Wszystko zaczęło się od egzystencjalnego kryzysu pewnego anonimowego pacjenta, który podczas wędkowania doznał olśnienia o skali międzygwiezdnej. Uznał, że wszechświat cierpi na deficyt dobrych łowisk. Zamiast jednak kupić lepszą wędkę, postanowił „zasiać” kosmos. Metodą wybitnie niskobudżetową – zebrał zeskrobiny z przypadkowego krzaka i upchnął je w pożywce z rybiego łba, zamykając całość w skorupie z lodu, węgla i żelaza. Tak powstały pierwsze „Kapsuły Panspermii” – w zasadzie mrożone śmieci niosące w sobie potencjał „Boga”.
Jedna z tych biologicznych przesyłek kurierskich uderzyła w TRAPPIST-1e. Tamtejsza biosfera, rozpieszczona brakiem jakichkolwiek katastrof, przyjęła ładunek z entuzjazmem. Ewolucja nie miała tam nic do roboty poza estetyką – tworzyła formy życia tak barwne i absurdalne, że przypominały halucynacje po przedawkowaniu gazu bagiennego. Ukoronowaniem tego wszystkiego byli Piraci z Trappista. Rasa ta, nie znając pojęcia „selekcja naturalna”, opanowała napęd warp, zanim jeszcze nauczyła się przycinać paznokcie.
Niestety, miliard lat bezstresowego życia zrobił swoje: ich kod genetyczny stał się rzadki jak zupa w korporacyjnej stołówce. Piraci karleli, a ich organy wewnętrzne zaczęły przypominać zużytą gąbkę. Napęd warp pozwalał im skakać między słońcami, ale co z tego, skoro ich własne DNA rozpadało się od samego patrzenia w lustro. Potrzebowali „czystego wsadu”. Komórek macierzystych o gęstości, która nie zna kompromisów.
Złamali więc wszystkie paragrafy Rady Galaktycznej i założyli nielegalny folwark na Ziemi. Przy ich technologii skok na trzecią planetę od Słońca był jak wyjście do piwnicy po słoik ogórków.
Ziemia była jednak przeciwieństwem ich cieplarni. Tutaj Matka Ewolucja była psychopatycznym trenerem personalnym, który co poniedziałek spuszczał na planetę asteroidę albo wybuch superwulkanu, tylko po to, by sprawdzić, kto przeżyje. Wielkie gady zostały zutylizowane przez błąd nawigacyjny jakiegoś zbłąkanego kamienia, a to, co zostało, musiało ewoluować szybciej niż procesor w dniu premiery. W tym huku, kurzu i rzezi, wyłonił się Homo habilis.
Dla Piratów z ich orbitalnym labem habilis był objawieniem. Nie był koroną stworzenia – był po prostu niezniszczalną biomasą. Małpą, która przeżyła wszystko, co wszechświat miał najgorszego do zaoferowania. Była to jedyna rzecz w tej części galaktyki, która miała wystarczająco „twardy” kod, by uratować tyłki gnijących bogów z Trappista. Wystarczyło tylko wziąć tę surową bryłę i… zoptymalizować ją pod kątem dostaw.
Dla Piratów z nielegalnym labem na orbicie, dwa miliony lat temu, był to prezent od losu. Małpa miała to, czego najbardziej chcieli: witalność i idealne przystosowanie do środowiska. I zaczęło się. Porwali 2000 sztuk habilisa i nafaszerowali je nanitami. Asystenci entuzjastycznie splunęli na szalkę (tajemnicze 3% naszego DNA), by przeszczepy z małpy nie były odrzucane. W kolejnym etapie eksperymentu, w środowisku orbitalnym przy mikrograwitacji dokonano fuzji chromosomu 2 z dwóch innych, celem uzyskania kompatybilności genetycznej z zewnętrznym interfejsem sterującym. A następnie – ustabilizowano powstały chromosom zatykając mu śmieciowymi białkami wewnętrzne centromery by zabezpieczyć” mejozę.
