Kolejna część Pomornika, a w niej trochę sprośności, przekleństw i walki.
Betował, marzan, za co bardzo dziękuję. Bez niego ta historia nie byłaby taka.
Link do poprzedniej części, czwartej, w komentarzu.
Kolejna część Pomornika, a w niej trochę sprośności, przekleństw i walki.
Betował, marzan, za co bardzo dziękuję. Bez niego ta historia nie byłaby taka.
Link do poprzedniej części, czwartej, w komentarzu.
1
Ognisko płonęło delikatnym ogniem, dając niewiele ciepła. To jednak wystarczyło, aby gęsty gulasz z kuropatwy bulgotał w kociołku, a zapachy zwiastowały smaczny posiłek.
Noc była gwieździsta, chłodna, a niewielka polana, na której siedzieli chroniła przed wiatrem. Stare buki o poskręcanych pniach trzeszczały od nagłych podmuchów.
Kilka dni jazdy po bezdrożach sprawiło, że wpadli w wygodną rutynę.
Galsal zbierał drewno, podczas gdy Zyta mieszała drewnianą łyżką w mocno zużytym garze.
Dwa czarne konie stały nieopodal, każdy z łbem w pobliżu zadu towarzysza, niemal zetknięte ze sobą, a jednak rozdzielone niewidzialną linią. Co jakiś czas machały ogonem i ruszały uszami. Gdzieś z daleka dobiegło wycie, po chwili odpowiedziało mu kilka innych nieco bliżej.
Galsal rzucił na stertę patyków kilka grubszych drewien. Nawet zajęty układaniem posłania z liści i gałęzi, na których miały leżeć koce, co chwilę patrzył w stronę zawiniętej w materiał broni.
Usiadł wreszcie po drugiej stronie ogniska, nie odgrywając wzroku od paczki. Tak łatwo było po nią sięgnąć, odebrać zdobyć. Zbyt prosto.
Przeniósł spojrzenie na kobietę, która właśnie podawała blaszaną miskę z jedzeniem. Wziął od niej jedzenie. Gulasz parował, a pojemnik parzył dłonie. Odstawił go na bok i od niechcenia mieszał drewnianą łyżką.
Zerknął teraz na nią, rumianą jak dojrzałe jabłko. Kilka ciemnych kosmyków wymknęło się z warkocza i opadało na twarz. Odgarnęła je powolnym ruchem i przyłapała go na obserwacji.
– Coś się stało? – zapytała.
Wydawało mu się, że zarumieniła się jeszcze bardziej – a może to tylko blask płomieni. Pokręcił przecząco głową. Dlaczego była dla niego taka dobra? Czyżby miała to wpisane w naturę, a może chodziło o coś więcej? Ech, gdyby miał broń, ta wyszeptałaby cała prawdę.
– Zmienił ci się zapach – poinformował, kiedy nie spuszczała z jego twarzy spojrzenia.
– Po tak długiej podróży…pewnie tak – uśmiechnęła się, lekko zawstydzona, ale też rozbawiona. – Ale mogę to zmienić…róże czy fiołki?
– Nie…nie zmieniaj…
Do zapachu brzoskwiń dołączył piżmowy aromat, w którym wyczuwał słoność potu. Węch łowcy bez trudu rozdzielał go od ostrej woni ogniska i dymu. Miał wrażenie, że opada na niego, otula twarz długimi smugami, a kiedy już wzbudzi pożądanie, ciężko opada w dół, pełznie po torsie w kierunku ud. Próbował zapanować nad ciałem, ale rozchylony dekolt wciąż przyciągał wzrok. Tak dawno nie miał kobiety, że nawet nie pamiętał, jak to jest.
Bez słowa zerwał się z miejsca i popędził w stronę drzew. Gonił go jej głos, ale miał nadzieję, że nie będzie za nim szła.
Zatrzymał się głęboko w lesie. Ciężko dyszał – nie wiedział już czy z wysiłku, czy żądzy. Oparł głowę o sękaty pień. Napięcie, które czuł w biodrach i podbrzuszu zmieniło się już w ból.
Nerwowo rozsznurował spodnie. W więzieniu tylko strażnicy na przesłuchaniach boleśnie przypominali mu, jak wrażliwe jest krocze. Potrafili się zatroszczyć o to, by przez kilka dni sikał pod siebie krwią, zmienili dumę mężczyzny w spuchniętą, skurczoną rurkę. Teraz sam był zaskoczony, tym co zobaczył. Wyciągnął dłoń, by szybko pozbyć się napięcia i ugasić rozpalone zmysły. Tak zwykł robić – by zapomnieć o podnieceniu i skupić się na tym, co powinien robić łowca.
Tym razem zatrzymał jednak palce zanim jeszcze dotknęły ciała. Wydawało mu się, że w nozdrzach wciąż ma zapach kobiety, choć przecież biegł całkiem długo. Przymknął oczy i przywołał go.
Tak łatwo było sobie wyobrazić, jak klęczy u stóp. Obserwuje spod przymrużonych powiek, uśmiecha się. Przypomniał sobie ciepło jej oddechu, wtedy w więzieniu. Teraz również je poczuł, choć noc była przeraźliwie zimna. Przed oczami jawiły mu się jej rozchylone wargi. Biodra i pośladki przeszedł skurcz. Rozszalałe myśli bombardowały go wrażeniami z ostatnich dni: widokiem tego, jak kobieta oblizuje spierzchnięte wargi, smakiem śliny, który poczuł rano, kiedy przypadkiem zamienili łyżki. Jęknął. Całe ciało pulsowało jednym rytmem pragnienia. Westchnął, wyczerpany, lecz nie uwolniony od pożądania. Przez chwilę jeszcze dyszał obejmując pień, próbując uspokoić echa przyjemności w żyłach.
Las był nadzwyczaj cichy, kiedy osunął się na kolana i nasłuchiwał, czy aby na pewno był sam. Ustał nawet wiatr i szelest liści. Zupełnie stracił czujność i gdyby Zyta poszła za nim, nawet by tego nie zauważył.
