I. Puszcza, która chłonie
Zabawa w chowanego była błędem. W puszczy Brzozowian drzewa nie pilnowały dzieci – one je chłonęły. Mila biegła przez paprocie, które cięły jej ramiona jak małe, zielone brzytwy. Śmiech Velesławy dawno ucichł, zastąpiony przez miarowe, dławiące bicie serca Mili.
Zgubiła się. Las wokół niej stał się obcy, wykrzywiony, pełen próchniejących pni, które przypominały szkielety olbrzymów. Mila intuicyjne parła tam, gdzie ziemia stawała się miękka i cuchnąca – wiedziała, że woda prowadzi do grodu. Nie wiedziała jednak, że prowadzi też prosto w objęcia tego, co gnije pod powierzchnią.
Velesława stanęła na polanie, a ból przeszył jej skronie niczym rozżarzona igła. To nie było przeczucie. To było szarpnięcie za samą duszę. Czuła chłód, który nie należał do lasu – metaliczny, śliski chłód głębiny. – Mila! – krzyknęła, ale las tylko odbił jej głos, dławiące go echem. Rzuciła się w stronę rzeki, a mrok między drzewami zdawał się gęstnieć z każdym jej krokiem.
II. Bies w starorzeczu
Mila dotarła do brzegu. Woda w tym miejscu była czarna, pokryta grubym kożuchem rzęsy i bąblami gazu bagiennego. Chciała obmyć twarz, ale gdy tylko nachyliła się nad taflą, z toni wyłoniła się twarz. Skóra Wodnika była przeźroczysta, napięta na czaszce niczym mokry pergamin, a z jego oczodołów wpatrywały się w nią dwie zgniłe śliwki pozbawione powiek.
Zanim zdążyła nabrać tchu, lodowata dłoń pokryta śluzem zacisnęła się na jej gardle. Bies wciągnął ją do wody jednym, potężnym szarpnięciem. Mila poczuła na sobie jego ciężar – mokry, zimny i cuchnący rybimi flakami.
Wodnik śmiał się, a był to dźwięk rzygania mułem. Jego palce wbijały się w jej młode ciało, zostawiając sine, piekące ślady. Wodorosty, ożywione jego wolą, oplotły nogi Mili niczym mokre powrozy, ciągnąc ją w dół, tam gdzie światło słońca zamieniało się w brudną zieleń.
– Puść ją, ty ścierwo! – Velesława wypadła z gęstwiny. Jej oczy płonęły błękitem zimnego gniewu.
Wodnik uniósł Milę ponad wodę, trzymając ją za szyję jak trofeum. Wygiął bezwargie usta w drwiącym uśmiechu. – Zbyt późno, kapłanko… – zasyczał, a z jego szczelinowatych nozdrzy wypłynęła czarna maź. – Ta krew jest słodka. Będzie karmić dno przez sto lat.
III. Manifestacja Matki
Velesława poczuła, że jej własna moc to za mało. Padła na kolana, wbijając palce w błotnisty brzeg, szukając pomocy u jedynej siły, która mogła tu rządzić.
Wtedy powietrze stało się ciężkie od zapachu rodzącej ziemi i świeżego grobu. Obok Veli, wyłaniając się z samej darni, stanęła Mokosz. Nie była piękna. Miała postać kobiety o skórze z czarnego humusu, z włosami będącymi splotem korzeni i dżdżownic. Położyła dłoń na głowie Velesławy, a przez dziewczynę przepłynęło uderzenie tak surowej mocy, że krew zaczęła jej lecieć z nosa.
Velesława uderzyła dłońmi o taflę wody. – ZRYJCIE GO! – zawyła.
Wodorosty, które jeszcze przed chwilą służyły biesowi, nagle stwardniały. Ich łodygi pokryły się kolcami twardymi jak krzemień. Zamiast dusić Milę, rzuciły się na Wodnika. Dziesiątki zielonych pędów wbiły się w jego przeźroczystą pierś, rozpruwając śluz i wchodząc głęboko w trzewia. Bies zawył nieludzkim głosem, gdy rośliny zaczęły pić jego własną, mętną posokę.
Korzenie olch, potężne i sękate, wystrzeliły z dna, owijając się wokół gardła Wodnika. Zaciskały się z suchym chrzęstem, miażdżąc chrząstki demona. Wodnik próbował walczyć, ale ziemia i rzeka zwróciły się przeciwko niemu.
Mila została wypluta na brzeg, kaszląc mułem i krwią. Leżała w błocie, dygocząc, podczas gdy wodorosty ostatecznie wciągnęły biesa w głębinę, rozrywając jego ciało na strzępy pod powierzchnią.
IV. Próg grodu i ciężar bogów
Mokosz zniknęła, zostawiając po sobie jedynie ciszę i zapach mokrej gliny. Velesława dopadła do Mili, tuląc ją do siebie. Obie były umazane w czarnej mazi i krwi biesa. Velesława spojrzała na rzekę – wiedziała, że to nie była tylko walka o życie przyjaciółki. To był znak, że bogowie zaczęli używać ich ciał do własnej wojny.
Gdy wyłoniły się z cienia drzew przed grodem, słońce barwiło dym z palenisk na krwawy kolor. Strażnicy zamarli na widok pękniętych naczyń w oczach Velesławy. Na środku majdanu czekał Sambor. Stał nieruchomo, a w jego spojrzeniu tliło się bolesne zrozumienie, które wyniósł z nauk swojego ojca, starego wilka.
– Mokosz wydała wyrok – powiedziała Velesława, a jej głos był chropowaty od zaschniętej krwi.
Sambor położył ciężką dłoń na jej ramieniu. Wiedział, że od tej nocy ogień w świątyni nie będzie już taki sam. Puszcza Brzozowian odebrała im niewinność, zostawiając w zamian moc, która była zarówno darem, jak i przekleństwem.