Gdy po raz pierwszy przekroczyłam próg jego gabinetu, rozparty w ciężkim skórzanym fotelu, przyglądał mi się zdecydowanie za długo. Świńskie oczka, głęboko osadzone w nalanej, błyszczącej od potu twarzy, świdrowały mnie z nieskrywaną lubieżnością. Uśmiechał się, bębniąc tłustymi palcami w mahoniowy blat, jakby już odliczał zysk z tej transakcji.
Co za obleśny typ – pomyślałam, zaciskając dłonie na pasku torebki.
Zależało mi na tej pracy, dlatego też cierpliwie znosiłam jego zachowanie, jednocześnie czując, jak żołądek wywraca mi się na drugą stronę. Przy drugim spotkaniu rozpoczęliśmy rozmowę od konkretów – CV, kwalifikacje… Uśpił moją czujność merytorycznym tonem, by na koniec, z flegmą właściwą drapieżnikom, przejść do ataku.
– Inne panie, które starały się o to stanowisko, były gotowe całować mnie po rękach – powiedział, a w jego głosie pobrzmiewała obrzydliwa pewność siebie. – Obiecałem, że rozważę ich kandydatury, biorąc pod uwagę ich, hm… zaangażowanie. I gotowość do sprostania moim wymaganiom. Chyba rozumie pani, o co mi chodzi, Alu?
– Nie, nie rozumiem – odparłam sucho, choć krew pulsowała mi już w skroniach.
– Jest pani młoda, wyjątkowo atrakcyjna – ciągnął, odstawiając na bok wszelkie pozory. – Miałaby pani u mnie absolutne pierwszeństwo. W każdej kwestii.
– Doprawdy? – Spojrzałam mu prosto w te małe, przekrwione ślepia. – O co panu właściwie chodzi?
– Dajmy spokój z tą pruderią! O seks, złociutka! – Zaśmiał się rzęsiście i sięgnął po filiżankę kawy. – To jak? Kiedy zaczynamy okres próbny?
– Może pan mówić głośniej? – syknęłam, wyjmując z torebki telefon. Ekran świecił czerwonym punktem aktywnego dyktafonu. – Nie jestem pewna, czy wszystko wyraźnie się nagrało. Nie możemy przecież pozwolić, żeby pana przełożeni uronili choć słowo z naszej rozmowy.
Zbladł, a potem poczerwieniał mocno. Pracę dostałam od ręki – strach przed skandalem okazał się silniejszy niż jego libido. Cena była jednak wysoka. Przez kolejne miesiące stałam się celem mobbingu. Gnębił mnie raportami, nieustannym publicznym upokarzaniem. Byłam wściekła, ale znosiłam wszystko w milczeniu.
***
Kieliszek brandy rozluźnia mięśnie, ale nie potrafi uciszyć myśli. Piję coraz więcej. Jeszcze tydzień temu wystarczał jeden, by zasnąć. Dziś to już czwarty „tulipan”. Uwielbiam te kieliszki, ich pękate brzuchy. Przypominają mi ogród matki w Szczecinie, w którym namiętnie sadziła tulipany. Rosły tuż przy ogrodzeniu, jakby ogrodniczka chciała odgrodzić nasz świat od zgiełku ruchliwej ulicy. Teraz rosną tam tylko chwasty.
Spoglądam w bursztynowy płyn. Wyobrażam sobie siłę dębu, z którego zbudowano beczkę. Drzewo musiało oddać brandy wszystko: słońce, aromat lasu i tę surową, pierwotną moc przetrwania.
Wypijam kolejny łyk i uśmiecham się do cienia na ścianie. Zdaje się poruszać, choć ja trzymam kieliszek w całkowitym bezruchu. Rozciąga się, pęcznieje, jakby nabierał trójwymiarowości. Złudzenie? Nie, dziś jest pełnia księżyca. W taką noc wszystko jest możliwe.
– Jesteś… – szepczę, a on unosi szponiastą dłoń w geście pozdrowienia.
Dolewam resztkę płynu. Pusta butelka głucho uderza o blat. Hiszpańska, piętnastoletnia brandy o nutach prażonych orzechów i wanilii pali mnie w gardle, ale to miłe uczucie. Zamykam oczy. Alkohol to moja jedyna spuścizna po ojcu – szanowanym lekarzu, który kolekcjonował w gabinecie najlepsze trunki. On też pił…
Ciepło pełznie po moich policzkach, spływa na szyję i piersi, obezwładniając wolę. Czuję, jak świadomość odpływa w stronę czarnej dziury. Tuż przed zaśnięciem zerkam na ścianę. Miejsce, w którym był cień, jest teraz puste.
***
Budzi mnie telefon. Dźwięk jest jak uderzenie młotem w odsłonięty nerw. Jęczę z bólu, czując, jak skronie pulsują w rytm dzwonka. Po omacku sięgam po słuchawkę.
– Co do cholery… – chrypię.
– Ala? To ja, Baśka! – Głos koleżanki z biura jest piskliwy, niemal histeryczny. – Ala, stało się coś strasznego! Szef nie żyje!
Sztywnieję.
– Ktoś go ukatrupił w nocy! – krzyczy Baśka do słuchawki. – Podobno jatka, krew jest wszędzie, nawet na suficie! Ale słuchaj… policja jest w kropce. Mieszkanie zamknięte od wewnątrz, wszystkie zamki nienaruszone, alarm sprawny. Jakby morderca po prostu rozpłynął się w powietrzu! Całe osiedle w strachu!
Szef nie żyje. Ten skurwysyn, który mnie prześladował… Czuję niewysłowioną lekkość, jakby ktoś zdjął mi z klatki piersiowej betonową płytę.
Odwracam się i spoglądam na podłogę. Słońce wdziera się przez żaluzje, oświetlając kurz wirujący w powietrzu. Cień wrócił. Leży skulony u moich stóp. Odpoczywa po pracowitej nocy.
– Śpij – szepczę do niego czule i odkładam telefon. – Śpij, dobrze się spisałeś.
Cześć
Pomysł z cieniem jest nienowy, ale wykorzystałaś go w stu procentach. Nie dopatrzyłem się zgrzytów, czytało mi się dobrze i ciekawy byłem, jak to się potoczy. Szefuncio dostał za swoje.
Z cieniami nie należy zadzierać.
Klik!
Pozdrawiam
Jestem tutaj nowa, ale moje teksty, póki co, nie są nowe. Wracam do fantastyki. Dziękuję za przeczytanie tekstu i pozdrawiam. :)
Witaj! Oparte na prostym pomyśle, ale sprawnie napisane i przyjemnie się czytało. Mimo całej niechęci do szefa, spotkała go zasłużona, ale mimo wszystko nieproporcjonalnie surowa kara. ;) Pozadrawiam!