- Opowiadanie: Mehiko - Barometr

Barometr

Pogoda się ostatnio zmienia i ciśnienie wariuje, więc wrzucam coś w temacie. Miłego czytania!

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Barometr

1: Uraz

 Adam w najśmielszych oczekiwaniach – a zarazem najczarniejszych koszmarach – nie mógłby nigdy przypuszczać, czym skończy się dla niego wycieczka do Łodzi. Dał się na nią namówić swojemu koledze, który przeniósł się tam rok wcześniej, gdy ich firma otwierała filię w tym mieście. Wyjazd z tętniącej życiem Warszawy do wymierającej Łodzi – bo taką miał Adam opinię o tym mieście – wydawał mu się czystą aberracją. Jednak Karol był przekonany, że właśnie tam może rozwinąć skrzydła i dokazać tego, o czym w stolicy próżno by marzyć.

I rzeczywiście, łódzka filia „Chłopca z zapalniczką” – wciąż niewielkiej, ale prężnie rozwijającej się firmy produkującej gadżety i materiały pirotechniczne – za sprawą Karola i jego zespołu zaczęła przynosić pierwsze zauważalne zyski. Szczególne zainteresowanie wzbudziła wśród śniadych obcokrajowców, którzy z wiadomych sobie względów woleli nie rzucać się w oczy w Warszawie, a potrzebowali sporo materiałów dla młodzieży niemieckiej i francuskiej (tak przynajmniej utrzymywali). Karol postanowił uczcić rocznicę założenia firmy wielką bibą w lasach spalskich i zaprosił Adama kilka dni naprzód, by pomógł mu w przygotowaniach. W ramach atrakcji po pracowitym dniu zaprosił starego kumpla do zwiedzenia łódzkiego zwierzyńca. Zachwalał zwłaszcza oceanarium, któremu równego w tej części Europy próżno szukać.

Adam nie miał specjalnie nic lepszego do roboty, więc nie kazał się długo prosić. Wybrali się w piękne przedpołudnie licząc na to, że zdążą obejść zoo zanim lipcowy upał upomni się o swoje prawa i zagna ich na piwną sjestę do jakiejś tawerny. Karolowi spieszno było do Oceanarium, jednak Adam zamarudził czas jakiś w parku linowym, przyglądając się baraszkującym na wysokościach dzieciom i oddając rozmyślaniom o beztroskich początkach gatunku ludzkiego. Dłuższy czas zabawił też w Orientarium. Jego uwagę przyciągnął wybieg orangutanów. W Warszawie tych małp nie ma, a że swego czasu oczytał się w publikacjach de Waala o inteligencji i przejawach humanizmu wśród naczelnych, zaczął się tymi kuzynami – jak ich w myślach i rozmowach nazywał – bardziej interesować. Dumał nawet nad simizmem czy ape`izmem (a może małpizmem? wciąż szukał dobrego słowa) – wśród ludzi i zastanawiał się, jak to jest być człowiekiem z małpiego punktu widzenia. Teraz zatem, kiedy patrzył w oczy orangutanowi, czyszczącemu zęby jakimś patykiem i beznamiętnie na pozór rozglądającemu się po swym wybiegu, nie mógł oprzeć się pytaniu, co też może on o nas, ludziach, myśleć?

„Ludzie, tak… wszędzie ich pełno… chyba zjadłem starego pędraka… co on się tak gapi na mnie? Czy nie wie, że idzie ulewa? Las… za mało lasu… niech już spadnie deszcz… pójdą sobie”.

Słyszał te oderwane myśli w swojej głowie i sam nie wiedział, czy nawiązał telepatyczne porozumienie z orangutanem? Nie, to przecież nonsens! Za dużo się oczytał i za bardzo wczuwał w rolę. „Kiedy będą banany?” Albo i zmęczony był już nieco. „Melon też się nada”.

– Melon też się nada.

– Słucham? – zdziwił się Karol.

– Nie, tak do siebie mówię. Chodźmy już stąd! Będzie padać.

– No coś ty! W prognozie nic o tym nie było. Czekaj, sprawdzę w komórce – i Karol zaczął przeglądać pogodę w smartfonie. – Czyste niebo.

– Zjedzmy coś, zgłodniałem. Mogą być i melony – odparł Adam.

– Jakie znów melony?

Karol popatrzył tylko na kolegę i pomyślał, że faktycznie może być zmęczony i głodny. Zaproponował zatem wyjście do „Pory karmienia”.

– To miejscowa restauracja na terenie zoo. Spodoba ci się – powiedział Adamowi.

– Może być.

I poszli.

Zabawili tam kęs czasu, przełknęli kilka kęsów tego, co można było dostać najszybciej i ucięli miłą pogawędkę o zbliżającej się bibie w lasach spalskich. Wyszli z terenu zoo i od razu zalał ich wszechogarniający – i zarazem obezwładniający – upadł. Żar lał się z nieba. Postanowili jednak przejść się trochę, gdyż w pobliżu była włoska restauracja z dobrymi trunkami. Dotarli do niej wycieńczeni, spoceni i spragnieni. Rzucili się na zimne piwo jak wilki na ranną łanię – jak orangutany na świeże owoce, rzekłby Adam – i dopiero odzyskali dobre humory. Nie minęła jednak godzina, jak niebo zasnuło się chmurami i lunął deszcz.

– Weźmy taksówkę i wracajmy do mnie – powiedział Karol.

– Zgoda, tylko wezmę parę browarów na wynos.

To chyba nie był najlepszy pomysł, bo gdy podjechał Uber, Adam obciążony piwami, w biegu poślizgnął się i rąbnął stopą w kamienną donicę. Krzyknął i poczuł ból w dużym palcu lewej nogi.

– Niech to! – i dał nura do taksówki.

Gdy dojechali na miejsce, ból bynajmniej nie minął, jak Adam zrazu się spodziewał. Intensywna dezynfekcja alkoholowa pozwoliła mu jednak zapanować nad sytuacją i z honorem udać się na zasłużony odpoczynek na kanapie, udostępnionej mu przez Karola.

Na drugi dzień obudził się z bólem w nodze i siniejącym paluchem.

– Stłukłem palec – oznajmił.

– No – zgodził się Karol. – Dasz radę chodzić?

– Pewnie! – odparł Adam i dziarsko zeskoczył na podłogę. Krzyknął, upadł i stwierdził:

– Jednak nie bardzo.

– No to jedziemy na SOR, niech ci zbadają – orzekł Karol.

Jak postanowili, tak i zrobili. Ponieważ jednak uraz nie zagrażał życiu, spędzili w poczekalni SORu cały dzień i dopiero przed wieczorem Adam doczekał się przyjęcia. Lekarz zaordynował prześwietlenie, a stwierdziwszy złamanie, kazał stopę zagipsować i wracać do domu.

W ten sposób biba w lasach spalskich ominęła Adama. Zamiast tego, odwieziony przez kumpla do Warszawy, zaległ w swym domu i ku zmartwieniu żony zrobił się tak ciężko chory i niedołężny, że niczym zgoła się nie zajmował. Leżał na kanapie z laptopem bądź smartfonem, czasem zwlekał się do łazienki i wszystko zdał na ukochaną Beatę. Ta zaś nie omieszkiwała wypominać mu co rusz zgubnych skutków pijaństwa.

Pilnie dbając o siebie, Adam w przewidzianym przez lekarza terminie doszedł do zdrowia, a skoro paluch zrósł się bez komplikacji, były pacjent wrócił do pracy zawodowej. Zyskał jednak nową sprawność – jak sam o tym myślał, wspominając lata spędzone w harcerstwie. Zrośnięty paluch stał się niezawodnym barometrem, informującym Adama z całodobowym wyprzedzeniem o mającym nastąpić pogorszeniu pogody.

Barometr nigdy go nie zawodził i Beata była zadowolona, iż tę przynajmniej korzyść odniosła z całej kabały. Adam zyskał nawet niejaką sławę w firmie, gdyż tak precyzyjnie przepowiadał nadejście deszczu, że koledzy pytali go o pogodę, planując wyjazdy w plener. I nigdy się nie zawiedli. Co prawda, zasięg działania barometru nie był zbyt imponujący, ograniczając się do kilkunastu kilometrów kwadratowych wokół miejsca obecności Adama. Niczym nie sygnalizował też zbliżającej się poprawy. Jeśli lało przez kilka dni z rzędu, Adam równie mało wiedział o terminie jej poprawy, co każdy z jego towarzyszy. Karol zażartował kiedyś, że może przydałoby się Adamowi drugie złamanie dla skalibrowania odczytów – na co ten kazał mu się wynosić do wszystkich diabłów.

