- Opowiadanie: CZARNA2 - Pomornik V

Pomornik V

Ko­lej­na część Po­mor­ni­ka, a w niej tro­chę spro­śno­ści, prze­kleństw i walki.

 

Be­to­wał, ma­rzan, za co bar­dzo dzię­ku­ję. Bez niego ta hi­sto­ria nie by­ła­by taka.

 

Link do po­przed­niej czę­ści, czwar­tej, w komentarzu.

 

 

 

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Pomornik V

 

 

 

 

1

 

 

 

Ogni­sko pło­nę­ło de­li­kat­nym ogniem, dając nie­wie­le cie­pła. To jed­nak wy­star­czy­ło, aby gęsty gu­lasz z ku­ro­pa­twy bul­go­tał w ko­cioł­ku, a za­pa­chy zwia­sto­wa­ły smacz­ny po­si­łek.

Noc była gwieź­dzi­sta, chłod­na, a nie­wiel­ka po­la­na, na któ­rej sie­dzie­li chro­ni­ła przed wia­trem. Stare buki o po­skrę­ca­nych pniach trzesz­cza­ły od na­głych po­dmu­chów.

Kilka dni jazdy po bez­dro­żach spra­wi­ło, że wpa­dli w wy­god­ną ru­ty­nę.

Gal­sal zbie­rał drew­no, pod­czas gdy Zyta mie­sza­ła drew­nia­ną łyżką w mocno zu­ży­tym garze.

Dwa czar­ne konie stały nie­opo­dal, każdy z łbem w po­bli­żu zadu to­wa­rzy­sza, nie­mal ze­tknię­te ze sobą, a jed­nak roz­dzie­lo­ne nie­wi­dzial­ną linią. Co jakiś czas ma­cha­ły ogo­nem i ru­sza­ły usza­mi. Gdzieś z da­le­ka do­bie­gło wycie, po chwi­li od­po­wie­dzia­ło mu kilka in­nych nieco bli­żej.

Gal­sal rzu­cił na ster­tę pa­ty­ków kilka grub­szych dre­wien. Nawet za­ję­ty ukła­da­niem po­sła­nia z liści i ga­łę­zi, na któ­rych miały leżeć koce, co chwi­lę pa­trzył w stro­nę za­wi­nię­tej w ma­te­riał broni.

Usiadł wresz­cie po dru­giej stro­nie ogni­ska, nie od­gry­wa­jąc wzro­ku od pacz­ki. Tak łatwo było po nią się­gnąć, ode­brać zdo­być. Zbyt pro­sto.

Prze­niósł spoj­rze­nie na ko­bie­tę, która wła­śnie po­da­wa­ła bla­sza­ną miskę z je­dze­niem. Wziął od niej je­dze­nie. Gu­lasz pa­ro­wał, a po­jem­nik pa­rzył dło­nie. Od­sta­wił go na bok i od nie­chce­nia mie­szał drew­nia­ną łyżką.

Zer­k­nął teraz na nią, ru­mia­ną jak doj­rza­łe jabł­ko. Kilka ciem­nych ko­smy­ków wy­mknę­ło się z war­ko­cza i opa­da­ło na twarz. Od­gar­nę­ła je po­wol­nym ru­chem i przy­ła­pa­ła go na ob­ser­wa­cji.

– Coś się stało? – za­py­ta­ła.

Wy­da­wa­ło mu się, że za­ru­mie­ni­ła się jesz­cze bar­dziej – a może to tylko blask pło­mie­ni. Po­krę­cił prze­czą­co głową. Dla­cze­go była dla niego taka dobra? Czyż­by miała to wpi­sa­ne w na­tu­rę, a może cho­dzi­ło o coś wię­cej? Ech, gdyby miał broń, ta wy­szep­ta­ła­by cała praw­dę.

– Zmie­nił ci się za­pach – po­in­for­mo­wał, kiedy nie spusz­cza­ła z jego twa­rzy spoj­rze­nia.

– Po tak dłu­giej po­dró­ży…pew­nie tak – uśmiech­nę­ła się, lekko za­wsty­dzo­na, ale też roz­ba­wio­na. – Ale mogę to zmie­nić…róże czy fioł­ki?

– Nie…nie zmie­niaj…

Do za­pa­chu brzo­skwiń do­łą­czył piż­mo­wy aro­mat, w któ­rym wy­czu­wał sło­ność potu. Węch łowcy bez trudu roz­dzie­lał go od ostrej woni ogni­ska i dymu. Miał wra­że­nie, że opada na niego, otula twarz dłu­gi­mi smu­ga­mi, a kiedy już wzbu­dzi po­żą­da­nie, cięż­ko opada w dół, peł­znie po tor­sie w kie­run­ku ud. Pró­bo­wał za­pa­no­wać nad cia­łem, ale roz­chy­lo­ny de­kolt wciąż przy­cią­gał wzrok. Tak dawno nie miał ko­bie­ty, że nawet nie pa­mię­tał, jak to jest.

Bez słowa ze­rwał się z miej­sca i po­pę­dził w stro­nę drzew. Gonił go jej głos, ale miał na­dzie­ję, że nie bę­dzie za nim szła.

Za­trzy­mał się głę­bo­ko w lesie. Cięż­ko dy­szał – nie wie­dział już czy z wy­sił­ku, czy żądzy. Oparł głowę o sę­ka­ty pień. Na­pię­cie, które czuł w bio­drach i pod­brzu­szu zmie­ni­ło się już w ból.

Ner­wo­wo roz­sz­nu­ro­wał spodnie. W wię­zie­niu tylko straż­ni­cy na prze­słu­cha­niach bo­le­śnie przy­po­mi­na­li mu, jak wraż­li­we jest kro­cze. Po­tra­fi­li się za­trosz­czyć o to, by przez kilka dni sikał pod sie­bie krwią, zmie­ni­li dumę męż­czy­zny w spuch­nię­tą, skur­czo­ną rurkę. Teraz sam był za­sko­czo­ny, tym co zo­ba­czył. Wy­cią­gnął dłoń, by szyb­ko po­zbyć się na­pię­cia i uga­sić roz­pa­lo­ne zmy­sły. Tak zwykł robić – by za­po­mnieć o pod­nie­ce­niu i sku­pić się na tym, co po­wi­nien robić łowca.

Tym razem za­trzy­mał jed­nak palce zanim jesz­cze do­tknę­ły ciała. Wy­da­wa­ło mu się, że w noz­drzach wciąż ma za­pach ko­bie­ty, choć prze­cież biegł cał­kiem długo. Przy­mknął oczy i przy­wo­łał go.

Tak łatwo było sobie wy­obra­zić, jak klę­czy u stóp. Ob­ser­wu­je spod przy­mru­żo­nych po­wiek, uśmie­cha się. Przy­po­mniał sobie cie­pło jej od­de­chu, wtedy w wię­zie­niu. Teraz rów­nież je po­czuł, choć noc była prze­raź­li­wie zimna. Przed ocza­mi ja­wi­ły mu się jej roz­chy­lo­ne wargi. Bio­dra i po­ślad­ki prze­szedł skurcz. Roz­sza­la­łe myśli bom­bar­do­wa­ły go wra­że­nia­mi z ostat­nich dni: wi­do­kiem tego, jak ko­bie­ta ob­li­zu­je spierzch­nię­te wargi, sma­kiem śliny, który po­czuł rano, kiedy przy­pad­kiem za­mie­ni­li łyżki. Jęk­nął. Całe ciało pul­so­wa­ło jed­nym ryt­mem pra­gnie­nia. Wes­tchnął, wy­czer­pa­ny, lecz nie uwol­nio­ny od po­żą­da­nia. Przez chwi­lę jesz­cze dy­szał obej­mu­jąc pień, pró­bu­jąc uspo­ko­ić echa przy­jem­no­ści w ży­łach.

Las był nad­zwy­czaj cichy, kiedy osu­nął się na ko­la­na i na­słu­chi­wał, czy aby na pewno był sam. Ustał nawet wiatr i sze­lest liści. Zu­peł­nie stra­cił czuj­ność i gdyby Zyta po­szła za nim, nawet by tego nie za­uwa­żył.

