- Opowiadanie: Alicja Jonasz - W Bieszczadach

W Bieszczadach

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

W Bieszczadach

Je­stem w dro­dze od świtu. Przed chwi­lą mi­nę­łam jakąś wio­skę. Teraz jadę przez las. Tu i ów­dzie tu­ma­ny mgły. Ści­szam radio. Re­nów­ka śmiga jak wiatr. Je­stem do­brej myśli. W końcu mam urlop. Zo­sta­wiam wszyst­ko na dwa ty­go­dnie, włącz­nie z no­wiut­kim ta­ble­tem, smart­fo­nem, szpil­ka­mi z in­ter­ne­to­we­go shopu za dwie­ście dzie­więć­dzie­siąt dzie­więć zło­tych, kiczowatą bi­żu­te­rią, całą tą po­ły­sku­ją­cą w słoń­cu tan­de­tą. Oho, bły­ska się! Grzmi. Psia kość, znowu ulewa! Świa­ta nie widać! Grube kro­ple bęb­nią w dach sa­mo­cho­du. Wy­cie­racz­ki pra­cu­ją ryt­micz­nie, mia­ro­wo. Po­sta­no­wi­łam, że nie będę na­rze­kać.

Choć­by nie wiem co się dzia­ło, masz śpie­wać dziew­czy­no, po­wta­rzam w my­ślach, potem pam pam pam w kie­row­ni­cę i wci­skam pedał gazu.

Auto wy­ry­wa do przo­du. Jest późno. Nie uśmie­cha mi się utknąć w lesie z biesz­czadz­ki­mi dia­bła­mi. Na no­gach gęsia skór­ka. Za­po­mnia­łam włą­czyć cie­pły na­wiew. Cią­gle mam wra­że­nie, że kie­dyś już tu byłam. Ta ulewa, ten las, gęsia skór­ka, cie­pły na­wiew… Deja vu?

Skon­cen­truj się, dziew­czy­no, stro­fu­ję sama sie­bie. Wczo­raj też mia­łaś deja vu i co z tego? Po­dob­no sześć­dzie­siąt sie­dem pro­cent ludzi do­świad­czy­ło deja vu przy­naj­mniej raz w życiu. Sły­szysz? Sześć­dzie­siąt sie­dem pro­cent! Taka cyfra chyba wy­star­czy, abyś wy­bi­ła sobie z głowy myśl o nie­zwy­kło­ści tego prze­ży­cia?

W Biesz­cza­dach je­stem po raz pierw­szy. Wcze­śniej tylko o nich ma­rzy­łam. To wła­śnie moż­li­wość speł­nia­nia ma­rzeń utrzy­mu­je mnie przy życiu.

– Góry, moje uko­cha­ne góry – śpie­wam ci­chut­ko, jak­bym bała się, że mnie usły­szą i uciek­ną.

Nie usły­szą, deszcz szumi. Nie uciek­ną, będą za­wsze na cie­bie cze­ka­ły, pełne pięk­na i grozy. Ucie­kać po­tra­fią tylko lu­dzie, przed od­po­wie­dzial­no­ścią, mi­ło­ścią, przed sobą…

Prze­ja­śnia się. Ulewa prze­cho­dzi w lekką mżaw­kę. Uchy­lam okno i od­dy­cham głę­bo­ko. Po­wie­trze prze­sy­co­ne lepką i chłod­ną wil­go­cią orzeź­wia, chło­dzi roz­grza­ne po­licz­ki. De­li­kat­nie na­ci­skam ha­mu­lec, auto zwal­nia, sunie po­wo­li po as­fal­cie. Tak jest do­brze. Na­wi­ga­cja mil­czy.

Cały czas pro­sto, wy­ty­czam w my­ślach drogę, wy­sta­wia­jąc rękę na ze­wnątrz.

Drob­ne kro­ple przy­jem­ne ła­sko­czą chło­dem. Naj­pierw za­ci­skam pięść, potem roz­pro­sto­wu­ję palce i znów za­ci­skam. Na szo­sie pusto, brak po­bo­cza, żad­nych zna­ków, tylko po obu stro­nach nie­prze­nik­nio­na ścia­na lasu. Grzmo­ty uci­chły. Deszcz staje się coraz drob­niej­szy, rzad­szy, w końcu zu­peł­nie nik­nie. Wiatr uspo­ka­ja się. Spo­glą­dam na zdję­cie za­tknię­te za lu­ster­ko, na wid­nie­ją­ce na nim ro­ze­śmia­ne twa­rze. Ja chyba też ucie­kam… od wspo­mnień.