Któregoś dnia wybrał się do warszawskiego zoo, by popatrzeć na szympansy. Była ładna pogoda, więc spodziewał się je zobaczyć na wybiegu. Nie spodziewał się za to zderzenia z rowerzystą, szarżującym po chodniku wzdłuż ogrodzenia. Upadając, rąbnął z impetem w wystający korzeń drzewa. I tak, zamiast w zoo, spędził dzień na SORze szpitala. Obsługa była równie sprawna jak w Łodzi. Coś jeszcze łączyło oba szpitale: diagnoza. Złamany paluch, tym razem prawej stopy. Dobrze, że jeszcze nie oddał wypożyczonych kul…

Beata tym razem nie dała się nabrać i Adam musiał zajmować się sobą w dużo większym stopniu niż poprzednio. Nie było więc tak fajnie. Przynajmniej złamanie goiło się szybko, w piorunującym wręcz tempie. Adam doszedł do wniosku, że widać ma jakiś dar zdrowotny. „Kości krokodyla, czy co?” – myślał sobie. Czytał bowiem kiedyś, że krokodylom łatwo zrastają się kości.

– Ciekawe, czy i one czują zmianę pogody?

– Co mówisz, kochanie? – głos Beaty dobiegł z kuchni. Omawiała właśnie z koleżanką wyjście do salonu fryzjerskiego, podgorączkowy stan Stasia (to był młodszy syn koleżanki), dietę keto, zakup kardigana w Zarze i najnowszą miłość Karola, któremu w Łodzi Amor płatał coraz to nowe figle. Tymczasem Adam myślał o jednej rzeczy: czy charakterystyczne pulsowanie,, które zaczął odczuwać w paluchu prawej stopy, wieści pogorszenie, czy może poprawę pogody? Wyjrzał za okno – siąpiło. „A zatem poprawę” – stwierdził. „Beata się ucieszy” – dodał w duchu.

 

2: Biznesplan

Nie tylko Beata się ucieszyła. Koledzy w pracy byli wniebowzięci, a Karol pośpieszył z gratulacjami i osobiście przyjechał z Łodzi z butelką Jacka Danielsa. Oczywiście, uprzednio nie omieszkał upewnić się u Adama, jaka będzie w weekend pogoda w Warszawie. Adam przepowiedział ją bez pudła.

– A pogodę w Łodzi dałbyś radę przewidzieć? – pytał Karol przy szklaneczce wybornego trunku.

– Tak dobrze nie ma – odrzekł Adam. – Ale… – zawahał się.

– Ale co? – Karol rozsiadł się wygodnie w fotelu unosząc szklankę i uśmiechając się dla zachęty.

– Hmm…, nie wiem, czy mogę o tym mówić…?

Karol uniósł brwi.

– Po drugim złamaniu nie tylko wyczuwam zmianę złej pogody na dobrą, ale i poprawił mi się zasięg przewidywania.

– W czasie czy przestrzeni?

– W obu.

– O, to zgodne z najnowszymi odkryciami fizyki – skonstatował Karol.

– Nie takimi znów najnowszymi. Mają ponad sto lat.

– I są odległe w przestrzeni. W czasoprzestrzeni, rozumie się. – Karol uśmiechał się promiennie.

– W każdym razie – rzekł Adam – pogody w Łodzi nie czuję, ale w Grodzisku Mazowieckim już tak.

– A w Żyrardowie?

– Fifty-fifty.

– To już coś – ucieszył się Karol. – Myślisz, że z każdym kolejnym złamaniem twoja moc wzrośnie?

– Boże, nie! – Adam aż podskoczył.

– Mógłbyś na tym nieźle zarobić – zasugerował Karol.

– Mam gdzieś takie zarobki!

– Pomyśl tylko: stacje pogody wyrywałyby sobie ciebie.

– Jeszcze rozerwałyby mnie na strzępy.

– Nie bądź takim pesymistą! Zarobisz lepiej na tych złamaniach niż uzyskałbyś z odszkodowań. Pytanie tylko, co musiałbyś złamać, żeby…

– Przestań! – krzyknął Adam. – Odechciewa mi się pić.

– A mnie nie. Możemy zawrzeć spółkę. Zorganizuję ci dobrego chirurga. Złamie ci jakąś mniej potrzebną kość, oczywiście ze znieczuleniem i zaraz fachowo ją złoży…

– Złamie mi mniej potrzebną kość?! Czyś ty oszalał?!

– Bynajmniej. Snuję tylko plany na przyszłość.

– A czy w tych planach są twoje złamane kości? Może spróbujemy?

– Daj spokój, ja nie mam żadnych takich zdolności!

– Skąd wiesz?

– Bom kiedyś spadł z drzewa i złamał sobie rękę.

– No i? – zaciekawił się Adam.

– No i nic. Nie czuję nadejścia deszczu nawet wtedy, gdy chmura jest już na horyzoncie.

– Nie z każdej chmury pada – zauważył rzeczowo Adam.

– Właśnie! I dlatego twoje możliwości…

– Dość tej rozmowy!

– No to napijmy się – rzekł Karol i podniósł szklankę. – Twoje zdrowie!

Adamowi wydało się, że Karol jakoś dziwnie uśmiechnął się wznosząc ten toast.

Kilka dni później Adam wrócił wcześniej z biura i zastał w kuchni Karola na pogawędce z Beatą.

– Ty nie w Łodzi? – zdziwił się. – I co właściwie tu robisz?

– Wpadłem do was na kawę.

– Przecież nie pijasz kawy.

– Ale zamierzam się wdrożyć. – Karol istotnie sączył wodę z cytryną. „Musi leczyć kaca” – pomyślał Adam. „Tylko dlaczego u mojej żony?”

– Ależ kochanie – Beara wtrąciła się do rozmowy – Karol wybiera się właśnie do Łodzi i wpadł do nas się pożegnać. Udało mu się przebukować bilet na wcześniejszy pociąg i zajrzał od razu, nie czekając na twój powrót.

– Na pewno – zgodził się Adam. – Odkąd to jeździsz pociągami? – zwrócił się do Karola.

– Od dziś! – odrzekł rezolutnie. – Widzisz przecież, że leczę kaca? – i wskazał na szklankę z wodą.

– Niech ci będzie – zgodził się Adam. – A o czym to rozmawialiście? Bo jakoś ucichliście, gdy wchodziłem.

– O niczym – odparł Karol.

Adam tylko uniósł brwi, ale zanim zdążył się odezwać, Beata rzuciła:

– O Nietschem. Karol mówił o koncepcji nadczłowieka, posiadającego moce pozwalające mu kontrolować przyrodę…

Przerwała jakby czując, że za chwilę powie za dużo.

– Na przykład przepowiadać pogodę? – podpowiedział Adam.

– Bingo, przyjacielu! – krzyknął Karol.

– Mówiłem, byśmy nie wracali do tego tematu. Nie mogę się już opędzić od telefonów, mejli, wiadomości na Messangerze… Wszyscy chcą wiedzieć, jaka będzie pogoda. Co to? Pogodynka? – Adam był wyraźnie zdenerwowany.

– Kochanie, my tak tylko sobie plotkowaliśmy.

– O Nietschem? – Adam spojrzał na Beatę.

– Właśnie, o Nietschem. O niczym szczególnym – odpowiedział za nią Karol.

Wieczorem Beata przygotowała pyszną kolację, a w nocy była tak namiętna, jak rzadko. Adam zrazu się ucieszył, bo kto by się nie cieszył? Gdy jednak zaczęła w trakcie baraszkowania wspominać o nowym samochodzie, a może i domu, i skąd by wziąć pieniądze, Adam zaniepokoił się.

– Do czego zmierzasz? – zapytał.

– No przecież wiesz – i uśmiechnęła się do niego.

– Nie o to mi chodzi. Co ty tak o tych pieniądzach ciągle?

– A tak, bo przydałyby nam się.

– To już wiem.

Baraszkowanie skończyło się, zanim na dobre się rozkręciło.

– Karol coś ci proponował? – Adam zapuszczał się w niebezpieczne rejony.

No i dowiedział się, że w rzeczy samej, Karol powęszył tu i tam i ma dobrego prawnika, no i chirurga, i że jeden jest gotów spisać dobrą umowę ze stacją meteo, a drugi – wiadomo… no, poskłada to i owo, jakby coś się miało złamać…

– A ma się złamać? – zapytał.