Przy okazji doszło do pierwszej awarii systemu. Technik, który sprzątał prysznice w kwaterach dla personelu, miał dość: odpływy wiecznie zapychały się kłakami, w których gnieździła się inwazja kosmicznych mrówek. Zakradł się więc do laboratorium i po prostu „wyciął” gęste futro z kodu nowej wersji. Dzięki temu radosnemu sabotażowi Adam stał się nagą małpą. To, co miało ułatwić życie sprzątaczowi, nieświadomie odpaliło na Ziemi przemysł tekstylny i energetyczny – nagi Adam musiał w końcu wynaleźć ubrania i opanować ogień, żeby nie zamarznąć przy pierwszej lepszej mżawce.
Zmutowane habilisy wypuścili na Ziemię, tatuując im na tyłkach napis: Homo erectus ver. 1.0, Made in Trappist. Posprzątali próbki, umyli kubki po kawie i wrócili na podwieczorek do domu. Adam i Ewa mieli trochę przechlapane, bo nie mogli się już rozmnażać z Homo habilis. Ewa posmutniała, bo ten włochaty, przystojny i spokojny zbieracz, co ciągał za sobą kijek nad rzeką, choć atrakcyjny, teraz stał się niedostępny. Nie mogli założyć rodziny. Został jej Adam – wysoki, potężny, o dwa łby wyższy od Stefana znad rzeki.
Piraci potrzebowali wytrzymałych dawców, dlatego Adam dostał gęstsze kości i silniejsze przyczepy mięśniowe. Miał wgrane protokoły dominacji terytorialnej, by potrafił skutecznie bronić „obory” i żeby drapieżniki nie zjadły Piratom zapasów komórek macierzystych. Ewa trochę się go bała, bo kij dzierżył prosto, a nawet nim wywijał i okładał Stefka. Nie miała wyjścia – zegar biologiczny tykał, dlatego po roku powiła słodkie, włochate maleństwo – prawdziwego, pierwszego Homo erectus z wolnego wybiegu. Jego ojcem był Adam – znakomity łowca, silny, a z patykiem w garści – przerażający. Zwłaszcza gdy z kumplami polowali na tygrysa. I gdy tygrys stał się historią – Ewa jako jedyna w stadzie wylegiwała się na miękkich skórach, hołubiąc synka.
Czas płynął. Populacja naszego erectusa ver. 1 rosła w postępie geometrycznym. Byli silni, zoptymalizowani, cwańsi od kuzynów i zdeterminowani. Ich kolonie podporządkowały sobie najlepsze miejscówki z tygrysami i bananami na Ziemi. Ich kobiety dawno zapomniały o Stefku znad rzeki. Uwielbiały swoich partnerów, często razem z nimi urządzając wyścig po tygrysa czy lwa. Biegały z gazelami i pieściły tłuste bobaski. Trwało to prawie milion lat. Milion cudownych, niezapomnianych lat w raju.
Ale 800 tysięcy lat temu Piraci – wnukowie genetyków z TRAPPIST-1e – przybyli ponownie, by zakłócić sielankę. Produkt dojrzał, nadeszła pora na korporacyjny raport zysków i strat. Okazało się, że mózg erectusa specjalnie się nie przemęczał, a sam „pracownik” zajmował się głównie uganianiem po korporacyjnych ścieżkach za spódniczkami. Piraci-genetycy postawili sprawę jasno: albo cięcie (niekoniecznie budżetowe), albo eksterminacja.
Cóż uczyniono? Z puli genetycznej znów wybrano około 2000–4000 osobników i w laboratoriach przystąpiono do intensywnej obróbki. Zmodyfikowano objętość puszki mózgowej (z 850 do 1200 cm³) i zaimplementowano rozszerzone struktury korowe, niezbędne do obsługi protokołów Mores (kod społeczno-techniczny). Dodano szczyptę kreatywności, mnóstwo empatii oraz wstydu. To wtedy Adam i Ewa po raz pierwszy poczuli, że pozowanie nago przy wszystkich jest „dziwne”. I choć technik od pryszniców usunął im futro już milion lat wcześniej dopiero nowy procesor pozwolił im przetworzyć pojęcie obciachu.
