Dużo pracy włożyłem w to opowiadanie. Był moment, w którym chciałem już je porzucić. Ostatecznie udało się napisać coś dłuższego. Nie mnie oceniać efekt końcowy.
Dużo pracy włożyłem w to opowiadanie. Był moment, w którym chciałem już je porzucić. Ostatecznie udało się napisać coś dłuższego. Nie mnie oceniać efekt końcowy.
1
Sally zmarszczyła czoło i uśmiechnęła się do Josepha. Czekała trochę zgaszona na waragi. Stukała palcami o stolik ciekawa smaku ugandyjskiego dżinu. Po głębszym wdechu wypuściła ciężko powietrze. Jej rozmówca poprawił kołnierzyk garnituru nałożonego na białą tunikę. Nie wyróżniał się zbytnio spośród innych Mugandyjczyków.
– Chciałem wypić z tobą kawę. Jesteś zmęczona, więc to był dobry pomysł – powiedział w uglish.
– Jeśli chcesz, żebym z tobą trochę szczerze porozmawiała, to muszę się napić czegoś mocniejszego… My jesteśmy trochę introwertyczni.
– Tak, wiem. Wy Norwedzy jesteście inni.
Inni? Sally nosiła w sobie to słowo od urodzenia. Miała wrażenie, że melancholia gromadziła się w niej przez całe życie jak woda w dziurawej łajbie.
– Masz rodzinę? – zakłopotany ciszą spytał Joseph.
Właściciel knajpy podszedł i przyniósł dwa kieliszki. Pomimo parasola przeciwsłonecznego Sally otarła pot z czoła.
– Mam ojca, ale chyba nie o to mnie pytasz?
– Tak, chciałem spytać o męża. Nie traktuj tego, no wiesz… my zawsze o to pytamy. Zaprosiłem cię i rozmawiam.
Josepha można było porównać do pierwiastka promieniotwórczego. Rozpadał się, niczego nie tracąc i wysyłał dobrą energię każdemu kto chciał ją przyjąć. Uśmiechnął się i upił nieco dżinu.
– Nie mam męża ani dzieci. Nie przepadam za zmianami – odpowiedziała Sally.
– To jak to się stało, że jesteś teraz tutaj?
– Przez mojego kierownika. Jest złośliwy i zna mnie bardzo dobrze.
– Kochasz swoją pracę?
– Pracuję tam od dziesięciu lat. To Instytut Zastosowań Nowych Technologii Norwegii. Doczekałam się już drugiego kubeczka z napisem “Sally cieszymy się, że z nami jesteś”. Przełożony odwiedził mnie pewnego dnia i powiedział, że załatwił mi możliwość dalszego rozwoju w projekcie badawczym TEBIS dla koncernu “In Home” w Afryce.
Kończył się drugi dzień pobytu Sally w Ugandzie. Przyleciała tu z jedną walizką z kilkoma lepszymi sukienkami, niedokończonym kryminałem oraz mini apteczką z dwoma opakowaniami Malarone. Szyby rozsuwanych drzwi lotniska Etenebbe odsłoniły afrykańskie słońce. Schodziło z zenitu. Gdy wychodziła z klimatyzowanego pomieszczenia, buchnęła fala gorąca. Wtedy po raz pierwszy zobaczyła Josepha.
– Proszę schować telefon i uważać na boda-boda – powiedział wesoło.
Otaczał ją rozległy, płaski krajobraz porośnięty trawą. Zieleń mieszała się z czerwienią pyłu pustynnego. Kierowca opierał się plecami o karoserię pickupa i machał ręką. Norweżka nie zareagowała, tylko podeszła do samochodu i oddała w milczeniu walizkę.
– Niech Ms. wsiada.
Zanim to zrobiła, spojrzała na swoją sylwetkę opiętą krótką spódnicą i ciasną marynarką, odbitą w szybie samochodu. Usiadła na tylnym siedzeniu i trochę się rozluźniła.
– Widzę, że podróż była męcząca Ms. – Miejscowy kiwnął głową i usiadł na przednim siedzeniu – Piękny mamy dzień. Jak się Ms. nazywa?
Kierowca nie czekając na odpowiedź, dodał:
– Pierwszy raz w Bugandzie?
