Jestem w drodze od świtu. Przed chwilą minęłam jakąś wioskę. Teraz jadę przez las. Tu i ówdzie tumany mgły. Ściszam radio. Renówka śmiga jak wiatr. Jestem dobrej myśli. W końcu mam urlop. Zostawiam wszystko na dwa tygodnie, włącznie z nowiutkim tabletem, smartfonem, szpilkami z internetowego shopu za dwieście dziewięćdziesiąt dziewięć złotych, kiczowatą biżuterią, całą tą połyskującą w słońcu tandetą. Oho, błyska się! Grzmi. Psia kość, znowu ulewa! Świata nie widać! Grube krople bębnią w dach samochodu. Wycieraczki pracują rytmicznie, miarowo. Postanowiłam, że nie będę narzekać.
Choćby nie wiem co się działo, masz śpiewać dziewczyno, powtarzam w myślach, potem pam pam pam w kierownicę i wciskam pedał gazu.
Auto wyrywa do przodu. Jest późno. Nie uśmiecha mi się utknąć w lesie z bieszczadzkimi diabłami. Na nogach gęsia skórka. Zapomniałam włączyć ciepły nawiew. Ciągle mam wrażenie, że kiedyś już tu byłam. Ta ulewa, ten las, gęsia skórka, ciepły nawiew… Deja vu?
Skoncentruj się, dziewczyno, strofuję sama siebie. Wczoraj też miałaś deja vu i co z tego? Podobno sześćdziesiąt siedem procent ludzi doświadczyło deja vu przynajmniej raz w życiu. Słyszysz? Sześćdziesiąt siedem procent! Taka cyfra chyba wystarczy, abyś wybiła sobie z głowy myśl o niezwykłości tego przeżycia?
W Bieszczadach jestem po raz pierwszy. Wcześniej tylko o nich marzyłam. To właśnie możliwość spełniania marzeń utrzymuje mnie przy życiu.
– Góry, moje ukochane góry – śpiewam cichutko, jakbym bała się, że mnie usłyszą i uciekną.
Nie usłyszą, deszcz szumi. Nie uciekną, będą zawsze na ciebie czekały, pełne piękna i grozy. Uciekać potrafią tylko ludzie, przed odpowiedzialnością, miłością, przed sobą…
Przejaśnia się. Ulewa przechodzi w lekką mżawkę. Uchylam okno i oddycham głęboko. Powietrze przesycone lepką i chłodną wilgocią orzeźwia, chłodzi rozgrzane policzki. Delikatnie naciskam hamulec, auto zwalnia, sunie powoli po asfalcie. Tak jest dobrze. Nawigacja milczy.
Cały czas prosto, wytyczam w myślach drogę, wystawiając rękę na zewnątrz.
Drobne krople przyjemne łaskoczą chłodem. Najpierw zaciskam pięść, potem rozprostowuję palce i znów zaciskam. Na szosie pusto, brak pobocza, żadnych znaków, tylko po obu stronach nieprzenikniona ściana lasu. Grzmoty ucichły. Deszcz staje się coraz drobniejszy, rzadszy, w końcu zupełnie niknie. Wiatr uspokaja się. Spoglądam na zdjęcie zatknięte za lusterko, na widniejące na nim roześmiane twarze. Ja chyba też uciekam… od wspomnień.
– Miałaś śpiewać, wariatko – szepczę, walcząc z napływającymi do oczu łzami.
Bieszczadzkie diabły zrobiły jednak swoje.
Nie powinnam była brać ze sobą tego zdjęcia. Dziecko miało tylko pięć lat, dziewczynka o jasnych, wesołych oczach. Możliwe, że błękitnych. Tak, na pewno błękitnych! Na czarno-białej fotografii nie widać koloru oczu. Obok małej jej matka, przytula córeczkę, obie patrzą w obiektyw aparatu. Są do siebie takie podobne, ten sam uśmiech, oczy… Są? Raczej były… były piękne, zanim, ech…
Miałaś o tym nie myśleć! Skoncentruj się na obecnej chwili! Masz urlop, całe czternaście dni, które spędzisz w głuszy, na krańcu świata. Zrozum, właśnie spełnia się twoje największe marzenie, a ty wszystko chcesz zepsuć! Weź się w garść! W tych górach mieszkają podobno dobre anioły, które biorą w opiekę każdą udręczoną duszę. Żadna istota na ziemi nie potrafi tego, co bieszczadzkie anioły. Zobaczysz, one o ciebie zawalczą, czyli zrobią coś, na co ty od dawna nie masz już siły.