– Mia­łaś śpie­wać, wa­riat­ko – szep­czę, wal­cząc z na­pły­wa­ją­cy­mi do oczu łzami.

Biesz­czadz­kie dia­bły zro­bi­ły jed­nak swoje.

Nie po­win­nam była brać ze sobą tego zdję­cia. Dziec­ko miało tylko pięć lat, dziew­czyn­ka o ja­snych, we­so­łych oczach. Moż­li­we, że błę­kit­nych. Tak, na pewno błę­kit­nych! Na czar­no-bia­łej fo­to­gra­fii nie widać ko­lo­ru oczu. Obok małej jej matka, przy­tu­la có­recz­kę, obie pa­trzą w obiek­tyw apa­ra­tu. Są do sie­bie takie po­dob­ne, ten sam uśmiech, oczy… Są? Ra­czej były… były pięk­ne, zanim, ech…

Mia­łaś o tym nie my­śleć! Skon­cen­truj się na obec­nej chwi­li! Masz urlop, całe czter­na­ście dni, które spę­dzisz w głu­szy, na krań­cu świa­ta. Zro­zum, wła­śnie speł­nia się twoje naj­więk­sze ma­rze­nie, a ty wszyst­ko chcesz ze­psuć! Weź się w garść! W tych gó­rach miesz­ka­ją po­dob­no dobre anio­ły, które biorą w opie­kę każdą udrę­czo­ną duszę. Żadna isto­ta na ziemi nie po­tra­fi tego, co biesz­czadz­kie anio­ły. Zo­ba­czysz, one o cie­bie za­wal­czą, czyli zro­bią coś, na co ty od dawna nie masz już siły.

Droga zdaje się nie mieć końca. Po­win­nam się gdzieś za­trzy­mać, od­po­cząć, cze­goś napić. Za­schło mi w gar­dle. Mam chyba w schow­ku bu­tel­kę wody mi­ne­ral­nej. To­tal­ny ba­ła­gan! Chu­s­tecz­ki hi­gie­nicz­ne, mię­tu­sy, ja­kieś ta­blet­ki, scy­zo­ryk mak­gaj­we­ra, po­mad­ka do ust, pier­siów­ka… Pier­siów­ka? Krzy­siek mu­siał ją tutaj wło­żyć. Wa­riat! Po­da­ro­wał mi to cacko na czter­dzie­ste dru­gie uro­dzi­ny. Dziw­ny pre­zent! Głu­pio mu było, gdy się roz­pła­ka­łam. Skąd mógł wie­dzieć, prze­cież mu nie po­wie­dzia­łam. Ni­ko­mu nie po­wie­dzia­łam, nawet sama pró­bo­wa­łam za­po­mnieć. Chcia­łam wie­rzyć, że to, co się zda­rzy­ło tam­tej nocy, jest tylko sen­nym kosz­ma­rem.

Kosz­ma­ry po­tra­fią być bar­dzo re­ali­stycz­ne. Czło­wiek owład­nię­ty myślą o nich za­cho­wu­je się jak chore, za­szczu­te zwie­rzę. Inne spra­wy scho­dzą wtedy na plan dal­szy. Prze­zwy­cię­ży­łam stan odrę­twie­nia, na­uczy­łam się od nowa żyć. Czy na pewno? Nie, to tylko po­zo­ry, chwi­lo­wy stan uśpie­nia, ro­dzaj sa­mo­oszu­ki­wa­nia się.