– Tak, nazywam się Sally.
Wyjechali z miasta na opustoszałą szosę i pokonali w ciągu godziny trasę do Centrum Badawczego. Joseph zatrzymał się na parkingu obok. Wokół rosły mahoniowce, oplecione lianami oraz sięgające po szyję trawy. Kierowca pomógł Sally wnieść walizkę do pierwszych napotkanych drzwi i wrócił beztroskim truchtem do samochodu.
Kobieta udała się do pokoju, wskazanego przez recepcjonistę. Najwyraźniej wszystko przygotowano na jej przyjazd. Lot zrobił swoje i Sally była faktycznie wyczerpana, więc od razu zasnęła.
Obudziła się na chwilę w środku nocy i pożałowała, że nie nastawiła budzika. Szybko pogodziła się z tym, że nowego szefa pozna dopiero rano. Postanowiła nie czekać do świtu i zamknęła oczy.
Nie wiedziała, czemu dziś i od kilku tygodni śni jej się ten sam sen: wychodzi rano do pracy pośród eksplozji. Domy wybuchają jeden po drugim. Wsiada do taksówki, włącza radio i słyszy głos speakera:
– Prosimy o zachowanie spokoju. Wasze miasto właśnie podlega utylizacji. Chcemy jedynie waszego dobra i komfortu. Po powrocie z pracy czeka was nowe miejsce odpoczynku. Zasługujecie na coś więcej niż dywan, który trzeba codziennie odkurzać, gniazdko, które trzeba naprawić. Tak, więc cieszcie się, kolejnym beztrosko spędzonym dniem i zaufajcie naszemu rozwiązaniu.
Pierwszy poranek w Ugandzie nie należał do najłatwiejszych. Wstała lewą nogą i poczłapała do łazienki. Umyła włosy i susząc, czesała je. “Typowa Norweżka” – pomyślała spoglądając na ich odcień, ale miała na myśli raczej osobowość “Czemu tak oschle potraktowałam tego kierowcę?” Z korytarza dobiegały już ożywione rozmowy. Sally ubrała luźniejszą sukienkę odsłaniającą nieco ramiona. Zamierzała wyjść i się przywitać, gdy rozległo się pukanie.
– Proszę – odpowiedziała.
– Nic, nic, mam nadzieję, że już nie śpisz. Czekamy ze śniadaniem w jadalni. – Usłyszała głos zza drzwi.
Sally odniosĺa wrażenie, że mężczyzna zapukał właśnie tylko po to, żeby ją obudzić. Wyszła z pokoju wprost na brodatego, pokrytego zmarszczkami i opalenizną pięćciesięciolatka.
– Cieszę się, że jesteś już z nami. Teraz zapraszam na śniadanie, a potem przedstawię ci zespół.
– Jestem ciekawa – powiedziała Sally.
W jadalni nałożyła pieczone banany i dołączyła do grona naukowców.
– Nazywam się Viggo Haugen – powiedział brodaty mężczyzna. – Jestem szefem TEBIS. Nic ci na razie nie będę mówił. Chcę pokazać, co nam się udało do tej pory stworzyć. Mam nadzieję, że zrobi wrażenie i chętniej posłuchasz o nudniejszych szczegółach.
Po śniadaniu wszyscy pracownicy udali się korytarzem do pomieszczenia na końcu kompleksu. Za drzwiami Viggo wprowadził Sally do wielkiego terrarium. Pośród traw i paproci biegała chmara punkcików i wznosiła z minuty na minutę kilkumetrową wieżę.
– O matko, to mrówki? – spytała z podziwem.
– Chyba żartujesz. Inżynierią genetyczną się jeszcze nie bawimy – powiedział Viggo.
– Dobra, to pewnie mikroboty. Zajmowałam się nimi w Norwegii. Dlatego znalazłam się teraz tutaj – powiedziała Sally z ożywieniem. – Kierownik zrobił mi niespodziankę.
2
– Chyba jestem pijana, Joseph – powiedziała Sally siadając z prawej strony.
– Od dwóch kieliszków?
– Źle się czuję.
– Może coś zjadłaś?