Zaklął, bo bycie obserwowanym w takiej sytuacji niespodziewanie wydało mu się podniecające.
Nagle usłyszał krzyk. Ostry, wysoki dźwięk odbijał się od pni i niósł echem po całym lesie.
Ruszył biegiem w stronę obozowiska, przeskakując przez krzaczki i połamane gałęzie. Giętkie pędy smagały po twarzy, czepiając się krótkich włosów. Jeszcze przed chwilą owładnięty pożądaniem, teraz poczuł strach o Zytę. Zostawił ją w obozie tylko po to, by dać upust żądzy. Skoro tak go pociągała, to dlaczego ją porzucił i to w ciemnym lesie? Czyżby los miał go za to ukarać? Napędzał go strach. Chyba jeszcze nigdy tak szybko nie przedzierał się przez las.
Znów usłyszał krzyki. Rozpoznał męskie głosy, przenikliwy wrzask kobiety i dźwięk rozdzieranego materiału.
– Trzymaj tę sukę mocniej!
Wypadł z krzaków. Na wprost siebie zobaczył dwóch opryszków, którzy grzebali w bagażach, ale potem jego wzrok padł na Zytę. Trzymało ją trzech bandziorów. Rozdarli jej suknię, przed oczami łowcy mignęły białe piersi. Tak niedawno były przedmiotem jego fantazji, teraz widok tylko go przeraził. W szeroko otwartych oczach kobiety widział bezradność, wykrzywione usta nie tylko błagały o ratunek, ale krzyczały z bólu.
Galsal przez moment nie mógł oderwać od niej wzroku. Wyglądała jak poświęcona smokowi dziewica z rękami szeroko rozpostartymi trzymanymi przez oprawców i rozwichrzonymi włosami – tylko na obrazach nie było sińców, otarć, łez.
Rabusie bagażu szybko go zauważyli. Jeden skoczył po leżącą na ziemi kuszę, drugi wyciągnął miecz i krzyknął na towarzyszy.
Dwóch napastników kobiety puściło ją. Trzeci, najtęższy i najbardziej obleśny tylko zacisnął chwyt, aż kobieta pisnęła. Zyta szarpała się, dopóki nie otrzymała solidnego ciosu w twarz, po którym otępiała osunęła się w ramiona bandyty.
Galsal zlustrował obozowisko. Spojrzenie odnalazło częściowo rozerwany pakunek, z którego wystawał kostur. Zaświerzbiły go dłonie, a w gardle poczuł rosnącą gulę. Pierwszy pocisk z kuszy rozdarł skórzaną kurtkę i drasnął go w ramię. To go otrzeźwiło, przy kolejnym może nie mieć tyle szczęścia. Przetoczył się po ziemi po broń.
Chwytając kostur, poczuł, jak parzy mu dłonie, a skóra zaczyna pękać od żaru. Zalała go fala gorąca, a wraz z nią szepty. Wrażenie było to tak mocne, że zachwiał się – choć przecież robił to już nieraz. Ogarnęło go głuche dudnienie w uszach, potworny głód i paląca jasność przed oczami, która pochłaniała wszelkie kolory i zmieniała je w szare, ale zadziwiająco wyraźne kontury.
Drugi bełt trafił w udo. Przyklęknął krzywiąc się z bólu, a potem nagle poczuł chłód ponaglający do działania.
Starcie z pierwszym napastnikiem było krótkie, a kostur aż zajęczał z przyjemności, kiedy wyssał z przeciwnika energię życiową. Na murawę padło ciało z wypalonymi oczami. Kolejny, który zamachnął się mieczem skończył równie szybko. W kontakcie z kosturem żelazo rozbłysło czerwienią i pękło na kawałki. W mgnieniu oka skóra bandyty najpierw zbrązowiała, jak mięso rzucone na ruszt, a potem zmieniła się w węgiel. Osiłek rzucił nieprzytomną Zytę na ziemię i uciekł do lasu. Reszta poszła w jego ślady.
Po raz drugi tego dnia Galsal upadł na kolana. Chwycił się za głowę, upuszczając hebanowy kostur, kolorowe koraliki zabrzęczały w proteście. Ból, jaki odczuwał był nie do zniesienia, najchętniej rozłupałby sobie czaszkę i wyjął z niej mózg. Po chwili, dudnienie w głowie ustało, a on znów poczuł się stary i zmęczony. Całkowicie zużyty.
Rozśpiewały się dzwoneczki, a piórka zafalowały. Pomornik niechętnie spojrzał na kostur, by zaraz chwycić go w dłoń, oprzeć się na nim i wstać. Bardziej czuł niż słyszał pędzące w jego żyłach słowa.
„- Galsal…”
- Gdzie jest Kushim?– zapytał słabym głosem.
Kto jak kto, ale kostur z pewnością będzie wiedział, gdzie jest jego właściciel.
Cisza przedłużała się.
„– Żyje”
– Gdzie?!
Wizje zalały jego umysł, przemykając tak szybko, że nie nadążył ich rejestrować. Kilka razy pokazała się w nich Zyta i był pewien, że ma z tym wszystkim coś wspólnego.
Galsal powlókł się w stronę kobiety.
– Kosturze, przeczytaj ją! – zażądał, łapiąc Zytę za nadgarstek.
Musiał się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi. Jeśli Kushim żyje, to musiał go odnaleźć!
– Czytaj – warknął.
Nic się nie działo. Spojrzał na delikatną dłoń nieprzytomnej kobiety. Jeśli ściśnie ją mocniej wyjdą siniaki. Wcale nie potraktuje jej lepiej niż zbójcy, on, który chciał ją obronić.
Kostur milczał, jakby drwił z jego żądań. Czuł, jak wycofująca się magia leczy jego rany. Palący ból powoli znikał.
– Kurwa – zaklął, zastanawiając się, czy kiedykolwiek kostur odmówił współpracy. – Kurwa, co ja mam zrobić?