Ku­pu­jesz w bu­ti­ku su­kien­kę i za­czy­nasz za­sta­na­wiać się, jak w niej wy­glą­da­ła­by ona, ko­bie­ta z two­je­go kosz­ma­ru. Pa­trzysz na bie­ga­ją­ce po placu zabaw dzie­ci, wsłu­chu­jesz się w ich śmiech, pod­eks­cy­to­wa­ne głosy, i wy­obra­żasz sobie tę małą. Co by wo­la­ła – huś­taw­kę czy zjeż­dżal­nię? Je­steś w pracy, stu­kasz ostro w kla­wia­tu­rę, bo mu­sisz do końca zmia­ny prze­pi­sać ważny do­ku­ment dla szefa, i masz wra­że­nie, że każdy ze współ­pra­cow­ni­ków pa­trzy ci na ręce… ręce, które prze­cież ubru­dzo­ne są krwią. Czy można kogoś zabić i o tym za­po­mnieć? Nie, nie można! Jedź ostroż­nie. Włącz radio. Wszyst­ko jedno jaką sta­cję!

Był mroź­ny, gru­dnio­wy wie­czór. Tak się wła­śnie za­zwy­czaj za­czy­na­ją mrocz­ne hi­sto­rie. Świę­to­wa­łam z ko­le­żan­ka­mi awans. Piłam bez umia­ru. Każda z nas piła… Nie pa­mię­tam, kiedy urwał mi się film. Gdy w domu oprzy­tom­nia­łam, Krzy­siek sie­dział w fo­te­lu i pa­trzył na mnie jakoś dziw­nie, potem po­wie­dział, że wra­ca­jąc z im­pre­zy, mu­sia­łam w coś ude­rzyć – re­flek­tor wy­bi­ty, bla­cha wgnie­cio­na, pęk­nię­ta przed­nia szyba. Wła­ści­wie to nic wiel­kie­go. Krzy­siek w ciągu jed­ne­go po­po­łu­dnia sam sobie po­ra­dził z tymi uster­ka­mi. Jest naj­lep­szym spe­cem od aut w mie­ście. Zro­bił co trze­ba, sa­mo­chód wy­glą­dał jak nowy. Dzień póź­niej usły­sza­łam o wy­pad­ku: Na przej­ściu dla pie­szych zgi­nę­ła ko­bie­ta z dziec­kiem. Kie­row­ca uciekł z miej­sca wy­pad­ku.

Do­tar­ło do mnie, że to mu­sia­łam być ja, pi­ja­na mor­der­czy­ni, któ­rej za­bra­kło od­wa­gi zgło­sić się na po­li­cję. Krzy­siek o nic nie pytał. Może nie wie­dział o wy­pad­ku, ja na­to­miast nigdy mu nie po­wie­dzia­łam, nie zdra­dzi­łam mrocz­nej ta­jem­ni­cy. Żyłam, jakby nic się nie stało.

Kilka dni póź­niej w ga­ze­tach, pod na­pi­sem: Okrut­ny mord na ulicy! Matka z córką zgi­nę­ły w wy­pad­ku!, uka­za­ło się to zdję­cie. Wy­cię­łam je i za­tknę­łam za lu­ster­ko. Naj­bar­dziej prze­ra­ża fakt, że nie po­tra­fię my­śleć o tym okrop­nym zda­rze­niu ina­czej niż za po­mo­cą krót­kich, bez­na­mięt­nych zdań, które zdają się po­wsta­wać nie we mnie, lecz gdzieś na ze­wnątrz, poza moim umy­słem. Jak­bym to nie ja była ich au­tor­ką, jakby nie były czę­ścią moich prze­żyć, ale kogoś in­ne­go. Czy można być aż tak po­zba­wio­nym ja­kich­kol­wiek uczuć?! Au­to­mat po­wle­czo­ny skórą, za­pro­gra­mo­wa­ny, aby na­śla­do­wał ludz­kie za­cho­wa­nia, po­zba­wio­ny jed­nak zdol­no­ści współ­czu­cia, od­czu­wa­nia żalu.

Do­cho­dzi je­de­na­sta.

Dziew­czy­no, otrzą­śnij się, po­wta­rzam sobie w my­ślach i z po­wro­tem włą­czam radio. Sły­chać tylko szum i trza­ski.

– Cho­le­ra! – klnę pół­gło­sem. – Znowu coś się knoci w tym rup­ciu!

