- Opowiadanie: Alicja Jonasz - Cień

Cień

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Cień

 

Gdy po raz pierw­szy prze­kro­czy­łam próg jego ga­bi­ne­tu, roz­par­ty w cięż­kim skó­rza­nym fo­te­lu, przy­glą­dał mi się zde­cy­do­wa­nie za długo. Świń­skie oczka, głę­bo­ko osa­dzo­ne w na­la­nej, błysz­czą­cej od potu twa­rzy, świ­dro­wa­ły mnie z nie­skry­wa­ną lu­bież­no­ścią. Uśmie­chał się, bęb­niąc tłu­sty­mi pal­ca­mi w ma­ho­nio­wy blat, jakby już od­li­czał zysk z tej trans­ak­cji.

Co za ob­le­śny typ – po­my­śla­łam, za­ci­ska­jąc dło­nie na pasku to­reb­ki.

Za­le­ża­ło mi na tej pracy, dla­te­go też cier­pli­wie zno­si­łam jego za­cho­wa­nie, jed­no­cze­śnie czu­jąc, jak żo­łą­dek wy­wra­ca mi się na drugą stro­nę. Przy dru­gim spo­tka­niu roz­po­czę­li­śmy roz­mo­wę od kon­kre­tów – CV, kwa­li­fi­ka­cje… Uśpił moją czuj­ność me­ry­to­rycz­nym tonem, by na ko­niec, z fleg­mą wła­ści­wą dra­pież­ni­kom, przejść do ataku.

– Inne panie, które sta­ra­ły się o to sta­no­wi­sko, były go­to­we ca­ło­wać mnie po rę­kach – po­wie­dział, a w jego gło­sie po­brzmie­wa­ła obrzy­dli­wa pew­ność sie­bie. – Obie­ca­łem, że roz­wa­żę ich kan­dy­da­tu­ry, bio­rąc pod uwagę ich, hm… za­an­ga­żo­wa­nie. I go­to­wość do spro­sta­nia moim wy­ma­ga­niom. Chyba ro­zu­mie pani, o co mi cho­dzi, Alu?

– Nie, nie ro­zu­miem – od­par­łam sucho, choć krew pul­so­wa­ła mi już w skro­niach.

– Jest pani młoda, wy­jąt­ko­wo atrak­cyj­na – cią­gnął, od­sta­wia­jąc na bok wszel­kie po­zo­ry. – Mia­ła­by pani u mnie ab­so­lut­ne pierw­szeń­stwo. W każ­dej kwe­stii.

– Do­praw­dy? – Spoj­rza­łam mu pro­sto w te małe, prze­krwio­ne śle­pia. – O co panu wła­ści­wie cho­dzi?

– Dajmy spo­kój z tą pru­de­rią! O seks, zło­ciut­ka! – Za­śmiał się rzę­si­ście i się­gnął po fi­li­żan­kę kawy. – To jak? Kiedy za­czy­na­my okres prób­ny?

– Może pan mówić gło­śniej? – syk­nę­łam, wyj­mu­jąc z to­reb­ki te­le­fon. Ekran świe­cił czer­wo­nym punk­tem ak­tyw­ne­go dyk­ta­fo­nu. – Nie je­stem pewna, czy wszyst­ko wy­raź­nie się na­gra­ło. Nie mo­że­my prze­cież po­zwo­lić, żeby pana prze­ło­że­ni uro­ni­li choć słowo z na­szej roz­mo­wy.

Zbladł, a potem po­czer­wie­niał mocno. Pracę do­sta­łam od ręki – strach przed skan­da­lem oka­zał się sil­niej­szy niż jego li­bi­do. Cena była jed­nak wy­so­ka. Przez ko­lej­ne mie­sią­ce sta­łam się celem mob­bin­gu. Gnę­bił mnie ra­por­ta­mi, nie­ustan­nym pu­blicz­nym upo­ka­rza­niem. Byłam wście­kła, ale zno­si­łam wszyst­ko w mil­cze­niu.

***

Kie­li­szek bran­dy roz­luź­nia mię­śnie, ale nie po­tra­fi uci­szyć myśli. Piję coraz wię­cej. Jesz­cze ty­dzień temu wy­star­czał jeden, by za­snąć. Dziś to już czwar­ty „tu­li­pan”. Uwiel­biam te kie­lisz­ki, ich pę­ka­te brzu­chy. Przy­po­mi­na­ją mi ogród matki w Szcze­ci­nie, w któ­rym na­mięt­nie sa­dzi­ła tu­li­pa­ny. Rosły tuż przy ogro­dze­niu, jakby ogrod­nicz­ka chcia­ła od­gro­dzić nasz świat od zgieł­ku ru­chli­wej ulicy. Teraz rosną tam tylko chwa­sty.

