1.
Na początku walczył.
Kiedy miał jeszcze siłę, krążył po ciemnej, okrągłej studni, do której został wrzucony i badał dłońmi wilgotne kamienie, nie wiedząc, jaka jest pora dnia. Czas ograniczył się do powolnego bicia serca, pory jedzenia i coraz dłuższych medytacji.
Otaczała go ciemność, miał wrażenie, że pożera jego duszę. Budził się w niej z dusznych koszmarów, przerażony, że nadal w nich tkwi. Wtedy krzyczał i rzucał się po ciasnej przestrzeni, aż poczuł ból.
Karmili go odpadkami dla świń, które z rzadka zrzucali przez kratę. Gdy był spragniony, zlizywał wodę ze ścian, a potrzeby załatwiał w jednym miejscu, depcząc gołymi stopami we własnych odchodach.
Najgorzej było uświadomić sobie, że nikt go nie szuka, nikomu na nim nie zależało. Wszyscy jego bracia zostali zabici. Przepadli i nikt o nich nie pamiętał.
Zawsze myślał, że umrze z bronią w ręku, rozszarpany przez potwora w ludzkiej skórze albo demona, a nie w ciemnej celi z głodu i we własnym gównie. Taka śmierć nie mieściła się w jego postrzeganiu świata.
Powoli wstał z klęczek, podparłszy się o ścianę i masował zdrętwiałe nogi. Niespodziewanie usłyszał stukot obcasów – lecz nie było to walenie żołnierskich buciorów, a raczej delikatny stukot obcasów. Szybki, nierówny krok, drobny, jakby spanikowany.
Spojrzał do góry, co przyprawiło go o zawrót głowy.
Ponad kratą bursztynowe światło rozproszyło mrok więziennego korytarza.
Przez moment węszył niczym pies. Poprzez odór niemytych ciał strażników wyczuł subtelniejszy zapach. Całe towarzystwo przeszło obok kraty kierując się do niedalekiego pokoju przesłuchań, który miał nieszczęście kilka razy odwiedzić. Drzwi trzasnęły, a on nasłuchiwał, pewny, że po krzyku pozna, kim jest nowy lokator więzienia. To była jedyna rozrywka jaką tu miał. Naprężył się wysilając słuch, jednak poza sporadycznymi niezrozumiałymi słowami, panowała cisza.
Głośne trzaśnięcie drzwiami sprawiło, że podskoczył. Po chwilowym zamieszaniu czterech strażników ruszyło w kierunku jego studni. Mógł obserwować z dołu ich sylwetki, słuchać cichych przekleństw, kiedy zatrzymali się nad kratą. Poświecono pochodnią by sprawdzić, czy więzień jeszcze żyje.
Zmrużył oczy i zasłonił je wychudłym przedramieniem.
Strażnicy chwycili ciężką kratę i jęli ją przesuwać z przeraźliwym zgrzytem, sapiąc przy tym i klnąc coraz głośniej. Potem coś upadło na dno, wydając metaliczny głośny brzęk.
– Załóż to łajzo! – powiedział młody głos, zapewne nowy strażnik. Sam ton wypowiedzi wystarczył, aby za nim nie przepadać.
Jeniec schylił się powoli, z jęknięciem i podniósł solidne kajdany.
W chwilę później zrzucono linową drabinkę, po której powoli zaczął się wspinać.
– Pośpiesz się mendo! – krzyknął ktoś z góry i splunął do studni.
Jeniec usłyszał szczęk kolejnych łańcuchów. Mozolna podróż do światła trwała długo. Przy każdym kroku próbował zapanować nad drżącymi z wysiłku mięśniami, mrużył oczy przed rażącym światłem, walczył z zawrotami głowy i kołyszącą się drabinką. W końcu wyczołgał się na zewnątrz, zaciskając powieki. Oczy piekły go od dawno niewidzianego blasku. Ktoś szarpnął i podniósł wychudłe ciało, czyjeś dłonie brutalnie założyły kolejne łańcuchy i spięły je wyćwiczonym ruchem.
Pomyślał, jak absurdalna jest ta sytuacja i zachichotał – choć szybki oddech przyprawił go o kaszel. Jakże dalekie od prawdy były w tym momencie wyobrażenia ludzi, którzy widzieli w pomornikach herosów o wręcz nieograniczonej sile i mocy magicznej. Miesiące wyczerpujących treningów i ocierające się o okrucieństwo metody szkolenia miały sprawić, że byli elitą – ale teraz nie dałby rady nawet skrzywdzić muchy. Jego moc do przenikania światów zanikła w zatęchłej celi a magia, nad którą kiedyś panował, wysączyła się powoli z jego żył – a może po prostu wsiąkła w gówno na podłodze.
Podniesiono go do pionu, nadal zanoszącego się szaleńczym chichotem.
Trzymany za ramiona zrobił może kilka kroków, tylko po by się potknąć. Chwilę szurał bosymi stopami po kamieniach, bezskutecznie próbując stanąć znów na nogach, lecz mężczyźni nie zwrócili na to uwagi i ciągnęli go brutalnie korytarzem niczym truchło upolowanego zwierzęcia. Otworzyli drzwi, do pokoju przesłuchań i bezceremonialnie wepchnęli, aż upadł na kamienie. Przez chwilę rzęził, nie mogąc złapać oddechu.
– Podnieść go! – Polecił ktoś przed nim, twardym i suchym głosem.
Światło raziło nawet przez zaciśnięte powieki. Zdał się na inne zmysły. To było jedyne co pozostało mu z nadludzkich mocy: wrażliwość, która tylko potęgowała jego cierpienie. Węch podszeptywał, że w pomieszczeniu jest nie tylko czterech cuchnących mężczyzn, ale jeszcze ktoś – kto, o dziwo, pachniał dojrzałymi brzoskwiniami. Kolejny absurd. Mimo bólu znów wykrzywił usta w próbie uśmiechu.
„Kobieta”.- przemknęło przez myśl. Tak dawno nie widział żadnej, że zaryzykował otworzyć oczy. Światło paliło i widział jedynie rozmazane kształty.
Tymczasem owłosione i spocone graby strażnika najpierw ustawiły go na kolanach, a potem szarpnęły głowę za włosy tak mocno, jakby miały oderwać ją od ciała.
Wciąż jeszcze otępiały z bólu, skupił się na zapachu kobiety, chcąc wchłonąć jak najwięcej. Aromat słodkich brzoskwiń stopniowo się ulatniał, a zamiast niego pojawiła się cierpko gorzka nuta rozczarowania.
– Myślałam, że będzie… inny. – Usłyszał niski ciepły głos, który z jakiegoś powodu kojarzył mu się z czarnym aksamitem.
– Co paniusiu, sądziłaś, że każdy łowca to Morus – burknął naczelnik, niezbyt zadowolony z uwagi.
– Podobno każdy z nich ma takie same włosy – zauważyła.
Mężczyzna prychnął.
– A ja jestem balwierzem, tak? Co przypudrować mu nosek? Czy może najpierw obetrzeć z gówna. Strażnicy zarechotali.
– Skąd…skąd mam wiedzieć, że mnie nie oszukujesz. – Jeśli na początku starała się udawać rezon, teraz straciła go do reszty.
– Przyszłaś w interesach, czy zawracać mi głowę? – Zapach naczelnika zmienił się. Mężczyzna był wściekły.
– Roy. Otwórz mu oczy – polecił zimno. – A paniusia podejdzie i patrzy.
Przez chwilę strażnicy i jeniec szamotali się, zanim siłą otworzono mu oko, niemal je wydłubując. Szelest sukni zdradził, że kobieta zbliża się, a wraz z nią nikły zapach współczucia. Słyszał, jak wstrzymuje oddech, żeby nie zaciągać się fetorem jaki wydzielał. Ciepły oddech na poszarpanym policzku sprawił, że zadrżał. Było w nim więcej zapachów, których nawet nie potrafił nazwać, jakby wciągnął w nozdrza powietrze znad rozpalonej słońcem łąki.
Kobieta złapała gwałtownie powietrze i wycofała się.
– Cuchnie – szepnęła. Nutka współczucia była aż nadto wyczuwalna. – A jego oznaczenie?
– Wypalone. – Naczelnik wskazał paskudną bliznę na ramieniu. – Bierzesz go, czy mam wrzucać do dziury?
Więzień wyczuł niepewność w zapachu kobiety. Strach, ale nie przed nim, a raczej przed mężczyznami w pokoju. Przez chwilę dyskretnie węszył, próbując namierzyć inny zapach perfum, co pozwoliło by mu domyśleć się, że nie przyszła sama.
Kobieta westchnęła ledwo słyszalnie, nadal nie będąc pewna.
– To ładny okaz. Ostatni. Drugiego nie będzie – dodał po chwili naczelnik.
Znowu westchnienie i jeniec był pewien, że trafi z powrotem do ciasnej cuchnącej celki, do końca nędznego życia wspominając zapach słodkich brzoskwiń. Będzie klęczał we własnym łajnie, wyobrażając sobie drżący oddech kobiety na twarzy i ciepło bijące od ciała. W myślach, przeklął wrażliwość, która płatała mu figle w najmniej stosownych chwilach.
– Roy, rozbierz go – powiedział naczelnik z irytacją w głosie.
– To nie jest konieczne – pisnęła kobieta.
– Niech paniusia wie, co bierze za te pięćset koron.
– Chcesz pięćset koron, za… to coś? Ledwo żywego trupa? Jak mogliście go tak… – Zabrakło jej słów. – I czy nie umawialiśmy się na czterysta?
– Może i ledwo żywy, ale za to z wielkim kutasem – w głosie naczelnika rozbrzmiała wesołość. – Ponoć są niezmordowani w łóżku. A o tobie, paniusiu, chodzą słuchy… – Zbliżył się do niej, a ona odsunęła o krok – …że odkąd straciłaś małżonka, marzniesz pod kocem.
Więzień usłyszał zrezygnowane jęknięcie kobiety i cierpko metaliczny fetor odrazy. Wyglądało na to, że naczelnik dobrze dobrze ją znał, a w dodatku wyczuł pieniądz.
– Czterysta dwadzieścia – powiedziała, starając się przywrócić głosowi stanowczy ton.
– Czterysta siedemdziesiąt. Jutro już nie będzie żadnego pomornika, a ja robię ci przysługę.
– Czterysta pięćdziesiąt, Ar. Jutro już nic na nim nie zarobisz, a przysługę robisz swojej kieszeni.
Naczelnik przez chwilę klął pod nosem, by w efekcie przystać na propozycję.
Z zapachu kobiety ustąpiła ostra nuta niepewności, a zastąpił ją przyjemny aromat zadowolenia. Jeniec zaczął podejrzewać, że kwota była poniżej ceny, jaką skłonna była zapłacić. Tylko dlaczego podejmowała takie ryzyko?
– Dobrze. Wymyj go i ubierz w coś, zanim przyprowadzisz do zajazdu. Wiesz, gdzie – powiedziała już spokojnie. – A spróbuj go uszkodzić! – dodała chłodniej
Naczelnik zbytnio nie przejął się groźbą.
– Za chłopaków nie ręczę. Tacy jak on sprawiają problemy w transporcie. Ale, może, za pięćset nie będzie uszkodzony – odparł absolutnie pewien, że tyle dostanie.
Zrezygnowane westchnienie tylko potwierdziło, że kobieta absolutnie nie umie się targować. Więzień za siebie nie dałby dziesięciu koron, a co dopiero taką kwotę.
Szybkie stuknięcia obcasów i powiew powietrza zdradziły mu, że kobieta zabiera się do wyjścia. Kiedy tylko drzwi zatrzasnęły się za nią, usłyszał głos naczelnika.
– Wygląda na to, że jeszcze pożyjesz, ścierwo. Szkoda, bo chłopaki miały z tobą zabawę na przesłuchaniach, prawda, Roy?
W chwilę później pociągnięto go do wyjścia.
Sam nie wiedział, czy ma się cieszyć z odroczenia wyroku śmierci, czy też szykować na coś gorszego. Do czego był potrzebny kobiecie? Do łoża, jak sugerował naczelnik, czy też może do walk na arenie? Jeśli miał walczyć jak pies, zadając śmierć innym, równie przerażonym istotom, to chyba wolał szybką egzekucję.
2
Ocknął się na drewnianej podłodze. Cienka stróżka śliny i krwi sączyła się z ust. Obolały i obity, wyciągniętą dłonią dotykał miękkiego dywanu. Roy i spółka nie dotrzymali obietnicy, a kobieta pewnie i tak musiała zapłacić tyle, ile żądano.
Najgorzej ucierpiała głowa i żebra, czuł pieczenie w potylicy, a przy każdym oddechu miał wrażenie, że wielki byk zgniata mu kopytem mostek.
Zapach bzu, intensywny i przesycony nektarem zupełnie nie pasował do jego stanu. Czyżby jeszcze śnił?
Przez zmrużone powieki zauważył, jak ktoś się nad nim pochyla. Na początku był to jedynie cień, ale potem z rozmazanej plamy wychwycił obraz dłoni, trzymających coś, co wyglądało jak powróz.