Przyklęknął nad Zytą. W tej jednej chwili nienawidził jej tajemnic i pożądał ciała, bał się o nią i o siebie. Był rycerzem i obrońcom w równym stopniu, co zagubionym wędrowcem. Czy go uratowała, czy prowadziła do zguby?
Kobieta zakasłała cicho. Otworzyła oczy. W szmaragdowych źrenicach zobaczył spokój, troskę i jeszcze coś czego nie potrafił nazwać. Uniosła kącik rozciętej wargi. Odnalazła dłonią jego rękę, zacisnęła palce. Była taka słaba, bezbronna, zdana tylko na niego – a jednocześnie piękna.
Zmarszczone czoło i nos łowcy stopniowo się wygładziły. Oddech i bicie serca zwolniły. Westchnął, mruknął coś pod nosem, uwolnił dłoń z uścisku. Przykrył jej piersi rozerwanym materiałem i tymczasowo związał ubranie kawałkami tasiemek. Kiedy uniosła się na łokciu myślał, że chce wstać, i objąć ją ramieniem. Niespodziewanie pociągnęła go ku sobie i przytuliła się mocno. Przez chwilę znieruchomiał. Potem potrząsnął głową, zaklął głośno i odskoczył od kobiety, jakby była przeklęta.
2
Kolejne kilka dni padał deszcz, a na bezkresnych równinach porośniętych trawami nawet nie mieli jak się przed nim schronić.
Wilgoć osiadała wszędzie, ciężka i lepka jak atmosfera pomiędzy nimi. Zyta udawała, że zbliżenie po napadzie było tylko chwilą słabości. Ilekroć podjechał do niej bliżej, wyczuwał delikatny zapach zażenowania, a nawet bez swych wyczulonych zmysłów i tak zauważyłby rumieniec wypełzający na policzki.
W tak niezręcznej sytuacji trudno było zadawać pytania na temat Kushimy, ale łowcę zbytnio drążyły myśli o mistrzu. Zatem spróbował – z marnym skutkiem. Był chyba zbyt natarczywy, bo szybko usłyszał ostrą odpowiedź. Kobieta albo go nie znała, albo nie chciała powiedzieć.
Nie uwierzył, że go nie znała. Wyczuł fałszywą nutę zdenerwowania w jej zapachu, jakby wśród dorodnych brzoskwiń trafił się zepsuty owoc. Może znów coś ukrywała?
Od tamtej pory nie odzywała się, a on nie zbliżał się zbytnio dając jej przestrzeń. Liczył, że w końcu sama się otworzy, lecz mijały godziny i dni, a ona jechała obok, nadąsana i nieobecna.
Galsal zauważył, że bardzo dbała o ozdobny woreczek i chroniła go przed deszczem. Maskę też skrzętnie ukryła w tobołkach, więc dokładnie widział sińce pod oczami, zmarszczki, pochyloną głowę i nieobecne, szkliste spojrzenie. Zastanawiał się, ile czasu spała, a ile udawała przed nim.
– Niedaleko jest zajazd – poinformował Zytę, lecz ta jedynie wzruszyła ramionami – Czuję wątły zapach dymu. Wysuszysz się, odpoczniemy, zjemy.
Kobieta zacisnęła szczękę. Po twarzy ściekały jej krople deszczu, mokre włosy przykleiły się do policzków.
– Długo będziesz się tak dąsać? – dodał po chwili, zerkając na nią z ukosa.
– A co, mam cię zabawiać, jak się trzęsę z zimna? Poza tym masz kostur, to gadaj se do niego – powiedziała zirytowana, nawet nie próbując udawać damy.
– Nie powinienem go dotykać, mój błąd. Mogłem poczekać, co zbójcy z tobą zrobią – odrzekł z przekąsem. – Zresztą do ciebie też nie należy, tak samo, jak i ta błyskotka. – Wskazał na jej szyję. – Tylko do Kushima więc…
– To mój ojciec – wypaliła bez ostrzeżenia.
– Co?
– Gówno – warknęła, coraz bardziej zirytowana, że nie daje jej spokoju. Jechała dalej przed siebie, jakby podróżowała sama.
– My, łowcy, nie możemy mieć dzieci. Przynajmniej nie z innymi gatunkami. – Spiął konia łydkami, żeby ją dogonić.
– To zabrzmiało jak obelga – fuknęła mrużąc oczy, kiedy zbliżył się do niej.
– Nie chciałem cię urazić, ale taka jest prawda. Poza tym pomorniczki są bardzo rzadko spotykane. Sam w życiu nie widziałem żadnej.
– Może dlatego, że nie mają wypisane na czole, kim są.
Zamyślił się na dłuższą chwilę.
– Kiedy widziałaś go ostatnio?
– W ogóle. Jestem córką dziwki, jakbyś zapomniał.
– To skąd pewność, że jest twoim ojcem? – zapytał chytrze.
– Odkąd zaczęłam dorastać miałam wizję. Droga wyłożona białymi kamieniami, a obok ostra skarpa i morze uderzające w nią z wściekłością. Rozbryzgujące się z hukiem fale i niesione wiatrem krople, które opadały na trakt. Na jego końcu stała twierdza, olbrzymia i ponura, a z niej wydobywał się dźwięk, jednostajny emanujący na cały świat…. Były też inne odgłosy, krwawe i ponure słowa, brzmiące jak pieśni o końcu zagładzie – zamilkła, lecz nadal wyginała palce.
Galsal również milczał. Rozpoznał w jej opowieści drogę, którą tak często wracał.
– Potem, kiedy byłam starsza, pojawiły się różne zdolności, ale…odepchnęłam je – dodała po chwili, a Galsal odczuł ulgę i odrobinę zazdrości, którą szybko zdławił.
– Wiesz, że to zawsze dziewczynki? Z unikatowymi zdolnościami, które mogą rozwijać albo nie. Mogą przeżyć życie jak normalny człowiek. Zestarzeć się i umrzeć.