Droga zdaje się nie mieć końca. Powinnam się gdzieś zatrzymać, odpocząć, czegoś napić. Zaschło mi w gardle. Mam chyba w schowku butelkę wody mineralnej. Totalny bałagan! Chusteczki higieniczne, miętusy, jakieś tabletki, scyzoryk makgajwera, pomadka do ust, piersiówka… Piersiówka? Krzysiek musiał ją tutaj włożyć. Wariat! Podarował mi to cacko na czterdzieste drugie urodziny. Dziwny prezent! Głupio mu było, gdy się rozpłakałam. Skąd mógł wiedzieć, przecież mu nie powiedziałam. Nikomu nie powiedziałam, nawet sama próbowałam zapomnieć. Chciałam wierzyć, że to, co się zdarzyło tamtej nocy, jest tylko sennym koszmarem.
Koszmary potrafią być bardzo realistyczne. Człowiek owładnięty myślą o nich zachowuje się jak chore, zaszczute zwierzę. Inne sprawy schodzą wtedy na plan dalszy. Przezwyciężyłam stan odrętwienia, nauczyłam się od nowa żyć. Czy na pewno? Nie, to tylko pozory, chwilowy stan uśpienia, rodzaj samooszukiwania się.
Kupujesz w butiku sukienkę i zaczynasz zastanawiać się, jak w niej wyglądałaby ona, kobieta z twojego koszmaru. Patrzysz na biegające po placu zabaw dzieci, wsłuchujesz się w ich śmiech, podekscytowane głosy, i wyobrażasz sobie tę małą. Co by wolała – huśtawkę czy zjeżdżalnię? Jesteś w pracy, stukasz ostro w klawiaturę, bo musisz do końca zmiany przepisać ważny dokument dla szefa, i masz wrażenie, że każdy ze współpracowników patrzy ci na ręce… ręce, które przecież ubrudzone są krwią. Czy można kogoś zabić i o tym zapomnieć? Nie, nie można! Jedź ostrożnie. Włącz radio. Wszystko jedno jaką stację!
Był mroźny, grudniowy wieczór. Tak się właśnie zazwyczaj zaczynają mroczne historie. Świętowałam z koleżankami awans. Piłam bez umiaru. Każda z nas piła… Nie pamiętam, kiedy urwał mi się film. Gdy w domu oprzytomniałam, Krzysiek siedział w fotelu i patrzył na mnie jakoś dziwnie, potem powiedział, że wracając z imprezy, musiałam w coś uderzyć – reflektor wybity, blacha wgnieciona, pęknięta przednia szyba. Właściwie to nic wielkiego. Krzysiek w ciągu jednego popołudnia sam sobie poradził z tymi usterkami. Jest najlepszym specem od aut w mieście. Zrobił co trzeba, samochód wyglądał jak nowy. Dzień później usłyszałam o wypadku: Na przejściu dla pieszych zginęła kobieta z dzieckiem. Kierowca uciekł z miejsca wypadku.
Dotarło do mnie, że to musiałam być ja, pijana morderczyni, której zabrakło odwagi zgłosić się na policję. Krzysiek o nic nie pytał. Może nie wiedział o wypadku, ja natomiast nigdy mu nie powiedziałam, nie zdradziłam mrocznej tajemnicy. Żyłam, jakby nic się nie stało.