– Prawdę mówiąc, to coś mnie dzisiaj ugryzło i nie była to mucha tze tze.
– My tu mamy wiele owadów.
– To nie było żywe. To było coś nad czym pracujemy tutaj w centrum badawczym.
– Nie znam się na tym. Po prostu cię odwiozę. – Spojrzał przez szybę zmrużył oczy. – Drogi tutaj mamy okropne. Nie chodzi o wertepy, ale ktoś może położyć coś na szosie. Jak się zatrzymasz to po tobie. A jak się u was jeździ?
– W Oslo polegam raczej na komunikacji miejskiej. Samochód to słaba inwestycja.
– U nas jest ważniejszy niż własny tyłek. Już jesteśmy na miejscu.
Sally spojrzała w lustrze na policzek. Był zaczerwieniony. Wcześniej, po śniadaniu, Norweżka chciała koniecznie przeprowadzić pewien eksperyment. Została zapoznana ze szczegółami projektu. Dowiedziała się, że mikroboty posiadają pewną autonomię w wybieraniu planu i strategii budowy. Przyniosła z porannego spaceru kawałek pieńka kauczukowego i zaniosła do sali badawczej. Po otwarciu terrarium, kucnęła na środku pomieszczenia i położyła na trawie drewno, wprost na rój mechanizmów.
Czarne ziarenka oblazły belkę, zagłębiały się w korę i wychodziły, zostawiając po sobie sączącą się substancję przypominająca miód. Mikroboty obsiadły plamy i przestały się poruszać. Sally spokojnie zaczęła zbierać mikromechanizmy dłonią uzbrojoną w rękawiczkę wykonaną z grafenu i lateksu. Jedno z urządzeń odłączyło się od roju i zaczęło wędrować po kombinezonie ochronnym, aż do kołnierza. Norweżka zrezygnowała wcześniej z zakładania maski. Nie przewidziała takiego scenariusza i to był błąd. Poczuła bolesne ukłucie i strzepnęła bota ręką. Miejsce ukąszenia zarumieniło się, a ból przypominał ukłucie igłą. Pieczenie rozeszło się promieniście i mrowiło aż do skroni.
Postanowiła, że zaraz po powrocie z knajpy prześpi się i jeśli jutro stan zdrowia się nie poprawi, porozmawia z Viggo.
Sen przyszedł natychmiast niosąc nowe treści. Zobaczyła Haugena jak gasi światło w korytarzu i przemyka się w kierunku drzwi przypominających wrota sejfu. Zapala latarkę zamontowaną do czoła i obraca pokrętło, angażując ramiona, potem przekręca drugie trochę mniejsze. Drzwi ustępują. Odsłania się archiwum wielkości sali gimnastycznej. W środku znajdują się regały pokryte warstwą skorodowanej miedzi. Prawie wszystkie meble wypełnione są papierową dokumentacją. Sally obudziła się. Policzek przestał boleć, a po ukąszenia nie było śladu.
– Joseph, przejdziesz się ze mną do altany? – zawołała Sally.
– Jasne! – krzyknął.
Zeszli z tarasu po schodach, a potem skręcili w zacieniony palmami trawnik z małą drewnianą budowlą.
– Chcę się czegoś dowiedzieć o Viggo.
– Co chcesz wiedzieć?
– Jaki on jest? No wiesz jako człowiek. Dogadujesz się z nim?
– Płaci terminowo. Płaci całkiem nieźle.
– Jak traktuje swoich pracowników naukowych?
– Jest wymagający. Traci cierpliwość. Nikt go nie przeklina. Co się stało?
– Źle dziś spałam i chyba zrobiłam się nieufna wobec ludzi. Widzimy się dziś wieczorem?
– Muszę się dziś spotkać z rodziną.
– Ach tak, jestem naiwna. Nie spytałam cię o żonę. A chyba powinnam – głos Sally trochę się załamywał.
– Nie mam żony. Mam młodszą siostrę. Ty nas pewnie nie zrozumiesz. Muszę jej pomóc. Mam w miarę dobrą pracę. Kuzyn zapłacił za moją szkołę. Ja też chcę pomóc rodzinie. Ona ma większe ambicje niż ja. Chce zostać lekarką.
