W dniu, w którym kończy sto lat, człowiek ten nadal opowiada nam o świecie – głosem, który uspokaja fale, a podnosi umysły.
Sto lat, Sir David.
W dniu, w którym kończy sto lat, człowiek ten nadal opowiada nam o świecie – głosem, który uspokaja fale, a podnosi umysły.
Sto lat, Sir David.
Jesteśmy teraz w niezwykłym miejscu. To, co widzimy przed sobą, to skupisko drzew, które przeczy większości tego, co wiemy o świecie roślin. Wkraczamy między nie z należnym szacunkiem, wiedzeni jedynie ciekawością badacza – a tym, co nas wita, nie jest znajomy szum koron, nie jest zapach żywicy. To cisza o fakturze starego aksamitu. Miękka, a jednak zbijająca się w grudki pod naszymi podeszwami.
Spójrzmy na te drzewa. Są to sosny zwyczajne – Pinus sylvestris – a jednak ich wzornictwo zostało tu… zaburzone. Każdy pień skręca się wokół własnej osi. Każdy jest odchylony od pionu o kilka stopni. Uwagę zwraca szczególnie jedna rzecz: ich wzrost nie zmierza ku światłu, ku niebu. Przebiega poziomo, ku sąsiednim drzewom. Tworzą nad nami labirynt gałęzi, które nie mogą się zdecydować, czy są dłońmi, czy zaciśniętymi pięściami. Ten widok, przyznaję, wywołuje u człowieka głęboki niepokój.
Ziemia pod nami nie zachowuje się, jak powinna. Zamiast chrzęścić suchymi igłami – ugina się z wilgotnym westchnieniem. Każde nasze stąpnięcie przypomina nacisk na grzbiet śpiącego zwierzęcia. Jest w tym opór. Jest niechętna zgoda. Rozejrzyjmy się. Ścieżka, którą przyszliśmy, zniknęła. W ciągu zaledwie trzech oddechów mchy rozpostarły nad naszymi śladami zielone dywany. W tym momencie poraz pierwszy zaczynamy rozumieć, że ten las jest organizmem. A organizm ten nie toleruje świadectw.
Być może zastanawiacie się Państwo, co to za struktury widoczne na korze. Przyjrzyjmy się im z bliska. W świetle poranka, które przedziera się przez wykrzywione konary, dostrzegamy system przypominający naczynia krwionośne. Nie są to roślinne przewody – to żyły. Wyraźnie wypukłe, pod powierzchnią kory, i pulsują. Spokojnie, rytmicznie, choć żaden powiew wiatru nie muśnie tego lasu. Podchodzę do jednego z pni. Jego powierzchnia nie przypomina martwego drewna. Przypomina skórę sędziwego starca – sine zgrubienia, miejscami prześwitująca, jakby od środka biło słabe, fosforyzujące światło.
Dotknijmy go. Opuszkami palców. Uwaga – to ciepło. Nie botaniczny chłód – ciepło uczciwe, zwierzęce, jakiego żadne drzewo nie powinno wydzielać. Cofam rękę, ale ciepło pozostaje pod paznokciami. Wnika w skórę, rozlewa się ku nadgarstkowi. Nie boli. To uczucie jest bardziej niepokojące niż ból – łagodne, troskliwe przenikanie, jakby organizm chciał sprawdzić moją temperaturę od środka.
Oddalam się nieco, ale bezpieczeństwo okazuje się złudzeniem. Wszędzie wokół rozciągają się te same formy. Ich konary przybierają kształt litery S. Ich igły zwrócone są kolcami w dół – być może adaptacja, która pozwala wstrzymywać opady. Nie słyszymy ptaków, nie widzimy owadów. Życie objawia się jedynie w tym rytmicznym falowaniu kory, w tym podskórnym transporcie substancji. Może to krew. Może sok. Może pamięć. Trudno rozstrzygnąć.
Nie sposób określić, jak długo tu jesteśmy. Czas pod tym sklepieniem płynie inaczej, rozwleczony między pionowymi pasami świateł. Jednak w końcu natrafiamy na polanę. Ukazuje nam się niezwykły widok – jest idealnie okrągła. Jej geometryczna precyzja sugeruje, że nie powstała w wyniku naturalnych procesów erozyjnych. W środku, na wzniesieniu z czarnej próchnicy, stoi pojedynczy pień. To nie jest sosna. Rozpoznaję liście klonu pospolitego – Acer platanoides – a jednak wyrastają z niego igły. Klon iglasty. Hybryda, której natura nie powinna być zdolna wytworzyć.
W pniu tego klonu, na wysokości wzroku, uwagę przykuwa wgłębienie. Nie jest to dziupla dzięcioła ani szczelina piorunowa. To wnęka o kształcie ust. Ściśnięte, szare wargi. Nie wydają dźwięku, lecz drżą, gdy się nachylam.
Coś do nas mówi. Nie są to słowa w ścisłym tego słowa znaczeniu – to intencje, czystsze niż język. Przekazuje wiedzę, ten las nie wyrósł przypadkowo. Został zasadzony warstwami. Pierwsza warstwa – sosny proste. Druga – sosny pochylone. Trzecia – korzenie, które nie rosną w dół, lecz ku górze, formując stalaktyty z drewna. A pod tym wszystkim, na samym spodzie, znajduje się czwarty las. Ten, który wymyka się nomenklaturze.