Za­glą­dam do schow­ka w na­dziei, że znaj­dę jakąś ka­se­tę z mu­zy­ką. Jest tylko jedna z na­pi­sem "Dla Ali­cji". Ach, te pre­zen­ty od Krzyś­ka! Jego in­wen­cja twór­cza nie zna gra­nic! Srebr­ny wi­sio­rek z ko­ni­czyn­ką zna­le­zio­ny w cu­kier­nicz­ce, bilet do Ba­ga­te­li w ko­per­cie z ra­chun­ka­mi, a teraz ta ka­se­ta… Czyż­by skła­dan­ka moich ulu­bio­nych prze­bo­jów? A może ro­dzaj ama­tor­skie­go au­dio­bo­oka – lek­tor Krzy­siek czyta dla mnie ko­lej­ny hor­ror? Co tym razem? Ma­ster­ton czy King? Sta­wiam na Kinga. Krzy­siek wie, że uwiel­biam jego twór­czość. Na pewno King. Wsu­wam ka­se­tę do kie­szon­ki ma­gne­to­fo­nu. Na ze­wnątrz lekka mgła, wil­got­na zie­mia pa­ru­je.

Miej­sca­mi opary jakby gęst­sze, uno­szą się tuż nad szosą, nie­mal­że do­ty­ka­jąc na­zna­czo­ne­go brud­ny­mi ka­łu­ża­mi as­fal­tu. Wi­docz­ność ogra­ni­czo­na. In­stynk­tow­nie zdej­mu­ję nogę z gazu. Odkąd mam praw­ko, jeż­dżę prze­cież ostroż­nie. Cóż za iro­nia losu! Nagły skurcz żo­łąd­ka. Chyba po­win­nam od­po­cząć. Wy­pa­tru­ję od­po­wied­nie­go miej­sca na po­stój. Od­dy­cham głę­bo­ko.

– Po­wi­nie­nem po­wie­dzieć ci to od razu – roz­le­ga się z gło­śni­ków głos Krzyś­ka, cichy, jakby stłu­mio­ny.

Na­ci­skam kil­ka­krot­nie przy­cisk gło­śno­ści. Sły­chać tro­chę le­piej, na­gra­nie jest jed­nak nadal nie­wy­raź­ne.

– Po­wi­nie­nem się wtedy przy­znać – mówi Krzy­siek.

Chwi­la prze­rwy, gło­śne wes­tchnie­nie, chrząk­nię­cie.

– Po­zwo­li­łem, abyś uwie­rzy­ła, że to ty…

Co jest grane? Za­czy­nam się nie­po­ko­ić. Głos Krzyś­ka brzmi jakoś nie­na­tu­ral­nie. Na­ci­skam ha­mu­lec, auto zwal­nia. Za­trzy­mu­ję się w nie­wiel­kiej za­tocz­ce i na­słu­chu­ję. Cisza. Jak długo mogła tutaj leżeć ta ka­se­ta?

– Po­zwo­li­łem, abyś czuła się winna – roz­le­ga się nagle.

Za­my­kam oczy, mocno za­ci­skam po­wie­ki, aż do bólu. Boję się, że jeśli na nowo je otwo­rzę, sta­nie się coś strasz­ne­go.

– Ska­za­łem cię na pie­kło – jego słowa bo­le­śnie wwier­ca­ją mi się w serce. – Tam­tej nocy byłaś tak pi­ja­na, że nic nie pa­mię­tasz, ani te­le­fo­nu z in­for­ma­cją, żebym po cie­bie przy­je­chał, ani tego, co wy­da­rzy­ło się póź­niej, kiedy wio­złem cię śpią­cą do domu. Ulice były puste i ciche jak wtedy, gdy wra­ca­li­śmy z Ba­ga­te­li…

Wszyst­ko roz­my­ło się ni­czym sen. Sen, któ­re­go wspo­mnie­nie wraca tylko na uła­mek se­kun­dy, potem od­cho­dzi, w mgnie­niu oka roz­pły­wa się, nik­nie, nie po­zo­sta­wia­jąc w świa­do­mo­ści naj­mniej­sze­go śladu. Dokąd od­cho­dzą sny? Kiedy byłam mała, py­ta­łam o to wszyst­kich. Wtedy żadna od­po­wie­dzieć mnie nie za­do­wa­la­ła, dziś uwie­rzę we wszyst­ko, nawet w naj­więk­sze kłam­stwo!