– Rozumiem. Przepraszam.
– Wszystko dobrze.
3
Sally ziewnęła. Bezchmurne, poranne niebo zapowiadało upalny dzień. Postanowiła na nic nie czekać, tylko udać się do pracowni z terrarium. Szła przez recepcję.
– Joseph, Joseph, możesz po mnie przyjechać? – Viggo kręcił się trzymając telefon przy uchu.
Spojrzał obojętnie na Norweżkę wyraźnie zamyślony i wybiegł na taras.
Spędziła w terrarium cały poranek. Około południa zobaczyła, że Viggo wszedł do budynku Centrum, więc wybiegła na parking. Joseph majstrował coś przy pickupie.
– Jak minął dzień? – spytała.
– Prawie dobrze. Auto mi odmówiło. Nie zawiozłem szefa. Jest trochę wściekły.
– To było coś ważnego?
– Chciał na komisariat.
Sally spoważniała.
W południe Viggo oznajmił, że liczba mikrobotów od początku przyszłego miesiąca ma wzrosnąć dziesięciokrotnie. Rozpocznie się test budowy kilku domów na terenie nowozakupionej ziemi oddalonej kilometr od Ośrodka. Urządzenia mają być przewiezione nowym samochodem transportowym. Surowiec do budowy ma być pozyskany z naturalnych zasobów środowiska na miejscu.
Po pracy Joseph z Sally zatrzymali się na parkingu Emiboozi Restobar. Granatowe niebo wisiało nad oświetlonymi wiatami. Sally szła przodem.
– Wezmę dziś colę z lodem – powiedziała.
– Nie znasz tego lodu. Tu się nie pije wody nieprzegotowanej. Jeśli nie chcesz wylądować w szpitalu, weź alkohol albo gorącą herbatę – upomniał ją Joseph.
Zajęli stolik.
– Moja siostra towarzyszyła dziś lekarzowi. Zszywał ranę na głowie jednego Mugandy. Oberwał maczetą.
– Kto mu chciał zrobić krzywdę?
– Nie wiadomo. Był u niego jakiś biały i chciał kupić ziemię. Straszył. Oni mają teraz władzę. Najpierw przyjechali misjonarze, za nimi ludzie interesu. Jest u nas takie powiedzenie. My mieliśmy ziemię, oni Biblię, teraz my mamy Biblię a oni ziemię.
– Jesteś katolikiem, Joseph? – spytała Sally.
– Nie, protestantem, a Ty?
– Dla mnie te sprawy nie mają, żadnego znaczenia. W nic nie wierzę. Wracając do tego rannego, nie poszedł na policję?
– Nie wiem. Nie wiem, czy by to coś zmieniło. W zeszłym roku zamordowano sędziego. Skazał jednego bogatego właściciela ziemi, który siłą odebrał ją mieszkańcom wioski.
– Wiesz czemu dziś Viggo chciał jechać na komisariat? – zapytała Sally.
– Nie mam pojęcia.
Następny dzień Sally spędziła na placu budowy i obserwowała pracę mikrobotów. W ciągu zaledwie 30 minut wzniosły małe osiedle z cienkich ścian wykonanych z celulozy. Była zachwycona. Do wieczora prowadziĺa notatki i obserwacje. Ani razu nie skontaktowała się z Josephem. Gdy skończyła pracę, wybrał kontakt do Mugandy i spróbowała nawiązać połączenie. Sygnał urwał się po kilku sekundach.
Sally poczuła uścisk w żołądku. Miała złe przeczucie. Dziwne sny się skończyły, ale miała wrażenie, że ich treść przeniknęła do rzeczywistości. Zaczęła odczuwać strach.
W niedzielę między porankiem, a południem niebo było bezchmurne, a słońce bezlitosne. Viggo obudził ją i powiedział.
– Bardzo mi przykro, Sally. Josepha znaleziono zamordowanego w jego domu dziś rano. Ciało znalazła siostra.
Viggo unikał kontaktu wzrokowego. Spojrzał ukradkiem na Sally. Stała w drzwiach z szeroko otwartymi oczyma. Widział, że nie miała siły o nic więcej pytać. Kobieta zamknęła drzwi.