Za­klął, bo bycie ob­ser­wo­wa­nym w ta­kiej sy­tu­acji nie­spo­dzie­wa­nie wy­da­ło mu się pod­nie­ca­ją­ce.

Nagle usły­szał krzyk. Ostry, wy­so­ki dźwięk od­bi­jał się od pni i niósł echem po całym lesie.

Ru­szył bie­giem w stro­nę obo­zo­wi­ska, prze­ska­ku­jąc przez krzacz­ki i po­ła­ma­ne ga­łę­zie. Gięt­kie pędy sma­ga­ły po twa­rzy, cze­pia­jąc się krót­kich wło­sów. Jesz­cze przed chwi­lą owład­nię­ty po­żą­da­niem, teraz po­czuł strach o Zytę. Zo­sta­wił ją w obo­zie tylko po to, by dać upust żądzy. Skoro tak go po­cią­ga­ła, to dla­cze­go ją po­rzu­cił i to w ciem­nym lesie? Czyż­by los miał go za to uka­rać? Na­pę­dzał go strach. Chyba jesz­cze nigdy tak szyb­ko nie prze­dzie­rał się przez las.

Znów usły­szał krzy­ki. Roz­po­znał mę­skie głosy, prze­ni­kli­wy wrzask ko­bie­ty i dźwięk roz­dzie­ra­ne­go ma­te­ria­łu.

– Trzy­maj tę sukę moc­niej!

Wy­padł z krza­ków. Na wprost sie­bie zo­ba­czył dwóch oprysz­ków, któ­rzy grze­ba­li w ba­ga­żach, ale potem jego wzrok padł na Zytę. Trzy­ma­ło ją trzech ban­dzio­rów. Roz­dar­li jej suk­nię, przed ocza­mi łowcy mi­gnę­ły białe pier­si. Tak nie­daw­no były przed­mio­tem jego fan­ta­zji, teraz widok tylko go prze­ra­ził. W sze­ro­ko otwar­tych oczach ko­bie­ty wi­dział bez­rad­ność, wy­krzy­wio­ne usta nie tylko bła­ga­ły o ra­tu­nek, ale krzy­cza­ły z bólu.

Gal­sal przez mo­ment nie mógł ode­rwać od niej wzro­ku. Wy­glą­da­ła jak po­świę­co­na smo­ko­wi dzie­wi­ca z rę­ka­mi sze­ro­ko roz­po­star­ty­mi trzy­ma­ny­mi przez opraw­ców i roz­wi­chrzo­ny­mi wło­sa­mi – tylko na ob­ra­zach nie było siń­ców, otarć, łez.

Ra­bu­sie ba­ga­żu szyb­ko go za­uwa­ży­li. Jeden sko­czył po le­żą­cą na ziemi kuszę, drugi wy­cią­gnął miecz i krzyk­nął na to­wa­rzy­szy.

Dwóch na­past­ni­ków ko­bie­ty pu­ści­ło ją. Trze­ci, naj­tęż­szy i naj­bar­dziej ob­le­śny tylko za­ci­snął chwyt, aż ko­bie­ta pi­snę­ła. Zyta szar­pa­ła się, do­pó­ki nie otrzy­ma­ła so­lid­ne­go ciosu w twarz, po któ­rym otę­pia­ła osu­nę­ła się w ra­mio­na ban­dy­ty.

Gal­sal zlu­stro­wał obo­zo­wi­sko. Spoj­rze­nie od­na­la­zło czę­ścio­wo ro­ze­rwa­ny pa­ku­nek, z któ­re­go wy­sta­wał ko­stur. Za­świerz­bi­ły go dło­nie, a w gar­dle po­czuł ro­sną­cą gulę. Pierw­szy po­cisk z kuszy roz­darł skó­rza­ną kurt­kę i dra­snął go w ramię. To go otrzeź­wi­ło, przy ko­lej­nym może nie mieć tyle szczę­ścia. Prze­to­czył się po ziemi po broń.

Chwy­ta­jąc ko­stur, po­czuł, jak parzy mu dło­nie, a skóra za­czy­na pękać od żaru. Za­la­ła go fala go­rą­ca, a wraz z nią szep­ty. Wra­że­nie było to tak mocne, że za­chwiał się – choć prze­cież robił to już nie­raz. Ogar­nę­ło go głu­che dud­nie­nie w uszach, po­twor­ny głód i pa­lą­ca ja­sność przed ocza­mi, która po­chła­nia­ła wszel­kie ko­lo­ry i zmie­nia­ła je w szare, ale za­dzi­wia­ją­co wy­raź­ne kon­tu­ry.

Drugi bełt tra­fił w udo. Przy­klęk­nął krzy­wiąc się z bólu, a potem nagle po­czuł chłód po­na­gla­ją­cy do dzia­ła­nia.

Star­cie z pierw­szym na­past­ni­kiem było krót­kie, a ko­stur aż za­ję­czał z przy­jem­no­ści, kiedy wy­ssał z prze­ciw­ni­ka ener­gię ży­cio­wą. Na mu­ra­wę padło ciało z wy­pa­lo­ny­mi ocza­mi. Ko­lej­ny, który za­mach­nął się mie­czem skoń­czył rów­nie szyb­ko. W kon­tak­cie z ko­stu­rem że­la­zo roz­bły­sło czer­wie­nią i pękło na ka­wał­ki. W mgnie­niu oka skóra ban­dy­ty naj­pierw zbrą­zo­wia­ła, jak mięso rzu­co­ne na ruszt, a potem zmie­ni­ła się w wę­giel. Osi­łek rzu­cił nie­przy­tom­ną Zytę na zie­mię i uciekł do lasu. Resz­ta po­szła w jego ślady.

Po raz drugi tego dnia Gal­sal upadł na ko­la­na. Chwy­cił się za głowę, upusz­cza­jąc he­ba­no­wy ko­stur, ko­lo­ro­we ko­ra­li­ki za­brzę­cza­ły w pro­te­ście. Ból, jaki od­czu­wał był nie do znie­sie­nia, naj­chęt­niej roz­łu­pał­by sobie czasz­kę i wyjął z niej mózg. Po chwi­li, dud­nie­nie w gło­wie usta­ło, a on znów po­czuł się stary i zmę­czo­ny. Cał­ko­wi­cie zu­ży­ty.

Roz­śpie­wa­ły się dzwo­necz­ki, a piór­ka za­fa­lo­wa­ły. Po­mor­nik nie­chęt­nie spoj­rzał na ko­stur, by zaraz chwy­cić go w dłoń, oprzeć się na nim i wstać. Bar­dziej czuł niż sły­szał pę­dzą­ce w jego ży­łach słowa.

„- Gal­sal…”

- Gdzie jest Ku­shim?– za­py­tał sła­bym gło­sem.

Kto jak kto, ale ko­stur z pew­no­ścią bę­dzie wie­dział, gdzie jest jego wła­ści­ciel.

Cisza prze­dłu­ża­ła się.

„– Żyje”

– Gdzie?!

Wizje za­la­ły jego umysł, prze­my­ka­jąc tak szyb­ko, że nie na­dą­żył ich re­je­stro­wać. Kilka razy po­ka­za­ła się w nich Zyta i był pe­wien, że ma z tym wszyst­kim coś wspól­ne­go.

Gal­sal po­wlókł się w stro­nę ko­bie­ty.

– Ko­stu­rze, prze­czy­taj ją! – za­żą­dał, ła­piąc Zytę za nad­gar­stek.

Mu­siał się do­wie­dzieć, o co w tym wszyst­kim cho­dzi. Jeśli Ku­shim żyje, to mu­siał go od­na­leźć!

– Czy­taj – wark­nął.

Nic się nie dzia­ło. Spoj­rzał na de­li­kat­ną dłoń nie­przy­tom­nej ko­bie­ty. Jeśli ści­śnie ją moc­niej wyjdą si­nia­ki. Wcale nie po­trak­tu­je jej le­piej niż zbój­cy, on, który chciał ją obro­nić.

Ko­stur mil­czał, jakby drwił z jego żądań. Czuł, jak wy­co­fu­ją­ca się magia leczy jego rany. Pa­lą­cy ból po­wo­li zni­kał.

– Kurwa – za­klął, za­sta­na­wia­jąc się, czy kie­dy­kol­wiek ko­stur od­mó­wił współ­pra­cy. – Kurwa, co ja mam zro­bić?