Szczupła sylwetka nachyliła się niżej…
Zebrał resztki sił i zaatakował. Ten kogo powalił, pisnął ze strachu, uderzywszy o podłogę. Poderwał się i przygniótł napastnika. Zapewne sprawił więcej bólu sobie niż przeciwnikowi, ale chociaż poczuł przypływ sił w żylastym ciele. Szponiasta dłoń zacisnęła się na szczuplej tamując oddech.
Dopiero teraz zauważył, że krtań, którą miał za chwilę zmiażdżyć, jest zaskakująco drobna i delikatna. Wierzgające, jak u spętanego źrebaka nogi, biły go po udach. Mokra szmatka opadła na jego rękę, uderzył go smród własnego zmaltretowanego ciała, poty, krwi i strachu, lecz w tle dominowała inna woń.
Znał ją z lochu. Subtelny zapach dojrzałych brzoskwiń, w który właśnie wkradła się ostra nuta przerażenia. Dopiero teraz uświadomił sobie, że dusi kobietę, która wyciągnęła go z więzienia. A ta walczyła coraz słabiej – ciepło oddechu, które oszołomiło wtedy jego zmysły właśnie gasło.
Stoczył się na podłogę, puszczając przeciwnika. Kiedy leżał na plecach, sam łapiąc oddech, przypomniał sobie wszystko, co wydarzyło się tego dnia – łącznie z olbrzymią kwotą wykupu i niepewnością co do intencji wybawicielki.
Kiedy tylko kobieta odzyskała oddech, uniosła się nieco. Odpychając nogami, szorując pośladkami po podłodze uciekła z zasięgu rąk więźnia, wybałuszając przy tym przerażone oczy.
Jeniec mógł się przyjrzeć drobnej twarzy, o wąskich ustach i zielonych tęczówkach. W kącikach oczu wykwitały już drobne zmarszczki, a skóra policzków straciła jędrność, choć nadal były całkiem kształtne. Kasztanowe proste włosy związane wstążką, przyprószone były lekkimi pasemkami siwizny. Nie wyglądała na młodą dzierlatkę, na matronę zresztą też nie.
Rozejrzał się po przyciemnionym pokoju z zasłoniętymi oknami. W rogu stała wanna i nawet z tej odległości wyczuwał gorącą parę i woń drogiego mydła. Spojrzał na swoje dłonie o wychudłych brudnych palcach i paznokciach przypominających szpony. Przedramiona wyglądały, jakby ktoś rozpiął pomarszczoną skórę na kościach i napiętych jak postronki ścięgnach. Skórę pokrywała warstwa brudu, zaschniętej krwi, potu i łoju, która w miejscu dotkniętym wilgotną szmatką rozlała się w czarną cuchnącą maź. I tak naprawdę nie chciał już wiedzieć, jak wygląda, bo z pewnością nie lepiej, niż się czuł.
Wystraszona kobieta siedziała skulona w kącie, masując gardło.
Ze stęknięciem podniósł się na nogi. Osobniczka pod ścianą skuliła się jeszcze bardziej. Już nie wytrzeszczała oczu, tylko przymknęła je, jakby czekając na cios. Poczuł od niej strach tak mocny, że odwrócił nos – choć zapewne to jego zapach powinien odstraszać.
Niepokój co do dalszego losu uderzył w niego ze zdwojoną siłą. Zdominował ją, lecz zapewne na chwilę. Mogła przecież zwrócić towar oprawcom, jeśli nie spełni jej wymagań. Ona tylko się rozczaruje i starci pięćset koron, on ryzykował życie. W myślach szukał rozwiązań zagadki.
Ostatnie dekady sprawiły, że potworów było coraz mniej. To z kolei wymusiło nowy trend: „ochronę osobliwości”. Każdy baron, lord, szlachetka chciał mieć w swojej kolekcji, żywą bestię trzymaną w klatce, więc i pomornicy musieli zmienić techniki. Nowa zasada brzmiała; przywieź, nie zabijaj. Zamiast przysporzyć łowcom szacunku, nowa moda tylko wzmogła nagonkę na pomorników.
– Dlaczego to zrobiłaś? – wychrypiał, obserwując ją uważnie. Wydawała się bezbronna, ale i tak był gotów odeprzeć niespodziewany atak.
Kobieta powoli otworzyła oczy, otarła łzę z policzka, a potem zerknęła na mokrą szmatkę.
– Chciałam tylko zmyć krew – szepnęła.
Pomornik zrobił ostrożny krok w kierunku stołu, którym stał dzban.
– Nie o to pytam. Dlaczego mnie wykupiłaś za tak wielką sumę?
Gardło miał suche, zupełnie odwykłe od mówienia, a dzban kusił. Pomornik miał cichą nadzieję, że jest w nim wino.
Podparł się dłonią o blat, a drugą ręką sięgnął po gliniane naczynie. Duszkiem wypił sporą część wody. To co nie trafiło do ust spływało po brodzie i wsiąkało w brudną koszulę, w którą ktoś łaskawie go ubrał. Nadal był boso i w wystrzępionych lnianych spodniach.
Zerknął na kobietę, która ostrożnie wstała. Ciągle wyczuwał od niej słabą nutkę strachu.
– Moja pani potrzebuje łowcy – odpowiedziała cicho i jeszcze raz potarła dłonią spuchnięte gardło.
Pomornik wywrócił oczami.
– Nie wydaje mi się, żeby była jakaś pani – zauważył. – Jesteś sama. Prawda?
– Skąd taki pomysł? – Zmrużyła oczy, wciąż wystraszona, ale w głosie zabrzmiało też niezadowolenie.
– Gdyby było inaczej, wezwałabyś pomoc… – głos odmówił mu posłuszeństwa, więc musiał przerwać swój wywód.
Za takie pieniądze, które za niego dała mógł udawać, że jest królową Pustkowi, jeśli tego chciała. Nie to było ważne: jakie mogła mieć kolejne oczekiwania wobec niego?
– W jakim celu? – wrócił do głównego tematu rozmowy.
– Celu?
Miał wrażenie, że albo nie sądziła, że będzie zadawał pytania – co wydawało się dość naiwne, albo działała zupełnie spontanicznie. Druga myśl była tak niedorzeczna, że szybko ją odepchnął.
– W jakim celu ta twoja p a n i… – celowo przeciągnął obserwując jej reakcję – …chce mnie wynająć? W takim stanie?
Tym razem podniosła głowę i zlustrowała go od stóp do głowy. Wprawdzie nadal czuł w jej woni ślad strachu, ale mina kobiety wskazywała raczej na litość. Rzeczywiście nie wyglądał najlepiej – może i przed chwilą prawie ją udusił, ale teraz słaniał się na nogach.
– No… wyjaśnię przy kolacji, jak już się umyjesz – zaproponowała.
Po miesiącach wysłuchiwania przekleństw i rechotu strażników nieśmiałość, którą dosłyszał w głosie i zauważył w spojrzeniu, była niespodziewanym i miłym doznaniem.
– Dobra. – Zrzucił koszulę, sycząc z bólu, kiedy odkleiła się od ran, i cisnął ją w kąt. Zaraz za nią poleciały spodnie. – To cię chyba nie krępuje, prawda? – zapytał, wyczuwając zapach zażenowania, a pod nim subtelną nutkę ciekawości.
– Nie, skądże. – W głosie wybrzmiało nieudolne kłamstwo. – Tyle że nalegałabym, aby przed pracodawczynią nie paradować nago.
– Oczywiście. Przed pracodawczynią – odparł z przekąsem i nie komentując dalej wszedł ostrożnie do wanny. Woda była już ledwie letnia i dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nie ma już niczego co blokowało jego magię.
– Pójdę może po coś do jedzenia – powiedziała szybko, zabierając ze sobą brudne ubrania i zostawiając mu trochę intymności.
– Naiwna – mruknął, kiedy drzwi do pokoju się zamknęły.
Podgrzał chłodną wodę, z wysiłkiem skupiając magię z otoczenia, a potem rozluźnił.
Mógł mieć przytępiony instynkt i zmysły, ale rad Kushimy szepczącego wciąż do ucha, zawsze słuchał.
Miał więc zamiar czekać, odpocząć, nabrać sił, a potem uciec. O ile wcześniej nie załatwią ich strażnicy, duża ilość pieniędzy kusi złodziei i morderców.
Dobrze byłoby odzyskać broń albo zdobyć nową i oczywiście, co było sprawą priorytetową, znaleźć jakieś portki i koszulinę.
Zerknął na poranione palce i połamane, brudne pazury. Pomacał się po zarośniętej szczęce i długiej brodzie, z łatwością wyobrażając sobie, że wygląda podobnie jak potwór, na które dotąd polował. Nie oczekiwał wcale, że po umyciu się, ogoleniu i rozczesaniu sklejonych kudłów będzie znacząco lepiej, ale przynajmniej chciał cieszyć się choć chwilę czystością – kto wiedział, co go czeka później?
Zanurzył się głębiej w mętnej wodzie z niskim jękiem przyjemności. Czuł jak napięcie mięśni się zmniejsza i czekał, aż zaschnięty brud nieco się rozpuści zanim zacznie szorować ciało.
Jego myśli wróciły do tajemniczej kobiety, która go wykupiła. Wszystko było tak nierealne, zdawać by się mogło: dobry sen. Może tak naprawdę umierał w ciemnym, mokrym lochu, a własny mózg płatał mu takie figle aby pomóc spokojnie odejść?
Tak z pewnością było, bo niby po co bogata dama miała ratować łotra i drania, jak dotąd nie wysuwając żądań?
O jej powrocie uprzedził go zapach, a potem szczęk otwieranego zamka. Od drzwi dotarł do niego zapach dojrzałych brzoskwiń i rosołu.
Natychmiast zaburczało mu w brzuchu. Nie pamiętał, kiedy jadł bulion z makaronem albo ziemniakami. Cokolwiek, co nie było zgniłe czy zepsute.
Poprawił ręcznik zsuwający się z bioder i udając, że jej nie słyszy, przyglądał się tandetnemu obrazowi.
– Och… – zdziwiła się, przechodząc przez próg. – Jesteś jeszcze.
– A gdzie miałbym być? – Odwrócił się powoli.
Wyglądała trochę inaczej – jakby twarz nabrała kolorytu, a zmarszczki się wygładziły.
Wzruszyła ramionami. Niemal słyszał jej myśli, a mimika twarzy, nad którą zupełnie nie panowała tylko to ułatwiała.
– Miałbym uciekać nago? – zapytał niewinnie, przeczesując krótkie czarne włosy, obcięte byle jak nożem.
Przez chwilę przyglądała się wystrzępionej czuprynie i bladym pozacinanym policzkom.
– Tam są ubrania – powiedziała wreszcie, wskazując głową fotel.
Powoli podeszła z tacą do stołu, odwracając się do niego plecami.
Wyczuwał w niej niepewność, trochę strachu i dużą ilość rosołu. Ostatni zapach ewidentnie dochodził od strony twarzy. Być może to jakaś moda, nakazująca przemywać twarz rosołem dla zachowania jędrności skóry? Któż mógł zrozumieć damy i ich obsesję przedłużeniem młodości?
Naciągnął spodnie z miękkiego materiału, przyglądając się, jak rozkłada zastawę.
– Dlaczego mnie zaatakowałeś? – zapytała powoli, nieznacznie odwracając się w jego stronę. Z tej perspektywy mógł zauważyć wybrzuszenie na wysokości klatki – trochę zbyt płaskie i nie pasujące do budowy ciała. Zapewne ściskała biust taśmą, żeby był mniej widoczny.
Zastanowił się, jak wyjaśnić komuś, że nie powinno się podchodzić do omdlałego po walce łowcy, a jeśli już to ze szczególną ostrożnością,
– Instynkt – „ I wpojone przez lata batem, kijem i zimnem odruchy”.
Skinęła głową, na znak, że przyjmuje takie wyjaśnienie.
– Chodź zjeść. – Odsunęła krzesło, a kiedy usiadł, podsunęła mu talerz nachylając się nad stołem. Mógł teraz spojrzeć w jej oczy, duże, szmaragdowe, nakrapiane brązem i żółcią, tak znajome. Nie potrafił ich jednak umieścić w miejscu i czasie.
„– Jedz powoli, żebyś się nie pochorował” – pomyślał kiedy, sięgnął po bułkę. Kushim zawsze upominał ich w ten sposób, kiedy wracali niedożywieni do twierdzy. To było tyle lat temu. Teraz sam był w wieku Kushima.
Prychnął.
– Wszystko dobrze? – zapytała go, siadając po drugiej stronie stołu.
Mężczyzna wciąż był czujny i gotowy do walki, ale ochrypłe „Tak”, opuściło jego usta.
– Czy pamiętasz coś sprzed pobytu w więzieniu? Jakieś daty? Wydarzenia? Żebym miała jakiś punkt odniesienia…
– Do czego?
Wzruszyła ramionami niepewnie.
– Tak po prostu.
Pamiętał wiele rzeczy, ale nie chciał o nich rozmawiać. W ogóle nie chciał mówić.