Padła na łóżko. Pytała wieczorem o okoliczności śmierci i co na to policja. Niczego się nie dowiedziała.
4
W poniedziałek zamówiła boda-boda i pojechała do wioski odwiedzić siostrę Josepha w jego domu. Miremba wpuściła Norweżkę do dwóch skromnie umeblowanych pomieszczeń.
– Ty jesteś Sally? Brat mi o tobie wspominał – powiedziała łagodnie.
W jej oczach nie można było doszukać się smutku czy rozpaczy. Pod niewielkim zadartym nosem błysnął delikatny uśmiech.
– Tak poznałam niedawno twojego brata. To straszne, bardzo mi przykro – powiedziała Sally.
Miremba kiwnął głową na znak, że przyjmuje współczucie, a jednocześnie nie zamierza krępować rozmówczyni.
– Joseph wspominał, że rodzina jest dla niego ważna. Musieliście być sobie bliscy. Masz jeszcze kogoś kto by cię wsparł?
– Mam jeszcze matkę. Jeszcze nic nie wie, ale od niej raczej pomocy nie otrzymam. Troszczy się o nią nasz kuzyn. Na szczęście w przyszłym roku zaczynam własną praktykę i mam trochę odłożone. Wykonywałam drobne prace w waszym ośrodku.
– Poznałaś Viggoa?
– Tak.
– Joseph wspominał coś o problemach biednych właścicieli ziemi i działalności przestępczej Europejczyków. Myślisz, że mógł być w coś zamieszany?
– Nie wiem, może zginął w wyniku zwykłej kłótni. Tutaj takie rzeczy się zdarzają. Znalazłam go martwego w drzwiach. Potem przybiegli sąsiedzi. Ktoś zadzwonił na policję.
– Niczego nie znaleźli?
– Zabrali tylko zwłoki i nie szukali. Sprawa jest już ponoć umorzona. To był straszliwy dzień dla mnie i dla ciebie. Napijesz się czegoś?
– Poproszę herbatę.
Miremba wyjęła puszkę i nałożyła łyżeczką pozwijane liście z kawałĺkami suszonych skórek pomarańczy.
– Jestem wdzięczna Josephowi za jego opiekę. Będzie mi go brakowało. W dzieciństwie oboje dużo czasu spędziliśmy razem. Umiał łagodzić spory w wiosce. Dawał mnie i mamie wsparcie. Ale już się pogodziłam. Nagłe straty w Afryce są powszechne. Nasz ojciec zmarł na dur brzuszny, gdy miałam dziesięć lat. Wcześniej straciłam siostrę zaraz po jej urodzeniu. Dla nas każdy dzień jest odrębnym światem. Co było wczoraj nie pomaga w przetrwaniu.
– U mnie zaczął się koszmar. Nie mogę się pogodzić z tym co się stało. Chcę coś wyjaśnić.
– Rozumiem cię. W razie czego zawsze możesz liczyć na moją pomoc.
– Wiem, że to dziwnie zabrzmi, ale mogę się tu trochę rozejrzeć?
Sally kręciła się po dużym pokoju. Panował tu względny porządek. W koszu skleconym z bambusa, leżały poskładana slipy na przemian z t-shirtami. Na regale stało zaledwie kilka książek. Jedna do nauki angielskiego, zbiór mitów afrykańskich w dwóch językach oraz Biblia anglikańska.
Norweżka sięgnęła odruchowo po Pismo Święte. Zaczęła przewracać strona po stronie, a potem otworzyła na chybił trafił, dokładnie między Księgą Rodzaju, a Księgą Wyjścia. W zagłębieniu utworzonym przez dwie kartki leżał karta SIM. Sally dyskretnie schowała ją do kieszeni.
– Miremba, nie będę ci już zawracać głowy, odpocznij – powiedziała Norweżka
– Nie przeszkadzasz mi. – Siostra Josepha uśmiechnęła się.
Sally była już w drodze na komisariat. Jechała na motorze obejmując w pasie kierowcę boda-boda. Gdy byli na miejscu minęła 4:00pm. Budynek zastała zamknięty. Zastanowiła się chwilę. Sposób, w jaki policja podchodziĺa do przestępstw, nie budził zaufania. Wróciła do Centrum Badawczego i włożyła kartę sim do swojego telefonu. Na ekranie pojawiła się prośba o wpisanie kodu PIN. Wpisała 0000. Pozostały jeszcze dwie próby – poinformował telefon. 1234 – zakończyło się powodzeniem!