– Każdy kiedyś umiera.
– Nie. Nie my. Mogą nas zabić, ale tak naprawdę nie umieramy. Za każdym razem budzimy się w twierdzy, nie pamiętając niczego. Czasem wszystko trwa kilka lat, czasem sto albo pięć tysięcy, ale zawsze wracamy. Przypominamy sobie nasze przeszłe życia, kiedy stykamy się z podobnymi sytuacjami albo trafiamy do miejsc, w których już raz byliśmy.
– To chyba niezbyt przyjemne – zauważyła. – Budzić się nie pamiętając nikogo ani niczego. Towarzyszy, przyjaciół. Bliskich osób – dodała i rzuciła mu zagadkowe spojrzenie.
Błoto rozpryskiwało się pod końskimi kopytami, lecz przestało padać. Chmury zaczęły rzednąć, a wkrótce promienie słońca w kilku miejscach przedarły się przez mleczną kotarę. Wcale nie polepszyło to jednak wizerunku zajazdu, a tylko pokazało wyraźniej, w jak opłakanym stanie się znajduje. Kwadratowy budynek, pokryty gnijącą słomą wyglądał, jakby miał za chwilę runąć. W ścianach z omszałych i spróchniałych bali wybito kilka, małych, krzywych okienek, zakrytych nie szkłem, lecz matowymi pęcherzami zwierząt. Do boku zajazdu przytulona była mniejsza rudera, zbita byle jak z desek,która okazała się stajnią.
Zanim jeszcze zsiedli z wierzchowców pojawił się młody chłopaczek z cwanym błyskiem w oku, ochoczo nadskakujący "nadobnym państwu" i oferujący opiekę nad końmi oraz stajnię – a wszystko za kilka marnych groszy.
Galsal zdjął ich skromny dobytek z grzbietów wierzchowców obserwując jak Zyta wyciąga znajomy mu już woreczek, sięga w głąb i podaje chłopcu monetę.
– Chyba już rozumiem, dlaczego twój szlachetka chciał się żenić – zauważył, wskazując głową woreczek.
Zyta uśmiechnęła się słabo.
– To pieniądze, które dostałam od matki – skłamała, czerwieniąc się.
Galsal przytrzymał ją za łokieć.
– Akurat. Zmieniasz końskie łajno w złoto – szepnął jej do ucha.
– Cóż… tylko na dwa dni. I tylko od czarnego wałacha karmionego świeżą trawę. Nie śmiej się – obruszyła się. – Alchemia ma swoje prawa, a ja jeszcze nie wymyśliłam, jak to obejść.
– Czyli w zimie jesteś głodna – stwierdził szeptem i otworzył przed nią drzwi.
Wewnątrz śmierdziało dymem, skwaśniałym potem wędrowców i mokrymi ubraniami, które suszyły się przed popękanym piecem. W szczelinach podłogi tkwiły spleśniałe resztki jedzenia, a pod stołami walały się obgryzione kości. Zwierzęta domowe czuły się w karczmie jak u siebie i dodawały swoje nuty zapachowe do ogólnego smrodu.
Zyta niechętnie weszła do ciemnego wnętrza rozglądając się za wolną ławą, omijając wzrokiem podchmielonych gości i kurę dumnie spacerującą po jednym ze stołów.
– Obrzydliwe miejsce – skomentowała pod nosem, mocniej przyciskając do siebie torbę.
Pomieszczenie było kwadratowe, niskie, bez żadnych wnęk czy nawet drugiego piętra. Gospodarze zapewne spali na poddaszu, oddzieleni od gości deskami tak wybrzuszonymi, jakby zaraz miały zwalić się przyjezdnym na głowy. Jak to zwykle w takich miejscach bywało, spano na złączonych ławach. Układano na nich zapchlone sienniki, a zwierzęta mościły sobie miejsce pomiędzy gośćmi – kury, koty, czasem nawet kozy.
Zyta zamknęła oczy wyobrażając sobie noc. Wolałaby spać na zewnątrz niż w tym ścisku, ale Galsal miał rację – musieli wysuszyć ubrania i zjeść coś ciepłego.
Pomornik usiadł przy wolnej ławie, a Zyta zapłaciła za jedzenie. Cienki gulasz z czerstwym chlebem i słabym piwem, i usiadła obok łowcy. Znużony chłopak, zapewne syn karczmarza przyniósł cienki gulasz w jednej, oblepionej starym tłuszczem misce. Do tego podał czerstwy chleb i słabe piwo. Kobieta niechętnie grzebała łyżką w strawie, za to Galsal przyglądał się jej uważnie. Sięgnął po piwo, wziął haust i skrzywił się, ale nie odstawił kufla.
Długą chwilę milczeli. W końcu Galsal rozejrzał się po sali, sprawdzając, czy nikt ich nie podsłuchuje i wrócił do tematu, który zaczęli na zewnątrz.
– Czyli… chcesz odnaleźć Kushima? – szepnął, nachylając się nad stołem. Zyta w milczeniu skinęła głową. – Dawno go nie widziano, więc może po prostu nie żyje?
– Sam mówiłeś, że nie umieracie, ale budzicie się w twierdzy.
– Nie pamiętając niczego – odszepnął. Teraz niemal stykali się głowami przez ławę.
– Jeśli mnie zobaczy przypomni sobie wszystko. W końcu jestem jego krwią. Chodźmy tam! Do miejsca, które pamiętam.
– Oszalałaś? Nawet my nie chcemy wracać twierdzy. Poza tym on może się wybudzić i za tysiąc lat. No i moc cię nie wpuści…
– Obudzisz go, a ja zaczekam na zewnątrz.
Galsal uniósł brew nie dowierzając.
– Tylko po to mnie szukałaś? Cała ta maskarada, żebym obudził ci ojca? – Wyprostował się na ławce i uważnie obserwował jej reakcję, aż w końcu skinęła z zakłopotaniem.