Przy­klęk­nął nad Zytą. W tej jed­nej chwi­li nie­na­wi­dził jej ta­jem­nic i po­żą­dał ciała, bał się o nią i o sie­bie. Był ry­ce­rzem i obroń­com w rów­nym stop­niu, co za­gu­bio­nym wę­drow­cem. Czy go ura­to­wa­ła, czy pro­wa­dzi­ła do zguby?

Ko­bie­ta za­ka­sła­ła cicho. Otwo­rzy­ła oczy. W szma­rag­do­wych źre­ni­cach zo­ba­czył spo­kój, tro­skę i jesz­cze coś czego nie po­tra­fił na­zwać. Unio­sła kącik roz­cię­tej wargi. Od­na­la­zła dło­nią jego rękę, za­ci­snę­ła palce. Była taka słaba, bez­bron­na, zdana tylko na niego – a jed­no­cze­śnie pięk­na.

Zmarsz­czo­ne czoło i nos łowcy stop­nio­wo się wy­gła­dzi­ły. Od­dech i bicie serca zwol­ni­ły. Wes­tchnął, mruk­nął coś pod nosem, uwol­nił dłoń z uści­sku. Przy­krył jej pier­si ro­ze­rwa­nym ma­te­ria­łem i tym­cza­so­wo zwią­zał ubra­nie ka­wał­ka­mi ta­sie­mek. Kiedy unio­sła się na łok­ciu my­ślał, że chce wstać, i objąć ją ra­mie­niem. Nie­spo­dzie­wa­nie po­cią­gnę­ła go ku sobie i przy­tu­li­ła się mocno. Przez chwi­lę znie­ru­cho­miał. Potem po­trzą­snął głową, za­klął gło­śno i od­sko­czył od ko­bie­ty, jakby była prze­klę­ta.

 

 

2

 

Ko­lej­ne kilka dni padał deszcz, a na bez­kre­snych rów­ni­nach po­ro­śnię­tych tra­wa­mi nawet nie mieli jak się przed nim schro­nić.

Wil­goć osia­da­ła wszę­dzie, cięż­ka i lepka jak at­mos­fe­ra po­mię­dzy nimi. Zyta uda­wa­ła, że zbli­że­nie po na­pa­dzie było tylko chwi­lą sła­bo­ści. Ile­kroć pod­je­chał do niej bli­żej, wy­czu­wał de­li­kat­ny za­pach za­że­no­wa­nia, a nawet bez swych wy­czu­lo­nych zmy­słów i tak za­uwa­żył­by ru­mie­niec wy­peł­za­ją­cy na po­licz­ki.

W tak nie­zręcz­nej sy­tu­acji trud­no było za­da­wać py­ta­nia na temat Ku­shi­my, ale łowcę zbyt­nio drą­ży­ły myśli o mi­strzu. Zatem spró­bo­wał – z mar­nym skut­kiem. Był chyba zbyt na­tar­czy­wy, bo szyb­ko usły­szał ostrą od­po­wiedź. Ko­bie­ta albo go nie znała, albo nie chcia­ła po­wie­dzieć.

Nie uwie­rzył, że go nie znała. Wy­czuł fał­szy­wą nutę zde­ner­wo­wa­nia w jej za­pa­chu, jakby wśród do­rod­nych brzo­skwiń tra­fił się ze­psu­ty owoc. Może znów coś ukry­wa­ła?

Od tam­tej pory nie od­zy­wa­ła się, a on nie zbli­żał się zbyt­nio dając jej prze­strzeń. Li­czył, że w końcu sama się otwo­rzy, lecz mi­ja­ły go­dzi­ny i dni, a ona je­cha­ła obok, na­dą­sa­na i nie­obec­na.

Gal­sal za­uwa­żył, że bar­dzo dbała o ozdob­ny wo­re­czek i chro­ni­ła go przed desz­czem. Maskę też skrzęt­nie ukry­ła w to­boł­kach, więc do­kład­nie wi­dział sińce pod ocza­mi, zmarszcz­ki, po­chy­lo­ną głowę i nie­obec­ne, szkli­ste spoj­rze­nie. Za­sta­na­wiał się, ile czasu spała, a ile uda­wa­ła przed nim.

– Nie­da­le­ko jest za­jazd – po­in­for­mo­wał Zytę, lecz ta je­dy­nie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi – Czuję wątły za­pach dymu. Wy­su­szysz się, od­pocz­nie­my, zjemy.

Ko­bie­ta za­ci­snę­ła szczę­kę. Po twa­rzy ście­ka­ły jej kro­ple desz­czu, mokre włosy przy­kle­iły się do po­licz­ków.

– Długo bę­dziesz się tak dąsać? – dodał po chwi­li, zer­ka­jąc na nią z ukosa.

– A co, mam cię za­ba­wiać, jak się trzę­sę z zimna? Poza tym masz ko­stur, to gadaj se do niego – po­wie­dzia­ła zi­ry­to­wa­na, nawet nie pró­bu­jąc uda­wać damy.

– Nie po­wi­nie­nem go do­ty­kać, mój błąd. Mo­głem po­cze­kać, co zbój­cy z tobą zro­bią – od­rzekł z prze­ką­sem. – Zresz­tą do cie­bie też nie na­le­ży, tak samo, jak i ta bły­skot­ka. – Wska­zał na jej szyję. – Tylko do Ku­shi­ma więc…

– To mój oj­ciec – wy­pa­li­ła bez ostrze­że­nia.

– Co?

– Gówno – wark­nę­ła, coraz bar­dziej zi­ry­to­wa­na, że nie daje jej spo­ko­ju. Je­cha­ła dalej przed sie­bie, jakby po­dró­żo­wa­ła sama.

– My, łowcy, nie mo­że­my mieć dzie­ci. Przy­naj­mniej nie z in­ny­mi ga­tun­ka­mi. – Spiął konia łyd­ka­mi, żeby ją do­go­nić.

– To za­brzmia­ło jak obe­lga – fuk­nę­ła mru­żąc oczy, kiedy zbli­żył się do niej.

– Nie chcia­łem cię ura­zić, ale taka jest praw­da. Poza tym po­mor­nicz­ki są bar­dzo rzad­ko spo­ty­ka­ne. Sam w życiu nie wi­dzia­łem żad­nej.

– Może dla­te­go, że nie mają wy­pi­sa­ne na czole, kim są.

Za­my­ślił się na dłuż­szą chwi­lę.

– Kiedy wi­dzia­łaś go ostat­nio?

– W ogóle. Je­stem córką dziw­ki, jak­byś za­po­mniał.

– To skąd pew­ność, że jest twoim ojcem? – za­py­tał chy­trze.

– Odkąd za­czę­łam do­ra­stać mia­łam wizję. Droga wy­ło­żo­na bia­ły­mi ka­mie­nia­mi, a obok ostra skar­pa i morze ude­rza­ją­ce w nią z wście­kło­ścią. Roz­bry­zgu­ją­ce się z hu­kiem fale i nie­sio­ne wia­trem kro­ple, które opa­da­ły na trakt. Na jego końcu stała twier­dza, ol­brzy­mia i po­nu­ra, a z niej wy­do­by­wał się dźwięk, jed­no­staj­ny ema­nu­ją­cy na cały świat…. Były też inne od­gło­sy, krwa­we i po­nu­re słowa, brzmią­ce jak pie­śni o końcu za­gła­dzie – za­mil­kła, lecz nadal wy­gi­na­ła palce.

Gal­sal rów­nież mil­czał. Roz­po­znał w jej opo­wie­ści drogę, którą tak czę­sto wra­cał.

– Potem, kiedy byłam star­sza, po­ja­wi­ły się różne zdol­no­ści, ale…ode­pchnę­łam je – do­da­ła po chwi­li, a Gal­sal od­czuł ulgę i odro­bi­nę za­zdro­ści, którą szyb­ko zdła­wił.

– Wiesz, że to za­wsze dziew­czyn­ki? Z uni­ka­to­wy­mi zdol­no­ścia­mi, które mogą roz­wi­jać albo nie. Mogą prze­żyć życie jak nor­mal­ny czło­wiek. Ze­sta­rzeć się i umrzeć.

– Każdy kie­dyś umie­ra.

