń za­ci­snę­ła się na szczu­płej szyi ta­mu­jąc od­dech.

Do­pie­ro teraz za­uwa­żył, że krtań, którą miał za chwi­lę zmiaż­dżyć, jest za­ska­ku­ją­co drob­na i de­li­kat­na. Wierz­ga­ją­ce, jak u spę­ta­ne­go źre­ba­ka nogi, biły go po udach. Mokra szmat­ka opa­dła na jego rękę, ude­rzył go smród wła­sne­go zmal­tre­to­wa­ne­go ciała, potu, krwi i stra­chu, lecz w tle do­mi­no­wa­ła inna woń.

Znał ją z lochu. Sub­tel­ny za­pach doj­rza­łych brzo­skwiń, w który wła­śnie wkra­dła się ostra nuta prze­ra­że­nia. Do­pie­ro teraz uświa­do­mił sobie, że dusi ko­bie­tę, która wy­cią­gnę­ła go z wię­zie­nia. A ta wal­czy­ła coraz sła­biej – cie­pło od­de­chu, które oszo­ło­mi­ło wtedy jego zmy­sły wła­śnie gasło.

Sto­czył się na pod­ło­gę, pusz­cza­jąc prze­ciw­ni­czkę. Kiedy leżał na ple­cach, sam ła­piąc od­dech, przy­po­mniał sobie wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się tego dnia – łącz­nie z ol­brzy­mią kwotą wy­ku­pu i nie­pew­no­ścią co do in­ten­cji wy­ba­wi­ciel­ki.

Kiedy tylko ko­bie­ta od­zy­ska­ła od­dech, unio­sła się nieco. Od­py­cha­jąc no­ga­mi, szo­ru­jąc po­ślad­ka­mi po pod­ło­dze ucie­kła z za­się­gu rąk więź­nia, wy­ba­łu­sza­jąc przy tym prze­ra­żo­ne oczy.

Je­niec mógł się przyj­rzeć drob­nej twa­rzy, o wą­skich ustach i zie­lo­nych tę­czów­kach. W ką­ci­kach oczu wy­kwi­ta­ły już drob­ne zmarszcz­ki, a skóra po­licz­ków stra­ci­ła jędr­ność, choć nadal były cał­kiem kształt­ne. Kasz­ta­no­we pro­ste włosy zwią­za­ne wstążką, przetykane­ były lek­ki­mi pa­sem­ka­mi si­wi­zny. Nie wy­glą­da­ła dzier­lat­kę, na ma­tro­nę zresz­tą też nie.

Ro­zej­rzał się po przy­ciem­nio­nym po­ko­ju z za­sło­nię­ty­mi okna­mi. W rogu stała wanna i nawet z tej od­le­gło­ści wy­czu­wał go­rą­cą parę i woń dro­gie­go mydła. Spoj­rzał na swoje dło­nie o wy­chu­dłych brud­nych pal­cach i pa­znok­ciach przy­po­mi­na­ją­cych szpo­ny. Przed­ra­mio­na wy­glą­da­ły, jakby ktoś roz­piął po­marsz­czo­ną skórę na ko­ściach i na­pię­tych jak po­stron­ki ścię­gnach. Skórę po­kry­wa­ła war­stwa brudu, za­schnię­tej krwi, potu i łoju, która w miej­scu do­tknię­tym wil­got­ną szmat­ką roz­la­ła się w czar­ną cuch­ną­cą maź. I tak na­praw­dę nie chciał już wie­dzieć, jak wy­glą­da, bo z pew­no­ścią nie le­piej, niż się czuł.

Wy­stra­szo­na ko­bie­ta sie­dzia­ła sku­lo­na w kącie, ma­su­jąc gar­dło.

Ze stęk­nię­ciem pod­niósł się na nogi. Osob­nicz­ka pod ścia­ną sku­li­ła się jesz­cze bar­dziej. Już nie wy­trzesz­cza­ła oczu, tylko przy­mknę­ła je, jakby cze­ka­jąc na cios. Po­czuł od niej strach tak mocny, że od­wró­cił nos – choć za­pew­ne to jego za­pach po­wi­nien od­stra­szać.

Nie­po­kój co do dal­sze­go losu ude­rzył w niego ze zdwo­jo­ną siłą. Zdo­mi­no­wał ją, lecz za­pew­ne na chwi­lę. Mogła prze­cież zwró­cić towar opraw­com, jeśli nie speł­ni jej wy­ma­gań. Ona tylko się roz­cza­ru­je i star­ci pięć­set koron, on ry­zy­ko­wał życie. W my­ślach szu­kał roz­wią­zań za­gad­ki.

Ostat­nie de­ka­dy spra­wi­ły, że po­two­rów było coraz mniej. To z kolei wy­mu­si­ło nowy trend: „ochro­nę oso­bli­wo­ści”. Każdy baron, lord, szla­chet­ka chciał mieć w swo­jej ko­lek­cji, żywą be­stię trzy­ma­ną w klat­ce, więc i po­mor­ni­cy mu­sie­li zmie­nić tech­ni­ki. Nowa za­sa­da brzmia­ła; przy­wieź, nie za­bi­jaj. Za­miast przy­spo­rzyć łow­com sza­cun­ku, nowa moda tylko wzmo­gła na­gon­kę na po­mor­ni­ków.

– Dla­cze­go to zro­bi­łaś? – wy­chry­piał, ob­ser­wu­jąc ją uważ­nie. Wy­da­wa­ła się bez­bron­na, ale i tak był gotów ode­przeć nie­spo­dzie­wa­ny atak.

Ko­bie­ta po­wo­li otwo­rzy­ła oczy, otar­ła łzę z po­licz­ka, a potem zer­k­nę­ła na mokrą szmat­kę.

– Chcia­łam tylko zmyć krew – szep­nę­ła.

Po­mor­nik zro­bił ostroż­ny krok w kie­run­ku stołu, na któ­rym stał dzban.

– Nie o to pytam. Dla­cze­go mnie wy­ku­pi­łaś za tak wiel­ką sumę?

Gar­dło miał suche, zu­peł­nie od­wy­kłe od mó­wie­nia, a dzban kusił. Po­mor­nik miał cichą na­dzie­ję, że jest w nim wino.

Pod­parł się dło­nią o blat, a drugą ręką się­gnął po gli­nia­ne na­czy­nie. Dusz­kiem wypił sporą część wody. To co nie tra­fi­ło do ust spły­wa­ło po bro­dzie i wsią­ka­ło w brud­ną ko­szu­lę, w którą ktoś ła­ska­wie go ubrał. Nadal był boso i w wy­strzę­pio­nych lnia­nych spodniach.

Zer­k­nął na ko­bie­tę, która ostroż­nie wsta­ła. Cią­gle wy­czu­wał od niej słabą nutkę stra­chu.

– Moja pani po­trze­bu­je łowcy – od­po­wie­dzia­ła cicho i jesz­cze raz po­tar­ła dło­nią spuch­nię­te gar­dło.

Po­mor­nik wy­wró­cił ocza­mi.

– Nie wy­da­je mi się, żeby była jakaś pani – za­uwa­żył. – Je­steś sama. Praw­da?

– Skąd taki po­mysł? – Zmru­ży­ła oczy, wciąż wy­stra­szo­na, ale w gło­sie za­brzmia­ło też nie­za­do­wo­le­nie.

– Gdyby było ina­czej, we­zwa­ła­byś pomoc… – głos od­mó­wił mu po­słu­szeń­stwa, więc mu­siał prze­rwać swój wywód.

Za takie pie­nią­dze, które za niego dała mógł uda­wać, że jest kró­lo­wą Pust­ko­wi, jeśli tego chcia­ła. Nie to było ważne: jakie mogła mieć ko­lej­ne ocze­ki­wa­nia wobec niego?

– W jakim celu? – wró­cił do głów­ne­go te­ma­tu roz­mo­wy.

– Celu?

Miał wra­że­nie, że albo nie są­dzi­ła, że bę­dzie za­da­wał py­ta­nia – co wy­da­wa­ło się dość na­iw­ne, albo dzia­ła­ła zu­peł­nie spon­ta­nicz­nie. Druga myśl była tak nie­do­rzecz­na, że szyb­ko ją ode­pchnął.

– W jakim celu ta twoja p a n i… – ce­lo­wo prze­cią­gnął ob­ser­wu­jąc jej re­ak­cję – …chce mnie wy­na­jąć? W takim sta­nie?

Tym razem pod­nio­sła głowę i zlu­stro­wa­ła go od stóp do głowy. Wpraw­dzie nadal czuł w jej woni ślad stra­chu, ale mina ko­bie­ty wska­zy­wa­ła ra­czej na li­tość. Rze­czy­wi­ście nie wy­glą­dał naj­le­piej – może i przed chwi­lą pra­wie ją udu­sił, ale teraz sła­niał się na no­gach.

– No… wy­ja­śnię przy ko­la­cji, jak już się umy­jesz – za­pro­po­no­wa­ła.

Po mie­sią­cach wy­słu­chi­wa­nia prze­kleństw i re­cho­tu straż­ni­ków nie­śmia­łość, którą do­sły­szał w gło­sie i za­uwa­żył w spoj­rze­niu, była nie­spo­dzie­wa­nym i miłym do­zna­niem.

– Dobra. – Zrzu­cił ko­szu­lę, sy­cząc z bólu, kiedy od­kle­iła się od ran, i ci­snął ją w kąt. Zaraz za nią po­le­cia­ły spodnie. – To cię chyba nie krę­pu­je, praw­da? – za­py­tał, wy­czu­wa­jąc za­pach za­że­no­wa­nia, a pod nim sub­tel­ną nutkę cie­ka­wo­ści.

– Nie, skąd­że. – W gło­sie wy­brzmia­ło nie­udol­ne kłam­stwo. – Tyle że na­le­ga­ła­bym, aby przed pra­co­daw­czy­nią nie pa­ra­do­wać nago.

– Oczy­wi­ście. Przed pra­co­daw­czy­nią – od­parł z prze­ką­sem i nie ko­men­tu­jąc dalej wszedł ostroż­nie do wanny. Woda była już le­d­wie let­nia i do­pie­ro wtedy zdał sobie spra­wę, że nie ma już ni­cze­go co blo­ko­wa­ło jego magię.

– Pójdę może po coś do je­dze­nia – po­wie­dzia­ła szyb­ko, za­bie­ra­jąc ze sobą brud­ne ubra­nie i zo­sta­wia­jąc mu tro­chę in­tym­no­ści.