– Nigdy nie wiadomo.

– Zapomnij. Mowy nie ma!

A potem jakoś nie mógł zasnąć i przewalał się z boku na bok. Po głowie chodziły mu różne myśli. Czy może nadal wierzyć Beacie? Nonsens! Przecież to jego żona! No, ale lubi pieniądze. I zawsze chciała mieć dom z ogrodem. Bo przecież przyjdą dzieci, a ona nie będzie z nimi wystawać na placu zabaw, gdzie się zarażą od innych jakimś kowidem czy co tam jeszcze się pojawi. Co podwórko, to podwórko. No i samochód lepszy by się przydał. SUV najlepiej. Z tym Adam się zgadzał i zaczął sobie wyobrażać siebie w nowym samochodzie… z ręką w gipsie… skąd ta ręka? Ach tak, mieliśmy ratę do spłaty, a Karol przyniósł aneks do umowy. Chirurg sprawnie złamał rękę. Środek przeciwbólowy średnio się sprawdził, ale chyba jednak lepiej z nim niż bez niego…

Usiadł spocony na łóżku.

– Chyba majaczę – rzekł do siebie i poszedł do kuchni po wodę. W szafce znalazł niedopitą whisky. „Może być” – uznał i pokrzepił się. „Będę lepiej spać”.

Faktycznie, zasnął. I obudził się z wrzaskiem.

– Kochanie, nic się nie bój, zaraz to opatrzymy! – Beata trzymała go za ramiona.

– Co jest do k…?! – i głos zamarł mu w gardle, gdy dostrzegł faceta w maseczce.

– Panie Adamie, ma pan złamany palec u lewej ręki. Proszę się nie ruszać. Zaraz nastawię i opatrzę.

Tego było za wiele. Wyrwał się Beacie i stanął na nogach. W pokoju byli Karol i gość w maseczce, którego Adam wziął za chirurga.

– Co wy sobie wyobrażacie!? – krzyknął i bluznął wulgaryzmami, jako żywo nie licującymi z jego pozycją społeczną.

– Adam, bądź rozsądny! – Karol włączył się do „rozmowy”. – Pobudzisz sąsiadów.

– I bardzo dobrze! Wezwę jeszcze policję!

– I co jej powiesz?

– Prawdę!

– O, to pięknie. Żona z przyjacielem złamali ci palec, żeby zarobić na twoich umiejętnościach prognozowania pogody. Kto ci w to uwierzy?

– Przecież potrafię tego dowieść! – pieklił się Adam. A zwracając się do chirurga: – Skoro już pan złamałeś, to teraz składaj. Boli jak diabli!

– Proszę uprzejmie, według życzenia szanownego pana. – Chirurgowi nie można było odmówić dobrych manier.

– A jak myślisz, co będzie, gdy już policji udowodnisz, że mówisz prawdę? – Karol drążył temat. W tym czasie zdenerwowana Beata zapalała papierosa.

– Proszę nie palić w pokoju zabiegowym – zwrócił jej uwagę chirurg.

– Jak to co? Doczekam się sprawiedliwości!

– Toś się chyba z choinki urwał! Powiem ci, czego się doczekasz: pobytu w zamkniętym ośrodku rządowym. Połamią ci tam wszystkie kości, jakie tylko się da, podłączą do aparatury mierzącej ból i będą monitorować zmiany pogody.

– Na cóż mieliby to robić?

– Dla pieniędzy. Dla celów militarnych. Ba, a gdy Amerykanie się dowiedzą, którzy co rok mierzą się z tajfunami, wiesz co będzie? Oni tam ponoszą miliardowe straty z powodu trąb powietrznych. Byłbyś dla nich żywą polisą. W życiu nie ujrzysz światła dziennego.

Adam chciał protestować, ale po chwili zaczął rozumieć, ku czemu zmierza Karol.

– Macie mnie w garści – rzekł.

– Ty to powiedziałeś. My chcemy ci pomóc.

– Pomóc?

– Zarobić, brachu! Możesz się ustawić do końca życia. Tylko jedna rzecz: gęba na kłódkę. Podpiszesz kontrakt z dużą stacją telewizyjną – to na początek – na przepowiadanie pogody dla Warszawy i okolic. W umowie już zastrzegliśmy utajnienie sposobu, w jaki prognozujesz pogodę.

– Myślisz, że nie będą chcieli się dowiedzieć?

– Może i będą, ale każda próba i pytanie w tej sprawie będzie oznaczać zerwanie umowy i obciążenie stacji odsetkami. Poza tym, kasa ich zaślepi i nie będą wnikać, jak ty to robisz. Grunt, że przepowiadasz.

– Ale kto mi zapłaci za pogodę dla Warszawy?

– A mało tu ludzi? No i turystów z zewnątrz? Każdy, kto będzie planować wycieczkę do Warszawy, każda firma turystyczna na świecie, będzie chciała wiedzieć, jaka jest tu pogoda.

– W Warszawie jest co robić i przy brzydkiej pogodzie.

– To fakt. Jednak, jak sam powiedziałeś, czujesz zmianę pogody w promieniu kilkunastu kilometrów, może więcej.

– No, i co z tego?

– Jeszcze nie kapujesz? W sezony będziesz jeździć tam, gdzie największe obłożenie. Latem morze, zimą góry…

Adam pomyślał, że to niegłupi pomysł.

– Musimy to sprawdzić – rzekł.

– Brawo! – ucieszył się Karol. – Zapraszam do Krynicy Morskiej. Na mój koszt!

– A na Majorce też by to działało? – zaciekawiła się Beata.

– Tam zawsze jest pogoda – odparł Adam.

– Na zagranicę przyjdzie czas. Najpierw sprawdzimy twoje możliwości w Polsce – podsumował Karol.

– Palec złożony i usztywniony. Proszę na niego uważać i za dwa tygodnie zgłosić się do mnie. Oto moja wizytówka. – Chirurg wtrącił swoje trzy grosze. Był to rzeczywiście rzetelny fachowiec.

 

3: Kariera

Jak uradzili, tak i zrobili. Jeszcze przed podpisaniem umowy wybrali się we czwórkę do Krynicy – Karol ze swoją najnowszą sympatią, Kasią. Tamże trafili na cudowną pogodę i ani razu Adama nie zabolała żadna z trzech złamanych kości. Karol był zawiedziony.

– Musimy wybrać jakieś bardziej zmienne pogodowo miejsce – orzekł.

– Przecież nad morzem pogoda zmienia się najczęściej – odparł Adam.

– Jedźmy w góry! – rzekł Karol.

– Stawiasz?

– Tak.

– No to zgoda.

Z myślą o przyszłych zyskach z turystyki wybrali najbardziej oblegane Zakopane. Tu im szczęście wreszcie dopisało. Adam zaczął czuć w lewej stopie i lewej dłoni nadciągający deszcz. Co więcej, czuł go wcześniej i na większym obszarze.

– Stary, ale bomba! – cieszył się Karol. – Twój palec w ręce wzmocnił działanie palucha.

– Faktycznie – zgodził się Adam.

– A czy poprawę pogody też ci wskazuje?

– Nie, tylko pogorszenie. Nadchodzącą poprawę czuję tylko w prawej stopie.

– To by znaczyło – Karol zamyślił się – to by znaczyło, że twoja prawa strona wyczuwa poprawę pogody, a lewa jej pogorszenie.

– No co ty?

– Musimy to sprawdzić! – Karol zapalił się do swej myśli.

– Oszalałeś?!

– Człowieku, czy ty nic nie widzisz? Kolejne złamanie poszerzyło zakres twoich możliwości przewidywania pogorszenia się pogody. Jeśli złamiemy ci coś z prawej strony ciała, zapewne będziesz mógł przewidywać lepiej także poprawę pogody! A wiesz – poprawa pogody, to zawsze dobra wieść. Za taką dostaniesz więcej kasy.

– Zwariowałeś. Kasa cię zaślepia.

– Kasia, chciałeś powiedzieć. Szaleję za nią.

– Zauważyłem.

– Tym razem to na poważnie.

– Zawsze tak mówisz.

– Ale teraz wiem, co mówię.

– O, to nowina! Zapamiętam na przyszłość.

Adam obawiał się powtórki z rozrywki, więc, skoro Karol nie przestawał nalegać, a jeszcze poparła go Beata, z wielką niechęcią zgodził się na złamanie palca w prawej dłoni. Tym razem zgłosili się do gabinetu sprawdzonego już chirurga. Poszło elegancko i prawie bezboleśnie. Uczcili to najlepszym szampanem na koszt Karola.