– Zrozum, że nie miałam wyboru. Usłyszałam tylko o tobie. Inni łowcy pewnie umarli i śpią tam razem z nim – odparła powoli. – To chyba jednak uczciwa wymiana, życie za pomoc.
Zauważył na jej ustach uśmiech, a w oczach iskierkę nadziei i stłumił ostrą odpowiedź. Ona naprawdę wierzyła, że robi mu przysługę? Była naiwna, zaślepiona czy zdesperowana?
Westchnął tylko zrezygnowany. Nigdy nie potrafił zrozumieć ludzi, a zwłaszcza kobiet. Jego świat był prosty: wytropić, upolować, odebrać zapłatę.
************
– Krąży mit, że kiedy zniknie ostatni pomornik, nastąpi rozkwit ludzkości. Ludzie będą mogli latać jak ptaki, przemieszczać się za pomocą myśli, rozmawiać na bardzo duże odległości – powiedziała cicho Zyta.
Leżeli na cuchnącym sienniku. Galsal objął ją żylastymi ramionami, by nie stoczyła się w szczelinę między ławami. Zabawne jak nieprzyjazne otoczenie pomogło im w zbliżeniu. Bez większych oporów wtuliła się w jego ciało, choć twarde biodro mężczyzny czasem uwierało ją w pośladek. Mimo odstępu od kolejnych ław, i tak dosięgał ją przesycony, przetrawiony alkoholem chuch chrapiącego mężczyzny. Z przeciwległego kąta pomieszczenia dochodziły odgłosy miłości i rzucane w uniesieniu przekleństwa. Zapewne należały do karczmarki obsługującej gości.
– Dzieci przestaną się rodzić, a kobiety będą mogły robić to co mężczyźni. Role zupełnie się odwrócą – szepnął Galsal, a potem ziewnął. – Wtedy obudzą się wszyscy pomornicy i mocą żywiołów zniszczą świat. Znam tą historię.
Nie był przyzwyczajony do rozmów przed snem, zwykle po prostu padał na posłanie, by jak najszybciej zregenerować siły. Czuł się nieswojo, a jednak było mu przyjemnie. Tonął w zapachu jej włosów i rozgrzanej skóry. Przyciągnął kobietę do piersi jakby była cennym skarbem. Nie oponowała, tylko znalazła wygodniejszą pozycję w jego ramionach i cicho westchnęła.
Niespodziewanie wyobraził sobie, że mógłby już tak zawsze zasypiać. Nie drżeć z gorączki po odniesionych ranach, nie szukać pozycji dla obtłuczonych kończyn i obitych żeber. Czuć drżenie miękkiego, ciepłego ciała w ramionach, oddychać w rytm jej oddechu. Ale nie w tym brudnym, zapchlonym zajeździe, tylko w miejscu, gdzie on i Zyta są tylko dla siebie. Zapragnął spokoju, który nie byłby tylko przeczekaniem kolejnego zagrożenia.
Nigdy nie rozumiał, dlaczego ludzie tak potrzebują domu, aż do tej chwili. Zrozumiał, dlaczego nie uciekł od Zyty, mimo wielu okazji. Dlaczego za każdym razem szukał wymówki, choć instynkt łowcy podpowiadał, by iść swoją drogą. Kobieta irytowała go naiwnością, a jednak to ona sprawiała, że bał się ją zostawić. Skrytość doprowadzała go do furii, lecz była też zagadką, która go przyciągała. Marzył, by być wreszcie sam, a jednak gdyby tak się stało, czułby, że coś utracił.
Teraz już nie przycisnął, ale przytulił Zytę i pogłaskał ją dłonią po ramieniu. Przeciągnęła się i otarła włosami o jego podbródek.
– Jesteś ostatni – zauważyła cicho.
– Nigdy nie jest się ostatnim. To tak nie działa.
– Jesteś.
Galsal ziewnął. Ale ona jest uparta.
– Jest mnóstwo światów, po których wędrujemy. To, że tu jest tylko jeden z nas, nie oznacza, że gdzieś niema więcej łowców. Śpij.
– Ale jeśli ich też tam nie ma? Jak to sprawdzisz? – ożywiła się.
– Nie wymyślaj teorii spiskowych. Nawet jeśli jestem ostatni, to reszta jest w twierdzy. I robią to, co my też powinniśmy. Śpią – mruknął zmęczonym głosem.
Zyta prychnęła, jakby przerwał jej najlepszą zabawę. Przez chwilę usiłowała leżeć nie ruchomo, ale wkrótce zaczęła się wiercić. Oddech wcale nie zwalniał, a w drżeniu mięśni wyczuwał niespodziewaną nerwowość i niecierpliwość. Sporadycznie kręciła to biodrami, to ramionami, co chwile poruszała stopą, lub kolanem, trącając go, zanim udało jej się znaleźć wygodną pozycję. Był prawie pewien, że robi to celowo – czyżby to była słodka zemsta za ucięcie rozmowy?
Na moment się uspokoiła i Galsal już prawie drzemał, gdy znowu poczuł pocieranie stopą. Co znowu chciała? Czy nie rozumiała, że jest zbyt zmęczony na rozmowę? A może chodziło jej o coś innego? Czyżby poczuła to samo co on, wtedy w lesie, tuż przed napadem rabusiów?
Kiedy powróciło do niego wspomnienie tamtej chwili, serce uderzyło szybciej, a wygaszone sennością zmysły znów zyskały ostrość. Poczuł znajome napięcie w biodrach – lecz teraz były przytulone do jej ciała.
Zsunął rękę z tali. Niby od niechcenia chwycił pasek od jej spodni, jakby się nim bawił, lecz palce wkrótce zsunęły się na gładką i ciepłą skórę na brzuchu kobiety. Poczuł jak oddech i serce kobiety gwałtownie przyśpieszają. Wtulił nos w jej szyję. Długie włosy pachniały zbożem i łaskotały. Dotknął skóry, wargami. Zyta cała drgnęła, jakby coś ją oparzyło, lecz po chwili sama przycisnęła szyję do jego ust. Galsal poczuł jak mała żyłka pulsuje gwałtownie pod językiem. Odurzał go zapach brzoskwiń, dojrzałych i rumianych. W jednej chwili chciał wgryźć się w miękki miąższ i wyssać cały słodki sok.