– Więc co możesz pamiętać? – Naciskała, kiedy dłużej się nie odzywał. Westchnęła przeciągle przyglądając się, jak je małymi kęsami. – Może swoje imię?
– Skąd pomysł, że go zapomniałem? – wychrypiał i sięgnął po rozcieńczone wino.
W półmroku pokoju nie było widać, jak kobieta się czerwieni.
– Ja jestem… – W jej głosie usłyszał niepewność i niemal namacalną obawę. – Zyta Mawft de Alrt z domu Urs. Z siódmego w Kątach.
– Galsal z Twierdzy Noży.
– Słyszałam o Morusie i Adelajdzie… – uśmiechnęła się ciepło. – …to piękna historia.
Prychnął zirytowany i oparł plecy o mahoń za nim.
– Wiesz jaki naprawdę był jej finał? – zapytał chłodno. Potrząsnęła głową pocierając policzek. – Morus skończył na haku, a Adela przykuta do łóżka. Nieświadoma niczego.
– Podania mówią, że osiedlili się…
– Podania – prychnął przerywając jej, by w chwilę później zabrać się znowu za jedzenie, jakby niepewność dziewczyny nic dla niego nie znaczyła.
– Mam coś dla ciebie – powiedziała po dłuższej chwili ciszy. – Musisz na nowo przyzwyczaić się do światła. Żeby nie poraziło cię słońce, szkła są w ciemnym kolorze. – Przesunęła w jego stronę przedmiot.
Zerknął na okulary. Problem zauważył dopiero po przymierzeniu – osłonięte skórą boki były całkowicie szczelne, więc mógł patrzeć tylko do przodu. Poczuł się trochę jak koń z klapkami na oczach i ukradkiem zaśmiał – czy była to aluzja, że ma podążać posłusznie za swoją panią?
3
Jeszcze tego samego dnia Galsal szedł błotnistą ulicą omijając mętne kałuże. Zyta podążała przed i rozglądała się niespokojnie.
Dwupiętrowe, drewniane domy, podmurowane na wysokość człowieka, zacieniały wąskie uliczki.
Mężczyzna westchnął i zrównał się z nią przy wejściu do sklepiku z ubraniami, gdzie znalazł odpowiednie skórzane spodnie i buty. Nawet kurtkę podobną do tej, którą miał dawno temu. Jego towarzyszka bez szemrania zapłaciła wysoką kwotę. Kiedy otworzyła sakiewkę, poczuł nikły kwaśny odór – zapewne wyczuwalny tylko dla niego. Jakby się tak zastanowić, smród końskiego łajna przylgnął również do jej dłoni.
Zyta przyjrzała się jego sylwetce i kiwnęła głową z zadowoleniem.
– Jeszcze coś? – zapytała, kiedy wyszli z dusznego sklepu.
– Broń – odparł, poprawiając okulary.
– No tak – mruknęła niepewnie. – Tylko, że… Czy ty aby… – jąkała się, jakby nie potrafiła sprecyzować, o co jej chodzi.
– Po to, aby cię chronić – odparł, mentalnie wywracając oczami.
Opowiadał bzdury żeby ją przekonać. Dopóki miał słabe ciało, potrzebował broni, aby nie czuć się tak nago i bezbronnie. Aby móc odejść, kiedy zajdzie potrzeba.
– Skąd mam wiedzieć, że nie kłamiesz. Może, kiedy tylko dostaniesz broń, zabijesz mnie i uciekniesz z pieniędzmi?
– Słuszna uwaga – zgodził się, podążając za nią w węższą uliczkę. – Co może mnie przed tym powstrzymać? Prawda?
– Prawd jest wiele! – Niespodziewanie zmieniła ton, zaszła mu drogę i stanęła. – Jedną z nich jest polowanie na zmutowane stwory i tresowanie. Umieszczanie ich w „domach osobliwości”, gdzie każdy za odpowiednią opłatą może pooglądać, jak siedzą w klatkach, dotknąć… może nawet wykorzystać – to ostatnie powiedziała z odrazą. – Taką prawdę chcesz?
Stała na środku ulicy, dźgając go palcem w pierś i zadzierając głowę. Była wściekła i zasmucona, a Galsal zastanawiał się, jak to możliwe, by oba uczucia były naraz w jednej osobie w tym samym czasie.
– Znam twoje oczy – mruknął łapiąc jej palce w swoją dużą rękę, żeby w końcu przestała go szturchać co było wielce denerwujące.
– Nie kupię ci broni. Nie podlizuj się – prychnęła zirytowana. – Chyba zapatrzyłeś się w moje pieniądze.
– Kiedyś się skończą, a wtedy pozostanie tylko stal.
– Nie przekonasz mnie. – Wyrwała dłoń z uścisku. Odwróciła się, mamrocząc pod nosem przekleństwa i szybko ruszając przed siebie, jakby miała zamiar uciec.
Z ledwością ją dogonił.
– Poczekaj – wysapał. Przed oczami latały mu mroczki, a nogi uginały się z wysiłku. Zaklął pod nosem – on, który wcześniej potrafił pół dnia biec tropem potwora, teraz ledwo nadążał za kobietą.
– Spójrz na siebie! – wrzasnęła zirytowana. – Sam widzisz jak jesteś słaby! Dam ci miecz dwuręczny, to się przewrócisz pod jego ciężarem.
Galsal tylko mruknął i pokręcił głową, kiedy usłyszał jej słowa. Jakby nie wiedziała, że główną bronią łowców jest kostur. Dlaczego w takim razie szukała właśnie łowcy?
– Naczelnik już wszystkim wypaplał, jaki zrobił interes, a ty wcale się nie targowałaś. Wszyscy opryszkowie w okolicy już wiedzą, że sypiesz groszem. A strażnicy też nie święci, wyczuli twoją słabość. Może nawet sam naczelnik upomni się o więcej.
– Ja i moja pani jesteśmy tu znane. Nikt się nie ośmieli…
– Przestań już z tą panią. Oboje wiemy, że jej nie ma. Tu może cię znają, w krzakach za miastem już nie. Bo tam spoczniesz, jak już się z tobą zabawią. A ja zginę przez twoją głupotę. Tylko dlatego, że poskąpiłaś na broń.
Wzruszyła ramionami, zagryzając wargę.
– Jesteś głodny? – Wskazała na pobliski kram z chlebem i słodkimi bułeczkami.
– Zmieniasz temat, bo nie chcesz rozmawiać – zauważył.
Zyta tylko uśmiechnęła się półgębkiem i wzruszyła ramionami.
– Wezmę z truskawkami, bo sezon się kończy – szepnęła.
– I co, niby mam udławić bandytę bułeczką? Czy wbić mu to w tyłek?
Mężczyzna wywrócił oczami, kiedy mimo udawanej urazy zaburczało mu w brzuchu, a na myśl o jedzeniu pociekła mu ślinka. Wcisnęła mu w rękę drożdżówkę, a w swoją wgryzła się drapieżnością lisicy.
– Myślę, że rozumiem co czujesz – powiedziała z pełnymi ustami. – Ale przemoc nie zawsze jest rozwiązaniem.
„Gówno tam rozumiesz” – pomyślał Galsal. Popatrzył na truskawki przyozdobione słodką posypką w złocistym kręgu grubego ciasta. Z westchnieniem odgryzł gruby kęs. Drożdżówka była pyszna. Nie pamiętał, kiedy jadł coś tak dobrego.
– Jutro z rana, o ile dasz radę, wyjedziemy z miasta. – Machnęła ręką, ruszając przez tłum. Idąc za nią mężczyzna zauważył błysk grubego, ozdobnego łańcucha na jej szyi. Przedmiot ledwie wystawał spod kołnierzyka – dlaczego w takim razie go nosiła?
Bez względu na to co mówiła, kiedy po nich przyjdą, nie zamierzał czekać na rozwój wydarzeń. Zwłaszcza, że bez protektorki mógł trafić z powrotem do tej cuchnącej dziury. Mimo słabości był gotowy by zabrać ze sobą paru drani na tamten świat. Gdyby nie trafiła mu się taka pańcia pacyfistka…
Przeciskali się przez cuchnący, kolorowy tłum. Zapachy wnikały głęboko do zatok, niemal wżerały się w mózg, oczy łzawiły, a odór ciał był nie do zniesienia. To było bolesne przypomnienie, dlaczego powinien unikać ludzkich siedlisk.
Galsal choć wychudzony i tak górował nad wszystkimi, a jego towarzyszka przepychała się łokciami, prowadząc ich w kierunku gorszej dzielnicy.
Zatrzymali się pod „Niebieską Świnią”, gdzie, jak oświadczyła mieli, pokój.
Mężczyzna popatrzył na nią z politowaniem, kiedy tłumaczyła, że tamten apartament, w którym się obudził wynajęła tylko dla zmylenia przeciwnika. W głębi duszy stwierdził, że to najgłupszy plan, o którym słyszał w ostatnich latach. Zbyt dobrze wiedział, że bandyci bardzo szybko ich znajdą, a tym bardziej w tak paskudnym miejscu, gdzie wieści rozchodzą się lotem błyskawicy. Nie musieli to być znajomi Ara – okazja czyniła złodzieja.
Podążył za kobieta do obskurnego pokoju, z rodzaju tych, do których był przyzwyczajony za dawnych czasów.
Pościel była nieświeża, zapewne po kilku lub kilkunastu klientach. Słyszał robactwo poruszające się w materacu, a sam pokój wymagał przewietrzenia, co też Zyta natychmiast po wejściu zrobiła. W kątach oprócz śmieci, były też sterty rzeczy przykryte materiałem.
– Jeść.
Usłyszał słaby pisk i nie zajęło mu dużo czasu zlokalizowanie źródła. Dochodził od jego towarzyszki, która wyglądała na spiętą.
– Przyniosę jedzenie – powiedziała szybko, niemal biegiem opuszczając pokój.
Wyczuł zapach niepokoju, jeszcze zanim zatrzasnęła za sobą drzwi.
– Często coś te posiłki – mruknął i rozejrzał się po pokoju. W pierwszej kolejności zajrzał pod materiał w rogu pomieszczenia. Były tam dwa porządne siodła. Pokręcił głową z niedowierzaniem – jak można zostawić tak dobre rzeczy w miejscu, gdzie właściciele mają zwyczaj przetrzepywać bagaż klientów? Może liczyła na to, że są zbyt ciężkie, by je ukradkiem wynieść, jednak inwencja miejscowych złodziejaszków nie miała ograniczeń.
Pod jednym z łóżek znalazł tajemniczą skrzyneczkę i długi pakunek. Wysunął obie rzeczy najpierw zaglądając do pudełka. Znajdowały się w nim małe fiolki, różnobarwne buteleczki. Odkorkował jedną. Intensywny zapach lawendy i fiołków uderzył w nozdrza, niemal zwalając na podłogę. Szybko zatkał flakonik i włożył do przegródki. W drugim był słodki aromat piwonii oraz róż.
Zamknął całe pudełko i schował pod łóżko. Wyglądało na to, że jego wybawicielka tworzyła perfumy damskie. I zapewne sporo na tym zarabiała.
Niespodziewanie przyszła mu do głowy nieco absurdalna myśl: może cały ten cyrk był po to, aby Galsal służył jej jako tester zapachów? Istotnie, węch pomorników mógł równać się tylko z psim lub szczurzym, ale żadne z tych zwierząt nie mogło ocenić zapachu, ani reakcji jakie wywołuje. Gdyby tak rzeczywiście było, mógłby odetchnąć z ulgą – może po raz ostatni pełną piersią, zanim eteryczne olejki i ciężkie, korzenne aromaty oblepią mu krtań i płuca. Uśmiechnął się: byłaby to najbardziej słodka i zmysłowa śmierć, jakiej mógł doznać pomornik.
Rozsupłał kilka sznurków z długiego pakunku.
Ogarnęła go radość, kiedy wyczuł pod palcami znajome kształty. Odsunął wełniany materiał i jego oczom ukazał się proste, czarne jak heban, drewno, gdzieniegdzie przewiązane kolorowymi sznurkami z nanizanymi na nie koralikami. Czarne piórka, zwisały luźno. Sam kostur wyglądał znajomo, ale nie należał do niego. Kim był tamten pomornik? Jak broń trafiła w ręce kobiety? Radość z odnalezienia przedmiotu szybko zmieniła się w niepokój.
Usłyszawszy kroki na schodach szybko owinął broń i wsunął pod łóżko.
W chwilę później do pokoju weszła Zyta niosąc dużą tacę, na której znajdowała się waza z rosołem, dwa talerze z gulaszem, a do tego pół bochenka chleba i dwa kufle piwa. Jej twarz wyrażała zaskoczenie, jakby nie spodziewała się, że zastanie tu jeszcze Galsala.
Ostrożnie ustawiła to wszystko na wąskiej ławce, niepewnie przyglądając się mężczyźnie, który zdjął przyciemniane okulary i położył je obok jedzenia.
– Dlaczego to robisz? – zapytał, kiedy rozkładała półmiski.
– Bo jesteś głodny? – Przeciągła współczującym, acz niepozbawionym ciekawości spojrzeniem po wychudłej sylwetce pomornika. – I chcę żebyś był w dobrej formie.