I faktycznie – zdolność przewidywania dobrej pogody znacznie się u Adama poprawiła. Mogli zatem przystąpić do negocjacji ze stacją telewizyjną. Nie zapomnieli też o Internecie.

Po czym żyli szczęśliwie, ale krótko. Niestety Kasia wyciągnęła tajemnicę sukcesu od Beaty i to w najgorszym możliwym momencie, gdy przyłapała Karola na podejrzanie zaangażowanej korespondencji messengerowej z pewną Zuzią. „Rzuca mnie dla Zuzi o ładnej buzi” – pomyślała wówczas. I postanowiła się zemścić.

Poleciała z wieściami o zdolnościach Karola do konkurencyjnej stacji telewizyjnej.

Na reporterski materiał nie trzeba było długo czekać.

Oczywiście wszyscy zgodnie wszystkiemu zaprzeczyli. Łącznie z chirurgiem, który zadrżał o swoją licencję. I właśnie ze strachu o nią zgodził się na współpracę z MSWiA, które również zainteresowało się sprawą.

I tak to spotkało Adama to, co mu wróżył owej pamiętnej nocy Karol – dla dobra ludzkości trafił do tajnego ośrodka rządowego. Tam systematycznie łamano mu coraz to nową kość i mierząc jego ból, związany ze zmianą frontu atmosferycznego, tworzono komputerowy program monitorujący pogodę na coraz większym obszarze Europy. Analitycy zastanawiali się, czy dałoby się objąć zasięgiem programu całą Ziemię? I ile Polska mogłaby na tym zarobić?

Nie zdążyli wszak rozstrzygnąć tego zagadnienia – Adamowi wciąż pozostawał spory zasób kości do złamania i złożenia – gdy Amerykanie dowiedzieli się o projekcie. Nie trzeba długo tłumaczyć, jak to w ramach strategicznego sojuszu w ramach NATO i za stosownym odszkodowaniem dla poszczególnych ministrów, zgodzono się Adama przekazać władzom amerykańskim. Opinia publiczna oczywiście o niczym nie wiedziała, gdyż zawczasu zdementowano wszelkie informacje, jakie konkurujące stacje zdążyły puścić w eter u początków afery.

Karol z Beatą tymczasem obmyślali plan ratowania Adama. Nic im ciekawego nie przychodziło do głowy, zwłaszcza że po wizycie smutnych panów z MSWiA otrzymali stanowcze zalecenie trzymania gęby na kłódkę, w zamian za stosowną gratyfikację.

Wreszcie Beata wpadła na pomysł.

– Musisz skontaktować się z gośćmi, którzy zamawiali u ciebie towar w Łodzi.

– Z tymi od niemieckiej i francuskiej młodzieży?

– Dokładnie.

– Przecież to islamscy terroryści. Źle im z oczu patrzyło.

– Tym lepiej dla nas. Tylko oni mogą wyrwać Adama z rąk amerykańskich imperialistów.

– Co proszę?

– Tak im to przedstawimy.

– Acha – Karol zgodził się z Beatą. I dodał – Ale kto się z nimi skontaktuje? Odszedłem z firmy, odkąd Adam zaczął zarabiać krocie, a poza tym policja ma nas na oku.

– A Zuzia? Nadal z nią jesteś?

– No.

– Trzeba jej użyć.

– Ale ona o niczym nie wie. Co jej powiemy?

– Wystarczy, jeśli skontaktuje cię z jednym z twoich dawnych klientów. Jemu też przecież prawdy nie powiemy. Inaczej Arabowie przejmą Adama i będą go wykorzystywać przy planowaniu swoich ataków.

– Dobrze, przemyślę to.

– Byle nie za długo – Beata rozpłakała się. – Oni tam zamęczą Adama.

 

4:  Ahmed

Nawiązanie kontaktu z dawnymi klientami „Chłopca z zapalniczką” nie zajęło Karolowi zbyt wiele czasu. Postanowił zrezygnować z pośrednictwa Zuzi i sam zadzwonił na stary numer Ahmeda. Dawny klient nie krył zadowolenia z propozycji spotkania. Umówili się w tureckiej cukierni w Śródmieściu.

– Dawno się nie widzieliśmy. Szkoda, że zostawiłeś branżę. – Ahmed popijał herbatę i patrzył Karolowi w oczy.

– Wiele się zmieniło. Poznałem kogoś…

– ?

– I się przebranżowiłem.

– Twoja sprawa.

– No tak…

– To czemu się spotykamy? Jechałem tu do ciebie z Łodzi w pociągu pełnym kiboli. Chcieli mnie wyrzucić przez okno.

– Wynagrodzę ci to.

– Ja myślę. Jak?

– Mam zlecenie.

– Zlecenie?

Po czym Karol wyjaśnił Ahmedowi, jak do dawny kolega z firmy, Adam, zaangażował się w pomoc dla strefy Gazy. Naraził się izraelskiemu lobby w Polsce („Wiesz, Chanuka w Sejmie i te sprawy” – Ahmed zaś ze współczuciem pokiwał głową) i koniec końców został aresztowany.

– To jeszcze nie powód do zmartwienia – zauważył Ahmed. – Potrzymają go trochę i wypuszczą.

– Tak? To popatrz na to.

I Karol wyciągnął z teczki zdjęcie rentgenowskie Adama, ostatnie z czasów, kiedy jeszcze razem pracowali. Miał już wtedy złamanych kilkanaście kości.

– No, no – przyglądał się Ahmed. – Kto to?

– Adam. Zobacz, jak go urządzili.

– Fachowa robota – przyznał Ahmed.

– A to jeszcze nie koniec. Człowieku, oni go tam torturują. To zdjęcie sprzed kilku miesięcy. Teraz jest już pewnie cały połamany.

– A skąd to wiesz?

– Mam swoje sposoby.

– A jaka moja w tym rola?

– Musicie go uwolnić.

Ahmed w głos się roześmiał.

– Oszalałeś? A po co?

– Bo… – Karol zawiesił głos. – Adam chce przyjąć islam.

– Co? Ściemniasz?

Karol bał się, czy nie przeszarżuje, ale nie widział innego sposobu. I tak wymownie jął przekonywać Ahmeda, że muszą ratować przyszłego współwyznawcę, że ten wreszcie zgodził się zastanowić, co by dało się zrobić.

– A wiesz, gdzie go przetrzymują?

– Trochę się domyślam.

– To trochę za mało.

Cisza.

– Mów, co wiesz – Ahmed postanowił podjąć temat. – Nasi bracia powęszą tu i tam i coś na pewno da się zrobić.

– Dzięki wielkie!

– Podziękujesz przy innej okazji. Masz jeszcze kontakt z ludźmi od „Chłopca”?

– Ku temu zmierzasz.

– Ano.

– Podzwonię tu i tam.

– Allach Akbar, bracie!

– Tak, tak, akbar…

 

5: Szutkin

Tymczasem Beata, nie czekając na wynik zabiegów Karola i niepomna przykrych doświadczeń z Kasią, postanowiła wciągnąć Zuzię do spisku. Była to obrotna i rozgarnięta dziewczyna, która wiele czasu spędzała w wirtualnej rzeczywistości, oferowanej przez smartfon. Poznała tam niejakiego Siergieja Szutkina, rosyjskiego dysydenta i poetę, który rok po inwazji na Ukrainę zbiegł przez Białoruś do Polski. Nie bez zaciekawienia wyczytała, że był żołnierzem osławionej Grupy Wagnera, który po buncie Prigożyna wolał nie zostawać w Rosji. Nie było wiadomo dokładnie, czym w Polsce się zajmował – imał się różnych zajęć, a poza tym tworzył zaangażowaną politycznie poezję, w której piętnował reżim putinowski. Doczekał się nawet własnego wieczorku autorskiego, na którym Zuzia zjawiła się osobiście. Z właściwym sobie wdziękiem zakręciła się wokół poety i po krótkiej wymianie zdań pozwoliła zaprosić się na kolację do restauracji. Siergiej, trzeba przyznać, nie oszczędzał na wyjściach.

Kiedy już znajomość się rozwinęła, Zuzia postanowiła wtajemniczyć Siergieja w kłopoty swoich przyjaciół. Uznała nie bez racji, że jako były wojskowy będzie umiał coś tu zaradzić. Zręcznie unikała przy tym informowania swego nowego znajomego o charakterze jej relacji z Karolem. To pozwoliło jej zasugerować Rosjaninowi, że mógłby liczyć na coś więcej niż tylko przyjaźń.