Syreni śpiew wydobył się z jej gardła, kiedy palce zahaczyły o skrawek bielizny i wślizgnęły się pod nią, a potem wędrowały coraz dalej, odkrywając nowe zakątki ciała. Czuł gorąco, słyszał jak jej serce uderza, niczym mały koliber w klatce, próbujący wyrwać się na wolność. Przyciągnął ją bliżej, wsunął drugą rękę pod koszulę, objął dłonią rozkoszne krągłości. Aksamitna skóra parzyła mu palce. Paznokcie Zyty wbiły mu się w udo, szarpiąc za materiał.
– Chodź do mnie – wyszeptała.
– Przecież jestem – mruknął jej do ucha, a potem delikatnie chwycił małżowinę w zęby. Kolejny raz otarła się o niego jak kotka, subtelna równowaga została zachwiana i przycisnął ją do ławy. Stęskniony jęk zaprosił go do środka.
Zasłonił jej usta. Szeptał jej do ucha wszystkie słowa jakie dotąd więził w gardle, od momentu, kiedy spotkał ją po raz pierwszy. Mówił, jak jest piękna, dziękował za dobroć i za wszystkie te chwile, których dotąd nawet nie zauważał, zaślepiony podejrzliwością. A kiedy skończyły się słowa, zastąpił je sam oddech – jego, niczym dyszącego zwierzęcia, i jej, gorący, przenikający przez palce dłoni.
3
Świt był rześki i Zyta widziała swój parujący oddech w powietrzu. Siedziała z gorącym kubkiem w dłoniach, otulona grubym kocem i nieco rozczochrana po nieprzespanej nocy. W zamyśleniu wodziła wzrokiem za Galsalem.
Ze zdziwieniem stwierdzając, że od pobytu w więzieniu nieco przytył.
Już nie wyglądał jak szkielet z naciągniętą nań skórą, która sprawiała wrażenie, jakby była co najmniej o rozmiar za mała. Teraz nabrzmiałe mięśnie poruszały się pod nią ze sprężystością godną drapieżnika, którym w istocie był.
Zbliżenie w karczmie zmieniło ich relację. Przede wszystkim nie trzęsła się po nocach z zimna. Wtulona w kochanka czuła się bezpiecznie. Wprawdzie o poranku często snuła się niewyspana, aczkolwiek rozkoszny uśmieszek, który pojawiał się znikąd na jej twarzy zdradzał zadowolenie.
– Jeszcze ci mało? – zapytał Galsal, jakby czytał w jej myślach. Zyta zbyt długo przyglądała się jego sylwetce. Zaczerwieniła się i skryła za kubkiem, a pomornik przyłapał się na tym, że uwielbia jej rumieńce.
– Myślę, ile czasu zmarnowaliśmy na nieufność – powiedziała powoli, przenosząc spojrzenie na wychylające się zza widnokręgu słońce.
– Jest go jeszcze mnóstwo przed nami. – Błyskawicznie pokonał kilka metrów, które dzieliły ich od siebie. Było to tak zaskakujące, że Zyta pisnęła, kiedy nachylił się nad nią z błyskiem w oczach i musnął ustami jej policzek.
– Na pewno – odparła rozmarzona. Pomasowała głowę, która od kilku dni pulsowała tępo. Podejrzewała, że to z niewyspania. Nie był to ból, którego nie byłaby w stanie znieść. Bardziej czaił się gdzieś z tyłu głowy, cały czas obecny.
Nie wspominała nic mężczyźnie. Niepotrzebnie trząsłby się nad nią o lekką migrenę, która przejdzie, jak tylko odpoczną.
Galsal opowiadał, że droga wiedzie przez góry, a przecież w oddali widziała masywne wzniesienia. Szczyty przykryte śnieżnymi czapami, w słoneczny, przejrzysty dzień, zdawałoby się, że są na wyciągnięcie dłoni. Ponoć z drugiej strony urywały się jak ucięte nożem. Wiecznie rozszalałe morze, wżerało się w nie z impetem. Pomiędzy jednym, a drugim był trakt, wyłożony białymi kamyczkami, na końcu którego stała twierdza.
– Wszystko dobrze? – zapytał zatroskany, uważnie przypatrując się jej twarzy.
Zyta skinęła. Przez krótką chwilę tępy ból uderzył tak mocno, jakby głowa miała odpaść i potoczyć się po trawie, ale uczucie zniknęło tak szybko, jak się pojawiło.
– Cudownie, bo jesteś przy mnie – uśmiechnęła się i miała wrażenie, że Galsal urósł z dumy kilka centymetrów. Patrzyła, jak sprawnie siodła konie i składa ich skromny dobytek. Już po chwili pakował rzeczy na grzbiety wierzchowców.
– Tuż przed górami jest mały zajazd. Zatrzymamy się tam, uzupełnimy zapasy i może… zamienimy konie na coś bardziej wytrzymałego – powiedział powoli. W głębi duszy nie chciał pozbywać się zwierząt, które nie zawiodły ich ani razu, ale muł, albo osioł były bardziej stabilne, ostrożne i wytrzymałe w skalistym terenie.
Zyta wzruszyła ramionami.
– Jesteś strasznie obojętna – zauważył podejrzliwie.
– Zmęczenie – odpowiedziała szybko.
– W takim razie wóz, żebyś miała gdzie odpocząć – ciągnął po chwili przyglądając się kobiecie.