– Na­iw­na – mruk­nął, kiedy drzwi do po­ko­ju się za­mknę­ły.

Pod­grzał chłod­ną wodę, z wy­sił­kiem sku­pia­jąc magię z oto­cze­nia, a potem się roz­luź­nił.

Mógł mieć przy­tę­pio­ny in­stynkt i zmy­sły, ale rad Ku­shi­my szep­czą­ce­go wciąż do ucha, za­wsze słu­chał.

Miał więc za­miar cze­kać, od­po­cząć, na­brać sił, a potem uciec. O ile wcze­śniej nie za­ła­twią ich straż­ni­cy, duża ilość pie­nię­dzy kusi zło­dziei i mor­der­ców.

Do­brze by­ło­by od­zy­skać broń albo zdo­być nową i oczy­wi­ście, co było spra­wą prio­ry­te­to­wą, zna­leźć ja­kieś por­t­ki i ko­szu­li­nę.

Zer­k­nął na po­ra­nio­ne palce i po­ła­ma­ne, brud­ne pa­zu­ry. Po­ma­cał się po za­ro­śnię­tej szczę­ce i dłu­giej bro­dzie, z ła­two­ścią wy­obra­ża­jąc sobie, że wy­glą­da po­dob­nie jak po­twór, na które dotąd po­lo­wał. Nie ocze­ki­wał wcale, że po umy­ciu się, ogo­le­niu i roz­cze­sa­niu skle­jo­nych ku­dłów bę­dzie zna­czą­co le­piej, ale przy­naj­mniej chciał cie­szyć się choć chwi­lę czy­sto­ścią – kto wie­dział, co go czeka póź­niej?

Za­nu­rzył się głę­biej w męt­nej wo­dzie z ni­skim ję­kiem przy­jem­no­ści. Czuł jak na­pię­cie mię­śni się zmniej­sza i cze­kał, aż za­schnię­ty brud nieco się roz­pu­ści zanim za­cznie szo­ro­wać ciało.

Jego myśli wró­ci­ły do ta­jem­ni­czej ko­bie­ty, która go wy­ku­pi­ła. Wszyst­ko było tak nie­re­al­ne, zda­wać by się mogło: dobry sen. Może tak na­praw­dę umie­rał w ciem­nym, mo­krym lochu, a wła­sny mózg pła­tał mu takie figle aby pomóc spo­koj­nie odejść?

Tak z pew­no­ścią było, bo niby po co bo­ga­ta dama miała ra­to­wać łotra i dra­nia, jak dotąd nie wy­su­wa­jąc żądań?

O tym, że wróciła uprze­dził go za­pach, a potem szczęk otwie­ra­ne­go zamka. Od drzwi poczuł woń doj­rza­łych brzo­skwiń i ro­so­łu.

Na­tych­miast za­bur­cza­ło mu w brzu­chu. Nie pa­mię­tał, kiedy jadł bu­lion z ma­ka­ro­nem albo ziem­nia­ka­mi. Co­kol­wiek, co nie było zgni­łe czy ze­psu­te.

Po­pra­wił ręcz­nik zsu­wa­ją­cy się z bio­der i uda­jąc, że jej nie sły­szy, przy­glą­dał się tan­det­ne­mu ob­ra­zo­wi.

– Och… – zdzi­wi­ła się, prze­cho­dząc przez próg. – Je­steś jesz­cze.

– A gdzie miał­bym być? – Od­wró­cił się po­wo­li.

Wy­glą­da­ła tro­chę ina­czej – jakby twarz na­bra­ła ko­lo­ry­tu, a zmarszcz­ki się wy­gła­dzi­ły.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. Nie­mal sły­szał jej myśli, a mi­mi­ka twa­rzy, nad którą zu­peł­nie nie pa­no­wa­ła tylko to uła­twia­ła.

– Miał­bym ucie­kać nago? – za­py­tał nie­win­nie, prze­cze­su­jąc krót­kie czar­ne włosy, ob­cię­te byle jak nożem.

Przez chwi­lę przy­glą­da­ła się wy­strzę­pio­nej czu­pry­nie i bla­dym po­za­ci­na­nym po­licz­kom.

– Tam są ubra­nia – po­wie­dzia­ła wresz­cie, wska­zu­jąc głową fotel.

Po­wo­li po­de­szła z tacą do stołu, od­wra­ca­jąc się do niego ple­ca­mi.

Wy­czu­wał w niej nie­pew­ność, tro­chę stra­chu i dużą ilość ro­so­łu. Ostat­ni za­pach ewi­dent­nie do­cho­dził od stro­ny twa­rzy. Być może to jakaś moda, na­ka­zu­ją­ca prze­my­wać twarz ro­so­łem dla za­cho­wa­nia jędr­no­ści skóry? Któż mógł zro­zu­mieć damy i ich ob­se­sję prze­dłu­że­niem mło­do­ści?

Na­cią­gnął spodnie z mięk­kie­go ma­te­ria­łu, przy­glą­da­jąc się, jak roz­kła­da za­sta­wę.

– Dla­cze­go mnie za­ata­ko­wa­łeś? – za­py­ta­ła po­wo­li, nie­znacz­nie od­wra­ca­jąc się w jego stro­nę. Z tej per­spek­ty­wy mógł za­uwa­żyć wy­brzu­sze­nie na wy­so­ko­ści klat­ki – tro­chę zbyt pła­skie i nie pa­su­ją­ce do bu­do­wy ciała. Za­pew­ne ści­ska­ła biust taśmą, żeby był mniej wi­docz­ny.

Za­sta­no­wił się, jak wy­ja­śnić komuś, że nie po­win­no się pod­cho­dzić do omdla­łe­go po walce łowcy, a jeśli już to ze szcze­gól­ną ostroż­no­ścią.

– In­stynkt –  I wpo­jo­ne przez lata batem, kijem i zim­nem od­ru­chy.

Ski­nę­ła głową, na znak, że przyj­mu­je takie wy­ja­śnie­nie.

– Chodź zjeść. – Od­su­nę­ła krze­sło, a kiedy usiadł, pod­su­nę­ła mu ta­lerz na­chy­la­jąc się nad sto­łem. Mógł teraz spoj­rzeć w jej oczy, duże, szma­rag­do­we, na­kra­pia­ne brą­zem i żół­cią, tak zna­jo­me. Nie po­tra­fił ich jed­nak umie­ścić w miej­scu i cza­sie.

„– Jedz po­wo­li, żebyś się nie po­cho­ro­wał” po­my­ślał kiedy, się­gnął po bułkę. Ku­shim za­wsze upo­mi­nał ich w ten spo­sób, kiedy wra­ca­li nie­do­ży­wie­ni do twier­dzy. To było tyle lat temu. Teraz sam był w wieku Ku­shi­ma.

Prych­nął.

– Wszyst­ko do­brze? – za­py­ta­ła, sia­da­jąc po dru­giej stro­nie stołu.

Męż­czy­zna wciąż był czuj­ny i go­to­wy do walki, ale ochry­płe „Tak”, opu­ści­ło jego usta.

– Czy pa­mię­tasz coś sprzed po­by­tu w wię­zie­niu? Ja­kieś daty? Wy­da­rze­nia? Żebym miała jakiś punkt od­nie­sie­nia…

– Do czego?

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi nie­pew­nie.

– Tak po pro­stu.

Pa­mię­tał wiele rze­czy, ale nie chciał o nich roz­ma­wiać. W ogóle nie chciał mówić.

– Więc co mo­żesz pa­mię­tać? – na­ci­ska­ła, kiedy dłu­żej się nie od­zy­wał. Wes­tchnę­ła prze­cią­gle przy­glą­da­jąc się, jak je ma­ły­mi kę­sa­mi. – Może swoje imię?

– Skąd po­mysł, że go za­po­mnia­łem? – wy­chry­piał i się­gnął po roz­cień­czo­ne wino.

W pół­mro­ku po­ko­ju nie było widać, jak ko­bie­ta się czer­wie­ni.

– Ja je­stem… – W jej gło­sie usły­szał nie­pew­ność i nie­mal na­ma­cal­ną obawę. – Zyta Mawft de Alrt z domu Urs. Z siód­me­go w Ką­tach.

– Gal­sal z Twier­dzy Noży.

– Sły­sza­łam o Mo­ru­sie i Ade­laj­dzie… – uśmiech­nę­ła się cie­pło – …to pięk­na hi­sto­ria.

Prych­nął zi­ry­to­wa­ny i oparł plecy o mahoń.

– Wiesz jaki na­praw­dę był jej finał? – za­py­tał chłod­no. Po­trzą­snę­ła głową po­cie­ra­jąc po­li­czek. – Morus skoń­czył na haku, a Adela przy­ku­ta do łóżka. Nie­świa­do­ma ni­cze­go.

– Po­da­nia mówią, że osie­dli­li się…

– Po­da­nia – prych­nął prze­ry­wa­jąc jej, by chwi­lę póź­niej za­brać się znowu do je­dze­nia, jakby nie­pew­ność dziew­czy­ny nic dla niego nie zna­czy­ła.

– Mam coś dla cie­bie – po­wie­dzia­ła po dłuż­szej chwi­li ciszy. – Mu­sisz na nowo przy­zwy­cza­ić się do świa­tła. Żeby nie po­ra­zi­ło cię słoń­ce, szkła są w ciem­nym ko­lo­rze. – Prze­su­nę­ła w jego stro­nę przed­miot.

Zer­k­nął na oku­la­ry. Pro­blem za­uwa­żył do­pie­ro po przy­mie­rze­niu – osło­nię­te skórą boki były cał­ko­wi­cie szczel­ne, więc mógł pa­trzeć tylko do przo­du. Po­czuł się tro­chę jak koń z klap­ka­mi na oczach i ukrad­kiem za­śmiał się – czy była to alu­zja, że ma po­dą­żać po­słusz­nie za swoją panią?

 

 

3

 

 

 

Jesz­cze tego sa­me­go dnia Gal­sal szedł błot­ni­stą ulicą omi­ja­jąc mętne ka­łu­że. Zyta po­dą­ża­ła przed i roz­glą­da­ła się nie­spo­koj­nie.

Dwu­pię­tro­we, drew­nia­ne domy, pod­mu­ro­wa­ne na wy­so­kość czło­wie­ka, za­cie­nia­ły wą­skie ulicz­ki.