Spo­glą­dam w bursz­ty­no­wy płyn. Wy­obra­żam sobie siłę dębu, z któ­re­go zbu­do­wa­no becz­kę. Drze­wo mu­sia­ło oddać bran­dy wszyst­ko: słoń­ce, aro­mat lasu i tę su­ro­wą, pier­wot­ną moc prze­trwa­nia.

Wy­pi­jam ko­lej­ny łyk i uśmie­cham się do cie­nia na ścia­nie. Zdaje się po­ru­szać, choć ja trzy­mam kie­li­szek w cał­ko­wi­tym bez­ru­chu. Roz­cią­ga się, pęcz­nie­je, jakby na­bie­rał trój­wy­mia­ro­wo­ści. Złu­dze­nie? Nie, dziś jest peł­nia księ­ży­ca. W taką noc wszyst­ko jest moż­li­we.

– Je­steś… – szep­czę, a on unosi szpo­nia­stą dłoń w ge­ście po­zdro­wie­nia.

Do­le­wam reszt­kę płynu. Pusta bu­tel­ka głu­cho ude­rza o blat. Hisz­pań­ska, pięt­na­sto­let­nia bran­dy o nu­tach pra­żo­nych orze­chów i wa­ni­lii pali mnie w gar­dle, ale to miłe uczu­cie. Za­my­kam oczy. Al­ko­hol to moja je­dy­na spu­ści­zna po ojcu – sza­no­wa­nym le­ka­rzu, który ko­lek­cjo­no­wał w ga­bi­ne­cie naj­lep­sze trun­ki. On też pił…

Cie­pło peł­znie po moich po­licz­kach, spły­wa na szyję i pier­si, obez­wład­nia­jąc wolę. Czuję, jak świa­do­mość od­pły­wa w stro­nę czar­nej dziu­ry. Tuż przed za­śnię­ciem zer­kam na ścia­nę. Miej­sce, w któ­rym był cień, jest teraz puste. 

***

Budzi mnie te­le­fon. Dźwięk jest jak ude­rze­nie mło­tem w od­sło­nię­ty nerw. Jęczę z bólu, czu­jąc, jak skro­nie pul­su­ją w rytm dzwon­ka. Po omac­ku się­gam po słu­chaw­kę.

– Co do cho­le­ry… – chry­pię.

– Ala? To ja, Baśka! – Głos ko­le­żan­ki z biura jest pi­skli­wy, nie­mal hi­ste­rycz­ny. – Ala, stało się coś strasz­ne­go! Szef nie żyje!

Sztyw­nie­ję.

– Ktoś go uka­tru­pił w nocy! – krzy­czy Baśka do słu­chaw­ki. – Po­dob­no jatka, krew jest wszę­dzie, nawet na su­fi­cie! Ale słu­chaj… po­li­cja jest w krop­ce. Miesz­ka­nie za­mknię­te od we­wnątrz, wszyst­kie zamki nie­na­ru­szo­ne, alarm spraw­ny. Jakby mor­der­ca po pro­stu roz­pły­nął się w po­wie­trzu! Całe osie­dle w stra­chu!

Szef nie żyje. Ten skur­wy­syn, który mnie prze­śla­do­wał… Czuję nie­wy­sło­wio­ną lek­kość, jakby ktoś zdjął mi z klat­ki pier­sio­wej be­to­no­wą płytę.

Od­wra­cam się i spo­glą­dam na pod­ło­gę. Słoń­ce wdzie­ra się przez ża­lu­zje, oświe­tla­jąc kurz wi­ru­ją­cy w po­wie­trzu. Cień wró­cił. Leży sku­lo­ny u moich stóp. Od­po­czy­wa po pra­co­wi­tej nocy.

– Śpij – szep­czę do niego czule i od­kła­dam te­le­fon. – Śpij, do­brze się spi­sa­łeś.

Koniec

Komentarze

Cześć

Pomysł z cieniem jest nienowy, ale wykorzystałaś go w stu procentach. Nie dopatrzyłem się zgrzytów, czytało mi się dobrze i ciekawy byłem, jak to się potoczy. Szefuncio dostał za swoje. 

Z cieniami nie należy zadzierać.

Klik!

Pozdrawiam

Jestem tutaj nowa, ale moje teksty, póki co, nie są nowe. Wracam do fantastyki. Dziękuję za przeczytanie tekstu i pozdrawiam. :)

Witaj! Oparte na prostym pomyśle, ale sprawnie napisane i przyjemnie się czytało. Mimo całej niechęci do szefa, spotkała go zasłużona, ale mimo wszystko nieproporcjonalnie surowa kara. ;) Pozadrawiam!

Nowa Fantastyka