– Nie. Nie my. Mogą nas zabić, ale tak na­praw­dę nie umie­ra­my. Za każ­dym razem bu­dzi­my się w twier­dzy, nie pa­mię­ta­jąc ni­cze­go. Cza­sem wszyst­ko trwa kilka lat, cza­sem sto albo pięć ty­się­cy, ale za­wsze wra­ca­my. Przy­po­mi­na­my sobie nasze prze­szłe życia, kiedy sty­ka­my się z po­dob­ny­mi sy­tu­acja­mi albo tra­fia­my do miejsc, w któ­rych już raz by­li­śmy.

– To chyba nie­zbyt przy­jem­ne – za­uwa­ży­ła. – Bu­dzić się nie pa­mię­ta­jąc ni­ko­go ani ni­cze­go. To­wa­rzy­szy, przy­ja­ciół. Bli­skich osób – do­da­ła i rzu­ci­ła mu za­gad­ko­we spoj­rze­nie.

Błoto roz­pry­ski­wa­ło się pod koń­ski­mi ko­py­ta­mi, lecz prze­sta­ło padać. Chmu­ry za­czę­ły rzed­nąć, a wkrót­ce pro­mie­nie słoń­ca w kilku miej­scach przedar­ły się przez mlecz­ną ko­ta­rę. Wcale nie po­lep­szy­ło to jed­nak wi­ze­run­ku za­jaz­du, a tylko po­ka­za­ło wy­raź­niej, w jak opła­ka­nym sta­nie się znaj­du­je. Kwa­dra­to­wy bu­dy­nek, po­kry­ty gni­ją­cą słomą wy­glą­dał, jakby miał za chwi­lę runąć. W ścia­nach z omsza­łych i spróch­nia­łych bali wy­bi­to kilka, ma­łych, krzy­wych okie­nek, za­kry­tych nie szkłem, lecz ma­to­wy­mi pę­che­rza­mi zwie­rząt. Do boku za­jaz­du przy­tu­lo­na była mniej­sza ru­de­ra, zbita byle jak z desek,która oka­za­ła się staj­nią.

Zanim jesz­cze zsie­dli z wierz­chow­ców po­ja­wił się młody chło­pa­czek z cwa­nym bły­skiem w oku, ocho­czo nad­ska­ku­ją­cy "na­dob­nym pań­stwu" i ofe­ru­ją­cy opie­kę nad końmi oraz staj­nię – a wszyst­ko za kilka mar­nych gro­szy.

Gal­sal zdjął ich skrom­ny do­by­tek z grzbie­tów wierz­chow­ców ob­ser­wu­jąc jak Zyta wy­cią­ga zna­jo­my mu już wo­re­czek, sięga w głąb i po­da­je chłop­cu mo­ne­tę.

– Chyba już ro­zu­miem, dla­cze­go twój szla­chet­ka chciał się żenić – za­uwa­żył, wska­zu­jąc głową wo­re­czek.

Zyta uśmiech­nę­ła się słabo.

– To pie­nią­dze, które do­sta­łam od matki – skła­ma­ła, czer­wie­niąc się.

Gal­sal przy­trzy­mał ją za ło­kieć.

– Aku­rat. Zmie­niasz koń­skie łajno w złoto – szep­nął jej do ucha.

– Cóż… tylko na dwa dni. I tylko od czar­ne­go wa­ła­cha kar­mio­ne­go świe­żą trawę. Nie śmiej się – ob­ru­szy­ła się. – Al­che­mia ma swoje prawa, a ja jesz­cze nie wy­my­śli­łam, jak to obejść.

– Czyli w zimie je­steś głod­na – stwier­dził szep­tem i otwo­rzył przed nią drzwi.

We­wnątrz śmier­dzia­ło dymem, skwa­śnia­łym potem wę­drow­ców i mo­kry­mi ubra­nia­mi, które su­szy­ły się przed po­pę­ka­nym pie­cem. W szcze­li­nach pod­ło­gi tkwi­ły sple­śnia­łe reszt­ki je­dze­nia, a pod sto­ła­mi wa­la­ły się ob­gry­zio­ne kości. Zwie­rzę­ta do­mo­we czuły się w karcz­mie jak u sie­bie i do­da­wa­ły swoje nuty za­pa­cho­we do ogól­ne­go smro­du.

Zyta nie­chęt­nie we­szła do ciem­ne­go wnę­trza roz­glą­da­jąc się za wolną ławą, omi­ja­jąc wzro­kiem pod­chmie­lo­nych gości i kurę dum­nie spa­ce­ru­ją­cą po jed­nym ze sto­łów.

– Obrzy­dli­we miej­sce – sko­men­to­wa­ła pod nosem, moc­niej przy­ci­ska­jąc do sie­bie torbę.

Po­miesz­cze­nie było kwa­dra­to­we, ni­skie, bez żad­nych wnęk czy nawet dru­gie­go pię­tra. Go­spo­da­rze za­pew­ne spali na pod­da­szu, od­dzie­le­ni od gości de­ska­mi tak wy­brzu­szo­ny­mi, jakby zaraz miały zwa­lić się przy­jezd­nym na głowy. Jak to zwy­kle w ta­kich miej­scach by­wa­ło, spano na złą­czo­nych ła­wach. Ukła­da­no na nich za­pchlo­ne sien­ni­ki, a zwie­rzę­ta mo­ści­ły sobie miej­sce po­mię­dzy go­ść­mi – kury, koty, cza­sem nawet kozy.

Zyta za­mknę­ła oczy wy­obra­ża­jąc sobie noc. Wo­la­ła­by spać na ze­wnątrz niż w tym ści­sku, ale Gal­sal miał rację – mu­sie­li wy­su­szyć ubra­nia i zjeść coś cie­płe­go.

Po­mor­nik usiadł przy wol­nej ławie, a Zyta za­pła­ci­ła za je­dze­nie. Cien­ki gu­lasz z czer­stwym chle­bem i sła­bym piwem, i usia­dła obok łowcy. Znu­żo­ny chło­pak, za­pew­ne syn karcz­ma­rza przy­niósł cien­ki gu­lasz w jed­nej, ob­le­pio­nej sta­rym tłusz­czem misce. Do tego podał czer­stwy chleb i słabe piwo. Ko­bie­ta nie­chęt­nie grze­ba­ła łyżką w stra­wie, za to Gal­sal przy­glą­dał się jej uważ­nie. Się­gnął po piwo, wziął haust i skrzy­wił się, ale nie od­sta­wił kufla.

Długą chwi­lę mil­cze­li. W końcu Gal­sal ro­zej­rzał się po sali, spraw­dza­jąc, czy nikt ich nie pod­słu­chu­je i wró­cił do te­ma­tu, który za­czę­li na ze­wnątrz.

– Czyli… chcesz od­na­leźć Ku­shi­ma? – szep­nął, na­chy­la­jąc się nad sto­łem. Zyta w mil­cze­niu ski­nę­ła głową. – Dawno go nie wi­dzia­no, więc może po pro­stu nie żyje?

– Sam mó­wi­łeś, że nie umie­ra­cie, ale bu­dzi­cie się w twier­dzy.

– Nie pa­mię­ta­jąc ni­cze­go – od­szep­nął. Teraz nie­mal sty­ka­li się gło­wa­mi przez ławę.

– Jeśli mnie zo­ba­czy przy­po­mni sobie wszyst­ko. W końcu je­stem jego krwią. Chodź­my tam! Do miej­sca, które pa­mię­tam.

– Osza­la­łaś? Nawet my nie chce­my wra­cać twier­dzy. Poza tym on może się wy­bu­dzić i za ty­siąc lat. No i moc cię nie wpu­ści…

– Obu­dzisz go, a ja za­cze­kam na ze­wnątrz.

Gal­sal uniósł brew nie do­wie­rza­jąc.

– Tylko po to mnie szu­ka­łaś? Cała ta ma­ska­ra­da, żebym obu­dził ci ojca? – Wy­pro­sto­wał się na ławce i uważ­nie ob­ser­wo­wał jej re­ak­cję, aż w końcu ski­nę­ła z za­kło­po­ta­niem.

– Zro­zum, że nie mia­łam wy­bo­ru. Usły­sza­łam tylko o tobie. Inni łowcy pew­nie umar­li i śpią tam razem z nim – od­par­ła po­wo­li. – To chyba jed­nak uczci­wa wy­mia­na, życie za pomoc.