– I co, islamscy znajomi Karola zawiedli?

– Nie odzywają się od dwóch miesięcy. Nie wiemy, co robić. Beata szaleje.

– Da, normal`no… przepraszam, czasem jeszcze wracam do rosyjskiego.

– I tak świetnie mówisz po polsku.

– Przecież uczyłem się polskiego w Petersburgu, mówiłem ci. Nie pamiętasz?

– Oczywiście, że pamiętam. A właśnie, jak to się stało, że zainteresowałeś się Polską?

– No cóż, zaczęło się od meczu naszego Zenita ze Spartakiem Moskwa.

– ?

– Naprawdę! Co się śmiejesz?

– Bo, wybacz, ale jakoś nie widzę związku.

– No to posłuchaj. Było to wiosną 2003 roku. Dobrze pamiętam, bo kończyłem wtedy szkołę i myślałem o studiach. Dorabiałem w barze u Jury, w robotniczej dzielnicy Petersburga.

– Tam dorastałeś?

– A tak. No i pewnego dnia zjawiło się kilku gości z Polski. Młode chłopaki, na jakimś wyjeździe koła naukowego czy coś takiego. W każdym razie zaglądali często do Jury i tak się z nim zaprzyjaźnili, że wybrali się razem na mecz ze Spartakiem.

– Wygraliście chociaż?

– Ba, 1:0.

– To niewiele – zauważyła Zuzia.

– Wystarczyło. Jura, wiesz, był szefem fanów Zenita w naszej dzielnicy. Miał różne znajomości i wejścia.

Zuzi zaczynało się to podobać.

– I jakoś tak przy okazji tego meczu, gdy nasi znajomi Polacy byli u Jury, wygadali mu się, że w innym barze zaczepiali ich fani Spartaka. Co gorsza, ośmielali się nosić szaliki tego wszawego klubu. U nas, w Piterze! Wyobrażasz to sobie?

– To jak legioniści w Łodzi?

– Acha. No więc Jura, jak tylko to usłyszał, wściekł się i powiedział, że nikt tu z szalikiem Spartaka nie będzie paradować. I jeszcze zaczepiać naszych polskich przyjaciół. Zadzwonił tu i tam i wysłał nas pod wskazany adres. Mieliśmy niezły ubaw z tymi moskalami. Długo chyba nie zawitali znów nad Newą. Rozumiesz, co mam na myśli?

Zuzia pokiwała głową.

– To była moja pierwsza robota. – Siergiej wypiął dumnie pierś.

– No przecież już pracowałeś, u Jury – przypomniała Zuzia.

– Nie bądź niemądra! Nie o takiej robocie mówię.

– Ach, tak. – Teraz załapała, co przystojny Rosjanin miał na myśli. – I co było dalej?

– Dalej to się zakochałem w jednej Polce, co to raz zjawiła się ze swymi kumplami u Jury.

– Ze wzajemnością? – zaciekawiła się Zuzia.

– Taką miałem nadzieję – przyznał Siergiej, choć bez entuzjazmu w głosie.

– Nie udało wam się? – Zuzia wyczuwała takie niuanse.

– Nie. – odparł. A po chwili ciszy: – Ale przynajmniej próbowałem. No i dla niej zacząłem uczyć się polskiego. Na wydziale filologii słowiańskiej naszego uniwersytetu.

– A przy okazji zostałeś poetą?

– Podobają ci się moje wiersze?

– Bardzo!

– Fajnie. Tak, odkryłem w sobie talent. – Siergiej najwyraźniej nie krępował się fałszywą skromnością. – Ale potem to przygasło.

– Tak?

– No wiesz, z poezji ciężko wyżyć w Rosji. Po studiach trochę uczyłem w szkole, dorabiałem tłumaczeniami. Kiedyś trafiła mi się nawet fucha dla jednego z ludzi Żeni.

– Kogo?

– Prigożyna. Żenia Prigożyn, szef Grupy Wagnera.

– I tak się poznaliście?

– Nie od razu, ale z czasem. Zaciągnąłem się, bo dobrze płacił. I sponsorował wydawanie tomików wierszy. Przymykał oko na moje hobby, a to i owo nawet mu się podobało.

– Ciekawe. A co na przykład?

– Swietłyj dien`. Znasz? To posłuchaj, – I Siergiej zaczął deklamować:

„Swietłyj dien`,

Tol`ko puli swistiat po ulicam,

Tol`ko pticy pojut na kryszach,

Nikogda nie zabudiesz`”.

Zuzia niewiele z tego zrozumiała, ale że była bystra, więc zrobiła minę wyrażającą jednocześnie zachwyt, zadumę i tęsknotę za czymś, co bezpowrotnie minęło – i Siergiej zaniemówił z wrażenia.

– Naprawdę ci się podoba – rzekł.

– Jest jakiś taki… cudowny? Tajemniczy? Sama nie wiem.

– Bol`szoje spasibo, diewuszka! Wzruszyłem się, wybacz. Mówię wtedy po rosyjsku.

– Wybaczam. – Uśmiechnęła się promiennie. – A powiedz mi – dodała po chwili – jak to się stało, że odszedłeś od Prigożyna?

– Normalnie. Zaczęła się specjalna operacja wojskowa i wysłali nas na front.

– Zabijałeś? – zaciekawiła się.

Siergiej pominął to milczeniem i kontynuował:

– Po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że jest tu coś grubo nie tak. Ponosiliśmy duże straty, a Kreml żądał sukcesów. Przychodzę więc pewnego dnia do szefa i mówię mu: „Żenia, tak dalej być nie może. Musimy coś z tym zrobić. Banderowcy biją się jak diabły wcielone, a Szojgu chyba głowę stracił, że nas w to pcha. Żadnych posiłków, nic!” I takie mu tam do głowy kładę.

– No i?

– Żenia najpierw mnie pogonił, ale wiesz, zaczął myśleć. Dalszy ciąg znasz z mediów.

– Acha. – Kiwnęła głową.

– Gdy bunt się załamał i Żenia pogodził się z Putinem wiedziałem, że nic dobrego z tego nie wyniknie. Poprosiłem o przydział na Białoruś do jakiejś misji nad granicą i korzystając z okazji czmychnąłem do Polski. I oto jestem. – Uśmiechnął się i wyprężył dumnie.

Zuzia kokietowała go jakiś czas, po czym znów nawiązała do uwięzienia Adama.

– A co ja, twoim zdaniem, miałbym z tym do roboty? – zapytał Siergiej.

– No wiesz, tak sobie myślałam, że może znasz kogoś, kto mógłby pomóc? No, wiesz. Albo, zapomnij! – I machnęła ręką. – Chyba chciałam tylko pogadać.

– Da, tol`ko pogoworit`. Pogadać.

Minęły dwa tygodnie. Relacje między Karolem a Zuzią zaczęły się psuć. Był zły na Beatę, że wygadała się Zuzi o Adamie i ich zamiarze uwolnienia go z pomocą dawnych klientów „Chłopca”. I jeszcze bardziej był zły na Zuzię, że zadała się z tym podejrzanym Szutkinem.

– To podejrzany gość. Nie zdziwiłbym się, gdyby był agentem FSB.

– No coś ty! To dysydent i poeta!

– I zabiera cię do drogich restauracji?

– Ty mógłbyś.

– A ty mogłabyś z nim skończyć!

– Zazdrosny?

– A pewnie! Poświęcasz mu chyba więcej czasu niż mi.

– To dla Adama.

– Tak, oczywiście: dla Adama!

Zanim zdążyli się na dobre pokłócić, zadzwonił telefon Zuzi. Pokraśniała widząc numer.

– Cicho! To Sierjoża.

– Sierjoża? To już tak o nim mówisz?

Machnęła ręką, każąc Karolowi się uciszyć i odebrała telefon.

– Priwiet, Sierjoża! Cieszę się, że dzwonisz.

Karol pokazał jej na migi, by włączyła głośnik.

– …tu i tam. Myślę, że coś da się zrobić.

– Naprawdę? – ucieszyła się Zuzia. – Zdradzisz mi szczegóły?

– Nie przez telefon. Zwłaszcza gdy masz na głośny.

– Skąd wiesz?

– Słyszę pogłos, nie bądź niemądra.