Kilka dni później w gazetach, pod napisem: Okrutny mord na ulicy! Matka z córką zginęły w wypadku!, ukazało się to zdjęcie. Wycięłam je i zatknęłam za lusterko. Najbardziej przeraża fakt, że nie potrafię myśleć o tym okropnym zdarzeniu inaczej niż za pomocą krótkich, beznamiętnych zdań, które zdają się powstawać nie we mnie, lecz gdzieś na zewnątrz, poza moim umysłem. Jakbym to nie ja była ich autorką, jakby nie były częścią moich przeżyć, ale kogoś innego. Czy można być aż tak pozbawionym jakichkolwiek uczuć?! Automat powleczony skórą, zaprogramowany, aby naśladował ludzkie zachowania, pozbawiony jednak zdolności współczucia, odczuwania żalu.
Dochodzi jedenasta.
Dziewczyno, otrząśnij się, powtarzam sobie w myślach i z powrotem włączam radio. Słychać tylko szum i trzaski.
– Cholera! – klnę półgłosem. – Znowu coś się knoci w tym rupciu!
Zaglądam do schowka w nadziei, że znajdę jakąś kasetę z muzyką. Jest tylko jedna z napisem "Dla Alicji". Ach, te prezenty od Krzyśka! Jego inwencja twórcza nie zna granic! Srebrny wisiorek z koniczynką znaleziony w cukierniczce, bilet do Bagateli w kopercie z rachunkami, a teraz ta kaseta… Czyżby składanka moich ulubionych przebojów? A może rodzaj amatorskiego audiobooka – lektor Krzysiek czyta dla mnie kolejny horror? Co tym razem? Masterton czy King? Stawiam na Kinga. Krzysiek wie, że uwielbiam jego twórczość. Na pewno King. Wsuwam kasetę do kieszonki magnetofonu. Na zewnątrz lekka mgła, wilgotna ziemia paruje.
Miejscami opary jakby gęstsze, unoszą się tuż nad szosą, niemalże dotykając naznaczonego brudnymi kałużami asfaltu. Widoczność ograniczona. Instynktownie zdejmuję nogę z gazu. Odkąd mam prawko, jeżdżę przecież ostrożnie. Cóż za ironia losu! Nagły skurcz żołądka. Chyba powinnam odpocząć. Wypatruję odpowiedniego miejsca na postój. Oddycham głęboko.
– Powinienem powiedzieć ci to od razu – rozlega się z głośników głos Krzyśka, cichy, jakby stłumiony.
Naciskam kilkakrotnie przycisk głośności. Słychać trochę lepiej, nagranie jest jednak nadal niewyraźne.
– Powinienem się wtedy przyznać – mówi Krzysiek.
Chwila przerwy, głośne westchnienie, chrząknięcie.
– Pozwoliłem, abyś uwierzyła, że to ty…
Co jest grane? Zaczynam się niepokoić. Głos Krzyśka brzmi jakoś nienaturalnie. Naciskam hamulec, auto zwalnia. Zatrzymuję się w niewielkiej zatoczce i nasłuchuję. Cisza. Jak długo mogła tutaj leżeć ta kaseta?
– Pozwoliłem, abyś czuła się winna – rozlega się nagle.
Zamykam oczy, mocno zaciskam powieki, aż do bólu. Boję się, że jeśli na nowo je otworzę, stanie się coś strasznego.
– Skazałem cię na piekło – jego słowa boleśnie wwiercają mi się w serce. – Tamtej nocy byłaś tak pijana, że nic nie pamiętasz, ani telefonu z informacją, żebym po ciebie przyjechał, ani tego, co wydarzyło się później, kiedy wiozłem cię śpiącą do domu. Ulice były puste i ciche jak wtedy, gdy wracaliśmy z Bagateli…
Wszystko rozmyło się niczym sen. Sen, którego wspomnienie wraca tylko na ułamek sekundy, potem odchodzi, w mgnieniu oka rozpływa się, niknie, nie pozostawiając w świadomości najmniejszego śladu. Dokąd odchodzą sny? Kiedy byłam mała, pytałam o to wszystkich. Wtedy żadna odpowiedzieć mnie nie zadowalała, dziś uwierzę we wszystko, nawet w największe kłamstwo!