Galsal pokręcił głową, Nie mógł uwierzyć jej intencjom, a jednak głos i mowa ciała nie kłamały, przynajmniej w tej chwili. Nie zadawał więcej pytań. W myśli podejrzewał, że skoro chce, aby wrócił do dawnej formy, zapewne ma dla niego jakieś zadanie, mniej przyjemne niż wąchanie perfum. Zbyt długo żył na tym świecie, żeby wierzyć w bezinteresowną dobroć – szczególnie, że kobieta zapłaciła wysoką cenę, przynajmniej w złocie.
Póki co napełnił brzuch jedzeniem i dobrym piwem.
*************
W nocy obudził go dziwny głos. Przez moment nasłuchiwał
– Jeść. – Zza przeżartego przez mole koca, który na prośbę kobiety właściciele powiesili jako rozdzielenie połówek ich skromnej izby, dobiegł słaby szept.
Ostrożnie wstał, podszedł po cichu i zajrzał za przegrodę.
Osoba na posłaniu spała. Długa zgrabna noga wystawała kusząco spod koca. Mężczyzna przełknął ślinę przyglądając się kształtom pod cienkim przykryciem. Odruchowo wciągnął zapach w nozdrza. Od momentu odkrycia buteleczek zastanawiał się, czy woń brzoskwiń to naturalny zapach skóry kobiety, czy też może efekt kąpieli lub nacierania ciała? Teraz kiedy spała, poczuł aromat jeszcze wyraźniej, a w wyobraźni zobaczył dojrzałe owoce, skąpane w słońcu. Na chwilę zamknął oczy, a kiedy je otworzył, jego spojrzenie padło na dwie wypukłości, które napinały tkaninę i unosiły się w rytm oddechu. Teraz nie wydawały się wcale płaskie i również wzbudzały skojarzenie z kształtnymi owocami. Poczuł, że intensywne wrażenia pobudziły nie tylko oczy i węch ale także, inną część jego ciała.
– Jeść – jęk, bynajmniej nie zmysłowy, brutalnie wyrwał go z przyjemnych doznań. Przy twarzy częściowo zasłoniętej włosami, zwisał kawał szarej skóry. Widok był tak groteskowy, że podniecenie uszło z ciała łowcy równie szybko, jak się pojawiło.
Kawał szarej skóry, ledwie przyczepiony do głowy zwisał na krawędzi łoża. Po kolejnym rozpaczliwym błaganiu odpadł i z mokrym pacnięciem wylądował na podłodze.
Galsal ostrożnie podszedł bliżej i dotknął zwiniętej skóry końcem palca. Była miękka, w dotyku o konsystencji wpół stężałej galarety.
– Jeść – błagała.
Galsal uniósł w palcach przedmiot, który miał wycięte otwory na oczy i z grubsza wyglądał jak maska. Przypomniał sobie zapach towarzyszący kobiecie, podszedł do wazy z nieco już skwaśniałą zupą i wrzucił do niej przedmiot. Przez chwilę musiał słuchając obrzydliwego siorbania i mlaskania.
Odetchnął głęboko, pokręcił głową z niedowierzaniem i wrócił za przepierzenie aby przyjrzeć się kobiecie.
Wąskie usta, mały zadarty nos, wystające kości policzkowe. Rysy aż nadto znajome. Ale skąd, nie potrafił sobie przypomnieć. Przeniósł wzrok z twarzy na szczupłą szyję, którą mógłby objąć jedną ręką i gruby łańcuch, widoczny na niej. Tam gdzie rozcięcie koszuli się kończyło, na mlecznobiałej piersi oparty był medalik ze stali, a na nim wykuty symbol jarzący się teraz lekko w świetle księżyca.
Galsal cofnął się o krok, zamarł i poczuł, jak bicie serca zwalnia. Wszędzie i o każdej porze rozpoznałby znak Kushima.
4
Pierwszą myślą Galsala było obudzić kobietę i wycisnąć z niej odpowiedź. Jednak im dłużej się nad tym zastanawiał, tym gorszy wydawał mu się ten pomysł. Medalion mógł być wyrazem fascynacji pomornikami, być może on sam miał stać się elementem osobliwej kolekcji. Ozdobę mogła kupić lub dostać od kogoś. Podejrzewał, że jeśli tylko ktoś dobrze się postarał, mógł znaleźć rzeczy należące do pomorników u handlarzy lub nakłonić ich, by takich dla niego szukali.
Interesowała go również maska. Wyglądała na skórę zmiennokształtnego mimika ale w jakiś sposób zaklętą, by pozostawała przy życiu i się odżywiała. Nigdy wcześniej nie widział czegoś takiego.
Myśli pędziły w umyśle nie pozwalając znowu zasnąć. Przewracał się z boku na bok, starając odpędzić majaki. Wrażenie, że to wszystko jest snem, że obudzi się w zimnej, cuchnącej studni.
Nad ranem, kiedy kobieta otworzyła oczy już czekał trzymając maskę blisko siebie.
Wyszła zza przepierzenia powoli, koszula sięgała kolana, a rozcięcie dekoltu trzymała dłonią.
– Tak myślałam, że pewnie sam się zorientujesz, ale wolałabym później niż teraz – powiedziała siadając naprzeciwko. Odwróciła głowę, aby nie patrzeć na niego, jakby przyłapana na oszukiwaniu. Jedna maska opadła, ale pozostało ich jeszcze tak wiele nakładających się na siebie, tworzących grubą warstwę chroniącą przed zranieniem. Nigdy nie ujawniać prawdziwej siebie, to pierwsze, czego nauczyło ją życie.
– Może trzeba było częściej ją karmić. – Wskazał ruchem głowy magiczny przedmiot i wyszczerzył się wilczo.
Przez chwilę przyglądała się zbyt długim i ostrym kłom.
– Całkiem możliwe. – Sięgnęła po maskę, na co pozwolił. Założyła, a rysy wygładziły się, przybierając znajomą mu już formę. – To niebezpieczna rzecz. – Wskazała swoją twarz, uśmiechając się smutno.
Coś w umyśle Galsala kliknęło.
– Opowiedz mi coś o niej.
– Świńska wątroba i kilka kropel krwi mimika – powiedziała cicho. – Kiedy mój znajomy zdobył już tytuł mistrzowski, podjął pracę w laboratorium. Potrzebował pomocnika, więc…
Chrząknęła niewyraźnie, wyłamując palce. Niepewnie zerkała na niego. Musiała być ostrożna, z trudem przychodziło jej zaufanie komuś. W ogóle dziwiła się, że pomornik jeszcze tu był. Zauważyła, że szperał w jej rzeczach,więc pewnie znalazł już kostur. Obawiała się, że teraz ucieczka to tylko kwestia czasu. Nikt nie zostawał dłużej. Do tego była przyzwyczajona.
– Chcieliśmy zapobiec chorobom nerwów, a wyszło nam to – ciągnęła po chwili. – Kilka dni po ukończeniu prac ktoś zabił Remusa, splądrował laboratorium. Na szczęście nie udało im się zdobyć dziennika i maski.
Pokiwał głową ze zrozumieniem. Wojsko, szpiedzy, gangusy, każdy kto pragnie władzy chciałby takie cudo. Nie zawahaliby się przed zbrodnią, więc skrytość Zyty zaczynała mieć uzasadnienie.
– Myślisz, że nadal jej szukają? Wiesz chociaż kto to był?
Zaprzeczyła smutno, wpatrując się we własne dłonie.
– Nie. Nie mam pojęcia – odparła cicho.
– Skąd miałaś krew? – kontynuował przesłuchanie.
Na moment się zawahała.
– Od Remusa, był mimikiem – szepnęła.
Galsal skinął głową, przetwarzając informacje. Jeszcze nie skończył, bo chciał rozwiązać również zagadkę grubego łańcucha na jej szyi.
– Co z nim. – Wskazał na ciężki medalion. – Skąd go masz?
Zacisnęła dłoń na prostym wzorze.
– Dostałam od mamy. Nigdy nie powiedziała, skąd go ma. To był jej jedyny skarb – pociągnęła nosem, próbując zatamować cisnące się do oczu łzy.
– A co z twoją mamą?
– Pracowała jako… na ulicy czerwonych latarni – głos jej się załamał. Mimo to mówiła dalej. – Najpierw na dom, a potem na moje studia. Nawet nie wiem, kto jest moim ojcem. Nie wiem, też kto dał jej tę ozdobę. To jedyna pamiątka, którą po niej mam. – Wytarła łzy wierzchem dłoni.
Wyczuł rozpacz i żałość w jej głosie, słony zapach łez szklących się w oczach.
Przyjął to wytłumaczenie. Słyszał raczej zakłopotanie niż fałsz, a w zapachu wyczuwał wprawdzie napięcie, ale nie był to strach kłamcy. Może nie warto rozdrapywać ran? Zresztą to już stare dzieje. Kushim, Irhor, Morus… wszyscy byli martwi. Został tylko on, chyba tylko po to, aby pogrzebać pamięć o pomornikach.
Poranne słońce przebijało się przez brudne szyby i raziło go w oczy, więc założył przyciemnione okulary i powoli wstał.
– Ubierz się, a ja zrobię śniadanie. – Zatrzymał się na moment w drzwiach i obrócił w jej stronę. Siedziała zmartwiona, z nogami podwiniętymi pod siebie i obejmowała się ramionami. – Może przybrać tylko jedną twarz?
Zyta uniosła głowę zaskoczona. Nie bardzo rozumiała o co mu chodzi.
– Maska. Możesz wyglądać jak ktoś inny? – sprecyzował.
Skinęła głową.
– Mogę. Ale to zmienia tylko twarz, nie resztę ciała.
– Bezpieczniej byłoby, gdybyś podróżowała jako mężczyzna. Mniej ataków, mniej presji i rzucania się w oczy. Ale z tym… – wskazał jej kształtne piersi – będzie problem. Trzeba przyznać, całkiem zgrabne! – rzucił na koniec, sam nie wiedząc, czemu.
Zarumieniła się.
W głębi duszy pomyślał, że kiedy je obwiązywała było mu łatwiej. Kobieta nie kusiła go aż tak bardzo, jak teraz. Dopiero kiedy zobaczył ją w świetle dnia w cienkiej koszuli, zdał sobie sprawę, że nie tylko piersi mu się podobały: talia, biodra, nawet łydki przyciągały spojrzenie.
Pokręcił głową. Mógłby teraz wyjść i już nie wrócić. Wątpił, aby go oszukała. Dlaczego w takim razie wciąż był przy niej?
***************
Przed południem opuścili mury miasta i skierowali się na południe.
Galsal odetchnął ze spokojem, tak samo jak jego milcząca pani.
Powietrze było rześkie, a słońce zakryte kłębiastymi chmurami. Od wschodu wiało chłodem, aż przechodził ich dreszcz, kiedy podmuchy wdzierały się pod ubrania. Mimo tego pomornik z lubością wciągał każdy świeży zapach w pierś. Nie sądził, że kiedykolwiek będzie zachwycał się trelami ptaków i paletą barw w otoczeniu – on łowca potworów. Najwidoczniej wygłodzenie zmysłów pobytem w studni czyniło cuda.
Co chwilę jednak zerkał na przytroczony do siodła Zyty pakunek z kosturem. Uwagę zwróciły również dwa krótkie miecze motylkowe. Kobieta nie wyglądała na kogoś, kto potrafi się nimi posługiwać, a wcześniej wzbraniała się przed zakupem broni. Czyżby zmieniła zdanie? Postanowił jednak zaczekać, aż sama mu to wyjaśni. Na razie tylko miał broń na oku.
Nadal nie wiedział, dokąd go zabiera, ale jakoś nie miał ochoty pytać. Podejrzewał, że podążają do jej posiadłości, choć przeczucie mówiło mu, że równie dobrze może to być jakaś zatęchła dziura. Przeczuwał, że brak informacji zemści się na nim.
Kiedy niespodziewanie zatrzymała konia i zaczęła skrupulatnie zbierać końskie łajno niewielką łopatką do ozdobnego woreczka, oczy otworzyły mu się tak szeroko, jakby zobaczył na trakcie potwora.
– Nie miej takiej zdziwionej miny – uśmiechnęła się, zawiązując satynową torebeczkę. – Wszystko wyjaśnię w stosownym czasie.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
– Nie jest bezpiecznie podróżować z taką ilością złota i magicznymi przedmiotami. Szczególnie, jeśli jest się samotną kobietą.
– Nie byłam sama, jak po ciebie jechałam. – Wsiadła na konia powoli i niezgrabnie, jakby rzadko to robiła. – Zanim wyszłam za mąż, uczyłam się w akademii, a potem przez moment tam pracowałam.
Jechali teraz strzemię w strzemię.
– Podejrzewam, że nie jako wykładowca. Zazwyczaj nie dają kobietom profesury – drążył.
– Nie – odparła cicho, zaciskając usta w wąską linie. – Jako sprzątaczka. Najważniejsze, że miałam pracę
Opuściła głowę.