Za­uwa­żył na jej ustach uśmiech, a w oczach iskier­kę na­dziei i stłu­mił ostrą od­po­wiedź. Ona na­praw­dę wie­rzy­ła, że robi mu przy­słu­gę? Była na­iw­na, za­śle­pio­na czy zde­spe­ro­wa­na?

Wes­tchnął tylko zre­zy­gno­wa­ny. Nigdy nie po­tra­fił zro­zu­mieć ludzi, a zwłasz­cza ko­biet. Jego świat był pro­sty: wy­tro­pić, upo­lo­wać, ode­brać za­pła­tę.

 

 

************

 

– Krąży mit, że kiedy znik­nie ostat­ni po­mor­nik, na­stą­pi roz­kwit ludz­ko­ści. Lu­dzie będą mogli latać jak ptaki, prze­miesz­czać się za po­mo­cą myśli, roz­ma­wiać na bar­dzo duże od­le­gło­ści – po­wie­dzia­ła cicho Zyta.

Le­że­li na cuch­ną­cym sien­ni­ku. Gal­sal objął ją ży­la­sty­mi ra­mio­na­mi, by nie sto­czy­ła się w szcze­li­nę mię­dzy ła­wa­mi. Za­baw­ne jak nie­przy­ja­zne oto­cze­nie po­mo­gło im w zbli­że­niu. Bez więk­szych opo­rów wtu­li­ła się w jego ciało, choć twar­de bio­dro męż­czy­zny cza­sem uwie­ra­ło ją w po­śla­dek. Mimo od­stę­pu od ko­lej­nych ław, i tak do­się­gał ją prze­sy­co­ny, prze­tra­wio­ny al­ko­ho­lem chuch chra­pią­ce­go męż­czy­zny. Z prze­ciw­le­głe­go kąta po­miesz­cze­nia do­cho­dzi­ły od­gło­sy mi­ło­ści i rzu­ca­ne w unie­sie­niu prze­kleń­stwa. Za­pew­ne na­le­ża­ły do karcz­mar­ki ob­słu­gu­ją­cej gości.

– Dzie­ci prze­sta­ną się ro­dzić, a ko­bie­ty będą mogły robić to co męż­czyź­ni. Role zu­peł­nie się od­wró­cą – szep­nął Gal­sal, a potem ziew­nął. – Wtedy obu­dzą się wszy­scy po­mor­ni­cy i mocą ży­wio­łów znisz­czą świat. Znam tą hi­sto­rię.

Nie był przy­zwy­cza­jo­ny do roz­mów przed snem, zwy­kle po pro­stu padał na po­sła­nie, by jak naj­szyb­ciej zre­ge­ne­ro­wać siły. Czuł się nie­swo­jo, a jed­nak było mu przy­jem­nie. Tonął w za­pa­chu jej wło­sów i roz­grza­nej skóry. Przy­cią­gnął ko­bie­tę do pier­si jakby była cen­nym skar­bem. Nie opo­no­wa­ła, tylko zna­la­zła wy­god­niej­szą po­zy­cję w jego ra­mio­nach i cicho wes­tchnę­ła.

Nie­spo­dzie­wa­nie wy­obra­ził sobie, że mógł­by już tak za­wsze za­sy­piać. Nie drżeć z go­rącz­ki po od­nie­sio­nych ra­nach, nie szu­kać po­zy­cji dla ob­tłu­czo­nych koń­czyn i obi­tych żeber. Czuć drże­nie mięk­kie­go, cie­płe­go ciała w ra­mio­nach, od­dy­chać w rytm jej od­de­chu. Ale nie w tym brud­nym, za­pchlo­nym za­jeź­dzie, tylko w miej­scu, gdzie on i Zyta są tylko dla sie­bie. Za­pra­gnął spo­ko­ju, który nie byłby tylko prze­cze­ka­niem ko­lej­ne­go za­gro­że­nia.

Nigdy nie ro­zu­miał, dla­cze­go lu­dzie tak po­trze­bu­ją domu, aż do tej chwi­li. Zro­zu­miał, dla­cze­go nie uciekł od Zyty, mimo wielu oka­zji. Dla­cze­go za każ­dym razem szu­kał wy­mów­ki, choć in­stynkt łowcy pod­po­wia­dał, by iść swoją drogą. Ko­bie­ta iry­to­wa­ła go na­iw­no­ścią, a jed­nak to ona spra­wia­ła, że bał się ją zo­sta­wić. Skry­tość do­pro­wa­dza­ła go do furii, lecz była też za­gad­ką, która go przy­cią­ga­ła. Ma­rzył, by być wresz­cie sam, a jed­nak gdyby tak się stało, czuł­by, że coś utra­cił.

Teraz już nie przy­ci­snął, ale przy­tu­lił Zytę i po­gła­skał ją dło­nią po ra­mie­niu. Prze­cią­gnę­ła się i otar­ła wło­sa­mi o jego pod­bró­dek.

– Je­steś ostat­ni – za­uwa­ży­ła cicho.

– Nigdy nie jest się ostat­nim. To tak nie dzia­ła.

– Je­steś.

Gal­sal ziew­nął. Ale ona jest upar­ta.

– Jest mnó­stwo świa­tów, po któ­rych wę­dru­je­my. To, że tu jest tylko jeden z nas, nie ozna­cza, że gdzieś niema wię­cej łow­ców. Śpij.

– Ale jeśli ich też tam nie ma? Jak to spraw­dzisz? – oży­wi­ła się.

– Nie wy­my­ślaj teo­rii spi­sko­wych. Nawet jeśli je­stem ostat­ni, to resz­ta jest w twier­dzy. I robią to, co my też po­win­ni­śmy. Śpią – mruk­nął zmę­czo­nym gło­sem.

Zyta prych­nę­ła, jakby prze­rwał jej naj­lep­szą za­ba­wę. Przez chwi­lę usi­ło­wa­ła leżeć nie ru­cho­mo, ale wkrót­ce za­czę­ła się wier­cić. Od­dech wcale nie zwal­niał, a w drże­niu mię­śni wy­czu­wał nie­spo­dzie­wa­ną ner­wo­wość i nie­cier­pli­wość. Spo­ra­dycz­nie krę­ci­ła to bio­dra­mi, to ra­mio­na­mi, co chwi­le po­ru­sza­ła stopą, lub ko­la­nem, trą­ca­jąc go, zanim udało jej się zna­leźć wy­god­ną po­zy­cję. Był pra­wie pe­wien, że robi to ce­lo­wo – czyż­by to była słod­ka ze­msta za ucię­cie roz­mo­wy?

Na mo­ment się uspo­ko­iła i Gal­sal już pra­wie drze­mał, gdy znowu po­czuł po­cie­ra­nie stopą. Co znowu chcia­ła? Czy nie ro­zu­mia­ła, że jest zbyt zmę­czo­ny na roz­mo­wę? A może cho­dzi­ło jej o coś in­ne­go? Czyż­by po­czu­ła to samo co on, wtedy w lesie, tuż przed na­pa­dem ra­bu­siów?

Kiedy po­wró­ci­ło do niego wspo­mnie­nie tam­tej chwi­li, serce ude­rzy­ło szyb­ciej, a wy­ga­szo­ne sen­no­ścią zmy­sły znów zy­ska­ły ostrość. Po­czuł zna­jo­me na­pię­cie w bio­drach – lecz teraz były przy­tu­lo­ne do jej ciała.

Zsu­nął rękę z tali. Niby od nie­chce­nia chwy­cił pasek od jej spodni, jakby się nim bawił, lecz palce wkrót­ce zsu­nę­ły się na gład­ką i cie­płą skórę na brzu­chu ko­bie­ty. Po­czuł jak od­dech i serce ko­bie­ty gwał­tow­nie przy­śpie­sza­ją. Wtu­lił nos w jej szyję. Dłu­gie włosy pach­nia­ły zbo­żem i ła­sko­ta­ły. Do­tknął skóry, war­ga­mi. Zyta cała drgnę­ła, jakby coś ją opa­rzy­ło, lecz po chwi­li sama przy­ci­snę­ła szyję do jego ust. Gal­sal po­czuł jak mała żyłka pul­su­je gwał­tow­nie pod ję­zy­kiem. Odu­rzał go za­pach brzo­skwiń, doj­rza­łych i ru­mia­nych. W jed­nej chwi­li chciał wgryźć się w mięk­ki miąższ i wy­ssać cały słod­ki sok.