Męż­czy­zna wes­tchnął i zrów­nał się z nią przy wej­ściu do skle­pi­ku z ubra­nia­mi, gdzie zna­lazł od­po­wied­nie skó­rza­ne spodnie i buty. Nawet kurt­kę po­dob­ną do tej, którą miał dawno temu. Jego to­wa­rzysz­ka bez szem­ra­nia za­pła­ci­ła wy­so­ką kwotę. Kiedy otwo­rzy­ła sa­kiew­kę, po­czuł nikły kwa­śny odór – za­pew­ne wy­czu­wal­ny tylko dla niego. Jakby się tak za­sta­no­wić, smród koń­skie­go łajna przy­lgnął rów­nież do jej dłoni.

Zyta przyj­rza­ła się jego syl­wet­ce i kiw­nę­ła głową z za­do­wo­le­niem.

– Jesz­cze coś? – za­py­ta­ła, kiedy wy­szli z dusz­ne­go skle­pu.

– Broń – od­parł, po­pra­wia­jąc oku­la­ry.

– No tak – mruk­nę­ła nie­pew­nie. – Tylko, że… Czy ty aby… – ją­ka­ła się, jakby nie po­tra­fi­ła spre­cy­zo­wać, o co jej cho­dzi.

– Po to, aby cię chro­nić – od­parł, men­tal­nie wy­wra­ca­jąc ocza­mi.

Opo­wia­dał bzdu­ry żeby ją prze­ko­nać. Do­pó­ki miał słabe ciało, po­trze­bo­wał broni, aby nie czuć się tak nago i bez­bron­nie. Aby móc odejść, kiedy zaj­dzie po­trze­ba.

– Skąd mam wie­dzieć, że nie kła­miesz. Może, kiedy tylko do­sta­niesz broń, za­bi­jesz mnie i uciek­niesz z pie­niędz­mi?

– Słusz­na uwaga – zgo­dził się, po­dą­ża­jąc za nią w węż­szą ulicz­kę. – Co może mnie przed tym po­wstrzy­mać? Praw­da?

– Prawd jest wiele! – Nie­spo­dzie­wa­nie zmie­ni­ła ton, za­szła mu drogę i sta­nę­ła. – Jedną z nich jest po­lo­wa­nie na zmu­to­wa­ne stwo­ry i tre­so­wa­nie. Umiesz­cza­nie ich w „do­mach oso­bli­wo­ści”, gdzie każdy za od­po­wied­nią opła­tą może po­oglą­dać, jak sie­dzą w klat­kach, do­tknąć… może nawet wy­ko­rzy­stać – to ostat­nie po­wie­dzia­ła z od­ra­zą. – Taką praw­dę chcesz?

Stała na środ­ku ulicy, dźga­jąc go pal­cem w pierś i za­dzie­ra­jąc głowę. Była wście­kła i za­smu­co­na, a Gal­sal za­sta­na­wiał się, jak to moż­li­we, by oba uczu­cia były naraz w jed­nej oso­bie w tym samym cza­sie.

– Znam twoje oczy – mruk­nął ła­piąc jej palce w swoją dużą rękę, żeby w końcu prze­sta­ła go sztur­chać co było wiel­ce de­ner­wu­ją­ce.

– Nie kupię ci broni. Nie pod­li­zuj się – prych­nę­ła zi­ry­to­wa­na. – Chyba za­pa­trzy­łeś się w moje pie­nią­dze.

– Kie­dyś się skoń­czą, a wtedy po­zo­sta­nie tylko stal.

– Nie prze­ko­nasz mnie. – Wy­rwa­ła dłoń z uści­sku. Od­wró­ci­ła się, mam­ro­cząc pod nosem prze­kleń­stwa i szyb­ko ru­sza­jąc przed sie­bie, jakby miała za­miar uciec.

Z le­d­wo­ścią ją do­go­nił.

– Po­cze­kaj – wy­sa­pał. Przed ocza­mi la­ta­ły mu mrocz­ki, a nogi ugi­na­ły się z wy­sił­ku. Za­klął pod nosem – on, który wcze­śniej po­tra­fił pół dnia biec tro­pem po­two­ra, teraz ledwo na­dą­żał za ko­bie­tą.

– Spójrz na sie­bie! – wrza­snę­ła zi­ry­to­wa­na. – Sam wi­dzisz jak je­steś słaby! Dam ci miecz dwu­ręcz­ny, to się prze­wró­cisz pod jego cię­ża­rem.

Gal­sal tylko mruk­nął i po­krę­cił głową, kiedy usły­szał jej słowa. Jakby nie wie­dzia­ła, że głów­ną bro­nią łow­ców jest ko­stur. Dla­cze­go w takim razie szu­ka­ła wła­śnie łowcy?

– Na­czel­nik już wszyst­kim wy­pa­plał, jaki zro­bił in­te­res, a ty wcale się nie tar­go­wa­łaś. Wszy­scy oprysz­ko­wie w oko­li­cy już wie­dzą, że sy­piesz gro­szem. A straż­ni­cy też nie świę­ci, wy­czu­li twoją sła­bość. Może nawet sam na­czel­nik upo­mni się o wię­cej.

– Ja i moja pani je­ste­śmy tu znane. Nikt się nie ośmie­li…

– Prze­stań już z tą panią. Oboje wiemy, że jej nie ma. Tu może cię znają, w krza­kach za mia­stem już nie. Bo tam spo­czniesz, jak już się z tobą za­ba­wią. A ja zginę przez twoją głu­po­tę. Tylko dla­te­go, że po­ską­pi­łaś na broń.

Wzru­szy­ła ra­mio­na­mi, za­gry­za­jąc wargę.

– Je­steś głod­ny? – Wska­za­ła po­bli­ski kram z chle­bem i słod­ki­mi bu­łecz­ka­mi.

– Zmie­niasz temat, bo nie chcesz roz­ma­wiać – za­uwa­żył.

Zyta tylko uśmiech­nę­ła się pół­gęb­kiem i wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Wezmę z tru­skaw­ka­mi, bo sezon się koń­czy – szep­nę­ła.

– I co, niby mam udła­wić ban­dy­tę bu­łecz­ką? Czy wbić mu to w tyłek?

Męż­czy­zna wy­wró­cił ocza­mi, kiedy mimo uda­wa­nej urazy za­bur­cza­ło mu w brzu­chu, a na myśl o je­dze­niu po­cie­kła ślin­ka. Wci­snę­ła mu w rękę droż­dżów­kę, a w swoją wgry­zła się dra­pież­no­ścią li­si­cy.

– Myślę, że ro­zu­miem co czu­jesz – po­wie­dzia­ła z peł­ny­mi usta­mi. – Ale prze­moc nie za­wsze jest roz­wią­za­niem.

Gówno tam ro­zu­miesz po­my­ślał Gal­sal. Po­pa­trzył na tru­skaw­ki przy­ozdo­bio­ne słod­ką po­syp­ką w zło­ci­stym kręgu gru­be­go cia­sta. Z wes­tchnie­niem od­gryzł gruby kęs. Droż­dżów­ka była pysz­na. Nie pa­mię­tał, kiedy jadł coś tak do­bre­go.

– Jutro z rana, o ile dasz radę, wy­je­dzie­my z mia­sta. – Mach­nę­ła ręką, ru­sza­jąc przez tłum. Idąc za nią męż­czy­zna za­uwa­żył błysk gru­be­go, ozdob­ne­go łań­cu­cha na jej szyi. Przed­miot le­d­wie wy­sta­wał spod koł­nie­rzy­ka – dla­cze­go w takim razie go no­si­ła?

Bez wzglę­du na to co mó­wi­ła, kiedy po nich przyj­dą, nie za­mie­rzał cze­kać na roz­wój wy­da­rzeń. Zwłasz­cza, że bez pro­tek­tor­ki mógł tra­fić z po­wro­tem do tej cuch­ną­cej dziu­ry. Mimo sła­bo­ści był go­to­wy by za­brać ze sobą paru drani na tam­ten świat. Gdyby nie tra­fi­ła mu się taka pań­cia pa­cy­fist­ka…

Prze­ci­ska­li się przez cuch­ną­cy, ko­lo­ro­wy tłum. Za­pa­chy wni­ka­ły głę­bo­ko do zatok, nie­mal wże­ra­ły się w mózg, oczy łza­wi­ły, a odór ciał był nie do znie­sie­nia. To było bo­le­sne przy­po­mnie­nie, dla­cze­go po­wi­nien uni­kać ludz­kich sie­dlisk.

Gal­sal choć wy­chu­dzo­ny i tak gó­ro­wał nad wszyst­ki­mi, a jego to­wa­rzysz­ka prze­py­cha­ła się łok­cia­mi, pro­wa­dząc ich w kie­run­ku gor­szej dziel­ni­cy.

Za­trzy­ma­li się pod „Nie­bie­ską Świ­nią”, gdzie, jak oświad­czy­ła mieli, pokój.

Męż­czy­zna po­pa­trzył na nią z po­li­to­wa­niem, kiedy tłu­ma­czy­ła, że tam­ten apar­ta­ment, w któ­rym się obu­dził wy­na­ję­ła tylko dla zmy­le­nia prze­ciw­ni­ka. W głębi duszy stwier­dził, że to naj­głup­szy plan, o któ­rym sły­szał w ostat­nich la­tach. Zbyt do­brze wie­dział, że ban­dy­ci bar­dzo szyb­ko ich znaj­dą, a tym bar­dziej w tak pa­skud­nym miej­scu, gdzie wie­ści roz­cho­dzą się lotem bły­ska­wi­cy. Nie mu­sie­li to być zna­jo­mi Ara – oka­zja czy­ni­ła zło­dzie­ja.

Po­dą­żył za ko­bie­ta do ob­skur­ne­go po­ko­ju, z ro­dza­ju tych, do któ­rych był przy­zwy­cza­jo­ny za daw­nych cza­sów.

Po­ściel była nie­świe­ża, za­pew­ne po kilku lub kil­ku­na­stu klien­tach. Sły­szał ro­bac­two po­ru­sza­ją­ce się w ma­te­ra­cu, a sam pokój wy­ma­gał prze­wie­trze­nia, co też Zyta na­tych­miast po wej­ściu zro­bi­ła. W ką­tach oprócz śmie­ci, były też ster­ty rze­czy przy­kry­te ma­te­ria­łem.

– Jeść.