– Trochę to dziwne, że ktoś kto uczył się magii, biega z miotłą po korytarzu zamiast na niej latać. Miałaś sporo innych możliwości – zauważył po dłuższym zastanowieniu.
Zyta nachyliła się w siodle klepiąc konia po szyi i niechętnie odpowiedziała.
– Tajemnice mają to do siebie, że lubią wychodzić na jaw. A moja skreślała wszystko. Córka kurwy, kim mogłabym być, jak nie dziwką, jak matka. I za oceny płacić ciałem. Nikogo nie obchodzi, co masz w głowie, jakie są twoje osiągnięcia, tylko to czyim jesteś dzieckiem. Napiętnowanym przez religię i tych wszystkich mężczyzn, którzy zaraz po wyjściu ze świątyni biegną, by skorzystać z usług. Byłam napiętnowana przez cudze chucie. – Z jej głosu wylewał się jad i gorycz.
Uniosła wyzywająco podbródek, czekając na słowa potępienia, które nie nadeszły.
Galsal wyobrażał sobie jak się czuje kobieta. Często sam czuł żal i niechęć do podwójnych standardów, zwłaszcza tych ustanowionych przez mężczyzn.
– Wkurwia mnie to. Te hasła, że winna jest kobieta, bo kusi, a biedny mężczyzna musi przyjść i skorzystać… A przy okazji złamać rękę, wybić zęby, przypalić ogniem ze świeczki – bo może. Bo kobiece ciało w takim miejscu jest towarem, a towar nie ma twarzy i imienia, a skoro nie ma to…można zrobić z nim wszystko. – Splunęła na ziemię, ze złością zacisnęła dłonie na wodzach, aż jej koń się zaniepokoił.
– Mogę sobie tylko wyobrazić, co kobiety tam przeżywają…
– Nie możesz – warknęła. – To nie jest do wyobrażenia.
– A jednak wyszłaś za mąż, za szlachcica – zauważył ostrożnie, próbując zmienić temat.
Zyta zaśmiała się szczekliwie, a w tym dźwięku zawarta była ironia i pogarda.
– Raczej szlachcic ożenił się z pieniędzmi mojej matki. Oraz moimi umiejętnościami z akademii, może myślał, że to dobra inwestycja, jak krowa, która daje mleko. Zadziwiające, że wtedy moje pochodzenie nikomu nie przeszkadzało.
Galsal spojrzał na nią podejrzliwie. Skoro mówiła tyle o sobie, dlaczego nie wyjawiła mu jeszcze w jakim celu wykupiła go z więzienia? Może naiwnie wierzyła, że wszystkie te zwierzenia zatrzymają go przy niej, że zaopiekuje się biedną istotką? Zaczął się zastanawiać, jak to w ogóle możliwe, że będąc tak ufną przetrwała w tym nieprzyjaznym świecie. A może był to jednak element gry, której zasad jeszcze nie znał?
Przez chwilę przyglądała mu się, by zachichotać.
– Mam twoją broń – poinformowała go nagle.
– Co to ma do rzeczy?
– Jeśli mam coś twojego, z czym jesteś bardzo blisko związany nie możesz mnie skrzywdzić. A wy, pomornicy, jesteście bardzo przywiązani do swoich kosturów – powiedziała bardzo pewnie, zerkając na niego z ukosa.
Galsal cmoknął zirytowany. Jeśli ludzie zaczęli wierzyć w takie bzdury, to naprawdę musiał długo siedzieć w więziennej studni. Nie zamierzał jej uświadamiać – im mniej wie, tym lepiej dla niego. Teraz rozsądniej było słuchać tego, co sama ma do powiedzenia.
„– Biedna mała istotka, która nie wyciągnęła z życia lekcji i nadal ufa draniom” – pomyślał, poprawiając się w siodle.
– Powiedziałabym nawet, że to romantyczne uczucie – odezwała się po dłuższej chwili, choć nie sądził, że wróci do tematu.
Galsal parsknął.
– Kto ci to powiedział? Przekupka na targu czy wędrowny komik?
– Wyczytałam w księgach. W sensie nie dosłownie wyczytałam. Wywnioskowałam z opisów i historii. Tam się kryje wasza moc. – Zakończyła rumieniąc się i mocniej zaciskając dłonie na lejcach.
– Moc nie bierze się tylko z przedmiotu. Bez właściciela jest tylko kawałkiem drewna. No, może czasem szepcze, ale i tak byś tego nie usłyszała. – Sam nie wiedział, dlaczego przyznał się do tego.
Jednostajny szept, bez którego czuł się na wpół martwy, był jak muliste dno, które go wciągało, nie zostawiając nic, z czym mógłby się utożsamić. Liczyło się wtedy tylko to, że jest łowcą.
– O czym? – powiedziała cicho, i nachyliła się w jego stronę z ciekawością wypisaną na twarzy.
– O wszystkim naraz. To męczące.
– I jak sobie z tym radzisz? – zapytała, przekrzywiona w siodle w jego stronę tak bardzo, że aż koń odwrócił łeb i łypnął na właścicielkę.
– Normalnie… – Nie potrafił jej tego wytłumaczyć, zresztą nawet nie wiedział, czy chciał. Czy zrozumiałaby, jak to jest zostawić samego siebie i stać się istotą pożerającą demony, żywiącą się ich energią. A wraz z nią wchłaniać wszystkie plugastwa, z których były zbudowane. Jeszcze gorzej czuł się, kiedy zabijał ludzi. Kostur wprowadzony w ruch nie potrafił się zatrzymać.
Wjechali w cienisty las. Oddechy ich i koni parowały delikatną mgiełką.
Zyta wyprostowała się w siodle i cicho chrząknęła.
Galsal popędził konia, by zostawić kobietę za plecami, i skupił się na drodze. Miał wrażenie, że powiedział zbyt wiele, nie miał ochoty bardziej się odsłaniać.
– Podobno macie twierdzę gdzieś nad morzem – powiedziała.
Galsal westchnął i na moment zamknął oczy.
– Uwierz, to nie jest coś, o czym chciałabyś słuchać.
Przypomniał sobie białą drogę wysypaną drobnym kamieniem. Wściekłe morze, uderzające w klif i rozpryskujące fale na milion kropel, które potem uderzały w twarz. Lodowaty, polarny wiatr przenikający do kości, a w oddali ponure zamczysko. Przejazd przez kilka dziedzińców, a przy każdej bramie napór mocy tak wielkiej, że rozpuszcza kości, zmienia krew w lawę, szarpie nerwy z taką siłą, że jedynie o czym marzysz, to szybka śmierć. Twierdza Noży.
5
Ognisko płonęło delikatnym ogniem, dając niewiele ciepła. To jednak wystarczyło, aby gęsty gulasz z kuropatwy bulgotał w kociołku, a zapachy zwiastowały smaczny posiłek.
Noc była gwieździsta, chłodna, a niewielka polana, na której siedzieli chroniła przed wiatrem. Stare buki o poskręcanych pniach trzeszczały od nagłych podmuchów.
Kilka dni jazdy po bezdrożach sprawiło, że wpadli w wygodną rutynę.
Galsal zbierał drewno, podczas gdy Zyta mieszała drewnianą łyżką w mocno zużytym garze.
Dwa czarne konie stały nieopodal, każdy z łbem w pobliżu zadu towarzysza, niemal zetknięte ze sobą, a jednak rozdzielone niewidzialną linią. Co jakiś czas machały ogonem i ruszały uszami. Gdzieś z daleka dobiegło wycie, po chwili odpowiedziało mu kilka innych nieco bliżej.
Galsal rzucił na stertę patyków kilka grubszych drewien. Nawet zajęty układaniem posłania z liści i gałęzi, na których miały leżeć koce, co chwilę patrzył w stronę zawiniętej w materiał broni.
Usiadł wreszcie po drugiej stronie ogniska, nie odgrywając wzroku od paczki. Tak łatwo było po nią sięgnąć, odebrać zdobyć. Zbyt prosto.
Przeniósł spojrzenie na kobietę, która właśnie podawała blaszaną miskę z jedzeniem. Wziął od niej jedzenie. Gulasz parował, a pojemnik parzył dłonie. Odstawił go na bok i od niechcenia mieszał drewnianą łyżką.
Zerknął teraz na nią, rumianą jak dojrzałe jabłko. Kilka ciemnych kosmyków wymknęło się z warkocza i opadało na twarz. Odgarnęła je powolnym ruchem i przyłapała go na obserwacji.
– Coś się stało? – zapytała.
Wydawało mu się, że zarumieniła się jeszcze bardziej – a może to tylko blask płomieni. Pokręcił przecząco głową. Dlaczego była dla niego taka dobra? Czyżby miała to wpisane w naturę, a może chodziło o coś więcej? Ech, gdyby miał broń, ta wyszeptałaby cała prawdę.
– Zmienił ci się zapach – poinformował, kiedy nie spuszczała z jego twarzy spojrzenia.
– Po tak długiej podróży…pewnie tak – uśmiechnęła się, lekko zawstydzona, ale też rozbawiona. – Ale mogę to zmienić…róże czy fiołki?
– Nie…nie zmieniaj…
Do zapachu brzoskwiń dołączył piżmowy aromat, w którym wyczuwał słoność potu. Węch łowcy bez trudu rozdzielał go od ostrej woni ogniska i dymu. Miał wrażenie, że opada na niego, otula twarz długimi smugami, a kiedy już wzbudzi pożądanie, ciężko opada w dół, pełznie po torsie w kierunku ud. Próbował zapanować nad ciałem, ale rozchylony dekolt wciąż przyciągał wzrok. Tak dawno nie miał kobiety, że nawet nie pamiętał, jak to jest.
Bez słowa zerwał się z miejsca i popędził w stronę drzew. Gonił go jej głos, ale miał nadzieję, że nie będzie za nim szła.
Zatrzymał się głęboko w lesie. Ciężko dyszał – nie wiedział już czy z wysiłku, czy żądzy. Oparł głowę o sękaty pień. Napięcie, które czuł w biodrach i podbrzuszu zmieniło się już w ból.
Nerwowo rozsznurował spodnie. W więzieniu tylko strażnicy na przesłuchaniach boleśnie przypominali mu, jak wrażliwe jest krocze. Potrafili się zatroszczyć o to, by przez kilka dni sikał pod siebie krwią, zmienili dumę mężczyzny w spuchniętą, skurczoną rurkę. Teraz sam był zaskoczony, tym co zobaczył. Wyciągnął dłoń, by szybko pozbyć się napięcia i ugasić rozpalone zmysły. Tak zwykł robić – by zapomnieć o podnieceniu i skupić się na tym, co powinien robić łowca.
Tym razem zatrzymał jednak palce zanim jeszcze dotknęły ciała. Wydawało mu się, że w nozdrzach wciąż ma zapach kobiety, choć przecież biegł całkiem długo. Przymknął oczy i przywołał go.
Tak łatwo było sobie wyobrazić, jak klęczy u stóp. Obserwuje spod przymrużonych powiek, uśmiecha się. Przypomniał sobie ciepło jej oddechu, wtedy w więzieniu. Teraz również je poczuł, choć noc była przeraźliwie zimna. Przed oczami jawiły mu się jej rozchylone wargi. Biodra i pośladki przeszedł skurcz. Rozszalałe myśli bombardowały go wrażeniami z ostatnich dni: widokiem tego, jak kobieta oblizuje spierzchnięte wargi, smakiem śliny, który poczuł rano, kiedy przypadkiem zamienili łyżki. Jęknął. Całe ciało pulsowało jednym rytmem pragnienia. Westchnął, wyczerpany, lecz nie uwolniony od pożądania. Przez chwilę jeszcze dyszał obejmując pień, próbując uspokoić echa przyjemności w żyłach.
Las był nadzwyczaj cichy, kiedy osunął się na kolana i nasłuchiwał, czy aby na pewno był sam. Ustał nawet wiatr i szelest liści. Zupełnie stracił czujność i gdyby Zyta poszła za nim, nawet by tego nie zauważył.
Zaklął, bo bycie obserwowanym w takiej sytuacji niespodziewanie wydało mu się podniecające.
Nagle usłyszał krzyk. Ostry, wysoki dźwięk odbijał się od pni i niósł echem po całym lesie.
Ruszył biegiem w stronę obozowiska, przeskakując przez krzaczki i połamane gałęzie. Giętkie pędy smagały po twarzy, czepiając się krótkich włosów. Jeszcze przed chwilą owładnięty pożądaniem, teraz poczuł strach o Zytę. Zostawił ją w obozie tylko po to, by dać upust żądzy. Skoro tak go pociągała, to dlaczego ją porzucił i to w ciemnym lesie? Czyżby los miał go za to ukarać? Napędzał go strach. Chyba jeszcze nigdy tak szybko nie przedzierał się przez las.
Znów usłyszał krzyki. Rozpoznał męskie głosy, przenikliwy wrzask kobiety i dźwięk rozdzieranego materiału.
– Trzymaj tę sukę mocniej!