5
W historii połączeń Sally znalazła dwa razy “Viggo”, raz “Sally” i niezapisany numer. Chwilę pomyślała, jak sprowokować rozmówcę. Nie mogła tak po prostu zadzwonić. Wzięła do ręki tablet, znalazła nagranie reklamy restauracji w Kampali i wybrała kontakt z historii. Po kilku sygnałach ktoś odebrał. Włączyła play na ekranie dotykowym drugiego urządzenia.
– Co tu się dzieje Viggo? Pozbyłem się tego gościa, a jakiś amutomat wydzwania z jego numeru – męski głos wybrzmiał afrykańskim angielskim.
– Rozłącz się idioto. – Usłyszała[1] [2] [3] [4] [5] [6] znajomy głos Viggo.
Sally szybko wymieniła kartę w telefonie na swoją. Po chwili w aparacie wyświetlił się kontakt Viggo. Odebrała.
– Cześć Sally, jak się teraz czujesz? Jeszcze raz: bardzo mi przykro. Przyjdziesz do mnie do biura?
Sally nie wiedziała co powiedzieć. W końcu się odezwała.
– Muszę załatwić pewną spraw. Jutro do ciebie zajrzę.
– W porządku.
Sally kupiła bilet do Norwegii na jutro rano i spakowała najważniejsze rzeczy do walizki. Zamknęła drzwi do po pokoju na klucz, na klamce postawiła szklankę z wodą. Położyła się w ubraniu zakładając, że pewnie nie odważy się tej nocy zasnąć.
Obudził ją brzdęk tłuczonego szkła. Poderwała się na nogi, otworzyła okno, postawiła walizkę na zewnątrz budynku i przeskoczyła przez ramę.
Udała się w kierunku dżungli przy głównej szosie. Powietrze było wilgotne, ale niezbyt gorące. Słońce jeszcze nie wzeszło, więc ledwo coś widziała, ale to zwiększało jej szansę. Usłyszała za sobą krzyk Viggo. Wiedziała już, co ją czeka, jeśli ją dogoni. Serce tłukło się jak kamień w łupinie kokosa. Porzuciła walizkę i zaczęła biec w głąb afrykańskiego lasu.
Zeszła ze szlaku w gąszcz dracen i paproci. Nie zatrzymywała się. Ocierała się o trawy, aż drogę zastąpił jej zwalony baobab. Pień drzewa był pusty i spróchniały. Mógłby pomieścić człowieka. Zawahała się, spojrzała w głąb, po czym ostrożnie wczołgała się.
“Głupie miejsce na kryjówkę” – pomyślała. “Pierwsze, które sprawdzi, jeśli tu dotrze. Chyba już po mnie”. Chwilę potem usłyszała szelest. Przy wejściu do kryjówki coś się poruszało. Otwór zaczął znikać zakrywany jakimś budulcem. W końcu zrobiło się całkowicie ciemno. Wciąż słyszała odgłosy lasu. Ktoś nadepnął na suchą gałąź. Trzask. Rozległ się męski głos mężczyzny. Wstrzymała oddech
– Słuchaj, Sally, pogadajmy rozsądnie. Nie wiesz, co się naprawdę wydarzyło. To była sprawa między mną a Josephem. Jeśli obiecasz milczenie, nic ci nie zrobię i pozwolę wrócić do Norwegii. Słyszysz? Kobieto, jesteś utalentowanym naukowcem. Nigdy bym kogoś takiego nie skrzywdził. Świat potrzebuje zarówno ciebie jak i mnie. Takich Josephów jest tutaj bez liku, każdego da się zastąpić, a ten wiedział za dużo. Ta ziemia powinna należeć do nas. Sally?
Pień tłumił szybki oddech Norweżka.
– Matko, co jest? – wrzasnął – co mnie tak użarło? Owad? Znowu? Aaa. Cholerne mrówki.