Usły­szał słaby pisk i nie za­ję­ło mu dużo czasu zlo­ka­li­zo­wa­nie źró­dła. Do­cho­dził od jego to­wa­rzysz­ki, która wy­glą­da­ła na spię­tą.

– Przy­nio­sę je­dze­nie – po­wie­dzia­ła szyb­ko, nie­mal bie­giem opusz­cza­jąc pokój.

Wy­czuł za­pach nie­po­ko­ju, jesz­cze zanim za­trza­snę­ła za sobą drzwi.

– Czę­sto coś te po­sił­ki – mruk­nął i ro­zej­rzał się po po­ko­ju. W pierw­szej ko­lej­no­ści zaj­rzał pod ma­te­riał w rogu po­miesz­cze­nia. Były tam dwa po­rząd­ne sio­dła. Po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem – jak można zo­sta­wić tak dobre rze­czy w miej­scu, gdzie wła­ści­cie­le mają zwy­czaj prze­trze­py­wać bagaż klien­tów? Może li­czy­ła na to, że są zbyt cięż­kie, by je ukrad­kiem wy­nieść, jed­nak in­wen­cja miej­sco­wych zło­dzie­jasz­ków nie miała ogra­ni­czeń.

Pod jed­nym z łóżek zna­lazł ta­jem­ni­czą skrzy­necz­kę i długi pa­ku­nek. Wy­su­nął obie rze­czy naj­pierw za­glą­da­jąc do pu­deł­ka. Znaj­do­wa­ły się w nim małe fiol­ki, róż­no­barw­ne bu­te­lecz­ki. Od­kor­ko­wał jedną. In­ten­syw­ny za­pach la­wen­dy i fioł­ków ude­rzył w noz­drza, nie­mal zwa­la­jąc na pod­ło­gę. Szyb­ko za­tkał fla­ko­nik i wło­żył do prze­gród­ki. W dru­gim był słod­ki aro­mat pi­wo­nii oraz róż.

Za­mknął całe pu­deł­ko i scho­wał pod łóżko. Wy­glą­da­ło na to, że jego wy­ba­wi­ciel­ka two­rzy­ła per­fu­my dam­skie. I za­pew­ne sporo na tym za­ra­bia­ła.

Nie­spo­dzie­wa­nie przy­szła mu do głowy nieco ab­sur­dal­na myśl: może cały ten cyrk był po to, aby Gal­sal słu­żył jej jako te­ster za­pa­chów? Istot­nie, węch po­mor­ni­ków mógł rów­nać się tylko z psim lub szczu­rzym, ale żadne z tych zwie­rząt nie mogło oce­nić za­pa­chu, ani re­ak­cji jakie wy­wo­łu­je. Gdyby tak rze­czy­wi­ście było, mógł­by ode­tchnąć z ulgą – może po raz ostat­ni pełną pier­sią, zanim ete­rycz­ne olej­ki i cięż­kie, ko­rzen­ne aro­ma­ty ob­le­pią mu krtań i płuca. Uśmiech­nął się: by­ła­by to naj­bar­dziej słod­ka i zmy­sło­wa śmierć, ja­kiej mógł do­znać po­mor­nik.

Roz­su­płał kilka sznur­ków z dłu­gie­go pa­kun­ku.

Ogar­nę­ła go ra­dość, kiedy wy­czuł pod pal­ca­mi zna­jo­me kształ­ty. Od­su­nął weł­nia­ny ma­te­riał i jego oczom uka­zał się pro­ste, czar­ne jak heban, drew­no, gdzie­nie­gdzie prze­wią­za­ne ko­lo­ro­wy­mi sznur­ka­mi z na­ni­za­ny­mi na nie ko­ra­li­ka­mi. Czar­ne piór­ka, zwi­sa­ły luźno. Sam ko­stur wy­glą­dał zna­jo­mo, ale nie na­le­żał do niego. Kim był tam­ten po­mor­nik? Jak broń tra­fi­ła w ręce ko­bie­ty? Ra­dość z od­na­le­zie­nia przed­mio­tu szyb­ko zmie­ni­ła się w nie­po­kój.

Usły­szaw­szy kroki na scho­dach szyb­ko owi­nął broń i wsu­nął pod łóżko.

Chwilę póź­niej do po­ko­ju we­szła Zyta nio­sąc dużą tacę, na któ­rej znaj­do­wa­ła się waza z ro­so­łem, dwa ta­le­rze z gu­la­szem, a do tego pół bo­chen­ka chle­ba i dwa kufle piwa. Jej twarz wy­ra­ża­ła za­sko­cze­nie, jakby nie spo­dzie­wa­ła się, że za­sta­nie tu jesz­cze Gal­sa­la.

Ostroż­nie usta­wi­ła to wszyst­ko na wą­skiej ławce, nie­pew­nie przy­glą­da­jąc się męż­czyź­nie, który zdjął przy­ciem­nia­ne oku­la­ry i po­ło­żył je obok je­dze­nia.

– Dla­cze­go to ro­bisz? – za­py­tał, kiedy roz­kła­da­ła pół­mi­ski.

– Bo je­steś głod­ny? – Prze­cią­gła współ­czu­ją­cym, acz nie­po­zba­wio­nym cie­ka­wo­ści spoj­rze­niem po wy­chu­dłej syl­wet­ce po­mor­ni­ka. – I chcę żebyś był w do­brej for­mie.

Gal­sal po­krę­cił głową, Nie mógł uwie­rzyć jej in­ten­cjom, a jed­nak głos i mowa ciała nie kła­ma­ły, przy­naj­mniej w tej chwi­li. Nie za­da­wał wię­cej pytań. W myśli po­dej­rze­wał, że skoro chce, aby wró­cił do daw­nej formy, za­pew­ne ma dla niego ja­kieś za­da­nie, mniej przy­jem­ne niż wą­cha­nie per­fum. Zbyt długo żył na tym świe­cie, żeby wie­rzyć w bez­in­te­re­sow­ną do­broć – szcze­gól­nie, że ko­bie­ta za­pła­ci­ła wy­so­ką cenę, przy­naj­mniej w zło­cie.

Póki co na­peł­nił brzuch je­dze­niem i do­brym piwem.

 

 

*************

 

 

W nocy obu­dził go dziw­ny głos. Przez mo­ment na­słu­chi­wał

Jeść. – Zza prze­żar­te­go przez mole koca, który na proś­bę ko­bie­ty wła­ści­cie­le po­wie­si­li jako roz­dzie­le­nie po­łó­wek ich skrom­nej izby, do­biegł słaby szept.

Ostroż­nie wstał, pod­szedł po cichu i zaj­rzał za prze­gro­dę.

Osoba na po­sła­niu spała. Długa zgrab­na noga wy­sta­wa­ła ku­szą­co spod koca. Męż­czy­zna prze­łknął ślinę przy­glą­da­jąc się kształ­tom pod cien­kim przy­kry­ciem. Od­ru­cho­wo wcią­gnął za­pach w noz­drza. Od mo­men­tu od­kry­cia bu­te­le­czek za­sta­na­wiał się, czy woń brzo­skwiń to na­tu­ral­ny za­pach skóry ko­bie­ty, czy też może efekt ką­pie­li lub na­cie­ra­nia ciała? Teraz kiedy spała, po­czuł aro­mat jesz­cze wy­raź­niej, a w wy­obraź­ni zo­ba­czył doj­rza­łe owoce, ską­pa­ne w słoń­cu. Na chwi­lę za­mknął oczy, a kiedy je otwo­rzył, jego spoj­rze­nie padło na dwie wy­pu­kło­ści, które na­pi­na­ły tka­ni­nę i uno­si­ły się w rytm od­de­chu. Teraz nie wy­da­wa­ły się wcale pła­skie i rów­nież wzbu­dza­ły sko­ja­rze­nie z kształt­ny­mi owo­ca­mi. Po­czuł, że in­ten­syw­ne wra­że­nia po­bu­dzi­ły nie tylko oczy i węch ale także, inną część jego ciała.

Jeść – jęk, by­naj­mniej nie zmy­sło­wy, bru­tal­nie wy­rwał go z przy­jem­nych do­znań. Przy twa­rzy czę­ścio­wo za­sło­nię­tej wło­sa­mi, zwi­sał kawał sza­rej skóry. Widok był tak gro­te­sko­wy, że pod­nie­ce­nie uszło z ciała łowcy rów­nie szyb­ko, jak się po­ja­wi­ło.

Kawał sza­rej skóry, le­d­wie przy­cze­pio­ny do głowy zwi­sał na kra­wę­dzi łoża. Po ko­lej­nym roz­pacz­li­wym bła­ga­niu od­padł i z mo­krym pac­nię­ciem wy­lą­do­wał na pod­ło­dze.

Gal­sal ostroż­nie pod­szedł bli­żej i do­tknął zwi­nię­tej skóry koń­cem palca. Była mięk­ka, w do­ty­ku o kon­sy­sten­cji wpół stę­ża­łej ga­la­re­ty.

– Jeść – bła­ga­ła.

Gal­sal uniósł w pal­cach przed­miot, który miał wy­cię­te otwo­ry na oczy i z grub­sza wy­glą­dał jak maska. Przy­po­mniał sobie za­pach to­wa­rzy­szą­cy ko­bie­cie, pod­szedł do wazy z nieco już skwa­śnia­łą zupą i wrzu­cił do niej przed­miot. Przez chwi­lę mu­siał słu­cha­jąc obrzy­dli­we­go sior­ba­nia i mla­ska­nia.

Ode­tchnął głę­bo­ko, po­krę­cił głową z nie­do­wie­rza­niem i wró­cił za prze­pie­rze­nie aby przyj­rzeć się ko­bie­cie.

Wą­skie usta, mały za­dar­ty nos, wy­sta­ją­ce kości po­licz­ko­we. Rysy aż nadto zna­jo­me. Ale skąd, nie po­tra­fił sobie przy­po­mnieć. Prze­niósł wzrok z twa­rzy na szczu­płą szyję, którą mógł­by objąć jedną ręką i gruby łań­cuch, wi­docz­ny na niej. Tam gdzie roz­cię­cie ko­szu­li się koń­czy­ło, na mlecz­no­bia­łej pier­si opar­ty był me­da­lik ze stali, a na nim wy­ku­ty sym­bol ja­rzą­cy się teraz lekko w świe­tle księ­ży­ca.