Mistrzowie, przy udanej implementacji skomplikowanych algorytmów społecznych (które zmusiły Adamów i Ewy do współpracy i planowania), nieświadomie dołożyli im zdolność do kłamstwa i manipulacji – narzędzi niezbędnych w „korporacyjnej” strukturze stadnej. Erectus v. 2, przemianowanego w bełkocie korporacyjnym na Homo heidelbergensis, z powodu błędów raportowania za poprzedni okres rozliczeniowy, stał się jednostką wybitnie społeczną. To wtedy narodził się polityk, plotkarz i krawiec.
Najlepsze jednostki zostały starannie wyselekcjonowane i oczipowane. Gustowne klipsy, którymi Ewa chwaliła się kumpelom, to był pasywny transponder. Pozwalał genetykom z orbity szybko namierzyć jednostkę z upgrade’em 1200 cm³, gdy przychodziła nad rzekę się popluskać. Do dziś dziurkujemy sobie uszy i wieszamy w nich błyskotki – atawistycznie tęskniąc za czasami, gdy byliśmy pilnowani przez kosmicznych Mistrzów.
Genetycy nie czekali na cud. Prowadzili selekcję negatywną. Jeśli Adam tłukł Ewę, klips nadawał sygnał o błędzie w kodzie (np.404 – agresja wobec personelu labu) i osobnik po cichu znikał z puli genetycznej. Kolejnego dnia po zatrzymaniu pozwalano mu ruszyć w dzicz na polowanie… a tygrys był zachwycony darmową dostawą cateringu . Obiecujące mutacje – te z większą empatią i lepszą obsługą „Mores” – były chronione. Taki Adam i Ewa nagle przestali ulegać ciężkim urazom i umierali „na starość”, trzymając się za dłonie. Byli zbyt cennymi prototypami, by pozwolić im skończyć w paszczy drapieżnika.
Idylla trwała, aż pewnego popołudnia Ewa, z wyraźnie naburmuszoną miną, wparowała do strefy skanowania przy rzece. Machała rękami w stronę nieba, dając wyraźnie do zrozumienia, że żąda rozmowy z managerem. Jej ciało, według niej, było absolutnie nieadekwatne do nowych standardów. Pokazywała na talię z taką pretensją, jakby kupiła wadliwy toster. Zażądała poprawek w projekcie: węższej talii (żeby Adam miał za co złapać, gdy znów zacznie jej opowiadać te swoje nudne historie o łapaniu mamutów) oraz bioder o profilu 'dojrzała brzoskwinia'. Argumentowała, że przy takim tempie wzrostu głowy noworodka – co było efektem ubocznym tego całego 'upgrade’u procesora' – obecny model miednicy to jakiś żart inżynierów. Genetycy, drapiąc się po głowach, uznali reklamację. W końcu klient (albo chociaż prototyp) ma zawsze rację, zwłaszcza gdy tak głośno krzyczy. Poprawki naniesiono od ręki, wpisując w raport: Optymalizacja stabilności podwozia oraz poprawa walorów estetycznych na wniosek jednostki dominującej. Ewa wróciła do jaskini zadowolona, kręcąc nowymi biodrami tak, że Adamowi aż wypadł z wrażenia krzemień z ręki”.
„Skoro już przy poprawkach jesteśmy, nie sposób pominąć największego skandalu biurowego w historii TRAPPIST-1e. Chodzi o męskie sutki. To był klasyczny przypadek 'kopiuj-wklej' wykonany przez stażystę, który na trzecim roku studiów genetycznych dorabiał w dziale projektowania ssaków.