Krzyś, mój poczciwy, kochany Krzyś, gotowy poświęcić wszystko, co najcenniejsze, byleby ratować swoją słabą, wiecznie pogubioną żonę. Wziąłeś winę na siebie, lecz musisz wiedzieć, że ja znam prawdę. Tamtej nocy to nie ty siedziałeś za kółkiem. Fakty temu przeczą, kochany. Nie mogłeś jednocześnie pisać maila do swojej matki i ratować mnie z opresji! Zapomniałeś o tym mailu, biedaku? Będę żyła tak, jak ty chcesz. Uwierzę w kłamstwo tak sprytnie podsunięte. Bieszczadzkie anioły na pewno mi w tym pomogą.
Witaj. :)
Najpierw kwestie techniczne i związane z nimi sugestie (tylko do przemyślenia):
Choćby nie wiem co się działo, masz śpiewać dziewczyno, powtarzam w myślach, potem pam pam pam w kierownicę i wciskam pedał gazu. – tu zdecydowanie brak wielu przecinków
Wszystko jedno (przecinek?) jaką stację!
Wtedy żadna odpowiedzieć mnie nie zadowalała, dziś uwierzę we wszystko, nawet w największe kłamstwo! – za dużo liter?
Fajny thriller psychologiczny, choć od czasu kasety akcja mocno przyspieszyła i tak już gnała do końca. :) Problem ucieczki z miejsca wypadku, nieudzielenia pomocy rannym oraz poczucia winy za śmierć przypadkowych osób nadal niestety zajmuje poczytne miejsce w kronikach policyjnych. I jest to niestety poważny problem. Zapomnienie z powodu upojenia alkoholowego to jedna kwestia, lecz są i tacy piraci drogowi, którzy wjeżdżają w pieszych czy innych kierowców celowo, z premedytacją. I potem uciekają.
Fantastyki nie dostrzegam. :) Może – gdyby np. to zdjęcie przemówiło? Albo – obok kasety pokazał się duch zmarłych, albo nawet żywego ciągle Krzyśka? :)
Pozdrawiam serdecznie. ;)
Pecunia non olet
Ja tam dostrzegam światełko fantasy.
Bieszczadzkie diabły zrobiły jednak swoje.
:)
https://www.wattpad.com/story/406199428-chadowy-pamiętnik
Cześć
Nareszcie postanowiłaś ruszyć w Bieszczady. I bardzo dobrze! ;-)
Myślę, że jednak Krzysiu jest winny, bo trudno wytłumaczyć jego początkową niewiedzę o tragicznym wypadku. No, dobra. Może chłop nie słucha radia, może nie ogląda tv, może nie ma smartfona, telefona i nawigacji w życiu, ale coś za dużo tego może :-)
Wprost wspaniale zaczynasz szorta. Lekki styl, nonszalancja, i Renówka i rupciu? Bardzo ciekawe określenie.
Jest tutaj i zabawnie, i początkowo tajemniczo, a jeśli chcesz wiedzieć, gdzie przechowuje się sny, to akurat wiem :-)
W Bieszczady mam blisko, często zaglądam. Polecam Przystanek Smerek - spoko klimat. Poza sezonem jest fajowo, jesienią.
Klik!
Pozdrawiam
Ja tam dostrzegam światełko fantasy.
W sumie racja, D. Pankovski, jest mowa o diabłach, i o aniołach zresztą też. ;)
Odebrałam te wtrącenia jako potoczne określenia, których wszyscy używamy. :) Dla mnie niestety nadal brak tu fantastyki. :)
Pozdrawiam Was. 
Pecunia non olet
bruce,
zgadzam się z Tobą całkowicie. Mój komentarz był jedynie formą ironii. Mam nadzieję, że Alicja Jonasz przyjmie to z uśmiechem.
https://www.wattpad.com/story/406199428-chadowy-pamiętnik
Bardzo dobra melodyka zdań. To się śpiewa. Klimacik też niczego sobie. Bieszczady są tu niemal osobnym bohaterem. Atutów jest oczywiście znacznie, znacznie więcej. Piątka. Brawo.