Gal­sal cof­nął się o krok, za­marł i po­czuł, jak bicie serca zwal­nia. Wszę­dzie i o każ­dej porze roz­po­znał­by znak Ku­shi­ma.

 

 

4

 

 

Pierw­szą myślą Gal­sa­la było obu­dzić ko­bie­tę i wy­ci­snąć z niej od­po­wiedź. Jed­nak im dłu­żej się nad tym za­sta­na­wiał, tym gor­szy wy­da­wał mu się ten po­mysł. Me­da­lion mógł być wy­ra­zem fa­scy­na­cji po­mor­ni­ka­mi, być może on sam miał stać się ele­men­tem oso­bli­wej ko­lek­cji. Ozdo­bę mogła kupić lub do­stać od kogoś. Po­dej­rze­wał, że jeśli tylko ktoś do­brze się po­sta­rał, mógł zna­leźć rze­czy na­le­żą­ce do po­mor­ni­ków u han­dla­rzy lub na­kło­nić ich, by ta­kich dla niego szu­ka­li.

In­te­re­so­wa­ła go rów­nież maska. Wy­glą­da­ła na skórę zmien­no­kształt­ne­go mi­mi­ka ale w jakiś spo­sób za­klę­tą, by po­zo­sta­wa­ła przy życiu i się od­ży­wia­ła. Nigdy wcze­śniej nie wi­dział cze­goś ta­kie­go.

Myśli pę­dzi­ły w umy­śle nie po­zwa­la­jąc znowu za­snąć. Prze­wra­cał się z boku na bok, sta­ra­jąc od­pę­dzić ma­ja­ki. Wra­że­nie, że to wszyst­ko jest snem, że obu­dzi się w zim­nej, cuch­ną­cej stud­ni.

Nad ranem, kiedy ko­bie­ta otwo­rzy­ła oczy już cze­kał trzy­ma­jąc maskę bli­sko sie­bie.

Wy­szła zza prze­pie­rze­nia po­wo­li, ko­szu­la się­ga­ła ko­la­na, a roz­cię­cie de­kol­tu trzy­ma­ła dło­nią.

– Tak my­śla­łam, że pew­nie sam się zo­rien­tu­jesz, ale wo­la­ła­bym póź­niej niż teraz – po­wie­dzia­ła sia­da­jąc na­prze­ciw­ko. Od­wró­ci­ła głowę, aby nie pa­trzeć na niego, jakby przy­ła­pa­na na oszu­ki­wa­niu. Jedna maska opa­dła, ale po­zo­sta­ło ich jesz­cze tak wiele na­kła­da­ją­cych się na sie­bie, two­rzą­cych grubą war­stwę chro­nią­cą przed zra­nie­niem. Nigdy nie ujaw­niać praw­dzi­wej sie­bie, to pierw­sze, czego na­uczy­ło ją życie.

– Może trze­ba było czę­ściej ją kar­mić. – Wska­zał ru­chem głowy ma­gicz­ny przed­miot i wy­szcze­rzył się wil­czo.

Przez chwi­lę przy­glą­da­ła się zbyt dłu­gim i ostrym kłom.

– Cał­kiem moż­li­we. – Się­gnę­ła po maskę, na co po­zwo­lił. Za­ło­ży­ła, a rysy wy­gła­dzi­ły się, przy­bie­ra­jąc zna­jo­mą mu już formę. – To nie­bez­piecz­na rzecz. – Wska­za­ła swoją twarz, uśmie­cha­jąc się smut­no.

Coś w umy­śle Gal­sa­la klik­nę­ło.

– Opo­wiedz mi coś o niej.

– Świń­ska wą­tro­ba i kilka kro­pel krwi mi­mi­ka – po­wie­dzia­ła cicho. – Kiedy mój zna­jo­my zdo­był już tytuł mi­strzow­ski, pod­jął pracę w la­bo­ra­to­rium. Po­trze­bo­wał po­moc­ni­ka, więc…

Chrząk­nę­ła nie­wy­raź­nie, wy­ła­mu­jąc palce. Nie­pew­nie zer­ka­ła na niego. Mu­sia­ła być ostroż­na, z tru­dem przy­cho­dzi­ło jej za­ufa­nie komuś. W ogóle dzi­wi­ła się, że po­mor­nik jesz­cze tu był. Za­uwa­ży­ła, że szpe­rał w jej rze­czach, więc pew­nie zna­lazł już ko­stur. Oba­wia­ła się, że teraz uciecz­ka to tylko kwe­stia czasu. Nikt nie zo­sta­wał dłu­żej. Do tego była przy­zwy­cza­jo­na.

– Chcie­li­śmy za­po­biec cho­ro­bom ner­wów, a wy­szło nam to – cią­gnę­ła po chwi­li. – Kilka dni po ukoń­cze­niu prac ktoś zabił Re­mu­sa, splą­dro­wał la­bo­ra­to­rium. Na szczę­ście nie udało im się zdo­być dzien­ni­ka i maski.

Po­ki­wał głową ze zro­zu­mie­niem. Woj­sko, szpie­dzy, gan­gu­sy, każdy kto pra­gnie wła­dzy chciał­by takie cudo. Nie za­wa­ha­li­by się przed zbrod­nią, więc skry­tość Zyty za­czy­na­ła mieć uza­sad­nie­nie.

– My­ślisz, że nadal jej szu­ka­ją? Wiesz cho­ciaż kto to był?

Za­prze­czy­ła smut­no, wpa­tru­jąc się we wła­sne dło­nie.

– Nie. Nie mam po­ję­cia – od­par­ła cicho.

– Skąd mia­łaś krew? – kon­ty­nu­ował prze­słu­cha­nie.

Na mo­ment się za­wa­ha­ła.

– Od Re­mu­sa, był mi­mi­kiem – szep­nę­ła.

Gal­sal ski­nął głową, prze­twa­rza­jąc in­for­ma­cje. Jesz­cze nie skoń­czył, bo chciał roz­wią­zać rów­nież za­gad­kę gru­be­go łań­cu­cha na jej szyi.

– Co z nim. – Wska­zał na cięż­ki me­da­lion. – Skąd go masz?

Za­ci­snę­ła dłoń na pro­stym wzo­rze.

– Do­sta­łam od mamy. Nigdy nie po­wie­dzia­ła, skąd go ma. To był jej je­dy­ny skarb – po­cią­gnę­ła nosem, pró­bu­jąc za­ta­mo­wać ci­sną­ce się do oczu łzy.

– A co z twoją mamą?

– Pra­co­wa­ła jako… na ulicy czer­wo­nych la­tar­ni – głos jej się za­ła­mał. Mimo to mó­wi­ła dalej. – Naj­pierw na dom, a potem na moje stu­dia. Nawet nie wiem, kto jest moim ojcem. Nie wiem, też kto dał jej tę ozdo­bę. To je­dy­na pa­miąt­ka, którą po niej mam. – Wy­tar­ła łzy wierz­chem dłoni.

Wy­czuł roz­pacz i ża­łość w jej gło­sie, słony za­pach łez szklą­cych się w oczach.

Przy­jął to wy­tłu­ma­cze­nie. Sły­szał ra­czej za­kło­po­ta­nie niż fałsz, a w za­pa­chu wy­czu­wał wpraw­dzie na­pię­cie, ale nie był to strach kłam­cy. Może nie warto roz­dra­py­wać ran? Zresz­tą to już stare dzie­je. Ku­shim, Irhor, Morus… wszy­scy byli mar­twi. Zo­stał tylko on, chyba tylko po to, aby po­grze­bać pa­mięć o po­mor­ni­kach.

Po­ran­ne słoń­ce prze­bi­ja­ło się przez brud­ne szyby i ra­zi­ło go w oczy, więc za­ło­żył przy­ciem­nio­ne oku­la­ry i po­wo­li wstał.

– Ubierz się, a ja zro­bię śnia­da­nie. – Za­trzy­mał się na mo­ment w drzwiach i ob­ró­cił w jej stro­nę. Sie­dzia­ła zmar­twio­na, z no­ga­mi pod­wi­nię­ty­mi pod sie­bie i obej­mo­wa­ła się ra­mio­na­mi. – Może przy­brać tylko jedną twarz?

Zyta unio­sła głowę za­sko­czo­na. Nie bar­dzo ro­zu­mia­ła o co mu cho­dzi.

– Maska. Mo­żesz wy­glą­dać jak ktoś inny? – spre­cy­zo­wał.

Ski­nę­ła głową.

– Mogę. Ale to zmie­nia tylko twarz, nie resz­tę ciała.

– Bez­piecz­niej by­ło­by, gdy­byś po­dró­żo­wa­ła jako męż­czy­zna. Mniej ata­ków, mniej pre­sji i rzu­ca­nia się w oczy. Ale z tym… – wska­zał jej kształt­ne pier­si – bę­dzie pro­blem. Trze­ba przy­znać, cał­kiem zgrab­ne! – rzu­cił na ko­niec, sam nie wie­dząc, czemu.

Za­ru­mie­ni­ła się.

W głębi duszy po­my­ślał, że kiedy je ob­wią­zy­wa­ła było mu ła­twiej. Ko­bie­ta nie ku­si­ła go aż tak bar­dzo, jak teraz. Do­pie­ro kiedy zo­ba­czył ją w świe­tle dnia w cien­kiej ko­szu­li, zdał sobie spra­wę, że nie tylko pier­si mu się po­do­ba­ły: talia, bio­dra, nawet łydki przy­cią­ga­ły spoj­rze­nie.

Po­krę­cił głową. Mógł­by teraz wyjść i już nie wró­cić. Wąt­pił, aby go oszu­ka­ła. Dla­cze­go w takim razie wciąż był przy niej?

 

 

 

***************

 

 

 

Przed po­łu­dniem opu­ści­li mury mia­sta i skie­ro­wa­li się na po­łu­dnie.

Gal­sal ode­tchnął ze spo­ko­jem, tak samo jak jego mil­czą­ca pani.

Po­wie­trze było rześ­kie, a słoń­ce za­kry­te kłę­bia­sty­mi chmu­ra­mi. Od wscho­du wiało chło­dem, aż prze­cho­dził ich dreszcz, kiedy po­dmu­chy wdzie­ra­ły się pod ubra­nia. Mimo tego po­mor­nik z lu­bo­ścią wcią­gał każdy świe­ży za­pach w pierś. Nie są­dził, że kie­dy­kol­wiek bę­dzie za­chwy­cał się tre­la­mi pta­ków i pa­le­tą barw w oto­cze­niu – on łowca po­two­rów. Naj­wi­docz­niej wy­gło­dze­nie zmy­słów po­by­tem w stud­ni czy­ni­ło cuda.