Sy­re­ni śpiew wy­do­był się z jej gar­dła, kiedy palce za­ha­czy­ły o skra­wek bie­li­zny i wśli­zgnę­ły się pod nią, a potem wę­dro­wa­ły coraz dalej, od­kry­wa­jąc nowe za­kąt­ki ciała. Czuł go­rą­co, sły­szał jak jej serce ude­rza, ni­czym mały ko­li­ber w klat­ce, pró­bu­ją­cy wy­rwać się na wol­ność. Przy­cią­gnął ją bli­żej, wsu­nął drugą rękę pod ko­szu­lę, objął dło­nią roz­kosz­ne krą­gło­ści. Ak­sa­mit­na skóra pa­rzy­ła mu palce. Pa­znok­cie Zyty wbiły mu się w udo, szar­piąc za ma­te­riał.

– Chodź do mnie – wy­szep­ta­ła.

– Prze­cież je­stem – mruk­nął jej do ucha, a potem de­li­kat­nie chwy­cił mał­żo­wi­nę w zęby. Ko­lej­ny raz otar­ła się o niego jak kotka, sub­tel­na rów­no­wa­ga zo­sta­ła za­chwia­na i przy­ci­snął ją do ławy. Stę­sk­nio­ny jęk za­pro­sił go do środ­ka.

Za­sło­nił jej usta. Szep­tał jej do ucha wszyst­kie słowa jakie dotąd wię­ził w gar­dle, od mo­men­tu, kiedy spo­tkał ją po raz pierw­szy. Mówił, jak jest pięk­na, dzię­ko­wał za do­broć i za wszyst­kie te chwi­le, któ­rych dotąd nawet nie za­uwa­żał, za­śle­pio­ny po­dejrz­li­wo­ścią. A kiedy skoń­czy­ły się słowa, za­stą­pił je sam od­dech – jego, ni­czym dy­szą­ce­go zwie­rzę­cia, i jej, go­rą­cy, prze­ni­ka­ją­cy przez palce dłoni.

 

3

 

 

Świt był rześ­ki i Zyta wi­dzia­ła swój pa­ru­ją­cy od­dech w po­wie­trzu. Sie­dzia­ła z go­rą­cym kub­kiem w dło­niach, otu­lo­na gru­bym kocem i nieco roz­czo­chra­na po nie­prze­spa­nej nocy. W za­my­śle­niu wo­dzi­ła wzro­kiem za Gal­sa­lem.

Ze zdzi­wie­niem stwier­dza­jąc, że od po­by­tu w wię­zie­niu nieco przy­tył.

Już nie wy­glą­dał jak szkie­let z na­cią­gnię­tą nań skórą, która spra­wia­ła wra­że­nie, jakby była co naj­mniej o roz­miar za mała. Teraz na­brzmia­łe mię­śnie po­ru­sza­ły się pod nią ze sprę­ży­sto­ścią godną dra­pież­ni­ka, któ­rym w isto­cie był.

Zbli­że­nie w karcz­mie zmie­ni­ło ich re­la­cję. Przede wszyst­kim nie trzę­sła się po no­cach z zimna. Wtu­lo­na w ko­chan­ka czuła się bez­piecz­nie. Wpraw­dzie o po­ran­ku czę­sto snuła się nie­wy­spa­na, acz­kol­wiek roz­kosz­ny uśmie­szek, który po­ja­wiał się zni­kąd na jej twa­rzy zdra­dzał za­do­wo­le­nie.

– Jesz­cze ci mało? – za­py­tał Gal­sal, jakby czy­tał w jej my­ślach. Zyta zbyt długo przy­glą­da­ła się jego syl­wet­ce. Za­czer­wie­ni­ła się i skry­ła za kub­kiem, a po­mor­nik przy­ła­pał się na tym, że uwiel­bia jej ru­mień­ce.

– Myślę, ile czasu zmar­no­wa­li­śmy na nie­uf­ność – po­wie­dzia­ła po­wo­li, prze­no­sząc spoj­rze­nie na wy­chy­la­ją­ce się zza wid­no­krę­gu słoń­ce.

– Jest go jesz­cze mnó­stwo przed nami. – Bły­ska­wicz­nie po­ko­nał kilka me­trów, które dzie­li­ły ich od sie­bie. Było to tak za­ska­ku­ją­ce, że Zyta pi­snę­ła, kiedy na­chy­lił się nad nią z bły­skiem w oczach i mu­snął usta­mi jej po­li­czek.

– Na pewno – od­par­ła roz­ma­rzo­na. Po­ma­so­wa­ła głowę, która od kilku dni pul­so­wa­ła tępo. Po­dej­rze­wa­ła, że to z nie­wy­spa­nia. Nie był to ból, któ­re­go nie by­ła­by w sta­nie znieść. Bar­dziej czaił się gdzieś z tyłu głowy, cały czas obec­ny.

Nie wspo­mi­na­ła nic męż­czyź­nie. Nie­po­trzeb­nie trząsł­by się nad nią o lekką mi­gre­nę, która przej­dzie, jak tylko od­pocz­ną.

Gal­sal opo­wia­dał, że droga wie­dzie przez góry, a prze­cież w od­da­li wi­dzia­ła ma­syw­ne wznie­sie­nia. Szczy­ty przy­kry­te śnież­ny­mi cza­pa­mi, w sło­necz­ny, przej­rzy­sty dzień, zda­wa­ło­by się, że są na wy­cią­gnię­cie dłoni. Ponoć z dru­giej stro­ny ury­wa­ły się jak ucię­te nożem. Wiecz­nie roz­sza­la­łe morze, wże­ra­ło się w nie z im­pe­tem. Po­mię­dzy jed­nym, a dru­gim był trakt, wy­ło­żo­ny bia­ły­mi ka­mycz­ka­mi, na końcu któ­re­go stała twier­dza.

– Wszyst­ko do­brze? – za­py­tał za­tro­ska­ny, uważ­nie przy­pa­tru­jąc się jej twa­rzy.

Zyta ski­nę­ła. Przez krót­ką chwi­lę tępy ból ude­rzył tak mocno, jakby głowa miała od­paść i po­to­czyć się po tra­wie, ale uczu­cie znik­nę­ło tak szyb­ko, jak się po­ja­wi­ło.

– Cu­dow­nie, bo je­steś przy mnie – uśmiech­nę­ła się i miała wra­że­nie, że Gal­sal urósł z dumy kilka cen­ty­me­trów. Pa­trzy­ła, jak spraw­nie sio­dła konie i skła­da ich skrom­ny do­by­tek. Już po chwi­li pa­ko­wał rze­czy na grzbie­ty wierz­chow­ców.

– Tuż przed gó­ra­mi jest mały za­jazd. Za­trzy­ma­my się tam, uzu­peł­ni­my za­pa­sy i może… za­mie­ni­my konie na coś bar­dziej wy­trzy­ma­łe­go – po­wie­dział po­wo­li. W głębi duszy nie chciał po­zby­wać się zwie­rząt, które nie za­wio­dły ich ani razu, ale muł, albo osioł były bar­dziej sta­bil­ne, ostroż­ne i wy­trzy­ma­łe w ska­li­stym te­re­nie.

Zyta wzru­szy­ła ra­mio­na­mi.

– Je­steś strasz­nie obo­jęt­na – za­uwa­żył po­dejrz­li­wie.

– Zmę­cze­nie – od­po­wie­dzia­ła szyb­ko.

– W takim razie wóz, żebyś miała gdzie od­po­cząć – cią­gnął po chwi­li przy­glą­da­jąc się ko­bie­cie.

Fak­tycz­nie wy­glą­da­ła na zmę­czo­ną z cie­nia­mi pod ocza­mi i coraz bled­szą skórą. Oczy dotąd błysz­czą­ce ra­do­ścią, teraz sta­wa­ły się szkli­ste, a spoj­rze­nie ucie­ka­ło gdzieś w prze­strzeń. Po­cząt­ko­wo my­ślał, że to po­czą­tek cho­ro­by, po­kło­sie tych wszyst­kich zim­nych desz­czo­wych dni – ale na razie nie za­uwa­żył in­nych ob­ja­wów, więc zrzu­cił wszyst­ko na prze­mę­cze­nie.