Młody, ambitny, ale skrajnie niewyspany, uznał, że robienie dwóch osobnych szablonów klatki piersiowej to strata czasu. „A tam, wrzucę im to samo, najwyżej się nie włączy'” – pomyślał, ziewając nad klawiaturą. Kiedy główny inżynier zauważył, że Adam ma w pakiecie wyposażenie, które do niczego mu nie służy, projekt był już w fazie masowej produkcji na orbicie. Zmieniono tylko opis w dokumentacji na: Atrapy czujników temperatury (wersja dekoracyjna) i puszczono do realizacji, licząc, że nikt nie zauważy.
Ewa, oczywiście, zauważyła od razu. Kiedy Adam prężył się przed nią po kolejnym udanym polowaniu, patrzyła na te dwa zbędne guziki z mieszanką politowania i rozbawienia. Adam jednak, z nowo nabytą korą przedczołową, szybko dorobił do tego ideologię: twierdził, że to specjalne punkty orientacyjne do nawigacji w ciemnych jaskiniach.
Jednak prawdziwy popis humoru Piraci dali przy projektowaniu mechanizmu porodu. Skoro Ewa wymusiła te 'brzoskwiniowe biodra', genetycy w odwecie (lub po prostu ze zmęczenia materiału) zostawili w kodzie błąd znany jako 'Ewolucyjne Wąskie Gardło'. Powiększony mózg Heidelbergensis ledwo przeciskał się przez nową, stylową miednicę.
W korporacyjnym Slacku Piratów krążył wtedy mem: User zażądał większego procesora i cieńszej obudowy jednocześnie. Powodzenia z instalacją!. Ewa, zamiast rodzić w ciszy jak jej kuzynki małpy, zaczęła wydawać dźwięki, które niosły się po całej dolinie Rift. To właśnie wtedy Adam wynalazł drugą najważniejszą rzecz po ogniu: „wychodzenie z jaskini pod pretekstem sprawdzenia, czy nie idzie tygrys”, gdy tylko zaczynały się skurcze”.
Zmiany konstrukcyjne miały także inny pozytywny wpływ na populację – Adam przestał uganiać się za wszystkimi spódniczkami, bo miał „brzoskwinkę” w domu. Dzięki temu stał się bardziej przewidywalnym pracownikiem, skupionym na opiece nad potomstwem. Tłuszczyk pokrywający bioderka Ewy stał się „powerbankiem” – sygnałem dla mózgu, że ta konkretna jednostka ma nadmiar zasobów, a jej DNA jest stabilne. Tak narodził się kanon piękna – czyli wizualna weryfikacja stanu akumulatorów.
Liczebność kolonii zaczęła rosnąć, jednostki zdegenerowane zostały zjedzone, a Genetycy z czystym sumieniem, po wyczyszczeniu laboratoriów z zalegających biologicznych odpadów powrócili na ojczystą planetę. Odpowiedni raport trafił na ręce mózgu nielegalnej operacji w Podziemnym Zakładzie Planowania Rodziny (PZPR).Uczestnikom tego nielegalnego kantu korporacyjnego przyznano nagrody za efektywność i zaangażowanie, rozdano roczne premie. Potem zaproszono uczestników „Projektu Erectus” na naradę.
Po firmowym lunchu, na którym hucznie świętowano sukces „nielegalnego kantu”, przedstawiono Nowego Managera. Nowy zaczął od walenia w stół. „Jednowektorowa progresja to nieudolność! Erectus 3.0 jako kopia nas? Iluzja!” – grzmiał. Stół przetrwał, ale dotychczasowa wizja legła w gruzach.
Gdy Nowy Manager przestał walić w korporacyjny stół, zapadła cisza grobowa. Dotychczasowi genetycy, dumni ze swojego stabilnego Erectusa v.2, nerwowo miętosili w dłoniach kubki po kawie.
– Słuchajcie, ekipa – zaczął Nowy, poprawiając krawat z ciekłego światła. – Ta wasza „jednostajna progresja” to marnowanie budżetu. Koniec z jednym wektorem. Ziemia to nie sanatorium, to poligon! Rozsiewamy zasoby po skrajnych środowiskach. Musimy sprawdzić, który wariant wyprodukuje najwięcej komórek macierzystych w najkrótszym czasie. Tak zaczęła się Środkowoplejstoceńska Rewolucja – brutalny audyt, który nauka nazwie później genetycznym wyścigiem zbrojeń.