Krzyś, mój po­czci­wy, ko­cha­ny Krzyś, go­to­wy po­świę­cić wszyst­ko, co naj­cen­niej­sze, by­le­by ra­to­wać swoją słabą, wiecz­nie po­gu­bio­ną żonę. Wzią­łeś winę na sie­bie, lecz mu­sisz wie­dzieć, że ja znam praw­dę. Tam­tej nocy to nie ty sie­dzia­łeś za kół­kiem. Fakty temu prze­czą, ko­cha­ny. Nie mo­głeś jed­no­cze­śnie pisać maila do swo­jej matki i ra­to­wać mnie z opre­sji! Za­po­mnia­łeś o tym mailu, bie­da­ku? Będę żyła tak, jak ty chcesz. Uwie­rzę w kłam­stwo tak spryt­nie pod­su­nię­te. Biesz­czadz­kie anio­ły na pewno mi w tym po­mo­gą.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

 

Najpierw kwestie techniczne i związane z nimi sugestie (tylko do przemyślenia):

Choćby nie wiem co się działo, masz śpiewać dziewczyno, powtarzam w myślach, potem pam pam pam w kierownicę i wciskam pedał gazu. – tu zdecydowanie brak wielu przecinków

Wszystko jedno (przecinek?) jaką stację!

Wtedy żadna odpowiedzieć mnie nie zadowalała, dziś uwierzę we wszystko, nawet w największe kłamstwo! – za dużo liter?

 

Fajny thriller psychologiczny, choć od czasu kasety akcja mocno przyspieszyła i tak już gnała do końca. :) Problem ucieczki z miejsca wypadku, nieudzielenia pomocy rannym oraz poczucia winy za śmierć przypadkowych osób nadal niestety zajmuje poczytne miejsce w kronikach policyjnych. I jest to niestety poważny problem. Zapomnienie z powodu upojenia alkoholowego to jedna kwestia, lecz są i tacy piraci drogowi, którzy wjeżdżają w pieszych czy innych kierowców celowo, z premedytacją. I potem uciekają. 

Fantastyki nie dostrzegam. :) Może – gdyby np. to zdjęcie przemówiło? Albo – obok kasety pokazał się duch zmarłych, albo nawet żywego ciągle Krzyśka? :) 

 

Pozdrawiam serdecznie. ;) 

Pecunia non olet

Ja tam dostrzegam światełko fantasy.

Bieszczadzkie diabły zrobiły jednak swoje.

:)

https://www.wattpad.com/story/406199428-chadowy-pamiętnik

Cześć

Nareszcie postanowiłaś ruszyć w Bieszczady. I bardzo dobrze! ;-)

Myślę, że jednak Krzysiu jest winny, bo trudno wytłumaczyć jego początkową niewiedzę o tragicznym wypadku. No, dobra. Może chłop nie słucha radia, może nie ogląda tv, może nie ma smartfona, telefona i nawigacji w życiu, ale coś za dużo tego może :-) 

Wprost wspaniale zaczynasz szorta. Lekki styl, nonszalancja, i Renówka i rupciu? Bardzo ciekawe określenie. 

Jest tutaj i zabawnie, i początkowo tajemniczo, a jeśli chcesz wiedzieć, gdzie przechowuje się sny, to akurat wiem :-)

W Bieszczady mam blisko, często zaglądam. Polecam Przystanek Smerek - spoko klimat. Poza sezonem jest fajowo, jesienią. 

Klik!

Pozdrawiam

Ja tam dostrzegam światełko fantasy.

W sumie racja, D. Pankovski, jest mowa o diabłach, i o aniołach zresztą też. ;) 

Odebrałam te wtrącenia jako potoczne określenia, których wszyscy używamy. :) Dla mnie niestety nadal brak tu fantastyki. :)

 

Pozdrawiam Was. heart

Pecunia non olet

bruce,

zgadzam się z Tobą całkowicie. Mój komentarz był jedynie formą ironii. Mam nadzieję, że Alicja Jonasz przyjmie to z uśmiechem.

https://www.wattpad.com/story/406199428-chadowy-pamiętnik

Bardzo dobra melodyka zdań. To się śpiewa. Klimacik też niczego sobie. Bieszczady są tu niemal osobnym bohaterem. Atutów jest oczywiście znacznie, znacznie więcej. Piątka. Brawo.

Nowa Fantastyka