– Od­pocz­nie­my w za­jeź­dzie – mruk­nę­ła, po­wo­li wsta­jąc. Opłu­ka­ła kubek i wrzu­ci­ła do wy­pcha­nych już juków.

Wdra­pa­ła się na konia i ru­szy­ła w stro­nę ma­ja­czą­cych w od­da­li gór.

Gal­sal po­dą­żał za nią.

Nie uje­cha­li staji, kiedy Zyta krzyk­nę­ła prze­raź­li­wie, ła­piąc się za głowę. Koń się spło­szył i tylko szyb­ka re­ak­cja Gal­sa­la, który zła­pał wodze, spra­wi­ła, że nie uciekł.

– Moja głowa – jęk­nę­ła i za­czę­ła się osu­wać z sio­dła.

Zła­pał ją zanim upa­dła na zie­mię. Ciało zu­peł­nie zwiot­cza­ło, le­cia­ło przez jego ra­mio­na.

– Zyta? – jego głos zdra­dzał prze­ra­że­nie, kiedy uświa­do­mił sobie, że ko­bie­ta nie od­dy­cha.

Przy­ło­żył ucho do klat­ki pier­sio­wej. Jej serce nie biło.

Drżą­cy­mi rę­ka­mi uło­żył ją na tra­wie. Wziął głę­bo­ki wdech, roz­chy­lił jej wargi i wtło­czył po­wie­trze do płuc, lecz ona nawet nie drgnę­ła. Zde­spe­ro­wa­ny uci­snął jej pierś, aż chrup­nę­ło de­li­kat­ne żebro. Wszyst­ko na nic – le­ża­ła nie­ru­cho­mo, wciąż jesz­cze cie­pła, ale po­zba­wio­na życia.

– Od­dy­chaj ko­cha­nie. Nie rób mi tego!

Nie mógł jej stra­cić. Nie teraz, kiedy oboje mieli za­cząć nowe życie. Trud­no mu było się do tego przy­znać, ale po­trze­bo­wał jej – po­ka­za­ła mu, że świat mimo wad, wciąż jest pięk­ny. Po­my­ślał, że zro­bił­by wszyst­ko żeby ją od­zy­skać. Wró­cił­by nawet do lochu, jeśli tylko miał­by szan­sę ją ura­to­wać.

Długo tulił do pier­si mar­twe ciało ko­bie­ty. Zna­czył jej twarz swo­imi łzami. Ko­ły­sał ją jak dziec­ko do snu, zu­peł­nie bez­rad­ny.

– Irhor – szep­nął i za­marł.

Dawno temu Irhor przed­ło­żył swoje ży­cze­nie mocy i ta je speł­ni­ła. Co praw­da miał kilku po­mor­ni­ków, któ­rzy się za nim wsta­wi­li, a Gal­sal był sam. Mu­siał jed­nak spró­bo­wać -po­je­dzie do twier­dzy z cia­łem, obu­dził to­wa­rzy­szy i zmusi moc do od­da­nia mu Zyty.

Moc mogła wszyst­ko, two­rzy­ła świa­ty, nisz­czy­ła je. Czym dla niej było jedno życie?

 

 

Ko­niec

 

Stare pa­skud­ne za­mczy­sko stało na kli­fie, wzno­szą­cym się wprost z roz­sza­la­łej mor­skiej ki­pie­li, która nigdy nie za­zna­ła spo­ko­ju. Bez­dusz­ny wiatr chciał ze­drzeć skórę do kości temu, kto bez­czel­nie wszedł­by na skraj urwi­ska i ośmie­lił­by się kro­czyć wy­ło­żo­ną bia­łym ka­mie­niem drogą wzdłuż morza. Była ona je­dy­nym trak­tem pro­wa­dzą­cym do po­nu­rej wa­row­ni, wro­śnię­tej w skały gdzieś na koń­cach Nawii.

Hu­ra­gan ude­rzył po raz ko­lej­ny, roz­bi­ja­jąc fale o skały i z im­pe­tem oplu­wa­jąc kro­pel­ka­mi, cięż­ki wóz to­czą­cy się ścież­ką. Woły ryk­nę­ły w pro­te­ście, a po­stać na koźle sma­gnę­ła je batem bez prze­ko­na­nia po­na­gla­jąc do dal­szej drogi. Tempo mar­szu nie zmie­ni­ło się jed­nak wcale, bo zwie­rzę­ta nie­chęt­nie sta­wia­ły krok za kro­kiem.

Sie­dlisz­cze było nie­mal na wy­cią­gnię­cie ręki. Zmę­czo­ny drogą męż­czy­zna ode­tchnął z ulgą, lecz chwi­lę póź­niej za­drżał z nie­pew­no­ści, czy moc speł­ni jego ży­cze­nie. Po­trzą­snął głową, kiedy so­lid­na, rzeź­bio­na brama otwo­rzy­ła się z głu­chym ło­sko­tem. Zo­sta­wił przed nią wóz, wy­przągł zwie­rzę­ta i pu­ścił je na sma­ga­ną wia­trem łąkę. Za­brał ma­ho­nio­wy ko­stur ozdo­bio­ny po­ły­skli­wy­mi róż­no­barw­ny­mi ko­ra­li­ka­mi i mi­ster­nie ople­cio­ny­mi czar­ną dra­twą, do któ­rej przy­cze­pio­ne były i me­ta­lo­we bły­skot­ki i kru­cze pióra.

Po­wo­li prze­szedł pod ka­mien­nym łu­kiem. Z wy­ry­tych na nim zna­ków są­czył się ła­god­ny złoty blask. Co chwi­lę zer­kał za plecy na po­zo­sta­wio­ny przed zam­kiem wóz.

Za­głę­bił się niski, ciem­ny tunel. W trak­cie po­wol­nej wę­drów­ki po­czuł, jak moc pe­ne­tru­je ciało. Ta­jem­ni­cze znaki w ko­ry­ta­rzu za­pa­la­ły się, kiedy prze­cho­dził obok nich. Wie­dział, że wszyst­kie za­in­sta­lo­wa­ne tu pu­łap­ki uru­cho­mią się nagle, jeśli tylko moc go nie uzna za swo­je­go.

Na pu­stym dzie­dziń­cu było nieco cie­plej niż na ze­wnątrz.

Od­rzu­cił kap­tur, uka­zu­jąc chude ob­li­cze z ostrym nosem. Twarz po­kry­wa­ło mnó­stwo drob­nych blizn mie­nią­cych się na złoto, lecz resz­ta skóry wy­glą­da­ła na sczer­nia­łą, a całe ob­li­cze przy­po­mi­na­ło z wy­ra­zu sępa. Tylko jeden ele­ment wy­da­wał się nie pa­so­wać do resz­ty – czuj­ne spoj­rze­nie po­dwój­nych tę­czó­wek o bursz­ty­no­wym ko­lo­rze.

– Gal-Sal.

Za­marł, kiedy usły­szał szept do­bie­ga­ją­cy ze­wsząd, wkra­da­ją­cy się w myśli mięk­ko i sub­tel­nie, lecz nie­ustę­pli­wie. Gdyby nie na­ra­sta­ją­cy ból głowy mógł­by uwie­rzyć, że ktoś wita go w domu, ni­czym syna po­wra­ca­ją­ce­go z da­le­kiej po­dró­ży.

Po­wo­li od­wró­cił się w kie­run­ku ol­brzy­mie­go bia­łe­go obe­li­sku, ce­lu­ją­ce­go w niebo.

– Gal-Sal. – Szept ewi­dent­nie do­bie­gał z niego.

Męż­czy­zna przez mo­ment pa­trzył na wi­ru­ją­ce wokół ka­mie­nia kro­ple wody, iskrzą­ce się w pro­mie­niach za­cho­dzą­ce­go słoń­ca. Czuł jak ślepa moc prze­wa­la się przez niego i obej­mu­je swymi wid­mo­wy­mi mac­ka­mi. Krew roz­sa­dza­ła żyły, kości sta­wa­ły się płyn­ną lawą, ścię­gna trzesz­cza­ły jak na­prę­żo­ne po­wro­zy, a mię­śnie pę­ka­ły ni­czym zbyt doj­rza­łe po­mi­do­ry upa­da­ją­ce na ka­mie­ni­stą zie­mię.