Zuzia spojrzała z wyrzutem na Karola.

– No dobra, powiem ci. Karol jest ze mną. I rozmawiamy właśnie o Adamie.

– Priwiet Karol!

– Cześć! – krzyknął w kierunku telefonu.

– Bądź dobrej myśli, Karol. Wiem, gdzie trzymają Adama.

Karol aż podskoczył.

– Naprawdę? Skąd?

– Powęszyłem tu i tam. Wiesz, dysydenci są wszędzie mile widziani.

– Tak, oczywiście. – Karol spojrzał na Zuzię z wyrazem twarzy „a nie mówiłem?”.

– Co? – zapytała bezgłośnie Zuzia.

– FSB – szepnął.

– Nie dosłyszałem. – Głos Siergieja doszedł tak wyraźnie, jakby on sam był z nimi w pokoju.

– Facebook! – krzyknął Karol.

– No? – Siergiej czekał na wyjaśnienia.

– Chciałem powiedzieć, że Facebook pozwala dysydentom zawierać korzystne znajomości.

– A da, prawda. – Siergiej nie mógł się nie zgodzić.

Wreszcie Zuzia postanowiła sprowadzić rozmowę z manowców na właściwe tory.

– To może się spotkamy i powiesz nam, gdzie jest Adam?

– Nie ma potrzeby. Pojutrze ma być przekazany Amerykanom.

– Co?! – Karol i Zuzia krzyknęli jednocześnie.

– Nie zdążymy go uwolnić! – Karol zaczął się naprawdę denerwować.

– Nie wołnujties` – wtrącił się Siergiej – wsjo budiet w poriadkie.

 

6: Bo

W czasie, gdy przyjaciele naradzali się, jak uwolnić Adama, ten ustawicznie cierpiał. Wyczuwał pogodę na tak dużym obszarze, że praktycznie zawsze gdzieś albo zbierało się na deszcz, albo szedł front wyżowy. W efekcie nie było ani jednej chwili, by nie bolało go przynajmniej kilka kości. Naraz. I nie było mowy o żadnych środkach przeciwbólowych. Osłabiałyby jego zdolności wyczuwania zmian pogody. Musiał być ciągle na bieżąco z każdą chmurką, wiaterkiem i mgiełką, które zapowiadały zmianę.

Tymczasem polsko-amerykańskie rokowania o przekazanie Adama przyjaciołom zza Atlantyku nabierały tempa. Ustalono sposób i miejsce. Akcji nadano kryptonim „Trzeci szympans” – na cześć książki, jaką znaleziono u Adama w chwili jego aresztowania.

Niestety jeden z wiceministrów w pośpiechu przekazał niedyskretną wiadomość żonie za pomocą prywatnego mejla. Odczytano go w Moskwie. I powiadomiono Szutkina. Miał, jak widać, wpływowych przyjaciół. Jak to dysydent.

– Taki meteopata przydałby nam się na Kremlu. – Głos z drugiej strony słuchawki nie pozostawiał Szutkinowi miejsca na wątpliwości. – Wiecie, co macie robić?

– Tak toczno!

– Choroszo!

Jednak i Ahmed nie zasypiał gruszek w popiele. Islamscy bracia nie zwykli działać w ciemno. Powęszyli najpierw tu i tam – jak Ahmed zapowiadał – i dowiedzieli się, o co właściwie chodzi z aresztowaniem Adama. Po czym Ahmed, nie dowierzając żadnym komunikatorom, osobiście odwiedził szefa.

Mustafa był szpakowatym, choć wciąż przystojnym mężczyzną o długiej brodzie i jeszcze dłuższych rękach. Kontrolował chyba cały legalny i nielegalny handel bronią w Europie środkowej. I nie angażował się bez potrzeby w podejrzane awantury. Tym razem również nie okazywał entuzjazmu i ledwo dał się namówić na udzielenie Ahmedowi zgody na przyjazd z Łodzi. Rozmowę prowadzili w wyłożonym kilimami pokoju, popijając mocną i wściekle słodką herbatę. Ahmed, który obracał się trochę wśród chrześcijan i oczytał lekarskiej bibuły spodziewał się, że Mustafa zafunduje sobie cukrzycę. Nie śmiał jednak mu tego powiedzieć. Zrelacjonował tylko swoją rozmowę z Karolem, akcentując przydatność umiejętności Adama dla bojowników islamu. Stary Mustafa wysłuchał tych rewelacji z kamienną twarzą, po czym nie okazując żadnego zainteresowania zapytał Ahmeda:

– Na cóż nam taki typ? Pogoda jest w ręku Allacha.

– Amerykanie go chcą. Widać jest im potrzebny.

– Mamy ryzykować, by zrobić im na złość?

– Aby ich szantażować. – Ahmed nie ustępował. – Będziemy żądać opłat za dokładne ostrzeżenia przed nadchodzącymi trąbami powietrznymi.

– Hmm… niech pomyślę. – Mustafa gładził się po długiej i siwej brodzie. – Zajmiesz się tym?

– Już się zająłem. Wiem, kiedy go przekażą jankesom.

– Tak?

– Mam człowieka u ruskich. Chłopak z Czeczenii.

– Od Kadyrowa?

– Tak.

– Inszallach! Zatem działajcie.

Ahmed skłonił się i wyszedł. Po drodze zerknął na drzwi do pokoju, w którym, jak sądził, przebywała Ipek. Córka Mustafy musiała słyszeć ich rozmowę. Liczył, że kiedy powiedzie mu się akcja z polskim wykrywaczem pogody, stary Mustafa nareszcie przychylniej na niego spojrzy.

I tak to umówionego dnia, gdy Adam miał być przekazany Amerykanom, upomnieli się o niego przyjaciele Zuzi i Karola. Trzeba przyznać, że Polacy ułatwili im działanie. Adama dla niepoznaki wsadzono do zwykłej furgonetki więziennej i bez zbytniej obstawy wysłano do Warszawy, gdzie miał być dostarczony do ambasady USA. Nigdy wszak nie dotarł do stolicy. Najpierw ludzie Siergieja odbili go z rąk funkcjonariuszy służby więziennej, a potem sami stracili go na rzecz Ahmeda i jego chłopaków. Strzelanina była głośna, choć w mediach było o niej cicho. Amerykanie wpadli w szał. Poleciał ze stołka niedyskretny wiceminister – niebawem zresztą mianowany dyrektorem departamentu w innym resorcie. Siergiej po opatrzeniu ran w szpitalu został wydalony z Polski pod zarzutem szpiegostwa na rzecz Federacji Rosyjskiej. Zuzia rozpaczała, Karol tryumfował. Beata szalała. Ahmed zaś zameldował sukces Mustafie.

Adam nie wiedział, dokąd go przywieziono. Nie był też pewien, czy porwali go Turcy, Arabowie czy może jacyś inni goście z Bliskiego Wschodu. Ni w ząb nie odróżniał ich od siebie, a ich języki brzmiały dlań jednakowo obco. Wiedział tylko, że umieszczono go w jakimś podziemiu, gdzie nie miał okazji oglądać światła dziennego.

Dwa dni po przyjeździe Ahmed przedstawił Adama Mustafie. Niestety, rozmowa nie potoczyła się po myśli żadnej ze stron. Mówili łamanym angielskim, co nie było wszak największym problemem. Adam pod żadnym pozorem nie chciał przejść na islam, co mu Mustafa proponował. Uważał, że tylko pod takim warunkiem może na tyle zaufać Polakowi, by pozwolić mu działać na swobodzie (choć pod opieką starych bojowników). Postanowił zatem uwięzić giaura i stosować wobec niego te same sposoby, jakich ów doświadczył już w ojczyźnie. Miał po niewoli dostarczać informacji na temat zmian pogody, które Mustafa zamierzał sprzedawać na czarnym rynku. A ponieważ nie chciał się nawrócić i sam wybrał los skazanego na piekło potępieńca, mało co różniącego się od małpy, Mustafa spłatał mu figla. Otóż wiedział, że Adam interesował się naczelnymi. Umieścił go zatem w pokoju przegrodzonym kratą, za którą bytował stary szympans. Mustafa odkupił go od handlarzy, bo był złapany w Afryce, a wódz nie chciał hodowlanego zwierza. Lubił poskramiać dzikość. Szympansa nazwał Biskupem – nie wiadomo, czy to dla żartu, czy z powodu jego wrednego charakteru i porywczości. Była to naprawdę niebezpieczna bestia i Mustafa orzekł, że dla muzułmanów jest tak groźny jak kościelny hierarcha giaurów.