Co chwi­lę jed­nak zer­kał na przy­tro­czo­ny do sio­dła Zyty pa­ku­nek z ko­stu­rem. Uwagę zwró­ci­ły rów­nież dwa krót­kie mie­cze mo­tyl­ko­we. Ko­bie­ta nie wy­glą­da­ła na kogoś, kto po­tra­fi się nimi po­słu­gi­wać, a wcze­śniej wzbra­nia­ła się przed za­ku­pem broni. Czyż­by zmie­ni­ła zda­nie? Po­sta­no­wił jed­nak za­cze­kać, aż sama mu to wy­ja­śni. Na razie tylko miał broń na oku.

Nadal nie wie­dział, dokąd go za­bie­ra, ale jakoś nie miał ocho­ty pytać. Po­dej­rze­wał, że po­dą­ża­ją do jej po­sia­dło­ści, choć prze­czu­cie mó­wi­ło mu, że rów­nie do­brze może to być jakaś za­tę­chła dziu­ra. Prze­czu­wał, że brak in­for­ma­cji ze­mści się na nim.

Kiedy nie­spo­dzie­wa­nie za­trzy­ma­ła konia i za­czę­ła skru­pu­lat­nie zbie­rać koń­skie łajno nie­wiel­ką ło­pat­ką do ozdob­ne­go wo­recz­ka, oczy otwo­rzy­ły mu się tak sze­ro­ko, jakby zo­ba­czył na trak­cie po­two­ra.

– Nie miej ta­kiej zdzi­wio­nej miny – uśmiech­nę­ła się, za­wią­zu­jąc sa­ty­no­wą to­re­becz­kę. – Wszyst­ko wy­ja­śnię w sto­sow­nym cza­sie.

Męż­czy­zna wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Nie jest bez­piecz­nie po­dró­żo­wać z taką ilo­ścią złota i ma­gicz­ny­mi przed­mio­ta­mi. Szcze­gól­nie, jeśli jest się sa­mot­ną ko­bie­tą.

– Nie byłam sama, jak po cie­bie je­cha­łam. – Wsia­dła na konia po­wo­li i nie­zgrab­nie, jakby rzad­ko to ro­bi­ła. – Zanim wy­szłam za mąż, uczy­łam się w aka­de­mii, a potem przez mo­ment tam pra­co­wa­łam.

Je­cha­li teraz strze­mię w strze­mię.

– Po­dej­rze­wam, że nie jako wy­kła­dow­ca. Za­zwy­czaj nie dają ko­bie­tom pro­fe­su­ry – drą­żył.

– Nie – od­par­ła cicho, za­ci­ska­jąc usta w wąską linie. – Jako sprzą­tacz­ka. Naj­waż­niej­sze, że mia­łam pracę

Opu­ści­ła głowę.

– Tro­chę to dziw­ne, że ktoś kto uczył się magii, biega z mio­tłą po ko­ry­ta­rzu za­miast na niej latać. Mia­łaś sporo in­nych moż­li­wo­ści – za­uwa­żył po dłuż­szym za­sta­no­wie­niu.

Zyta na­chy­li­ła się w sio­dle kle­piąc konia po szyi i nie­chęt­nie od­po­wie­dzia­ła.

– Ta­jem­ni­ce mają to do sie­bie, że lubią wy­cho­dzić na jaw. A moja skre­śla­ła wszyst­ko. Córka kurwy, kim mo­gła­bym być, jak nie dziw­ką, jak matka. I za oceny pła­cić cia­łem. Ni­ko­go nie ob­cho­dzi, co masz w gło­wie, jakie są twoje osią­gnię­cia, tylko to czyim je­steś dziec­kiem. Na­pięt­no­wa­nym przez re­li­gię i tych wszyst­kich męż­czyzn, któ­rzy zaraz po wyj­ściu ze świą­ty­ni bie­gną, by sko­rzy­stać z usług. Byłam na­pięt­no­wa­na przez cudze chu­cie. – Z jej głosu wy­le­wał się jad i go­rycz.

Unio­sła wy­zy­wa­ją­co pod­bró­dek, cze­ka­jąc na słowa po­tę­pie­nia, które nie na­de­szły.

Gal­sal wy­obra­żał sobie jak się czuje ko­bie­ta. Czę­sto sam czuł żal i nie­chęć do po­dwój­nych stan­dar­dów, zwłasz­cza tych usta­no­wio­nych przez męż­czyzn.

– Wkur­wia mnie to. Te hasła, że winna jest ko­bie­ta, bo kusi, a bied­ny męż­czy­zna musi przyjść i sko­rzy­stać… A przy oka­zji zła­mać rękę, wybić zęby, przy­pa­lić ogniem ze świecz­ki – bo może. Bo ko­bie­ce ciało w takim miej­scu jest to­wa­rem, a towar nie ma twa­rzy i imie­nia, a skoro nie ma to… można zro­bić z nim wszyst­ko. – Splu­nę­ła na zie­mię, ze zło­ścią za­ci­snę­ła dło­nie na wo­dzach, aż jej koń się za­nie­po­ko­ił.

– Mogę sobie tylko wy­obra­zić, co ko­bie­ty tam prze­ży­wa­ją…

– Nie mo­żesz – wark­nę­ła. – To nie jest do wy­obra­że­nia.

– A jed­nak wy­szłaś za mąż, za szlach­ci­ca – za­uwa­żył ostroż­nie, pró­bu­jąc zmie­nić temat.

Zyta za­śmia­ła się szcze­kli­wie, a w tym dźwię­ku za­war­ta była iro­nia i po­gar­da.

– Ra­czej szlach­cic oże­nił się z pie­niędz­mi mojej matki. Oraz moimi umie­jęt­no­ścia­mi z aka­de­mii, może my­ślał, że to dobra in­we­sty­cja, jak krowa, która daje mleko. Za­dzi­wia­ją­ce, że wtedy moje po­cho­dze­nie ni­ko­mu nie prze­szka­dza­ło.

Gal­sal spoj­rzał na nią po­dejrz­li­wie. Skoro mó­wi­ła tyle o sobie, dla­cze­go nie wy­ja­wi­ła mu jesz­cze w jakim celu wy­ku­pi­ła go z wię­zie­nia? Może na­iw­nie wie­rzy­ła, że wszyst­kie te zwie­rze­nia za­trzy­ma­ją go przy niej, że za­opie­ku­je się bied­ną istot­ką? Za­czął się za­sta­na­wiać, jak to w ogóle moż­li­we, że będąc tak ufną prze­trwa­ła w tym nie­przy­ja­znym świe­cie. A może był to jed­nak ele­ment gry, któ­rej zasad jesz­cze nie znał?

Przez chwi­lę przy­glą­da­ła mu się, by za­chi­cho­tać.

– Mam twoją broń – po­in­for­mo­wa­ła go nagle.

– Co to ma do rze­czy?

– Jeśli mam coś two­je­go, z czym je­steś bar­dzo bli­sko zwią­za­ny nie mo­żesz mnie skrzyw­dzić. A wy, po­mor­ni­cy, je­ste­ście bar­dzo przy­wią­za­ni do swo­ich ko­stu­rów – po­wie­dzia­ła bar­dzo pew­nie, zer­ka­jąc na niego z ukosa.

Gal­sal cmok­nął zi­ry­to­wa­ny. Jeśli lu­dzie za­czę­li wie­rzyć w takie bzdu­ry, to na­praw­dę mu­siał długo sie­dzieć w wię­zien­nej stud­ni. Nie za­mie­rzał jej uświa­da­miać – im mniej wie, tym le­piej dla niego. Teraz roz­sąd­niej było słu­chać tego, co sama ma do po­wie­dze­nia.

Bied­na mała istot­ka, która nie wy­cią­gnę­ła z życia lek­cji i nadal ufa dra­niom – po­my­ślał, po­pra­wia­jąc się w sio­dle.

– Po­wie­dzia­ła­bym nawet, że to ro­man­tycz­ne uczu­cie – ode­zwa­ła się po dłuż­szej chwi­li, choć nie są­dził, że wróci do te­ma­tu.

Gal­sal par­sk­nął.

– Kto ci to po­wie­dział? Prze­kup­ka na targu czy wę­drow­ny komik?

– Wy­czy­ta­łam w księ­gach. W sen­sie nie do­słow­nie wy­czy­ta­łam. Wy­wnio­sko­wa­łam z opi­sów i hi­sto­rii. Tam się kryje wasza moc. – Za­koń­czy­ła ru­mie­niąc się i moc­niej za­ci­ska­jąc dło­nie na wodzach.

– Moc nie bie­rze się tylko z przed­mio­tu. Bez wła­ści­cie­la jest tylko ka­wał­kiem drew­na. No, może cza­sem szep­cze, ale i tak byś tego nie usły­sza­ła. – Sam nie wie­dział, dla­cze­go przy­znał się do tego.

Jed­no­staj­ny szept, bez któ­re­go czuł się na wpół mar­twy, był jak mu­li­ste dno, które go wcią­ga­ło, nie zo­sta­wia­jąc nic, z czym mógł­by się utoż­sa­mić. Li­czy­ło się wtedy tylko to, że jest łowcą.

– O czym? – po­wie­dzia­ła cicho, i na­chy­li­ła się w jego stro­nę z cie­ka­wo­ścią wy­pi­sa­ną na twa­rzy.

– O wszyst­kim naraz. To mę­czą­ce.

– I jak sobie z tym ra­dzisz? – za­py­ta­ła, prze­krzy­wio­na w sio­dle w jego stro­nę tak bar­dzo, że aż koń od­wró­cił łeb i łyp­nął na wła­ści­ciel­kę.

– Nor­mal­nie… – Nie po­tra­fił jej tego wy­tłu­ma­czyć, zresz­tą nawet nie wie­dział, czy chciał. Czy zro­zu­mia­ła­by, jak to jest zo­sta­wić sa­me­go sie­bie i stać się isto­tą po­że­ra­ją­cą de­mo­ny, ży­wią­cą się ich ener­gią. A wraz z nią wchła­niać wszyst­kie plu­ga­stwa, z któ­rych były zbu­do­wa­ne. Jesz­cze go­rzej czuł się, kiedy za­bi­jał ludzi. Ko­stur wpro­wa­dzo­ny w ruch nie po­tra­fił się za­trzy­mać.