Wypadł z krzaków. Na wprost siebie zobaczył dwóch opryszków, którzy grzebali w bagażach, ale potem jego wzrok padł na Zytę. Trzymało ją trzech bandziorów. Rozdarli jej suknię, przed oczami łowcy mignęły białe piersi. Tak niedawno były przedmiotem jego fantazji, teraz widok tylko go przeraził. W szeroko otwartych oczach kobiety widział bezradność, wykrzywione usta nie tylko błagały o ratunek, ale krzyczały z bólu.
Galsal przez moment nie mógł oderwać od niej wzroku. Wyglądała jak poświęcona smokowi dziewica z rękami szeroko rozpostartymi trzymanymi przez oprawców i rozwichrzonymi włosami – tylko na obrazach nie było sińców, otarć, łez.
Rabusie bagażu szybko go zauważyli. Jeden skoczył po leżącą na ziemi kuszę, drugi wyciągnął miecz i krzyknął na towarzyszy.
Dwóch napastników kobiety puściło ją. Trzeci, najtęższy i najbardziej obleśny tylko zacisnął chwyt, aż kobieta pisnęła. Zyta szarpała się, dopóki nie otrzymała solidnego ciosu w twarz, po którym otępiała osunęła się w ramiona bandyty.
Galsal zlustrował obozowisko. Spojrzenie odnalazło częściowo rozerwany pakunek, z którego wystawał kostur. Zaświerzbiły go dłonie, a w gardle poczuł rosnącą gulę. Pierwszy pocisk z kuszy rozdarł skórzaną kurtkę i drasnął go w ramię. To go otrzeźwiło, przy kolejnym może nie mieć tyle szczęścia. Przetoczył się po ziemi po broń.
Chwytając kostur, poczuł, jak parzy mu dłonie, a skóra zaczyna pękać od żaru. Zalała go fala gorąca, a wraz z nią szepty. Wrażenie było to tak mocne, że zachwiał się – choć przecież robił to już nieraz. Ogarnęło go głuche dudnienie w uszach, potworny głód i paląca jasność przed oczami, która pochłaniała wszelkie kolory i zmieniała je w szare, ale zadziwiająco wyraźne kontury.
Drugi bełt trafił w udo. Przyklęknął krzywiąc się z bólu, a potem nagle poczuł chłód ponaglający do działania.
Starcie z pierwszym napastnikiem było krótkie, a kostur aż zajęczał z przyjemności, kiedy wyssał z przeciwnika energię życiową. Na murawę padło ciało z wypalonymi oczami. Kolejny, który zamachnął się mieczem skończył równie szybko. W kontakcie z kosturem żelazo rozbłysło czerwienią i pękło na kawałki. W mgnieniu oka skóra bandyty najpierw zbrązowiała, jak mięso rzucone na ruszt, a potem zmieniła się w węgiel. Osiłek rzucił nieprzytomną Zytę na ziemię i uciekł do lasu. Reszta poszła w jego ślady.
Po raz drugi tego dnia Galsal upadł na kolana. Chwycił się za głowę, upuszczając hebanowy kostur, kolorowe koraliki zabrzęczały w proteście. Ból, jaki odczuwał był nie do zniesienia, najchętniej rozłupałby sobie czaszkę i wyjął z niej mózg. Po chwili, dudnienie w głowie ustało, a on znów poczuł się stary i zmęczony. Całkowicie zużyty.
Rozśpiewały się dzwoneczki, a piórka zafalowały. Pomornik niechętnie spojrzał na kostur, by zaraz chwycić go w dłoń, oprzeć się na nim i wstać. Bardziej czuł niż słyszał pędzące w jego żyłach słowa.
„- Galsal…”
- Gdzie jest Kushim?– zapytał słabym głosem.
Kto jak kto, ale kostur z pewnością będzie wiedział, gdzie jest jego właściciel.
Cisza przedłużała się.
„– Żyje”
– Gdzie?!
Wizje zalały jego umysł, przemykając tak szybko, że nie nadążył ich rejestrować. Kilka razy pokazała się w nich Zyta i był pewien, że ma z tym wszystkim coś wspólnego.
Galsal powlókł się w stronę kobiety.
– Kosturze, przeczytaj ją! – zażądał, łapiąc Zytę za nadgarstek.
Musiał się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Jeśli Kushim żyje, to musiał go odnaleźć!
– Czytaj – warknął.
Nic się nie działo. Spojrzał na delikatną dłoń nieprzytomnej kobiety. Jeśli ściśnie ją mocniej wyjdą siniaki. Wcale nie potraktuje jej lepiej niż zbójcy, on, który chciał ją obronić.
Kostur milczał, jakby drwił z jego żądań. Czuł, jak wycofująca się magia leczy jego rany. Palący ból powoli znikał.
– Kurwa – zaklął, zastanawiając się, czy kiedykolwiek kostur odmówił współpracy. – Kurwa, co ja mam zrobić?
Przyklęknął nad Zytą. W tej jednej chwili nienawidził jej tajemnic i pożądał ciała, bał się o nią i o siebie. Był rycerzem i obrońcom w równym stopniu, co zagubionym wędrowcem. Czy go uratowała, czy prowadziła do zguby?
Kobieta zakasłała cicho. Otworzyła oczy. W szmaragdowych źrenicach zobaczył spokój, troskę i jeszcze coś czego nie potrafił nazwać. Uniosła kącik rozciętej wargi. Odnalazła dłonią jego rękę, zacisnęła palce. Była taka słaba, bezbronna, zdana tylko na niego – a jednocześnie piękna.
Zmarszczone czoło i nos łowcy stopniowo się wygładziły. Oddech i bicie serca zwolniły. Westchnął, mruknął coś pod nosem, uwolnił dłoń z uścisku. Przykrył jej piersi rozerwanym materiałem i tymczasowo związał ubranie kawałkami tasiemek. Kiedy uniosła się na łokciu myślał, że chce wstać, i objąć ją ramieniem. Niespodziewanie pociągnęła go ku sobie i przytuliła się mocno. Przez chwilę znieruchomiał. Potem potrząsnął głową, zaklął głośno i odskoczył od kobiety, jakby była przeklęta.
6
Kolejne kilka dni padał deszcz, a na bezkresnych równinach porośniętych trawami nawet nie mieli jak się przed nim schronić.
Wilgoć osiadała wszędzie, ciężka i lepka jak atmosfera pomiędzy nimi. Zyta udawała, że zbliżenie po napadzie było tylko chwilą słabości. Ilekroć podjechał do niej bliżej, wyczuwał delikatny zapach zażenowania, a nawet bez swych wyczulonych zmysłów i tak zauważyłby rumieniec wypełzający na policzki.
W tak niezręcznej sytuacji trudno było zadawać pytania na temat Kushimy, ale łowcę zbytnio drążyły myśli o mistrzu. Zatem spróbował – z marnym skutkiem. Był chyba zbyt natarczywy, bo szybko usłyszał ostrą odpowiedź. Kobieta albo go nie znała, albo nie chciała powiedzieć.
Nie uwierzył, że go nie znała. Wyczuł fałszywą nutę zdenerwowania w jej zapachu, jakby wśród dorodnych brzoskwiń trafił się zepsuty owoc. Może znów coś ukrywała?
Od tamtej pory nie odzywała się, a on nie zbliżał się zbytnio dając jej przestrzeń. Liczył, że w końcu sama się otworzy, lecz mijały godziny i dni, a ona jechała obok, nadąsana i nieobecna.
Galsal zauważył, że bardzo dbała o ozdobny woreczek i chroniła go przed deszczem. Maskę też skrzętnie ukryła w tobołkach, więc dokładnie widział sińce pod oczami, zmarszczki, pochyloną głowę i nieobecne, szkliste spojrzenie. Zastanawiał się, ile czasu spała, a ile udawała przed nim.
– Niedaleko jest zajazd – poinformował Zytę, lecz ta jedynie wzruszyła ramionami – Czuję wątły zapach dymu. Wysuszysz się, odpoczniemy, zjemy.
Kobieta zacisnęła szczękę. Po twarzy ściekały jej krople deszczu, mokre włosy przykleiły się do policzków.
– Długo będziesz się tak dąsać? – dodał po chwili, zerkając na nią z ukosa.
– A co, mam cię zabawiać, jak się trzęsę z zimna? Poza tym masz kostur, to gadaj se do niego – powiedziała zirytowana, nawet nie próbując udawać damy.
– Nie powinienem go dotykać, mój błąd. Mogłem poczekać, co zbójcy z tobą zrobią – odrzekł z przekąsem. – Zresztą do ciebie też nie należy, tak samo, jak i ta błyskotka. – Wskazał na jej szyję. – Tylko do Kushima więc…
– To mój ojciec – wypaliła bez ostrzeżenia.
– Co?
– Gówno – warknęła, coraz bardziej zirytowana, że nie daje jej spokoju. Jechała dalej przed siebie, jakby podróżowała sama.
– My, łowcy, nie możemy mieć dzieci. Przynajmniej nie z innymi gatunkami. – Spiął konia łydkami, żeby ją dogonić.
– To zabrzmiało jak obelga – fuknęła mrużąc oczy, kiedy zbliżył się do niej.
– Nie chciałem cię urazić, ale taka jest prawda. Poza tym pomorniczki są bardzo rzadko spotykane. Sam w życiu nie widziałem żadnej.
– Może dlatego, że nie mają wypisane na czole, kim są.
Zamyślił się na dłuższą chwilę.
– Kiedy widziałaś go ostatnio?
– W ogóle. Jestem córką dziwki, jakbyś zapomniał.
– To skąd pewność, że jest twoim ojcem? – zapytał chytrze.
– Odkąd zaczęłam dorastać miałam wizję. Droga wyłożona białymi kamieniami, a obok ostra skarpa i morze uderzające w nią z wściekłością. Rozbryzgujące się z hukiem fale i niesione wiatrem krople, które opadały na trakt. Na jego końcu stała twierdza, olbrzymia i ponura, a z niej wydobywał się dźwięk, jednostajny emanujący na cały świat…. Były też inne odgłosy, krwawe i ponure słowa, brzmiące jak pieśni o końcu zagładzie – zamilkła, lecz nadal wyginała palce.
Galsal również milczał. Rozpoznał w jej opowieści drogę, którą tak często wracał.
– Potem, kiedy byłam starsza, pojawiły się różne zdolności, ale…odepchnęłam je – dodała po chwili, a Galsal odczuł ulgę i odrobinę zazdrości, którą szybko zdławił.
– Wiesz, że to zawsze dziewczynki? Z unikatowymi zdolnościami, które mogą rozwijać albo nie. Mogą przeżyć życie jak normalny człowiek. Zestarzeć się i umrzeć.
– Każdy kiedyś umiera.
– Nie. Nie my. Mogą nas zabić, ale tak naprawdę nie umieramy. Za każdym razem budzimy się w twierdzy, nie pamiętając niczego. Czasem wszystko trwa kilka lat, czasem sto albo pięć tysięcy, ale zawsze wracamy. Przypominamy sobie nasze przeszłe życia, kiedy stykamy się z podobnymi sytuacjami albo trafiamy do miejsc, w których już raz byliśmy.
– To chyba niezbyt przyjemne – zauważyła. – Budzić się nie pamiętając nikogo ani niczego. Towarzyszy, przyjaciół. Bliskich osób – dodała i rzuciła mu zagadkowe spojrzenie.
Błoto rozpryskiwało się pod końskimi kopytami, lecz przestało padać. Chmury zaczęły rzednąć, a wkrótce promienie słońca w kilku miejscach przedarły się przez mleczną kotarę. Wcale nie polepszyło to jednak wizerunku zajazdu, a tylko pokazało wyraźniej, w jak opłakanym stanie się znajduje. Kwadratowy budynek, pokryty gnijącą słomą wyglądał, jakby miał za chwilę runąć. W ścianach z omszałych i spróchniałych bali wybito kilka, małych, krzywych okienek, zakrytych nie szkłem, lecz matowymi pęcherzami zwierząt. Do boku zajazdu przytulona była mniejsza rudera, zbita byle jak z desek,która okazała się stajnią.
Zanim jeszcze zsiedli z wierzchowców pojawił się młody chłopaczek z cwanym błyskiem w oku, ochoczo nadskakujący "nadobnym państwu" i oferujący opiekę nad końmi oraz stajnię – a wszystko za kilka marnych groszy.
Galsal zdjął ich skromny dobytek z grzbietów wierzchowców obserwując jak Zyta wyciąga znajomy mu już woreczek, sięga w głąb i podaje chłopcu monetę.
– Chyba już rozumiem, dlaczego twój szlachetka chciał się żenić – zauważył, wskazując głową woreczek.
Zyta uśmiechnęła się słabo.
– To pieniądze, które dostałam od matki – skłamała, czerwieniąc się.
Galsal przytrzymał ją za łokieć.
– Akurat. Zmieniasz końskie łajno w złoto – szepnął jej do ucha.
– Cóż… tylko na dwa dni. I tylko od czarnego wałacha karmionego świeżą trawę. Nie śmiej się – obruszyła się. – Alchemia ma swoje prawa, a ja jeszcze nie wymyśliłam, jak to obejść.
– Czyli w zimie jesteś głodna – stwierdził szeptem i otworzył przed nią drzwi.