Biskupowi z pozoru nieźle się wiodło i na niczym mu nie zbywało. Ostatnio zrobił się jednak naprawdę złośliwy i groźny. Może miał za mało ruchu na świeżym powietrzu? Mustafa nie wiedział. Gdy jednak Biskup w napadzie złości zabił jednym uderzeniem pięści nastoletniego Omara, który go karmił, Mustafa wolał nie ryzykować. Myślał już nawet o zgładzeniu Biskupa, gdy trafił mu się ten Polak.

– Niech przy okazji zajmie się Biskupem i go dokarmia – rzekł do swych ludzi – słyszałem, że Polacy są bardzo religijni. – Zaśmiał się. – Spodoba mu się takie towarzystwo.

I tak to Adam trafił do jednej celi – jak sam nazywał swój, skądinąd dobrze wyposażony, ale zamknięty od zewnątrz pokój – z owianym złą sławą szympansem.

Od razu przypomniał mu się orangutan, z którym – zdaje się – „rozmawiał” w łódzkim zoo. Wtedy wszystko się zaczęło. Cała ta nieszczęsna przygoda ze złamanym paluchem, który okazał się tak czułym i niezawodnym barometrem.

– Co się głupio patrzysz? – rzekł do szympansa – myślisz, że jestem tu z własnej woli?

„Bo” – głos w głowie.

– Bo się źle zachowywałem?

„Bo” – znów to samo. Spojrzał na szympansa. Ten pokazał palcem na siebie. „Bo”.

– Bo?

„Bo”. I szympans wycelował palec w Adama. „Ty?”

– Psiakość, albo mi się zdaje, albo ty mówisz do mnie – Adam rzekł głośno to co myślał.

Szympans uśmiechnął się. I znów to samo w głowie: „Bo” – i palec szympansa skierował się ku jego piersi. „Ty?” – i palec w kierunku Adama.

– Nożeż ty! To jakaś telepatia, jak babcię kocham! – odrzekł Adam. I zaraz dodał, wskazując palcem na siebie – Adam.

„Adam?”

– Tak, Adam. A ty nazywasz się Bo? Jesteś Bo?

„Bo” – uśmiech i kiwnięcie głową szympansa. Człowiek nareszcie załapał. Jacyś mało kumaci teraz są.

 

7: Ucieczka

Po wymianie wstępnych grzeczności szympans najwyraźniej stracił ochotę do dalszej konwersacji. Adam zaś doszedł do wniosku, że zrobił z siebie idiotę próbując dogadać się telepatycznie z małpą. Przy czym Adam mówił głośno, a szympans odpowiadał głosem w głowie Adama.

– Jeszcze tylko tego mi trzeba! – rzekł sobie więzień Mustafy. – Jakby mało mi było wszystkich bolących mnie kości!

Spędzał dosyć nudne dnie, czekając na przywiezienie aparatury do mierzenia poziomu bólu, a tymczasem służąc porywaczom dorywczymi informacjami meteo w zamian za dodatkowe ciasteczka i lepszej jakości herbatę.

Szympans obserwował to z dezaprobatą jako płaszczenie się przed obcymi.

– A co niby mam robić? – zwrócił się wreszcie Adam do szympansa, nie mogąc znieść potępienia w jego wzroku, gdy objadał się leibnizami dostarczonymi przez jednego z ludzi Mustafy.

„Uciekać”.

– Co proszę? – Adama zdziwiło, że znów słyszy głos, bo był przekonany, że pierwszego dnia miał omamy.

„Czujesz pogodę?”

– Skąd wiesz?

„Lulu czuła”

– Lulu?

„Matka matki”.

– Acha – odrzekł. A po chwili – To u was normalne?

„Gdy pęka ręka. Albo noga. Albo palec”.

– O, u mnie tak samo było!

Za drzwiami ktoś przeszedł, więc Adam zniżył głos i przysunął się do kraty, za którą siedział Bo. Ten zrobił to samo i nachylił się w kierunku Adama. Ów zaś zaczął konfidencjonalnym szeptem opowiadać szympansowi dziwne dzieje swego meteorologicznego przypadku. Z zewnątrz wyglądało to zupełnie jak spowiedź. Tak przynajmniej ocenił Ahmed, który zaglądał przez wizjer w drzwiach.

– Chrześcijanie są porąbani – ocenił. – Albo ten tu zwariował. Ciekawe, czy dostanie rozgrzeszenie?

Szympans nie zamierzał jednak rozgrzeszać Adama, ani ten mu się nie spowiadał. W czasie, gdy Ahmed snuł swoje podszyte szyderstwem przemyślenia, Bo przekazał Adamowi kilka rad i razem uknuli plan ucieczki.

Po skończonej naradzie Bo nagle wyciągnął ręce przez kratę i złapał Adama za szyję jakby miał go udusić. Ahmed dostrzegł to przez wizjer i nie tracił czasu na wzywanie pomocy. Wpadł do pokoju, chcąc ratować nieszczęsnego Polaka (od którego zdolności zależało przyszłe szczęście Ahmeda z Ipek).

Gdy tylko podbiegł do najwyraźniej duszącego się Adama, ten nagle wyślizgnął się z objęć szympansa. Bo zaś złapał nieostrożnego Ahmeda za szyję, przyciągnął do kraty i udusił, zanim ten zdążył choćby pisnąć.

Adam miał otwarte drzwi na wolność.

Zaczął od wyszukania klucza do kraty i wypuścił szympansa. Ten ruszył przodem i symulując ucieczkę, ściągnął na siebie uwagę bojowników islamu. Bo – dla nich Biskup – był cenny, więc nie śmieli doń strzelać. Nie zachowywał się zresztą agresywnie. Po prostu dawał drapaka. Rzucili się więc w pogoń, nie zastanawiając się nawet, w jaki właściwie sposób szympans pojawił się w korytarzach ich siedziby.

Adam tymczasem przebrał się w ubrania Ahmeda i nieco po omacku zaczął wykradać się, szukając drogi na zewnątrz.

– To ty, Ahmedzie? – usłyszał za plecami. Nie zrozumiał co prawda, ale domyślił się po tonie dziewczęcego głosu. Obrócił się gwałtownie. Oczy Ipek zrobiły się okrągłe. Głos zamarł jej w gardle. Adam to wykorzystał i mało elegancko, ale skutecznie zdzielił ją kułakiem. Fiknęła orła aż miło.

– Pani wybaczy, mademoiselle – rzekł i zaczął ją przeszukiwać. Szukał kluczy, jakiejś karty, czytnika, czegokolwiek, czym mógłby otworzyć drzwi na zewnątrz.

Zapewne by mu się udało, gdyby poszukiwań nie przerwał głos zza pleców i szybki cios w tył głowy.

– Ahmed, ty psie! – Mustafa zdzielił napastnika ozdobną główką laski, z którą rozstawał się w wyjątkowych tylko okolicznościach (a te do takich nie należały). – Dobierasz się do mojej Ipek?!

 

8: Uwolnienie

– Jest zupełnie do niczego – Mustafa podsumował swym bojownikom wyniki badania lekarskiego. – Od początku wiedziałem, że Ahmed, oby spoczywał w pokoju, pakuje nas w jakieś gówno z tym Polakiem.

Wszyscy słuchali tego skonsternowani. Wydali kupę kasy na odbicie Polaka, który miał przepowiadać zmiany pogody. Ściągnęli drogi sprzęt, na bieżąco monitorujący najmniejszy objaw bólu w każdej jednej kosteczce Adama. I co? I nic.

Faktycznie, na początku nawet ostrzegał ich przed deszczem, mówił też, kiedy ma się poprawić. Może jednak miał szczęście? Albo Allach chciał ich wystawić na próbę? Odkąd jednak szympans uciekł, a oni ściągnięci krzykiem Mustafy zbiegli się wokół Polaka i napastowanej przezeń Ipek, ów przestał ich informować o zmianie pogody. Owszem, czasem mówił, ale trafiał nie częściej niż każdy z nich (choć bardzo się starał, a przynajmniej tak wyglądało). Uznali, że jakimś sposobem zdołał zabić Ahmeda, potem uwolnił szympansa dla odwrócenia uwagi i chciał zniewolić piękną córkę Mustafy, w czym jednak jej ojciec mu przeszkodził. Uwięzili go znów, pytali o pogodę, a gdy słabo trafiał, podłączyli do aparatury mierzącej ból. Niczego szczególnego nie wykazywała. Co gorsza, porządnie wypytywany i od czasu do czasu tu i ówdzie przypalany – choć niezbyt mocno, bo sporo ich kosztował – Polak przyznał wreszcie, że w żadnej kości bólu nie czuje i nijak zmiany pogody przewidzieć nie umie.