Wje­cha­li w cie­ni­sty las. Od­de­chy ich i koni pa­ro­wa­ły de­li­kat­ną mgieł­ką.

Zyta wy­pro­sto­wa­ła się w sio­dle i cicho chrząk­nę­ła.

Gal­sal po­pę­dził konia, by zo­sta­wić ko­bie­tę za ple­ca­mi, i sku­pił się na dro­dze. Miał wra­że­nie, że po­wie­dział zbyt wiele, nie miał ocho­ty bar­dziej się od­sła­niać.

– Po­dob­no macie twier­dzę gdzieś nad mo­rzem – po­wie­dzia­ła.

Gal­sal wes­tchnął i na mo­ment za­mknął oczy.

– Uwierz, to nie jest coś, o czym chcia­ła­byś słu­chać.

Przy­po­mniał sobie białą drogę wy­sy­pa­ną drob­nym ka­mie­niem. Wście­kłe morze, ude­rza­ją­ce w klif i roz­pry­sku­ją­ce fale na mi­lion kro­pel, które potem ude­rza­ły w twarz. Lo­do­wa­ty, po­lar­ny wiatr prze­ni­ka­ją­cy do kości, a w od­da­li po­nu­re za­mczy­sko. Prze­jazd przez kilka dzie­dziń­ców, a przy każ­dej bra­mie napór mocy tak wiel­kiej, że roz­pusz­cza kości, zmie­nia krew w lawę, szar­pie nerwy z taką siłą, że je­dy­nie o czym ma­rzysz, to szyb­ka śmierć. Twier­dza Noży.

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

– A ja jestem balwierzem, tak? Co przypudrować mu nosek? Czy może najpierw obetrzeć z gówna. Strażnicy zarechotali.

 

Co, przypudrować mu nosek – przecinek. Następnie – Czy może najpierw obetrzeć z gówna? (pytajnik). 

Strażnicy zarechotali (w osobnej lini).

 

Ale, może,

zbędny przecinek za “może”.

 

odparł absolutnie pewien, że tyle dostanie.

odparł absolutnie pewny, że tyle nie dostanie.

 

Rozejrzał się po przyciemnionym pokoju z zasłoniętymi oknami. W rogu stała wanna i nawet z tej odległości wyczuwał gorącą parę i woń drogiego mydła. Spojrzał na swoje dłonie o wychudłych brudnych palcach i paznokciach przypominających szpony. Przedramiona wyglądały, jakby ktoś rozpiął pomarszczoną skórę na kościach i napiętych jak postronki ścięgnach. Skórę pokrywała warstwa brudu, zaschniętej krwi, potu i łoju, która w miejscu dotkniętym wilgotną szmatką rozlała się w czarną cuchnącą maź. I tak naprawdę nie chciał już wiedzieć, jak wygląda, bo z pewnością nie lepiej, niż się czuł.

Bardzo fajny akapit.

 

– W jakim celu ta twoja p a n i… – celowo przeciągnął obserwując jej reakcję –

Rozumiem rozstrzelenie… Ale zastanawiam się czy konieczne,skoro wiemy, że przeciągnął. TBD.

 

„– Jedz powoli, żebyś się nie pochorował”

Ta dywiza konieczna? Chyba nie. Ergo, myśli albo kursywa, albo cytat.

 

Gówno tam rozumiesz” –  tutaj tak samo.

 

tworzyła perfumy damskie

tworzyła damskie perfumy. 

 

 

 

Dobra od III do IV mi się już nie chciało poprawiać :) Ale też nie było tego dużo. Chyba najmniej, może ktoś inny wyłapie.

 

Overall:

 

No ja jestem fanem “Pomornika” to też, nie będę w tej kwestii obiektywny. Ciesze się, że sprzedałaś wreszcie więcej info o świecie i naturze pomorników ;) Bardzo, bardzo interesujący świat, ciekawa relacja miedzy Zytą i Galsalem. Bardzo fajne, plastyczne opisy. Napewno klik. Jest jeszcze początek miesiąca…ale pomyślę na nominajką :) Łyknąłem tę opowieść, weszła jak w masło.

 

Ogromny plus za coraz większe rozbudowywanie świata.

 

Koenrad zmruczył oczy. → Co zrobił??? Wiem, że miał kocie oczy, ale chyba nimi nie mruczał. :) // możecie pisać "Melendur"

Dzięki za komentarz. Poprawki oczywiście, wieczorem, naniosę. Bardzo się cieszę, że pomornik podszedł. Świat pomalutku rozbudowuję i zobaczymy jak to będzie w przyszłości wyglądać. W każdym bądź razie planuję zrobić z tego serię i rozbudować co się da pod książkę. To jednak dalekie plany i możliwe, że całkowicie nierealne

Tak pobetowo: wątków i magicznych artefaktów w opowiadaniu jest wystarczająco dużo na książkę. Choćby sama maska to temat na oddzielne opowiadanie, a tutaj wystąpiła ledwie raz i to w roli pomocniczej.

Dobrze, że w opowiadaniu jest wątek romantyczny – jest jak nić Ariadny, czytelnik ma się czego złapać!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Fakt, trochę zaniedbałam, te artefakty. Gdzieś w trakcie pisania gdzieś mi umknęły, ale myślę, że kolejnym razem nie popełnię tego błędu. Co do romansowania, to akurat na tym absolutnie się nie skupiałam i chciałam żeby to bardziej poboczne było, ale bohaterowie mieli inne plany :)

Cześć :)

Jestem już zupełnie w świat pomornika. Relacja Zyty z Galsalem jest świetnie poprowadzona. Naprawdę na początku myślałam, że bogata szlachcianka kupiła sobie kochanka, potem że ochroniarza, ale rozwiązanie mnie bardzo pozytywnie zaskoczyło.

Jestem też bardzo ciekawa tego, jak rozwiniesz ten świat. Rozrzuciłaś już masę okruszków w postaci artefaktów, wspomnień o miejscach i ludziach. Oczywiście czekam na dalsze części :)

Pozdrawiam :)

UnaBomba  Cieszę się, że przypadło do gustu. Dalsze części na pewno będą. 

Ta część mocno mnie znużyła, albowiem opowiadanie jest dość długie, a – poza tym, że pomornik został uwolniony – nie dzieje się nic, o czym mogłabym powiedzieć, że było zajmujące. Owszem, są wzmianki o pewnych tajemniczych sprawach, ale nie zostały rozwinięte na tyle, by kazać mi niecierpliwie czekać na ciąg dalszy.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

– Pod­nieść go! – Po­le­cił ktoś przed nim… → – Pod­nieść go! – po­le­cił ktoś przed nim…

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

Ko­bie­ta”.- prze­mknę­ło przez myśl. → Tekstu napisanego kursywą nie ujmuje się w cudzysłów. Zbędna kropka i brak spacji przed dywizem, zamiast którego powinna być półpauza.

Albo: „Ko­bie­ta” prze­mknę­ło przez myśl. Albo: Ko­bie­ta – prze­mknę­ło przez myśl.

Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów.

 

Tak dawno nie wi­dział żad­nej, że za­ry­zy­ko­wał otwo­rzyć oczy. Świa­tło pa­li­ło i wi­dział je­dy­nie roz­ma­za­ne kształ­ty. → Czy to celowe powtórzenie?

Proponuję drugie zdanie: Świa­tło pa­li­ło i dojrzał/ zobaczył je­dy­nie roz­ma­za­ne kształ­ty.

 

po­ja­wi­ła się cierp­ko gorz­ka nuta roz­cza­ro­wa­nia. → …po­ja­wi­ła się cierp­ko-gorz­ka nuta roz­cza­ro­wa­nia.

 

– Skądskąd mam wie­dzieć, że mnie nie oszu­ku­jesz. → Brak spacji po wielokropku. Zdanie powinien kończyć pytajnik, nie kropka. – Skąd… skąd mam wie­dzieć, że mnie nie oszu­ku­jesz?

 

cierp­ko me­ta­licz­ny fetor od­ra­zy. → …cierp­ko-me­ta­licz­ny fetor od­ra­zy.

 

Wy­glą­da­ło na to, że na­czel­nik do­brze do­brze ją znał… → Dwa grzybki w barszczyku.

 

– A spróbuj go uszkodzić! – dodała chłodniej → Brak kropki po didaskaliach.

 

W chwi­lę póź­niej po­cią­gnię­to go do wyj­ścia. Chwi­lę póź­niej po­cią­gnię­to go do wyj­ścia.

 

Cien­ka stróż­ka śliny i krwi są­czy­ła się z ust. → Dlaczego z ust sączyła się cienka kobieta pilnująca śliny i krwi?

Pewnie miało być: Cien­ka struż­ka śliny i krwi są­czy­ła się z ust.

Sprawdź znaczenie słów stróżkastrużka.

 

Naj­go­rzej ucier­pia­ła głowa i żebra… → Piszesz o głowie i żebrach, więc: Naj­bardziej ucier­pia­ły głowa i żebra

 

Szpo­nia­sta dłoń za­ci­snę­ła się na szczu­plej ta­mu­jąc od­dech. → Literówka. Na czym szczupłym zatrzymała się dłoń?

 

ude­rzył go smród wła­sne­go zmal­tre­to­wa­ne­go ciała, poty, krwi i stra­chu… → Literówka.

 

Sto­czył się na pod­ło­gę, pusz­cza­jąc prze­ciw­ni­ka. → Już wiedział, że to kobieta, więc raczej: Sto­czył się na pod­ło­gę, pusz­cza­jąc prze­ciw­ni­czkę.

 

Kasz­ta­no­we pro­ste włosy zwią­za­ne wstąż­ką, przy­pró­szo­ne były lek­ki­mi pa­sem­ka­mi si­wi­zny. → Nie wydaje mi się, aby pasemka były tym, co może przyprószyć.

Proponuję: Kasz­ta­no­we pro­ste włosy zwią­za­ne wstąż­ką, przetykane były lek­ki­mi pa­sem­ka­mi si­wi­zny.

 

Nie wy­glą­da­ła na młodą dzier­lat­kę, na ma­tro­nę zresz­tą też nie. → Zbędne dookreślenie – dzierlatka jest młoda z definicji.

 

Po­mor­nik zro­bił ostroż­ny krok w kie­run­ku stołu, któ­rym stał dzban. → Pewnie miało być: Po­mor­nik zro­bił ostroż­ny krok w kie­run­ku stołu, na któ­rym stał dzban.