Wewnątrz śmierdziało dymem, skwaśniałym potem wędrowców i mokrymi ubraniami, które suszyły się przed popękanym piecem. W szczelinach podłogi tkwiły spleśniałe resztki jedzenia, a pod stołami walały się obgryzione kości. Zwierzęta domowe czuły się w karczmie jak u siebie i dodawały swoje nuty zapachowe do ogólnego smrodu.
Zyta niechętnie weszła do ciemnego wnętrza rozglądając się za wolną ławą, omijając wzrokiem podchmielonych gości i kurę dumnie spacerującą po jednym ze stołów.
– Obrzydliwe miejsce – skomentowała pod nosem, mocniej przyciskając do siebie torbę.
Pomieszczenie było kwadratowe, niskie, bez żadnych wnęk czy nawet drugiego piętra. Gospodarze zapewne spali na poddaszu, oddzieleni od gości deskami tak wybrzuszonymi, jakby zaraz miały zwalić się przyjezdnym na głowy. Jak to zwykle w takich miejscach bywało, spano na złączonych ławach. Układano na nich zapchlone sienniki, a zwierzęta mościły sobie miejsce pomiędzy gośćmi – kury, koty, czasem nawet kozy.
Zyta zamknęła oczy wyobrażając sobie noc. Wolałaby spać na zewnątrz niż w tym ścisku, ale Galsal miał rację – musieli wysuszyć ubrania i zjeść coś ciepłego.
Pomornik usiadł przy wolnej ławie, a Zyta zapłaciła za jedzenie. Cienki gulasz z czerstwym chlebem i słabym piwem, i usiadła obok łowcy. Znużony chłopak, zapewne syn karczmarza przyniósł cienki gulasz w jednej, oblepionej starym tłuszczem misce. Do tego podał czerstwy chleb i słabe piwo. Kobieta niechętnie grzebała łyżką w strawie, za to Galsal przyglądał się jej uważnie. Sięgnął po piwo, wziął haust i skrzywił się, ale nie odstawił kufla.
Długą chwilę milczeli. W końcu Galsal rozejrzał się po sali, sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje i wrócił do tematu, który zaczęli na zewnątrz.
– Czyli… chcesz odnaleźć Kushima? – szepnął, nachylając się nad stołem. Zyta w milczeniu skinęła głową. – Dawno go nie widziano, więc może po prostu nie żyje?
– Sam mówiłeś, że nie umieracie, ale budzicie się w twierdzy.
– Nie pamiętając niczego – odszepnął. Teraz niemal stykali się głowami przez ławę.
– Jeśli mnie zobaczy przypomni sobie wszystko. W końcu jestem jego krwią. Chodźmy tam! Do miejsca, które pamiętam.
– Oszalałaś? Nawet my nie chcemy wracać twierdzy. Poza tym on może się wybudzić i za tysiąc lat. No i moc cię nie wpuści…
– Obudzisz go, a ja zaczekam na zewnątrz.
Galsal uniósł brew nie dowierzając.
– Tylko po to mnie szukałaś? Cała ta maskarada, żebym obudził ci ojca? – Wyprostował się na ławce i uważnie obserwował jej reakcję, aż w końcu skinęła z zakłopotaniem.
– Zrozum, że nie miałam wyboru. Usłyszałam tylko o tobie. Inni łowcy pewnie umarli i śpią tam razem z nim – odparła powoli. – To chyba jednak uczciwa wymiana, życie za pomoc.
Zauważył na jej ustach uśmiech, a w oczach iskierkę nadziei i stłumił ostrą odpowiedź. Ona naprawdę wierzyła, że robi mu przysługę? Była naiwna, zaślepiona czy zdesperowana?
Westchnął tylko zrezygnowany. Nigdy nie potrafił zrozumieć ludzi, a zwłaszcza kobiet. Jego świat był prosty: wytropić, upolować, odebrać zapłatę.
************
– Krąży mit, że kiedy zniknie ostatni pomornik, nastąpi rozkwit ludzkości. Ludzie będą mogli latać jak ptaki, przemieszczać się za pomocą myśli, rozmawiać na bardzo duże odległości – powiedziała cicho Zyta.
Leżeli na cuchnącym sienniku. Galsal objął ją żylastymi ramionami, by nie stoczyła się w szczelinę między ławami. Zabawne jak nieprzyjazne otoczenie pomogło im w zbliżeniu. Bez większych oporów wtuliła się w jego ciało, choć twarde biodro mężczyzny czasem uwierało ją w pośladek. Mimo odstępu od kolejnych ław, i tak dosięgał ją przesycony, przetrawiony alkoholem chuch chrapiącego mężczyzny. Z przeciwległego kąta pomieszczenia dochodziły odgłosy miłości i rzucane w uniesieniu przekleństwa. Zapewne należały do karczmarki obsługującej gości.
– Dzieci przestaną się rodzić, a kobiety będą mogły robić to co mężczyźni. Role zupełnie się odwrócą – szepnął Galsal, a potem ziewnął. – Wtedy obudzą się wszyscy pomornicy i mocą żywiołów zniszczą świat. Znam tą historię.
Nie był przyzwyczajony do rozmów przed snem, zwykle po prostu padał na posłanie, by jak najszybciej zregenerować siły. Czuł się nieswojo, a jednak było mu przyjemnie. Tonął w zapachu jej włosów i rozgrzanej skóry. Przyciągnął kobietę do piersi jakby była cennym skarbem. Nie oponowała, tylko znalazła wygodniejszą pozycję w jego ramionach i cicho westchnęła.
Niespodziewanie wyobraził sobie, że mógłby już tak zawsze zasypiać. Nie drżeć z gorączki po odniesionych ranach, nie szukać pozycji dla obtłuczonych kończyn i obitych żeber. Czuć drżenie miękkiego, ciepłego ciała w ramionach, oddychać w rytm jej oddechu. Ale nie w tym brudnym, zapchlonym zajeździe, tylko w miejscu, gdzie on i Zyta są tylko dla siebie. Zapragnął spokoju, który nie byłby tylko przeczekaniem kolejnego zagrożenia.
Nigdy nie rozumiał, dlaczego ludzie tak potrzebują domu, aż do tej chwili. Zrozumiał, dlaczego nie uciekł od Zyty, mimo wielu okazji. Dlaczego za każdym razem szukał wymówki, choć instynkt łowcy podpowiadał, by iść swoją drogą. Kobieta irytowała go naiwnością, a jednak to ona sprawiała, że bał się ją zostawić. Skrytość doprowadzała go do furii, lecz była też zagadką, która go przyciągała. Marzył, by być wreszcie sam, a jednak gdyby tak się stało, czułby, że coś utracił.
Teraz już nie przycisnął, ale przytulił Zytę i pogłaskał ją dłonią po ramieniu. Przeciągnęła się i otarła włosami o jego podbródek.
– Jesteś ostatni – zauważyła cicho.
– Nigdy nie jest się ostatnim. To tak nie działa.
– Jesteś.
Galsal ziewnął. Ale ona jest uparta.
– Jest mnóstwo światów, po których wędrujemy. To, że tu jest tylko jeden z nas, nie oznacza, że gdzieś niema więcej łowców. Śpij.
– Ale jeśli ich też tam nie ma? Jak to sprawdzisz? – ożywiła się.
– Nie wymyślaj teorii spiskowych. Nawet jeśli jestem ostatni, to reszta jest w twierdzy. I robią to, co my też powinniśmy. Śpią – mruknął zmęczonym głosem.
Zyta prychnęła, jakby przerwał jej najlepszą zabawę. Przez chwilę usiłowała leżeć nie ruchomo, ale wkrótce zaczęła się wiercić. Oddech wcale nie zwalniał, a w drżeniu mięśni wyczuwał niespodziewaną nerwowość i niecierpliwość. Sporadycznie kręciła to biodrami, to ramionami, co chwile poruszała stopą, lub kolanem, trącając go, zanim udało jej się znaleźć wygodną pozycję. Był prawie pewien, że robi to celowo – czyżby to była słodka zemsta za ucięcie rozmowy?
Na moment się uspokoiła i Galsal już prawie drzemał, gdy znowu poczuł pocieranie stopą. Co znowu chciała? Czy nie rozumiała, że jest zbyt zmęczony na rozmowę? A może chodziło jej o coś innego? Czyżby poczuła to samo co on, wtedy w lesie, tuż przed napadem rabusiów?
Kiedy powróciło do niego wspomnienie tamtej chwili, serce uderzyło szybciej, a wygaszone sennością zmysły znów zyskały ostrość. Poczuł znajome napięcie w biodrach – lecz teraz były przytulone do jej ciała.
Zsunął rękę z tali. Niby od niechcenia chwycił pasek od jej spodni, jakby się nim bawił, lecz palce wkrótce zsunęły się na gładką i ciepłą skórę na brzuchu kobiety. Poczuł jak oddech i serce kobiety gwałtownie przyśpieszają. Wtulił nos w jej szyję. Długie włosy pachniały zbożem i łaskotały. Dotknął skóry, wargami. Zyta cała drgnęła, jakby coś ją oparzyło, lecz po chwili sama przycisnęła szyję do jego ust. Galsal poczuł jak mała żyłka pulsuje gwałtownie pod językiem. Odurzał go zapach brzoskwiń, dojrzałych i rumianych. W jednej chwili chciał wgryźć się w miękki miąższ i wyssać cały słodki sok.
Syreni śpiew wydobył się z jej gardła, kiedy palce zahaczyły o skrawek bielizny i wślizgnęły się pod nią, a potem wędrowały coraz dalej, odkrywając nowe zakątki ciała. Czuł gorąco, słyszał jak jej serce uderza, niczym mały koliber w klatce, próbujący wyrwać się na wolność. Przyciągnął ją bliżej, wsunął drugą rękę pod koszulę, objął dłonią rozkoszne krągłości. Aksamitna skóra parzyła mu palce. Paznokcie Zyty wbiły mu się w udo, szarpiąc za materiał.
– Chodź do mnie – wyszeptała.
– Przecież jestem – mruknął jej do ucha, a potem delikatnie chwycił małżowinę w zęby. Kolejny raz otarła się o niego jak kotka, subtelna równowaga została zachwiana i przycisnął ją do ławy. Stęskniony jęk zaprosił go do środka.
Zasłonił jej usta. Szeptał jej do ucha wszystkie słowa jakie dotąd więził w gardle, od momentu, kiedy spotkał ją po raz pierwszy. Mówił, jak jest piękna, dziękował za dobroć i za wszystkie te chwile, których dotąd nawet nie zauważał, zaślepiony podejrzliwością. A kiedy skończyły się słowa, zastąpił je sam oddech – jego, niczym dyszącego zwierzęcia, i jej, gorący, przenikający przez palce dłoni.
7
Świt był rześki i Zyta widziała swój parujący oddech w powietrzu. Siedziała z gorącym kubkiem w dłoniach, otulona grubym kocem i nieco rozczochrana po nieprzespanej nocy. W zamyśleniu wodziła wzrokiem za Galsalem.
Ze zdziwieniem stwierdzając, że od pobytu w więzieniu nieco przytył.
Już nie wyglądał jak szkielet z naciągniętą nań skórą, która sprawiała wrażenie, jakby była co najmniej o rozmiar za mała. Teraz nabrzmiałe mięśnie poruszały się pod nią ze sprężystością godną drapieżnika, którym w istocie był.
Zbliżenie w karczmie zmieniło ich relację. Przede wszystkim nie trzęsła się po nocach z zimna. Wtulona w kochanka czuła się bezpiecznie. Wprawdzie o poranku często snuła się niewyspana, aczkolwiek rozkoszny uśmieszek, który pojawiał się znikąd na jej twarzy zdradzał zadowolenie.
– Jeszcze ci mało? – zapytał Galsal, jakby czytał w jej myślach. Zyta zbyt długo przyglądała się jego sylwetce. Zaczerwieniła się i skryła za kubkiem, a pomornik przyłapał się na tym, że uwielbia jej rumieńce.
– Myślę, ile czasu zmarnowaliśmy na nieufność – powiedziała powoli, przenosząc spojrzenie na wychylające się zza widnokręgu słońce.
– Jest go jeszcze mnóstwo przed nami. – Błyskawicznie pokonał kilka metrów, które dzieliły ich od siebie. Było to tak zaskakujące, że Zyta pisnęła, kiedy nachylił się nad nią z błyskiem w oczach i musnął ustami jej policzek.
– Na pewno – odparła rozmarzona. Pomasowała głowę, która od kilku dni pulsowała tępo. Podejrzewała, że to z niewyspania. Nie był to ból, którego nie byłaby w stanie znieść. Bardziej czaił się gdzieś z tyłu głowy, cały czas obecny.
Nie wspominała nic mężczyźnie. Niepotrzebnie trząsłby się nad nią o lekką migrenę, która przejdzie, jak tylko odpoczną.