Po burzliwych naradach, w niedługim czasie, światła laboratorium na okołoziemskiej orbicie znów zaczęły emitować fotony w pustkę. Dobudowano 3 kolejne moduły orbitalne. Transportowce z surowcami z księżyca sunęły przez przestrzeń bezustannie – jak duchy. (dlatego nam księżyc dzwoni do dziś) Wewnątrz bazy ekipy budowlane ścigały się z czasem przez całą dobę. Czuli, ze jeszcze chwila i polecą głowy, albo Rada Galaktyczna zrobi im z dupy jesień średniowiecza za nielegalną progresję i pobieranie tkanek.
To była jazda po krawędzi. Cała infrastruktura wokółziemska była maskowana polami zanikowymi. Każdy pobrany fragment tkanki był ewidencjonowany jako „odpad biologiczny”, by w razie kontroli udawać legalne sprzątanie po dawnym projekcie „Panspermia”. Manager zauważył, że pasywne transpondery (dziś znane jako kolczyki) to za mało. Aby jednostki same się nadzorowały i szybciej „pozyskiwały surowiec”, potrzebowały sprawnego kanału komunikacji.
– Koniec ze stukaniem się po klipsach i tym irytującym małpim chrząkaniem! To ma gadać! – krzyknął Nowy. – Wgrywamy pakiet językowy.
Bez zbędnego szumu, zgodnie z nową strategią, wdrożono modyfikację o gen FOXP2. To nie był prezent dla Adama i Ewy, lecz system operacyjny do wydawania poleceń wewnątrz „obory”. Jednostki miały się same organizować, planować dyżury przy ogniu i raportować o zagrożeniach – zwłaszcza tych z orbity – oszczędzając cenny czas genetyków z Trappista.
Pierwsze prototypy wzbogacone o „dar mowy” zostały rozsiane po planecie, tworząc warianty regionalne o skrajnie różnych specyfikacjach.
Linia 3.1 (Model Heavy Duty) – Neandertalczyk został wysłany prosto do europejskiej zamrażarki. Postawiono na masę i bezawaryjność. „Po co im kreatywność? Niech mają mięśnie, beczkowate klaty i naturalną izolację. Mają przetrwać w lodówce i nie narzekać na brak słońca!” – grzmiał Nowy.
Linia 3.2 (Model Mikro) – Homo floresiensis: Gdy logistyka doniosła o brakach paliwa (jedzenia) na wyspach, kierownictwo zażądało skalowania w dół. „Przeskalować prototyp do 100 cm! Mniejszy model to mniejszy koszt utrzymania magazynu i niższe zapotrzebowanie na kalorie. Nazwijcie ich 'Hobbitami' w dokumentacji”.
Linia 3.3 (Model Wysokościowy) – Denisowianie: Wyekspediowani w mroźne góry Azji. Dostali upgrade krwi, by mogli oddychać rzadkim powietrzem tam, gdzie inne modele dostawały zadyszki i psuły statystyki.
Kierownictwo nie zamierzało czekać. Wprowadzono rygorystyczne KPI. Jeśli dana kolonia przez dziesięć pokoleń tłukła te same pięściaki, Nowy zarządzał restart. To właśnie te momenty, w których archeolodzy przecierają oczy ze zdumienia, widząc nagłe znikanie całych grup ludzi. To nie była ewolucja – to był twardy reset systemu po niezaliczeniu kwartalnego raportu. Ziemia stała się areną battle royale, zoptymalizowanym procesem do destylacji komórek, a Piraci z orbity obstawiali zakłady: „Czy silny śnieżny zje sprytnego chudzielca, zanim ten wymyśli łuk?”.