 

po­wie­dzia­ła szyb­ko, za­bie­ra­jąc ze sobą brud­ne ubra­nia… → …po­wie­dzia­ła szyb­ko, za­bie­ra­jąc ze sobą brud­ne ubra­nie

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

 

Pod­grzał chłod­ną wodę, z wy­sił­kiem sku­pia­jąc magię z oto­cze­nia, a potem roz­luź­nił. → Czy dobrze rozumiem, że najpierw podgrzał wodę, a potem ją rozluźnił?

A może miało być: Pod­grzał chłod­ną wodę, z wy­sił­kiem sku­pia­jąc magię z oto­cze­nia, a potem roz­luź­nił się.

 

O jej po­wro­cie uprze­dził go za­pach, a potem szczęk otwie­ra­ne­go zamka. Od drzwi do­tarł do niego za­pach doj­rza­łych brzo­skwiń i ro­so­łu. → Powtórzenie. Czy wszystkie zaimki są konieczne?

A może: O tym, że wróciła, uprzedził go zapach, a potem szczęk otwieranego zamka. Od drzwi poczuł woń doj­rza­łych brzo­skwiń i ro­so­łu.

 

Nie pa­mię­tał, kiedy jadł bu­lion z ma­ka­ro­nem albo ziem­nia­ka­mi. → Czy w tym świecie na pewno znano ziemniaki?

 

a jeśli już to ze szczególną ostrożnością, → Dlaczego zdanie kończy przecinek, a nie kropka?

 

– In­stynkt – I wpo­jo­ne przez lata batem, kijem i zim­nem od­ru­chy”. → Albo kursywa, albo cudzysłów. Jeśli zdecydujesz się na cudzysłów, spacja po jego otwarciu jest zbędna.

 

Jedz po­wo­li, żebyś się nie po­cho­ro­wał” – po­my­ślał kiedy, się­gnął po bułkę. → Zbędna półpauza przed myśleniem. Przed myśleniem nie stawia się półpauzy.

Winno być: „Jedz po­wo­li, żebyś się nie po­cho­ro­wał” – po­my­ślał, kiedy się­gnął po bułkę.

 

– Wszyst­ko do­brze? – za­py­ta­ła go, sia­da­jąc po dru­giej stro­nie stołu. → Czy zaimek jest konieczny? Wszak jest ich tylko dwoje.

 

– Więc co mo­żesz pa­mię­tać? – Na­ci­ska­ła, kiedy dłu­żej się nie od­zy­wał. → – Więc co mo­żesz pa­mię­tać? – na­ci­ska­ła, kiedy dłu­żej się nie od­zy­wał.

Pytała z naciskiem, więc didaskalia małą literą.

 

– Słyszałam o Morusie i Adelajdzie… – uśmiechnęła się ciepło. – …to piękna historia. → Po wtrąceniu nie stawia się kropki.

 

Prych­nął zi­ry­to­wa­ny i oparł plecy o mahoń za nim. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy mógł oprzeć plecy co coś, co byłoby przed nim?

A może: Prych­nął zi­ry­to­wa­ny i usiadł wygodniej na mahoniowym krześle.

 

prych­nął prze­ry­wa­jąc jej, by chwi­lę póź­niej za­brać się znowu za je­dze­nie… → …prych­nął, prze­ry­wa­jąc jej, by chwi­lę póź­niej za­brać się znowu do je­dze­nia

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

 

Po­czuł się tro­chę jak koń z klap­ka­mi na oczach i ukrad­kiem za­śmiał… → A może: Po­czuł się tro­chę jak koń z klap­ka­mi na oczach i ukrad­kiem za­śmiał się

 

Zyta po­dą­ża­ła przed i roz­glą­da­ła się nie­spo­koj­nie. → Przed kim/ czym podążała Zyta?

 

Wska­za­ła na po­bli­ski kram z chle­bem… → Wska­za­ła po­bli­ski kram z chle­bem

Wskazujemy coś, nie na coś.

 

mimo uda­wa­nej urazy za­bur­cza­ło mu w brzu­chu, a na myśl o je­dze­niu po­cie­kła mu ślin­ka. → Drugi zaimek jest zbędny.

 

Gówno tam ro­zu­miesz”po­my­ślał Gal­sal. → Albo kursywa, albo cudzysłów.

 

W chwi­lę póź­niej do po­ko­ju we­szła Zyta… → Chwi­lę póź­niej do po­ko­ju we­szła Zyta

 

Za­uwa­ży­ła, że szpe­rał w jej rze­czach,więc… → Brak spacji po przecinku.

 

Najważniejsze, że miałam pracę → Brak kropki na końcu zdania.

 

a skoro nie ma tomożna zro­bić z nim wszyst­ko. → Brak spacji po wielokropku.

 

– Bied­na mała istot­ka, która nie wy­cią­gnę­ła z życia lek­cji i nadal ufa dra­niom” po­my­ślał, po­pra­wia­jąc się w sio­dle. → Albo kursywa, albo cudzysłów.

 

Za­koń­czy­ła ru­mie­niąc się i moc­niej za­ci­ska­jąc dło­nie na lej­cach. → Lejce służą do powożenia zaprzęgiem, a Twoi bohaterowie jadą wierzchem, więc: Za­koń­czy­ła ru­mie­niąc się i moc­niej za­ci­ska­jąc dło­nie na wodzach.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gdy był spragniony, zlizywał wodę ze ścian, a potrzeby załatwiał w jednym miejscu, depcząc gołymi stopami we własnych odchodach.

Mówiąc, że srał w jednym miejscu sugerujesz, że celem nie łażenia w brei eksrementów. Z drugiej strony w jego studni to dość nieuniknione. Zrezygnowałbym z "jednego miejsca" bo przynajmniej dla mnie trochę to mylące. Może “srał pod siebie”?

Niespodziewanie usłyszał stukot obcasów – lecz nie było to walenie żołnierskich buciorów, a raczej delikatny stukot obcasów.

Może szpilek? ;-P

– Podnieść go! – Polecił ktoś przed nim, twardym i suchym głosem.

Z małej?

O ile wcześniej nie załatwią ich strażnicy, duża ilość pieniędzy kusi złodziei i morderców.

To bym podzielił na dwa zdania, albo jakimś myślnikiem przeciął w połowę… Przecinek mi tam jednak nie pasuje.

„– Jedz powoli, żebyś się nie pochorował” – pomyślał kiedy, sięgnął po bułkę.

Przecinek przed kiedy, nie za. No i myśli od myślnika? 

Jakby się tak zastanowić, smród końskiego łajna przylgnął również do jej dłoni.

Co takiego? ;-D Ja wiem, że to się później jako-tako wyjaśnia, ale jak to brzmi, ha!

– Po to, aby cię chronić – odparł, mentalnie wywracając oczami.

To znaczy, że lubił sobie wyobrażać, że robi kpiące minki, chociaż fizycznie udawał pomnik spiżowy?

– Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz.

pytajnik?

Może, kiedy tylko dostaniesz broń, zabijesz mnie i uciekniesz z pieniędzmi?

Cały czas się zastanawiam, czy w niej niepewność narosła po próbie duszenia, czy od początku wiedziała, że wkłada głowę w lwi pysk? Bo tekst skłania mnie do tej drugiej opcji. Konkluduję, że babka może i pachnie brzoskwinią, ale za cenę logiki…

– Naczelnik już wszystkim wypaplał, jaki zrobił interes, a ty wcale się nie targowałaś. Wszyscy opryszkowie w okolicy już wiedzą, że sypiesz groszem. A strażnicy też nie święci, wyczuli twoją słabość. Może nawet sam naczelnik upomni się o więcej.

Aż mnie nęcić zaczęła historia opryszka, najmowanego do tę parkę. To byłoby przyjemne opowiadanko :-)

Bo tam spoczniesz, jak już się z tobą zabawią. A ja zginę przez twoją głupotę.

No niby nie błąd, ale bardziej pasuje mi szczeźniesz, albo insze zdechniesz. Spocząć może ciało w grobie raczej, niż człowiek w wykrocie… To moje subiektywne rozumienie.

Popatrzył na truskawki przyozdobione słodką posypką w złocistym kręgu grubego ciasta. Z westchnieniem odgryzł gruby kęs.

Zapachy wnikały głęboko do zatok, niemal wżerały się w mózg, oczy łzawiły, a odór ciał był nie do zniesienia. To było bolesne przypomnienie, dlaczego powinien unikać ludzkich siedlisk.

Czepialski się zrobiłem :/ Ale smród raczej nie powinien mu przeszkadzać. Pozostawiłbym opis, ale nie jako jego myśli, tylko przedstawienie świata.

Podążył za kobieta do obskurnego pokoju, z rodzaju tych, do których był przyzwyczajony za dawnych czasów.

kobiet“ą”

– Przyniosę jedzenie – powiedziała szybko, niemal biegiem opuszczając pokój.

Wyczuł zapach niepokoju, jeszcze zanim zatrzasnęła za sobą drzwi.

– Często coś te posiłki – mruknął i rozejrzał się po pokoju.

Dziwnie to brzmi…

– Raczej szlachcic ożenił się z pieniędzmi mojej matki. Oraz moimi umiejętnościami z akademii, może myślał, że to dobra inwestycja, jak krowa, która daje mleko. Zadziwiające, że wtedy moje pochodzenie nikomu nie przeszkadzało

No to dobre jest… Znaczy wysoko ceniła swoje usługi, albo chłop miał ambicje alfonsa?

– O czym? – powiedziała cicho, i nachyliła się w jego stronę z ciekawością wypisaną na twarzy.

spytała?

Wściekłe morze, uderzające w klif i rozpryskujące fale na milion kropel, które potem uderzały w twarz.

 

No, wyłania się fabuła :-)

Nie do końca rozumiem pana pomornika. Albo inaczej: rozważa ucieczkę a więc nie czuje się przywiązany ani do kobiety, jej pieniędzy ani jakiejkolwiek umowy, której nie zawarli. Jest zaciekawiony może trochę. Ale wiem o tym z opisu. Mam wrażenie, że zachowaniem pomornik niezbyt to potwierdza, bo wywraca oczami raczej jak rozkapryszone dziecko skazane na rodziców, niż mężczyzna mający kobietę przysłowiowo mówiąc “gdzieś”.

 

Poprawione.

Nowa Fantastyka