Do Sally dotarł głuchy łomot. Jakby ktoś uderzył głową o drewno. Potem nastała cisza. Szara papuga wydarła się gardłowym skrzekiem.
Sally kopnęła w cienką ściankę z celulozy i wydostała się z pnia. Viggo leżał nieprzytomny opierając czoło o zwalony baobab. Norweżka przyłożyia palec do tętnicy na szyi leżącego. Nie wyczuła pulsu. Wybrała numer do Miremby.
– To ja Sally, obie mamy poważne kłopoty. To, co spotkało Josepha, zaraz może się tobie przytrafić. Wylatujemy dziś razem do Norwegii. Pomogę ci. Bądź o 08:00 na lotnisku.
– Sally? Dobrze. Nic ci nie jest? – spytała.
6
Po odprawie, do odlotu zostało Sally już tylko piętnaście minut. Martwiła się o Mirembę. Powinna już być. Norweżka patrzyła w stronę wejścia do bramki zerkając na wyświetlacz telefonu komórkowego. Wybrała numer siostry Josepha. Nikt nie odebrał. Wzięła paszport do ręki i spojrzała po raz ostatni na afrykańską zieleń. Okazała dokument jako ostatnia. Zerknęła po raz za siebie. Siostra Josepha biegła machając rękoma. Na jej twarzy malował się łagodny uśmiech.
– Wspaniałe, że ci się udało. – Sally ożywiła się.
– Długo czekałam na boda-boda. Wyszyłam w czym byłam. W Norwegii przebiorę się w coś stosowniejszego do waszego klimatu. Niczego takiego u siebie nie znalazłam.
– Starciłam Josepha, a zyskałam ciebie. – Sally od tej chwili uśmiechała o od czasu do czasu.
– Ja mogę powiedzieć to samo. Wyjaśnisz mi co się właściwie stało.
– Jakiś Muganda na zlecenie Viggo zabił Josepha. Chodziło o nielegalne przejmowanie ziemi. Obie nie jesteśmy bezpieczne w Ugandzie. Nie wiem czy mogę wrócić do swojego Centrum Badawczego. Nie wykluczone, że poszukam czegoś nowego. Kompletnie nowego. Zawsze marzyłam o pracy scenarzystki. Na razie zaczepię się jako kelnerka. Pora otworzyć się na ludzi i przestać bać zmian.
Cześć
Chcemy jedynie waszego dobra i komfortu.
Podobno, jeśli ktoś robi coś dla naszego dobra, należy uciekać, gdzie pieprz rośnie :-)
Zasługujecie na coś więcej niż dywan, który trzeba codziennie odkurzać, gniazdko, które trzeba naprawić.
Niczym dobra mowa polityczna.
Umyła włosy i susząc, czesała je. “Typowa Norweżka” – pomyślała spoglądając na ich odcień, ale miała na myśli raczej osobowość
Proponuję:
Umyła włosy, wysuszyła i rozczesała. Typowa Norweżka – pomyślała.
Po wprowadzeniu myśli bohaterki, gdy patrzy na odcień włosów, dodajesz: ale miała na myśli raczej osobowość.
Zaburzasz w ten sposób rytmikę, ale też i widzę tutaj brak zdecydowania. Proponuję wybór albo osobowości, albo odcienia włosów. Zgubiłeś też kropkę po wyrazie osobowość.
Z korytarza dobiegały już ożywione rozmowy.
Zrezygnowałbym z: już.
Zamierzała wyjść i się przywitać, gdy rozległo się pukanie.
– Proszę – odpowiedziała.
Czytelnik wie, że ona jest wewnątrz. Zrezygnowałbym z: odpowiedziała.
– Nic, nic, mam nadzieję, że już nie śpisz. Czekamy ze śniadaniem w jadalni. – Usłyszała głos zza drzwi.
Zaufaj czytelnikom. Uwierz, że nie musisz wszystkiego tłumaczyć, pozostaw troszkę przestrzeni. Zza drzwi nie jest konieczne, w domyśle to wiemy. Gdyby to był ktoś w szafie, warto dodać, że siedzi w szafie :-)
Całkiem dobrze się czyta.
Na razie tyle. Wrócę później.
Pozdrawiam
@Hesket Dzięki.