Faza „wrogiego przejęcia” zaczęła się niespodziewanie. Nowy Manager, popijając syntetyczną kawę, zauważył, że linia 3.1 jest zbyt kosztowna, a 3.2 nieskalowalna. Jego wzrok padł na Linię 3.0 – Model Sapiens agresywny startup z Afryki. Genetycy, chcąc mu się przypodobać, wgrali w podstawkę ukrytą funkcję: Hiper-Socjalizację 2.0.
Około 60 tysięcy lat temu „Model Sapiens” nagle zerwał się ze smyczy. Wyposażony w pakiet językowy i zdolność do tworzenia abstrakcyjnych mitów, przestał widzieć w innych grupach zagrożenie, a zaczął dostrzegać partnerów biznesowych. Genetycy szukali biomasy, tymczasem wynaleźli globalną korporację.
– Patrzcie na nich! – krzyknął analityk od sortowania komórek. – Oni nie walczą, oni handlują! Wymieniają muszelki na krzemień, jakby grali na giełdzie!
Neandertalczycy, siedzący w swoich jaskiniach, byli jak stare, rodzinne firmy – solidni, silni, ale operujący tylko w obrębie swojej doliny. Sapiens był inny. Kiedy jedna grupa Sapiens wpadała w kłopoty, dziesięć innych przesyłało im „know-how” i wsparcie. Kiedy doszło do spotkania linii 3.1 i 3.0 na Bliskim Wschodzie – nie była to krwawa wojna, jakiej spodziewali się Piraci. To była fuzja. Sapiens, z całym wdziękiem „nagiej małpy” i bajerą wgraną przez gen FOXP2, zaczęli uwodzić model pancerny. Neandertalki patrzyły na wygadanych przybyszów z południa i myślały: „Może i chudy, ale jak pięknie opowiada o gwiazdach!”. Doszło do wymiany kodów źródłowych. Genetycy z przerażeniem patrzyli, jak ich „czyste” linie produktowe zaczynają się mieszać. Bilans był jednak nieubłagany: Neandertalczyk, potrzebujący 5000 kcal dziennie, po prostu przestał być rentowny. Sapiens potrafił przeżyć na garści orzechów i opowieściach o przodkach. Linia 3.1 została powoli wygaszona przez absorpcję I wtedy stało się coś, czego Nowy Manager nie przewidział w żadnym arkuszu Excela. Adam i Ewa, zamiast potulnie produkować komórki macierzyste, zaczęli używać swojej kreatywności do hakowania klipsów.
– Panie Managerze – zameldował Technik – oni malują w jaskiniach. Mówią, że klipsy to „głosy bogów”. Budują ołtarze!
Nowy Manager uderzył w stół tak mocno, że pękł blat z ciemnej materii.
– Ołtarze?! Oni mają dostarczać DNA, a nie tworzyć teologię!
– Może być gorzej… – dukał przerażony asystent. – Na tych wizerunkach to My mamy rogi i wielkie zęby. A obok układają paleniska…wyglądają na głodnych.
Sapiens odkryli, że mogą kłamać, tworzyć sztukę i – co najgorsze – wierzyć w rzeczy, których nie ma. Zrozumieli, że nawet bogów da się zjeść. Kierownictwo wydało nakaz natychmiastowego zamknięcia projektu.
– Czyścimy logi! Pakować sprzęt, palić twarde dyski!
To była najbrutalniejsza część historii. W stronę Trappista odpłynęły kontenery-chłodnie wypełnione ludzką tkanką. A według legend Indian Hopi, gdy Pierwszy Świat stracił doskonałość, z nieba spadł ogień. Tak wyglądało sprzątanie po nielegalnej hodowli. Piraci uciekli w popłochu, zostawiając na Ziemi „nieakceptowane zasoby” – hartowane w ogniu jednostki, które chwilę później zaczęły budować pierwsze miasta.
Zostawili nam fuzję chromosomu 2, gen mowy, blizny w uszach i tę dziwną tęsknotę za gwiazdami, która jest echem starego programu: „Made in Trappist”.