Faktycznie wyglądała na zmęczoną z cieniami pod oczami i coraz bledszą skórą. Oczy dotąd błyszczące radością, teraz stawały się szkliste, a spojrzenie uciekało gdzieś w przestrzeń. Początkowo myślał, że to początek choroby, pokłosie tych wszystkich zimnych deszczowych dni – ale na razie nie zauważył innych objawów, więc zrzucił wszystko na przemęczenie.
– Odpoczniemy w zajeździe – mruknęła, powoli wstając. Opłukała kubek i wrzuciła do wypchanych już juków.
Wdrapała się na konia i ruszyła w stronę majaczących w oddali gór.
Galsal podążał za nią.
Nie ujechali staji, kiedy Zyta krzyknęła przeraźliwie, łapiąc się za głowę. Koń się spłoszył i tylko szybka reakcja Galsala, który złapał wodze, sprawiła, że nie uciekł.
– Moja głowa – jęknęła i zaczęła się osuwać z siodła.
Złapał ją zanim upadła na ziemię. Ciało zupełnie zwiotczało, leciało przez jego ramiona.
– Zyta? – jego głos zdradzał przerażenie, kiedy uświadomił sobie, że kobieta nie oddycha.
Przyłożył ucho do klatki piersiowej. Jej serce nie biło.
Drżącymi rękami ułożył ją na trawie. Wziął głęboki wdech, rozchylił jej wargi i wtłoczył powietrze do płuc, lecz ona nawet nie drgnęła. Zdesperowany ucisnął jej pierś, aż chrupnęło delikatne żebro. Wszystko na nic – leżała nieruchomo, wciąż jeszcze ciepła, ale pozbawiona życia.
– Oddychaj kochanie. Nie rób mi tego!
Nie mógł jej stracić. Nie teraz, kiedy oboje mieli zacząć nowe życie. Trudno mu było się do tego przyznać, ale potrzebował jej – pokazała mu, że świat mimo wad, wciąż jest piękny. Pomyślał, że zrobiłby wszystko żeby ją odzyskać. Wróciłby nawet do lochu, jeśli tylko miałby szansę ją uratować.
Długo tulił do piersi martwe ciało kobiety. Znaczył jej twarz swoimi łzami. Kołysał ją jak dziecko do snu, zupełnie bezradny.
– Irhor – szepnął i zamarł.
Dawno temu Irhor przedłożył swoje życzenie mocy i ta je spełniła. Co prawda miał kilku pomorników, którzy się za nim wstawili, a Galsal był sam. Musiał jednak spróbować -pojedzie do twierdzy z ciałem, obudził towarzyszy i zmusi moc do oddania mu Zyty.
Moc mogła wszystko, tworzyła światy, niszczyła je. Czym dla niej było jedno życie?
Koniec
Stare paskudne zamczysko stało na klifie, wznoszącym się wprost z rozszalałej morskiej kipieli, która nigdy nie zaznała spokoju. Bezduszny wiatr chciał zedrzeć skórę do kości temu, kto bezczelnie wszedłby na skraj urwiska i ośmieliłby się kroczyć wyłożoną białym kamieniem drogą wzdłuż morza. Była ona jedynym traktem prowadzącym do ponurej warowni, wrośniętej w skały gdzieś na końcach Nawii.
Huragan uderzył po raz kolejny, rozbijając fale o skały i z impetem opluwając kropelkami, ciężki wóz toczący się ścieżką. Woły ryknęły w proteście, a postać na koźle smagnęła je batem bez przekonania ponaglając do dalszej drogi. Tempo marszu nie zmieniło się jednak wcale, bo zwierzęta niechętnie stawiały krok za krokiem.
Siedliszcze było niemal na wyciągnięcie ręki. Zmęczony drogą mężczyzna odetchnął z ulgą, lecz chwilę później zadrżał z niepewności, czy moc spełni jego życzenie. Potrząsnął głową, kiedy solidna, rzeźbiona brama otworzyła się z głuchym łoskotem. Zostawił przed nią wóz, wyprzągł zwierzęta i puścił je na smaganą wiatrem łąkę. Zabrał mahoniowy kostur ozdobiony połyskliwymi różnobarwnymi koralikami i misternie oplecionymi czarną dratwą, do której przyczepione były i metalowe błyskotki i krucze pióra.
Powoli przeszedł pod kamiennym łukiem. Z wyrytych na nim znaków sączył się łagodny złoty blask. Co chwilę zerkał za plecy na pozostawiony przed zamkiem wóz.
Zagłębił się niski, ciemny tunel. W trakcie powolnej wędrówki poczuł, jak moc penetruje ciało. Tajemnicze znaki w korytarzu zapalały się, kiedy przechodził obok nich. Wiedział, że wszystkie zainstalowane tu pułapki uruchomią się nagle, jeśli tylko moc go nie uzna za swojego.
Na pustym dziedzińcu było nieco cieplej niż na zewnątrz.
Odrzucił kaptur, ukazując chude oblicze z ostrym nosem. Twarz pokrywało mnóstwo drobnych blizn mieniących się na złoto, lecz reszta skóry wyglądała na sczerniałą, a całe oblicze przypominało z wyrazu sępa. Tylko jeden element wydawał się nie pasować do reszty – czujne spojrzenie podwójnych tęczówek o bursztynowym kolorze.
– Gal-Sal.
Zamarł, kiedy usłyszał szept dobiegający zewsząd, wkradający się w myśli miękko i subtelnie, lecz nieustępliwie. Gdyby nie narastający ból głowy mógłby uwierzyć, że ktoś wita go w domu, niczym syna powracającego z dalekiej podróży.
Powoli odwrócił się w kierunku olbrzymiego białego obelisku, celującego w niebo.
– Gal-Sal. – Szept ewidentnie dobiegał z niego.
Mężczyzna przez moment patrzył na wirujące wokół kamienia krople wody, iskrzące się w promieniach zachodzącego słońca. Czuł jak ślepa moc przewala się przez niego i obejmuje swymi widmowymi mackami. Krew rozsadzała żyły, kości stawały się płynną lawą, ścięgna trzeszczały jak naprężone powrozy, a mięśnie pękały niczym zbyt dojrzałe pomidory upadające na kamienistą ziemię.