Kiedy odwracam się od klonu, oglądając polanę ponownie – ona zmienia kształt. Z okrągłej przekształca się w trójkąt równoboczny. Każdy wierzchołek wyznacza szczególnie koślawa sosna. I na każdej z nich wisi przedmiot. Na pierwszej – zegar bez wskazówek. Na drugiej – klatka dla ptaka, wewnątrz której trzepocze suchy liść. To zachowanie wydaje się pozbawione sensu, a jednak liść trzepocze, jakby był żywy. Na trzeciej – uwaga, to interesujące – wisi kurtka. Identyczna z tą na moich ramionach, tyle że podarta na plecach i nasiąknięta wilgocią.
Sprawdzam własną odzież. Jest nienaruszona. Dwie kurtki? Dwie równoległe manifestacje tego samego osobnika? Las odpowiada szeptem z wnęki – nie dwa, tylko jedna w dwóch miejscach jednocześnie.
To wykracza poza to, co możemy wyjaśnić za pomocą znanej nam biologii. Zauważcie Państwo, że granice między mną a otoczeniem zaczynają… rozpuszczać się. Widzę własne dłonie, ale nie przed sobą – widzę je z boku, jakbym stał obok samego siebie. Czuję wilgoć na plecach, choć nie pamiętam wysiłku. A potem uderza mnie ta myśl: to nie ja przemierzam ten las. To las przemierza mnie.
Jego struktura powiela drzewa mojego kręgosłupa. Jego mchy porastają wnętrze moich płuc. A na końcu każdej gałęzi, tam gdzie powinien wyrosnąć pąk – otwiera się moje własne oko.
Sir David Attenborough, gdyby stanął na tej polanie, zapewne powiedziałby: oto ekosystem, który rozwinął zdolność naśladowania świadomości. Ale ja nie jestem sir Davidem. Jestem tylko przyrodnikiem, który przyszedł z ciekawości, a teraz staje się częścią statystyki – jednym z wielu wędrowców, których kości spoczywają pod ziemią w układzie przypominającym systemy korzeniowe.
Próbuję się odezwać – z pnia klonu wydobywa się tylko suchy trzask. Próbuję uciec – moje stopy wrastają w próchnicę. Najpierw po kostki. Potem po kolana. Wreszcie po pas. A jednak – nie czuję strachu. Strach wymaga czasu liniowego, a czas na tej polanie rozpadł się na fraktale. Widzę przyszłość: siebie jako pień, siebie jako składnik ściółki, siebie jako szmer w igłach. Widzę przeszłość: siebie jako dziecko oglądające ilustrację lasu w książce, przekonane, że las to wyłącznie drzewa. To był błąd. Las to także cienie między drzewami, a w tych cieniach zamieszkują byty, które nie potrzebują ust do komunikacji.
Nagle – uwaga, to jest niezwykłe – robi się biało. Nie od światła. To wycofanie wszystkich innych długości fal. Polana, sosny, klon, zegar, klatka, kurtka – wszystko traci barwę. Pozostaje tylko w zarysach, niczym negatyw fotografii. I w tym świecie słyszymy głos. Należy do lasu, lecz brzmi jak własny, gdzieś nagrany na taśmie i odtworzony wspak. Układa zdania w spirale, spotykając koniec z początkiem:
Nie przyszedłeś tu pierwszy. Nie wyjdziesz ostatni. Każda twoja myśl o powrocie stanie się nowym drzewem. Każde wspomnienie domu zmieni się w igłę. Jesteś już tutaj od zawsze, tylko zapomniałeś. To, co nazywasz swoim życiem, jest snem śnionym przez ten las. A ja, las, śnię ciebie od tysiącleci. Kiedy się obudzę – a obudzę się za chwilę – nie pozostanie po tobie żaden ślad. Nawet tej opowieści.
Biel pęka. Nie dźwiękiem – milczeniem tak głębokim, że słyszę wzrost własnych komórek. Jestem z powrotem na skraju lasu, w strefie, gdzie zwykłe sosny stapiają się z koślawymi. Moje buty – pełne próchnicy. W kieszeni kurtki znajduję szyszkę, która nie pochodzi z żadnego znanego mi gatunku drzewa iglastego. Jej łuski układają się w podwójną spiralę DNA. Rozłupuję ją i uwalnia się zapach – palona guma zmieszana ze świeżo skoszoną trawą. Żadna znana roślina nie produkuje takiej mieszaniny.
Spoglądam w głąb Lasu Sosen Koślawych. Przez ułamek sekundy dostrzegam własną sylwetkę cofającą się między pniami. Oddala się. Maleje. Staje się punktem – a potem znika. I wtedy, proszę Państwa, pojmuję ostateczną puentę, jaką ten las przygotował dla ciekawego przybysza.
Nie byłem narratorem tej wyprawy.
Byłem tym, co drzewa wypluły po całkowitym strawieniu.
Wracam do obozowiska. Zasiadam i spisuję tę relację. Lecz podczas pisania coś się dzieje – moje palce wyginają się w supełki, litery przestają układać się w słowa, przekształcają się w korzenie. Każdy znak interpunkcyjny jest małym sękiem na gałęzi. Kiedy kończę, podnoszę wzrok na okno. I widzę – za szybą, zamiast mojego odbicia, stoi sosna. Koślawa. Uśmiechnięta szeroko, po horyzontalnej osi pnia.
To pokazuje, jak niezwykłe i nieprzewidywalne bywa życie na naszej planecie. I jak wiele jeszcze pozostaje do odkrycia.