Galsal opowiadał, że droga wiedzie przez góry, a przecież w oddali widziała masywne wzniesienia. Szczyty przykryte śnieżnymi czapami, w słoneczny, przejrzysty dzień, zdawałoby się, że są na wyciągnięcie dłoni. Ponoć z drugiej strony urywały się jak ucięte nożem. Wiecznie rozszalałe morze, wżerało się w nie z impetem. Pomiędzy jednym, a drugim był trakt, wyłożony białymi kamyczkami, na końcu którego stała twierdza.
– Wszystko dobrze? – zapytał zatroskany, uważnie przypatrując się jej twarzy.
Zyta skinęła. Przez krótką chwilę tępy ból uderzył tak mocno, jakby głowa miała odpaść i potoczyć się po trawie, ale uczucie zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.
– Cudownie, bo jesteś przy mnie – uśmiechnęła się i miała wrażenie, że Galsal urósł z dumy kilka centymetrów. Patrzyła, jak sprawnie siodła konie i składa ich skromny dobytek. Już po chwili pakował rzeczy na grzbiety wierzchowców.
– Tuż przed górami jest mały zajazd. Zatrzymamy się tam, uzupełnimy zapasy i może… zamienimy konie na coś bardziej wytrzymałego – powiedział powoli. W głębi duszy nie chciał pozbywać się zwierząt, które nie zawiodły ich ani razu, ale muł, albo osioł były bardziej stabilne, ostrożne i wytrzymałe w skalistym terenie.
Zyta wzruszyła ramionami.
– Jesteś strasznie obojętna – zauważył podejrzliwie.
– Zmęczenie – odpowiedziała szybko.
– W takim razie wóz, żebyś miała gdzie odpocząć – ciągnął po chwili przyglądając się kobiecie.
Faktycznie wyglądała na zmęczoną z cieniami pod oczami i coraz bledszą skórą. Oczy dotąd błyszczące radością, teraz stawały się szkliste, a spojrzenie uciekało gdzieś w przestrzeń. Początkowo myślał, że to początek choroby, pokłosie tych wszystkich zimnych deszczowych dni – ale na razie nie zauważył innych objawów, więc zrzucił wszystko na przemęczenie.
– Odpoczniemy w zajeździe – mruknęła, powoli wstając. Opłukała kubek i wrzuciła do wypchanych już juków.
Wdrapała się na konia i ruszyła w stronę majaczących w oddali gór.
Galsal podążał za nią.
Nie ujechali staji, kiedy Zyta krzyknęła przeraźliwie, łapiąc się za głowę. Koń się spłoszył i tylko szybka reakcja Galsala, który złapał wodze, sprawiła, że nie uciekł.
– Moja głowa – jęknęła i zaczęła się osuwać z siodła.
Złapał ją zanim upadła na ziemię. Ciało zupełnie zwiotczało, leciało przez jego ramiona.
– Zyta? – jego głos zdradzał przerażenie, kiedy uświadomił sobie, że kobieta nie oddycha.
Przyłożył ucho do klatki piersiowej. Jej serce nie biło.
Drżącymi rękami ułożył ją na trawie. Wziął głęboki wdech, rozchylił jej wargi i wtłoczył powietrze do płuc, lecz ona nawet nie drgnęła. Zdesperowany ucisnął jej pierś, aż chrupnęło delikatne żebro. Wszystko na nic – leżała nieruchomo, wciąż jeszcze ciepła, ale pozbawiona życia.
– Oddychaj kochanie. Nie rób mi tego!
Nie mógł jej stracić. Nie teraz, kiedy oboje mieli zacząć nowe życie. Trudno mu było się do tego przyznać, ale potrzebował jej – pokazała mu, że świat mimo wad, wciąż jest piękny. Pomyślał, że zrobiłby wszystko żeby ją odzyskać. Wróciłby nawet do lochu, jeśli tylko miałby szansę ją uratować.
Długo tulił do piersi martwe ciało kobiety. Znaczył jej twarz swoimi łzami. Kołysał ją jak dziecko do snu, zupełnie bezradny.
– Irhor – szepnął i zamarł.
Dawno temu Irhor przedłożył swoje życzenie mocy i ta je spełniła. Co prawda miał kilku pomorników, którzy się za nim wstawili, a Galsal był sam. Musiał jednak spróbować -pojedzie do twierdzy z ciałem, obudził towarzyszy i zmusi moc do oddania mu Zyty.
Moc mogła wszystko, tworzyła światy, niszczyła je. Czym dla niej było jedno życie?
Koniec
Stare paskudne zamczysko stało na klifie, wznoszącym się wprost z rozszalałej morskiej kipieli, która nigdy nie zaznała spokoju. Bezduszny wiatr chciał zedrzeć skórę do kości temu, kto bezczelnie wszedłby na skraj urwiska i ośmieliłby się kroczyć wyłożoną białym kamieniem drogą wzdłuż morza. Była ona jedynym traktem prowadzącym do ponurej warowni, wrośniętej w skały gdzieś na końcach Nawii.
Huragan uderzył po raz kolejny, rozbijając fale o skały i z impetem opluwając kropelkami, ciężki wóz toczący się ścieżką. Woły ryknęły w proteście, a postać na koźle smagnęła je batem bez przekonania ponaglając do dalszej drogi. Tempo marszu nie zmieniło się jednak wcale, bo zwierzęta niechętnie stawiały krok za krokiem.
Siedliszcze było niemal na wyciągnięcie ręki. Zmęczony drogą mężczyzna odetchnął z ulgą, lecz chwilę później zadrżał z niepewności, czy moc spełni jego życzenie. Potrząsnął głową, kiedy solidna, rzeźbiona brama otworzyła się z głuchym łoskotem. Zostawił przed nią wóz, wyprzągł zwierzęta i puścił je na smaganą wiatrem łąkę. Zabrał mahoniowy kostur ozdobiony połyskliwymi różnobarwnymi koralikami i misternie oplecionymi czarną dratwą, do której przyczepione były i metalowe błyskotki i krucze pióra.
Powoli przeszedł pod kamiennym łukiem. Z wyrytych na nim znaków sączył się łagodny złoty blask. Co chwilę zerkał za plecy na pozostawiony przed zamkiem wóz.
Zagłębił się niski, ciemny tunel. W trakcie powolnej wędrówki poczuł, jak moc penetruje ciało. Tajemnicze znaki w korytarzu zapalały się, kiedy przechodził obok nich. Wiedział, że wszystkie zainstalowane tu pułapki uruchomią się nagle, jeśli tylko moc go nie uzna za swojego.
Na pustym dziedzińcu było nieco cieplej niż na zewnątrz.
Odrzucił kaptur, ukazując chude oblicze z ostrym nosem. Twarz pokrywało mnóstwo drobnych blizn mieniących się na złoto, lecz reszta skóry wyglądała na sczerniałą, a całe oblicze przypominało z wyrazu sępa. Tylko jeden element wydawał się nie pasować do reszty – czujne spojrzenie podwójnych tęczówek o bursztynowym kolorze.
– Gal-Sal.
Zamarł, kiedy usłyszał szept dobiegający zewsząd, wkradający się w myśli miękko i subtelnie, lecz nieustępliwie. Gdyby nie narastający ból głowy mógłby uwierzyć, że ktoś wita go w domu, niczym syna powracającego z dalekiej podróży.
Powoli odwrócił się w kierunku olbrzymiego białego obelisku, celującego w niebo.
– Gal-Sal. – Szept ewidentnie dobiegał z niego.
Mężczyzna przez moment patrzył na wirujące wokół kamienia krople wody, iskrzące się w promieniach zachodzącego słońca. Czuł jak ślepa moc przewala się przez niego i obejmuje swymi widmowymi mackami. Krew rozsadzała żyły, kości stawały się płynną lawą, ścięgna trzeszczały jak naprężone powrozy, a mięśnie pękały niczym zbyt dojrzałe pomidory upadające na kamienistą ziemię.
– Jestem – wycharczał wreszcie przez zaciśnięte zęby, przezwyciężając agonalny ból. Zadziwiające, że do tej pory usłyszał swoje imię tylko raz, kiedy aktywował kostur.
Katorga rozrywanego ciała zakończyła się równie gwałtownie co zaczęła. Galasal mógł spokojnie odetchnąć. Powoli rozprostował ciało z pozycji embrionalnej, a potem chwiejnie stanął na nogach. Miał wrażenie, że znowu upadnie, ale moc go podtrzymała. Popchnęła w kierunku kolejnych drzwi, rozjarzonych złotym blaskiem, które ukazały się tuż przed nim.
Przekroczył próg.
Przytulne wnętrze rozświetlało duże palenisko, dookoła którego ustawione były ławy. Kiedyś zasiadali na nich pomornicy, teraz pomieszczenie było puste. Zatęsknił nagle za głośnym towarzystwem braci – rubasznymi śmiechami starszych mistrzów i gwarem rozbrykanych chłopców, przybłęd sierot, przygarniętych z uliczek gościńców i lasów. Wydawało się wtedy, że dostali namiastkę domu, choć wielu zapłaciło za to później zbyt wysoką cenę.
Pokręcił głową, odpychając ponure myśli. Spojrzał na jedzenie czekające na stole. Kto i jak je przygotowywał nigdy nie dane było mu się dowiedzieć, zresztą chyba nawet się tym nie interesował. Zazwyczaj w magiczny sposób pojawiało się wszystko, czego potrzebowali. Tym razem nawet nie usiadł do posiłku, wziął do ręki bochen chleba i w biegu odgryzał wielkie kęsy, żeby czymkolwiek zapełnić pusty żołądek. Miał ważniejszy cel. Na wozie czekało ciało Zyty. Aż bał się spojrzeć pod materiał, którym ją owinął po śmierci. Miał tylko nadzieję, że lodowate, górskie powietrze spowolniło proces rozkładu. Reszta należała do mocy.
Zmierzch przyszedł nagle i spowił zamczysko mrokiem, jakby opadł nań nieprzenikniony woal.
Galsal piął się po schodach wąskim, ciemnym korytarzem dotykając zimnych ścian poprzecinanych złotymi świetlistymi żyłkami.
Tam gdzieś, w którymś z pokoi był Kushim. Moc, milczała, kiedy otwierał po kolei pomieszczenia pełne długich przeźroczystych pudeł, w których spali pomornicy. Było ich tak wiele, ustawionych rzędami na metalowych regałach. Przemknęło mu przez myśl, że teraz twierdza stała się przechowalnią zużytych i niepotrzebnych rzeczy. Magiczna siła, która dawniej napędzała ich do działania, teraz uległa wypaczeniu, niczym drewno zostawione zbyt długo w wilgotnym lochu. Nie potrafił określić, w którym momencie zaszła ta przemiana, i dlaczego pełen życia dom przeistoczył się w zimny grobowiec.
Przyglądał się każdemu pudłu i czytał czerwone karteczki z nazwiskami i datami. Żadne imię nic mu nie mówiło, choć przecież powinien je zapamiętać – zupełnie, jakby tę część pamięci mu wymazano. Byli ubrani w dziwaczne stroje, nie pasujące do żadnej znanej mu epoki.
I jedna myśl tłukła mu się w głowie:
„Co jeśli Zyta miała rację, co jeśli jest ostatni? Jeśli na nim kończy się świat?”
Dotarło do niego, że aby moc spełniła jego życzenie, musi wybudzić nie tylko Kushima, ale i całą resztę.
Błąkając się po korytarzach w końcu trafił na odpowiednie drzwi. Otworzył je i przeszedł przez próg. Sala była pusta, nie licząc jednego podłużnego pudła. Podszedł do niego powoli, chociaż wszystko w nim krzyczało, żeby zawrócić.
Za oszklonym wiekiem zobaczył mężczyznę. Nachylił się i pokręcił głową w niedowierzaniu.
– Co do cholery? – szepnął, kiedy rozpoznał swoją twarz.
Pomornik wewnątrz otworzył oczy. Miały kolor bursztynu i zdawały się wciągać go do wnętrza, jakby wpadał do głębokiej studni.
Galsal usłyszał dźwięk zatrzaskiwanych drzwi, a potem ogarnęła go ciemność.
Przez chwilę macał kamienne, wilgotne ściany. Pomieszczenie nagle się skurczyło, bo kiedy rozpostarł ręce, mógł ich dotknąć.
Smród, jaki go otaczał był nie do opisania: gnijące odpadki, kał, duchota ziemistego odoru. Bose stopy grzęzły w lepkiej mazi.
Przez moment zastanawiał się, kiedy ściągnął buty i gdzie w ogóle jest. Ostatnim, co pamiętał była opuszczona twierdza nad morzem. Próbował krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle i wydobył się z niego jedynie nieporadny skrzek.
Gdzieś z oddali rozległo się szuranie, a krata nad nim rozjaśniła słabym blaskiem ognia z pochodni. Ktoś sapał i stawiał ciężkie kroki, jakby coś taszczył. Po chwili krzyknął niewyraźnie, a wiadro z gnijącymi resztkami wlało się do studni. Galsal ledwo uskoczył. Z góry dobiegł go śmiech i migotliwym blasku płomienia ujrzał nalaną tłustą twarz. Miał wrażenie, że już kiedyś ją widział.
– Żryj, śmieciu. – Zdanie dopełniło splunięcie w głąb jego więzienia.