– Albo od początku udawał, albo po moim ciosie w głowę coś mu się w niej poprzestawiało i stracił swoje umiejętności – orzekł Mustafa.

– To co z nim zrobimy? – zapytał ktoś z bojowników.

– Na szczęście nie zdążył zniewolić mojej córki, więc nie musi się z nią żenić.

– Allach Akbar! – ozwało się kilka głosów.

– Musiałby wtedy przyjąć islam – zauważył ktoś.

– Od początku nie chciał.

– Dla Ipek by to zrobił.

– Cicho! – podniósł głos Mustafa. – Nie rozmawiać o mojej córce bez zezwolenia!

– A więc co z nim? Kęsim?

– Za dużo na niego wydaliśmy – powiedział Mustafa. – Mam lepszy plan. Sprzedamy go Rosjanom. Jako przepowiadacza pogody. Tylko pary z gęby o jego defekcie!

– Allach Akbar!

Jak uradzili, tak też zrobili. Szutkin, który znał sprawę, negocjował ze strony rosyjskiej. I tak to pewnego jesiennego dnia Adam ujrzał wreszcie światło dzienne. Bojownicy islamu wywieźli go ze swej kryjówki z opaską na oczach. Wysiadł z samochodu z przyciemnianymi szybami przy stacji Friedrichstraße.

– A więc jestem w Berlinie – rzekł do siebie. – Czułem w kościach, że daleko mnie nie wywieźli.

– Priwiet, drug! – rzekł mu barczysty mężczyzna, którego Adam widział pierwszy raz w życiu. Rosjanin wyciągnął do niego rękę i przedstawił się – Szutkin. Siergiej Szutkin.

– Miło mi – powiedział Adam.

– Jaka pogoda w Moskwie? – Szutkin popatrzył uważnie na Adama, wciąż przyjaźnie się uśmiechając.

– Zero stopni i śnieg z deszczem.

– Sasza? – Szutkin zwrócił się do kolegi, który sprawdzał pogodę w smartfonie.

– Zgadza się – odrzekł Sasza.

– Cholera, trafiłem – powiedział do siebie Adam. Szutkin zaś pokraśniał i uśmiechnął się od ucha do ucha.

– Mówiliśmy, że to fachowiec. Pierwsza klasa – rzekł człowiek od Mustafy.

– I nie chcieliście go zatrzymać dla siebie?

– Pogoda jest w ręku Allacha – odrzekł filozoficznie bojownik islamu.

– Niech wam będzie – rzekł Szutkin. A do Adama: – Nu, dawaj, poznakomimsja po dorogie. Prigłaszaju w Moskwu!

– Bol`szoje spasibo – odparł Adam, wyszukując w głowie resztki rosyjskiego.

Wsiadł do samochodu, nie oglądając się nawet za swymi dotychczasowymi porywaczami. Szutkin usiadł obok niego i bez ustanku się uśmiechał.

– A wiesz – zagadnął Adama – że w lesie pod Berlinem grasuje jakiś stary szympans? Chyba uciekł z zoo, ale Niemcy do niczego się nie przyznają.

– O, to ciekawe – przyznał Adam. – Jemu się udało.

– Tak – zgodził się Szutkin. – Zobaczymy, co zrobi, kiedy przyjdzie zima.

– Zadekuje się na jakiejś działce. A poza tym, zimy są teraz lekkie.

– Tak przewidujesz?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Sprawy techniczne to nade wszystko pozbycie się wolnych wersów przed wyrazem: „KONIEC”.

Inne kwestie (zawsze – tylko do przemyślenia):

Karol postanowił uczcić rocznicę założenia firmy wielką bibą w lasach spalskich i zaprosił Adama kilka dni naprzód, by pomógł mu w przygotowaniach. W ramach atrakcji po pracowitym dniu zaprosił starego kumpla do zwiedzenia łódzkiego zwierzyńca. – powtórzenie?

 

Zachwalał zwłaszcza oceanarium, któremu równego w tej części Europy próżno szukać. (…) Karolowi spieszno było do Oceanarium, jednak Adam zamarudził czas jakiś w parku linowym, przyglądając się baraszkującym na wysokościach dzieciom i oddając rozmyślaniom o beztroskich początkach gatunku ludzkiego. – niekonsekwencja w zapisie tego wyrazu skutkuje niepotrzebnie błędami ortograficznymi

 

Słyszał te oderwane myśli w swojej głowie i sam nie wiedział, czy nawiązał telepatyczne porozumienie z orangutanem? – mam wątpliwość, czy to rzeczywiście jest zdanie pytające (?)

Analitycy zastanawiali się, czy dałoby się objąć zasięgiem programu całą Ziemię? – tu też?

– No coś ty! W prognozie nic o tym nie było. Czekaj, sprawdzę w komórce – i Karol zaczął przeglądać pogodę w smartfonie. – Czyste niebo. – błędny zapis dialogu?

– Niech to! – i dał nura do taksówki. – tu też?

 

Weźmy taksówkę i wracajmy do mnie – powiedział Karol.

– Zgoda, tylko wezmę parę browarów na wynos. – powtórzenie?

– No to jedziemy na SOR, niech ci zbadają – orzekł Karol. – literówka?

Była ładna pogoda, więc spodziewał się je zobaczyć na wybiegu. Nie spodziewał się za to zderzenia z rowerzystą, szarżującym po chodniku wzdłuż ogrodzenia. – powtórzenie?

Tymczasem Adam myślał o jednej rzeczy: czy charakterystyczne pulsowanie,, które zaczął odczuwać w paluchu prawej stopy, wieści pogorszenie, czy może poprawę pogody? – zbyt wiele przecinków?

Nie mogę się już opędzić od telefonów, mejli, wiadomości na Messangerze… – literówka i rzeczowy?

– Jak to (przecinek?) co?

Ba, a gdy Amerykanie się dowiedzą, którzy co rok mierzą się z tajfunami, wiesz (i tu?) co będzie?

Acha – Karol zgodził się z Beatą. – ortograficzny rażący?

Acha. – powtórzony?

Acha. – Kiwnęła głową. – niestety, znowu powtórzony, w sumie aż sześć razy!

Po czym Karol wyjaśnił Ahmedowi, jak do dawny kolega z firmy, Adam, zaangażował się w pomoc dla strefy Gazy. – tu kolejny ortograf?

Allach Akbar, bracie! – w necie widzę inna pisownię (?) – ortograf? (powtarzany także parokrotnie)

Pogoda jest w ręku Allacha. – tu znowu?

Nie było wiadomo dokładnie, czym w Polsce się zajmował – imał się różnych zajęć, a poza tym tworzył zaangażowaną politycznie poezję, w której piętnował reżim putinowski. – powtórzenie?

– Nie. – odparł. – błędny zapis dialogu?

Zwłaszcza (przecinek?) gdy masz na głośny.

– Priwiet Karol! – przecinek przy Wołaczu?

Ahmed, który obracał się trochę wśród chrześcijan i oczytał lekarskiej bibuły (przecinek?) spodziewał się, że Mustafa zafunduje sobie cukrzycę.

Strzelanina była głośna, choć w mediach było o niej cicho. – powtórzenie?

– Psiakość, albo mi się zdaje, albo ty mówisz do mnie – Adam rzekł głośno to (przecinek?) co myślał.

 

 

Ubawiłam się setnie i za pomysł daję klik, lecz kwestie językowe trzeba poprawić. :)

Przemyślawszy sprawę, daję drugi klik, aby Ktoś Mądrzejszy jeszcze tu zajrzał, bo uważam, że warto. :) Powodzenia. :) 

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Pomysł masz tak odjechany, że aż człowiek przez chwilę wierzy w meteorologię opartą na połamanych palcach, i za to szacunek. :)

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Hejka!

Totalny miks groteski, absurdu i czarnego humoru. Z pozornie banalnego złamanego palca zrobiła się coraz większa spirala szaleństwa, aż po służby, terrorystów i międzynarodowe akcje.  No i Karol jako cwaniak-biznesmen wyszedł bardzo wiarygodnie. Aż nie jestem pewna czy za wszystkim nadążyłam laugh

Pozdrawiam i klikam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Nowa Fantastyka