– Jestem – wycharczał wreszcie przez zaciśnięte zęby, przezwyciężając agonalny ból. Zadziwiające, że do tej pory usłyszał swoje imię tylko raz, kiedy aktywował kostur.
Katorga rozrywanego ciała zakończyła się równie gwałtownie co zaczęła. Galasal mógł spokojnie odetchnąć. Powoli rozprostował ciało z pozycji embrionalnej, a potem chwiejnie stanął na nogach. Miał wrażenie, że znowu upadnie, ale moc go podtrzymała. Popchnęła w kierunku kolejnych drzwi, rozjarzonych złotym blaskiem, które ukazały się tuż przed nim.
Przekroczył próg.
Przytulne wnętrze rozświetlało duże palenisko, dookoła którego ustawione były ławy. Kiedyś zasiadali na nich pomornicy, teraz pomieszczenie było puste. Zatęsknił nagle za głośnym towarzystwem braci – rubasznymi śmiechami starszych mistrzów i gwarem rozbrykanych chłopców, przybłęd sierot, przygarniętych z uliczek gościńców i lasów. Wydawało się wtedy, że dostali namiastkę domu, choć wielu zapłaciło za to później zbyt wysoką cenę.
Pokręcił głową, odpychając ponure myśli. Spojrzał na jedzenie czekające na stole. Kto i jak je przygotowywał nigdy nie dane było mu się dowiedzieć, zresztą chyba nawet się tym nie interesował. Zazwyczaj w magiczny sposób pojawiało się wszystko, czego potrzebowali. Tym razem nawet nie usiadł do posiłku, wziął do ręki bochen chleba i w biegu odgryzał wielkie kęsy, żeby czymkolwiek zapełnić pusty żołądek. Miał ważniejszy cel. Na wozie czekało ciało Zyty. Aż bał się spojrzeć pod materiał, którym ją owinął po śmierci. Miał tylko nadzieję, że lodowate, górskie powietrze spowolniło proces rozkładu. Reszta należała do mocy.
Zmierzch przyszedł nagle i spowił zamczysko mrokiem, jakby opadł nań nieprzenikniony woal.
Galsal piął się po schodach wąskim, ciemnym korytarzem dotykając zimnych ścian poprzecinanych złotymi świetlistymi żyłkami.
Tam gdzieś, w którymś z pokoi był Kushim. Moc, milczała, kiedy otwierał po kolei pomieszczenia pełne długich przeźroczystych pudeł, w których spali pomornicy. Było ich tak wiele, ustawionych rzędami na metalowych regałach. Przemknęło mu przez myśl, że teraz twierdza stała się przechowalnią zużytych i niepotrzebnych rzeczy. Magiczna siła, która dawniej napędzała ich do działania, teraz uległa wypaczeniu, niczym drewno zostawione zbyt długo w wilgotnym lochu. Nie potrafił określić, w którym momencie zaszła ta przemiana, i dlaczego pełen życia dom przeistoczył się w zimny grobowiec.
Przyglądał się każdemu pudłu i czytał czerwone karteczki z nazwiskami i datami. Żadne imię nic mu nie mówiło, choć przecież powinien je zapamiętać – zupełnie, jakby tę część pamięci mu wymazano. Byli ubrani w dziwaczne stroje, nie pasujące do żadnej znanej mu epoki.
I jedna myśl tłukła mu się w głowie:
„Co jeśli Zyta miała rację, co jeśli jest ostatni? Jeśli na nim kończy się świat?”
Dotarło do niego, że aby moc spełniła jego życzenie, musi wybudzić nie tylko Kushima, ale i całą resztę.
Błąkając się po korytarzach w końcu trafił na odpowiednie drzwi. Otworzył je i przeszedł przez próg. Sala była pusta, nie licząc jednego podłużnego pudła. Podszedł do niego powoli, chociaż wszystko w nim krzyczało, żeby zawrócić.
Za oszklonym wiekiem zobaczył mężczyznę. Nachylił się i pokręcił głową w niedowierzaniu.
– Co do cholery? – szepnął, kiedy rozpoznał swoją twarz.
Pomornik wewnątrz otworzył oczy. Miały kolor bursztynu i zdawały się wciągać go do wnętrza, jakby wpadał do głębokiej studni.
Galsal usłyszał dźwięk zatrzaskiwanych drzwi, a potem ogarnęła go ciemność.
Przez chwilę macał kamienne, wilgotne ściany. Pomieszczenie nagle się skurczyło, bo kiedy rozpostarł ręce, mógł ich dotknąć.
Smród, jaki go otaczał był nie do opisania: gnijące odpadki, kał, duchota ziemistego odoru. Bose stopy grzęzły w lepkiej mazi.
Przez moment zastanawiał się, kiedy ściągnął buty i gdzie w ogóle jest. Ostatnim, co pamiętał była opuszczona twierdza nad morzem. Próbował krzyknąć, ale głos uwiązł mu w gardle i wydobył się z niego jedynie nieporadny skrzek.
Gdzieś z oddali rozległo się szuranie, a krata nad nim rozjaśniła słabym blaskiem ognia z pochodni. Ktoś sapał i stawiał ciężkie kroki, jakby coś taszczył. Po chwili krzyknął niewyraźnie, a wiadro z gnijącymi resztkami wlało się do studni. Galsal ledwo uskoczył. Z góry dobiegł go śmiech i migotliwym blasku płomienia ujrzał nalaną tłustą twarz. Miał wrażenie, że już kiedyś ją widział.
– Żryj, śmieciu. – Zdanie dopełniło splunięcie w głąb jego więzienia.
a link do pierwszej? mogę prosić?
Proszę bardzo:
link do 4 części
http://www.nowafantastyka.pl/opowiadania/pokaz/34825
Więcej na profilu.
http://www.nowafantastyka.pl/profil/545649