– Je­stem – wy­char­czał wresz­cie przez za­ci­śnię­te zęby, prze­zwy­cię­ża­jąc ago­nal­ny ból. Za­dzi­wia­ją­ce, że do tej pory usły­szał swoje imię tylko raz, kiedy ak­ty­wo­wał ko­stur.

Ka­tor­ga roz­ry­wa­ne­go ciała za­koń­czy­ła się rów­nie gwał­tow­nie co za­czę­ła. Ga­la­sal mógł spo­koj­nie ode­tchnąć. Po­wo­li roz­pro­sto­wał ciało z po­zy­cji em­brio­nal­nej, a potem chwiej­nie sta­nął na no­gach. Miał wra­że­nie, że znowu upad­nie, ale moc go pod­trzy­ma­ła. Po­pchnę­ła w kie­run­ku ko­lej­nych drzwi, roz­ja­rzo­nych zło­tym bla­skiem, które uka­za­ły się tuż przed nim.

Prze­kro­czył próg.

Przy­tul­ne wnę­trze roz­świe­tla­ło duże pa­le­ni­sko, do­oko­ła któ­re­go usta­wio­ne były ławy. Kie­dyś za­sia­da­li na nich po­mor­ni­cy, teraz po­miesz­cze­nie było puste. Za­tę­sk­nił nagle za gło­śnym to­wa­rzy­stwem braci – ru­basz­ny­mi śmie­cha­mi star­szych mi­strzów i gwa­rem roz­bry­ka­nych chłop­ców, przy­błęd sie­rot, przy­gar­nię­tych z uli­czek go­ściń­ców i lasów. Wy­da­wa­ło się wtedy, że do­sta­li na­miast­kę domu, choć wielu za­pła­ci­ło za to póź­niej zbyt wy­so­ką cenę.

Po­krę­cił głową, od­py­cha­jąc po­nu­re myśli. Spoj­rzał na je­dze­nie cze­ka­ją­ce na stole. Kto i jak je przy­go­to­wy­wał nigdy nie dane było mu się do­wie­dzieć, zresz­tą chyba nawet się tym nie in­te­re­so­wał. Za­zwy­czaj w ma­gicz­ny spo­sób po­ja­wia­ło się wszyst­ko, czego po­trze­bo­wa­li. Tym razem nawet nie usiadł do po­sił­ku, wziął do ręki bo­chen chle­ba i w biegu od­gry­zał wiel­kie kęsy, żeby czym­kol­wiek za­peł­nić pusty żo­łą­dek. Miał waż­niej­szy cel. Na wozie cze­ka­ło ciało Zyty. Aż bał się spoj­rzeć pod ma­te­riał, któ­rym ją owi­nął po śmier­ci. Miał tylko na­dzie­ję, że lo­do­wa­te, gór­skie po­wie­trze spo­wol­ni­ło pro­ces roz­kła­du. Resz­ta na­le­ża­ła do mocy.

Zmierzch przy­szedł nagle i spo­wił za­mczy­sko mro­kiem, jakby opadł nań nie­prze­nik­nio­ny woal.

Gal­sal piął się po scho­dach wą­skim, ciem­nym ko­ry­ta­rzem do­ty­ka­jąc zim­nych ścian po­prze­ci­na­nych zło­ty­mi świe­tli­sty­mi żył­ka­mi.

Tam gdzieś, w któ­rymś z pokoi był Ku­shim. Moc, mil­cza­ła, kiedy otwie­rał po kolei po­miesz­cze­nia pełne dłu­gich prze­źro­czy­stych pudeł, w któ­rych spali po­mor­ni­cy. Było ich tak wiele, usta­wio­nych rzę­da­mi na me­ta­lo­wych re­ga­łach. Prze­mknę­ło mu przez myśl, że teraz twier­dza stała się prze­cho­wal­nią zu­ży­tych i nie­po­trzeb­nych rze­czy. Ma­gicz­na siła, która daw­niej na­pę­dza­ła ich do dzia­ła­nia, teraz ule­gła wy­pa­cze­niu, ni­czym drew­no zo­sta­wio­ne zbyt długo w wil­got­nym lochu. Nie po­tra­fił okre­ślić, w któ­rym mo­men­cie za­szła ta prze­mia­na, i dla­cze­go pełen życia dom prze­isto­czył się w zimny gro­bo­wiec.

Przy­glą­dał się każ­de­mu pudłu i czy­tał czer­wo­ne kar­tecz­ki z na­zwi­ska­mi i da­ta­mi. Żadne imię nic mu nie mó­wi­ło, choć prze­cież po­wi­nien je za­pa­mię­tać – zu­peł­nie, jakby tę część pa­mię­ci mu wy­ma­za­no. Byli ubra­ni w dzi­wacz­ne stro­je, nie pa­su­ją­ce do żad­nej zna­nej mu epoki.

I jedna myśl tłu­kła mu się w gło­wie:

Co jeśli Zyta miała rację, co jeśli jest ostat­ni? Jeśli na nim koń­czy się świat?”

Do­tar­ło do niego, że aby moc speł­ni­ła jego ży­cze­nie, musi wy­bu­dzić nie tylko Ku­shi­ma, ale i całą resz­tę.

Błą­ka­jąc się po ko­ry­ta­rzach w końcu tra­fił na od­po­wied­nie drzwi. Otwo­rzył je i prze­szedł przez próg. Sala była pusta, nie li­cząc jed­ne­go po­dłuż­ne­go pudła. Pod­szedł do niego po­wo­li, cho­ciaż wszyst­ko w nim krzy­cza­ło, żeby za­wró­cić.

Za oszklo­nym wie­kiem zo­ba­czył męż­czy­znę. Na­chy­lił się i po­krę­cił głową w nie­do­wie­rza­niu.

– Co do cho­le­ry? – szep­nął, kiedy roz­po­znał swoją twarz.

Po­mor­nik we­wnątrz otwo­rzył oczy. Miały kolor bursz­ty­nu i zda­wa­ły się wcią­gać go do wnę­trza, jakby wpa­dał do głę­bo­kiej stud­ni.

Gal­sal usły­szał dźwięk za­trza­ski­wa­nych drzwi, a potem ogar­nę­ła go ciem­ność.

Przez chwi­lę macał ka­mien­ne, wil­got­ne ścia­ny. Po­miesz­cze­nie nagle się skur­czy­ło, bo kiedy roz­po­starł ręce, mógł ich do­tknąć.

Smród, jaki go ota­czał był nie do opi­sa­nia: gni­ją­ce od­pad­ki, kał, du­cho­ta zie­mi­ste­go odoru. Bose stopy grzę­zły w lep­kiej mazi.

Przez mo­ment za­sta­na­wiał się, kiedy ścią­gnął buty i gdzie w ogóle jest. Ostat­nim, co pa­mię­tał była opusz­czo­na twier­dza nad mo­rzem. Pró­bo­wał krzyk­nąć, ale głos uwiązł mu w gar­dle i wy­do­był się z niego je­dy­nie nie­po­rad­ny skrzek.

Gdzieś z od­da­li roz­le­gło się szu­ra­nie, a krata nad nim roz­ja­śni­ła sła­bym bla­skiem ognia z po­chod­ni. Ktoś sapał i sta­wiał cięż­kie kroki, jakby coś tasz­czył. Po chwi­li krzyk­nął nie­wy­raź­nie, a wia­dro z gni­ją­cy­mi reszt­ka­mi wlało się do stud­ni. Gal­sal ledwo usko­czył. Z góry do­biegł go śmiech i mi­go­tli­wym bla­sku pło­mie­nia uj­rzał na­la­ną tłu­stą twarz. Miał wra­że­nie, że już kie­dyś ją wi­dział.

– Żryj, śmie­ciu. – Zda­nie do­peł­ni­ło splu­nię­cie w głąb jego wię­zie­nia.

 

 

 

Koniec

Komentarze

a link do pierwszej? mogę prosić? 

Nowa Fantastyka